- Opowiadanie: Silva - Niech żyje Imperator

Niech żyje Imperator

Dziękuję dream teamowi w składzie: oidrin, japkiewicz i Gekikara za pomoc w przycięciu fabuły do lepszego kształtu oraz cenne uwagi techniczne.

I życzę miłej lektury!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Niech żyje Imperator

Okręt flagowy Imperatora Strzaskanego Świata, olbrzymi pięciomasztowiec o krwistoczerwonych żaglach, pękł wpół i runął z nieba jak postrzelony ptak. Rozerwane pokrowce pod kadłubem, wcześniej rozdęte jak podgardle żaby, teraz wiotczały w zastraszającym tempie, gdy aerd wyciekał z nich mglistymi smugami. Przednia część statku uderzyła w jedną z powietrznych wysp i zapadła się w sobie z potwornym hukiem; połamane belki wystrzeliły na wszystkie strony pośród gradu drzazg, dwa maszty przechyliły się, strącając kilka imperialnych korwet, które nie zdążyły umknąć przed opadającym molochem.

Porucznik Hein obserwował to wszystko z mostku fregaty sunącej kilkaset stóp wyżej. Wpijał palce we framugę okna, pod paznokciami wzbierała już krew, ale nie zdawał sobie z tego sprawy. Nie mógł oderwać wzroku.

Druga połowa statku Imperatora spadała prosto w Głębię. Bezgłośnie, choć żagle furkotały jak szalone, masa drewna, lin, armat i ludzi tonęła w przepaści bez dna, kreśląc za sobą drogę upadku chmurą aerdu.

Zaraz potem na tle ciemności sięgającej po horyzont zaroiło się od lekkich i szybkich okrętów buntowników. Chmara komarów głodnych krwi, przemknęło porucznikowi przez głowę.

Podniósł wzrok – i zobaczył sunący ku nim okręt liniowy admirała Sterna, prawej ręki Imperatora, jego najbardziej zaufanego doradcy i głównodowodzącego imperialnej floty.

Statek znajdował się w zasięgu strzału. Nawet stąd Hein widział ciemne lufy zwrócone w ich stronę.

– Co…

Salwa z trzech rzędów dział rozłupała bok fregaty jak orzech. Mlecznobiałe opary wypływające spod kilu oznaczały najgorsze; statek przechylił się dziobem w dół i zaczął opadać, nabierając prędkości. Krzyki żołnierzy utonęły w gęstych kłębach.

W wyspę, w wyspę, błagał porucznik w myślach, przytrzymując się kurczowo balustrady schodów.

Nie uderzyli w nic.

 

*

 

Gdy wróciła mu świadomość, wszędzie dookoła panował mrok i chłód. Początkowo nie miał odwagi się poruszyć. Serce waliło w piersi, kończyny odrętwiały, w żyłach buzowała adrenalina.

Żył, chociaż spadł w Głębię. Głębię, która rodziła aerd i której nigdy nie zbadano, a ci, którzy próbowali, nie wrócili.

Leżał na czymś miękkim, ciepłym, co zapadało się pod jego ciężarem. Na twarzy poczuł chłodne powietrze cuchnące wilgocią i starą piwnicą. Niepewnie wyciągnął dłoń w bok; palcami musnął coś miękkiego, nieco lepkiego, przypominającego w dotyku błonę.

Ciemność powoli nabierała kształtów. Z mroku wynurzały się skaliste zęby, połączone zwiewnymi mostami z bladej i lśniącej zasłony, falującymi w ciszy na niewyczuwalnym wietrze. Hein nie był pewien, ale domyślał się, że patrzy na aerd. Taki, jakim wyglądał, zanim czystymi smugami wznosił się ku niebu. Zanim zostawał zebrany w gęste sieci i przetworzony na napęd do statków, albo wsączony w aerdowe chmury, z których lał się deszcz, strumienie i potoki.

Dar Głębi dla Strzaskanego Świata. Być może w wyrazie przeprosin za zniszczenie, jakie go spotkało.

W zwoje surowego aerdu wplątane były fragmenty wraków. Rozpoznawał szkielety takielunku, porwane żagle, rozdarte kadłuby. Zwłoki smukłych okrętów imperialnych i trupy kryp buntowników.

Potem zobaczył coś jeszcze.

Kształty przemykające na granicy mdłego blasku, nadciągające po smugach aerdu ze wszystkich stron. Odnóża uderzające o sieć w szybkim tempie. Kołyszące się odwłoki. Z szelestem i sykiem podekscytowania pająki większe od armat ruszyły ku szczątkom.

Porucznikiem wstrząsnął dreszcz odrazy, z gardła wyrwał się krzyk, odbijając głośnym echem po pustce Głębi. Pająki jakby go usłyszały, bo na moment zamarły w bezruchu. Próbował wstać, uciekać, ale im bardziej się szamotał, tym mocniej trzymała go lepka sieć.

– Nie, nie, nie… Nie!

Dzikim wzrokiem wodził za krążącymi nad nim monstrami. Kłębiły się, pełzały gorączkowo po mglistych wstęgach, posykiwały między sobą w pajęczym języku.

Był pewien końca, gdy pająki nagle czmychnęły poza zasięg wzroku.

Sieć zapadła się, jakby pod ciężarem czegoś dużego. Hein wytrzeszczał oczy w ciemność.

Przez mrok sunął leniwie kolejny pająk. Ogromny jak statek. Był blady i jasny jak srebro, jak księżyc w pełni.

Jak aerd.

– Kto mnie zbudził?

Głos był cichy, chrapliwy, nieludzki, ale Hein nie potrafiłby stwierdzić, na czym polegała różnica. Nie od razu zrozumiał, że to pająk przemówił. Obserwujące porucznika czarne korale oczu połyskiwały mętnie od blasku pajęczyny.

Ze wszystkich stron odezwał się szum, gdy pozostałe pająki podpełzły bliżej. Białe monstrum zasyczało, a one zaszeleściły jeszcze głośniej. Heinowi nie mieściło się to w głowie, ale zrozumiał, że te bestie się między sobą porozumiewały.

– Kiedyś świat z góry zrzucał nam niewiele pożywienia – odezwał się ogromny stwór w ludzkim języku. – Po tym, jak rozpadł się świat i zostałam tutaj uwięziona. Ale słyszę, że niedawno to się zmieniło.

Spojrzenie ośmiu ślepi pajęczyca utkwiła we wrakach zaplątanych w aerdową pajęczynę. Hein pomyślał ze zgrozą o wszystkich nieszczęśnikach, którzy przez ostatnie lata intensywnych podbojów Imperium spadali wraz z okrętami w Głębię, by skończyć jako posiłek pająków.

– Ale to wciąż za mało – zasyczała. – To my przędziemy pajęczynę, lżejszą od powietrza i mocniejszą niż skała, która karmi świat. Więc on powinien karmić nas. Żywym, świeżym mięsem i ciepłą krwią, a nie trupami.

Nie skończyła mówić, gdy któryś z pająków wyrwał się z szeregu, zmierzając niecierpliwie ku porucznikowi.

– Nie! Zostawcie mnie!

Pajęczyca zasyczała. Potwór stanął.

– Człowieku. – Hein przełknął ślinę, gdy pajęczyca zwróciła się bezpośrednio do niego. – Nie nakarmię tobą moich dzieci, ale dasz nam w zamian ludzi. Żywych. Nie chcemy zwłok.

– Ludzi? Ale ja nie mogę… jak miałbym kogokolwiek zmusić, żeby…

Szereg pająków zafalował, gdy się zbliżyły. Porucznik natychmiast się zreflektował.

– Potrzebuję statku, by wrócić na górę. Sprawnego statku – mówił tak szybko, że plątał mu się język. – I wtedy będę mógł ci zesłać tylu ludzi, ilu tylko chcesz!

Przez chwilę panowało milczenie. Serce boleśnie tłukło się o żebra, w uszach słyszał szum krwi.

– Damy ci statek. Masz czas do najjaśniejszej nocy – zawyrokowała pajęczyca, zanim cofnęła się w ciemność.

 

*

 

Pająki dotrzymały słowa. Uwijały się, łącząc pajęczyną fragmenty różnych wraków. Potem pokryły całość czystym aerdem. Gdy skończyły, oczom Heina ukazał się najwspanialszy galeon, jaki kiedykolwiek widział w życiu: mlecznobiały i lśniący, jak pomnik misternie wyrzeźbiony z kości słoniowej.

I należał do niego. Zwykłego porucznika, który wcześniej mógł tylko marzyć o własnym okręcie.

Statek wydawał się równie nierzeczywisty jak duch. Miał białe burty i białe żagle chwytające najlżejszy powiew wiatru, a takielunek połyskiwał jak pokryty lodem. Wysoką nadbudówkę na rufie równoważył smukły kadłub o kilu otulonym poduszką aerdu. Części różnych jednostek spojono tak, że po łączeniach nie było śladu.

Okręt godny króla. W myślach Hein nazwał go Zjawą.

Zajęty podziwianiem nie zauważył już, że po burcie wspiął się srebrzysty jak aerd pająk wielkości dłoni i znikł w zakamarkach pod pokładem.

 

*

 

Imperatorowa zacisnęła dłonie na barierce. Z balkonu pałacu rozciągał się widok, który komuś innemu zaparłby dech w piersiach, ale dla niej stał się znajomy jak własne odbicie.

Dziesiątki wysp unosiły się w powietrzu ponad czarną Głębią. Osadzone w obłokach stężałego aerdu dryfowały nad przepaścią od dnia Strzaskania, przed którym ziemia zakrywała podobno cały świat. Niektóre miały powierzchnię płaską jak stół, inne były pofalowane od wzgórz i pagórków, brzegi kolejnych skuwały łuki mostów. Ciemne plamy miast kontrastowały ze złotymi połaciami pól, porty z zacumowanymi statkami tuliły się do urwisk. Nad wieloma sunęły leniwie chmury rozrzedzonego aerdu. Nieustannie płynęła z nich woda, tworząc wodospady i wstęgi rzek, które potem przelewały się przez krawędzie wysp i spadały w nicość.

– Przegrywamy na południu. Zamierzam udać się tam osobiście i dopilnować, aby armia buntowników została rozbita.

Odwróciła się z niechęcią. W przejściu stał wysoki i szczupły, wręcz chudy mężczyzna o siwych włosach zaczesanych do tyłu. Wyglądałby niepozornie, gdyby nie surowe i twarde spojrzenie szarych oczu. W nieskazitelnym, czarnym jak kawa mundurze oraz dokładnie wypastowanych butach prezentował się nienagannie jak zawsze. Nawet w dobie upadku Imperatora.

– Admirale Stern, oczekuję, że do czasu powrotu Imperatora…

– Nikt nigdy nie wrócił z Głębi – przerwał jej znudzonym tonem. – Bądźmy poważni.

– Mówimy o moim mężu – wycedziła. – Przypomnę, admirale, że po jego… pod jego nieobecność to ja sprawuję rządy. Powinieneś tytułować mnie panią.

Przyglądał się jej przez parę długich sekund.

– Naturalnie. Póki nie powróci Imperator… albo zostanie wyłoniony nowy, co jest bardziej prawdopodobnie.

Nie miała złudzeń – Stern co najwyżej ją tolerował. On był dowódcą całej imperialnej floty – lub tego, co z niej zostało – a ona bezdzietną żoną martwego Imperatora. Wiedziała, że jeśli Stern upora się z buntownikami, zyska wystarczające poparcie, aby obwołać się nowym Imperatorem. A wtedy będzie mógł strącić małżonkę poprzednika w Głębię i nikt nie powie choćby słowa.

Chyba że zechce ją poślubić. W co wątpiła, bo ten stary gad nie okazywał kobietom żadnego zainteresowania. Poza tym brzydziła się nim nawet bardziej niż byłym mężem.

Rozległ się odgłos pospiesznych kroków. Do komnaty wpadł adiutant Sterna.

– Pani… – Pospiesznie zasalutował. – Admirale! Południowe wyspy… Nasza flota… – Dyszał, zasapany po biegu. – Przegrupowała się i odpierają ataki buntowników. Pojawił się okręt… Niezniszczalny!

– Co takiego? – Stern zmarszczył brwi. – Jaki znów okręt?

– Z aerdu – odpowiedział adiutant z przejęciem. – Podobno wyleciał z Głębi.

 

*

 

Po opuszczeniu Głębi Hein napotkał niedobitki imperialnych wojsk. Srebrzysty galeon wzbudził istny popłoch; któraś z korwet spanikowała i ostrzelała Zjawę, a porucznik przekonał się, że uprzędzony przez pająki Głębi aerd zastygł w skorupę twardszą od żelaza. Pociski odbiły się od burt, nawet kartacze tylko prześlizgnęły się po żaglach.

Musiał przebrać się na spotkanie z podoficerami. W kajucie znalazł świeży mundur z epoletami wiceadmirała – i wtedy coś go podkusiło.

Złamani duchem żołnierze potrzebowali przywódcy, a wiceadmirał cudem ocalały z Głębi i jego wspaniały statek wystarczyły, by ich zjednoczyć.

Pierwszy raz w życiu wydawał rozkazy, które naprawdę coś znaczyły. Rozkazy, od których zależały życie i śmierć. Załoga była na każde jego skinienie, mała flota uderzała tam, gdzie wskazywał, i nie musiał nikogo pytać o zdanie. Nawet jeśli źle oceniał szanse w bitwie i ponosił straty, to Zjawa ratowała ich z każdej sytuacji.

Dołączało do niego coraz więcej rozproszonych imperialnych jednostek. Flota się rozrastała i już wkrótce niemal całkiem wypchnęli wrogów z południowych wysp. Otoczony liczną eskortą galeon był nie tylko nie do zdobycia, ale i nie do strącenia.

Po cichu zaczęto nazywać Heina nowym Imperatorem.

A jemu bardzo się to podobało.

 

*

 

Hein naradzał się z podoficerami na mostku kapitańskim Zjawy. Na stole rozłożono mapę okolicznych rejonów; mosiężnymi pionkami oznaczono statki oraz bazy obu stron konfliktu. Z zadowoleniem spoglądał na przewagę imperialnych pionów względem tych, które przedstawiały siły rebeliantów, i sycił się myślą, że to jego zasługa.

– Dostaliśmy odpowiedź od oficerów z Wysokich Wysp – rzekł jeden z podwładnych. – Odmawiają dołączenia do naszych sił…

Hein zmarszczył brwi.

– Dlaczego?

– Chodzi o pana, wiceadmirale. – Podoficer zawahał się. – Twierdzą, że nie będą służyć pod dowódcą, którego nie znają, a który pojawił się… w, jak to ujęli, niepewnych okolicznościach.

Na te słowa uleciał dobry humor. Po początkowym paśmie sukcesów zaczęły się problemy, gdy na odbitych terenach napotykali coraz więcej imperialnych okrętów i dowodzących nimi oficerów. Prostych żołnierzy przekonywał bohater z Głębi, jednak ci wyżsi stopniem zaczynali zadawać pytania. Pozostawało kwestią czasu, gdy ktoś się zorientuje, że nigdy nie było żadnego wiceadmirała Heina.

– Jest coś jeszcze. Sama imperatorowa zaprasza pana, wiceadmirale, do letniego pałacu Imperatora. Nasi zwiadowcy donoszą, że zmierza tam także okręt liniowy admirała Sterna.

– Admirała Sterna? – Hein podniósł z oburzenia głos. – To on wciąż dowodzi?

Zobaczył zaskoczone spojrzenia podoficerów – i zrozumiał.

– Po… porażce Imperatora admirał wycofał się, aby chronić wyspy centralne. Oraz by zabezpieczyć wyspy kopalniane na północy.

Rozmyślał intensywnie. Spuścił wzrok na stół; pałac znajdował się na skraju mapy. Przesunął tam pionek oznaczający Zjawę, a potem jeszcze jeden, tym razem zabrany spoza wyrysowanych granic. W myślach układał już plan.

– Przekażcie, że z przyjemnością przyjmuję zaproszenie.

 

*

 

Zjawa płynęła bezgłośnie wśród chmur w drodze ku letniemu pałacowi. Okręt lśnił podobnym blaskiem jak połówka księżyca na nocnym niebie. Naokoło kształty wysp odznaczały się w mroku słabą poświatą unoszącego je aerdu. Gdzieś z góry spadała z obłoków zasłona wody, opryskując srebrzyste burty.

Wokół statku z cichym szumem szybowały trzy żeglarze – ogromne szare ptaki o smukłych szyjach i skrzydłach wielkich jak żagle. Cień jednego z nich zakrywał cały pokład. Hein stał na dziobie statku i obserwował niezwykłe towarzystwo; przypuszczał, że intrygowało je lśnienie okrętu.

O żeglarzach mówiono, że kiedy miały umrzeć, wzbijały się w powietrze po raz ostatni i latały tak długo, aż nie wytrzymywało ich serce. Wtedy spadały w Głębię, tak jakby wiedziały, że w dole czekają na nie głodne pająki. Wzdrygnął się lekko, gdy o tym pomyślał.

Wyjrzał przez burtę, by popatrzeć na ledwie widoczne smugi aerdu ulatujące z Głębi. W świetle księżyca połyskiwały niczym świeży śnieg. Zakręcały łagodnymi spiralami, stapiały z gęstszymi obłokami i odpływały z wiatrem. Teraz, gdy znał jego pochodzenie, aerd już nie wydawał mu się taki piękny.

Nawet nie chciał sobie wyobrażać, ile pająków tkało te nici zwiewniejsze od dymu. Pełzające gdzieś po dnie przepaści, snujące lśniące sieci i żywiące się żeglarzami oraz innymi nieostrożnymi zwierzętami. A później, gdy zaczęły powstawać powietrzne statki, a wraz z nimi toczone nad Głębią bitwy – także ludźmi.

Wspomniał ogromnego, bladego pająka przemawiającego w ludzkim języku, choć nie ludzkim głosem. Pajęczyca z Głębi. Jeśli mówiła prawdę, to żyła jeszcze przed Strzaskaniem. Hein nigdy nie słyszał o rozumnych pająkach, a tym bardziej takich, które liczyłyby sobie tysiące lat.

Nie był pewien, co tak naprawdę obudził wśród podwalin świata. I wolał się nie dowiadywać, chociaż świadomość umowy zawartej ze złowrogą istotą nie dawała mu spokoju.

Postukał z namysłem palcami o gładką i twardą jak szkliwo barierkę. Wciąż wzdragał się przed zapędzeniem ludzi na jakiś statek i posłaniem na dno, bo zbyt dobrze zdawał sobie sprawę, na jaki los by ich skazał.

A czas uciekał.

 

*

 

Letni pałac rzęsiście oświetlały setki lamp. Salę balową wypełniali goście i muzyka, tak jakby nigdy nie doszło do upadku Imperatora.

Imperatorowa stała na szczycie schodów, mimo żałoby elegancka jak na każdym z wystawnych bali organizowanych przez byłego męża. U jej boku stał admirał Stern. Oficer gardził przepychem i jego galowy mundur niewiele różnił się od zwykłego – był tak samo czarny, miał jedynie o parę więcej srebrnych ozdób. Oficerki wypolerowano tak, że lśniły niczym lustro.

– Nie bawi się pan, admirale?

– Czekam, aż zjawi się twój gość, pani – mruknął w odpowiedzi. – Bohater z Głębi, czy nie tak? Wiceadmirał, o którym nigdy nie słyszałem. Wręcz nie mogę się doczekać, by go poznać.

Nie skomentowała zimnej nuty w jego głosie. Wtem trzy razy o posadzkę zadźwięczała laska, obwieszczając przybycie gości.

– Wiceadmirał Hein, dowódca galeonu Zjawa!

Tłum gości zaszemrał z podekscytowaniem. Stern jedynie uniósł wyżej podbródek. Przez główne wejście do sali wkroczyła grupa oficerów, którym przewodził zaskakująco młody jak na swą rangę mężczyzna.

Przyjrzała mu się z zainteresowaniem. Szedł dumnie wyprostowany, z uśmiechem, który wydał jej się napięty. Jako dodatek do munduru nosił aksamitny, czarny płaszcz zarzucony na ramię. Admirał prychnął cicho.

– Pani. Admirale Stern – rzekł Hein, kłaniając się przed imperatorową. Mężczyźnie nie zasalutował. – To dla mnie zaszczyt.

Skinęła łaskawie głową, choć nie umknął jej afront z jego strony. Sternowi z pewnością również nie.

– Cieszę się, że w końcu spotykam bohatera, który odzyskał dla Imperium większość południowych wysp.

Nawet nie kłamała; ten mężczyzna mógł jej się bardzo przydać. Młody, całkiem przystojny i – miała nadzieję – łatwy do kontrolowania.

– Wiceadmirale Hein. – Stern zdobył się na chłodny uśmiech. – Jest pan młodszy, niż się spodziewałem… Wygląda na to, że Imperator w swych ostatnich dniach nie szczędził awansów.

– Trudno ukryć, że w ostatnim czasie wydarzyło się wiele zaskakujących rzeczy, admirale. Od kiedy za pańską sprawą znalazłem się w Głębi.

Na sali zapadła cisza. Oczy wszystkich były zwrócone ku dwójce mężczyzn. Zaskoczona władczyni spojrzała na Sterna; admirał zachował kamienny wyraz twarzy, za to jego adiutantowi nerwowo drgnęły kąciki ust.

– Nie rozumiem, o czym pan mówi – rzekł Stern spokojnie, nie spuszczając z Heina chłodnego spojrzenia.

– Brałem udział w bitwie w Południowym Kotle. Tej samej, podczas której zniszczono okręt Imperatora. Został ostrzelany, ale nie przez buntowników. – Uczynił krótką pauzę. – Tylko przez pański okręt.

W jednej chwili atmosfera w sali balowej zagęściła się jak tężejący aerd. Wśród zebranych przeszedł pomruk oburzenia, pozostali oficerowie popatrzyli niepewnie po sobie. Imperatorowa szybko otrząsnęła się z pierwszego szoku.

– Co to ma znaczyć, admirale?

Stern zaciskał usta tak mocno, aż zbladły mu wargi.

– To zwykłe oszczerstwa. Czemu nikt tego nie widział?

– Jedynymi świadkami pozostali buntownicy, którym przecież nikt nie uwierzy. Zestrzelił pan mój statek. I zapewne każdy inny, którego kapitan nie był z panem w zmowie. W końcu z Głębi się nie wraca… Prawda?

Imperatorowa nie czekała dłużej. Dała znak pałacowym gwardzistom, a ci ruszyli w stronę Sterna. Admirał odwrócił się, marszcząc brwi. Jego wzrok był jeszcze chłodniejszy niż zazwyczaj – wręcz lodowaty.

– Sądzę, że do czasu wyjaśnienia tej sprawy powinien pan pozostać pod strażą, admirale – rzekła, pozwalając sobie na zadowolony półuśmiech.

Zdawała sobie sprawę, że słowa człowieka, który jako pierwszy powrócił z Głębi, przekonywały ludzi. Miała zamiar dopilnować, aby oskarżenia okazały się zasadne. A później – zarządzić egzekucję.

– Nie – wycedził Stern. – Nie ma mowy. Żołnierze!

 

*

 

W sali balowej zapanował zamęt. Hein podejrzewał, że Stern będzie mieć wśród gości ukrytych popleczników i obstawi pałac zaufanymi żołnierzami, zadbał więc o to, aby mieć wokół siebie swoich ludzi, a blisko wyspy czekały w pogotowiu okręty. Nie zdziwiło go, że statki z eskorty admirała miały załadowane działa i gdy tylko w pałacu wybuchły potyczki, rozpoczęły ostrzał jego małej floty. Stern wiedział równie dobrze jak on, że nie mogło być dwóch pretendentów do tytułu Imperatora.

Powietrze zasnuwał dym śmierdzący prochem, wokoło rozlegały się spanikowane krzyki gości, zagłuszane przez ostre dźwięki wystrzałów. Po stopniach stoczyło się ciało jednego z gwardzistów. Hein zdążył dostrzec admirała przemykającego do bocznego wyjścia.

– Za mną!

Nie patrząc, czy pozostali ruszyli jego śladem, pobiegł w tłum. Wyszarpnął rapier, ktoś skoczył ku niemu; Hein chlasnął na odlew, nie zatrzymując się. Sądząc po krzyku trafił w twarz, ale nie obejrzał się, aby to sprawdzić.

