- Opowiadanie: Kitty - Zła matka

Zła matka

Dzień dobry, pierwszy raz odważam się wrzucić tu opowiadanie i uff, muszę przyznać, że to są emocje :). Mam nadzieję, że wszystko wklikam we właściwe miejsca.   Będę ogromnie wdzięczna za wszelkie uwagi i krytykę.

Serdecznie  dziękuję moim  betaczytelniczkom za cierpliwość i pomoc!

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Zła matka

Drzwi na klatkę schodową były przymknięte. Otworzyłam je uderzeniem barku, sprawiając tym ruchem, że wisząca na ramieniu torba uderzyła mnie w udo. Coś zagrzechotało w środku. Jezu, byleby tylko soczki marchewkowe się nie stłukły – przemknęło mi przez głowę. Olcia, uwieszona u mojej szyi, wydała z siebie radosny okrzyk i zaczęła podskakiwać mi na biodrze. Wdech, wydech… Dziewczyno, tylko spokojnie! – pomyślałam.

– Jestem, szefie. Cały czas pana słyszę – powiedziałam do telefonu miłym i opanowanym tonem głosu. – Niestety, nie mogę się podjąć tego zlecenia. Jeszcze nie. Widzi pan, nie udało nam się załatwić żłobka dla córki i…

Jakaś koperta leżała na podłodze obok skrzynki na listy. Kurde! Jeśli to kolejne powiadomienie z ZUS-u o wstrzymaniu wypłaty świadczeń macierzyńskich, to się chyba zastrzelę. Albo kogoś. Przykucnęłam ostrożnie, usiłując nie wypuścić z rąk dziecka, torby ani komórki. Było to działanie w sumie z góry skazane na niepowodzenie. Mój smartfon wyślizgnął się i grzmotnął o ziemię. Podniosłam go błyskawicznie i wcisnęłam z powrotem między ramię a policzek, a potem zgarnęłam z podłogi białą kopertę. Noż kurczę! Nawet nie była zaadresowana do mnie, tylko do Nowakowej z drugiego piętra. Cholernej wariatki, która ciągle przyłaziła narzekać, że Olcia za dużo płacze i za głośno tupie. Nijak nie umiałam jej wytłumaczyć, że moja córka dopiero raczkuje. Przez moment miałam ochotę wcisnąć list za skrzynkę pocztową albo wyrzucić do kosza, jednak przeważyło dobre wychowanie. Może jak pobawię się w życzliwą sąsiadkę i dostarczę jej list osobiście, to wreszcie przestanie się czepiać? Zacisnęłam palce na kopercie, poprawiłam dziecko na biodrze i ruszyłam w górę po schodach. Z telefonu dochodziło gniewne brzęczenie.

– Jasne, szefie. Rozumiem. Wiem, że to kolejne zadanie, którego wykonania muszę odmówić… Tak, rozumiem dobrze, że stawiam pana w trudnej sytuacji… Nie, Marcin nie może zrezygnować z pracy, nie na tym etapie kariery…

Olcia kręciła się i wiła w moich ramionach tak, że miałam wrażenie, jakbym niosła do mieszkania kłębowisko węży, a nie jedną czternastomiesięczną dziewczynkę. Torba obijała moją nogę przy każdym kroku i zaczynałam mieć graniczące z pewnością podejrzenie, że któryś z ulubionych soczków mojej córki wyciekł i właśnie plami moje dżinsy i sweter. Zaciskając zęby, zapukałam do mieszkania Nowakowej.

– Tak. Jest mi naprawdę bardzo przykro. Doceniam pana zaufanie i chęć bezpośredniej współpracy ze mną, ale może Edward?… Jest już niedostępny… Permanentnie? Cholera!

Drzwi uchyliły się wreszcie i wychyliła się zza nich rozczochrana głowa mojej sąsiadki. Podpuchnięte, zaczerwienione oko łypnęło na mnie podejrzliwie.

– Czego znowu?

– List do pani – wyszeptałam, odsuwając, na ile się dało, usta od telefonu, i wepchnęłam jej kopertę do wykrzywionej, najwyraźniej od dawana pozbawionej kontaktu z wodą i mydłem dłoni. Oparłam się pokusie, żeby wytrzeć rękę o spodnie, rzuciłam kobiecie krótki uśmiech i ruszyłam po schodach do swojego mieszkania.

– Bardzo, bardzo przepraszam… Może w przyszłym miesiącu… Cały czas staram się wrócić do pracy, ale sam pan rozumie, że ten typ zadań jest mocno czasochłonny… Nie, dziadkowie nie mogą zająć się Olą… Tak, ja też żałuję.

Trzasnęłam drzwiami wejściowymi, z ulgą posadziłam córkę na dywaniku w korytarzu i wyłączyłam telefon. Przez chwilę miałam ochotę wyrzucić go za okno. Nie czułam się w porządku, po raz kolejny odmawiając szefowi. Mnie samej zresztą też zaczynało brakować adrenaliny związanej z moją pracą. Cóż poradzić, mój mąż był przekonany, że do szczęścia i prawidłowego rozwoju dziecka na tym etapie życia niezbędna jest matka. Nie chciał nawet słyszeć o wynajęciu opiekunki dla naszej córki. Zresztą myśl o moim powrocie na poprzednie stanowisko również nie napawała go radością.

Ola przestała wsadzać sobie do buzi podeszwę mojego kapcia i spojrzała na mnie swoimi wielkimi, szarymi oczami.

– Am, am! – powiedziała zdecydowanie.

– Już, już. – Wkopałam buty pod wieszak i schyliłam się po zakupy. Kurde, przynajmniej jeden ze słoiczków z potrawką dyniową faktycznie się stłukł, a pomarańczowa paciaja rozlała się na pozostałe produkty. Zamrugałam, usiłując powstrzymać napływające do oczu łzy. To zdecydowanie nie był mój dzień.

– Zaraz ci naszykuję jedzonko! – Chwyciłam torbę z zamiarem wyczyszczenia jej zawartości, gdy silne, malutkie paluszki zacisnęły się na moim nadgarstku.

– Am, am! – powtórzyła stanowczo Ola.

– Cholera, musisz chwilę poczekać! Czego nie rozumiesz? – wydarłam się jak głupia. To był błąd. Duży.

Patrzyłam z przerażeniem, jak okrągła twarzyczka mojej córeczki czerwienieje, a w kącikach oczu pojawiają się łzy, które zaczynają spływać po policzkach. Mała nabrała powietrza i wydała z siebie pełne złości i buntu wycie. Zaświdrowało mi w uszach.

– Przestań! – Uklękłam przy córce i usiłowałam ją objąć. – Przestań, proszę! – zasyczałam, słysząc, jak Nowakowa z dołu wali czymś w sufit. Prawdopodobnie miotłą. Poczułam, jak rośnie we mnie dzika, kompletnie wariacka furia. Zaryczane, wyjące na cały głos dziecko, moja nieudolność w roli matki i całe to cholerne życie doprowadzały mnie do szału.

– Przestań! – Złapałam Olę za trzęsące się od płaczu ramiona i potrząsnęłam gwałtownie. – Przestań, do kurwy nędzy! Czemu nie możesz się zamknąć? Albo choć na chwilę zniknąć? Po co ja się w to wszystko wpakowałam?!

Moja córka zamilkła tak niespodziewanie, że od nagłej ciszy zakręciło mi się w głowie. Otworzyła i zamknęła buzię, jakby była w szoku. Spojrzała na mnie z wyrzutem. Zrobiło mi się potwornie głupio.

– Przepraszam… Ja… nie chciałam. Olusia… – Wyciągnęłam do niej rękę. Jej oczy rozszerzyły się i pociemniały.

– Zła mama! Zła! – powiedziała z takim naciskiem, że poczułam, jakbym dostała cios w żołądek. Zgięłam się w pół.

– Mama daj am, am! Juz! To! – wskazała paluszkiem breję, w której tkwiły szklane odłamki stłuczonego pojemniczka.

Nie mogłam złapać oddechu. Słowa dziecka odbijały się echem w mojej głowie. Odbierały mi kontrolę nad własnym ciałem. Odwróciłam się sztywno jak nakręcany pajacyk i zaczęłam zgarniać na dłoń rozbryzgane po dnie torby danie dnia. Ostry odłamek szkła wbił mi się pod paznokieć, rozerwał skórę. Zagryzłam wargi. Miseczka. Gdzie jest ta cholerna miseczka? – pomyślałam. Boże. Przecież nie mogę dać jej niepodgrzanego.

– Mama daj! – krzyknęła Olusia, moja maleńka córeczka. Jeszcze do niedawna zasypiała jedynie przytulona do mojej piersi i śmiała się na całe gardło, kiedy robiłam dla niej teatrzyk cieni. Teraz jej oczy błyszczały, jakby w środku główki świeciła żarówka, którą wypalała mi mózg. Nie miałam wyboru. Musiałam spełnić jej polecenie. Natychmiast. Podskoczyłam, wyciągnęłam do niej rękę umazaną dyniową papką i krwią płynącą ze skaleczonego palca. Była naprawdę głodna. Sięgnęła ku mnie łapczywie.

I oczywiście takie zimne, zabrudzone jedzenie jej nie smakowało.

– Zła mama! Zła! – wydarła się jeszcze głośniej, odtrącając ze złością moją dłoń.

To bolało. Tak strasznie, jak chyba jeszcze nic w życiu. Złapałam się za głowę. Słowa mojego dziecka sprawiały, że czułam, jakby mój mózg gotował się i wypływał uszami. Przy tym cierpieniu nawet skurcze porodowe wydawały się bułką z masłem. Krzyczałam – panicznie, wysoko, cienko. Nigdy bym nie przypuszczała, że potrafię wydawać z siebie takie odgłosy.

Nie usłyszałam zgrzytu otwieranych drzwi. Do mojego obolałego jestestwa nie dotarły też pierwsze dźwięki kołysanki. Dopiero kiedy pulsujący, opasujący moje skronie rozgrzaną do czerwoności koroną bólu nacisk zelżał, byłam w stanie odsunąć dłonie od oczu. Moje dziecko spało, ssąc kciuk i przytulając się do obwisłych piersi Nowakowej. Kobieta pogładziła Olę brudną dłonią po mokrym od łez policzku. Powieki malutkiej zadrżały spazmatycznie.

