- Opowiadanie: mordi - Kontrakt - Rozdział 1: Pomyłka

Kontrakt - Rozdział 1: Pomyłka

Witam!

 

Chciałbym podzielić się pierwszym rozdziałem opowiadania na którym pracuję. Jest to dla mnie przede wszystkim forma rozrywki i ze względu na swoją prostotę forma ucieczki od szarej i często skomplikowanej rzeczywistości. Nie traktuję tego jako konkursu lub wyścigu z innymi ani nie próbuję nikogo naśladować.

 

Bardzo chętnie przeczytam wszelkie komentarze i rady. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że będą tutaj błędy ortograficzne jak i gramatyczne ale nie uważam, że jest to powód by nie próbować pisać jeśli sprawia mi to aż tyle frajdy. Przyjmę każdą konstruktywną krytykę jednak zapewne bez komentarza zostawię wpisy nie wnoszące żadnej wartości a mające na celu jedynie bezcelowe narzekanie.

 

Oceny

Kontrakt - Rozdział 1: Pomyłka

Stukot kopyt o śliski bruk zagłuszał gęsty, rzęsisty deszcz łomoczący o dachy mijanych domostw. Ciężkie krople ześlizgując się z kaptura ciemnego, solidnie wykonanego, podróżnego płaszcza, przemykały połami wprost ku ziemi zasilając już i tak głębokie kałuże w nierównej drodze… Tak zapewne zacząłbym opiewać kolejną bohaterską podróż w której miałem zaszczyt uczestniczyć i którą zdecydowałbym się uwiecznić dla potomnych. Ot, kilka słów przestrogi dla innych by zastanowili się kilka razy zanim pójdą w moje ślady. Na szczęście, dzisiejszej nocy rzeczywistość malowała się zupełnie inaczej. Wyprawa nie była ani bohaterska ani nawet niebezpieczna a ów płaszcz nie był ani magiczny ani wyjątkowy. Był za to faktycznie całkiem solidnie wykonany i chwała za to Gildii, która zawsze dbała nie tylko o nasze schronienie, kieszenie i uzbrojenie ale również o to byśmy godnie ją reprezentowali w każdej sytuacji. Nawet gdy fakt jej reprezentowania chcieliśmy ukryć. Niemniej jednak deszcz był paskudny i im szybciej uda mi się dotrzeć do celu tym lepiej.

Zsiadając z konia podałem lejce chłopakowi stajennemu i powędrowałem wprost do drzwi gospody podczas gdy on odprowadzał zwierzaka do stajni. Miałem tylko nadzieję, że obejdzie się bez żadnych incydentów i że kary rumak na którym przekroczyłem martwy las, przejechałem przez kilka wsi oraz z daleka ominąłem warownię osadzoną na brzegu rzeki przecinającej nasze wspaniałe księstwo w pół, w której to warowni jeśli wierzyć bajdurzeniu okolicznych wieśniaków zamieszkiwał pomylony aczkolwiek potężny nekromanta, będzie gotowy nazajutrz do dalszej drogi. Co prawda nigdy nie posuwałem się do przemocy, no albo raczej starałem się nigdy do niej nie posuwać gdy nie było to absolutnie koniecznie to jednak obrona interesów i utrzymanie prestiżu tak wspaniałej instytucji jaką była Gildia wymagało pewnych… poświęceń. Czasami oznaczało to złamanie kilku kości w ciemnym zaułku, a czasem mogło oznaczać to publiczne zaprezentowanie jak powstają i jak wyglądają zadane już magiczne oparzenia, opisując przy tym jak niezwykle trudno jest je uleczyć. Tak się już sprawy miały iż prawie każda rana zadana za pomocą magii lub oręża który ów magią nasycono leczyła się wyjątkowo ciężko i paskudnie. Oczywiście zależało to od mocy i umiejętności maga jak również od jego humoru, rodzaju broni, materiału jaki użyto do jej wytworzenia no i również od rodzaju magii weń tchniętej. Z tego powodu ludzie zazwyczaj nie przepadali ani za bliższym towarzystwem magów ani nawet za samą ich obecnością w tym samym pomieszczeniu. W pewnym sensie można by to porównać do relacji panujących pomiędzy rodzeństwem które dzieliła spora różnica wieku. Niby to starszy brat ale wiesz, że jak go zdenerwujesz to w podziękowaniu otrzymasz kuksańca. Tyle tylko, że w tym wypadku kuksaniec oznaczał niewyobrażalny ból. No cóż, po prawdzie to trudno się temu dziwić. Nie każdy mag działa zgodnie z zasadami i nie każdy jest życzliwy bliźnim. Po otrzymaniu oficjalnego dyplomu zwieńczającego lata trudnej nauki w jednej z gildii czy akademii każdy mag miał możliwość zadecydowania o swoim dalszym losie. Pozostanie na terenie organizacji i pracowanie na jej rzecz zawsze było domyślną opcją i wybieraną dużo częściej niż można było by się tego spodziewać. Niektórzy jednak wybierają inne nadzwyczaj dziwne ścieżki. Część z nas żyje samotnie i w odosobnieniu, w całości poświęcając się ukochanej dziedzinie magii ale nie dzieląc się wynikami swoich badań licząc na to, że kiedyś będą mogli wykorzystać je dla własnych korzyści, część pozostaje w pobliżu swoich gildii wykonując pomniejsze zadania lub dostarczając usługi odpowiednio bogatym obywatelom. Są i tacy śmiałkowie którzy wyruszają w podróże do dalekich i nie do końca zbadanych jeszcze krain w nadziei dokonania wielkich odkryć. Jak więc moi drodzy, możecie sobie wyobrazić ogarnęła mnie błoga ulga na myśl, że płaszcz, który tego ponurego i deszczowego wieczoru miałem na sobie nie miał ani insygniów naszej Gildii ani nawet jego kolory w znikomym nawet stopniu nie przywodziły na myśl niczego co mogłoby się z magią wiązać. Dzisiejszej nocy chciałem być tylko kolejnym kupcem pędzonym rządzą zarobku. Jak większość w tej karczmie.