Wybiegł z sali balowej do wyludnionego i nieoświetlonego korytarza. Wśród cieni na końcu przejścia dostrzegł poruszenie i popędził w tamtą stronę.

– Stern!

Był blisko, tak blisko. Miał własną flotę, niezniszczalny okręt i epolety wiceadmirała. A tej nocy mógł zdobyć jeszcze więcej. Na drodze stała ostatnia przeszkoda.

Dopadł do końca korytarza i ledwie zdążył się uchylić; admirał czekał za zakrętem i od razu wyprowadził sztych. Hein odepchnął ostrze rapierem i zaatakował z determinacją, o jaką wcześniej by się nie posądzał. Dopiero teraz uderzyła go myśl, że wymierzył broń w admirała imperialnej armii, najważniejszą osobę po samym Imperatorze – i zaskoczyła łatwość, z jaką to zrobił.

Stern cofnął się, z trudem zbijając cios. Przystanęli na sekundę, oceniając się wzajemnie, po czym Hein natarł pierwszy. Zabrzęczały ostrza, po pustym korytarzu poniosło się echo. Odgłosy podniebnej bitwy i starcia w pałacu rozbrzmiewały jak przez mgłę.

Znów odsunęli się od siebie. Jeszcze w sali balowej admirał wydawał mu się złowieszczy – choć nawet nie w połowie tak przerażający, jak Pajęczyca z Głębi – teraz jednak zauważył, że stary mężczyzna ledwie dotrzymywał mu pola.

Stern dyszał po biegu. Smuga księżycowego światła sączącego się przez wysokie okna padła na jego twarz, gdy cofnął się o kolejne parę kroków.

Po admirale nie było widać strachu. Jedynie wściekłość.

Hein podszedł powoli na ugiętych nogach, obserwując uważnie przeciwnika; czubkiem rapieru zataczał w powietrzu niewielkie kółka. Burzyła się w nim krew, chciał wyskoczyć do przodu i może uległby pokusie, gdyby podczas bitew nie widywał wiele razy, jak zbytnia pewność siebie kończyła się nadzianiem na sztych.

Admirał zaatakował nagle, gdy Hein chciał go okrążyć i przyprzeć do ściany. Tym razem ostrzem niemal musnął po boku – ale sam się odsłonił.

Z głośnym szczękiem rapier został wytrącony z ręki i potoczył się po posadzce. Stern syknął z bólu, chwycił za okrwawioną dłoń. Hein ciął ze świstem, zmuszając go do kroku w tył; przystawił sztych do gardła, spychając ku ścianie, aż tamten nie dotknął muru plecami.

Zacisnął mocniej palce na rękojeści. Serce łomotało w piersi. Zrobił to. Mógł teraz zabić zdrajcę i odebrać zaszczyty z rąk imperatorowej. Nie będzie już drugiego dowódcy, który przeszkodziłby mu dojściu na szczyt.

Nie rozumiał tylko, dlaczego ręka nie chciała drgnąć, aby zadać śmiertelne pchnięcie.

– Popełniłem błąd zakładając, że nikt nie powróci z Głębi – rzekł Stern chłodno.

Nie okazywał strachu. I może dlatego Hein nie mógł się zdobyć na ostatni cios.

Powoli opuścił rapier.

– Osądzi cię imperatorowa…

Dalsze słowa utonęły w ostrym trzasku miażdżonego szkła. Odruchowo osłonił się ramieniem przed odłamkami, gdy kolejna zbłąkana kula rozbiła kawał ściany i wielkie okno. Ktoś go pchnął i Hein przewrócił się na twardą posadzkę.

Gdy opuścił pokiereszowaną szkłem rękę, Sterna już nie było.

 

*

 

Admirał daleko nie uciekł. Jeden ze statków wiernych imperatorowej zdołał zestrzelić okręt, na którym zdrajca próbował odlecieć.

Zebrani w pałacu dowódcy byli wyraźnie wstrząśnięci obrotem zdarzeń, za to imperatorowa przywitała Heina z szerokim uśmiechem.

– Wiceadmirale Hein, ja, regentka Imperium, mianuję cię admirałem i głównym dowódcą armii.

A gdy powstał po tym, jak uroczyście dotknęła ostrzem rapieru obu jego ramion, dodała ciszej:

– Musimy porozmawiać o twoim dalszym awansie. Najlepiej na osobności.

 

*

 

Nastała pełnia.

Pochłonięty świętowaniem Hein przez ostatnie dni rzadko trzeźwiał. Letni pałac uczynił swą kwaterą główną i korzystał ze względów imperatorowej, czekając, aż szeregi dowódców zostaną wykarczowane ze zdrajców, a pozostali złożą mu hołd wierności.

Dzięki słodkawemu winu z tutejszych winnic zapomniał o pająkach lęgnących się na dnie Głębi. Przynajmniej aż do teraz, bo chociaż od rana zdążył wlać w siebie kilka butelek, to przechodziły go ciarki, kiedy patrzył przez okno na zacumowaną przy krawędzi wyspy Zjawę. Eteryczną, nierealną, jak utkaną z mgły. Pokryte aerdem żagle wzdychały pod najlżejszym nawet powiewem wiatru, burty błyszczały czystym srebrem.

Przecież pająki nie wypełzną z Głębi. Statkami na pewno też nie potrafią kierować. Czy nie dość okrętów i załóg strącił z nieba jako kapitan Zjawy? Powinny być mu za to wdzięczne.

Oddawał się takim myślom, póki nie przeszyło go lodowate poczucie, że jest obserwowany.

– Minął czas, który ci wyznaczyłam.

Odwrócił się powoli. Ten głos, który słyszał tylko raz w życiu. Nieludzki, niepodobny do niczego, na którego dźwięk jeżył się każdy włos na ciele. Hein wytrzeźwiał niemal natychmiast.

W półmroku komnaty stała kobieta. Jej ubiór zlewał się z nocą, skóra i włosy były bielsze od śniegu. Czarne, błyszczące od księżycowej poświaty korale oczu wpatrywały się w Heina.

– To… to ty. Pajęczyca… Jak…?

– Byłam cały czas blisko ciebie, człowieku. Nie widziałeś mnie.

Teraz zauważył, że po jej ramieniu leniwie pełzł srebrzysty pająk wielkości dłoni. Musnęła koniuszkami palców włochaty grzbiet, nie spuszczając wzroku z mężczyzny.

– Nie dotrzymałeś słowa.

– Ale… tyle statków spadło w Głębię! Więcej, niż…

– Mówiłam, że chcę żywych, a nie zwłoki.

Myślał gorączkowo i tak szybko, jak nigdy w życiu.

– Niedługo zostanę Imperatorem! Będę mógł zsyłać wam tylu ludzi…

– Mam dość kłamstw. Sama się tym zajmę… zaczynając od ciebie.

Chciał zawołać, że sprowadzi jej żywych ludzi choćby i zaraz, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu, gdy na jego oczach kształty kobiety w czerni i srebrnego pająka zawirowały w świetle księżyca jak krzyżujące się cienie i stopiły w jedno. Z bezładnej masy pełnej oczu, kłów i nóg wystrzeliła para bladych odnóży, o centymetry mijając jego twarz.

Krzyk uwiązł w gardle. Na szczęście nogi zareagowały szybciej niż głowa. Dopadł do drzwi i wybiegł na zewnątrz, gnając przez trawę wilgotną od wieczornej rosy. Za sobą słyszał głuchy łomot w rytmie uderzeń ośmiu odnóży o ziemię, coraz głośniejszy, a na karku poczuł ciepły, smrodliwy powiew.

Wszystko przesłonił wielki cień. Nad głową rozległ się syk, jak wody gwałtownie zamienionej w parę. Coś mokrego skapnęło po uchu.

Hein potknął się, gdy ziemia znienacka umknęła spod nóg. Uderzył o trawę i potoczył się w dół zbocza, a tam z chlustem wpadł do wody. Nim rwący, zimny nurt porwał go ze sobą, zdołał wynurzyć głowę i zaczerpnąć powietrza.

Rzeka nagle skończyła się wraz z krawędzią lądu i znów runął w przepaść. Po krótkim locie uderzył jak kamień we wzburzone jezioro. Wypłynął, parskając wodą; w panice potoczył dookoła spojrzeniem.

Na wyspie wysoko w górze siedziała ogromna, biała pajęczyca uczepiona ziemistej ściany – i patrzyła na niego ośmiorgiem czarnych oczu.

Krew odpłynęła mu z twarzy. Czając się tak blisko krawędzi grubej warstwy stwardniałego aerdu, dzięki któremu ląd unosił się w powietrzu, monstrum przypominało ropną narośl.

Znienacka usłyszał z oddali krzyki. To załoga Zjawy dostrzegła pajęczycę i najwyraźniej przygotowywała się do ataku. Zalała go ulga, ale zgasła równie szybko, jak zdmuchnięta świeca.

Pajęczyca z Głębi obróciła się powoli w tamtą stronę. Po czym zaszarżowała ku wciąż zacumowanemu statkowi.

– Nie!

Hein z przerażeniem obserwował, jak bestia z nienaturalną dla jej rozmiarów szybkością dociera do przystani, a potem pełznie po cumie. Krzyki załogi wypełniały mu uszy. Wystrzeliły działa, ale pajęczyca przemknęła pod kilem, przywierając do aerdowej poduszki.

Aerd zaczął wyciekać.

– Nie! Nie! Nie!!!

Dopłynął do brzegu i wygramolił się z jeziora, ociekając wodą i drżąc od chłodu nocy. Patrzył ze zgrozą, jak spod Zjawy sączą się blade nici, patrzył, jak najpiękniejszy okręt Strzaskanego Świata szybuje w dół, coraz szybciej i szybciej, pozbawiony aerdu, który pchałby go ku górze.

Patrzył, póki nad srebrzystym takielunkiem nie zatrzasnęły się czarne szczęki Głębi.

 

*

 

Buntownicy szybko odkryli, że widmowy okręt nie stanowił już zagrożenia. Zaatakowali ze zdwojoną zajadłością, a Hein w panice próbował ich odepchnąć – bezskutecznie; bez Zjawy czuł się rozbity, bezbronny i niezdolny do decyzji.

Każda porażka na południowych wyspach, każde utracone miasto skutkowało zwiększeniem sił przeciwnika. Jednocześnie buntownicy zaatakowali z ukrycia na północy i Hein musiał odesłać większą część statków, rozumiejąc, że utrata wysp z cennymi surowcami będzie oznaczała upadek Imperium.

Wściekła imperatorowa wróciła do pałacu na wyspach centralnych. Przed odlotem rozkazała mu opanować sytuację. Już wtedy wiedział, że nie zdoła. Wszystko, na co tak pracował, waliło się w gruzy – podobnie jak letni pałac.

Nie naprawiono jeszcze okien rozbitych podczas starcia z flotą Sterna, a już kule z dział roztrzaskiwały kolejne. Imperialne fregaty i korwety wirowały po niebie w śmiertelnym tańcu ze statkami buntowników, nadlatującymi ze wszystkich stron jak chmary wędrujących ptaków.

Hein stał w wielkiej sali i obserwował bitwę w milczeniu. Żołnierze, z którymi zabarykadował się w pałacu, również byli niechętni do rozmów, wyczuwając wiszące nad nimi widmo porażki. Zaszeptali nerwowo pomiędzy sobą, gdy przejęty przez buntowników galeon skierował się prosto na pałac.

Zacisnął powieki. Nie chciał na to patrzeć.

Z tyłu usłyszał poruszenie wśród żołnierzy. Zastanowił się przelotnie, czy nie postanowią zwrócić się przeciwko niemu, ale było mu to już obojętne. Podnieśli głosy. Może galeon zmierzał w samobójczym ataku, aby rozbić się o pałac.

– To Zjawa!

To jedno słowo wyrwało go z marazmu jak kubeł zimnej wody. Otworzył oczy.

Żołnierze mieli rację; za szybą płynął przez powietrze mlecznobiały okręt. Takielunek połyskiwał w słońcu, wzdętych żagli nie pokrywała ani jedna zmarszczka. Kadłub oplatał nienaruszony kokon puszystego aerdu.

Podbiegł do okna, patrząc z niedowierzaniem na statek. Gdyby nie żołnierze, pomyślałby, że to przywidzenie. Zjawa z gracją zrobiła zwrot i ruszyła ku galeonowi, rozwijając pełną szybkość.

Ciężki okręt nie miał szans uniknąć zderzenia. Dzieło pająków Głębi rozdarło go na pół.

 

*

 

Srebrzysty okręt nie przybył sam. Towarzyszyła mu mała flota imperialnych statków, które uderzały celnie i zdecydowanie jak rapier w rękach fechtmistrza. Buntownicy rozproszyli się, wyraźnie zaskoczeni powrotem Zjawy; choć zdołali się przegrupować i ponowić natarcie, to losy bitwy były już przesądzone.

W końcu napastnicy zaczęli uciekać w popłochu. Imperialne statki ruszyły w pogoń za uciekinierami.

Hein wyszedł na taras, wciąż niepewny, czy przypadkiem nie śnił. Zjawa majestatycznie podpłynęła do pałacu. Wyglądała jeszcze wspanialej, niż ją zapamiętał. Zachodzące słońce barwiło żagle i burty pomarańczem, żółcią i czerwienią, po żaglach pełzały płomienie światła. Takielunek sięgał najwyższych pałacowych wież. Pomimo bitwy na aerdowym pancerzu nie było widać choćby wgniecenia.

Statek obrócił się burtą i obniżył wysokość, aby wyrównać do poziomu tarasu.

– Wygląda na to, że chcąc się kogoś pozbyć nie można już polegać na Głębi – rzekł nowy dowódca Zjawy, opierając się o barierkę.

Admirał Stern uśmiechał się, choć jego oczy pozostały zimne jak lód.

 

*

 

Po złotym niebie szybowały żeglarze, szare cienie, które przy wznoszeniu skrzydeł przesłaniały słońce. Aerdowe chmury płynęły z wiatrem spokojnie jak zawsze.

– Nie rozumiem – powiedział Hein.

Znów był na pokładzie Zjawy. Pod palcami czuł znajome ciepło aerdu, gdy muskał burtę statku. Stern stał z rękami złożonymi za plecami i spoglądał w dal.

– Mój statek został uszkodzony, ale opadł w Głębię w jednym kawałku… Myślę, że dobrze wiesz, co znalazłem na jej dnie. – Spojrzał na Heina, unosząc kącik ust w nieprzyjemnym uśmiechu. – Ogień przez jakiś czas trzymał je z daleka. A później… pojawiła się ona.

– Oddała ci Zjawę? Tak po prostu?

Uśmiech tamtego wydał mu się jeszcze bardziej nieprzyjemny.

– Powiedzmy, że wystarczył dowód dobrej woli. A po powrocie z Głębi skompletowałem nową załogę.

Nową załogę. Hein mimowolnie drgnął.

– Odnalazłem swoich stronników – kontynuował Stern. – Dawałeś dość żałosny popis przywództwa, więc gromadziłem siły, aby zainterweniować w odpowiednim momencie.

Puścił obelgę mimo uszu. Teraz to Stern miał Zjawę, co oznaczało, że nawet mimo piętna zdrajcy mógł stopniowo odzyskiwać dawną pozycję. Tak naprawdę Hein dziwił się, że były admirał jeszcze go nie zabił.

– Nie musiałeś mi pomagać – zauważył. – Mogłeś poczekać, aż buntownicy przejmą pałac, a wtedy go odbić. Byłbyś… bohaterem.

To słowo ledwie przeszło mu przez gardło. Stern prychnął cicho – Heinowi zdawało się, że z rozbawieniem.

– Po tym, jak rozgłosiłeś moją zdradę pomyślałem, że mógłbyś okazać się przydatny.

– Czego chcesz?

Stern popatrzył na niego bystro.

– Czy to nie oczywiste? Chcę przywrócenia do łask i mój tytuł admirała. Zjawę, rzecz jasna. Wolną rękę w zarządzaniu jeńcami… mam zobowiązania, jak sam rozumiesz. – Na te słowa Hein poczuł mdłości. – Oraz całkowitej decyzyjności w sprawach armii.

– Nie mogę. Imperatorowa…

– Nie będzie miała nic do gadania. Zadbam o to, aby zdziesiątkować buntowników. Tu, na południowych wyspach, i na północy, wszędzie, gdzie odważają się stawiać opór. Wszystko w twoim imieniu.

Ku zdumieniu Heina i załogi, przyglądającej się z odległości, ukląkł przed nim na jedno kolano.

– Imperatorze.

Hein wahał się krótko. Domyślał się, że Stern zamierzał od tej pory podejmować wszystkie decyzje. On za to będzie mógł poślubić imperatorową i korzystać z wygód życia Imperatora.

I całkiem mu to odpowiadało.

Koniec

Komentarze

Interesujący świat. Barwny, nietypowy. Aerd kojarzył mi się z “Innymi światami” Dukaja, ale tutaj odgrywa całkiem inną rolę.

W sumie chętnie bym się dowiedziała, czym była ta początkowa katastrofa.

Fabuła już mniej oryginalna, szczególnie końcówka jakoś mnie nie przekonuje. Ale niech Ci będzie.

Sądząc po krzyku trafił w twarz, ale nie obejrzał się, aby to sprawdzić.

A czy po uderzeniu w twarz krzyczy się inaczej niż po ciosie w bark?

Babska logika rządzi!

Dziękuję, Finklo. :)

A czy po uderzeniu w twarz krzyczy się inaczej niż po ciosie w bark?

Nie, żebym wiedziała z autopsji, ale w twarz raczej bardziej boli, więc i krzyk pewnie adekwatny.

Silva, jeśli kiedyś rozwiniesz to w pełnometrażową powieść, to kupię i zgłoszę się po autograf :D.

Nie pamiętam kiedy ostatni raz przeczytałem w internetach coś tak dobrego. Trochę kojarzy mi się z “Zaginioną Flotą” Jack’a Cambell’a, a motyw super-okrętu jak w “Stalowych Szczurach” Michała Gołkowskiego. 

Świetne opowiadanie, gratuluję!

pozdrawiam 

M

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Bo się zarumienię :D Bardzo się cieszę, że tak się podobało! Dziękuję, Morderco(nie taki)BezSerca :)

Choć nie wiem czy starczyłoby mi pomysłów, żeby rozwinąć to aż w powieść. Chociaż może, przy odpowiedniej ilości czasu… ;)

Po pierwsze muszę powiedzieć, że nie wybaczę ci wykorzystania motywu pająków, a zwłaszcza tego, że twój tekst jest lepszy od mojego. 

Po drugie wreszcie mogę wyrazić swoje pozytywne odczucia, jakie towarzyszyły mi podczas lektury. To była czysta przyjemność i zarazem kawałek świetnej fantastyki. Świat budzący skojarzenia ze Skyland albo Laputa bardzo mi się spodobał, zwłaszcza z twoim wkładem w postaci pająków i aerdu. 

Mnie fabuła do gustu przypadła, zwłaszcza puenta.

Jedyne co mogłoby być tu lepiej, to po prostu napisać więcej. Więcej o tym świecie, więcej o Sternie – albo w ogóle całą historię z punktu widzenia Sterna. Dać większą rolę Imperatorowej i zrobić z tego małą grę o podniebny tron z przedstawieniem genezy tego świata w tle. Oczywiście, 33tys. znaków na to nie wystarczy. :) 

 

A co do krzyku jak najbardziej może sugerować, gdzie padł cios. Na przykład krzyk "Moja twarz!". :P

Po pierwsze muszę powiedzieć, że nie wybaczę ci wykorzystania motywu pająków

Nadajemy na tych samych falach, mówię ci. ;)

Więcej o tym świecie, więcej o Sternie – albo w ogóle całą historię z punktu widzenia Sterna.

A ten tekst tylko potwierdza moją tezę :D

Dziękuję, Geki <3 Zwłaszcza, że dzięki tobie (oraz japko i oidrin, oczywiście) opowiadanie jest dużo lepsze. Sporo mnie ta beta nauczyła. No i nie spodziewałam się, że naprawdę upchnę to wszystko w 33k.

A co do krzyku jal najbardziej może sugerować, gdzie padł twarz. Na przykład krzyk "Moja twarz!". :P

Śmiechłam XD

Dowód, że nie jestem człowiekiem:

Geki <3

Przeczytałam jako: Geki mniejszy od trzech. Dzień dobry, jestem Finkla, pochodzę z Matplanety…

Babska logika rządzi!

W gruncie rzeczy jest mniejszy od trzech ludzi. Chyba, że jest olbrzymem ;)

Nim rwący, zimny nurt porwał go ze sobą, zdołał wynurzyć głowę i zaczerpnąć powietrza.

Tak chyba można opisać czytelnika, który zabrał się za to opowiadanie.

Dla mnie osobiście opowiadanie jest wspaniałe – bardzo interesujący worldbuilding, unoszące się wyspy, statki, Głębia z pająkami. Strzaskany Świat skojarzył mi się trochę ze Strzaskanymi Równinami Sandersona, jednak Twoja wersja chyba bardziej przypadła mi do gustu ;)

Fabuła wciągająca, przeczytałem z ogromną przyjemnością, plastyczne i ładne opisy, lekka narracja – po prostu rozkosz dla wyobraźni.

Postacie są w porządku, ale mogłyby być trochę bardziej rozwinięte – jednak to tylko opowiadanie, a nie cała powieść.

Reasumując, czytało się wybornie, nie zdziwiłbym się, jakby dostało tytuł najlepszego opowiadania miesiąca.

Pozdrawiam i zazdroszczę warsztatu ;)

 

P.S

Zgłaszam do biblioteki, bo tyle mogę zrobić ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Bardzo dziękuję, Danielu. Cieszę się, że lektura tak przypadła do gustu! Co do postaci, mogłoby być więcej, jednak konkurs narzucał limit 33k znaków. Limity są straszne ;)

Dziękuję za klika! Fajnie, że wpadłeś :)

Bardzo dziękuję, Danielu. Cieszę się, że lektura tak przypadła do gustu! Co do postaci, mogłoby być więcej, jednak konkurs narzucał limit 33k znaków. Limity są straszne ;)

Dziękuję za klika! Fajnie, że wpadłeś :)

Osobiście chetnie bym zobaczył to opowiadanie w dłuższej formie, pomysł ma potencjał na genialny tekst.

 

Co się hamować, nastukam od razu 500k znaków. Tylko że Dukaj zaklepał już tytuł "Imperium chmur" ;)

Czytałem opowiadanie równocześnie pałaszując kurczaka w sosie słodko-kwaśnym i sam nie wiem, która z tych przyjemności lepiej mi weszła :)

Silvo, stworzyłaś ciekawy, inspirujący świat, opisałaś go w lekki i łatwo przyswajalny sposób, tekst pochłania się jak pachnące truskaweczki :D Opisy walk uznaję za przekonywujące i napisane ze sporą wprawą, nie są też bardzo rozwlekłe. Twoja praca zrobiła na mnie duże wrażenie. Brawo! ;) Na stronie jestem nowy i nie bardzo czuję, żebym mógł polecać czyjąkolwiek pracę do umieszczenia w Bibliotece, ale Twoją chętnie bym tam zobaczył. 

Dzięki, AmonieRa! Moje ambicje są zaspokojone wiedząc, że mogę konkurować z kurczakiem w sosie słodko-kwaśnym. XD

A tak poważnie, to bardzo mnie cieszy, że tekst się tak spodobał. No i dzięki za duchowego klika, taki też może być ;D

Cześć Silva,

 

Dlaczego pająki? Dlaczego to nie mogły być motyle? ;)

 

W Twoim opowiadaniu urzekła mnie plastyczność opisów. Uczta dla wyobraźni czytelnika, mimo że z motywem podniebnych żaglowców pewnie każdy już miał styczność (a może właśnie dzięki temu łatwiej sobie wyobrazić ten świat?). W każdym razie solidna robota. 

Podobnie jak poprzednicy uważam, że pomysł ma potencjał na zrobienie z niego pełnowymiarowej powieści. Przez limit znaków brakuje trochę rozwinięcia postaci. Ogólnie jednak czytało się świetnie :)

 

Pozdrawiam!

 

 

Cześć, Helmucie!