– Boże, zlituj się! – Objęłam się ramionami i kiwałam w przód i w tył jak w ostrym ataku choroby sierocej. – Co to było?

– Boga to ty w to nie mieszaj. – Sąsiadka odgarnęła przetłuszczone, splątane włosy z twarzy. – Inna pomoc ci teraz potrzebna. Zaczęło się.

– Że co? – Popatrzyłam na nią w osłupieniu. – Co się zaczęło?

– U twojej córki. Za wcześnie. Sama sobie nie poradzisz.

– Ale z czym? – Wbiłam paznokcie w skórę dłoni. To nie może się dziać naprawdę.

Musiałam wyglądać na osobę na skraju załamania nerwowego, bo Nowakowa spojrzała na mnie z litością. Przykucnęła i ostrożnie podała mi śpiącą Olę. Machinalnie wzięłam moją córeczkę w ramiona, a ta mruknęła i wtuliła głowę w zagłębienie między moją szyją a obojczykiem. Jej kucyki pachniały szamponem rumiankowym.

– Nie myśl już o tym – powiedziała Nowakowa, patrząc mi prosto w oczy. Poczułam ulgę. Starsi i mądrzejsi ludzie wszystkim się zajmą. – Będzie dobrze. Ktoś do ciebie przyjdzie. Powie, co masz robić. A ona niech teraz pośpi. Jak się obudzi, to jej nie denerwuj. Daj, co tam sobie zechce.

Uwierzyłam. Na jakiś czas przestałam w ogóle myśleć. Zapomniałam o całej sprawie na tyle skutecznie, że kiedy o dziewiętnastej zabrzęczał dzwonek, wstałam z kanapy zirytowana gapiostwem mojego męża.

– Znowu zapomniałeś kluczy? Masz szczęście, że jeszcze nie usypiam Oli. – Otworzyłam z rozmachem drzwi.

To nie był Marcin. Na korytarzu stało trzech nieznajomych: wysoki, ciemnowłosy mężczyzna w czarnych okularach, niski, szczerzący nerwowo zęby łysy w brunatnej marynarce i wyglądający na śmiertelnie przerażonego, młodszy od pozostałej dwójki blondynek z odstającymi uszami.

– Tak? Panowie to, przepraszam, do kogo? – zapytałam, przeczesując dłonią włosy i żałując, że zdążyłam już zmyć makijaż. Ten w okularach był naprawdę przystojny. Tylko jakiś taki nabzdyczony i wściekły.

– No? Co mówimy? – warknął do blondynka, który podskoczył jak ukłuty szpilką.

– Dzień… Dzień dobry – wyjąkał. Nabrał tchu i kontynuował – Pani Inga Krawczak?

– To ja – zamrugałam. – A w jakiej sprawie?

– Eee… – Blondasek wyglądał, jakby zupełnie stracił rezon. Łysy odsunął go delikatnie na bok.

– Możemy wejść? – zapytał z uśmiechem, który zapewne były czarujący, gdyby nie odsłaniał aż tak dużo żółtych, wystających zębów. Odkryłam ze zdziwieniem, że nie potrafię mu odmówić.

– Zapraszam. – Odsunęłam się od drzwi, wpuszczając gości do mieszkania.

Weszli. Nie zdejmując butów, skierowali się od razu do salonu, gdzie wpatrzona w ekran telewizora Olcia oglądała przygody różowej świnki. Powinnam ją kąpać i kłaść spać – odezwały się we mnie wyrzuty sumienia.

Brunet skrzyżował ręce na klatce piersiowej.

– Zatem? Co teraz? – zapytał takim tonem, jakby jego cierpliwość była już na wyczerpaniu.

Cała krew odpłynęła blondynkowi z twarzy.

– Eee… Zbadać dziecko? Przepytać matkę? Wywiad przeprowadzić? – zasugerował, wyłamując nerwowo palce.

Łysy parsknął nieprzyjemnym śmiechem.

– Chłopcze, najpierw je zablokuj, bo inaczej, jeśli któraś jest Iskrą i cię strzeli mocą, to się nie pozbierasz. To podstawowe działanie. Czego was uczą w tej szkole?

Okularnik wyciągnął z kieszeni czarnego płaszcza długopis i notes. Zaczął coś bazgrać z wyraźnie niezadowoloną miną. Blondynek stanął na palcach, usiłując przez ramię zajrzeć mu w notatki.

– Panowie tu sobie jakiś egzamin robią czy co? O co chodzi? – zapytałam niepewnie.

– Panna, ty się nie denerwuj. – Łysy ujął mnie delikatnie, ale stanowczo za ramiona i zajrzał w moją twarz zupełnie czarnymi, pozbawionymi tęczówek oczami. Straciłam przytomność.

Kiedy się ocknęłam, siedziałam na kanapie. Było mi zimno, bolała mnie głowa i nie mogłam się ruszyć. Gdzieś obok mnie trwała ożywiona dyskusja.

– …skoro już wiemy, że dziecko jest Iskrą, i to bardzo utalentowaną, a matka Wybrakowaną, to jakie powinny być następne działania?

– Eee…

– Magia małej jest tak silna, że może być bardzo niebezpieczna – podpowiedział życzliwym szeptem łysy. Przyjrzałam mu się uważniej. Wyglądał, jakby unosił się kilka centymetrów nad podłogą. Na jego do tej pory bladej twarzy wykwitły gorączkowe rumieńce.

Blondynek stał niemal na baczność. Nerwowo przełykał ślinę.

– Mam zabić dziewczynkę? – odpowiedział pytającym, mocno nieszczęśliwym tonem.

Brunet miał taką minę, jakby za ciemnymi szkłami okularów przewracał z niesmakiem oczami.

– Jeśli dziecko ma taką moc już w tym wieku, to przecież będzie stanowić ogromny atut dla Rady, gdy dorośnie! – ryknął. – Po co zabijać? Zabieramy je ze sobą.

Szarpnęłam się na kanapie. Nie mogłam wstać. Nie mogłam nawet unieść ręki. Wybałuszonymi oczami obserwowałam rozgrywającą się przede mną scenę.

– No tak. Oczywiście! – Blondynek aż podskoczył do góry. – Miałem to na końcu języka.

Nie wolno wam! Boże, gdzie mój telefon? Gdzie jest Marcin? – krzyczałam w duchu. Usiłowałam przemóc paraliż, jaki mnie ogarnął, zawołać o pomoc, zaprotestować. Nie mogłam zrobić nic. Tylko patrzeć.

Ten w okularach znowu napisał coś w notesie. Uniósł głowę.

– Ksawery, ty weźmiesz bachora. A ty… Piotr, tak? Zmienisz matce pamięć według ustalonego scenariusza. Z mężem nie będzie problemów. Jest Iskrą, choć słabą. Rozumie powagę sytuacji. Już wyraził zgodę.

Nie. To, kurwa, nie może być prawda. To jakiś zły sen. Marcin?… Niemożliwe. – próbowałam przekonać samą siebie. Moje serce zmieniło się w twardy kawałek lodu i rozpadło na tysiące zimnych, ostrych okruchów.

– Słuchaj. Nie jesteśmy zachwyceni poziomem twojej wiedzy i wykazanymi do tej pory umiejętnościami magicznymi. – Ciemnowłosy zabębnił palcami po stole. – To, czy zdasz, zależy wyłącznie od części praktycznej. Nie spieprz tego – dodał. Jego głos sugerował, że niepowodzenie na tym egzaminie oznacza coś gorszego niż powtarzanie roku na jakimś prawdziwym odpowiedniku Hogwartu.

– Jasne, jasne! – Piotr gorliwie pokiwał głową i odwrócił się w moją stroną. Kiedy zobaczyłam jego pobladłą, wystraszoną twarz, ogarnął mnie jeszcze większy lęk. Mieć zmienianą pamięć, to brzmiało przerażająco. Ale pozwolić, by we wspomnieniach i świadomości gmerał ktoś najwyraźniej zupełnie do tego nieprzygotowany i nieposiadający jakichkolwiek kompetencji, to już mogło wywołać absolutną panikę. Miałam ochotę krzyczeć na całe gardło. Struny głosowe odmawiały mi jednak współpracy.

Zamiast tego wrzasnął łysy. Był to ryk pełen niedowierzania i okropnego bólu, który poniósł się echem po całym pokoju. Przeniosłam na niego wzrok.

Stał, trzymając Olcię w wyciągniętych przed siebie, sztywno wyprostowanych rękach. Ciemna, prawie czarna krew spływała mu z policzka.

– Ugryzła mnie – powiedział drżącym głosem.

Uśmiechnęłam się w duchu. Moja córka bardzo nie lubiła być odciągana na siłę od ukochanej bajki w telewizji. Odkąd zaczęła ząbkować, niechęć ową wyrażała poprzez zdecydowane zaciśnięcie przednich ząbków na dowolnej części ciała tego, kto ośmielił się przerwać jej seans. Sama nosiłam na przedramionach blade, punktowe blizny.

– Kurwa! – Okularnik zerwał się z fotela, zrzucając na podłogę notes wraz z długopisem. – Nie pozwól, by napiła się twojej krwi! Jeszcze nam małego wampirka brakowało!

– To co mam zrobić? Ja krwawię! – Łysy wpatrywał się w kolegę szeroko rozwartymi oczami. Wyglądał na tak zszokowanego, że w innych okolicznościach byłoby mi go nawet żal. Teraz poczułam tylko złośliwą satysfakcję.

– Załatwię to. Szlag! – Wydawało mi się, że temperatura w pokoju wzrosła o kilka stopni. Brunet zdawał się kipieć ze złości. Podszedł szybko do krwawiącego Ksawerego i zdecydowanie, choć w wyraźnie mało fachowy sposób wziął od niego Olcię. Niezbyt delikatnie i z grymasem obrzydzenia na twarzy otarł jej buzię z krwi.

– Cholera, czy ona się tego nie nałykała?

