- Opowiadanie: maciekzolnowski - Dziwożona - sen zimowy

Dziwożona - sen zimowy

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Dziwożona - sen zimowy

Dopiero na szczycie Skrzycznego zdałem sobie sprawę z powagi sytuacji. Chryste, jestem najdalej może w połowie drogi, a tu już piętnasta! Ech, czas, bezczelnie śmiejący mi się w oczy! Zakładając wariant optymistyczny – na dole powinienem złapać jakiegoś stopa, więc do Węgierskiej Górki pewno uda się dotrzeć, lecz na tym pustkowiu, jeśli tu zostanę, nic dobrego mnie nie czeka – myślałem. Co gorsza, znakowania szlaków były kompletnie niewidoczne, jako że przykrył je śnieg, ten dech zmaterializowany niebios – że tak się wyrażę. Nawet te, które ulokowano wysoko na drzewach, przez oblodzenie i oszronienie pniaków oraz łodyg, stały się z punktu widzenia turystycznego bezużyteczne. Koniec końców należało zdać się na intuicję, nosa do rozpoznawania kierunków i znajomość mapy. Przede wszystkim jednak trzeba było się spieszyć. Bardzo, bardzo spieszyć.

W pewnej chwili spojrzałem w bok na młode świerki pochylone pod naporem białych mas śnieżnych, w których puch się uśliczniły i w którym to puchu ostatecznie na wiele miesięcy miały wkrótce przepaść. I stało się jasne, że świat, który znam, znów przystroił się w odświętny kożuch, który mu wyraźnie ciążył. Wyczuwałem ową spotęgowaną do granic niemożebności masę, kiedy tak szedłem i skrzypiało mi pod nogami, co z kolei harmonizowało z nastrojowym pomrukiwaniem wichru. Popołudniowe światło wyraźnie przygasło, jakby Bóg oszczędzał na rachunkach za prąd, ale pobliskie wierchy nic a nic na tym nie straciły, a wręcz przeciwnie – nadal mamiły perspektywą niekończącej się przygody, zachęcały do zatracenia się, zagalopowania gdzieś w dzikich ostępach tego tajemniczego i niezbadanego Białego Lądu. Wzniosły swe oblodzone palce strzeliście ku górze i tymi palcami kiwały, skinieniem nieistniejących dłoni mnie przygarniały, poklepywały.

Jakiś kawałek za najwyższym wierzchołkiem Beskidu Śląskiego otworzyła się nagle przede mną szeroka polana, a na niej ubita przez kłady droga w nieznane, która się wiła niesłychanie i ginęła gdzieś we mgle dalekiej, oraz niepozorna ścieżyna prowadząca stromo w dół, co do której żywiłem przypuszczenie, że stanowi dalszy ciąg szlaku. Dziwnie było tak stać i wlepiać wzrok w tę bipolarność (góra – dół, prawo – lewo, życie albo śmierć), dziwnie było wlepiać wzrok w dal nęcącą, kuszącą, wodzącą za nos, w której niechybnie bym przepadł, gdybym ku niej zdążył. Na szczęście nie dałem się zwieść i ostatecznie to zdrowy rozsądek wygrał z bliżej nieokreślonym impulsem. Ale co sobie pooglądałem, co się napodziwiałem tych wszystkich kolorów – uroczych błękitów przechodzących w ciemne, coraz ciemniejsze granaty oraz fiolety – to moje.

Na niepozornej Hali Jaskowej ukazał mi się niespodzianie cień zgarbionej starowinki pochylającej się nad prawie nagusieńkim niewiniątkiem. Dlaczego nagusieńkim? – tego nie wiedziałem. Od zawsze fascynowały mnie obyczaje tubylców z Żywiecczyzny, które rodziły więcej pytań niźli odpowiedzi, a zresztą nie zamierzałem stawiać się w roli omnibusa Bronisława Malinowskiego. Co prawda zaniepokoiłem się, że malec najpewniej zmarznie, o ile nie zamarznie, zażywając śnieżnych kąpieli, ale ostatecznie przeszedłem nad tym do porządku dziennego. Zaledwie postąpiłem parę kroków, cień babulki zadrżał, zwinął się w kłębek niczym kot i poturlał wraz z zawiniątkiem ku kniei. Już myślałem, że mi się co zwidziało, ale kiedy przeszedłem całą halę i zbliżyłem do miejsca, w którym ją spostrzegłem, okazało się, że odkryłem tajemnicze tropy pewnego zwierzęcia, którego zupełnie, ale to zupełnie nie kojarzyłem; ludzkich nie zdołałem zauważyć, choć bardzo się starałem. Postałem jeszcze przez krótką chwilę, w łepetynę się podrapałem po Maćkowemu, a następnie pomaszerowałem ku Ostremu i cywilizacji. Na dziś miałem stanowczo dosyć wrażeń.