Szynkarz, wysoki poczciwie wyglądający mężczyzna wyglądający na dobrze po czterdziestce bez problemu znalazł dla mnie wolną kwaterę. W sumie to nie ma się czemu dziwić. Może i bardzo skrzętnie ukrywałem to kim tak naprawdę jestem ale mój ubiór i moje moje słowa zwiastowały raczej sposobność do solidnego zarobku i nie były zapowiedzią, jak to często bywało, kłopotów oraz innych nieprzyjemności. Zawsze to lepiej przyjąć takiego gościa niż zachlanego i brudnego marynarza czy innego wędrownego bandytę, bo i tacy, uwierzcie mi moi mili, potrafili położyć swe paskudne, chciwe łapy na pieniądzach z którymi to zwykli odwiedzać podobne przybytki (zakładając, że akurat nie przepuszczali ich właśnie w jakimś portowym burdelu) . Rzuciłem więc na ladę dwa denary i dwa obole po czym zakomenderowałem aby natychmiast doniesiono do mojej kwatery tacę z winem, serem i innymi smakołykami. No i oczywiście balię, którą następnie należało napełnić gorącą wodą, którą to wodę donosić będzie posługaczka. Wszystko to wypowiedziałem zanim zapatrzony gdzieś w głąb sali mężczyzna zdążył zareagować. Uśmiechnął się obnażając pognite pieńki zębów po czym skinął wesoło głową na znak, że zrozumiał. Udając się na górę mogłem tylko żywić cichą nadzieję, że służka będzie ponętną młodą kobietą o ponętnych wypukłościach i wzbudzającym męskie pragnienia głosie. Rzeczywistość jednak okazała się być cóż… taka jak zawsze. Dziewka była brudna i szczerbata a jedyna rzucająca się w oczy wypukłość okazała się być garbem umiejscowionym na plecach. Tyle przynajmniej zdążyłem dostrzec zanim zniknęła za rogiem korytarza prowadzącego do noclegowej części zajazdu. Zupełnie jakby podczas pracy uzdolniony lalkarz nagle spadł w odmęty szaleństwa i zamiast wystrugać drewnianego chłopca wystrugał drewnianego potworka gdyż na świecie za dużo już było tak samo wyglądających drewnianych chłopców.

Kiedy tak siedziałem w balii zastanawiając się nad jutrzejszym śniadaniem do moich uszu dobiegło ciche pukanie.

- Otwarte - powiedziałem leniwie, zerkając w stronę drzwi. Najpierw wsunęła się taca, potem przytwierdzone do niej ręce i na samym końcu pulchna dziewczyna o obfitym biuście. Nie była to ta sama szkarada którą widziałem w drodze do kwatery.

Wybaczcie Panie – wybełkotała nerwowym głosem - kolacje przyniosłam.

- Świetnie, postaw no ją, o tam, na stole i zmykaj po więcej ciepłej wody – ponagliłem a służąca czmychnęła z pokoju z wyraźną ulgą malującą się na jej twarzy.

Co prawda nie potrzebowałem dostaw ciepłej wody. Sam bez problemu potrafię poradzić sobie z nieskomplikowanym zadaniem jej podgrzania. Większość nowicjuszy w Gildii potrafi robić to całkowicie instynktownie zanim jeszcze zacznie naukę. Często inicjowane jest to strachem, złością bądź inną silną emocją. Każdy z nas jest inny i każdy działa odrobinę inaczej. Wystarczy zaczerpnąć zaledwie ociupinkę mocy, pchnąć ją wprost pomiędzy cząsteczki wody i gotowe. Nawet jeśli magia mieszkająca w danej osobie była zbyt słaba by uwolnić się sama to taki rodzaj manipulacji magiczną energią bez problemu opanować mógłby ktoś o nawet bardzo znikomym talencie i niewielkich ambicjach. Co więcej doświadczony mag, jakim sam zresztą byłem, bez problemu jest w stanie ukryć tę jakże niewielką magiczną aktywność przed innymi. Z doświadczenia wiem, że gra pozorów i teatrzyk cieni mogą dorównać sile i rezultatom potężnej magicznej eksplozji zatem zdecydowałem, że pozory zachowam i będę robił to czego oczekuje się od każdego zwykłego obywatela. Będę narzekał, będę się targował i będę prosił o wodę.