– Może trzeba dać jej wody, żeby się bardziej rozpuściło? Albo sprowokować do wymiotów? – zasugerował ze skruchą łysy wampir. Ściągnął ze stołu obrus w kratkę i usiłował zatamować krwawienie z policzka.

Brunet zasyczał, obnażając przy tym długie, ostre kły. Jakieś cienie przemknęły pod powierzchnią bladej twarzy. Przymknęłam oczy. Co za potwór trzyma moje dziecko?

– Skończcie to – rozkazał lodowatym tonem. – Piotr, do kurwy nędzy, weź się wreszcie do roboty!

Odwrócił się i tak po prostu wyszedł z mieszkania z moją córką na rękach. Szarpałam się i wiłam, próbując wyrwać się ze stanu paraliżu. Udało mi się osiągnąć tyle, że zsunęłam się z kanapy na dywan. Zabiję ich. Zabiję wszystkich. Jak śmieli zabrać moje dziecko?

Usłyszałam lekkie kroki. Blondyn Piotr przykucnął przede mną.

– Bardzo, bardzo mi przykro – powiedział z żalem i wziął moją głowę w swoje dłonie.

 

***

 

Budzę się, dusząc od szlochu. Co za potworny sen… Marcin unosi się na łokciu i patrzy na mnie. Nawet w ciemności czuję bijącą od niego falę litości i smutku.

– Znów miałaś koszmary? – mówi współczująco, dotykając mojego ramienia. Wzdrygam się.

– Olcia… Oni zabrali naszą córkę – skarżę się jak dziecko, któremu starszy brat zjadł cukierka. Nienawidzę tej bezradności i bezsiły w swoim głosie.

Milczy przez chwilę.

– Kochanie, to nie tak… Przypomnij sobie, proszę. To nie była twoja wina. Kierowca…

W mojej głowie nagle nakładają się dwie wersje rzeczywistości. W jednej jest przewrócony na bok wózek, kółko z przodu jeszcze się obraca, na jezdni lśnią odłamki szkła. I cisza, cisza tak głośna, że aż boli. Słyszę tylko swój chrapliwy oddech. Zszokowane twarze przechodniów, zaczerwieniona, pusta twarz faceta za kierownicą vana, smród wczorajszego alkoholu w jego oddechu. Cisza. Moje dziecko nie płacze.

Wyskakuję z łóżka, zapalam lampę. Puste miejsce zamiast łóżeczka ze szczebelkami, jaśniejszy ślad na ścianie w miejscu, o które opierała się komoda z przewijakiem. Brak nawet jej ukochanego misia. Olcia nie zaśnie bez Pana Puchatego – ta myśl sprawia, że cienka nić łącząca mnie z normalnością pęka z trzaskiem. Wyję. Biegnę do kuchni. Otwieram szafki, drzwiczki z trzaskiem obijają się o ściany. Szukam. Nic. Nie ma ani obiadków w małych słoiczkach, ani soczków, ani nawet chrupek kukurydzianych. Potrącam puszkę z mieloną kawą, spada z hukiem na blat, pył wzbija się w powietrze, osiada na moich rękach i twarzy. Nic mnie to nie obchodzi. Wychodzę z kuchni, mijam w korytarzu męża, widzę jego otwarte, poruszające się bezradnie usta, rękę wyciągniętą w moją stronę. Strząsam ją z ramienia jak natrętnego owada. Łazienka.

I tam znajduję, ukryty za szeregiem balsamów i żeli do kąpieli, szampon No More Tears o zapachu rumianku. W powietrzu wciąż unosi się aromat kawy, co doprowadza mnie do szału. Ja chcę poczuć zapach mojego dziecka.

Odkręcam zakrętkę, wylewam trochę płynu na dłoń, wcieram w ręce i we włosy. Jeszcze niedawno robiłam z niego pianę, nakładałam ją na jej cienkie włoski, zostawiałam kropkę na zadartym nosku i zdmuchiwałam ze śmiechem. Patrzę w lustro nad umywalką i w umorusanej szamponem i kawowym pyłem wariatce nie widzę nic ludzkiego. Znów krzyczę.

Przybiega Marcin i daje mi zastrzyk. Wkłada mnie do wanny i zmywa ze mnie cały brud, pot i łzy. A gdy już jestem czysta, obojętna i bezwolna, prowadzi mnie do sypialni i kładzie do łóżka.

Potem nadchodzi błogosławiona ciemność.

 

***

 

Kiedy następnym razem leki przestają działać, tańczę. Sunę w ramionach Marcina po marmurowej posadzce, kryształowe lustra odbijają nasze wyprostowane sylwetki. Wyglądam pięknie w niebieskiej jedwabnej sukni. Z bladością jest mi do twarzy.

– Jaka urocza para… – słyszę gdzieś z boku szept. – Jaka szkoda, że spotkała ich taka tragedia…

Mój mąż wygląda jak książę z bajki. „Jest Iskrą, już wyraził zgodę…” – dobiega mnie głos z głębin pamięci. Prostuję się groźnie. Przez moment mam ochotę chwycić kieliszek szampana, stłuc go o podłogę i odłamki szkła wbić mojemu sympatycznie uśmiechniętemu mężowi prosto w oczy. Przekręcać, aż ciepła krew spłynie mi na gołe ramiona po cieniutkich, błękitnych rękawiczkach.

Marcin zauważa we mnie jakąś zmianę, bo przerywa taniec i pochyla się ku mnie. Szepcze do mojego ucha.

– Przyniosę ci coś do picia, dobrze, kochanie?

– Wódkę – proponuję suchym tonem.

Kręci niepewnie głową, a potem wybucha wymuszonym śmiechem, jakbym opowiedziała kiepski dowcip.

– Wiesz, że nie możesz alkoholu przy tych lekach. Sok pomarańczowy może być? I… kochanie, postaraj się, proszę. To dla mnie ważne.

Znika w tłumie. Już sobie przypominam – Sylwester, bal w jego firmie, szansa na awans. Jakby miało to jakiekolwiek znaczenie. Przesuwam językiem po wyschniętych wargach. Wokół mnie wirują w tańcu pary, widzę rozjaśnione głupkowatymi uśmiechami twarze, słyszę muzykę. Nikt do mnie nie podchodzi. Marcin też nie wraca.

Zegar zaczyna bić. I nagle po drugiej stronie sali widzę blondynka z odstającymi uszami. Jest ubrany w kelnerski uniform. Może nie rozpoznałabym go tak łatwo, gdyby nie grymas przerażenia na jego twarzy. Schowany za kolumnę próbuje rzucać mi ukradkowe spojrzenia. To on. Porywacz mojej córki.

– Dziesięć… dziewięć… osiem… siedem… – rozpoczyna się odliczanie do północy. Brzęczą kieliszki, zgromadzeni w sali balowej goście ryczą radośnie przepitymi, ochrypłymi głosami. Piotr odstawia na bok tacę z kieliszkami wypełnionymi szampanem, odwraca się, zaczyna iść do wyjścia. Coraz szybciej i szybciej.

– Zaczekaj! – wołam na całe gardło, ale nikt mnie nie słyszy. Biegnę. Za drzwiami jest labirynt korytarzy. Obracam się dookoła, zagubiona wśród obrazów, kryształów i luster, oślepiona błyskami światła zwisających nisko żyrandoli. Przez moment kręci mi się w głowie. Z dala słyszę stukot kroków. Znajdę go. Gdziekolwiek nie pójdzie.

Zbiegam po szerokich, marmurowych schodach. Potykam się, cieniutki obcas eleganckiego bucika łamie się z trzaskiem. Zrzucam but ze stopy, pędzę dalej, szybciej niż wiatr, wypadam przez półokrągłe oszklone podwoje na zewnątrz, do otulonego śniegiem ogrodu. Utykając, idę ciemną alejką wzdłuż szpaleru drzew, żwir zgrzyta mi pod podeszwą jedynego buta. On musi gdzieś tu być. Znajdę go.

Kuli się pod żywopłotem, idiota, jakby nie wiedział, że jestem w stanie z daleka wyczuć jego przesycony strachem pot i usłyszeć stukot oszalałego z przerażenia serca. Wyciągam go zza krzaków z taką łatwością, z jaką niosłabym opierającą się dwulatkę do łazienki na mycie zębów. Trzymam go za kark, drugą ręką zrywam ze stopy bucik i przyciskam długi, cienki obcas do szyi, tuż pod brodą.

– Wiesz, gdzie można najłatwiej przebić skórę i mięśnie, aby ostrze przeszło aż do podniebienia, a potem do mózgu? – syczę. – Bo ja wiem. Tylko że to nie jest nóż. Obcas, choćby najcieńszy, jest bardziej tępy i krótszy. To będzie długo trwało, zanim przejdzie przez tkanki i chrząstki. Ale jestem silna. I mam wprawę w zabijaniu. Zresztą, najwyżej dobiję cię w jakiś inny sposób.

Wierzy mi. Widzę to w jego oczach. Jest oszalały ze strachu. I słusznie.

– Gdzie jest moja córka? – pytam spokojnie.

Otwiera szeroko oczy.

– Pamiętasz wszystko? Cholera, wiedziałem, że coś schrzaniłem z końcowym zaklęciem. Za dużo stresu.

– Gdzie Ola? – pytam raz jeszcze, zwiększając nacisk obcasa na jego skórę.

Kuli się, trzęsie jak barani ogon.

– Nie rób mi krzywdy! To oni… oni ją zabrali. Ja musiałem…

Uśmiecham się, a on odwraca wzrok od grymasu na mojej twarzy i zaczyna płakać.

– Jasne. Musiałeś, rozumiem. Gdzie ją znaleźć?

– Nie wiem! Przysięgam, nie wiem! – krzyczy.

Powoli kręcę obcasem w ranie. Po jego szyi spływa ciemna krew. Wyje.

– Zabrali ją do jakiegoś ośrodka! Dla wyjątkowo utalentowanych magicznie dzieci! Nie mam pojęcia, gdzie to jest. Przysięgam.

Patrzę na niego uważnie. Czuję, że mówi prawdę.