Przez Ostre i Węgierską dotarłem wkrótce do Żabnicy – celu mej wyprawy. Zakwaterowałem się u starej znajomej, rzeczy z walizkowych trzewi rozbebeszyłem, a ponieważ uznałem, że pora jest jeszcze wczesna i Chronos mi sprzyja, udałem się niezwłocznie w teren z zamiarem zwiedzenia najbliższej okolicy.

W ten sposób trafiłem do niewielkiej, ślicznie malowanej chatki, w której trwały akurat przygotowania do Dziadów Żywieckich. Wiejskie „złote rączki” niestrudzenie wystrugiwały i wymalowywały maski świąteczne, które miały służyć zarówno turystom, jak i miejscowym powsinogom podczas uroczystej procesji. W przerwach między skrobaniem i szlifowaniem, raczyli się czerstwi górale dźwiękami tradycyjnej muzyczki, którą za pomocą głosów i heligonki – malutkiego akordeonu – sami wygrywali oraz wyśpiewywali. Na mnie nikt uwagi nie zwracał, mogłem więc w spokoju obserwować i bawić się w etnografa-amatora.

W pewnej chwili w salce obok rozległo się kołatanie do drzwi, po czym do izby wleciały dzieci i rozlały się wartkim strumieniem po ciepłym, nastrojowo urządzonym wnętrzu. Małe urwiski rozsiadły się wygodnie przy rozgrzanym kominku, piskliwe swe głosiki poskromiły i uszu nadstawiły. Zamierzały słuchać leciwej już gospodyni z wielką atencją, tak, by niczego z jej bajania nie przegapić i o obyczajach żywieckich czegoś się dowiedzieć. Za lat parędziesiąt to one będą swoim dzieciom i wnukom klechdy opowiadać. Noc już do drzwi stuka, a surowy wiatr po zaspach i ośnieżonych dachach harcuje. Ostatni kogut dawno przestał piać, a to znak, że pora zaczynać.

Posłuchajcie, co wam dziś opowiem, dzieci – zaczęła babcia. – Pewien odważny chłopiec, nieznający się na naszych gusłach ni wierzeniach, zmierzał ongiś z Brennej przez Skrzyczne aż do Żabnicy samej. Aura była cudna, przedwieczorna, a śniegu tyle, co i teraz. Niestety nieborak nie był przekonany co do tego, czy aby nie zbłądzi i cel swój osiągnąć zdoła przed zapadnięciem zmroku. Biały puch pokrył całkowicie ścieżkę, którą szedł, utrudniając marszrutę, a życzliwego człowieka w pobliżu znać nie było. Naraz na rozstaju, tam, gdzie w oddali majaczyły olbrzymie Tatry i Beskidy wraz z Babią Górą, a droga zdawała się wyprowadzać aż pod samo niebo i w tym niebie ginąć, ujrzał wędrowiec pokrzywioną babę szkaradną, z obwisłymi piersiami, z potwornym owłosieniem, takim, jak u małpy, która karmiła niemowlę. Malec płakał okrutnie i pewno było mu zimno, lecz przybysz nie miał zamiaru reagować. Chciał co prawda o coś spytać, ale nim zdążył, baba go spostrzegła i czmychnęła prędziutko do lasu, a po dziecku ostał się jeno czerwony kocyk z wzorkami w kształcie dziurawca. To była dziwożona – baba okrutna i szalona, co dzieci z chałup porywa, w zamian jeno pozostawiając podmieńca. I to już koniec bajki, czas udać się na spoczynek; my, starzy lubimy się wcześnie kłaść, a wy, dzieci musicie także chodzić spać o odpowiedniej godzinie, jeśli chcecie rosnąć i być zdrowe. A więc dobranocka, szczęśliwa nocka; Matka Boska przy łóżku, Pan Jezus w serduszku! Bywajcie! – powiedziała i wszyscy powybiegali radośnie do swych domostw. Ja sam chciałem jeszcze o coś spytać, jako że przeżyłem dzisiaj pewną przygodę, ale nie zdążyłem. Ostatecznie postanowiłem więc rozmówić się z gaździną o świcie.