Wieczór chylił się ku końcowi a przede mną stało wciąż jedno, najważniejsze zadanie. Z niewielkiej tuby którą schowałem pod łóżkiem wyciągnąłem Kontrakt. Był to dość staro wyglądający… nie, zdecydowanie nadgryziony zębem czasu i niezbyt okazałych rozmiarów kawałek pergaminu. Zacząłem rozwijać go na stole gdy nagle jego zrolowana jeszcze część wymknęła się z mojej dłoni niczym pociągnięta niewidzialnym sznurkiem, rozwinęła się sama a całość gładko przylgnęła do blatu. Na początkowo pustej stronicy powoli, jeden po drugim jak gdyby w upiornym tańcu zaczęły pojawiać się błyskające szkarłatem oraz straszące nieprzeniknioną czernią inkantacje zapisane w bardzo tajemniczo wyglądającym języku, zdające się uciekać przed podążającymi w ich ślady równie dziwnymi symbolami i runami. Jedne całkowicie niezrozumiałe inne z kolei zdawały się delikatnie poszarpywać niektóre zakurzone już struny w niesamowicie dobrze dostrojonym instrumencie jakim był mój umysł.

O ile dobrze pamiętam pieczęci poziomu trzeciego są w stanie uwolnić dość energii by zmieść sporych rozmiarów budynek z powierzchni ziemi a już z pewnością zaalarmować wszystkich pobłogosławionych darem w promieniu kilku kilometrów. Trochę źle to określiłem. Dla maga przybywającego w tym samym mieście nieumiejętne zerwanie pieczęci trzeciego poziomu byłoby wyczuwalne w tym samym stopniu co wiadro założone na głowę w które to wiadro ktoś z całych sił uderzałby metalowym drągiem. Na szczęście nie tylko wiedziałem jak temu zaradzić ale też byłem całkiem pewny, że uda mi się złamać pieczęć, bez problemu niwelując cokolwiek ona z siebie wyrzuci. Nie zamierzałem jednak poprzestać na zatajaniu tego wydarzenia. Z kieszeni mojego podróżnego płaszcza zawieszonego na stojaku przy łóżku dobyłem małą, skórzaną sakiewkę z którą udałem się z powrotem do stołu na którym czekał na mnie mieniący się delikatną poświatą bliżej nieokreślonego koloru Kontrakt. Ledwie wymruczałem słowo mocy a rzemienie zaciśnięte na woreczku rozluźniły się i opadły na podłogę. Ze środka wytrzasnąłem mały tanzanit. Może i był nieco za mały ale za to starannie oszlifowany i to dokładnie w taki sposób w jaki musiał być oszlifowany by najpierw rozproszyć magiczny rozprysk a następnie by go uwięzić. Na tę okazję powinien być w sam raz. Odkąd rzymski mag imieniem Magnus, na kilka lat przed upadkiem wspaniałego imperium rzymskiego, którego był częścią odkrył jak używać kamieni szlachetnych do przekierowywania oraz gromadzenia mocy sporo się zmieniło. Magia została zrozumiana i zaadaptowana na kompletnie innym poziomie. Przestano się jej bać niczym nieprzewidywalnych erupcji wulkanów czy wściekłych sztormów na rozszalałym morzu. Zaczęto w dużo większym stopniu rozumieć jej naturę, jej pochodzenie i jej cel jeśli w tym przypadku można w ogóle mówić o jakimkolwiek celu. To dzięki takim śmiałkom jak on mogłem dziś użyć leżącego przede mną kamienia do zrealizowania moich celów. Oczywiście dziś owa gałąź magii jest na tyle dobrze znana, że podobny zabieg nie nastręcza większych trudności niż zabicie komara. Niestety, mimo sporych postępów, wiele jeszcze przed nami jeśli chodzi i zgłębianie tajemniczej siły, która pozwala nam robić to co robimy. Wziąłem więc głęboki oddech i zacząłem się modlić szeroko rozkładając ramiona. Powoli i starannie wypowiadałem kolejne wersy inkantacji patrząc jak pękają kolejne węzły w magicznej strukturze. Tańczące wokół kamienia ułożonego na środku pergaminu znaki i tajemnicze sygnatury mieszały się i zlewały ze sobą w gwałtownej szamotaninie by w końcu uformować pentagram otaczający tanzanit. Kamień zaczął drgać i wibrować by po chwili unieść się nieznacznie nad stołem. Wtedy właśnie to poczułem. Znajomy ból towarzyszący temu specyficznemu obrzędowi. Pewne siły i zjawiska mogą istnieć