Skręcam mu zatem kark równie łatwo i szybko jak nowonarodzonemu kociakowi. Tyle że bez żadnych wyrzutów sumienia.

 

***

 

Zatrzaskuję drzwi samochodu. Już świta. Sprawdzam, czy bagażnik na pewno jest dobrze zamknięty. Muszę po południu pozbyć się jego zawartości – notuję w pamięci. Ale to już później. Mam za sobą ciężką noc.

Wchodzę po stopniach, krok za krokiem, w mięśniach ramion i barków odczuwam lekki dyskomfort. Przyznaję przed sobą z żalem, że trochę straciłam kondycję.

Mój mąż mnie rozczarował. Na tak wiele różnych sposobów. Nic tak naprawdę nie wiedział o organizacji zrzeszającej posiadaczy talentów magicznych – Iskry. Nie znał lokalizacji szkoły ani ochronki dla porwanych obdarzonych talentem dzieci. On sam był za słaby i zbyt mało znaczący, aby ktokolwiek informował go o szczegółach. Powiedzieli mu tylko, że Ola jest niebezpieczna, więc muszą ją zabrać. I tyle. Zgodził się. Oddał naszą córkę. Uwierzyłam w to, co mi powiedział. Ludzie poddawani torturom zazwyczaj mówią prawdę.

Na drugim piętrze zatrzymuję się przed drzwiami Nowakowej. Już mam zapukać, gdy sama odsuwa zasuwę. Przez wąską szparę łypie ku mnie jednym ciemnym okiem.

– Wiedziałam, że z tobą będą problemy – szepcze zajadle. – Mówiłam im, że masz aurę zabójcy. Że lepiej pozbyć się ciebie od razu niż bawić się w zmienianie ci pamięci. Teraz jesteś uodporniona na czar hipnozy. I co będzie?

Uśmiecham się. Karmię się jej strachem.

– Teraz – mówię – pójdziesz ze mną i powiesz mi wszystko, co wiesz.

Wchodzę na górę i otwieram drzwi do mieszkania. Wyciągam z torebki telefon i wybieram numer, którego nie powinnam znać.

– Szefie? – mówię do słuchawki. – Tak, to ja. Chciałam poinformować, że wracam do gry. Od tej pory biorę wszystkie zadania pod warunkiem, że udzieli mi pan wsparcia w jednej prywatnej sprawie… Tak, to dla mnie ważne… Nie, nie dotyczy ataku na obiekty rządowe. Chyba… Dobrze, mogę w zamian zejść z ceny za indywidualne zlecenia. Szczegóły dogadamy potem… Tak, ja też się cieszę. Do usłyszenia.

Rzucam kolejny szeroki uśmiech Nowakowej, która stoi w korytarzu i nerwowym ruchem szarpie za rąbek spódnicy. Mijam ją i wchodzę do łazienki. Bez trudu znajduję na ścianie płytkę, którą wystarczy odpowiednio nacisnąć, aby odsłonić sejf. Znam szyfr, nie zapomniałabym go nawet obudzona w środku nocy. Już dłużej nie będzie mi potrzebny. Nie zamierzam zostawać w tym wypełnionym wspomnieniami mieszkaniu. Otwieram drzwiczki i wyciągam ze środka potrzebne mi przybory.

Patrzę w lustro. Moje odbicie odpowiada mi zimnym spojrzeniem morderczyni.

Odnajdę moją córkę. I zabiję każdego, kto spróbuje mi w tym przeszkodzić.

– To nie jest takie łatwe. Oni są potężni. Mają moc. – Nowakowa staje w drzwiach łazienki. Wygląda na zaniepokojoną.

Wzruszam ramionami i nie silę się nawet na odpowiedź. Z mojego doświadczenia wynika, że każda żywa istota w końcu zmienia swój stan na nieożywiony. Nawet jeśli czasem trzeba nad tym trochę popracować.

Nigdy nie tracę cierpliwości, kiedy poluję.

Jestem Łowczynią.

Koniec

Komentarze

Czesc. Dzis tak krotko (gdyz z telefonu). Jutro wiecej. Ogolnie mi sie podobalo :) Nie jestem co prawda przekonany, czy rozumiem przemiane bohaterki podczas imprezy. Inna kwestia: "Ludzie poddawani torturom zazwyczaj mówią prawdę." Wydaje mi sie, ze badania mowia wlasnie cos innego. Teraz ich nie przytocze, ale zwykle torturowani ludzie mowia wszystko, byle zadowolic oprawce. Z tego "wszystko" niezmiernie ciezko wyluskac rzeczy prawdziwe i wazne. Raczej ponad tortury przedklada sie specjalne metody / techniki przesluchan. Pzdr!

Więc to pierwsze Twoje opowiadanie tutaj. Ale widzę, że nie pierwsze w ogóle.

To jest naprawdę ładnie napisane. Widać tutaj całkiem niezły warsztat i umiejętność opowiadania historii. Styl masz ładny, plastyczny i potrafisz zainteresować czytelnika gładkimi zdaniami, z którymi się płynie, bez szarpania się z nurtem opowieści.

Zacząłem czytać bez specjalnego przekonania, ale już po kilku zdaniach wiedziałem, że to będzie dobra lektura. I taka właśnie była. Ale cały czas mowa tutaj o Twoim stylu, bo z fabułą, no, będę trochę kręcił nosem ;)

Motyw z Iskrami jest dość ciekawy, ale bez szaleństw. Utrata dziecka, jako motywacja, zazwyczaj do mnie trafia, jednak tym razem jakoś trochę mniej. Może to z powodu przeczytania kilku opowiadań ostatnimi dniami, w których ten motyw był powtarzany, może dlatego, że opisałaś nie pogodnego berbecia, ale rozwydrzonego bachora z którym matka zwyczajnie sobie nie radzi. Może, choć niekoniecznie. Przede wszystkim uwiera mnie… o tym za moment.

Więc nasza bohaterka jest jakąś tam przepakowaną Łowczynią, która jest jakby w uśpieniu? Dobrze to rozumiem? Taki motyw jak z “Długiego pocałunku na dobranoc”? Albo z komiksu “100 naboi”? Uśpiony agent/zabójca/superżołnierz, który pod wpływem X odzyskuje swoją tożsamość, to coś co było wałkowane setki razy i za każdym razem pachnie mi Mary Sue. Kiedyś się na to łapałem, teraz już nie jestem w stanie, bo bohaterowie tego typu są zazwyczaj jednowymiarowi i cudowni, a autor podsuwa im różne dylematy, które tylko wydają się tworzyć rysy na obrazie postaci, a ostatecznie i tak okazuje się, że bohater to persona o niemalże boskich przymiotach. Więc niestety ja jestem na nie, jeśli chodzi o Łowczynię. Oczywiście nie przejmuj się zbytnio, bo ja po prostu naczytałem się tego typu historii i nie jestem targetem. Ja jedynie zwracam uwagę na to, że ta droga, jaką obrałaś dla postaci nie jest zła, ale są osoby, które może zniechęcać.

Niemniej jednak, z lektury jestem usatysfakcjonowany na poziomie wieczornego czytelnictwa dla relaksu. Historia nie w moim typie, ale za to ładnie napisana i wciągająca, a to mi wystarcza by nie uważać czasu poświęconego na lekturę za stracony :)

 

Poniżej kilka uwag, częśc dość subiektywna:

 

Otworzyłam je uderzeniem barku, sprawiając tym ruchem, że wisząca na ramieniu torba uderzyła mnie w udo.

Powtórzenie.

 

powiedziałam do telefonu miłym i opanowanym tonem głosu.

Usunąłbym przekreślone.

 

Było to działanie w sumie z góry skazane na niepowodzenie.

Takie konstrukcje źle brzmią. W sumie z góry.

 

Torba obijała moją nogę przy każdym krokuzaczynałam mieć graniczące z pewnością podejrzenie, że któryś z ulubionych soczków mojej córki wyciekłwłaśnie plami moje dżinsy sweter.

Tutaj mamy coś, na co i ja cierpię, ale z tym walczę. Chodzi mi o spójnik “i”, którego nadużywasz. W tym jednym zdaniu występuje aż trzy razy. Ponadto zaimkoza, której też powinnaś unikać.

 

Drzwi uchyliły się wreszcie i wychyliła się zza nich rozczochrana głowa mojej sąsiadki. Podpuchnięte, zaczerwienione oko łypnęło na mnie podejrzliwie.

Żle brzmią te dwa słowa w tak bliskiej odległości.

 

I tam znajduję, ukryty za szeregiem balsamów i żeli do kąpieli,

A tutaj rymujesz, czego powinnaś się wystrzegać.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Hej :)

Na wstępie powiem, że mi się podobało. Od samego początku styl zachęca do czytania i powiem szczerze, wszystko jest po prostu zgrabne. Opakowanie fabuły uprzyjemnia jej odbiór. Dialogi naturalne, wewnętrzne monologi bohaterki krótkie i proste w odbiorze.

Styl jest prosty, przejrzysty i po prostu porządny. Widać, że wielokrotnie wszystko wertowałaś, bo poza drobnymi błędami nie było tutaj dużych uchybień. Nie notowałam sobie czytając, więc teraz ich nie wyszukam, ale naprawdę całościowo to kawał dobrego tekstu pod względem formy.

Fabuła przypadła mi do gustu. Podoba mi się szczególnie początek z dzieckiem koszmarkiem – które nota bene koszmarkiem nie jest, jest po prostu dzieckiem, a one mają takie dni – abstrahując od Iskry. Podoba mi się zabieganie bohaterki, jej gwałtowna utrata opanowania i ogólnie jej po prostu porysowany wadami charakter. Żałuję, że było tak mało Marcina i że trochę postanowiłaś zrobić z niego niedojdę XD Jakoś tak się często zdarza, że silne kobiece postaci dla kontrastu mają mężów takich meeh, no ale nie był on zbytnio rozwinięty (A szkoda :D nie pytaj, ale zapałałam do niego sympatią i trochę żalem, bo widać, że facet jednak chciał dobrze i chronił żonę przed crazy Olcią i go jeszcze za to storturowała).