Dlaczego pająki? Dlaczego to nie mogły być motyle? ;)

Motyli nikt by nie traktował poważnie. Taki los ładnych i słodkich. ;)

Weźcie nie kuście mnie tą powieścią, bo na serio zacznę nad tym myśleć. ;D Dziękuję za lekturę i opinie, Helmucie, bardzo się cieszę, że opowiadanie się spodobało!

Po-wieść! Po-wieść! Chce-my po-wieść! :D

Co Cię powstrzymuje? Masz już prolog, ze wstępnie rozrysowanymi postaciami. Wszystkie wątki są otwarte – intrygi Imperatorowej, młody i naiwny oficer, stary wyga admirał, do tego tajemniczy potwór z Głębi. Aż szkoda zmarnować takie ciekawe uniwersum :D. 

Trzymam kciuki, że się uda :].

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Silva, nie wiem czy powieścią, chociaż jakbyś rozbudowała wątki i dodała nowe to czemu nie – na pewno dopisanie 20-30 tys znaków by zmieniło tekst z dłuższe i jeszcze lepsze opowiadanie.

Cześć, Silvo!

 

Moją opinie w dużym szczególe znasz z bety, więc wrzucę tu takiego skrótowca.

Bardzo ładny, obrazowy styl, akcja dopasowana w miarę do wykresu konkursowego. No, i może nie ma smoków, ale są statki i pająki. Co prawda pewne motywy nie wybrzmiały tu przez limit, ale wszystko dopina się tak jak powinno, a przy okazji dobrze się czyta. Mam nadzieję, że kiedyś roziwniesz ten pomysł.

Pozdrawiam

MordercoBezSerca, podoba mi się, jak ładnie to wszystko podsumowałeś ;D Zobaczymy, co się wykluje. Na razie niech tekst porywalizuje w konkursie. ;)

 

Geki, jak nie będę miała limitu nad sobą, to nie wiem, czy mnie nie poniesie. ;)

 

oidrin, dziękuję! W sumie z tymi smokami i całą resztą pomyślałam sobie, że nie będę wciskać nic na siłę – chciałam, aby tekst był jak najbardziej uniwersalny i przystępny także dla tych, którzy nie znają wymogów konkursowych.

Dzięki za komentarz :)

Hej!

Bardzo mi się opowiadanie podobało. Szczególnie przez fakt, że styl jest w dobrym słowa znaczeniu – wymuskany. Masz niesamowity dar tworzenia bardzo dokładnych i pięknych zdań, które są konkretne i mocno opisują rzeczywistość.

Czytałam je wczoraj, więc samych ulubionych fragmentów nie wyciągnę, ale mówiąc o całości, koncept świata niesamowicie przypadł mi do gustu. Szczególnie ta szczelina wypełniona pająkami i to ich pewnego rodzaju mistyczne łączenie tych szczelin swoimi sieciami. Bardzo, a to bardzo klimatyczne.

Jakkolwiek szalenie to brzmi, moją ulubioną postacią była Zjawa! Pięknie opisany jest ten statek, jakby sam w sobie miał duszę. Ta biel, gdy sunęła przez morze, ta delikatność, a jednocześnie zabójczość. Szczerze i bez słodzenia, chociaż tak brzmi, opisana genialnie. Wyciąć wszystko i zostawić Zjawę, a ja bym była zadowolona.

Z minusów, nie do końca rozumiem, czemu Pani Pająk nie zabiła Heina? Rozumiem, że się rozkojarzyła, ale nie mogła po niego już wrócić? Tak to jego złamanie przyrzeczenia skończyło się dosyć niewielkimi konsekwencjami z jej strony. Oczywiście, on znalazł się w lipnej sytuacji, ale zjedzenie byłoby bardziej lipne. I tym bardziej chciałabym zrozumieć dlaczego Stern go nie zabił? Hein powiedział, ze jest zdrajcą, a ten go czyni imperatorem? Rozumiem, że dzielili wspólną tajemnicę – ale to też jest mocny chwyt przeciwko Sternowi, koniec końców Hein nie poświęcił swoich załóg, a Stern owszem. A Zjawa, jakkolwiek cudowna, przecież Sterna nie uchroni przed sztyletem w żebro, gdy będzie spał…

 

A co do samego Sterna. Oj, jak napisałaś o nim starzec to natychmiast skreśliłam to słowo z głowy. Za bardzo go sobie przystojnego wyobrażałam i to, po Zjawie, była moja ulubiona postać. O wiele bardziej ciekawił mnie niż sam główny bohater. Każdy fragment z nim związany był świetny.

 

Z rzeczy, które po dniu lektury mogę jeszcze wymienić na duży plus, to ta walka między Sternem, a Heinem. Świetna dynamika i zazdroszczę ogromnie umiejętności pisania scen walki.

 

Ostatnie plusiki to te, że słownictwo i ta dokładność we wszystkich opisach, każdą rzecz nazywałaś i czułam się, jakby ktoś dosłownie o mnie dbała w tekście. Alessia chodź, tutaj jest ta część statku o której nigdy nie słyszałaś, ale teraz posłuchasz. A tutaj, ta część broni, której wiem, że nie powtórzysz gdy będziesz pisać tą opinię, ale będziesz o niej miło wspominać. Nauczę cię wszystkiego, a jednocześnie to będzie nauka przez poznanie.

 

Ogromnie mi się opowiadanie podobało i w związku z tym, że sama nieśmiało podglądam konkursowe prace, bo się odważyłam coś wypocić, to szczerze powiem, że twoje na ten moment wydaje mi się najlepsze ze wszystkich, które czytałam :)

Mam nadzieję, że to nie jest faux pax, że wgl piszę ten komentarz, ale byłoby mi żal, gdybym nie skomentowała czegoś co mi tak do gustu przypadło.

 

Cheers!

Alessio, bardzo dziękuję za tak długi i rozbudowany komentarz. Zdecydowanie lubię to!

Zacznę od odpowiedzi na słowa:

Mam nadzieję, że to nie jest faux pax, że wgl piszę ten komentarz, ale byłoby mi żal, gdybym nie skomentowała czegoś co mi tak do gustu przypadło.

Oczywiście, że to nie faux pas, tutaj bardzo miło wita się komentarze nowych użytkowników. :)

A co do samego Sterna. Oj, jak napisałaś o nim starzec to natychmiast skreśliłam to słowo z głowy.

Zgaduję, że chodzi o moment podczas pojedynku, gdy napisałam “stary mężczyzna”. Na korzyść Sterna powiem, że tak jak sportowiec koło trzydziestki będzie już stary, tak Hein go postrzega jako starego w kwestii pojedynkowania się. ;) A może sprawę załatwi “starszy” zamiast “stary”? Tam początkowo miało być “starzejący się” (ale tak sobie to brzmiało), a z kolei “podstarzały” miałoby pejoratywny wydźwięk. W każdym razie cieszy mnie ta sympatia do niego, bo to typ postaci, które bardzo lubię tworzyć i o nich pisać. :D

I fajnie, że doceniasz Zjawę. Aczkolwiek muszę tu trochę sprostować, bo widzę, że zaplątała się wzmianka o sunięciu przez morze – rozumiem, że miało być w powietrzu. Albo coś zamieszałam na płaszczyźnie opisowej, ale nikt wcześniej nie zgłaszał mi uwag, więc daj proszę znać, jeśli coś dookreślić. :)

czemu Pani Pająk nie zabiła Heina? Rozumiem, że się rozkojarzyła, ale nie mogła po niego już wrócić?

Pajęczycy zależało głównie na pożywieniu dla pozostałych pająków. Kiedy więc zorientowała się, że na pokładzie statku jest sporo całkiem żywotnych ludzi, najpierw zajęła się nimi, prawdopodobnie Heina zostawiając na później. A on miał szczęście, że w międzyczasie spotkała Sterna i się z nim dogadała.

I tym bardziej chciałabym zrozumieć dlaczego Stern go nie zabił? Hein powiedział, ze jest zdrajcą, a ten go czyni imperatorem?

Sterna bardziej interesuje skuteczność niż tytuły – to Hein jara się tytułami i prestiżem, z kolei Sternowi zależy tylko na władzy. Jemu tak naprawdę tytuł Imperatora nie był potrzebny. Zlikwidowanie Heina oznaczałoby dość mozolne odbudowywanie pozycji, zwłaszcza, że duża część armii nie przeszłaby pod komendę zdrajcy, imperatorowa stałaby mu na drodze i tak dalej. Z kolei uczynienie Heina marionetkowym Imperatorem rozwiązywało te problemy – Hein niejako autoryzuje jego władzę i od tej pory Stern może rządzić bez przeszkód.

No i można się domyślać, że ewentualna śmierć Sterna spowodowałaby utratę Zjawy – na tym etapie okręt jest już praktycznie niezbędny dla imperium jako symbol potęgi – i można przypuszczać, że Pajęczyca, bez Sterna wywiązującego się z układu, przypomniałaby sobie o Heinie. ;)

I tradycyjnie: bardzo się cieszę, że opowiadanie tak się spodobało, dziękuję za lekturę i komentarz! :D

Przepraszam za to morze, jest jak w pysk strzelił, że to latające statki i absolutnie tu nie miałam żadnych wątpliwości, po prostu omsknięcie z mojej strony. Wybacz!

O Sternie, haha, mogłabyś go opisać, że ma garba, zakola i grzyba, a z charakteru i tak go za bardzo polubiłam, że go w głowie wypiękniam, aż do przesady. Odpowiednik żeńskiego SIMPa ze mnie do Sterna, haha :D

Natomiast, co do wyjaśnień, faktycznie pewnego rodzaju tarcza w postaci Zjawy jest jak najbardziej zasadna i na to w ten sposób nie spojrzałam. Stern chowa się za jej potęgą + pajęczyca, która ma duże możliwości jednak ingerencji dzięki niemu w świat zewnętrzny to konkretna potęga. Wciąż, ryzykowny to ruch, ale ryzyko jest logiczne, więc ładnie mi wyjaśniłaś zarzut :D

I nie ma za co! Dla mnie była to duża frajda!

Przepraszam za to morze, jest jak w pysk strzelił, że to latające statki i absolutnie tu nie miałam żadnych wątpliwości, po prostu omsknięcie z mojej strony. Wybacz!

Uff, czyli jednak nie zamotałam. Czyli jest ok :D

O Sternie, haha, mogłabyś go opisać, że ma garba, zakola i grzyba

Bez obaw, tak źle z nim nie jest XD Zresztą, wiek na pewno nie przeszkadza mu wyglądać dobrze… ;)

Wyjątkowo satysfakcjonująca lektura, przeczytałam z przyjemnością. Wykreowałaś barwny i niesamowity świat, a do tego jeszcze bardzo pięknie i plastycznie go opisałaś. Cudeńko :) Bardzo podobają mi się zarówno fruwające statki jak mroczne pająki. Interesujący pomysł z aerdem i z Głębią. Na plus również oceniam fabułę, postacie i język, budujesz ładne zdania, przez co przez tekst się płynie niczym okręt po niebie :) Oczywiście klikam bibliotekę i życzę powodzenia w konkursie.

Hej Silva, stworzyłaś gęsty klimat :) Zaraz mi sie przypomniały te książki o żeglarzach Josepha Conrada albo “Wyspa Skarbów”. Bardzo mi się spodobał ten klimat, a mówi to osoba, która nie ma pojęcia, gdzie statek ma burtę, a z ‘morskich opowieści’ umie zaśpiewać tylko refren ;)

Pozdrawiam

Danka

katiu, bardzo dziękuję za miłe słowa i klika! Fajnie cię zobaczyć :)

 

danko, dzięki za wizytę i komentarz. No, skoro tak udało się trafić z klimatem, to jestem usatysfakcjonowana. ;D

Cześć!

Niezłe opko. Fajny pomysł, dobrze zbudowany klimat, ciekawa interpretacja schematu konkursowego, z pazurem, i aż prosząca się o kontynuację. Tona radości z czytania, nieustająca ciekawość co tam się dalej wydarzy. Bardzo lubię takie subtelne nawiązania (imho) do twórczości Tolkiena. Pajęczyca z głębi przywodzi mi trochę na myśl Ungoliantę, a trochę jednego ostatnich Balrogów (motyw przebudzenia, stary świat). Nice!

Ciekawy pomysł na świat zawieszony nad głębią, wyspy i statki utrzymywane w słońcu dzięki tajemniczemu aerdowi (ciekawy materiał btw, nie dość, że ma jak rozumiem ujemną gęstość to jeszcze w stanie stałym jego wytrzymałość na rozciąganie o przynajmniej rząd wielkości bije na głowę wszystkie znane człowiekowi ???? ) Taki trochę gajst. Jest fantastyka, dobrze!

Wystarczająco zarysowałaś postaci i całkiem ciekawie je zestawiłaś. Mamy naszego młodego oficera, którego los (i ostrzał) rzucają w Głębię, mamy ambitnego admirała, który gardzi imperatorową i zakłada mundur na każdą okazję. Zalążek podniebnej Gry o tron widzę chyba…

Ale żeby nie było tak kolorowo, to jest też coś, co w koncepcji trochę mi zgrzyta. A mianowicie zakończenie. Nie jest to raczej „Good Fortune” jak rozumiem, bo mam wrażenie, i Imperatorowa oraz Admirał rozegrają go jak chcą. A miało być Good Fortune. I ta postawa Admirała w ostatniej scenie… biorąc pod uwagę całą jego wcześniejsza wizję, to mi to uklękniecie przed „młodym” strasznie nie pasuje. I to jeszcze na oczach załogi. Admirał to bystry, ambity wojak z ambicjami na władzę (zabił poprzedniego imperatora jak rozumiem). Tacy ludzie nie klękają, jakim szacunkiem wśród wojska by się on cieszył po takiej akcji? To tak jakby trep klękał przed kotem przy całej jednostce. Ale to „drobnostka” przy całej reszcie – choć mnie osobiście kole.

 

Podsumowując, kawał dobrej roboty. Więcej takich opowiadań!

Z kwestii edycyjnych zauważyłem tyle:

Nie uderzyli w nic.

Czyli uderzyli w coś, skoro nie uderzyli w nic. Dziwnie to brzmi.

Dalsze słowa utonęły w ostrym trzasku zmasakrowanego szkła.

Zmasakrowane jakoś dziwnie brzmi w stosunku do szkła. Może dźwięku tłuczonego?

 

Tyle. 3P dla Ciebie! Pozdrawiam, polecam do biblioteki i powodzenia w konkursie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć, krarze!

Akurat nawiązań do Tolkiena nie ma, więc przyjmę to za luźne skojarzenie ;) Fajnie, że się spodobało. No i masz, trzeba będzie myśleć nad tą kontynuacją, jak nic. ;)

A mianowicie zakończenie. Nie jest to raczej „Good Fortune” jak rozumiem, bo mam wrażenie, i Imperatorowa oraz Admirał rozegrają go jak chcą. A miało być Good Fortune.

Hein zostaje Imperatorem i może byczyć się na stołku, korzystając z luksusów nowego życia, dostaje też w pakiecie małżonkę. Jak dla mnie to bardzo dobry los, zwłaszcza, że nie musi się przejmować sprawami wojska. ;)

I ta postawa Admirała w ostatniej scenie… biorąc pod uwagę całą jego wcześniejsza wizję, to mi to uklękniecie przed „młodym” strasznie nie pasuje. I to jeszcze na oczach załogi. Admirał to bystry, ambity wojak z ambicjami na władzę (zabił poprzedniego imperatora jak rozumiem). Tacy ludzie nie klękają, jakim szacunkiem wśród wojska by się on cieszył po takiej akcji? To tak jakby trep klękał przed kotem przy całej jednostce.

Oj, że kotem, to się nie zgodzę. Hein po wydarzeniach w pałacu prawie został mianowany Imperatorem i każdy o tym wiedział. Poza tym nie zdążyło wyjść na jaw, że nie jest wiceadmirałem, więc tak czy inaczej uchodził za ważniaka. No i Stern przed poprzednikiem Heina zapewne też klękał, więc – czysta formalność.

A, co do kwestii edycyjnych – nie wiem, czy będę zmieniać, pasują mi te zdania. Przynajmniej na razie. ;)

Dzięki za lekturę!

Silvo,

 

Lektura opowiadania, zwłaszcza zaś motyw latających okrętów, przywiodła mi na myśl paskudny remake Trzech Muszkieterów z 2011 roku. Jednak w przeciwieństwie do filmu, Twój tekst pochłonąłem z przyjemnością. :D Lubię takie klimaty, a przedstawienie świata sprawia, że chętnie przeczytałbym więcej historii z tego uniwersum. Widziałbym w nim awanturniczą opowieść spod znaku płaszcza i szpady.

Przywilejem komentowania jako któryś tam z kolei czytelnik jest fakt, że najważniejsze kwestie zostały już poruszone, zatem nie będę ich powielał. Została mi tylko przyjemność pochwalenia pracy i życzenie powodzenia w konkursie. :D

Adku, wierzę na słowo i filmu nie będę googlować ;) Dziękuję za komentarz i cieszę się, że lektura przypadła do gustu!

Silva, pisząc o kocie chodziło mi o błyskawiczną karierę Heina. Przed bitwą jeden z wielu oficerów, nikt rozpoznawalny, nisko w piramidzie. A potem raptem, za sprawą cudownego statku i innych okoliczności, zostaje dowódcą całej floty, i to z politycznego nadania. Straszny karierowicz z perspektywy Sterna. No i jeszcze upokorzył go dwa razy – oskarżając o zdradę i podczas pojedynku. Z moich doświadczeń to wojskowi, którzy konsekwentnie pną się po szczeblach, ludzie pokroju Sterna szczerze gardzą takim ludźmi. A w takim świecie pogardę szybko wyraża się w czynach, bo inaczej zaczną mówić, że jesteś słaby, i ktoś wbije Ci nóż w plecy.

Imho Admirał zostawiając Heina przy życiu nie zyskuje nic, a traci wiele. Pozostawia wroga przy życiu, a nawet mianuje go imperatorem. Dla każdego z jego potencjalnych ambitnych podwładnych to jest jasny sygnał: dowódca jest słaby, klęka przed ludźmi, z którymi powinien walczyć, czas pomyśleć o reorganizacji. Wcześniej (zabijając poprzedniego imperatora) nie miał, jak rozumiem, takich skrupułów.

Także mi samo to zakończenie trochę nie pasuje, za dobrze się kończy dla Heina (choć tego w sumie wymaga schemat). Natomiast nie zmienia to faktu, że opowiadanie bardzo mi się podobało jako całość, zarówno pomysł jak i wykonanie.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Hmm. Myślałam sobie, że dla niego korzystniejsze byłoby kierowanie wszystkim z cienia, stawiając na piedestale pożytecznego durnia. Zwłaszcza, że Pajęczyca jest po jego stronie i nie pała miłością do Heina. Nad tą sprawą na pewno pomyślę w ewentualnym rozwinięciu, do którego prawdopodobnie dojdzie, bo mimowolnie przychodzą mi coraz to nowe pomysły na te postaci i świat. ;)

Z moich doświadczeń to wojskowi, którzy konsekwentnie pną się po szczeblach, ludzie pokroju Sterna szczerze gardzą takim ludźmi.

Mogę się odezwać na privie, aby posłuchać więcej o tych doświadczeniach?

Wtrące się, bo całkiem inaczej odebrałem ten zabieg fabularny. Może rzeczywiście z racji limitu nie jest to wyraźnie podkreślone, ale sprawa rozbija się o to, że:

– Stern zostaje oskarżony o zdradę, więc w oczach lojalistów jest skreślony, zostali przy nim tylko jego zaufani ludzie,

– Stern przegrywa z Heinem i zostaje strącony w głębie i tu mamy pewną lukę w czasie, kiedy jego poplecznicy albo zmieniają stronę, albo już gryzą piach ew. siedzą we więzieniach (domyślam się, że wielu z nich zginęło w walkach z buntownikami – a niektórzy mogli się też do nich przyłączyć), 

– Stern traci poparcie Imperatorowej, a jak widać ma ona znaczenie w tym układzie sił, choćby to było znaczenie symboliczne, 

– kiedy Stern wraca, musi zacząć od początku i tu ma dwie drogi: rozpocząć wojnę domową z lojalistami i ludźmi Imperatorowej, ryzykując rozpad Imperium (pamiętajmy o zagrożeniu ze strony buntowników) lub wrócić jako bohater (może niesłusznie wcześniej posądzony? albo przywrócony do łask?) który w rzeczywistości ma wszelkie asy w rękawie i może być szarą eminencją, bo Heina sprowadził do roli marionetki a Imperatorowa nie wystąpi przeciw ich duetowi (aż takiej władzy nie ma) 

 

Stern nie postąpił jak trep, Stern postąpił jak polityk i strateg, a on przecież nie jest jakimś porucznikiem tylko admirałem. Dla mnie to w pełni logiczne i o wiele mądrzejsze niż kierować się pragnieniem zemsty. 

Geki, wyraziłeś moje myśli lepiej, niż ja bym to zrobiła ;D Chyba nie mam nic do dodania (ewentualnie mogłabym podeprzeć argumenty fragmentami tekstu). I tak, uważam nazwanie Sterna politykiem za bardzo trafne.

Widzę, że przybyło wsparcie.

Silva, Gekikara, rozumiem wasz punkt widzenia, ale nie do końca się z nim mimo to zgadzam. A w Sternie ciągle nie mogę dostrzec polityka. Ma owszem pewne cechy, ale ma też wiele cech do polityka niezbyt pasujących:

– Po śmierci Imperatora nie rozmawia z jego Żoną o nowym układzie sił i nie wychodzi z żadną propozycją, a raczej czeka na jej ruch, dając się zbyć gadaniem o powrocie Imperatora. Wykonał ruch, ma atuty, ale (mam wrażenie) nie potrafi ich wykorzystać.

– Przychodzi na balet w mundurze, choć zdaje się wiedzieć, że Imperatorowej tym nie zaimponuje. No i dalej nie wychodzi z żadną propozycją, tak jakby się bał, że jego działania ściągną na niego jakieś podejrzenia… Mam tu wrażenie, że ten człowiek nie lubi i nie umie kłamać, i stoi trochę w rozkroku. Wykonał ruch, zabił Imperatora, a teraz nie sięga po władzę.

– Podejmuje walkę z Heinem, to postawa bardziej żołnierza niż polityka, choć może nie miał wyboru…

– No i scena na statku. Stern pojawia się jak rycerz na białym koniu, i pokazuje, kto tu rządzi, przegania wroga. Teraz to on ma cudowny okręt i to on wrócił w Głębi. Ma Heinego w garści. Młody rozumie, że skoro Admirał wrócił, to widział się z pająkami, może nawet pająki są na pokładzie, by ukarać Heinego za nieposłuszeństwo, i tylko czekają na rozkaz Sterna…? Admirał ma wszystkie atuty.

Polityk okłamał by Heinego i kazał się ogłosić imperatorem (imho)

Trep wykopałby go za burtę (i tego spodziewałbym się po Sternie, choć nie uważam go za trepa, bo ma szerokie horyzonty raczej, ale nie ma cech predestynujących do bycia skutecznym politykiem)

On tymczasem pada na kolana. Nie rozumiem, zgrzyta mi to po prostu ten tok postępowania. Ale nie znam się, nie znam człowieka, tylko tak go odbieram. Twój świat, twoje prawa ;-)

 

Silva, wal śmiało, choć wiedzy nie mam za wiele, tyle co od kolegów, którzy na zawodowych poszli. Rozmawiamy sobie czasem co kto robi, jakie kto miewa wyzwania w pracy… I patrzę, jak ludzie się zmieniają, pijąc wódkę w służbie.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

No jasne, krarze, ma pełno prawo ci zgrzytać i masz pełne prawo trwać przy swojej opinii, jednakowoż chcę trochę pobronić tekst ;)

– Po śmierci Imperatora nie rozmawia z jego Żoną o nowym układzie sił i nie wychodzi z żadną propozycją, a raczej czeka na jej ruch, dając się zbyć gadaniem o powrocie Imperatora.

No dobra, to może podeprę się fragmentem:

[Imperatorowa] wiedziała, że jeśli Stern upora się z buntownikami, zyska wystarczające poparcie, aby obwołać się nowym Imperatorem. A wtedy będzie mógł strącić małżonkę poprzednika w Głębię i nikt nie powie choćby słowa.