– Babciu – powiedziałem skoro tylko otworzyłem oczy po nocce pełnej snów, zwlokłem się z wyrka i zaszedłem ponownie do ślicznej małej chatki. – Może i ja widziałem tę waszą dziwożonę? Co mi powiecie?

– Opowiedz wszystko ze szczegółami, niczego nie pomijając – zachęciła kobiecina, po czym zupełnie nieoczekiwanie zaprosiła mnie na dziwny rytuał, którego miałem być świadkiem tuż po zapadnięciu zmroku; wprost nie mogłem się już doczekać.

I znów udałem się na tę samą Halę Jaskową, gdzie w blasku miesiąca ujrzałem przepiękną dzierlatkę z zawiniątkiem. Od razu domyśliłem się, że to matka z pacholęciem. Jakież było me zdziwienie, gdy znienacka księżyc oświetlił i ukazał całą szpetotę niemowlaka. Jeszcze większe, kiedy jego własna rodzicielka zaczęła go wodą polewać i boleśnie chłostać.

– Cicho bądźta! – Obecna przy mnie gaździna gestem ręki nakazała milczenie. – Niechaj się dzieje wola nieba. Tego podmieńca zabierze wkrótce dziwożona, matce zaś zguba zostanie zwrócona i otrzyma na powrót córę swą rodzoną, tak samo krasną, jak i ona. Masz teraz, panocku, okazję z bliska się dziwować i nasze tradycje pilnie, pilniusio studiować. I jak ci się one widzą, hm?

Zaskoczyło mnie to pytanie i nie wiedziałem, co odrzec. Wyznałem więc szczerze i bez owijania w bawełnę, że tego, co tu widziałem i co mi się przytrafiło, nie zapomnę do końca życia. Nazajutrz zaś przy dźwiękach rozbrykanego i lekko zawianego korowodu Dziadów udałem się w drogę powrotną do normalności, zostając na sam koniec jeszcze symbolicznie umorusany popiołem przez figlarnego diabełka-przebierańca z wielkim, malinowym nosem.

Koniec

Komentarze

Cześć!

Tekst ma niecałe 10k znaków, więc możesz zmienić oznaczenie na short. Opowiadanie głównie w formie gawędy, czy też opowieści, z dużą ilością akcentów turystycznych i etnograficznych. Ma to swój klimat, choć mnie szczególnie nie porwało. Celnie ukazujesz położenie zbłąkanego wędrowca, który na chwilę wkracza do krainy dziwów. Energiczny z niego typ, po tym wszystkim na Dziady się jeszcze wybrał…

O dziadach i etnografii pamiętam nie za wiele, więc pewnie wielu akcentów nie złapałem zwyczajnie, ale przynajmniej dowiedziałem się, kim są dziwożony oraz jak odmienić podmieńca. O kwestiach językowych się nie wypowiem, bo momentami język jest dosyć specyficzny, i nie mam wiedzy, by się do tego ustosunkować.

Pozdrawiam!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Dzięki: krótka, życzliwa, rzetelna, no i przede wszystkim rzeczowa opinia! Dodam, że do pewnego stopnia króciak oparty został na faktach. Zaiste, kozak z turysty-narratora! Pozdrawiam! :)