Mi nie przeszkadza, że babeczka jest Łowczynią i wpada w pewnego rodzaju szał za swoim dzieckiem. Lubię motyw broniącej lwicy i kobiety potrafią być naprawdę zwierzęce w obronie własnego potomstwa. I to fajnie ujęłaś, bo jednak jest nawet egoizm w poświęcaniu wszystkiego dla dziecka.

Kiepsko, że nie usunęli jej zupełnie wspomnień o dziecku, a tylko jakby nadgięli, że umarło. No ale dokładnie podkreśliłaś, że zajmował się tym partacz, to może byłaby taka opcja, jeżeli zrobiłby to któryś porządniejszy.

Jest trochę duży przeskok w charakterze między zabieganą, zagubioną matką, a wojowniczką – ale też pewnie wina limitu znakowego :)

Z chęcią przeczytałabym tego kontynuację i ma się trochę wrażenie, że to bardziej rozdział, nie skończona historia. Tak czy siak, wyjątkowo rozrywkowy kawałek literatury i jestem zadowolona, że jeszcze przed snem go przeczytałam!

Cześć.

Jak pisałem wczoraj, ogólnie dobrze odbieram to opowiadanie.

Świetnie pokazałaś scenę początkową, gdy matka, dziecko, zakupy, szef, sąsiadka i wszystko naraz zaczyna doprowadzać bohaterkę do wariacji.

 

Co prawda nie wiem, czy:

 

– Przestań! – Złapałam Olę za trzęsące się od płaczu ramiona i potrząsnęłam gwałtownie. – Przestań, do kurwy nędzy! Czemu nie możesz się zamknąć? Albo choć na chwilę zniknąć? Po co ja się w to wszystko wpakowałam?!

nie jest minimalnie zbyt “grube”, ale to Twoje opowiadanie :)

 

Natomiast nie wiem, czy do końca rozumiem przemianę bohaterki.

Mąż utrzymuje ją “naćpaną” lekami. Ta przytomnieje na balu i od razu zmienia się w Łowczynię w pełnej formie? Staje się silniejsza, wyczuwa innych? Jakoś gubię się, kiedy ta przemiana nastąpiła.

Jakoś nienaturalnie to wyszło, moim zdaniem.

 

Podobnie kwestia z torturami, o czym pisałem wcześniej.

 

Niezależnie od tego – niezła robota. Technicznie również całkiem solidnie :)

 

Dziękuję z całego serca za komentarze! Jest mi ogromnie miło, że poświęciliście swój czas na przeczytanie. Nie potrafię znaleźć opcji odpowiadania bezpośrednio na komentarz (jest takowa?), więc odpowiem tu.

Outta Sewer, bardzo, bardzo dziękuję. Nie mam pojęcia, jak mogłam przegapić te powtórzenia, rzeczywiście niezręcznie brzmią. Zwrócę uwagę na zaimki i “i”. Piszę książki dla dzieci, niektóre nawet są wydawane, natomiast fantastyka od zawsze była dla mnie takim… niedościgłym marzeniem. Kocham i wielbię, zawsze chciałam coś w tym gatunku napisać, ale miałam opory, czy z moimi umiejętnościami i warsztatem w ogóle powinnam próbować, a przynajmniej pokazywać to publicznie.

Tak, obawiam się, że masz rację, ani pomysł z Iskrami, ani Łowczynią nie jest zbyt oryginalny. Czytam od pewnego czasu zamieszczane tu opowiadania i jestem pod wrażeniem pomysłowości niektórych. Mnie, jako matkę trójki małych, rozwyd… a nie, wróć, lepiej ująć, że czasami sprawiających problemy wychowawcze berbeci ubawiła myśl o tym, jak w roli “matki na cały etat” odnalazłaby się morderczyni na zlecenie, gdyby zechciała pójść na urlop macierzyński. Ona w moim zamierzeniu pamięta, kim jest, nadal odbiera telefony od swojego szefa i myśli o powrocie do zawodu, tylko w danym momencie stawia na rodzinę i opiekę nad dzieckiem. Olcia może i rzeczywiście nie budzi specjalnej sympatii wśród osób postronnych, ale tak bardzo często zachowują się małe dzieci. Bywa to szokiem dla ich rodziców :)

Silvan dziękuję serdecznie za przeczytanie i uwagi! Tak, ta scena jest gruba, podejrzewam, że stanowi “wylanie” z siebie pewnych macierzyńskich frustracji ;) Oczywiście nie pochwalam takiego zachowania w najmniejszej mierze, natomiast wydaje mi się, że taka myśl u rodziców dzieci wymagających dużo wsparcia i cierpliwości czasem może się pojawić (”a gdybyś zniknęła, w co ja się wpakowałam”), z czym wiąże się wstyd i przeraźliwy lęk, żeby te słowa nie zostały wypowiedziane w złą godzinę i żeby się nie spełniły.

W moim zamierzeniu ona od początku pamiętała, kim jest, po prostu poszła na urlop macierzyński. Blondasek, który nie jest specjalnie silny ani uzdolniony magicznie, spaprał sprawę, więc pozostała jej część wspomnień, co doprowadza ją do szaleństwa. Chciałam nawiązać do historii Kopciuszka: zmęczona, styrana, mająca serdecznie dość kobieta; życzenie o odrobinie swobody, które okazuje się zgubne; sąsiadka w charakterze chrzestnej wróżki, która przybywa z pomocą i wzywa posiłki, aby to życzenie zrealizować – dziecko znika. Następstwem jest kompletna rozpacz i żal, ale dzięki temu, kim była wcześniej (czyli bardzo dobrą w swoim fachu morderczynią) odzyskuje wiarę w to, że uda jej się odzyskać córkę, i rusza do boju. W pisaniu tego opowiadania kusiła mnie idea, że bohaterka wcale nie okazała się Kopciuszkiem czekającym na księcia z bajki i pomoc wróżki, tylko w głębi serca jest Łowczynią – sprawczą, mroczną siłą, na którą biedne Iskry dość mocno się natną :)

Co do tortur – dziękuję za uwagę. Mnie się zawsze wydawało, że pod wpływem odpowiednio zastosowanego bólu człowiek powie wszystko.

Alessia222 bardzo dziękuję! Marcin to taka mocno poboczna postać, rzeczywiście w mojej głowie pojawił się niezbyt mocno zarysowany – ot, taki pracoholik, ugodowy w stosunku do autorytetów. Byłabym wdzięczna, jakbyś dała mi znać, co sądzisz na temat Iskier – czy te postacie wydały ci się choć odrobinę interesujące?

Jeszcze raz wszystkim dziękuję, nawet się nie spodziewałam, że otrzymanie komentarzy do tekstu będzie dla mnie aż tak emocjonujące! To super móc przeczytać konstruktywne uwagi i w ogóle “porozmawiać” na temat swojego opowiadania!

Żeby nie było, ja rozumiem tę scenę z dzieciakiem ;)

I mi się zdarza wybuchać, ale… w myślach. Pilnuję się, żeby nie mówić tak do dziecka, bo cóż ono winne, ponadto, że dziecko ;)

Ale przy trójce… Cóż. Baaardzo rozumiem ten wybuch ;D

 

Co do tortur – dziękuję za uwagę. Mnie się zawsze wydawało, że pod wpływem odpowiednio zastosowanego bólu człowiek powie wszystko.

Dokładnie. Człowiek powie dosłownie WSZYSTKO. Z tego “wszystko” tylko nieliczna część jest rzeczywiście prawdziwa i wartościowa dla przesłuchującego.

 

W moim zamierzeniu ona od początku pamiętała, kim jest, po prostu poszła na urlop macierzyński.

Ahh, to tego nie wyłapałem… Hańba mi.

Raczej odnosiłem wrażenie, że te manipulacje przy jej pamięci + leki coś w niej obudziły.

 

Pozdrawiam :)

Nie potrafię znaleźć opcji odpowiadania bezpośrednio na komentarz (jest takowa?), więc odpowiem tu.

Nie ma.

 

zawsze chciałam coś w tym gatunku napisać, ale miałam opory, czy z moimi umiejętnościami i warsztatem w ogóle powinnam próbować, a przynajmniej pokazywać to publicznie.

No to niepotrzebnie miałaś opory, bo warsztat masz dobry. A tak poza tym, to jesteś w miejscu, które najlepiej nadaje się do pokazywania swoich tekstów. Zawsze możesz liczyć na jakiś feedback i – co zresztą pewnie zauważyłaś – staramy się tutaj wypowiadać merytorycznie na temat przeczytanych tekstów. Taka specyfika. Raz ktoś Cię pogłaszcze, kiedy indziej strzeli z liścia, ale w większości przypadków uzasadni swoje słowa :) Czuj się jak u siebie, bo mamy tutaj fajną społeczność i staramy się sobie pomagać.

 

Ona w moim zamierzeniu pamięta, kim jest, nadal odbiera telefony od swojego szefa i myśli o powrocie do zawodu, tylko w danym momencie stawia na rodzinę i opiekę nad dzieckiem.

Tak podejrzewałem, mając stale na uwadze zagadkową rozmowę z szefem i to, że coś się za tym może kryć. Niemniej jednak te jej nagłe skille wyskakują z kapelusza i nie do końca współgrają z tym, jaką ją pokazałaś wcześniej.

 

Olcia może i rzeczywiście nie budzi specjalnej sympatii wśród osób postronnych, ale tak bardzo często zachowują się małe dzieci. Bywa to szokiem dla ich rodziców :)

Mam dwóch synów, więc coś o tym wiem. Pozwalam im na wiele, ale są zachowania, których nie toleruję i oni sobie z tego zdają sprawę, więc się przy mnie hamują, bojąc się kar jakie dostają :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Podobał mi się chaos, który wykreowało dziecko – i pewnego rodzaju tknięcie kijem tabu, że rodzicielstwo to często jest po prostu udręka, i że niezależnie od woli i wychowania rodzica dziecko jest okrutne i egoistyczne na swoje potrzeby. Kto nie jest? Jak to w przyrodzie, jemy – i inni jedzą nas, od mikrobów po faktycznie noblistów, wszyscy mają swoją fizjologię, a dzieci są po prostu pozbawione hamulców jej ekspresji.