Stern nie czeka na jej ruch, tylko wykonuje własny. Oznajmia, że zamierza zaprowadzić na południu porządek – a imperatorowa widzi w tym zagrożenie, bo po zażegnaniu konfliktu to właśnie admirał miał największe szanse na stołek. Z jego punktu widzenia ona jest mu zbędna, więc nic jej nie proponuje, bo i po co. Jest pewien, że zwycięstwo z buntownikami to kwestia czasu (co jest logiczne, bo inaczej nie pozbyłby się poprzedniego Imperatora).

– Przychodzi na balet w mundurze, choć zdaje się wiedzieć, że Imperatorowej tym nie zaimponuje. No i dalej nie wychodzi z żadną propozycją, tak jakby się bał, że jego działania ściągną na niego jakieś podejrzenia… Mam tu wrażenie, że ten człowiek nie lubi i nie umie kłamać, i stoi trochę w rozkroku. Wykonał ruch, zabił Imperatora, a teraz nie sięga po władzę.

Jak wyżej, nie zależało mu na tym, by jej imponować – na bal przybył po to, aby pozbyć się Heina. (Gotowa do walki flota i te sprawy.) Co też zresztą deklaruje (nie wprost) mówiąc, że nie może doczekać się gościa imperatorowej.

– Podejmuje walkę z Heinem, to postawa bardziej żołnierza niż polityka, choć może nie miał wyboru…

Tutaj fakt, przyparto go do ściany; Hein jest sporo młodszy, więc Stern nie ryzykowałby pojedynku, gdyby nie musiał. No i ma żołnierski “background” , nie sądzę, by postawy polityk-żołnierz musiały się absolutnie wykluczać.

– No i scena na statku.

Załóżmy, że Stern faktycznie każe obwołać się Imperatorem. Zdołał zgromadzić resztki swoich sojuszników, zmusza/okłamuje Heina, by ten go poparł. Ale tak jak Geki wspomniał, pozostają dowódcy wierni imperatorowej, a nie zdrajcy, nie wspominając o tym, że spora część floty wróciła pod obszar kontrolowany przez imperium, gdy buntownicy zaatakowali na drugim froncie. Więc teraz Stern ze swoją znacząco uszczuploną flotką i jedną Zjawą może wypowiedzieć praktycznie wojnę całej reszcie Imperium… albo czepić się cudzego sukcesu i zgarnąć dla siebie wpływy pod przykrywką lojalności.

W sumie Alessi odpisywałam podobnie, pewnie gdyby było tu coś z perspektywy Sterna, lepiej by wybrzmiało.

No… ja to tak widzę. Możesz się ze mną nie zgadzać, oczywiście ;)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Cześć!

Bronisz dzielnie i sensownie. Już prawie mnie przekonałaś, ale mimo wszystko dalej mi to zgrzyta… Każde z nas ma swoje stanowisko i nie ma co generować dodatkowej entropi, wymieniwszy się argumentami.

Mam nadzieje, że jeszcze dorzucisz coś w tym uniwersum, z chęcią przeczytam. A póki co, zgłaszam opko do piórka za styczeń.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Jasne, oczywiście uwagi odnotowałam i będę mieć na przyszłość w pamięci. No i odezwę się jeszcze przez wiadomość ;)

Dzięki, krarze :)

 

A, i witam Wielkiego Przedwiecznego organizatorkę jurorkę!

Na razie tylko melduję, że przeczytałam i podobało mi się. I czekam, co będzie dalej ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Irko. :) No, ja też czekam ;)

Nie będę ukrywał, że widząc już tekst na becie czekałem na publikację za zaciekawieniem, bo Twoje poprzednie teksty trzymały solidny poziom, a tytuł w pakiecie z tagami obiecywał ciekawą historię. Ponieważ nieszczęścia chodzą parami, wraz z zaciekawieniem pojawiły się też oczywiście konkretne oczekiwania. ;)

Początek zdaje się sugerować, że dotrzymasz tę obietnicę ciekawego tekstu, którą złożyłaś tytułem, tagami i poziomem wcześniejszych tekstów. Wprowadzenie do historii mamy żwawe, zaczynamy od razu od katastrofy, w dodatku podszytej tajemnicą, bo jasno sugerujesz, że zniszczenie fregaty jest dość nieoczekiwane i ma głębsze dno. Jeśli dodać do tego ładny język, którym pomagasz sobie przy opisach (a o którym jeszcze w tym komentarzu będzie) opowiadanie prezentuje się od pierwszych akapitów naprawdę atrakcyjnie. A przede wszystkim buduje ciekawość, co jest najistotniejsze. W końcu, to właśnie pierwsze akapity stanowią niejako reklamę tekstu, która ma zachęcić czytelnika do dalszej lektury. Pod tym względem, w mojej opinii, zadanie odrobiłaś nad wyraz solidnie.

Później lądujemy w głębi, gdzie czają się źli “pająkowie”. I tutaj muszę ciut pomarudzić, bo jednak ci “pająkowie” wypadają strasznie typowo. Wiesz, jestem ostatnim, który szukałby jakichś odniesień do filmów, ale te pająki od razu przywodziły mi na myśl skojarzenia z Harrym Potterem. Na tyle, na ile go jeszcze pamiętam. Widzisz, ja nie uważam, że wszystko musi być niekonwencjonalne, nietypowe, zaskakujące, charakterystyczne. Nawet chyba, jako czytelnik, bym tego nie chciał (pomińmy fakt, że jako piszący nieraz o tym zapominam). Natomiast tutaj te pająki naprawdę w takiej formie nie przypadły mi do gustu. Sama obecność w tekście nie jest problemem. Przeciwnie. Nawet lekko ten tekst ubarwia. Pomysł wplątania pająków do tego rodzaju opowiadania jest zabiegiem odważnym i można było tym zapunktować. Ale w moim odczuciu potrzeba do tego jednak ciut więcej konsekwencji. Bo pająki wypadają blado. Takie typowe, wredne, włochate dziadostwo, co to by tylko ludzi żarło.

Zanim przejdę do dalszej części komentarza, napiszę to, co w swoich opiniach powtarzam z uporem maniaka. To, co piszę, to nie są żadne złote rady, mądrości, prawidła pisania, ale odczucia. Ja nie wykładam Ci tutaj tego, jak dany element powinien zostać napisany, albo jaką powinien mieć charakterystykę, ale ubieram odczucia z lektury w słowa. To kapitalnie ważne przy wyciąganiu wniosków z takiej opinii. Ona może być tylko jakąś częścią składową szerokiego odbioru. I jeśli wciągać z niej szersze wnioski, to tylko wtedy, jeśli dane spostrzeżenia będą zbieżne przynajmniej z częścią opinii.

Co też ważne, odczucia z lektury mają jedną, szalenie charakterystyczną cechę. Są odczuciami, a zatem nie zawsze można je poprzeć konkretnymi argumentami. Nie zawsze można je logicznie uzasadnić. Tak samo, jak czasem trudno uzasadnić fakt, że wstajemy rano z bólem głowy, albo nagle zaczyna nas kłóć w kolanie. Choć nie ma jednego powodu, by ten ból się pojawił.

Wracając już jednak do samej opinii. I przy okazji kończąc temat pająków. Tutaj widzę przede wszystkim niewykorzystany (albo wykorzystany tylko częściowo) element, który jak żaden inny dawał możliwość ubarwienia lektury. Jej urozmaicenia. Bo ci niepozorni pająkowie wydają się świetną szansą na przełamanie bardziej powszechnego obrazu admirałów, komandorów, imperatorów, którzy prą do władzy i potęgi już nie tylko na ziemi, ale także w kosmosie. Pająkowie mogli być tutaj motywem, który science-fiction nawet lekko pożeni z elementami baśni, dając czytelnikowi taką dość nietypową opowieść z pogranicza science-fiction.

Kończąc już o tych pająkach, trochę też miałem wrażenie, że w ich przedstawieniu przeszkodziła Ci ta wstrętna, bezlitosna łajza – limit. Zwróć uwagę, jak wyglądają te rozmowy z Heinem.

– Chcemy żreć. Dasz nam żywych ludzi

– A skąd ja wam wezmę żywych ludzi? Musiałbym dostać statek.

– Ok, damy ci statek.

Koniec. Z tej uproszczonej rozmowy (to, co napisałem powyżej, to w żadnym razie nie jest próba prześmiewania czy kpienia, pokazuje Ci tylko, jak okrojona i skąpa była ta rozmowa) bije jakaś łatwowierność pająków. One wychodzą na kompletnych naiwniaków. Żadnych prób zabezpieczenia, właściwie czegokolwiek. Po prostu masz statek i leć. Nawet biorąc pod uwagę tę późniejszą obecność pajęczycy, trochę ich postawa wydawała mi się naiwna. Zastanawiałem się też, dlaczego, skoro są na tyle sprawni, żeby stworzyć statek z wraków, sami nie porwali się na jakąś wyprawę i nie zapolowali na ludzi. Tacy kosmiczni, pająkowi barbarzyńcy wydawali mi się dużo ciekawsi niż barbarzyńcy ugodowi, skryci w głębi, co to z jednej stroną bezlitośnie zeżrą wszystko, co spadnie, a z drugiej przy pierwszej lepszej okazji nieomal puszczają gościa wolna bez większej gwarancji, że dotrzyma słowa.

Dobra, starczy już może tych pająków.Zanim przejdę do dalszej części tekstu, pozwolę sobie jeszcze na taką małą uwagę. A mianowicie, średnio pasował mi dobór imion. Hein i Stern to dwa bardzo krótkie słowa, ciut podobne brzmieniowo i nie jestem przekonany, czy taki dobór był najszczęśliwszy. Nie napiszę, że mi się mylili, bo to nieprawda, ale jest to jednak zabieg ryzykowny. Zwłaszcza, jeśli splatamy ich losy ze sobą. Żeby chociaż któryś z nich nazywał się bardziej obco, to już wtedy nawet ta podobna długość nie przeszkadza. Łatwiej ich rozróżnić.

Ach, zapomniałem o jeszcze jednej, bardzo istotnej rzeczy. Ten mój komentarz to taka opinia z kategorii “Przyganiał kocioł garnkowi”. Nie to, żebym potrafił napisać lepiej. Większość tych czepów, malkontenctw i zrzędzeń, którymi tu w Ciebie rzuciłem, albo rzucę w dalszej części komentarza, z powodzeniem mogłaby wrócić jak bumerang przy okazji moich tekstów. I przyciągnąć jeszcze parę innych uwag, z gatunku tych raczej krytycznych, które do Twojego tekstu zastosowania nie mają.

Czy wobec tego takie zrzędzenie jest uczciwe? Nie wiem, ale na pewno nie kryją się za tym żadne złe intencje.

Dobra, wróćmy do tekstu. Wspomniałem już o tych opisach, to i wypadałoby rozwinąć. A pisząc zupełnie uczciwie, trzeba rozwinąć. To element tekstu naprawdę robi wrażenie. I wiesz, to już nawet nie chodzi ani o piękno tych zdań, ani o ich świetną obrazowość. Nie, wrażenie robi coś zupełnie innego. Ich niewymuszoność. Nie ma tu nadmiernego poetyzowania, nie ma wciskania metafor. Nie ma w końcu usilnego i zaciętego tworzenia zdań tak cudownie i niewiarygodnie prześlicznych, głębokich i pięknych, że aż irytujących. Tobie, tak przynajmniej to wygląda z perspektywy czytelnika, przychodzą te zdania w pełni naturalnie, swobodnie. I to w jakieś mierze się czuje. I na pewno warto pochwalić, bo w takiej opowieści, kiedy obraz wymyślonego świata, “wyposażenia” tego świata, całej jego scenerii ma być jedną z głównych zalet tekstu, bardzo dobrze jest poprzeć go taką właśnie niewymuszoną, ale lekką i solidną obrazowością, która nie tyle zaprasza wyobraźnię do współpracy, ile gdzieś tam cicho szepnie: spójrz, wpadłaś na gotowe.

Wspominając o tych opisach, o obrazowości, podzielę się jeszcze jednym odczuciem. Wydaje mi się, że i przy tworzeniu tych opisów limit przynajmniej próbował podłożyć Ci nogę. Nie na tyle, żebyś mogła się wyłożyć jak długa, ale lekko z rytmu wytrącił. Jak to rozumieć? Widzisz, opisy są obrazowe, dokładne. A jednocześnie tempo opowiadania ma być z założenia dosyć szybkie. I to trochę się gryzie. Bo z jednej strony zatapiam się w tych długich obrazowych zdaniach, płynę przez nie wolno, a jednocześnie na końcu widzę taką uwagę:

A czas uciekał.

Generalnie jeśli przyjąć, że Heina gonił czas (a gonił) to do tego momentu ni cholery tego, jeśli chodzi o tempo, nie poczułem. I nie twierdzę, że popełniłaś tu jakiś błąd. Po pierwsze dlatego, że (znów przypomnę) piszę o odczuciach. To, że coś mi zgrzyta, nie oznacza od razu istnienia jakiegoś błędu. Każdy czytelnik ma swoje oczekiwania, swoje preferencje i swoje podejście. Po drugie dlatego, że to bardziej kwestia długości tekstu. Gdyby było tam trochę więcej miejsca, można by jakoś rotować opisami i “przyspieszaniem” tekstu. A że umiesz przyspieszyć, pokazała druga część opowiadania, która w moim poczuciu tempo miała jednak szybsze.

Jeśli wspominam o krzywdach, jakie wyrządził Ci limit, to muszę również wspomnieć o Heinie. Stern czy imperatorowa wyszli Ci charakterystyczni, odpowiednio skrojeni do całej historii. Jasne, trudno szukać u nich cech, które sprawią, że uda mi się ich zapamiętać na dłużej, ale to nie zawsze jest ich rola. Czasem mają się zwyczajnie stać, solidnym pasującym elementem historii i tak jest właśnie tutaj. Natomiast Hein… Tutaj jest gorzej. Hein jest głównym bohaterem. Tak ja to czułem, czytając ten tekst. Oczywiście, to nie jest rodzaj opowiadania, gdzie to główny bohater ma grać pierwsze skrzypce, a reszta umiejętnie snuć się na drugim planie. Nie, to taki rodzaj opowieści, która, żeby należycie wybrzmieć, potrzebuje odpowiedniej charakterystyki każdego z bohaterów. I tak, jak dobrze poszło Ci ze Sternem i imperatorową, tak Hein wydał mi się nijaki. Ani to bohater pozytywny, ani w pełni negatywny. Ani nawet dupowaty. Dlaczego to takie ważne? Wiesz, najbardziej to poczułem w scenie walki. Żywa, super napisana scena, a jednocześnie… guzik mnie obchodzi, kto wygra. No bo komu tu kibicować? Ale czy naprawdę zawsze musi być bohater, któremu się kibicuje? Cóż, może nie zawsze, ale jednak w tej historii by się przydał. Przy czym ja nawet nie upieram się, że musiałby to być bohater pozytywny. Mógłby być na przykład skrajnie negatywny. Albo prawie skrajnie. Nasunął mi się na myśl F.Underwood, który budził tak negatywne emocje, że nawet jeśli w tym House of Cards zmagał się z bohaterami wcale nie lepszymi od siebie, to jednak jego postawa była na tyle odpychająca, fałszywa i jakoś tak “ślisko bezwzględna”, że chciało mu się życzyć wszystkiego najgorszego.

Tutaj czegoś takiego mi brakło, bo jednak porwałaś się na zadanie szalenie ambitne. W tym limicie 30 000 z hakiem próbujesz niejako “pracy w parach”, gdzie podążamy trochę za Heinem, trochę za Sternem. Tylko na końcu to tak nie bardzo wiadomo, czyimi oczami spojrzeć na całą historię. I dlatego patrzy się trochę z boku. Z odległości. A to tekstowi nie służy.

Przy czym, tak, jak marudzę na nijakość Heina, tak też trzeba Ci oddać, że stworzyłaś bohaterów bardzo prawdziwych w swojej fałszywości. ;)

Jeśli miałbym sobie wyobrażać uczestników takiej właśnie walki o władzę i wpływy, to oni są bliscy tych moich wyobrażeń. Jednocześnie w tekście trzeba czasem ciut pewne rzeczy przemodelować, pozmieniać, żeby dodać opowieści atrakcyjności. Bo opowiadanie fantastyczne, to jednak nie kartka z historii, tutaj poza pewnym uwiarygodnieniem trzeba czegoś jeszcze.

Cholera, fajny tekst Ci wyszedł, a w sumie chwalę jak na lekarstwo. Tak przynajmniej możesz pomyśleć w pierwszej chwili, bo jednak, jeśli spojrzysz dokładnie, zobaczysz, że i pochwał wcale nie było tak mało. Kreacja większości bohaterów, obrazowość opisów, żywo napisana scena walki (w ogóle tak, jak ta pierwsza część wydawała się ciut za wolna – ale właśnie tylko ciut – tak już druga, jeśli chodzi o tempo wypadła w moim odczuciu bardzo dobrze), będzie jeszcze słowo o zakończeniu. Tak więc, jak wydaje się, że przy tym ostrzale marudzeniowym wszystko, co dobre, można zawrzeć w jednym akapicie, tak (patrząc w pełni uczciwie) chwalę w nim właściwie większość tekstu.

Obiecałem jeszcze słowo o zakończeniu (znasz moje komentarze, więc wiesz, jaką to “słowo” będzie miało długość ;-)), więc i wspomnę, że mnie ono akurat przypadło do gustu. Fajne jest. Takie idealne do tagów, które obiecywało politykę i intrygi. Jednocześnie, żeby lepiej wybrzmiało, potrzeba było wcześniej jakiejś mocniejszej charakterystyki Heina.

Zmierzając już powoli do końca (o czymś jeszcze zapomniałem, ale za cholerę nie mogę sobie tego przypomnieć) podkreślę jedną, szalenie istotną rzecz. To dobre opowiadanie. Podobało mi się. I chcę, żebyś to, co pogrubiłem, zapamiętała jako najważniejszą część tego komentarza. Myślę, że obok tekstu Zanaisa i Finklów w tym konkursie (z tych tekstów, które miałem okazję czytać) ono prezentuje się najkorzystniej i najciekawiej. I to, że akurat tutaj jest najwięcej malkontenctw, absolutnie Ci tego nie odbiera. Zwłaszcza, że to ten komentarz jest najdłuższy. ;-)

Skoro więc Ci się podobało, CMie, to czego tak marudzisz, myślisz sobie pewno. Przyznam Ci szczerze, że nawet nie czuję się do końca komfortowo, zrzędząc pod tym tekstem. Po pierwsze dlatego, że to naprawdę dobre opowiadanie. Po drugie dlatego, że sam mam w tym konkursie tekst, więc i ta moja postawa może się wydać wątpliwa (nawet, jeśli nie ma w tej postawie ani krzty złej woli). Zwłaszcza, że jak pisałem, sam nic lepszego absolutnie nie stworzę. Wiesz, jak to jest:

Krytyk i eunuch w jednej są parafii, każdy wie, jak robić, żaden nie potrafi. ;-)

Można więc uznać, że to zrzędzenie jest przesadzone. To na pewno nie jest uczciwy komentarz. Nie jest uczciwy, jeśli chodzi o proporcje czepów do pochwał. One są tutaj mocno zachwiane na niekorzyść pochwał, co absolutnie nie oddaje rzeczywistych odczuć z lektury. Z drugiej strony, wiesz, jak to jest z odczuciami: łatwiej nam nazwać to, co przeszkadza. Jeśli coś się podoba, to płyniemy z historią i skupiany się tylko na niej. Bez zagłębiania się w szczegółowe analizy: a dlaczegoż to mi się właściwie ten tekst podobał.

Jest więc to komentarz proporcjonalnie uczciwy, a jednocześnie bardzo… życzliwy. Zdanie może i brzmi bez sensu, ale też jest prawdziwe. Ja już Ci pisałem ostatnim razem, że piszesz bardzo solidnie. Bierzesz na tapetę różne stylizacje i w każdej potrafisz się odnaleźć. Piszesz dobrze, ciekawie. Masz na czym budować “swoje pisanie”. I, kiedy tak sobie to uświadomić, że dużo już Ci wychodzi, że masz te naprawdę solidne fundamenty do tworzenia coraz lepszych tekstów, to, przyznaję zupełnie szczerze, aż szkoda Cię trochę nie skopać. ;) Szkoda Cię nie kąsać, nie gryźć po kostkach, bo gdzieś w tym gryzieniu jest nadzieja, że następnym razem skoczysz jeszcze wyżej. Na tyle wysoko, że te moje zębiska już Cię nie dosięgną. ;-)

Jednocześnie jest w tym moim czepialstwie jeszcze jeden zamysł. A mianowicie: masz już sporo pozytywnych opinii, znasz doskonale zalety tego tekstu. Jeżeli jednak wrzucamy tekst dla komentarzy, to też i po to, żeby mieć szansę się rozwinąć. Żeby przekonać się, co jeszcze zrobić lepiej. Więc ten mój komentarz traktuj trochę jak taką opinię uzupełniającą. Dającą nieco szersze spojrzenie zarówno na tekst, jak i na Twoje pisanie. Nie wyciągaj z tego komentarza daleko idących wniosków, bo to w końcu tylko jedna opinia. W dodatku oparta wyłącznie na odczuciach. Nie na fachowych radach, bo takich Ci nie dam. Nie potrafię. Nie wyciągaj więc daleko idących wniosków, ale potraktuj jako ledwie cząstkę ogólnego odbioru, która może być użyteczna przy tworzeniu kolejnych tekstów, przy wprowadzaniu jakichś korekt w swoim pisaniu. A może dokładaniu elementów. Ale jednocześnie nie może zbyt mocno wpłynąć na owe korekty, bo to tylko jedna opinia.

Przypomniałem sobie, o co jeszcze miałem pozrzędzić. Nie ma tu takiego elementu, który na dłużej zapadłby mi w pamięć. Tak, jak pisałem, że nie wszystko musi (a nawet nie powinno) być nietypowe, niekonwencjonalne, tak jednak brakło mi czegoś, co właśnie takie będzie. Jednego elementu, z którym jednoznacznie to opowiadanie skojarzę.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM-ie, ty kiedyś napiszesz komentarz dłuższy od opowiadania. ;D

Widzisz, mam z twoimi komentarzami pewien problem. Są długie, wnikliwe, przemyślane. I widać, że spędziłeś nad nimi tylko twój komputer wie, ile czasu. Człowiek więc czuje się zobowiązany, aby odpowiedzieć w podobnym formacie, a nie kilkoma zdaniami, co by nie wyjść na chama. ;)

I będziesz musiał mi wybaczyć, że nie dorównam długością odpowiedzi. Bo przeczytałam z uwagą komentarz, wszelkie wypunktowane sprawy przyjmuję do wiadomości i do przemyślenia (pal licho rym), a jednocześnie nie mam wiele do skontrowania. W dyskusji z krarem chodziło o bardzo konkretne sprawy fabularne, więc tam chętnie się rozpisywałam. Tutaj chodzi o odczucia, a te każdy ma takie, jakie ma. A jako osoba, której wiele książek się zwyczajnie nie podoba, jakże bym mogła mieć pretensje, że komuś nie podoba się moje opko. ;) Znaczy, nie, że nie podoba, bo wiem, że ci się podoba. Potraktuj to jako taką ogólną tezę.

Jednocześnie zapewniam cię, że nie musisz aż tak się zabezpieczać przed moją urażoną dumą. Bo wiem (nawet nie muszę wierzyć ci na słowo ;)), że piszesz to wszystko życzliwie, szczerze i z dobrymi intencjami, a twoje komentarze zawsze wiele dla mnie znaczą. Więc spokojnie, nie wpadnę w nocy z bejsbolem. ;D No i tak naprawdę nie mam o co być urażona. Jak sam wspomniałeś, chwaliłeś sporo – szczególnie styl, o tym więcej zaraz – i ogólne wrażenie też na plus.

Co do pająków. Myślę, że rozumiem, co chcesz mi przekazać. Ja chyba wolę dość klasyczne historie, choć nie aż tak do bólu standardowe jak, powiedzmy, obowiązkowe zwycięstwo Tych Dobrych i śmierć/porażka Tych Złych. Osobiście nie odbieram pająków jako złych. Dzięki nim w ogóle istnieje ten świat. Czy to źle, że chcą czegoś w zamian, zamiast pozostawania na marginesie dziejów, gdzie cicho i grzecznie jedzą ochłapy ze świata powierzchni? Jako ludzie jesteśmy przekonani, że nasze życie jest święte, ale w naturze coś oddaje życie, aby mogło żyć coś innego. A człowiek życia oddawać nie chce, bo jak to, jemu należy się wszystko bez dawania od siebie czegokolwiek. ;) No i pajączki nie są inteligentne aż tak, żeby same z siebie wpadły na pomysł “inwazji”. Inteligentna jak człowiek (albo i bardziej) jest tylko Pajęczyca.