tylko kosztem innych sił i zjawisk. Źródłem tej jest życie i jak długo to życie istnieje tak długo istnieć będzie to coś co to życie zawsze będzie gotowe zniszczyć i pochłonąć. Aby uniknąć dalszego narażania swojego własnego zdrowia wyciągnąłem z kieszeni złapaną wcześniej, wprowadzoną w stan letargu polną mysz i szybkim ruchem ręki uwolniłem jej ciało od ciężaru głowy za którą to głową w pogoń poleciał mały kręgosłup. Mysie wnętrzności oraz jucha zalały pergamin oraz lewitujący kamień tworząc przed moimi oczyma makabryczne dzieło sztuki. Zdumiewające ile rzeczy mieści w takim małym gryzoniu. To co wylądowało na leżącym przede mną dokumencie wchłonięte zostało niemalże błyskawicznie, włącznie z flakami oraz cierpieniem jakie musiałem sprawić temu małemu zwierzęciu. Zupełnie jakby karta na stole była oknem do innego miejsca do którego jedynym wejściem było to na które właśnie patrzyłem. W następnej chwili w samym środku pentagramu ukazały się dwa szkarłatne punkciki. Oczy? Mrugnęły badawczo. Na powierzchni karty zaczęły pojawiać się wybrzuszenia i zagięcia do złudzenia przypominające jakiegoś nieszczęśnika na którego twarz i ramiona naciągnięto skórzaną plandekę spod której ów nieszczęśnik próbował się wydostać, przegryźć ją by tylko zaczerpnąć chociaż jeden haust świeżego powietrza. Ból nasilił się do poziomu wręcz niewyobrażalnego. Czułem się jakby ktoś usiłował wepchnąć mi rozpalony do białości stalowy pręt w tył głowy a w brzuchu wiercił mieczem. Krew spłynęła z kącików moich oczu i nosa ginąc w brodzie by w końcu skapnąć z jej dołu wprost na podłogę. Ramionami zawładnęły niekontrolowane spazmy. Opadłem na kolana a świat wokół mnie zaczął wirować. Nie mogłem się teraz wycofać, nadszedł czas by skoczyć w przepaść. Skupiając całą resztkę swojej woli i trzeźwego umysłu uspokoiłem ramiona, zaczerpnąłem powietrza i nakreśliłem w powietrzu runy czerpiąc moc częściowo z kamienia a częściowo z samego siebie. Skupioną wolę skierowałem w sam środek kotłującego się już pergaminu. Nie usłyszałem dźwięku dartego dokumentu jakiego można by się spodziewać patrząc na to jak zaciekle coś walczyło aby go rozerwać. W zamian nastała absolutna cisza. Wszystko znikło, umilkło. Ból, poświata i nawet ten nieznośny smród siarki. Na rozdartej w pół karcie siedział dość mały, mający może metr wysokości stwór wpatrujący się we mnie tymi samymi szkarłatnymi oczami, które widziałem nie tak dawno gdy wyglądały zza ram pentagramu. Szarawa niezbyt zdrowo wyglądająca skóra opięta na wyraźnie przebijających się przez nią kościach wydawała się być wyjątkowo szorstka i w całości pokryta była czymś co zdawało się być wyrytymi w niej runami. Małe ostre zęby, których było znacznie więcej niż u ludzi błysnęły złowrogo ostrzegając przed konfrontacją. Z całą pewnością nie skończyła by się ona dobrze. Gdy tak przyglądaliśmy się sobie w milczeniu za pleców kreatury niczym wąż wystrzelił w powietrze łuskowaty ogon wijąc się i zataczając duże koła. Zakończony był czymś co zdawało się być bardzo ostrym szpikulcem. Czy to może być prawda czy jedynie zmęczony umysł płata mi figle, zapytałem sam siebie w myślach. Co prawda czytałem o demonach w wielu księgach i nawet spotkałem kilku nekromantów… a raczej kilku pomylonych szaleńców, którzy jedyne co potrafili sprowadzić to ból głowy i to najczęściej mój ból głowy, ale to przekracza wszelkie wyobrażenia. Serce waliło mi jak oszalałe a krew pędziła z prędkością bełtu wystrzelonego z największej kuszy jaką można sobie wyobrazić. Raz kozie śmierć.

– A więc? – zapytałem widząc, że demon zeskoczył na podłogę tam gdzie jeszcze przed chwilą klęczałem.  Co się teraz stanie?

 Mrrrr a co takiego miałoby się stać chłopcze?  powiedział chrapliwym, zaskakująco niskim głosem potworek, mrucząc przy tym całkiem obleśnie.