Więc zaintrygowała mnie przede wszystkim Olcia i koncept dziecka, które jest faktycznie wystrzeliwującą samoistnie bronią. Tak jakoś myślałam, że jesteś mamą – mam nadzieję, że to nie uraża, ale od razu jak czytałam narzuciła mi się myśl, że doświadczyłaś tej bezsilności w stosunku do dziecięcych żądań. Osobiście, dzieci jeszcze nie mam :) Ale od najmłodszych lat kazano mi zajmować się bratankami – i chyba trochę mnie to straumatyzowało, haha. No i, mimo najlepszych książek o rodzicielstwie i porad ludzi, którzy mają super grzeczne dzieci, czasami trafi się egzemplarz, lub nawet nie egzemplarz, ale dzień w którym ten dwulatek po prostu pobije cię na łopatki i rozłoży. Dlatego najsilniejszym punktem opowiadania jest stanowczo rozbicie psychiczne matki, do już takiej fizycznej podstawy dzięki tej Iskrze, więc sam motyw tej okrutnej telekinezy był miodzio. (Dlatego też Marcina decyzja wydała mi się sensowna, że oddał dziecko, bo jednak mąż w mojej głowie stawia żonę nad potomstwem).

Jeżeli chodzi o pozostałe postaci, cóż nie były one mocno nakreślone. Wbił mi się do głowy partacz i tak wredna sąsiadka, ale tak jak je ucharakteryzowałaś raczej negatywnie.

Przypomniał mi się jeden szczególik w tekście, że dziecko dopiero raczkuje – a później pisałaś że ma tam 14? miesięcy – nie pamiętam dokładnie. To zamierzone lekkie spóźnienie rozwojowe?

Zdrówka!

Fabularnie mamy tu sporo klisz, niemniej w mojej opinii jest to udany, sprawnie napisany tekst.

Długo rozkręcasz opowieść. Sam lubię rozwlekać wstęp, ale wydaje mi się, że gdyby wizyta trzech gości nastąpiła szybciej, nie wyszłoby to opowiadaniu na złe.

Tak czy inaczej, pierwsze akapity sprawiły, że z ciekawością śledziłem historię. Najpierw pachniało ,,Dzieckiem Rosemary", potem jakąś przedziwną wariacją ,,Harry'ego Pottera", jest i wymazywanie pamięci oraz niepozorna kobieta, która para się mrocznym fachem. 

Sporo tego, ale ładnie to skomponowałaś.

Zastanawiam się tylko, czy opowiadanie spełnia fabularne wymagania konkursu. W sumie może to robić w przewrotny sposób – zakładając, że Łowczyni większą satysfakcję będzie czerpać z tropienia porywaczy córki niż z nudnego, choć stabilnego życia, którym gardzi. 

Z czystym sumieniem polecam do biblioteki.

Aha, jedno mi zgrzytnęło:

Prostuję się groźnie

Pozdrawiam!  

Alessia222 muszę przyznać, że masz całkowitą rację – jestem mamą trójki i mam wrażenie, że każdy rodzic czasem przeżywa negatywne odczucia w stosunku do swojego potomstwa, chociaż jeden, jedyny raz w życiu. Bardzo często jest to temat tabu, choć na szczęście zaczyna się o tym coraz głośniej mówić – matka może kochać swoje dzieci nad życie, a jednocześnie mieć momenty zwątpienia, załamania czy dzikiej, niepohamowanej chęci, by w spokoju napić się ciepłej kawy czy skorzystać z toalety :)

Bardzo się zastanawiałam nad tym wiekiem – chciałam, aby Olcia mogła się jakoś komunikować, a równocześnie to raczkowanie jakoś tak mi do niej pasowało. Z moich doświadczeń wynika, że czasem niektóre dzieci zaczynają późno chodzić (ale jak już zaczną, to trudno je dogonić) Przyznam szczerze, że najpierw Olcia miała mieć roczek, ale potem ją o te dwa miesiące postarzyłam, żeby mogła wypowiedzieć ważną dla mnie kwestię “Mama zła!” ;)

Jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję za tak dokładne przeczytanie i wymianę komentarzy o moim opowiadaniu! Pozdrawiam serdecznie!

adam_c4 bardzo Ci dziękuję za przeczytanie i komentarz! Też się zastanawiałam nad tymi fabularnymi wymaganiami. Mnie to pasowało do wykresu w ten sposób: kobieta w opałach, czyli zmęczona, zaharowana, na skraju wytrzymałości matka; wykrzyczane w złości życzenie, aby dziecko zniknęło; chrzestna (czyli Nowakowa) spełnia je wzywając istoty, które zabierają dziecko; spełnienie życzenia okazuje się koszmarem dla matki, bo tak naprawdę swoje męczące, upierdliwe i wrzaskliwe dziecko szalenie kocha; dzięki temu, co robiła wcześniej (czyli była morderczynią na zlecenie) odkrywa w sobie siły, aby odzyskać dziecko, a jednocześnie wyrywa się z nudnej egzystencji. Pewnie to trochę naciągane, ale opis wymagań fabularnych konkursu jakoś tak mnie natchnął, że po prostu zobaczyłam jedną z tych scenek oczyma duszy mojej ;) To jeden z tekstów, przy pisaniu których miałam dziką frajdę!

Muszę pomyśleć nad tym sformułowaniem “prostuję się groźnie”. Dziękuję za zwrócenie uwagi!

Pozdrawiam serdecznie!

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Hej, Kitty!

Całkiem przyjemne opowiadanie, czytało się dobrze, ale największą robotę robią dla mnie dialogi, szczególnie te pomiędzy wampirami. Trochę nie załapałam, dlaczego bohaterka nagle stała się Łowczynią, ale w komentarzach widzę, że nie kryje się tu nic specjalnego, po prostu o tym nie wspominała. Co jest okej, znaczy na pewno lepsze, niż gdyby była uśpionym agentem/zabójczynią. Powinien być zaskok, ale u mnie nie wystąpił, bo chyba za dużo książek i opek przeczytałam, aby dać się nabrać ;) Mimo to ja tam lubię takie historie i dobrze spędziłam ten czas.

Jedyne zastrzeżenie mam do wymazywania bohaterce pamięci. Ja wiem, że jak ktoś żyje od setek lat nie musi być od razu mądry, ale te wampiry wyjątkowo głupie są :P Powierzają tak ważne zadanie niedoświadczonemu nowicjuszowi, bez sprawdzania, czy mu się powiodło. Powinien chyba ćwiczyć wpierw na obiektach testowych, nie? ;)

 

 

– Bardzo, bardzo mi przykro – powiedział z żalem i wziął moją głowę w swoje dłonie.

Lepiej: “wziął w dłonie moją głowę”. Najlepiej unikać zaimków gdzie tylko się da dla płynności tekstu.

 

Że lepiej pozbyć się ciebie od razu niż bawić się w zmienianie ci pamięci.

Samo “ciebie” wystarczy.

 

 

Powodzenia w konkursie! :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

 

Jedyne zastrzeżenie mam do wymazywania bohaterce pamięci. Ja wiem, że jak ktoś żyje od setek lat nie musi być od razu mądry, ale te wampiry wyjątkowo głupie są :P Powierzają tak ważne zadanie niedoświadczonemu nowicjuszowi, bez sprawdzania, czy mu się powiodło. Powinien chyba ćwiczyć wpierw na obiektach testowych, nie? ;)

 

Sensowna uwaga ;)

Może lepiej wyjaśnić, że bohaterka była za silna i przełamała zaklęcie, czy coś w ten deseń.

LanaVallen dziękuję z całego serca za przeczytanie i komentarz! :) Co do tych dwóch, to tylko ten łysy jest wampirem, ten w okularach jest czymś troszkę innym. Ale rzeczywiście nie grzeszą nadmiarem inteligencji, choć śmiertelnie by się na mnie obrazili, gdyby się dowiedzieli, jakie mam o nich zdanie. Natomiast w tej sytuacji na ich usprawiedliwienie mogę jedynie powiedzieć, że rozproszył ich upiorny niemowlak, gryząc wampira w policzek. Gdyby nie to, zweryfikowaliby z pewnością , czy blondasek rzucił właściwe zaklęcie i czy w pełni podziałało. A w tej sytuacji jeden był w szoku, że tym razem to on został ugryziony, drugi użerał się z Olcią, no i zwyczajnie zapomnieli. Nie radzą sobie najlepiej z dziećmi.

Dziękuję bardzo za uwagę co do zaimków! Bardzo słuszna.

Cześć, Kitty!

 

Na początek powiem, że fajny debiut! Przyjemnie się czytało, a scena z Olcią, która odgryza się w sensie dość dosłownym tym “łowcom talentów” jest naprawdę świetna. Nie do końca widzę spójność z wykresem konkursowym w drugiej części opowiadania, ale to zmartwienie jurorów.

Co do drugiej części tekstu… Twist z matką-łowczynią nie jest czymś kompletnie niespodziewanym, ale prowadzisz go konsekwentnie i sprawnie. Szkoda tylko, że w zakończeniu nie dostajemy konfrontacji z arcywrogiem, bo mam wrażenie, że byłaby bardzo ciekawa. Ale może to taka furtka do kontynuacji?

Łapanek nie będę robić, bo widzę, że już były, a tekst jest napisany sprawnie i z polotem.

Pozdrawiam

Oidrin bardzo dziękuję za przeczytanie i uwagi! Ogromnie się ucieszyłam, że scena z Olcią Ci się spodobała, bo mój mąż mnie bezlitośnie za nią obśmiał. Stwierdził, że mu przypomina jakąś komedię w stylu “Brzdąc w opałach”. Z ogromną satysfakcją przeczytałam mu właśnie Twój komentarz. A co!

Może rzeczywiście powinnam temat pociągnąć dalej, ale wtedy z tego wyszłoby pół książki, a nie opowiadanie. W moim zamyśle najważniejsza była ta psychiczna przemiana bohaterki – od znużenia poprzez rozpacz do odzyskania wiary w swoje siły. Potem, wiadomo, mamuśka sobie jakoś poradzi. Ale jak mnie kiedyś najdzie wena, to napiszę dalszy ciąg ;)

Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam serdecznie!