(Do czego to dochodzi, żebym musiała zapisywać odpowiedź na komentarz w notatniku z obawy, że przypadkiem mi się skasuje?)

Teraz wracając do twojej opinii o stylu. To mnie bardzo usatysfakcjonowało, bo potwierdza to, co sama sobie bezczelnie o nim uważam. A jak wiadomo, nie ma nic przyjemniejszego, niż usłyszeć własne myśli z cudzych ust. ;)

Limit. Czy zaszkodził? Hm, na pewno nie pomógł. Ale nie utyskuję nad tym i szczerze mówiąc, jestem bardzo zadowolona z tego, co udało mi się wepchnąć w tę liczbę znaków. Bardzo też pomogli mi betujący, bo na przykład początek zaliczył brutalne cięcia – nawet jeśli pewnym kosztem (jak dialog z Pajęczycą), to myślę, że w ogólnym rozrachunku na dużą korzyść całości.

przyznaję zupełnie szczerze, aż szkoda Cię trochę nie skopać. ;) Szkoda Cię nie kąsać, nie gryźć po kostkach, bo gdzieś w tym gryzieniu jest nadzieja, że następnym razem skoczysz jeszcze wyżej. Na tyle wysoko, że te moje zębiska już Cię nie dosięgną. ;-)

No, no, żeby tylko po tym gryzieniu coś mi z pięt zostało, bo bez nich ciężko będzie w ogóle skakać. ;D

Przypomniałem sobie, o co jeszcze miałem pozrzędzić. Nie ma tu takiego elementu, który na dłużej zapadłby mi w pamięć. Tak, jak pisałem, że nie wszystko musi (a nawet nie powinno) być nietypowe, niekonwencjonalne, tak jednak brakło mi czegoś, co właśnie takie będzie. Jednego elementu, z którym jednoznacznie to opowiadanie skojarzę.

A tutaj szkoda, bo nie wiem, co jeszcze mogłabym wepchnąć, żeby było takim elementem. Ale z drugiej strony, to kwestia indywidualnego odbioru. Wiem, co ja bym zapamiętała z tego opowiadania, gdybym była czytelnikiem. I wiem, że czytanie właśnie o tym by mi się bardzo podobało. Ostatecznie piszemy to, co chcielibyśmy przeczytać. Chyba. ;)

Dziękuję za lekturę i komentarz wnikliwszy od rentgena, CM-ie. Długością komciów to ty mnie kiedyś wykończysz. ;D I skoro się podobało, to się cieszę!

CM-ie, ty kiedyś napiszesz komentarz dłuższy od opowiadania. ;D

Już było i to chyba nie raz. Pod drabblem, może jeszcze pod czymś z konkursu Wilka.

Babska logika rządzi!

No, ale to krótkie teksty były. A komentarz na ponad 30k znaków zrobiłby wrażenie. To już analiza by była ;)

CM-ie, tak sobie jeszcze raz czytałam komentarz i zatrzymałam się na tym:

Hein i Stern to dwa bardzo krótkie słowa, ciut podobne brzmieniowo

Ależ nie są podobne brzmieniowo. Przeczytaj, że tak powiem, “z niemiecka”.

Prawie “ajn sztejn”. ;-)

Babska logika rządzi!

Cześć, Silvo.

Nie chcę służyć za łyżkę dziegciu w beczce miodu, ale ktoś tu musi pomarudzić naczelnej marudzie… tj. krytyczce. W każdym razie największym problemem tego opowiadania jest…

…to, że za krókie :P Bardzo dobre, świetne wręcz. Takie staroświeckie w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Akcja płynie szybko, opisów niewiele, a jednak świat całkiem dobrze zakreślony.

Koncówka, jak dla mnie, trochę „naiwna” – Stern za bardzo idzie na ręku Heinowi i niepotrzebnie tworzy sobie wroga o wielkiej ambicji i szerokich możliwościach. Możliwe, że pomogłoby trochę rozwinięcie zakończenia, ale limity, limity, limity… ;)

W każdym razie bardzo mi się podobało :)

A komentarz na ponad 30k znaków zrobiłby wrażenie. To już analiza by była ;)

I kto tu kogo chce wykończyć, co? :D

Ależ nie są podobne brzmieniowo. Przeczytaj, że tak powiem, “z niemiecka”.

Kierowniczko, a czy tam przypadkiem nie było w tym zdaniu takiego słowa jak “ciut”? ;) Ja wiem, że ono jest krótkie i niepozorne, ale jednak po coś je tam wstawiłem. ;-)

A dlaczego są ciut podobne brzmieniowo? Ano dlatego, że:

– oba są bardzo krótkie

– oba brzmią trochę “z niemiecka”

– oba się kończą na “n”

– i oba mają “e” w środku, co przy tak krótkich słowach ma jakieś znaczenie.

 

I w sumie odniosę się krótko do wcześniejszej odpowiedzi (daruj poślizg, ale jak mawiał klasyk: czas nie guma, budzik nie sanki ;)).

I będziesz musiał mi wybaczyć, że nie dorównam długością odpowiedzi.

Przerabiałem ten problem pod swoimi tekstami, więc nie ma się czym przejmować. ;-)

Inteligentna jak człowiek (albo i bardziej) jest tylko Pajęczyca.

To tylko lepiej. Inteligentny dowódca plus bezmyślna, łatwo sterowalna armia, która pójdzie za nim jak w ogień. XD

A tutaj szkoda, bo nie wiem, co jeszcze mogłabym wepchnąć, żeby było takim elementem.

Nic. To raczej nie chodzi o wepchnięcie czegoś więcej, tylko prezentację któregoś z istniejących elementów w taki sposób, żeby zapadał w pamięć. Przy pająkach pisałem na przykład o pożenieniu science fiction z baśnią. Nie przez przypadek. Wcześniej czytałem tekst Thargona, który właśnie w taki nietypowy sposób połączył baśń z wyprawą wojskową. Dzięki temu powstał tekst dość niecodzienny, świeży, który przyniósł mu piórko. Wiesz, chodzi o taki element, z którym bardzo mocno kojarzy się dane opowiadanie i nawet po kilku miesiącach, kiedy spojrzysz na tytuł, myślisz sobie: to ten tekst, w którym… (tu pada ten jakże charakterystyczny element, którego próżno szukać w większości innych tekstów).

Przy czym, to nie musi być nawet koniecznie element nietypowy. Chrościsko, na przykład, pisał w “Kumari” bardzo subtelnym obrazowym językiem, który też mu został zapamiętany, ale głównie dlatego, że świetnie pasował z taką właśnie subtelną, dosyć emocjonalną charakterystyką opowiadania.

Inna rzecz, że ten brak, o którym pisałem, wcale niczego temu Twojemu opowiadaniu nie umniejsza. Ja przecież pisałem ten komentarz tydzień po lekturze i, jak widać po długości opinii, raczej sporo z niego zapamiętałem. Chodzi tu raczej o taką pamięć “długotrwałą”, charakterystyczną dla większości tekstów piórkowych. Inna rzecz, że przecież jesteś blisko nominacji, być może i to piórko dostaniesz, a tylko ja zrzędzę więcej niż potrzeba. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cześć, Silvo.

Nie chcę służyć za łyżkę dziegciu w beczce miodu, ale ktoś tu musi pomarudzić naczelnej marudzie… tj. krytyczce. W każdym razie największym problemem tego opowiadania jest…

…to, że za krókie :P Bardzo dobre, świetne wręcz. Takie staroświeckie w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Udało ci się mnie nabrać XD

Dzięki za wizytę i opinię, Zanaisie. Fajnie, że się podobało. Tematu Sterna już nie będę rozgrzebywać, i tak była mała dyskusja o tym w komentarzach ;D Ogólnie dobrze cię widzieć, mam nadzieję, że ze zdrowiem wszystko w porządku albo przynajmniej lepiej. :)

 

CM-ie,

– i oba mają “e” w środku

Tyle, że Hein nie czyta się przez “e”. Wiem, drobiazgowa jestem, przepraszam XD

A poza tym chyba trochę mnie niepokoi, czemu ten tekst w ogóle przywiódł ci na myśl science-fiction. Resztę przyjmuję do wiadomości. ;)

Cześć, Silvo, ciągle jeszcze pamiętam sekretarza i łopatę! Z tego opka chyba zapamiętam pajęczycę i srebrzysty okręt napędzany aerdoedem. :-)

Podzielam zdanie, CMa, że wykreowałaś piękny, przedziwny świat i lekko nakreśliłaś jego reguły! Opisy piękne, bardzo łatwe do przyswojenia. Z postaciami jest ciut gorzej, a może nie z nimi lecz bardziej z ich motywacjami i fabułą, chodzi mi o głównego bohatera. Jest nijaki, podąża za 

Misię – z kolei – pierwsza część bardziej podobała, bo mogłam się w niej osadzić, a potem leciałam na łeb na szyję z wydarzeniami za Heinem i jego motywacją, odniesieniami do Sterna i Imperatorowej. Chyba znaki– limit namieszał. Końcowe zdania – fajne, bo baśń-niebaśń. Skarżyłabym do biblio bez wahania, lecz na piórko jeszcze ociupinę dla mnie za mało. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jest nijaki, podąża za 

Za…? To napięcie mnie wykończy ;)

Fajnie że wpadłaś, Asylum, dzięki za lekturę i komentarz. :)

Dzień dobry, Silvo.

 

Przyznam, że to pierwsze Twoje opowiadanie, jakie miałem przyjemność czytać. I owszem, była to przyjemność. Ma przedstawiona historia kilka bardzo dobrych elementów, ma też kilka słabszych.

 

Na początek te dobre:

 

Styl – dobrze się to czyta, płynnie. Niewiele zgrzyta. Opisy miejscami takie, że mogłem Ci ich pozazdrościć. To jeden z tych wyróżniających się elementów. Raz, że barwne i spisane ładnymi słowy, dwa, że jest ich (za wyjątkiem początku) tyle ile należy, nie za dużo, nie za mało.

 

Dynamika – tu też miejscami byłem pod wrażeniem. Szybciutko ta akcja pomykała, nie dawałaś się czytelnikowi nudzić. Co ważniejsze, były te sceny ze sobą spójne i przechodziły płynnie jedna w drugą. Miałaś też kilka scen batalistycznych, czy choćby pojedynku Sterna z Heinem. Tu też poradziłaś sobie nieźle, co tym bardziej należy pochwalić, że tego typu sceny to zwykle domena męskiej części pisarskiej braci. Choć to nie reguła, rzecz jasna.

 

Świat – dość ciekawie go przedstawiłaś. Barwnie i rzeczywiście eklektycznie. Mamy Imperium i wielką latającą flotę przywodzące na myśl space opery. Flota ostatecznie okazuje się żaglowcami rodem z XVIII wieku, jeno latającymi. Jak opisałaś Zjawę, to brakowało mi na niej jedynie Johnego Deepa w pirackim kapeluszu. Jest też Głębia, kojarząca się z Otchłanią Petera Bretta, no i pająki tkające magiczne sieci – tu skojarzenie z Sahrą Maas i jej Kharankui. Nie mniej całość jest bezsprzecznie Twoja.

 

Teraz to, co nieco rozczarowało:

 

Początek – dokładnie pierwsza scena. Wręcz odrzuciła mnie od tekstu. Przesadziłaś z patetycznością opisu:

 

Okręt flagowy Imperatora Strzaskanego Świata, olbrzymi pięciomasztowiec o krwistoczerwonych żaglach, pękł wpół i runął z nieba jak postrzelony ptak. Rozerwane pokrowce pod kadłubem, wcześniej rozdęte jak podgardle żaby, teraz chudły w zastraszającym tempie, gdy aerd wyciekał z nich mglistymi smugami. Przednia część statku uderzyła w jedną z powietrznych wysp i zapadła się w sobie z potwornym hukiem; połamane belki wystrzeliły na wszystkie strony pośród gradu drzazg, dwa maszty przechyliły się, strącając kilka imperialnych korwet, które nie zdążyły umknąć przed opadającym molochem.

 

Wszystkie te wytłuszczone fragmenty wpływają na odbiór. Spójrz ile tu ich masz nagromadzone na przestrzeni kilku zdań. Jak dla mnie ten akapit zbyt przerysowany i niezbalansowany. A serwujesz go na dzień dobry, gdy czytelnik nie jest na to jeszcze gotowy.

 

Powtórzenia – bardzo często powtarzają się słowa „aerd” i „imperator/imperatorowa”, aż prosi się o jakieś synonimy. W przypadku imperatora naturalnym wydaje się “cesarz”. Z „aerdem” jest większy kłopot, bo to Twój wynalazek i synonimów nie ma. Nie mniej pokusiłbym się o zastosowanie gdzieniegdzie opisowej alternatywny.

 

Końcówka – zakończenie rozczarowało i to nawet nie całe, jako takie, bo masz tam fajne zwroty akcji, ale ten ostatni akapit, gdy Stern klęka przed Heinem. Zbyt naiwne mi się to wydało i nie kupiłem go. Rozumiem, że Stern chciał mieć marionetkę, ale równie dobrze mógł zostać imperatorem, a Heina wysłać do Głębi jako żarcie dla pająków.

 

Postaci – niestety nie zachwycają. Płytkie, jednowymiarowe, słabo zarysowane. Postawiłaś na akcję i dynamikę, i niestety postaciom dostało się rykoszetem. Bo co my tu mamy? Imperatorową – mówiąc wprost, zwykłą ździrę, która sprzedaje się dla władzy. Mamy Sterna – oportunistę, który również dla władzy zrobi wszystko. Wreszcie mamy głównego bohatera Heina, ambitnego młodziana, również z parciem ku górze, niesłownego, który niewiele się od powyższej dwójki różni, poza tym, że jest bardziej naiwny i miewa czasem skrupuły. Naprawdę trudno coś więcej o tych postaciach powiedzieć. Czy komukolwiek w tym świecie zależy na czymś oprócz władzy?

 

Przekaz – niestety, tutaj też niczego wielkiego się nie dopatrzyłem. Tekst jest dynamiczny i ładnie napisany, jako rozrywka może się wybronić. Warsztatowo masz już wszelkie narzędzia do pisania wielkich rzeczy, jednak by rzecz była wielka, przydałoby się tu jakieś drugie dno, przekaz. A cóż Ty chciałaś mi tą historią przekazać? Nie mam pojęcia. Dostrzegłem tylko rozrywkową otoczkę.

 

Podsumowując, bardzo dobry tekst od strony języka, stylu, dynamiki, światotwórstwa. Kuleją przede wszystkim postaci, drobne szczegóły, i brak głębi, mimo że Głębię wykreowałaś ogromną.

 

Moja ocena: 5/6

Potencjał na piórko masz, ale chyba jeszcze nie tym razem.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Czym prędzej skasuję napięcie. xd

No właśnie, za czym…? Władzą, miłością, chęcią odegrania się, utrzymaniem status quo, którego nie znamy? Co napędza Heina, prócz strachu przed pajęczycą, zagładą? Nie umiem zgadnąć. Gdzie jest dylemat Heina i Sterna, napięcie. Rywalizacja? Masz ich dwóch. Malujesz relację jako obronę imperium, czyli rzecz dzieje się pomiędzy nimi. Stawką jest nagroda – Imperatorowa? czy coś innego, a reszta jest tylko przygodą.

Kiedy teraz myślę, co by tu jeszcze to pierwsze co mi nie pcha – dialogi, bo punkty są gfajnie wyznaczone.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wiedząc, ze pióro masz lekkie i widząc nominacje, nastawiłem się na sporo. Niestety – nastawienie to zawiodło. Od razu zaznaczę, nie dlatego, że tekst jest zły. Jest dobry. Po prostu nastawienie na znacznie więcej zadziałało jak kontrast.

Pomysł świata sam w sobie ciekawe. Można było z tego niejedno wycisnąć, zarówno na poważnie (w podobnym świecie zrobił to choćby Jacek_L w Giance, skądinąd bardzo polecam, jeden z ciekawszych tekstów na portalu). Można tez było na wesoło. Można było na wiele sposobów.

Ty wybrałaś sposób mający wiele z bajki, a konkretnie przywodzący na myśl filmy animowane. tu się aż prosi o wyobrażenie w wersji “kaczogrodzkiej” :-) Wbrew pozorom to nie jest zarzut ani śmieszkowanie. W “Kaczych Opowieściach” nie raz i nie dwa autorzy przemycali różne smaczki, a i filmy (tudzież komiksy) z tej serii bywały jakby “trochę wyżej” niż inne kreskówki z tej półki. No widać było, że tam ktoś lubił pisać i wymyślać historie (nie do przesady, nie jest to “Ulyses XXXI” czy “Tajemnicze Złote Miasta”, ale coś owszem).

No i w tej konwencji okołobajkowej się sprawdza. Pewnie zresztą sama idea “Kopciuszka” w jakiś sposób nakierowała na mniej lub bardziej bajkowość.

Skoro tak, to oczywiście do wybaczenia jest masa rzeczy, które w innych konwencjach by kłuły w oczy. No bo jest tu trochę rzeczy, takich jak to, ze przecież w spadających statkach pewnie nieraz byli ludzie żywi jeszcze w momencie uszkodzenia worków z aerdem, jak obsługiwanie statku jednoosobowo, jak niewydostanie się pająków na górę (pal licho statek, na samych bryłkach aerdu), jak zadziwiająco łatwe rozlokowanie ludzi w nieznanych strukturach pałacu, czy ogólne problemy z tym, kiedy ile czasu mija. Takich rzeczy można by wymienić więcej, ale jak mówię – w tej konkretnej konwencji nie mają znaczenia i nie wpływają na odbiór tekstu. W “zwykłym” dark fantasy by wpływały, ale nie w lekkim fantasy bajkowym. Tu jest ok, bo gatunek rządzi się własnymi prawami.

Tym niemniej – choć jako bajka tekst się sprawdza i czyta się przyjemnie, to nie ma tu jednak czegoś zaskakującego, wywołującego efektu wow, budzącego emocje, kreującego wizje w wyobraźni. To po prostu dobre opowiadanie, które w zwykłych okolicznościach pewnie bym skomentował z uśmiechem. Tu jednak komentuję już mając na uwadze bliskość nominacji (w chwili, gdy to piszę jest 4/5 punktów). Mam więc nadzieję, że nie odbierzesz mnie na zasadzie “przyszedł narzekać, marudzi, czego się czepia”. No bo opowiadania samego w sobie szczególnie czepiać się nie trzeba, jest fajne :-)

Acz i w ramach bajki można było tu trochę podkręcić. Zarówno na poziomie bitew, jak i pojedynku pałacowego. Można było nadać trochę opisów w scenie pierwszego spotkania z pająkami i w momencie ujawnienia się pajęczycy. No były miejsca, w których można było pójść w pobudzanie wyobraźni czytelnika – a sądząc po Rycerzu Z Łopatą, czy opowiadaniu świątecznym, spokojnie potrafiłabyś to zrobić w różnych konwencjach i z różnym wydźwiękiem takich scen. tu jednak mam wrażenie, że niektóre sceny były pisane pośpiesznie lub były ścinane pod limit, podczas gdy inne… są trochę za długie.

 

Z uwag ogólnych:

"Rozerwane pokrowce pod kadłubem, wcześniej rozdęte jak podgardle żaby, teraz chudły"

– wiem o co chodzi, ale dziwnie brzmi, że chudły pokrowce.

 

Plus akapit otwierający… O ile cały tekst jest napisany lekko, to ten akapit można by jakoś podrasować, bo trochę wydaje się oporny w porównaniu do całej reszty tekstu. Ale to może mi się tylko zdaje, jeśli kilka osób betowało i tego nie wychwyciło, to mogę być odosobnionym przypadkiem.

 

Oho, widzę, że lożanie się już niecierpliwią. ;) No to spieszę z odpowiedziami.

 

Chrościsko, miło cię widzieć. No, to pierwsze lody mamy za sobą! Dziękuję za wyszczególnienie tylu zalet tekstu. Aż zaskakuje mnie, że tyle osób wspomina o scenie pojedynku. Miło w każdym razie, że się tak podoba ogółowi.

Kwestia pierwszego akapitu i powtórzeń – to sobie rozważę w rozwinięciu tego tekstu. Bo, kurczę, podoba mi się to opowiadanie i popracuję nad nim, jak już będzie po konkursie. Nie będzie też wtedy ściskał limit i zobaczę, co ciekawego się z tego wykluje.

Co do Sterna – w tej kwestii podyskutowałam sobie trochę z krarem, więc pozwolisz, Chro, że ograniczę się do stwierdzenia, iż dla mnie ta decyzja jest sensowna w ramach sytuacji pod koniec opowiadania. Nie musi to znaczyć, że mam rację, oczywiście. Pomyślę sobie nad tym.

Imperatorową – mówiąc wprost, zwykłą ździrę, która sprzedaje się dla władzy.

Kobieta: zamordowano jej męża, którego obecność gwarantowała jej pozycję w ustalonym porządku społecznym. Najbardziej prawdopodobny następca z całą pewnością pozbawi ją życia, kiedy tylko obejmie władzę. Kiedy więc tylko trafia się młody kontrkandydat potencjalnie chętny do żeniaczki, kobieta stara się zdobyć jego przychylność, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo.

Mężczyzna: a to zdzira, sprzedaje się dla władzy.

;)

(Uprzedzając, nie przekona mnie argument, że nie wynika to z tekstu.)

Dziękuję za lekturę i wnikliwy komentarz. Nie będę się tłumaczyć limitem, bo żadne to usprawiedliwienie, ale jestem przekonana, że nieskrępowane rozwinięcie skrzydeł dobrze zrobi tekstowi. A w tym formacie i pod ten konkurs – jestem usatysfakcjonowana efektem. A że całkiem sporej grupce czytelników też się podoba, tym bardziej się cieszę.

 

No witaj, wilku. :) Chyba nie mam jakoś wiele do odpisania. Fajnie, że wpadłeś, przeczytałeś i skomentowałeś, bo bardzo sobie cenię twoje opinie.

Ach, to nastawianie się. Już przy okazji opowiadania świątecznego pisałam coś CM-owi i Outcie na ten temat. ;) Właściwie to nawet nie planowałam udziału w konkursie eklektycznym, ale mimo woli myślałam sobie, jak bym ugryzła ten schemat, no i tak element po elemencie wszystko skleiło się samo.

“Kopciuszek” stanowił dość mocną kanwę. W wersji przed bętą nawet była ona ciut wyraźniejsza. Więc tu spostrzeżenie trafne.

Tu jednak komentuję już mając na uwadze bliskość nominacji (w chwili, gdy to piszę jest 4/5 punktów).

Raptusy. Nie jest powiedziane, że ta nominacja będzie. ;)

 

Asylum, dziękuję za dookreślenie!

Powiem tak: podobał mi się Twój tekst, chyba najbardziej z tych, które dotychczas napisałaś. Uważam, że masz kilka znakomitych światotwórczych pomysłów, a taka mieszanka quasi-steampunku i fantasy, jaka ci tu wyszła, jest naprawdę obiecująca. Chętnie poczytałabym coś więcej w tym uniwersum.

Nie do końca “kupił” mnie główny bohater, mam wrażenie, że chwilami nie jest oczywiste, czy bardziej kierują nim mniej więcej “szlachetne” motywy (chęć zemsty na zdrajcy, który omal go nie zabił, zaatakował cesarza, naraził państwo), czy też czysta prywata i wygodnictwo, a jednocześnie nie widzę w nim dramatycznego konfliktu tych wartości. Nie zgadzam się natomiast z przedmówcami w krytyce postaci cesarzowej, mnie jej postępowanie – jako kobiety i polityka – przekonuje. 

Zdecydowanie udany tekst. Nie jestem jeszcze pewna, jak zdecyduję w głosowaniu piórkowym, ale za opowiadanie na pewno należą się gratulacje.

(Uprzedzając, nie przekona mnie argument, że nie wynika to z tekstu.)