W moim odczuciu, chyba najlepszy z twoich tekstów, Maćku. Zazdrościłem narratorowi kontaktu z przyrodą, górami, przygodą, tajemnicą. Poetycki język, nad którymi wg moich doświadczeń, zdarza Ci się nie do końca panować (mam na myśli, że w wielu innych tekstach momentami język robi się dla mnie trochę za trudny do swobodnej lektury albo zwyczajnie nie podchodziła mi konwencja), tutaj zaś prawie w każdym fragmencie bardzo mi pasował. Fabuła może i nie jest super rozbudowana, ale spodobał mi się motyw gaździny-strażniczki tajemnicy. Stosunek treści do objętości bardzo wyważony. No, generalnie jestem kontent :). 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Cześć, maćku! Z Twoich tekstów, które do tej pory czytałam, ten nazwałabym najbardziej przyjemnym. Jest nieźle nakreślony zimowy widok, górsko-wiejski klimat i szczypta podróżniczej gawędy doprawiona miejscowymi obyczajami. Choć to w sumie scenka, to jednak ładnie pokazana i miło się czytało. Tym bardziej, że w rzeczywistości śniegu jak na dostatek.

Przyjemna lektura, krótko mówiąc.

Zastanawia mnie ta godzina szesnasta. No nie wiem, o tej porze roku to zaraz po szesnastej zapada zmrok, a tu bohater nawet w połowie wędrówki jeszcze nie był ;)

Zacznę może od poprawek, a na podziękowania przyjdzie czas później. :)

 Maćku, umiesz Ty zarażać swoja miłością do gór, dzielić się doznaniami i przeżyciami z wędrówek. A choć piszesz o zwyczajach znanych, pokazujesz je jakby na nowo i udowadniasz, że to, w co wierzono przed wiekami, przetrwało, i, mam nadzieję, że szybko nie zaginie w ludzkiej niepamięci.

Idę do klikarni, bo wiem, że poprawisz usterki. ;)

 

zna­jo­mość mapy oraz nosa do roz­po­zna­wa­nia kie­run­ków. ―> Jak znajomość nosa przydaje się do rozpoznawania kierunków?

 

Wy­czu­wa­łem ów spo­tę­go­wa­ną do gra­nic nie­mo­żeb­no­ści masę… ―> Piszesz o masie, więc: Wy­czu­wa­łem ową spo­tę­go­wa­ną do gra­nic nie­mo­żeb­no­ści masę

Tu znajdziesz odmianę zaimka ów.

 

nie­po­zor­na ście­żyn­ka scho­dzą­ca stro­mo w dół… ―> Masło maślane.

Może: …nie­po­zor­na ście­żyn­ka prowadząca stro­mo w dół

 

i he­li­gon­ki – ma­lut­kie­go prze­no­śne­go akor­de­onu… ―> Nie znam się na instrumentach, ale zdaje mi się, że każdy akordeon jest przenośny, a przynajmniej takie były wszystkie, które dotychczas widziałam.

 

Po­słu­chaj­cie, co wam dziś opo­wiem, dzie­ci – za­czę­ła bab­cia. Pe­wien od­waż­ny chło­piec… ―>  

– Po­słu­chaj­cie, co wam dziś opo­wiem, dzie­ci – za­czę­ła bab­cia. – Pe­wien od­waż­ny chło­piec

 

– Cicho bądź­ta! – obec­na przy mnie gaź­dzi­na… ―> – Cicho bądź­ta! – Obec­na przy mnie gaź­dzi­na…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki Wszystkim za cenne uwagi i równie cenne komentarze, a Tobie Reg w szczególności za gruntowną tradycyjną łapankę. 

Bardzo się cieszę, Nevaz. Starałem się nie przeholować z niczym i ważyć proporcje.

Jeśli za oknem brakuje zimy, Silva, to my ją sobie stworzymy. Żaden problem! 

Krar, mówisz i masz, powinien być i jest szort. :)

Bardzo proszę, Maćku. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć,

widać, że tekst napisany bardzo solidnie, ale mnie niestety, nie porwał. Ciężko mi się czytało i nie mogłam jakoś wyobrazić sobie opisywanych krajobrazów. Niektóre zdania trudno mi było zrozumieć, musiałam czytać kilka razy.

Spodobał mi się wątek dziwożny i to on przyciągnął moje zainteresowanie, jednak opowieść babci wybrzmiała dla mnie dość nienaturalnie. Po pierwsze, ledwo zaczęła swoje bajanie, już je skończyła (co w sumie nie jest aż takie niespotykane u bajarzy), a po drugie słuchające jej dzieci bez żadnych protestów spowodowanych niedokończoną historią wróciły do domu.

Podsumowując, tekst dobry i dopracowany, jednak do mnie nie trafił.