Hello Kitty!

Udany debiut! Niezłe, początek trochę mnie zniechęcił, ale potem przyjemnie się to rozkręciło. Taka niby cicha woda… Porządnie napisane, wciąga, czytało się bez zgrzytów. Ładnie zbudowałaś postacie: matkę, która na nic nie ma czasu, stukniętą (z pozoru sąsiadkę), nieobecnego męża… Scena z wejściem do domu zalatuje realizmem, choć mam nadzieję, że większość rodziców mniej emocjonalnie reaguje na stress.

Trochę nie do końca złapałem moment i powód metamorfozy bohaterki. Jak z nie do końca ogarniającej rzeczywistość i niecierpliwej matki zostaje cierpliwym, wyrachowanym morderca konsekwentnie idącym do celu.

Mam też trochę problem ze schematem konkursowym, jak dla mnie opowiadanie kończy się w karocy. Bohaterka nie odzyskuje córki, zdobywa jedynie umiejętności, by to zrobić. Szczerze czekałem na finał, i trochę mi go zabrakło.

Ale czytało się nieźle, a geneza bohaterki bardzo mi się spodobała. Do jutra pomyślę jeszcze, fragment pewnie jeszcze raz przeczytam i zastanowię się nad poleceniem do biblioteki.

A póki co pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

krar85 dziękuję ogromnie za przeczytanie i komentarz! Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że to aż takie fajne – zaglądam tu codziennie i niesamowite, jak wnikliwe są komentarze, jaka to przyjemność wymienić się uwagami o tekście i bohaterach :)

W moim zamyśle ona była morderczynią już przedtem, po prostu zrobiła sobie przerwę na urlop macierzyński. Na początku rozmawia przez telefon z szefem i przyznaje, że to problem, że jeszcze nie ma czasu na przyjęcie zleceń. Chciałam, aby brzmiało to zwykle, codziennie, i dopiero innego wydźwięku nabrało, kiedy na samym końcu dzwoni do niego. Informuje go wtedy, że już jest gotowa wrócić do akcji, ale za to prosi o pomoc w załatwieniu prywatnej sprawy. Pewnie za słabo to podkreśliłam.

Z finałem, obawiam się, nie wyrobiłabym się w limicie znaków. Planowałam położyć nacisk na przemianę bohaterki i nawiązania do Kopciuszka: znużenie, zmęczenie codziennością i obowiązkami matki, spełnienie nieprzemyślanego życzenia, które wywołało kompletną rozpacz i załamanie psychiczne, po czym dzięki temu, czym była wcześniej (czyli bezwzględną morderczynią) szansa na odzyskanie córki i wyrwanie się z nieudanego związku. Pewnie trochę naciągane jeśli chodzi o schemat konkursowy, przyznaję. Ten wykres sprawił, że niektóre sceny pojawiły mi się w głowie i pisanie ich sprawiło mi po prostu dużą frajdę.

Pozdrawiam serdecznie!

Pierwsza scena jest naprawdę dobrze napisana – byłam (właściwie to wciąż jestem) pod wrażeniem naturalności, z jaką została nakreślona ta scenka. I ten wybuch emocji także mi się podobał, bo jest bez podkoloryzowywania, upiększania rzeczywistości czy postaci. Głównej bohaterce puszczają nerwy i już. Oczywiście taki wybuch przy dziecku jest nieodpowiedni, ale literacko usatysfakcjonował mnie ten fragment. ;)

Tyle że później… no, właśnie, niestety będę marudzić. Gdy zaczęła się rozmowa z trzema smutnymi panami, czytałam z zainteresowaniem. Jednak ta dyskusja trwała i trwała, a ja zaczęłam się niepokoić, bo miałam w pamięci, że opowiadanie liczy “zaledwie” 26k znaków. I moim zdaniem ten przedłużony początek odbił się czkawką na drugiej połowie opowiadania. Bo robi się jakoś tak pospiesznie i mało naturalnie, prawda o głównej bohaterce wyskakuje trochę jak królik z kapelusza, i końcówka wydała się urwana. Piszę ten komentarz parę dni po lekturze i tak naprawdę nawet nie bardzo pamiętam, co tam później się zadziało, bo najzwyczajniej w świecie się pogubiłam.

Warsztat jest, ale zrobiło się małe zamieszanie na płaszczyźnie fabularnej. Więc niestety, zostałam z dużym uczuciem niedosytu. Aczkolwiek miło byłoby w przyszłości przeczytać coś więcej Twojego autorstwa, Kitty. :)

I osobiście jakoś nie mogę się dopatrzyć w tym opowiadaniu schematu konkursowego. Co jest układem, jeżeli bohaterce siłą odebrano córkę? “Obowiązkowy” happy end też wydaje mi się dyskusyjny.

Silva dziękuję bardzo za przeczytanie! Może rzeczywiście za bardzo to skróciłam. Pisałam pod presją znaków :) W zamyśle happy endem, dość przewrotnym, było wyrwanie się z nudnej egzystencji, powrót do prawdziwej siebie, szansa na odzyskanie córki. Zaoferowaną, jeszcze bardziej niewłaściwą, pomocą była propozycja od sąsiadki – w sumie życzenie głównej bohaterki, choć wypowiedziane w gniewie i z pewnością nieprzemyślane do końca, zostało spełnione. Jej córka zniknęła. Czego, oczywiście, bardzo żałowała. Dzięki swojej profesji i umiejętnościami, czyli tego, co robiła wcześniej, ma szansę na odzyskanie córki. Ogólnie zgadzam się, pewnie powinno być bardziej zgodne ze schematem. Ale ten temat i wykres tak mnie natchnęły, że po prostu zobaczyłam taką wkurzoną mamuśkę i musiałam to opisać. A jak już napisałam, to się odważyłam wrzucić po raz pierwszy w życiu, i strasznie się z tego cieszę :)

Dziękuję, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wena mnie najdzie nieoczekiwanie, wtedy z przyjemnością tu opublikuję!

Pozdrawiam serdecznie!

Cześć Kitty!

Dzięki za doprecyzowanie. Mam teraz problem z tym tekstem, bo z jednej strony początek mi się bardzo spodobał, a z drugiej strony wielu rzeczy z końcówki nie złapałem. Są (moim zdaniem) trochę pospiesznie opisane, a do limitu konkursowego trochę jeszcze zostało. Pomysł i początek niezłe, ale można było z tego więcej wyciągnąć. Kolejna sprawa to schemat konkursowy, widzę jego elementy ale nie całość.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Fajny początek, pani Smith na macierzyńskim nie ma specjalnie cierpliwości do dzieciaka ;) Szkoda, że zamiast pana Smitha dostał jej się jakiś niedołęga, który nawet nie próbował zawalczyć o córkę, tylko od razu się zgodził, by ją zabrano. Trochę się dziwię, że wykasowania pamięci pozostawiono najsłabszemu ogniwu w całym teamie i nikt nie sprawdził, czy mu się udało. A że mu się nie udało, widać było bardzo szybko.

Fantastyka trochę umowna, bo córuś mogła zostać porwana z miliona powodów, nie mających fantastycznych korzeni i historia rozwijałaby się podobnie, ale nie będę marudzić. Przynajmniej za bardzo.

Kliczek na powitanie :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Popieram zdanie poprzedników, że tekst jest warsztatowo sprawny i nieźle napisany – na pewno masz potencjał i już całkiem spore umiejętności. Tam tekst natomiast przekonał mnie znacznie bardziej w części pierwszej, kiedy opowiadał o mamie ledwie radzącej sobie z dzieckiem i o wizycie tajemniczych facetów. Właściwie aż do zabicia przez bohaterkę blondyna nie miałam uwag. Natomiast nagły zwrot ujawniający super-umiejętności bohaterki raczej mnie fabularnie rozczarował, robił też wrażenie mocno przyspieszonego (wiem, limit :)). Generalnie jednak jest to niezły debiut portalowy.  

Dziękuję serdecznie za wszystkie uwagi! Dobrze wiedzieć, gdzie popełniłam błąd, i mam chyba pomysł, jak mogłabym trochę naprawić to opowiadanie, nie przejmując się limitem znaków. Kiedyś, mam nadzieję, spróbuję!

 

Irka_Luz bo to miał być dla tego najsłabszego ogniwa egzamin. Z pewnością ci dwaj bardziej oblatani sprawdziliby skuteczność jego działań, gdyby słodkie maleństwo nie ugryzło wampira, co ich rozproszyło i zmieniło plany. Dziękuję ogromnie za kliczek! Bardzo mi miło!

 

ninedin faktycznie, patrząc na to opowiadanie po upływie miesiąca, widzę, co mogłabym napisać lepiej. Rzeczywiście ten tekst trochę jakby się urywa. Dziękuję za komentarz!

 

krar85 masz rację, pewnie przydałoby się rozszerzyć trochę końcówkę. Dziękuję za uważne czytanie!

 

Pozdrawiam serdecznie!

Byłem już gotowy piać z zachwytu, wychwalać pod niebiosa piękno tekstu, który nie daje szans na zatrzymywanie się przy drobnych potknięciach, bo po prostu trzeba go czytać, aby jak najszybciej dotrzeć do końca.

A tu nagle Bal!!! I złamany obcasik!!! (swoją drogą pięknie wykorzystałaś ten drugi, więc ten pierwszy jestem skłonny wybaczyć). I o zgrozo, zegar wybijający północ!!!

Why Leo? Why? Oj, szkoda. Szkoda, że tak dosłownie potraktowałaś tego Kopciuszka.

Całe szczęście, po wypełnieniu warunków konkursu, wracasz do opowieści i sprawnie doprowadzasz ją do końca, który(znowu niestety) pozostawia lekki niedosyt, bo chciałbym się dowiedzieć czy bohaterka odnalazła córkę (to raz) i takie zastanowienie, czy ostatnie zdanie jest konieczne (to dwa)?

Pomijając ten nieszczęsny bal, czytałem jednym tchem. Świetna robota – tak napisanych i wymyślonych opowiadań chcę więcej.