Ależ, droga Silvo, to wynika z tekstu jak najbardziej. A dokładnie z jednego konkretnego zdania:

Poza tym brzydziła się nim nawet bardziej niż byłym mężem.

Ewidentnie napisałaś, że brzydziła się byłym mężem, co dla mnie jest jednoznaczne, że wyszła dla niego dla władzy/kasy/pozycji…whatever

…czyli sprzedała się dla dóbr doczesnych i właśnie dlatego nazwałem ją tym nieładnym słowem, bo to właśnie zdanie najbardziej utkwiło mi w głowie.

Wszystko, co działo się później, a czym próbujesz ją bronić, było bez znaczenia. Bo wyboru dokonała jeszcze przed rozpoczęciem akcji Twojego opowiadania.

:)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Może, kiedy za niego wychodziła, nie był jeszcze taki obrzydliwy… A może była księżniczką i nie miała nic do gadania w kwestii swojego mariażu.

Babska logika rządzi!

A może była księżniczką i nie miała nic do gadania w kwestii swojego mariażu.

Good point, Finklo. Tylko, skąd czytelnik ma to wiedzieć? Autorka zaserwowała przecież jedynie pogardę dla męża nieboszczyka oraz podobny sposób myślenia, tym razem już świadomy, w stosunku do pretendenta.

Nie ma tu księżniczkowania ani przez chwilę.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Good point, Finklo. Tylko, skąd czytelnik ma to wiedzieć?

No bez przesady. Widzę tu wiele rzeczy “znikąd”, więcej niż wymieniłem, ale akurat w tej konkretnej kwestii czytelnik może się domyślić, nie trzeba łopatologicznie tego podkreślać.

Ależ, droga Silvo, to wynika z tekstu jak najbardziej. A dokładnie z jednego konkretnego zdania:

Tak, z tego:

A wtedy [Stern] będzie mógł strącić małżonkę poprzednika w Głębię i nikt nie powie choćby słowa.

;) A to, które podałeś, Chrościsko, znalazło się w tekście z bardzo konkretnego powodu. Tyle, że innego, niż to interpretujesz.

Co do reszty, wilk mnie wyręczył. :)

 

EDIT: Ach, umknął mi komentarz ninedin! Dziękuję za opinię i cieszę się, w tym szczególnie z tego, jak odbierasz imperatorową. :D I właściwie miło wiedzieć, że jakieś moje wcześniejsze teksty też podczytywałaś, bo komentarzy chyba nie pamiętam. Ale fajnie i tak. Dzięki :)

To prawda, Silvo, wiszę Ci co najmniej komentarz za “Boginię w szkarłacie”. Dobrze, że przypomniałaś, muszę sięgnąć do notatek i go umieścić.

 

;) A to, które podałeś, Chrościsko, znalazło się w tekście z bardzo konkretnego powodu. Tyle, że innego, niż to interpretujesz.

Bardzo możliwe.

Żeby już jednak nie przedłużać tej dyskusji, to zostawiam Ci na koniec subiektywny feedback z mojego punktu widzenia, jako czytelnika:

 

Wspominanie zdanie zapadło mi w głowie na tyle mocno, że ukształtowało moje postrzeganie Imperatorowej na resztę tekstu, a pozostałe informacje na jej temat odbierałem już przez pryzmat tego konkretnego zdania. I choć rzeczywiście użyte słowo “ździra” można uznać za przerysowane na potrzeby efekciarskiego komentarza, to jednak sympatii Imperatorowa do mnie już później nie wzbudziła.

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Mi się jednak wydaje, że to kwestia indywidualnego podejścia do kobiet. ;)

To już cios poniżej pasa… ale, coż. Za późno, by odkręcać. Powodzenia. P.S. Następnym razem obiecuję politpoprawną wydmuszkę zamiast szczerego komentarza. Bo jednak personalne wycieczki do szczerości nie zachęcają.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Myślę, że tu nie chodzi o “politpoprawność” (słowo-klucz na eyeroll), a może o pewne… podwójne standardy?

IMO opowiadanie musi być do pewnego stopnia wrzucone w konceptualne ramy (limit, konwencja), a tutaj konceptem przewodnim/gatunkowym jest dworska intryga. Każda istotna postać jest ambitnym oportunistą, który idzie do celu po trupach, momentami dosłownie. Czy to dobrze czy źle – to już kwestia odbioru osobistego i tego, jak kto lubi gatunkowość. W twojej wypowiedzi czuć jednak rozdźwięk pomiędzy podejściem do Heina czy Sterna, których przewiny są znacznie cięższe, a podejściem do imperatorowej, która w zasadzie nic okrutnego nie zrobiła, ale z perspektywy nieco seksistowskiego paradygmatu moralności dostaje łatkę “zwykłej zdziry”, bo “sprzedała się dla władzy”. To nie chłodny opis cech charakteru, tylko słowa bezpośredniej pogardy.

Nie chcę zaogniać atmosfery, ale osobiście rozumiem, co Silva ma na myśli, a uważam, że adresowanie pewnych podskórnie internalizowanych wzorców nie jest nie na miejscu, kiedy nawiązuje się dyskusja na temat dzieł kultury (którymi bądź co bądź tutejsze opowiadania są) i ich dialogu ze społeczeństwem. Tym niemniej, są lepsze metody niż mało merytoryczna forma ad personam, bo z takiego punktu trudno iść w jakimkolwiek sensownym kierunku.

Hail Discordia

Wy tak serio o politpoprawności?

Przecież tu pokazano i kobietę władzy przedmiotowo traktującą mężczyzn (zastanawiającą się jak kontrolować wiceadmirała) i mężczyznę władzy przedmiotowo traktującego kobiety (z góry założenie, że nic nie będzie miała do gadania).

Czy pokazanie obu stron jest “symetryczną politpoprawnością” czy pokazaniem, że każda płeć ma swoje metody walki o władzę? Czy wskazanie, że tych stuprocentowo dobrych nie ma (bo przecież nawet główny bohater swoje plany ma) jest poprawnością?

No hallo, za chwile okaże się, że jedynym sposobem pisania niepolitpoprawnie, to tworzenie sielanki o jednorożcach ;-)

 

Umm. Szczerze mówiąc nie pomyślałam o tym, jak ta wypowiedź zostanie odebrana. Rzuciłam nią trochę tak dla podroczenia się – mój błąd. Przepraszam, Chrościsko. (Ech, nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz, jak wyrywam się na portalu z czymś głupim.) Obiecuję na drugi raz wypowiadać się rozważniej.

Zacznę od plusów dodatnich

 

Wykreowałaś bardzo intrygujący świat i ja również zaliczam się do osób, które uważają, że temu światu należy się od autorki coś więcej, zwłaszcza że lubię militarną fantastykę. Po prawdzie (tu już zahaczamy o plusy ujemne) fabuła też zasługuje na powieść, a nie na opowiadanie z limitem 30k.

Ale zostanę przy plusach. Ładnie napisane, człowiek nie potyka się na języku, akcja poprowadzona z werwą, postacie zróżnicowane (z uwagami, za chwilę). Kreacja świata czerpie z wielu źródeł, a może raczej jest pokrewna steampunkopodobnym wizjom, ale to nie jest zarzut, bo wykorzystując znane elementy nadałaś im własne indywidualne piętno. Dobry pomysł z aerdem – osobiście moja lingwistyczna wyobraźnia zaraz szuka, czy to od jakiegoś “aer durus” czyli “twardego powietrza”, skoro on najwyraźniej występuje w różnych stanach skupienia (w przeciwieństwie do zgranego do bólu eteru, za co Ci chwała).

Pochwalę też wybór pająków, choć współczuję archnofobom ;) Pająki też wprawdzie bywają, ale są dobre, bo jednocześnie przerażające i nie zanadto fantastyczne. No i tradycja tego, że bywają rozumne w literaturze, też przemawia na ich korzyść.

Ogólnie więc lektura była wielce satysfakcjonująca.

 

No to teraz łyżeczka dziegciu

 

Główny zarzut już padł: Twój pomysł poległ na limicie. Postawiłaś sobie ambitne zadanie pokazania sporego i kluczowego kawałka historii Twojego wykreowanego świata, a epicki wymiar tej historii niestety nie mieści się w ramach konkursowego limitu, przez co ani fabuła, ani postacie nie wybrzmiewają właściwie. Gdybym miała powiedzieć, jaki to jest – w moim czytelniczym odbiorze – moment w dziejach, to z własnej działki naukowo-hobbystycznej przywołałabym tzw. zamach stanu 18 brumaire’a, czyli dojście Napoleona do władzy. Coś takiego da się zawrzeć w opowiadaniu, ale wtedy trzeba się skupić na jakimś szczególe, a nie opowiadać całą historię, bo wychodzi bryk i streszczenie. Odwołując się raz jeszcze (ostatni, obiecuję!) do mojego konika, jest taki serial z 2002 roku, pt. po prostu “Napoleon”. Ma błyskotliwą obsadę, miał spory budżet i międzynarodową produkcję, ale cierpi na jedną podstawową bolączkę: historię kilku dekad obfitujących w dramatyczne wydarzenia oraz wielkiej gromady niezwykłych ludzi zamyka w czterech odcinkach. Jest to więc bardzo solidne streszczenie tej historii, ale nic więcej. I tak samo widzę Twoje opowiadanie.

Cierpi zresztą nie tylko fabuła: nie ma też miejsca na stworzenie z postaci bohaterów z krwi i kości. Mamy zatem typy. Hein to młody i ambitny oficer (siedzę cicho), na dodatek bardzo nisko w hierarchii. Stern – stary, trochę już zblazowany, trochę zmęczony, trochę za bardzo pewny siebie, a trochę pewnie i znudzony wyga. Imperatorowa – ambitna kobieta, która chce dla siebie więcej władzy niż pozwalają społeczne ramy świata, w jakim żyje. To wszystko bardzo stockowe typy, które można by rozwinąć w pełnokrwiste postacie, gdyby dać im więcej przestrzeni fabularnej.

A ponieważ postacie są typami, to i ich motywacje cierpią. O ile rozumiem Heina, o tyle postępowanie Sterna (które znalazło się w miejscu opowiadania, gdzie zawsze pisząc pod limit czujemy już jego oddech na karku, więc ten kawałek akcji jest w związku z tym przyspieszony) jest dla mnie nieco mniej umotywowane. Owszem, wyjaśniłaś je w komentarzu i mnie to przekonuje, że on woli zostać szarą eminencją, ale niestety wcześniejsza kreacja tej postaci na nic takiego nie wskazuje. Owszem, logika jego zniknięcia oraz zadanej w konkursie struktury fabularnej każe nam domyślić się, że on wróci, ale rozwiązanie tego wątku jest najmniej satysfakcjonujące.

Zgadzam się też z tym, co ktoś napisał wcześniej: że kwestia pająków jest rozwiązana trochę zbyt pospiesznie i bez przemyślenia. Trochę też pogubiłam się, co ostatecznie z tą daniną z żywych? To jest przecież dramatyczny wątek i gdzieś mi umknął. Pytanie: czy w opowiadaniu on jest potrzebny?

Nie przekonuje mnie też życie, jakie zaczyna wieść Hein u boku imperatorowej, to jego pijaństwo. Kreujesz go na bardzo trzeźwo myślącego, bardzo ambitnego – a potem dajesz mu aż takie rozkojarzenie? Jak dla mnie to się nie składa w jedną postać.

 

Z kwestii technicznych nie zauważyłam jakichś większych obsuw, nie przekonuje mnie właściwie tylko ta wypowiedź:

Przypomnę, admirale, że pod… nieobecność Imperatora

Imperatorowa łapie się tu na tym, że nie chce powiedzieć, że w wypadku śmierci męża, a zatem na początku nie może mówić “pod” i na tym się zaciąć. Powinna zacząć zupełnie inaczej, właśnie np. “w wypadku” i potem przejść do “pod nieobecność”.

 

A teraz polemika z krytyką

 

@Chrościsko

 

W przypadku imperatora naturalnym wydaje się “cesarz”

Imho nie. Jakkolwiek w wielu językach rzeczywiście na nasze “cesarz” używa się wyrazów pochodzących od łacińskiego “imperator”, a nie Caesar – Kaiser, to akurat po polsku te dwa terminy mają nieco inne pola semantyczne, np. używa się ich w odniesieniu do różnych kultur czy epok historycznych. O carze (od Piotra I) mówi się czasem “imperator Wszechrusi/Wszechrosji” i to wymiennie z cesarz, ale to w zasadzie tyle, nie spotkałam się z taką synonimizacją w innych przypadkach. No i imperator oczywiście ma konotacje gwiezdnowojenne, więc do takiej fantastyki po prostu lepiej pasuje ;)

A ogólnie nie odniosłam wrażenia, że tu są powtórzenia. Zresztą tych ostatnich nie należy aż tak demonizować – unikanie w ten sposób, że narracja stanie się nienaturalna, jest imho gorsze od samych powtórzeń.

 

Dostrzegłem tylko rozrywkową otoczkę.

Wracamy do pytania “po co napisałaś to opowiadanie”? ;)

 

Osobiście będę bronić dobrej rozrywki, ponieważ wolę dobrą, nieudającą głębi rozrywkę, od czegoś, na co moja śp. Mama miała obrazowe, a dosadne określenie, które nie wiem, czy powinnam cytować in extenso, ale powiem tyle, że obejmowało czynności fizjologiczne w ujęciu potocznym oraz głębie w narzędniku liczby mnogiej ;)

 

Problemu z obrzydzeniem imperatorowej nie widzę.

 

I jeszcze taki drobiazg, powtarzasz kilka razy w komentarzach orta:

Nie mniej → niemniej

https://www.ortograf.pl/watpliwosci-jezykowe/jak-piszemy-nie-mniej-czy-niemniej-razem-czy-osobno

 

 

http://altronapoleone.home.blog

Imperator vs cesarz.

Też mi się wydaje, że to nie zawsze synonimy. Imperator to władca imperium, a cesarz powinien rządzić w Starożytnym Rzymie albo w jakiś tam (na ogół pogmatwany) sposób dziedziczyć jego tradycje.

Babska logika rządzi!

E, na moje wyczucie (choć bez autorytetu słownika) chyba nie całkiem. O Hirohito i jego następcach w Japonii albo o władcach Chin też raczej mówimy “cesarz”, przecież; chyba częściej niż “imperator Chin” mówimy “cesarz Chin”.

A rzymskie z pochodzenia są oba, imperator to ten, kto ma w danym momencie imperium, czyli w Rzymie po prostu zwierzchnią władzę wojskową nad legionem/-ami (znaczy, imperatorów Rzymianie mieli w pierony, zanim jeszcze sobie cesarstwo zafundowali), cesarz pochodzi od rodowego nazwiska Cezara (które, o ile przyjąć chyba najpopularniejszą etymologię, znaczy tyle, co “kudłacz, kudłaty”), które sobie kolejni władcy dodawali – Oktawian, bo był przez adopcję synem Cezara, kolejni po nim, żeby podkreślić, jak bardzo legalnie zasiedli na tronie XD 

O, faktycznie. Japonia mi rozwala teorię… W sumie Chiny miały podobnie.

Ale imperium już może być rozmaite – Brytyjskie, Inków, Starwarsowe, Diuny…

Babska logika rządzi!

U nas to rozdzielenie semantyczne jest imho całkowicie aprioryczne i nie ma związku z historią Rzymu, ale wyłącznie z uzusem. Niemniej ponieważ istnieje, to używanie tego wymiennie niekoniecznie jest dobrym pomysłem.

http://altronapoleone.home.blog

No, i faktycznie na wyczucie po polsku imperium to nie to samo, co cesarstwo :). Rzymskie może być i imperium i cesarstwo, ale – imperium brytyjskie tak, cesarstwo brytyjskie – no nie, i to mimo że Wiktoria była cesarzową Indii…. #offtop

Drakaino, dziękuję za długi i bardzo ciekawy komentarz, przeczytałam z uwagą. Mi podobały się te wtrącenia historyczne ;) Po tylu opiniach mam już całkiem konkretny obraz tego, jak można rozwinąć to opowiadanie i na co zwrócić uwagę. Chyba ogólnie mam problem z krótkimi formami, żeby się w nich zmieścić ze wszystkim, co mi przychodzi do głowy. Co do postaci – podczas bety pojawiła się sugestia, aby wyciąć wątek imperatorowej na korzyść pozostałej dwójki, ale jednak chciałam ją zachować, poza tym nie wiem, czy zrobiłoby to aż taką różnicę, żeby panowie wypadli znacząco lepiej.

Dobry pomysł z aerdem – osobiście moja lingwistyczna wyobraźnia zaraz szuka, czy to od jakiegoś “aer durus” czyli “twardego powietrza”

Rzekłabym, że to bardzo adekwatne skojarzenie. ;) Na bardzo wczesnym etapie koncepcji eter przemknął mi przez głowę, ale tak jak piszesz – zbyt oklepany, więc szybko go porzuciłam.

Z kwestii technicznych nie zauważyłam jakichś większych obsuw, nie przekonuje mnie właściwie tylko ta wypowiedź:

Poprawię, istotnie mało sensowne jest w obecnym kształcie.

Pijaństwo Heina. Hmm, przemyślę. Może trochę przeszarżowałam z jego reakcją na przedwczesny tryumf.

No i imperator oczywiście ma konotacje gwiezdnowojenne, więc do takiej fantastyki po prostu lepiej pasuje ;)

Przyznam, że mnie cieszy, że w końcu padło skojarzenie z Gwiezdnymi Wojnami. ;D

Cesarstwa i cesarze również kojarzą mi się trochę inaczej, niż imperia i imperatorzy. Jedynym sensownym synonimem będzie chyba władca.

Tak więc bardzo miło było przeczytać twój komentarz, drakaino, i cieszę się, że sporo elementów zagrało. No i mam nadzieję, że kiedy już przyłożę się do tej historii, wyjdzie coś dużo lepszego. :)

I należał tylko do niego. Zwykłego porucznika, który wcześniej mógł tylko marzyć o własnym okręcie.

Z zadowoleniem spoglądał na przewagę imperialnych pionów względem tych, które przedstawiały siły rebeliantów, i sycił [+się] myślą, że to jego zasługa.

– Wiceadmirale Hein. – Stern zdobył się na chłodny uśmiech. – Jest pan młodszy, niż się spodziewałem…

Burzyła się w nim krew, chciał wyskoczyć do przodu i może uległby pokusie, gdyby podczas bitw nie widywał wiele razy, jak zbytnia pewność siebie kończyła się nadzianiem na sztych.

bitew

 

Bardzo podoba mi się przedstawione przez Ciebie uniwersum. Oczywiście zarówno motyw “strzaskania”, jak i fruwających w powietrzu galeonów nie są całkiem nowe, ale dodanie czających się w otchłani na rozbitków wielkich pająków nadaje całości oryginalny charakter. Zresztą przyznam, że na wszelkie historie o zabarwieniu militarno-politycznym jestem bardzo łasy, więc już sam tytuł wystarczył, żeby mnie zwabić ;)

Sęk jednak w tym, że pokazujesz właściwie jedynie migawki tej historii. Przeskakujesz ciągle, nie dając czytelnikowi dosyć się wgłębić, zostawiając masę ciekawych wątków całkowicie nierozwiniętych. Cierpi również na tym kreacja głównego bohatera. Chciałbym zobaczyć Heina jak sprawdza się w roli wiceadmirała, jak zyskuje zaufanie i entuzjazm załogi, zaczyna wygrywać pierwsze bitwy, jednoczy wokół siebie coraz więcej zbłąkanych po klęsce imperatora dowódców, odbywa narady wojenne, dowodzi w czasie wielkich starć, martwi się wypełnieniem umowy z pajęczycą etc. Ty to wszystko streszczasz w zaledwie kilku zdaniach. Dalej, chciałbym w czasie rozwinięcia tej historii poznawać powoli historię świata: kim był imperator, o co walczą buntownicy, jak doszło do strzaskania, jaka jest natura pająków… Wszystko to pozostaje właściwie niewiadomą, a wielka szkoda. Oczywiście, niemożliwym było zmieszczenie tych tematów w limicie. Dlatego wydaje mi się, że to historia na powieść, a może nawet cykl, a nie 33 tys. znaków.

Wreszcie, muszę się przyczepić do zakończenia, bo wydaje mi się ono nie mieć żadnego uzasadnienia. Jak pisze Machiavelli, ten kto ma siłę, nie potrzebuje dalszej legitymizacji swej władzy, nie rozumiem więc, po cóż admirał miałby oszczędzać Heina i imperatorową. Co więcej, jeśli już koniecznie tego potrzebował, mógł przecież sam się ożenić z imperatorową, a potem ją gdzieś zamknąć albo po prostu po cichu zgładzić. Oszczędzanie Heina wydaje mi się całkowicie bez sensu. Przecież Stern wiedział już, że jego rywal ma ambicje, jest dość odważny, pozostawał więc nadal niebezpieczny.

Co więcej, sam tekst opowiadania zdaje się wskazywać, że władza Sterna nie potrzebowała żadnego oparcia poza siłą wojskową. Chodzi mi o ten fragment:

Nie miała złudzeń – Stern co najwyżej ją tolerował. On był dowódcą całej imperialnej floty – tego, co z niej zostało – a ona bezdzietną żoną martwego Imperatora. Wiedziała, że jeśli Stern upora się z buntownikami, zyska wystarczające poparcie, aby obwołać się nowym Imperatorem. A wtedy będzie mógł strącić małżonkę poprzednika w Głębię i nikt nie powie choćby słowa.

Wnioskuję z tego, że imperium nie posiadało uświęconych tradycją zasad dotyczących sukcesji i regencji, w takim wypadku bowiem Stern nie mógłby sobie pozwolić na otwarte okazywanie lekceważenia imperatorowej. A w takim razie imperium musiało powstać bardzo niedawno i opierało się zapewne wyłącznie na osobistej charyzmie imperatora (na co dodatkowo wskazują tak potężne bunty). Wobec tego Stern zupełnie nie potrzebował powiązań dynastycznych z imperatorem, był po prostu kolejnym wodzem, który chwycił w ręce władzę, tak samo jak jego poprzednik.

 

Podsumowując zatem – bardzo ciekawa wizja, którą jednak w moim przekonaniu zabiło wciśnięcie w limit. Do tego zakończenie, w mojej opinii, mocno osłabiające potencjał tekstu. Pomimo jednak tych wad chętnie przeczytałbym inne opowieści z tego uniwersum :)

Przyznam, że Imperatorowa mi nie przeszkadzała, pewnie dlatego, że to oficjalny synonim imienia bohaterki, a jego powtarzanie zwykle nie razi. Gorzej z aerdem – to jednak słowo autorskie, rzucające się w oczy, a w pierwszym, krótkim przecież, ustępie powtarzasz je trzykrotnie, do tego za każdym razem w tym samym kontekście:

aerd wyciekał z nich mglistymi smugami

kreśląc za sobą drogę upadku chmurą aerdu

Krzyki żołnierzy utonęły w kłębach aerdu

Co poza tym? Sprawnie opowiedziana historia, choć do powrotu z Głębi nie byłem pewien, po której stronie imperialnego konfliktu stał porucznik – brakuje mi w pierwszej scenie jakiegoś wyraźniejszego sygnału o jego przynależności czy wierności. Deklaratywny monolog aerdowej Szeloby trąci sztucznością. Psychologia postaci jakoś się broni, ale jednak wymaga tej dodatkowej, odautorskiej obrony. Przekonująco dla laika radzisz sobie z kwestiami marynistycznymi (choć “szkielety takielunku” nie bardzo do mnie trafiły, niezależnie od różnej rozpiętości znaczeniowej tego słowa, w powszechnym odbiorze to jednak głównie olinowanie) i w scenie fechtunku (naprawdę, profesjonalnie to wygląda). Językowo, poza wspomnianymi powtórzeniami rzuciło mi się w oczy “zmasakrowane szkło” i (choć to chyba literówka) “lgnące się pająki”. Słowem – poziom biblioteczny. Do piórkowej nominacji brakuje mi tu drugiego dna, prawdziwego zaskoczenia lub czegoś oryginalnego (stary jestem, o gadających pająkach czytałem już na portalu choćby u Shadziowatego, a o latających statkach u Jacka Łukawskiego).