 

Cześć.

Z drobnostek:

 

Wzniosły oblodzone swe palce strzeliście ku górze…

Czy nie brzmi lepiej: Wzniosły swe oblodzone palce…

 

Ludzkich nie zdołałem zauważyć, choć bardzo się starałem.

Czy podmiot nie przydałby się? Mnie mocno upominano właśnie o brakujące podmioty.

 

Malec płakał okrutnie i pewno było mu zimno, lecz przybysz nie czuł się w mocy reagować.

Troszkę to “w mocy reagować” mało mi pasuje do babcinego bajania :)

 

 

Fajnie oddałeś klimat gór zimą. Właśnie takie góry uwielbiałem (uwielbiam?) najbardziej.

Klimat z dziadami / gaździną / dziwożoną / pacholęciem udany.

Jednak język, jakim się posługujesz… jest specyficzny. I – zdaje mnie się – że dość trudny w odbiorze na dłuższą metę. Innymi słowy – w takim szorcie ok, ale gdyby to było opowiadanie 40k – 60 k znaków, to mogłoby to solidnie utrudniać odbiór.

 

Dzięki, Shin! Właściwie przychylam się do Twojej opinii do pewnego stopnia. Prosto napisany króciak ma swoje niewątpliwe plusy i wyobraź sobie, że pierwsza wersja “Dziwożony” tak właśnie wyglądała. Napisałem ją na szybko, a potem odstawiłem do wieczora, po czym ponownie przeczytałem. Ku memu wielkiemu zdziwieniu nie było co robić, nie było, ale mimo to postanowiłem tekst podrasować. Jeśli spojrzeć na wspinaczkowe teksty Mieczysława Karłowicza na przykład, to okaże się, że w czasach, gdy pisano listy i wszyscy byli rozpisani, on akurat pisał niezwykle plastycznie o górach, choć i prosto zarazem. Pojawiające się jak Wiesz w tym moim nieszczęsnym szorcie określenie typu: “jakby Bóg oszczędzał na rachunkach”, które są bardzo pretensjonalne i kojarzą mi się z Nahaczem: “jakby Bóg całą noc jarał fajkę” (”Osiem cztery”). No cóż… jest jak jest, ale może rzeczywiście nie warto z niczym przeginać. Pozdrawiam! 

Dzięki, Silvan. Poprawię język, jakim posługuje się babcia-góralka (”w mocy reagować”). 

Hej,

fajna historia, płynąłem przez tekst praktycznie bez większych zgrzytów. Ludowość wymieszana z plastycznością opisów, podoba mi się :) Taka właśnie to historyjka z gór, nie wszystko musi się tutaj dla mnie spinać w stuprocentowo logiczną całość.

 

Polecam do biblio.

 

Pozdrawiam!

Martwe liście i brudna ziemia

Kolejna piękna opowiastka z gór, które znam. Podobał mi się i plastyczny opis zimy (dawno takiej nie widziałam), i sposób radzenia sobie z podmieńcem :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Bardzo Wam dziękuję, Irko, BasementKey. Pozdrawiam serdecznie, szkoda tylko, że nie z gór!

Hej,

 

Podoba mi się Twój styl, poetycki, nieoczywisty, chociaż przydałoby się go jeszcze podszlifować, żeby było bardziej spójnie, aczkolwiek udało Ci się wytworzyć specyficzny klimat. Jakkolwiek akcja do zbyt wartkich i skomplikowanych nie należy, wychodzi z tego przyjemna gawęda. Jeszcze dodam od siebie, że z tego co pamiętam, oznaczenia szlaków w Beskidzie Śląskim można przegapić i w lecie, więc trafiłeś w punkt.

 

Pozdrawiam!

 

Cieszę się, Helmut, i dziękuję za opinię. A mowa jest oczywiście o szlaku niebieskim: Skrzyczne-Ostre. Dwa razy w życiu tamtędy szedłem, nie więcej. Fajnie jest się czasem – nie zrozum mnie źle – zgubić w górach, ale oczywiście inaczej jest latem, gdy długie popołudnia stanowią jakby rdzeń dnia, a inaczej zimą, i to na dodatek jeszcze pod wieczór. 

Hej.