Zostaniesz spętany i wepchnięty z powrotem do nory z której wylazłeś  zaryzykowałem, starając się by mój głos brzmiał wiarygodnie i pewnie chodź wyraźnie czułem, że nogi zaczynają odmawiać mi posłuszeństwa.

– Jeśli koniecznie tego chcesz, to możemy sprawdzić kto spęta kogo i kto gdzie zostanie wepchnięty  zachichotał złośliwie, kompletnie nic sobie nie robiąc z moich pogróżek.

 Może jednak spróbujemy inaczej  zaproponowałem szybko oceniając potencjalne korzyści i starty jakie mogły wyniknąć z mojego starcie ze stojącą przede mną kreaturą.

 Mądrze  skinął głową i dopiero teraz zauważyłem małe różki wyrastające z jego czaszki.

Kim jesteś?  spróbowałem zagaić zauważywszy, że pomimo niezwykłości całej tej sytuacji mój gość jest dużo spokojniejszy niż można by się spodziewać i w dodatku zdaje się być wyjątkowo mało rozmowny.

Z twojej głupkowatej miny i głupich pytań wnoszę, że nie mnie się spodziewałeś ujrzeć, prawda? - odpowiedział pytaniem na pytanie.

Nie, spodziewałem się znaleźć garść informacji na temat pewnego rodzaju… - urwałem w pół zdania.

Nagle uderzyło mnie to jak bardzo pozwoliłem się zmanipulować w ciągu tych zaledwie kilku krótkich chwil. Zafascynowany i przerażony (chodź dzielnie owo przerażenie ukrywający) jadłem mu z ręki. Złapałem się właśnie na tym, że przez chwilę byłem gotowy odpowiedzieć na każde pytanie byle tylko konwersacja trwała dalej i byle tylko udało się nie spłoszyć mojego rozmówcy zbyt wcześnie.

Lepiej zacznijmy od tego co Ty tu robisz i skąd się tu wziąłeś - powiedziałem stanowczo, prostując się i spoglądając potworkowi prosto w oczy. Dopiero teraz zauważyłem, że nie świeciły już szkarłatem a stały się szmaragdowo zielone.

No i dobra chłoptasiu, czemu by nie - zapiał czerwonooki demon - zwą mnie Cedryk.

Gdy Cedyrk wypowiedział ostatnie sylaby zorientowałem się, że nie stoi on już przede mną a siedzi po mojej prawej stronie na moim własnym łóżku i kopie powietrze swoimi krótkimi nóżkami niczym dziecko wesoło czekające na upragniony deser w upalne, letnie popołudnie. Jego nogi o dziwo nie były zakończone kopytami jak się spodziewałem ale czymś co przypominało ludzkie stopy. Takie pokryte łuską i ostrymi stalowoszarymi szponami ludzkie stopy.

– Hola, co się tu wyprawia?  zakrzyknąłem i gwałtownie obróciłem się w jego stronę.

– Spokojnie bohaterze, nic ci nie grozi. Na razie - wyrzucił z siebie pospiesznie Cedryk akcentując dwa ostatnie słowa  nic a nic  dodał najwyraźniej drwiąc z mojej reakcji.

 Czy to twoje prawdziwe imię?  zapytałem nie za bardo wiedząc co innego mógłbym powiedzieć albo o co zapytać.

 Na razie, na potrzeby naszego dyskursu, owszem to moje imię – rzucił.

 W porządku, zatem Cedyrku powiedz mi skąd się tu wziąłeś i dlaczego byłeś spętany tą jak by nie było niezbyt mocną pieczęcią?  zapytałem ostrożnie.

Cedryk wiercił się niespokojnie na łóżku by w końcu wzdychając i przewracając oczami wyrzucić z siebie małą litanię.

– Pech!  krzyknął  Zwykły, zwyczajny pech. Zajmowałem się swoimi sprawami kiedy nagle okazało się, że zajmowałem się nimi w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie przez co zostałem pojmany przez jednego z twoich kompanów. A dla Twojej informacji to wcale nie była taka pieczęć za jaką ją brałeś. Najwidoczniej miałeś szczęście chłoptasiu.

 O czym ty do cholery mówisz?  warknąłem wytrzeszczając jednocześnie oczy w zdumieniu.

 O magach oczywiście - odpowiedział niewzruszony  to ich sprawka! Łup, trzask i ciemność. Dawno temu. Może i setki lat.

 Łup i ciemność?  powtórzyłem skołowany i poirytowany.

Ten szatański pomiot igrał ze mną. To na pewno była jakaś taktyka mająca na celu zwabić mnie w jego sidła ale ja nie miałem zamiaru tak łatwo się poddać. Podczas gdy nasza rozmowa trwała w najlepsze, ja dyskretnie przesuwałem się na dogodną pozycję. Jeszcze kilka centymetrów i będę mógł pokazać tej fretce bez futra kto tu może wygłaszać groźby.