Witaj, Światowiderze! Kadr z GW bardzo adekwatny. :D

Dziękuję za lekturę i długą opinię! Fajnie, że świat przypadł do gustu. Co do tytułu, mi także bardzo się podoba. ;)

Przeczytałam z uwagą komentarz. Hm, będę musiała się przyjrzeć opowiadaniu. Znaczy, w tej formie, w jakiej jest na portalu nie będę grzebać, ale w rozwinięciu postaram się zadbać o wymienione kwestie. Chyba muszę to wszystko głębiej przemyśleć. W każdym razie cieszę się, że chciało ci się tak rozpisywać, bo wiele mi to daje do myślenia.

Dzięki za łapaneczkę, razem z uwagą drakainy postaram się dziś albo jutro zedytować tekst. :)

 

Cześć, coboldzie. :) Bardzo dziękuję za lekturę i opinię. Co do szkła, przyznam się, że to taki mój autorski grzeszek, bo zwrócono mi na to uwagę w becie (i już wcześniej w komentarzu), a uparcie postanowiłam zostawić bez zmian.

Co do reszty, też zwrócę na te rzeczy uwagę. Tutaj w ramach limitu już raczej nie dam rady przerobić tekstu, ale do drugiej wersji mi się przydadzą.

Dzięki za wizytę!

Przyjemna lektura i fajne światotwórstwo, choć mam wrażenie, że częściowo posklejane z rzeczy które już gdzieś widziałem/czytałem w takiej lub innej formie :). Dobrze rozgrywasz akcję, nie raziło mnie wcale kilku bohaterów i patrzenie z ich perspektywy w tak krótkim tekście.

Podobało mi się, że Heinowi daleko do krystalicznego bohatera, choć zabrakło mu czegoś abym polubił w pełni jego nieidealność :)

Miałem też wrażenie, że tekst jest nieco za krótki jak na to co mogłabyś przedstawić historią, światem i bohaterami. Szczególnie końcówka wydaje się skrótowa i pewnie jest to spowodowane limitowym konkursem.

Z jakichś powodów troszkę ciężko było mi przebrnąć przez pierwszy akapit, ale potem już czytało się bardzo płynnie.

 

Jeszcze kilka drobiazgów do rozważenia lub odrzucenia:

 

Salwa z trzech rzędów dział rozłupała bok fregaty jak orzecha.

Czy tu jest literówka i miał być orzech?

Był już pewien końca, gdy pająki nagle czmychnęły poza zasięg wzroku.

Usunąłbym to już.

wspiął się srebrzysty jak aerd pająk wielkości dłoni i znikł w zakamarkach pod pokładem.

Usunąłbym stwierdzenie jak aerd

W przejściu stał wysoki i szczupły, wręcz chudy mężczyzna

Usunąłbym to wręcz chudy bo wcześniej piszesz już, że szczupły.

On był dowódcą całej imperialnej floty – tego, co z niej zostało

Czy tutaj nie powinno być lub tego, co z niej zostało?

Silvo, napisałaś bardzo widowiskowe opowiadanie, niezwykle plastyczne i mocno działające na wyobraźnię. Szkoda, że limit nie pozwolił Ci należycie rozwinąć wątku walki o władzę i większego w nim udziału imperatorowej, ale i tak to, co zdołałaś pokazać jest satysfakcjonujące. Nie przepadam za scenami bitew i innych potyczek, na szczęście tutaj nie mogę narzekać na nadmiar – jest ich w sam raz.

Lubię pająki, więc cieszę się, że wystąpiły w opowiadaniu w dość znaczącej roli. ;)

Wykonanie mogłoby być nieco lepsze.

 

wcze­śniej roz­dę­te jak pod­gar­dle żaby, teraz chu­dły w za­stra­sza­ją­cym tem­pie… ―> O balonie, z którego ucieka powietrze, nie powiedziałabym, że chudnie, a tu, przypuszczam, sprawa ma się podobnie.

Proponuję: …wcze­śniej roz­dę­te jak pod­gar­dle żaby, teraz wiotczały/ flaczały w za­stra­sza­ją­cym tem­pie

 

Chma­ra ko­ma­rów głod­nych krwi, prze­mknę­ło po­rucz­ni­ko­wi przez głowę. ―> Zapisałabym to jak myśl: Chma­ra ko­ma­rów głod­nych krwi – prze­mknę­ło po­rucz­ni­ko­wi przez głowę.

 

Salwa z trzech rzę­dów dział roz­łu­pa­ła bok fre­ga­ty jak orze­cha. ―> Salwa z trzech rzę­dów dział roz­łu­pa­ła bok fre­ga­ty jak orze­ch.

 

Sta­tek wy­da­wał się rów­nie nie­rze­czy­wi­sty co duch. ―> Sta­tek wy­da­wał się rów­nie nie­rze­czy­wi­sty jak duch.

 

Nie­ustan­nie pły­nę­ła z nich woda, two­rząc wo­do­spa­dy i wstę­gi rzeki, które… ―> Wstęgi jednej rzeki, czy może: …i wstę­gi rzek, które

 

i sycił myślą, że to jego za­słu­ga. ―> Tu chyba miało być: …i sycił się myślą, że to jego za­słu­ga.

 

Po­zo­sta­wa­ło kwe­stią czasu, nim ktoś się zo­rien­tu­je… ―> Po­zo­sta­wa­ło kwe­stią czasu, gdy ktoś się zo­rien­tu­je

 

Okręt lśnił po­dob­nym bla­skiem co po­łów­ka księ­ży­ca… ―> Okręt lśnił po­dob­nym bla­skiem jak po­łów­ka księ­ży­ca

 

Wy­so­kie ofi­cer­ki wy­pa­sto­wa­no tak, że lśni­ły ni­czym lu­stro. ―> Zbędne dookreślenie – oficerki są wysokie z definicji. Samo pastowanie nie nada butom połysku, trzeba je jeszcze wypolerować.

Proponuję: Ofi­cer­ki wypolerowano tak, że lśni­ły ni­czym lu­stro.

 

Ad­mi­ra­le Stern. Pani – rzekł Hein, kła­nia­jąc się przed im­pe­ra­to­ro­wą. ―> Heina zaprosiła imperatorowa, przybył do jej pałacu, ona jest gospodynią przyjęcia, więc chyba najpierw powinien przywitać się z nią: Pani. Ad­mi­ra­le Stern – rzekł Hein, kła­nia­jąc się przed im­pe­ra­to­ro­wą.

 

pod­czas któ­rej zo­stał znisz­czo­ny okręt Im­pe­ra­to­ra. Zo­stał ostrze­la­ny… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

a bli­sko wyspy trwa­ły w po­go­to­wiu okrę­ty. ―> Czy okręt może trwać?

A może: …a bli­sko wyspy czekały/ stały/ cumowały w po­go­to­wiu okrę­ty.

 

który prze­szko­dził­by mu w się­gnię­ciu na szczyt. ―> Sięga się po coś, nie na coś.

Proponuję: …który prze­szko­dził­by mu w dojściu na szczyt/ osiągnięciu szczytu.

 

w ostrym trza­sku zma­sa­kro­wa­ne­go szkła. ―> A może: …w ostrym trza­sku miażdżonego szkła.

 

za­po­mniał o pa­ją­kach lgną­cych się na dnie Głębi. ―> Chyba miało być: …za­po­mniał o pa­ją­kach lęgną­cych się na dnie Głębi.

 

ale zga­sła rów­nie szyb­ko, co zdmuch­nię­ta świe­ca. ―> …ale zga­sła rów­nie szyb­ko, jak zdmuch­nię­ta świe­ca.

 

jak be­stia z nie­na­tu­ral­ną jak na swoje roz­mia­ry szyb­ko­ścią… ―> A może: …jak be­stia z nie­na­tu­ral­ną dla jej rozmiarów szyb­ko­ścią

 

nad­la­tu­ją­cy­mi ze wszyst­kich stro­ny… ―> Literówka.

 

Może ga­le­on zmie­rzał w sa­mo­bój­czym ataku, za­mie­rza­jąc roz­bić się o pałac. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wizytę i komentarz, Edwardzie! Wprowadziłam większość sugestii, a co do pierwszego akapitu – pojawiło się już parę opinii, że odstaje od reszty, więc postaram się go na dniach odciążyć i wygładzić.

Fajnie, że Hein się podobał, nawet jeśli nie tak do końca. ;)

Miło, że znalazłeś czas na lekturę, dzięki raz jeszcze!

 

Reg, jak zawsze miło cię widzieć. :) Wprowadziłam poprawki, dziękuję za łapankę. Wnioskuję z komentarza, że postać imperatorowej cię zaciekawiła, co mnie cieszy, bo pomimo małej ilości miejsca zależało mi, by zostawić ją w fabule.

No i fajnie, że pajączki też się spodobały. :)

w ostrym trzasku zmasakrowanego szkła. ―> A może: …w ostrym trzasku miażdżonego szkła.

No dobrze, uginam się. Poprawiłam. ;)

Dziękuję za komentarz!

 

To, na co zwróciła uwagę drakaina i zdania wyróżnione przez Światowidera też poprawiłam. Powinno być cacy, a przynajmniej bardziej cacy, niż wcześniej.

I owszem, Silvo, nie miałabym nic przeciw większej aktywności imperatorowej w zmaganiach o władzę, ale zdaję sobie sprawę, że to nie w tej liczbie znaków.

Miło mi, że uznałaś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej :)

Ale świetne opowiadanie! Nie będę się rozpisywać, bo ludzie przede mną wszystko już napisali. Wspomnę tylko, że bardzo mi się podobało. Bardzo ładnie tworzysz opisy, tak, że ten, jakby nie było, nietypowy świat można sobie dokładnie wyobrazić. Bohaterowie, chociaż jest ich wielu, wszyscy są świetnie skonstruowani i i różnią się od siebie. Zwłaszcza Hein jest nietypowy, lubi władzę, wcale nie jest idealny. 

Gdybym zdążyła wcześniej przeczytać, nominowałabym do piórka.

pozdrawiam  :) 

Hej, Oluto! Bardzo dziękuję za wizytę i komentarz. Cieszę się, że opowiadanie tak przypadło do gustu, no i fajnie wiedzieć, że bohaterowie się spodobali. :)

Dzięki i pozdrawiam!

Aż do końca lektury myślałam sobie: “trochę meh”. Końcówka, zaskakująca wszak, wynagrodziła częściowo to wrażenie (choć klękanie to trochę za dużo), nie ukrywam jednak, że w kilku miejscach boleśnie odczułam skrótowość i powierzchowność przedstawionych przez Ciebie wydarzeń. Wszystkie bitwy, zbyte dwoma zdaniami, cała wojna potraktowana pretekstowo, stosunki Imperatorowa-Hein-Stern uproszczone, a sama Imperatorowa nie ma właściwie twarzy. Cała ta akcja z pająkami, to, jak łatwo uwierzyły w obietnicę a potem zaniechały zemsty… czegoś mi tu po prostu zabrakło. Jest klimat, jest ciekawy świat, którego kreacja pozostawia niedosyt, niemniej jednak jakoś zabrakło tu duszy i emocji – przynajmniej mnie.

 

„– Kiedyś świat z góry zrzucał nam niewiele pożywienia – odezwał się ogromny stwór w ludzkim języku. – Po tym, jak rozpadł się świat i zostałam tutaj uwięziona.”

 

„Stern syknął z bólu, chwycił [+się] za okrwawioną dłoń.”

 

„Hein ciął ze świstem, zmuszając go do kroku w tył; przystawił sztych do gardła, spychając ku ścianie, aż tamten nie dotknął muru plecami.” – Ew. dopóki nie dotknął.

 

„Nad głową rozległ się syk, jak wody gwałtownie zamienionej w parę.”

Czasem zbyt chętnie i skrzętnie unikasz zaimków. Tu brakuje nad „jego” głową. Poza tym „jak” i „jakby” to nie do końca to samo. W powyższym przykładzie powinno być raczej „jakby” wody.

 

„Puścił obelgę mimo uszu. Teraz to Stern miał Zjawę, co oznaczało, że nawet mimo piętna zdrajcy…”

 

“On za to będzie mógł poślubić imperatorową i korzystać z wygód życia Imperatora.” – Imperatorową.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Aż do końca lektury myślałam sobie: “trochę meh”.

Jak mech i porosty, to trudno, tak też bywa. ;) Dzięki za lekturę i opinię, joseheim! No i za łapaneczkę. Tyle już komentarzy, a wciąż jakieś niedoróbki, niech to.

“On za to będzie mógł poślubić imperatorową i korzystać z wygód życia Imperatora.” – Imperatorową.

Akurat imperatorowa wszędzie jest napisana małą literą (a przynajmniej pamiętam, że tak pisałam). Choć może na tyle często znajdowała się na początku zdania, że to wypadło myląco.

A widzisz… umknęła mi ta mała litera, byłam przekonana, że i Imperator, i imperatorowa są z i!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jeszcze mój komentarz…

Opowiadanie niezłe, ale miałbym jeszcze sporo zastrzeżeń. Przede wszystkim Admirał Stern powinien być Wielkim Admirałem, skoro był głównodowądzącym i drugą czy trzecią osobą w Imperium. Admirałów może być wielu, jeśli flota jest wielka. No i to nazwisko Stern, pasowałoby dla majtka z U-bootów może, a nie dla takiej osobistości, pewnie jeszcze arystokratycznego pochodzenia, skoro chciał się żenić z Imperatorową. Zresztą to tak raczej nie idzie, admirałowie przechodzą w stan spoczynku, a nie przejmują stery Imperium czy sami stają się Imperatorami.

Co do Heina, kiedy spadł do Głębi, sprawiał wrażenie, jakby był jedyną osobą na tej fregacie. Co z reszta załogi i dlaczego tylko on przeżył? A kim byli buntownicy i przeciwko czemu się buntowali?

Zjawa, jako nazwa statku, czy właściwie okrętu, powinna być chyba w cudzysłowie. poza tym nie przekonują bitwy z jej udziałem, jeden okręt, nawet najsilniejszy, nie byłby w stanie pokonać całych flot przeciwników. Tym bardziej, że cała jej cudowność miała polegać na niezniszczalnym pancerzu, to za mało, a nie ma podanych innych jej walorów. Niby w jaki sposób niszczyła wrogie okręty?

Brakuje też trochę nazw własnych, w tym flagowych okrętów Imperatora i Admirała, zawsze takie coś nadaje większego realizmu.

Pomysł z powietrznymi statkami oczywiście nie nowy, sam go spotkałem w jakimś opowiadaniu, ale nie pamiętam tytułu, Poula Andersona, tyle że tam byli piraci.

Rozbudowanie tego opka jest wręcz konieczne.

Dzięki za wizytę i opinię, Agroelingu! Przyznam, że nie wszystko mnie przekonuje. Porównanie do majtka z U-boota rozbawiło (w dobrym tego słowa znaczeniu, by nie było niejasności), ale czy ja wiem, czy to nazwisko tak nie pasuje? Pewnie w historii był jakiś wysoko postawiony Stern, i akurat do tej postaci pasuje mi idealnie. Znaczy, podoba mi się, więc zmieniać nie będę. Trudno, może zaczynał od majtkowania. ;)

Zresztą to tak raczej nie idzie, admirałowie przechodzą w stan spoczynku, a nie przejmują stery Imperium czy sami stają się Imperatorami.

W normalnym toku wydarzeń – nie, ale tu mamy do czynienia z puczem (w końcu Stern zestrzelił okręt Imperatora).

Co do Heina, kiedy spadł do Głębi, sprawiał wrażenie, jakby był jedyną osobą na tej fregacie. Co z reszta załogi i dlaczego tylko on przeżył?

Przyznam się bez bicia, że fragment na ten temat wyleciał z tekstu w ramach cięć, aby zmieścić się w limicie.

Zjawa, jako nazwa statku, czy właściwie okrętu, powinna być chyba w cudzysłowie.

Być może – mam akurat pod ręką książkę Robin Hobb o żywostatkach i tam nazwy okrętów są w cudzysłowach. Chociaż nie wiem, czy w wersji portalowej opowiadania będę przy tym grzebać, może niech już tak wisi.

A co do cudowności Zjawy. Wiadomo, sama przeciwko flotom nie wojowała, miała zawsze obstawę. Niezniszczalność to już znaczący atrybut, bo może ustawić się w każdej pozycji do strzału, bez martwienia się o kontratak i ewentualne zniszczenia. Wrogie statki mają niewielki wybór, bo w bezpośrednim starciu są skazane na porażkę.

Rozbudowanie tego opka jest wręcz konieczne.

No już, już się za to biorę. Nie musicie mi przypominać co pół roku. ;)

Kurczę, tak szybko nam w tym miesiącu poszło głosowanie, że nawet nie zdążyłam Ci wstawić komentarza. Sorry, obiecuję, że następnym razem będzie na czas :)

Zgadzam się z przedpiśćcami, że założyłaś tej historii taki gorset, że aż tchu złapać nie może. Widać to na każdym kroku, ale też na każdym kroku Twoja historia się broni.

Uniwersum jest ledwie zarysowane, ale czytelnik się w nim nie gubi, co w krótkim tekście z bogatym światem często się zdarza. Jednocześnie, choć chciałabym poznać je lepiej, to nie miałam uczucia niedosytu na końcu. Czyli trafiłaś niemal idealnie w punkt.

Właściwie wszystkie elementy Twojego świata już gdzieś były, zarówno latające statki, jak i straszliwe pająki, o samej intrydze już nie wspominając. Jednak zestawiłaś je we własny, bardzo świeży sposób.

 

Bohaterowie też mogliby być głębiej przedstawieni. Imperatorową widziałam jako marionetkę, która przez moment miała nadzieję, że zerwie się ze sznurków.

Stern wcale nie chce być imperatorem. Nie pasuje mu ten władca, który jest, więc przy sposobności się go pozbywa, ale sam się do tej funkcji nie pali, woli być wojakiem. Może myślał, że posadzi na tronie imperatorową i będzie pociągał za sznurki, ale kiedy zobaczył, że ona właśnie chce się ze sznurków zerwać, znalazł się w kropce.

Heina napędza wściekłość. Młody i gniewny, łatwo ulega emocją (mundur), ale koniec końców nie potrafi sprostać sytuacji.

Być może wiele z tego, co powyżej napisałam, to moje interpretacje, ale takimi ich widziałam w trakcie czytania. I – co najważniejsze – nie musiałam kombinować, zastanawiać się, dlaczego postępują tak, a nie inaczej, jakoś sami mi się tak w głowie układali. Czyli portrety, które ledwie naszkicowałaś, okazały się całkiem wyraźne i rozpoznawalne.

Właściwie najsłabiej przedstawioną postacią jest pajęczyca. I znowu: ale ona sama pełni w tej historii pośrednią rolę. Opowiadasz o dworskiej intrydze, bez pajęczycy nie byłoby okrętu i samej intrygi, ale ona sama nie jest w tych intrygach ważna. I może dobrze, że nie została lepiej opisana, bo odwróciłaby uwagę od sedna akcji.

 

Akcja pasuje, nie widzę tutaj żadnych logicznych luk. Właściwie tylko to nie Hein, a Stern jest w tej historii zwycięzcą. Hein zostanie imperatorem, którego wszyscy będą nienawidzić, bo to na niego pójdzie odium ofiar dla pajęczycy, a w gruncie rzeczy do powiedzenia nie będzie miał nic. Za to Stern będzie tym lubianym i podziwianym, będzie dalej robił to, co lubi (wojował), a oprócz tego de facto będzie rządził Ale to już problem Tarniny, nie mój ;)

 

Twoje opko nie jest perfekcyjne, ale które jest. Nie głosujemy na opowiadania doskonałe, ale na najlepsze na portalu. A Twoja historia, nawet ściśnięta gorsetem, z lekko poczerwieniałą z braku tchu buźką i tak błyszczy w tym towarzystwie :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

(Muszę przestać czytać komentarze w pracy, bo potem zapominam odpisywać…)

 

Cześć, Irko! Byłam bardzo ciekawa Twojego komentarza, od kiedy wspomniałaś, że przeczytałaś tekst, no i się doczekałam. :) Dziękuję za lekturę i wyczerpującą opinię. Miło, że się spodobało, no i faktycznie, ściskałam to opowiadanie i ściskałam, aby dopasować do limitu. (Ale prędzej czy później poluźnię mu gorset.)

I fajnie, że bohaterowie też zagrali. :)

Cóż mogę powiedzieć. Jestem w pełni usatysfakcjonowany lekturą. Niebanalny pomysł na świat, ciekawa fabuła i dobre zakończenie.

Chciałbym, abyś miała więcej miejsca na pokazanie tego świata – zarówno tego na górze, jak i Głębi. Jedyne, do czego mógłbym się trochę przyczepić, to zbytnia “płaskość” bohaterów – ale to w końcu bajka jest, więc i takich bohaterów trzeba zaakceptować.

I jeszcze słowo w temacie tematu – bardzo, ale to bardzo mi się podoba Twoje podejście. 

Zgadzam się z przedmówcą – opowiadanie przeczytałem jakiś czas temu, nie skomentowałem od razu, zapomniałem jak się nazywało i kto je napisał (skleroza) i mi się gdzieś zgubiło… nauczka – jak nie masz czasu na czytanie – nie czytaj, jak nie masz czasu na czytanie i skomentowanie – tym bardziej nie czytaj.

Do meritum: Twoje pająki są dużo lepsze od moich (mówię o Madonnie) – podoba mi się ten świat, podoba mi się intryga, tak widać pośpiech i cięcie do limitu, ale mimo wszystko jest fajnie. Końcówka – trochę mi nie zagrała (zbyt bajkowa – myślę, że tak na serio Stern jeśli by potrzebował figuranta w roli Imperatora to wybrałby kogokolwiek innego, BYLE NIE Heina – z prostego powodu, Hein jest zbyt ambitny, a przez to potencjalnie niebezpieczny, nawet, jeśli jeżeli chodzi o dowodzenie – nieudolny… poza tym myślę, że Stern od początku chciał zostać Imperatorem, więc czemu nagle zmienił zdanie? Nie klei mi się to – ale – nie jest to niemożliwe).

Podpisuję się pod tym co napisał fizyk, że chciałoby się tego więcej… A może napiszesz coś jeszcze w tym świecie? Żal marnować tak dobry świat na tylko jedno – całkiem dobre – opowiadanie… Eksplorowałbym na przykład taki temat, czemu własciwie buntownicy się buntują? Bo wiadomo, haters gonna hate, buntownicy gonna bunt itd. – ale co ich gna do tych buntów? Może w następnym opku pokazać to ich oczami? Albo oczami pająków? Czemu pająki wolą żywych – bo smaczniejsi, czy może tych żywych przerabiają na bezmyślnych niewolników w pajęczym świecie? Opcji jest wiele!

entropia nigdy nie maleje

[Przeczytane]

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dzięki za wizytę i komentarz, fizyku, i cieszę się, że się spodobało!

I jeszcze słowo w temacie tematu – bardzo, ale to bardzo mi się podoba Twoje podejście. 

No, to chyba dobrze ;D

 

zapomniałem jak się nazywało i kto je napisał (skleroza) i mi się gdzieś zgubiło…

Ranisz mnie do głębi, Jimie… Zapomnieć, że to moje opowiadanie, no wiesz?! ;) A co do komentowania od razu po lekturze, zgodzę się – tak zazwyczaj robiłam, ale ostatnio czytam bez pisania od razu opinii i to zła praktyka. Potem wszystko wylatuje z głowy, już się nie wie, co się przeczytało i gdzie zalega się z komentarzem.

A może napiszesz coś jeszcze w tym świecie? Żal marnować tak dobry świat na tylko jedno – całkiem dobre – opowiadanie…

Po tylu głosach w komentarzach o rozbudowanie/kontynuację napisałabym coś więcej nawet, jeżeli sama bym wcześniej o tym nie myślała ;) A myślałam, bo nawet rozważałam wycofanie się z konkursu, aby opowiadaniu pozwolić trochę rozwinąć skrzydła… Ale ostatecznie doszłam do wniosku, że pokonkursowo popracuję nad tym światem, bez ograniczania się długością i zobaczę, co z tego wyjdzie.

haters gonna hate, buntownicy gonna bunt itd.

Kocham to zdanie!

Czemu pająki wolą żywych – bo smaczniejsi

Na pewno są świeżsi… ;)

Miło, że udało ci się odnaleźć to moje opko zaginione w odmętach którejś z kolei strony w Bibliotece. Dzięki za lekturę i komentarz.