 

Edit: O, i jeszcze nie jest w bibliotece? Polecam.

 

Edit2: Tym, którzy narzekają na kalki fabularne polecam taki tekst: https://joemonster.org/art/13127

 

fizyk111 bardzo, bardzo dziękuję! Ogromnie się cieszę, że Ci się częściowo spodobało. Co do ostatniego zdania, to chciałam nim podkreślić to, że dziewczyna, która wydawała się uciśnionym obowiązkami domowymi Kopciuszkiem, okazała się kimś innym – Łowczynią. Nie uroczą, słodką damulką czekającą na wróżkę i księcia (koniecznie takiego z zamkiem, tudzież dobrą pracą w korporacji), tylko kimś niebezpiecznym i wrednym, na kim Iskry mogą sobie połamać zęby. Kimś, kto teraz wyruszy na łowy. Kimś z zupełnie innej bajki. Tak mi pasował ten kontrast, ale może za bardzo się zafiksowałam i wzięłam zbyt dosłownie schemat konkursowy :)

Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziękuję!

Co do ostatniego zdania, to chciałam nim podkreślić to, że dziewczyna, która wydawała się uciśnionym obowiązkami domowymi Kopciuszkiem, okazała się kimś innym – Łowczynią. Nie uroczą, słodką damulką czekającą na wróżkę i księcia (koniecznie takiego z zamkiem, tudzież dobrą pracą w korporacji), tylko kimś niebezpiecznym i wrednym, na kim Iskry mogą sobie połamać zęby.

Ale my to już wiemy, pięknie nam to pokazałaś w tekście. Nie musisz tego mówić w ostatnim zdaniu. A jeśli słowo “Łowczyni” jest dla Ciebie kluczowe, to mogłabyś je pleść wcześniej w opowieść.

 

Interesująca historia, ciekawy problem stawiasz przed bohaterką.

Czternastomiesięczne dziecko i dopiero raczkuje?

Co właściwie robiły iskry? Ola wymusiła na matce karmienie, mimo niesprzyjających okoliczności. “Iskra” w magii kojarzy mi się z magiem ognia (to pewnie przez Białołęcką), a tu raczej jakiś rodzaj telepatii. Więc dlaczego iskra?

Czyszczenie pamięci. Skoro bohaterka wymaga leków, żeby sobie nie przypomniała, a mąż o tym wie, to chyba i inni wiedzą, że zabieg nie bardzo się powiódł? Swoją drogą, oferma z niego i kawał drania.

Babska logika rządzi!

Finkla, dziękuję bardzo za uwagi! Co do wieku Olci, to z mojego doświadczenia wynika, że różnie to bywa. Zdarza się, choć rzadko, że niektóre dzieci się rozwijają szybciej w mowie, a ruchowo idzie im wolniej. Założyłam, że takie obdarzone talentami magicznymi może być mniej sprawne pod kątem poruszania się, za to dość szybko zaczęło mówić podstawowe słówka i jest dość bystre (bardzo zależało mi na tych słowach “Zła mama!”, a równocześnie widziałam Olcię jako takie jeszcze maleństwo, i te czternaście miesięcy wyszły mi po przemyśleniach jako najbardziej prawdopodobne)

Bardzo mnie zmartwiłaś tą Iskrą. Akurat tego u Białołęckiej nie kojarzę, przyszła mi ta nazwa do głowy już dość dawno temu i w moim uniwersum Iskrami nazywa się ludzi, którzy mają w sobie taką “iskierkę mocy”. Jeśli płonie ona jasno, to jej właściciele są w stanie za pomocą odpowiednich zaklęć lub rytuałów ingerować na wielu poziomach w rzeczywistość. Jeśli ledwo się tli, to wykazują się jakimś nadprzyrodzonym talentem, z którego te najsłabsze nawet nie zdają sobie sprawy.

Co do leków, to założyłam, że zwyczajowo zostawiali je po takich zabiegach na wszelki wypadek. Ogólnie powinno to pójść inaczej, powinni sprawdzić, czy na pewno wszystko się udało i student zaliczył egzamin, ale Olcia ich rozproszyła.

Dziękuję bardzo za przeczytanie i komentarz! Pozdrawiam serdecznie!

No, Białołęcka popełniła taki cykl o magach. Występowali w różnych rodzajach. Iskry – władza na ogniem, tkacze iluzji – tworzenie iluzji, stworzyciele – transmutacje, jacyś byli od pogody, jacyś od zwierząt…

Babska logika rządzi!

[Przeczytane]

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

@Finkla, faktycznie! I ja to wieki temu czytałam. Pamiętam swoje cierpienie, że nie mogłam dostać w ręce ostatnich części. Dzięki ogromne, że mi przypomniałaś, muszę poszukać i domknąć sobie figurę. Kompletnie mi to wyleciało z głowy…

Zgrabnie napisane. 

Przeskok z realistycznie opisanych zmagań młodej matki z życiem na fantasy mnie całkiem zaskoczył. Potem trochę wydało mi się, że może za dużo grzybków w garść z tymi kopciuszkowymi nawiązaniami. 

Nie zgadłam wcześniej, jaką to pracą zajmuje się główna bohaterka – za to plus :) 

Pozdrawiam!

 

Nie porwało mnie, ale czytało się przyjemnie :)

Przynoszę radość :)

Przeczytałam! 

Podobało mi się! Na myśl przyszedł mi film “Długi pocałunek na dobranoc”, no bo zabójczyni i zmiana pamięci i takie tam ;) 

 

Ogólnie bardzo ciekawe… choć nie do końca moje klimaty. Ale widziałabym w tym materiał na dłuższą rzecz. No i chętnie bym zobaczyła co zrobiła za to wszystko mężowi :P 

Warsztat jest super! W ogóle się nie martw i pisz tak dalej! To się dobrze czyta! 

 

Pozdrawiam cieplutko! ;) 

N.S.N.P

Hej!

Ja tylko kilka skromnych uwag na początek:

 

– To ja – zamrugałam. – A w jakiej sprawie?

Generalnie bardzo dobrze sobie radzisz z zapisem dialogów, co nie jest prostą sprawą, ale tutaj wkradł się błąd. Mruganie nie jest czasownikiem opisującym czynność mówienia, więc powinno być:

– To ja. – Zamrugałam.

W razie wątpliwości polecam poradnik: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/ – choć, jak już mówiłam, technicznie świetnie sobie radzisz z dialogami.

 

– No tak. Oczywiście! – Blondynek aż podskoczył do góry. – Miałem to na końcu języka.

No raczej nie da się podskoczyć inaczej niż do góry, więc jest to zbędne.

 

– Dziesięć… dziewięć… osiem… siedem… – rozpoczyna się odliczanie do północy.

Ponownie – “rozpoczyna się odliczanie” nie opisuje bezpośrednio czynności mówienia, więc powinno być z wielkiej litery.

 

Wiesz, gdzie można najłatwiej przebić skórę i mięśnie, aby ostrze przeszło aż do podniebienia, a potem do mózgu?

To “gdzie” mi tu zgrzyta. Niby rozumiem, o co chodzi, ale tak nie do końca wynika to bezpośrednio z tego sformułowania – bo można na ten przykład w ośnieżonym ogrodzie, bo i czemu nie.

 

Powyższe uwagi już pomijając, warsztat masz bardzo dobry, czyta się płynnie i bez potknięć. Wstęp niezły, pomysł z dzieckiem jeszcze lepszy i choć finalnie fabuła może nie porywająca, to całkiem przekonująco skonstruowana, bez większych luk. Właściwie zapomniałam nawet o “kopciuszkowym” schemacie, aż do momentu ucieczki z balu – co było lekko naciągane. Nasuwa mi się jedno pytanie: Blondynek ostatecznie uwalił egzamin i musiał szukać zatrudnienia w roli kelnera, czy zjawił się na owym balu z jakiegoś konkretnego powodu, typu ukradkowe pilnowanie niepokornej Łowczyni (co oczywiście się nie udało)?

Mam też trochę poczucie, że część od “przemiany” rozegrała się jakoś za szybko w stosunku do reszty tekstu. Innymi słowy, pozostał mi lekki niedosyt. Wydaje mi się, że po balu, a przed zakończeniem (które mimo wszystko nastąpiło, jak dla mnie, w miejscu idealnym), można było z tego pomysłu wycisnąć nieco więcej (zwłaszcza, że jakiś zapasik znaków jeszcze pozostał). Ale to tylko moje odczucie.

Generalnie przyjemnie się czytało :)

Pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

Beatrycze_Nowicka bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz! Masz rację, że może trochę za dużo tych odniesień kopciuszkowych, jakoś tak mi się to wszystko ułożyło w głowie i popłynęłam. Pewnie zbyt daleko :)

 

Anet i Marta_Kirin serdecznie dziękuję! Cieszę się, że dało się przeczytać!

 

NaNa bardzo dziękuję za uwagi! Już sobie poprawiam u siebie w dokumentach. Mam teraz takie poczucie “no jak ja mogłam nie zauważyć!” Naprawdę czytałam kilka razy tekst i to, że i tak przegapiłam takie błędy jak podskoczenie do góry czy błędy w zapisie dialogu mocno mnie martwi. Chyba nigdy u siebie się nie znajdzie wszystkiego…

Co do blondynka, w moim zamyśle ta ich “iskrowatość” to coś dodatkowego, po godzinach. To był zwykły młodzieniaszek, może w normalnym życiu student bibliotekoznawstwa lub archeologii, który dorabiał sobie jako kelner.

 

Jeszcze raz bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarze! Pozdrawiam serdecznie!

Polecam się :) Właściwie wczoraj po przeczytaniu kilku opowiadań i zwróceniu autorom uwagi na takie niedociągnięcia zajrzałam do siebie i wiesz co? Jeszcze wyłapałam w dwóch miejscach dialogi do poprawki i jedno brzydkie powtórzenie xD A też czytałam -dziesiąt razy przed publikacją i po. Zaiste, nie da się wyłapać wszystkiego… Aa w tym sensie! No to teraz wszystko jasne :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Nowa Fantastyka