 Dokładnie tak  powiedział stwór określający się mianem Cedryka w odpowiedzi na moje kolejne pytanie.  Jak już mówiłem zajmowałem się swoimi sprawami gdy nagle zostałem przymuszony do posłuszeństwa i nie mogąc nic na to poradzić, musiałem się ujawnić. Ostatnie co zobaczyłem to czerwone szaty z wyhaftowaną na nich maleńką złotą lilią.

 Nic mi to nie mówi  odpowiedziałem nadal zaciekawionym tonem przesuwając się ostatnie kilka centymetrów na lewo.

Wszystko rozegrało się w ułamku sekundy. Gdy coś co w końcu byłem z braku lepszej odpowiedzi uznać za demona znów przewracało oczami aby ze mnie zadrwić, ja skupiłem swoją wolę na niewerbalnym słowie mocy i rozwarłem szeroko ramiona pozwalając na swobodny przepływ energii czerpanej z każdego źródła, którego w tej chwili byłem w stanie sięgnąć jednocześnie starając się by nie nadszarpnąć tym stabilności zaklęcia. Zaschnięta już na mojej twarzy krew odpadła całkowicie i wylądowała na drewnianej podłodze. Powietrze wokół nas zafalowało od gorąca a pomieszczenie wypełnił krótki ale oślepiający blask. Niczym zbłąkana błyskawica, która postanowiła tym razem zajrzeć do domostwa zamiast po prostu walić w jego dach. Pomiędzy roztrzaskanymi na drzazgi kawałkami łóżka nie było nikogo. Wszystko zdawało się być jakimś kiepskim żartem albo okrutnym snem. Jeszcze godzinę temu za niemożliwe uznałbym istnienie takich istot. Czyżby wiara chrześcijańska była tą, która mówi prawdę? Usiadłem na krześle przy stole. Zastanawiając się nad różnymi prawdopodobnymi odpowiedziami i starając się uspokoić kołatające serce i drżenie nóg poczułem piekący ból rozprzestrzeniający się w okolicach mojej klatki piersiowej. Coś było nie tak. Zrzuciłem z siebie nie tak dawno, niech by to szlag trafił , czyste i nowe odzienie założone po odprężającej kąpieli i podbiegłam do lustra. Krwawe, wyryte cienką linią na powierzchni mojej klatki piersiowej litery układały się w zdanie: "Niedługo znów porozmawiamy Gabrielu". Przez długi czas bezmyślnie wpatrywałem się w cienkie, powoli zastygające stróżki krwi cieknące tu i tam z krawędzi liter.

 Co ja najlepszego uczyniłem?  zapytałem na głos samego siebie.

Cóż, najwidoczniej zabrałem ze sobą niewłaściwy kawałek pergaminu. Niewiele myśląc pospiesznie zwinąłem swoje rzeczy i wymknąłem się chyłkiem przez okno. Zmierzając w stronę stajni przy cichnących z każdym krokiem trwającej w najlepsze dźwiękach biesiady miałem tylko nadzieję, że to zaledwie zły sen i że zaraz obudzę się w swoim łóżku. W swojej komnacie. Z daleka od wszystkich kłopotów.

 

Koniec

Komentarze

Hej, na wstępie mała uwaga: jeżeli jest to rozdział czegoś większego, zaznacz w opisie opcję „fragment”, a nie „opowiadanie”.  Takie tutaj zasady. Co do samej treści, możesz na mnie liczyć, dam Ci komentarz i opinię w najbliższym czasie ;)

Edit: dodam jeszcze, że fragmenty, które nie są zamkniętą całością nie są tutaj najchętniej czytane, więc licz się z tym, że liczba komentarzy może być mniejsza. Dyżurni chyba nawet nie mają obowiązku sprawdzenia go. Niemniej, powodzenia i witaj na portalu – przyda się na start.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Cześć Daniel,

 

Nie ma problemu. Dzięki za zwrócenie uwagi. Post został zmodyfikowany. Z przyjemnością dowiem się co myślisz :) (nawet jeśli nie będzie to nic dobrego!)

 

Co do reszty – dzięki! Będzie co będzie. Nie samymi komentarzami człowiek żyje :). Czy jest jakiś specjalny dział lub sekcja którą zapewne mogłem przeoczyć a gdzie fragmenty większej całości mają większą wagę niż skończone opowiadania w tej sekcji?

 

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że będą tutaj błędy ortograficzne jak i gramatyczne ale nie uważam, że jest to powód by nie próbować pisać jeśli sprawia mi to aż tyle frajdy.

Mordi, skoro masz świadomość, że w tekście są błędy, dlaczego ich nie poprawiłeś? Choć pisanie sprawia Ci frajdę, to wcale nie znaczy, że czytelnicy podzielą Twoje zadowolenie, a wszelkie błędy i usterki mogą ich skutecznie zniechęcić do lektury.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pisząc to miałem na myśli błędy których nie wyłapałem i o których po prostu nie wiem. Rzecz jasna nie zostawił bym błędów o których wiem celowo. Inaczej mówiąc po prostu zaznaczam, że tekst nie jest przygotowany w takim samym stopniu jak teksty po profesjonalnej korekcie.