 

Mytrixie, miło widzieć!

Ranisz mnie do głębi, Jimie… Zapomnieć, że to moje opowiadanie, no wiesz?! ;)

 

Teraz już nie zapomnę :)

Cieszę się, że będziesz kontynuowała ten Spiderquest.

Moje pająki, Twoje pająki, cudze pająki. Pająki wszystkich krajów łączcie się!

Ehhh… aż zaproponowałbym spółkę autorską (Pająki i spółka) gdyby nie mój wieczny brak czasu (i snu).

 

entropia nigdy nie maleje

A było ostatnio coś na shoutboxie na temat lobby pająków… Pająki pociągają z cienia za nitki ;)

A wszyscy naiwnie wierzą w jakichś Reptilian… A my znamy prawdę ;-)

 

Może by zrobić jakąś zrzutę na wydanie zbioru opowiadanek o sympatycznych pajączkach? ;) Zaraz podam numer konta i link do patronite’a ;-)

entropia nigdy nie maleje

O nie, nie ze mną te numery, do dzisiaj nie zobaczyłam po poprzednim przelewie konta NF premium! :P

A nie zauważyłaś, że reklam na SB jakby mniej?

Konto NF premium jest subtelne, nienarzucające się :)

entropia nigdy nie maleje

O proszę, rzeczywiście! ;)

Czekałam na Twojego mema, Sonato. :D

Skoro lubisz memy…

Znalezione obrazy dla zapytania: meme spider eyes

entropia nigdy nie maleje

Taaak, jaaasne, dawajcie więcej zdjęć pająków, to wcale nie tak, że się ich boję xDD

Jak się boisz, to trzeba było nie zaczynać.

Ja też się boję, a teraz oglądam za niewinność! ;-)

Babska logika rządzi!

Koniecznie trzeba konkurs z pająkami przygotować. Za mało pająków ostatnio. I za mało konkursów! ;-)

entropia nigdy nie maleje

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Dzięki za wizytę, Anet. :)

Cześć Imienniczko :)

 

Kurczaki, jak tu gęsto!

Tu już wszystko zostało powiedziane!

 

No więc krótko i na temat – niezwykle udane opowiadanie.

Przy moich umiejętnościach nie ma nawet co próbować wytykać czegokolwiek, zwłaszcza, że tylu wyjadaczy już tu zajrzało :D

Podobała mi się “perspektywa” – kilku bohaterów.

Również zakończenie uważam za satysfakcjonujące.

 

@Krar:

Twoja uwaga mnie rozwaliła :D

 

Z kwestii edycyjnych zauważyłem tyle:

Nie uderzyli w nic.

Czyli uderzyli w coś, skoro nie uderzyli w nic. Dziwnie to brzmi.

W sensie jest niezwykle celna :)

 

 

 

Hej, Silva!

Doskonale napisane opowiadanie. Mam jedną uwagę:

Nie będzie już drugiego dowódcy, który przeszkodziłby mu dojściu na szczyt.

Gdzieś Ci się zjadło “w”, jak mniemam ;)

Poza tym spotkałam może kilka drobiazgów, którym należałyby się niewielkie poprawki, ale przyznam szczerze, że tak mnie wciągnęła lektura, że zwyczajnie mi się nie chciało tego wyłapywać :)

Oprócz tego, że pomysł mnie zaciekawił, czytanie sprawiło mi przyjemność również ze względu na świetny warsztat. Powiedziałabym, że akcję prowadzisz tutaj może niezbyt wartko, ale bardzo konsekwentnie, opisy są bardzo plastyczne, a postacie autentyczne. Może nie było wielkich zaskoczeń, ale historia wyszła całkiem zgrabna. A ogólnie narracja – palce lizać. Naprawdę bardzo mi się podobało :)

Pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

silvanie, tak to jest, jak się wchodzi w opowiadanie po miesiącu – w sekcji komentarzy już tylko pobojowisko i zgliszcza ;D Dziękuję ślicznie za wizytę i komentarz, acz dopytam cię jeszcze o jedną sprawę. A mianowicie rzuciło mi się w oczy, jak tu i tam wspominałeś, że przykładasz wielki realizm do walk/pojedynków – jak to tutaj, w twoim odczuciu, wypadło?

 

Nano, miło, że wpadłaś i podzieliłaś się odczuciami. :) Cieszę się, tak przypadło do gustu!

O, i dzięki za wyłapanie babolka, poprawię.

Miło, że pytasz :)

Trochę wycofuję się z komentowaniem walk, gdyż widzę, że raczej większość osób nie podziela mojego zdania. Ba. Ma je wręcz odwrotne…

Ale co zrobić, jeśli mam to tak bardzo wyryte w głowie, oglądam i analizuję projektu choreografów znanych aktorów, a także rzeczywistych mistrzów szermierki i różnych sztuk walk… No i sam trenuję od lat?

 

W mojej opinii, dobre walki można zrobić na dwa sposoby:

– porządna, techniczna walka, z solidną analizą ruchów

– walka mniej techniczna, ale musi mieć trzy rzeczy:

> być obrazowa

>być emocjonalna

> nie zawierać głupot

 

Twój pojedynek między admirałami swobodnie wpada w drugą grupę.

I nieźle tam się trzyma :)

Podobało mi się. Fachowości nie było tam za wiele (w sensie nadmiaru opisów kroków, ruchów, motywacji, itd), ale to co było, było wystarczające. Spokojnie byłem w stanie sobie ją sobie wyobrazić, więc była obrazowa.

Była emocjonalna. Trwała odpowiednio długo, niosła za sobą pewne uczucia, które dałem radę wyłapać.

Nie zawierała głupot. Nie rzucali się na siebie, jak kretyni, nie robili tajemniczych sztuczek, kretyńskich salt (o ile ktoś już nie stworzy linii fabularnej do robienia takich akrobacji).

Byli ostrożni, badali się, rozdzielali, myśleli.

 

Daję okejkę i raz jeszcze podkreślę, że miło mi, że :)

 

 

Jedna drobnostka / ciekawostka:

Z głośnym szczękiem rapier został wytrącony z ręki i potoczył się po posadzce. Stern syknął z bólu, chwycił za okrwawioną dłoń.

Jeśli ze szczękiem został wytrącony rapier, to znaczy, że atak trafił w broń, nie w dłoń. Skąd rana?

Ale ok – ogólnie da się trafić tak, żeby i haratnąć rękę i uderzyć o stal.

Raczej jako ciekawostkę pokazuję :)

 

 

silvanie, uważam, że to wielka strata, aby ktoś z tak rozległą i praktyczną wiedzą na temat walk bronią białą rezygnował z dzielenia się nią (wiedzą, znaczy się, nie bronią), ale oczywiście rozumiem. Bo jednak przy każdym komentarzu trzeba by od nowa tłumaczyć to samo, a jak jeszcze się człowiek spotyka z oporem, to trudno, aby się nie odechciało. Dlatego tym bardziej doceniam, że tak szczegółowo opisałeś swoje wrażenia i uwagi. Pozostaje mi cieszyć się, że aprobujesz tę scenę. :D Dzięki wielkie za odpowiedź!

Miłe słowa, dzięki :) Nawiązując jeszcze do pobojowiska – tak jest, gdy ma się czasu, ile ma :P Mam zakolejkowane tyle opowiadań, a gdy widzę, jak żwawo przychodzą następne… Głowa boli ;)

Witaj.

Świetne, plastyczne, doskonale opisane sceny bitewne, rozterki głównego bohatera, charakterystyka postaci. Świat (i jego losy) pokazany w sposób dobijający. Czytałam z wielkim zainteresowaniem i niekłamaną przyjemnością. Zakończenie było dla mnie zaskoczeniem. 

Gratuluję Ci serdecznie plastyczności opisów wydarzeń, bo te zrobiły na mnie największe wrażenie. :)

Pozdrawiam. 

Pecunia non olet

Cześć, bruce! Cieszę się, że opowiadanie się spodobało i dostarczyło przyjemności. Dzięki za wizytę i komentarz! :)

Umarł król – niech żyje król

 

Oo, fajna przygodówka w fajnym, przemyślanym świecie. Styl dobrze dopasowany do treści, choć są błędy: „jakie” zamiast „które”, „dziki wzrok” (anglicyzm – po polsku jest bez sensu, chyba, żebyś była Mickiewiczem, a zdaje mi się, że nie jesteś), consecutio temporum. Konsekwentnie błędnie stosujesz formy częstotliwe, zdarzają się zaburzone związki zgody. Nie zawsze stuprocentowo poprawnie dobierasz słowa, brakuje mi też okrętowego słownictwa (według mojego domowego eksperta, posiadacza patentu żeglarskiego, takielunek to raczej olinowanie, niż omasztowanie; barierki na statku to relingi, kartacze – to kartacze). "Pokrowiec" i "zbiornik" to nie to samo, podobnie "rejony" i "okolice"; biernik jest „orzech”, nie „orzecha”. Nie rozumiem, dlaczego Imperatorowa raz mówi do admirała „ty”, raz „pan” – jaka w końcu jest relacja między nimi? Jest tu trochę purpury, ale raczej zasadnej, choć, zwłaszcza w drugiej części, niektóre metafory nie są spójne. I ta nieszczęsna antropomorfizacja, uch. Troszkę też zapewniasz, zamiast pokazywać, co zapewne ma związek z limitem.

 

W pierwszej scenie nie od razu się połapałam, że okręt porucznika też spada – nie wiem, czy to nie skutek skracania. Najbardziej spodobały mi się pająki, opisane są tak, że aż czuć te czepiające się skóry pajęczyny, brr. Końcówka jakoś mnie rozczarowała – niby realistyczna, ale jednak chciałam, żeby Heinowi się udało… Tak czy owak, widać, że lepiej się orientujesz w polityce, niż w marynistyce – admirał postępuje zgodnie z zasadami polityki realnej, które mówią, że jak się nie ma, co się lubi, to trzeba z hukiem ustąpić w sprawach nieistotnych, a trzymać w zębach te ważne. Widać też, że politykę robi się wśród ludzi – Twoi bohaterowie są ludźmi (i to nie z kryształu – Hein nie jest dobrym człowiekiem, i nawet Imperatorowa, choć to ona najgorzej na tym wszystkim wychodzi, ma swoje za uszami), nie kukłami.

 

Ten kawałek zdecydowanie zasługuje na rozwinięcie w przyszłości.

 

Schemat zaliczam – „pomogę ci wrócić do domu” to sensowna pomoc, choć zapobiegliwość Heina jest ciut naciągana.

 

Elementów dodatkowo punktowanych nie stwierdziłam.

 

Jeśli chcesz przeanalizować szczegóły mojego czepialstwa, poproszę o adres na priv.

Poproszę też adres fizyczny do wysłania nagrody.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Piękny, fantastyczny świat, na pozór pełen różowych obłoków i bajkowości, a tak naprawdę podsycony strachem, bólem i śmiercią, świat, w którym pod kolorowymi wyspami czają się w ciemności pająki i inne niepokojące elementy. Nawet w kolorze ptaków – żeglarzy widoczny jest pewien niepokojący element – piękne, fantastyczne ptaki w tej bajkowej scenerii mogłyby być na przykład różowe, a są szare, co daje wrażenie nostalgii i niepokoju – coś wesołego skażone jest smutkiem. Ciekawy kontrast – umieszczenie krwawych bitew w tak sielankowej i magicznej scenerii. Tak więc światotwórstwo bardzo mnie porwało, natomiast fabuła była po prostu okej – ciekawie się czytało, chociaż bez szału. Może to dlatego, że niespecjalnie lubię klimaty wojenne. Natomiast Hein – główny bohater, wydał mi się przezroczysty, pozbawiony charakteru. Nie wiem, skąd się brały jego pobudki, jakie były jego głębsze uczucia, jaka przeszłość. Nie czułam z nim żadnej więzi i nie polubiłam go. Już o wiele bardziej charakterystyczny był Stern, zimny i bezwzględny, dążący do określonego celu i przy tym niezwykle inteligentnie potrafiący przewidzieć to, co mu się opłaca, a co nie, którego postać dobrze, wyraźnie zarysowałaś i który pod względem kreacji postaci bije na głowę Heina, o którym w zasadzie po lekturze opowiadania nie potrafiłabym za wiele powiedzieć. 

Dlaczego pajęczyca nie chciała zabrać ze sobą Heina, żeby nakarmić nim pająki, gdy ten złamał warunek umowy?

Styl bardzo ładny, obrazowy. Piękne metafory. Znalazłam kilka błędów:

Sądząc po krzyku(+,) trafił w twarz, ale nie obejrzał się, aby to sprawdzić. 

Nie będzie już drugiego dowódcy, który przeszkodziłby mu dojściu na szczyt. 

Czegoś brakuje. 

– Popełniłem błąd(+,) zakładając, że nikt nie powróci z Głębi 

Tarnino, Sonato, bardzo dziękuję za wyczerpujące komentarze jurorskie – ich lektura to sama przyjemność!

„jakie” zamiast „które”

Zapoznałam się z Twoim objaśnieniem tej kwestii, które wrzuciłaś do głównego wątku konkursowego. Może w końcu przestanę pisać ciągle na opak. :P

consecutio temporum. Konsekwentnie błędnie stosujesz formy częstotliwe, zdarzają się zaburzone związki zgody

*kiwa głową, robiąc mądrą minę, chociaż nic nie rozumie*

W pierwszej scenie nie od razu się połapałam, że okręt porucznika też spada – nie wiem, czy to nie skutek skracania.

Ta scena zaliczyła drastyczne cięcia, więc bardzo możliwe.

Tak czy owak, widać, że lepiej się orientujesz w polityce, niż w marynistyce – admirał postępuje zgodnie z zasadami polityki realnej, które mówią, że jak się nie ma, co się lubi, to trzeba z hukiem ustąpić w sprawach nieistotnych, a trzymać w zębach te ważne. Widać też, że politykę robi się wśród ludzi – Twoi bohaterowie są ludźmi (i to nie z kryształu – Hein nie jest dobrym człowiekiem, i nawet Imperatorowa, choć to ona najgorzej na tym wszystkim wychodzi, ma swoje za uszami), nie kukłami.

Te dwie kwestie, patrząc po komentarzach, miały tak spolaryzowany odbiór, że mam już trochę wodę z mózgu. XD

Ten kawałek zdecydowanie zasługuje na rozwinięcie w przyszłości.

Najlepsza rzecz, jaką można usłyszeć. :D

Dziękuję za pełną listę poprawek!

Dlaczego pajęczyca nie chciała zabrać ze sobą Heina, żeby nakarmić nim pająki, gdy ten złamał warunek umowy?

Gdzieś w morzu komentarzy pojawiło się to pytanie – skupiła się na załodze statku, jako że ilościowo był to dużo atrakcyjniejszy cel, a można zakładać, że zamierzała później wrócić po Heina.

Dziękuję za popraweczki (to mi przypomina, że jeszcze jest parę zaległych od joseheim)! :)

*kiwa głową, robiąc mądrą minę, chociaż nic nie rozumie*

Wrrr. Do szkoły… skubańcy! XD

 

Consecutio temporum. Przykład będzie angielski, bo łacinę pamiętam jak przez mgłę:

 

He and Lucy fell out because she had lied about the cat.

Pokłócił się z Lucy, bo skłamała w sprawie kota.

 

Zdanie nadrzędne: He and Lucy fell out = Pokłócił się z Lucy.

Zdanie podrzędne: because she had lied about the cat = bo skłamała w sprawie kota.

 

Zdanie nadrzędne mogłoby istnieć samodzielnie. Podrzędne jest mu podporządkowane, jest (akurat w tym przykładzie) przydawką. I teraz – w językach angielskim, łacińskim i romańskich występuje tzw. następstwo czasów (sequence of tenses, consecutio temporum), czyli reguła gramatyczna, która mówi, że kiedy mówimy o przeszłości (trochę tutaj upraszczam), zdanie podrzędne jest o jeden czas “dawniej” niż czynność, o której mówi. Tutaj mamy Past simple (fell out) w zdaniu nadrzędnym (całość zdarzyła się w przeszłości), więc w podrzędnym musi być Past perfect (had lied). Najczęściej spotykamy się z tym przy indirect speech, tj. relacjonując, co ktoś powiedział: “Lucy powiedziała, że kot jest u jej wujka.”

 

Ale prosta, swojska polszczyzna tej reguły nie ma! W polskim zdaniu mówimy, że Luśka skłamała, bo już skłamała. Bo to miało miejsce w przeszłości względem zdania, które o tym mówi. Ale kiedy relacjonujemy wypowiedź Luśki, to jej nie cofamy.

Problem polega na tym, że telewizja zatrudnia jako tłumaczy ludzi, którzy o tym nie wiedzą (choć jest w programie szkolnym…) i kiedy dostają zdanie:

 

Lucy said the cat was at her uncle’s.

 

Tłumaczą je: “Lucy powiedziała, że kot był u jej wujka.”

 

Kiedy faktycznie chodzi o to, że: “Lucy powiedziała, że kot jest u jej wujka.”

 

Ponieważ Lucy powiedziała: “Kot jest u mojego wujka.”

 

I to jest właśnie błąd, który, w sposób dla mnie niepojęty, wiele osób powtarza.

 

Forma częstotliwa. Jeśli powiem: “Jestem na Wyspach Bergamutach.” to znaczy, że jestem tam teraz. Nic nie mówię o moich zwyczajach, tylko o tym, co robię w tej chwili. “Jem gwiazdki czekoladowe.” może oznaczać, że jem gwiazdki po raz pierwszy w życiu. Albo drugi. Albo enty. Ale teraz właśnie jem gwiazdki.

Natomiast jeśli powiem:

“Bywam na Wyspach Bergamutach.” albo “Jadam gwiazdki czekoladowe.” to mówię coś o moich zwyczajach, o czynnościach, które powtarzam. To są częstotliwe formy czasowników. Nie przypadkiem często je doprecyzowujemy:

“Co roku bywam na Wyspach Bergamutach.”

“W moje urodziny zawsze jadam gwiazdki czekoladowe.”

 

Formą częstotliwą, do której mam zastrzeżenia najczęściej, jest cokolwiek ułomny (na plecach i pod pachami) czasownik “nosić”. Otóż, jeśli używamy go w znaczeniu “nosić ubranie” to jest częstotliwy. W tym kontekście “nosić” nie ma formy nieczęstotliwej! Jeżeli dzisiaj mam na sobie całkiem nową fioletową bluzkę w zielone motylki, nie mogę powiedzieć, że ją noszę, tylko, że dziś ja włożyłam. Ale jeśli na stałe wejdzie do mojej rotacji bluzek, będę mogła powiedzieć, że (często, czasami, tylko w czwartki) noszę fioletową bluzkę w zielone motylki.

 

Związek zgody. Jest to połączenie wyrazu określającego z wyrazem określanym, w którym oba wyrazy zgadzają się w rodzaju, liczbie i przypadku. Pewne elementy zdania muszą się ze sobą zgadzać, na przykład podmiot z orzeczeniem: Cykliści okrążali. Cyklistki okrążały. Cyklista okrążał.

Jest też związek rządu, w którym jeden wyraz wymaga od drugiego, żeby przybrał określoną formę: Głaszczę kota. Zielony słoń. “Słoń” jest tu ważniejszy od “zielonego”, “zielony” go określa – dlatego musi się dostosować.

Błędne związki rządu są, zdaje się, częstsze, a i bardziej kłują oko, niż błędne związki zgody, ale moje palce wyprzedzają myśl i czasami piszę “zgody” zamiast “rządu” – przepraszam, jeśli to jest mylące. Głupi nawyk.

Te dwie kwestie, patrząc po komentarzach, miały tak spolaryzowany odbiór, że mam już trochę wodę z mózgu. XD

skupiła się na załodze statku, jako że ilościowo był to dużo atrakcyjniejszy cel, a można zakładać, że zamierzała później wrócić po Heina

Ee, chude to takie, mięska mało XD

Dziękuję za popraweczki (to mi przypomina, że jeszcze jest parę zaległych od joseheim)! :)

heart

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Zdanie jest niezgrabne, prawda.

Mamy dwie czynności równoczesne i wniosek, obserwator zewnętrzny. A i B {kiwa głową i robi mądrą minę) i C (chociaż nic nie rozumie). A czy ten narrator jest wszechwiedzący, who knows? xd

Uważasz, że powinien być przeszły, że "nie zrozumiała", gdyż jest wyciągniętym wnioskiem?

Nie jestem tego pewna. Nie umiem tego uzasadnić lingwistycznie, ale popatrz gdyby dać całość w przeszłym:

“Lola skinęła głową i zrobiła mądrą minę, chociaż nic z tego nie zrozumiała.”

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

A narracja w ogóle jest w czasie przeszłym, czy teraźniejszym? Bo mnie to wygląda tak, jakby w ogóle była w przeszłym. W teraźniejszym wyglądałaby:

“Lola kiwa głową i robi mądrą minę, chociaż nic z tego nie rozumie.”

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Asylum, komentarz Tarniny nie dotyczył bezpośrednio tej mojej wypowiedzi, tylko ogółu tekstu… Przynajmniej tak myślę xD

Był odpowiedzią na Twoją wypowiedź :P Ale wypowiedziałaś tę wypowiedź prawidłowo XD

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Witaj, Silva!

 

Poniżej moje jurorskie notatki:

 

Niech żyje Imperator (32952 znaków)

 

Bardzo dobre.

 

Pozdrawiam!

 

PS.

Serio nie zrobiłem więcej notatek. To bardzo dobre opowiadanie przygodowe, z ładnie opisanym, pociągającym światem. Na tyle charakterystyczne, że po prostu nie potrzebowałem nic notować :D Dostało u mnie 70/100 a najlepsze z mojej listy miało 83. Uważam, że przedstawiony świat można dalej rozwinąć.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Wow, dziękuję za zwięzły i rzeczowy komentarz jurorski. :D A do rozwinięcia zbieram siły i wenę, tylko mnoży się tych konkursów i mnoży… ;)

Silva, gratulacje za wynik w konkursie :)

Zasłużenie :)

Generalnie z dziełami kultury jest tak, że możemy sobie rozmawiać o technikaliach, rozbijać wszystko na atomy i o tym dyskutować. I to jest dobra droga, bo z takich dyskusji można się sporo nauczyć o całym procesie tworzenia, uświadomić pewne sprawy i wykorzenić złe nawyki.

Wydaje mi się, że wyżej były już takie rozmowy – niestety nie chce mi się czytać prawie dwustu komentarzy, więc nie będę się odnosił ;)

Ważniejsza sprawa jest inna – czy coś działa. Jeśli działa na mnie piosenka, to średnio mnie interesuje, że wokal na refrenie lekko skrzypi. Jeśli jestem wciągnięty w serial, to naprawdę sporo potrafię wybaczyć, nawet niski budżet czy drażniących bohaterów.

Twoje opowiadanie bardzo, bardzo mi siadło. Generalnie od dłuższego czasu nie czytałem przygodówek, bo w pewnym momencie zaczęły mnie nudzić. Sporo z nich jest sprawnie napisane, nie ma się do czego czepić, ale co z tego, skoro na mnie nie działają? Nie ma sensu się męczyć. Tu z kolei są pewne klisze (typu pająki) czy mankamenty wynikające z limitu znaków. No to niech sobie będą, niech ktoś je wytknie i możemy o nich zapomnieć. Wciągnąłem się mocno, wszystko bardzo przypadło mi do gustu i poczułem się trochę jak za dzieciaka, kiedy czytałem Wyspę Skarbów do późnej nocy, chociaż wiedziałem, że będę musiał rano wstać. Wiem, że piszesz nieźle, ale tu jest naprawdę, naprawdę dobrze. Ciężko zbudować klimat samymi technikaliami, jeśli nie ma się nic do powiedzenia. Tu zdecydowanie jest klimat, jakkolwiek go definiować. Dzięki za miłe chwile ;)

silvanie, dziękuję. <3

 

morcie, to właściwie duża zaleta tekstu, jeśli wciąga mimo niedoróbek. Co do niechęci do czytania komentarzy, w pełni rozumiem. XD Dzięki za wizytę i opinię po lekturze, fajnie, że tak siadło. :)

Tak, napisałem tyle komunałów, że nie jestem pewien, czy przekaz jest jasny xP Tekst bardzo mi się podoba.

Nowa Fantastyka