Czy jest jakiś specjalny dział lub sekcja którą zapewne mogłem przeoczyć a gdzie fragmenty większej całości mają większą wagę niż skończone opowiadania w tej sekcji?

Na tym portalu nie, nie ma w ogóle żadnych “sekcji”. O ile wiem, część portali do wrzucania własnej twórczości nie ma nic przeciwko fragmentom. Tu parę osób zajrzy do fragmentu, ale zasadniczo preferujemy skończone całości fabularne, które dają czytelniczą satysfakcję.

Jeśli chcesz wypróbować swoje uniwersum, napisz w nim zamknięte opowiadanie, choćby i z tymi samymi bohaterami. Zaczynanie przygody z pisaniem od powieści jest ryzykowne z bardzo wielu powodów.

 

Co do błędów. Na pobieżny rzut oka piszesz raczej poprawnie po polsku, choć przyznaję z bólem serca, że kolejna opowieść o magu w karczmie, która nie zaczyna się od fajerwerków znamionujących radykalną oryginalność świata, nie jest w stanie mnie wciągnąć. Natomiast niewątpliwie w oczy rzucił się niemożebnie długi akapit (unikaj ścian tekstu!), w którym sypnąłeś garstkę przecinków, ignorując większość tych, które powinny były tam się znaleźć. To jest błąd do łatwego poprawienia, więc popraw w całym tekście, bo brakuje wielu przecinków w miejscach oczywistych. Oto pierwsze zdanie inkryminowanego akapitu z zaznaczonymi brakującymi przecinkami, dla pokazania skali problemu:

 

O ile dobrze pamiętam[+,] pieczęci poziomu trzeciego są w stanie uwolnić dość energii[+,] by zmieść sporych rozmiarów budynek z powierzchni ziemi[+,] a już z pewnością zaalarmować wszystkich pobłogosławionych darem w promieniu kilku kilometrów.

Łap przydatny portalowy poradnik i powodzenia!

 

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

http://altronapoleone.home.blog

Miałem tylko nadzieję, że obejdzie się bez żadnych incydentów i że kary rumak na którym przekroczyłem martwy las, przejechałem przez kilka wsi oraz z daleka ominąłem warownię osadzoną na brzegu rzeki przecinającej nasze wspaniałe księstwo w pół, w której to warowni jeśli wierzyć bajdurzeniu okolicznych wieśniaków zamieszkiwał pomylony aczkolwiek potężny nekromanta, będzie gotowy nazajutrz do dalszej drogi.

To jest bardzo długie zdanie, postaraj się je skrócić.

 

Zsiadając z konia podałem lejce chłopakowi stajennemu i powędrowałem wprost do drzwi gospody podczas gdy on odprowadzał zwierzaka do stajni.

Szynkarz, wysoki poczciwie wyglądający mężczyzna wyglądający na dobrze po czterdziestce bez problemu znalazł dla mnie wolną kwaterę.

Spójrz na te dwa zdania oraz na ten wielki blok tekstu między nimi. Zobacz ILE bohater opisywał, wspominał, opowiadał, za nim wykonał kolejną czynność. Wydaje się to nienaturalne.

 

Co do wielkiego bloku tekstu, znajduje się tam sporo infodumpu – sam mam z nim problem, więc nie jestem najlepszą osobą do poprawiania – ale pomyśl o tym, zastąp go czymś. Czasem naturalniej jest dowiedzieć się czegoś z dialogu, sytuacji kiedy faktycznie to wymaga. Zgaduję, że Twój świat jest duży i ciekawy, i chcesz go nam przedstawić jak najszybciej. Jednak nie zawsze jest to dobra droga.

 

Większość nowicjuszy w Gildii potrafi robić to całkowicie instynktownie zanim jeszcze zacznie naukę. Często inicjowane jest to strachem, złością bądź inną silną emocją. Każdy z nas jest inny i każdy działa odrobinę inaczej. Wystarczy zaczerpnąć zaledwie ociupinkę mocy, pchnąć ją wprost pomiędzy cząsteczki wody i gotowe. Nawet jeśli magia mieszkająca w danej osobie była zbyt słaba by uwolnić się sama to taki rodzaj manipulacji magiczną energią bez problemu opanować mógłby ktoś o nawet bardzo znikomym talencie i niewielkich ambicjach. Co więcej doświadczony mag, jakim sam zresztą byłem, bez problemu jest w stanie ukryć tę jakże niewielką magiczną aktywność przed innymi

Spójrz jaka jest tutaj sztuczna przerwa na tłumaczenie jak coś działa. Pamiętaj – pokaż nam to, a nie mów nam o tym. Ja zawsze staram się pamiętać o tej zasadzie. Jest to tylko pierwszy fragment – książka pewnie będzie długa, więc na pewno uda Ci się rozbić te informacje na mniejsze, bardziej przystępne części.

imperium rzymskiego

To z dużych liter. Poza tym, dosyć dziwnie tak późno dowiedzieć się, że akcja dzieje się w naszym świecie, a nie innym, wymyślonym.

 

Ogólnie nie było źle, mi się podobało. Jest tutaj sporo wielkich bloków teksu, które utrudniają czytanie bo męczą czytelnika. Nie ma takich naturalnych pauz. Do tego prawie w ogóle nie ma tu interpunkcji.

Jednak opisujesz dobre, postać jest żywa. Można się wczuć w świat i bohatera. Jednak czy to jest oryginalne? Niekoniecznie. Zapewne średniowieczna Europa, bliże nie określona magia, miecze, konie, królestwo, bohater (podobny trochę do tych z Abercrombiego, Kłamstw Locka Lamory itp.) Jeżeli taki jest Twój zamysł to okej.

Podsumowując, nie jest źle, ale ja też ekspertem nie jestem. Na pewno inni wytkną tutaj warsztatowe, ortograficzne czy literackie błędy. Pamiętaj, by się nie zniechęcać i pisać dalej, nawet jak jest sama negatywna krytyka. Z czasem wejdziesz w rutynę i wprawę.

Pozdrawiam i powodzenia w dalszym pisaniu ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Witam,

 

Dziękuję wszystkim za wkład i odpowiedzi – wszystko co do tej pory widziałem wydaje się być bardzo przydatne więc na pewno skorzystam.

 

Rozumiem, że fragmenty są mniej mile widziane ale jeśli są dozwolone to mi to nie przeszkadza. Na chwile obecną z tym projektem jest to dla mnie najwygodniejsza forma walidacji mojej pracy. W zasadzie nie zależy mi na ilości komentarzy a bardziej na ich jakości (a wasze są świetne). To wszystko robię dlatego, że sprawia mi to przyjemność i nie jest to moja praca. Moim zdaniem najważniejsze w pisaniu jest pisanie i uważam, że warto napisać odrobinę więcej i potem to dostosować/poprawić niż napisać piętnaście zdań ale za to całkowicie poprawnych. Oczywiście dla jasności chcę zaznaczyć, że jak najbardziej trzeba się dokształcać, rozwijać i praktykować. Po prostu nie warto zabijać przyjemnej pasji presją wywartą strachem o poprawność tekstu.

 

Co do interpunkcji – przyznaję nie jest to moja mocna strona. Będę nad tym pracował i nie mam tu żadnej wymówki. To samo tyczy się dialogów. Z całą pewnością postaram się to również poprawić. Zakładam, że przyjdzie to z czasem (rzecz jasna nie samo!).

 

Daniel – szczególne dzięki za opinie na temat treści. Bardzo trafne uwagi. Niestety sprawy te były dla mnie niewidzialne zanim nie zostały pokazane placem więc jest bardzo zadowolony. Postaram się i w tym departamencie poczynić pewne zmiany.

 

Co do samej oryginalności – tutaj muszę dorzucić swoje trzy grosze. Uważam, że tematyka książki a raczej atrakcyjność samego pomysłu to bardzo indywidualna sprawa dla każdego czytelnika jak i dla autora. Ja na przykład uwielbiam książki o magii, smokach czy demonach gdzie akcja obowiązkowo w większości toczy się w średniowieczu/renesansie. Czytam głównie takie właśnie książki. Nie każde opowiadanie musi być innowacyjne. Moim zdaniem książek osadzonych w podobnych realiach jest bardzo wiele ponieważ bardzo wielu ludzi właśnie takie światy kocha i najchętniej do nich wraca. Oczywiście w pełni szanuję, że komuś może się ta akurat tematyka nie podobać, że komuś się ona przejadła. Jasna sprawa. 

 

Rozumiem też, że przez to iż jest to tylko fragment nikt tak na prawdę nie jest w stanie ocenić całej koncepcji tego świata.

 

Z czystej ciekawości jeśli chciałbym poprawić to co napisałem to czy mogę po prostu wyedytować post w tym temacie czy zakłada się nowy wątek (zakładam, że opcja numer 1)?

 

Postaram się przejrzeć dziś bądź jutro zamieszczone tu linki.

 

Pozdrawiam.

 

Z czystej ciekawości jeśli chciałbym poprawić to co napisałem to czy mogę po prostu wyedytować post w tym temacie czy zakłada się nowy wątek (zakładam, że opcja numer 1)?

Nie ma problemu, żebyś edytował obecnie wrzucony tekst.

https://eskapizmstosowany.wordpress.com/ - blog, w którym chwalę się swoją twórczością. Zapraszam!

Zalecam szczerze solidna przebudowe / podzial tych blokow tekstu. Np. akapit zaczynajacy sie od: "O ile dobrze pamiętam pieczęci" zwyczajnie mnie odstrasza. Kilka innych tez. Czekam na to :)

Nowa Fantastyka