Przede wszystkim klimat górski, etnograficzny, słowiański – cudo, wielki, ogromny plus za to.

Intryga jest, ale myślę, że wypadałoby ją dopracować: większość opowiadania to raczej opis wędrówki, a rozwiązanie nie przynosi żadnego zaskoczenia: opowieść jest na portalu z opowieściami fantastycznymi, tytuł masz “Dziwożona” i jedyną puentą jaką ukazujesz jest “to była naprawdę dziwożona”. Gdybyś mi powiedział, że coś takiego faktycznie Ci się przydarzyło: to super historia; dopóki twierdzisz, że to fantastyka: to coś więcej musi się zadziać. 

Druga kwestia: język. Widzę, że starasz się go trochę upoetyzować, co wychodzi Ci w paru akapitach i jest bardzo ładne, ale gdzie indziej miesza się ze stylem nieco potocznym. Styl potoczny nie jest zły sam w sobie, ale rozpoetyzowane wstawki w nim sprawiają wrażenie pretensjonalnych. Gdzie indziej z kolei Twój język podchodzi pod coś co nazwałbym stylem podróżniczo-awanturniczym, może trochę popularnonaukowym. Też to nie współgra, moim zdaniem, z dwoma poprzednimi.

“Etnograficzna tożsamość” bohatera pojawia się dosyć późno, zaskakuje w momencie kiedy czytelnik sądzi już, że ma do czynienia z rozpoetyzowanym turystą. Określenie “tubylcy z Żywiecczyzny” pojawia się tak nagle i bez uprzedniego kontekstu, że może być wręcz odebrane jako obraźliwe, nawet biorąc pod uwagę, że późniejsza wzmianka o Malinowskim łagodzi ten wydźwięk, naprowadzając na właściwy trop tego, co autor miał na myśli (o ile czytelnik w ogóle wie kim był Malinowski).

Parę językowych propozycji zmian:

 

Ech, ten czas, bezczelnie śmiejący mi się w oczy typ --> Ech, czas – ten typ bezczelnie śmiejący mi się w oczy.

 

w których się puch uśliczniły --> w których puch się uśliczniły

 

Parę potknięć:

 

stały się z punktu widzenia turystycznego bezużytecznie jałowe – co, znakowania szlaków stały się jałowe? Trochę to dziwnie brzmi.

 

Spały albo udawały, że śpią, bidulki. Wszystkie pochylone, jak babulki wracające z targowiska – przypadkowy rym

 

 

I jeszcze trochę interpunkcji:

 

Co gorsza znakowania szlaków były kompletnie niewidoczne --> Co gorsza, znakowania szlaków były kompletnie niewidoczne

 

W pewnej chwili spojrzałem w bok na młode świerki. --> W pewnej chwili spojrzałem w bok, na młode świerki.

 

trzeba było się spieszyć, bardzo, bardzo spieszyć. --> trzeba było się spieszyć. Bardzo, bardzo spieszyć.

Cześć.

To opowiadanko znakomicie utrafiło w moje zainteresowania górskie. Wprawdzie dużo lepiej się orientuję w kwestiach Podhala aniżeli Żywiecczyzny, ale wydaje mi się, że mogę mniej więcej potwierdzić wiarygodność kulturową. Turysta prezentuje uroczy rodzaj wyćwiczonej egzaltacji, która pozwala mu w pełni zagłębić się w doznaniach górskich – to piękne podejście, ale niełatwo jest do niego nawiązać. W szczegółach…

Ech, czas, bezczelnie śmiejący mi się w oczy!

Przywróciłbym tego “typa”, zręczna była taka personifikacja, szczególnie że niedługo później wspominasz znów o Kronosie.

– Pewien odważny chłopiec, nieznający się na naszych gusłach ni wierzeniach, wędrował onegdaj z Brennej przez Skrzyczne aż do Żabnicy samej.

Onegdaj powinno chyba jednak (choć są tu kontrowersje) znaczyć przedwczoraj, ewentualnie w nieodległym, dobrze określonym czasie; dawno, dawno temu to inaczej ongiś. Zakładając, że bohater opowiadania szedł podobnie do tego chłopca, więc z Brennej przez Karkoszczonkę i Szczyrk, musiałby chyba wyjść nieprzyzwoicie późno, aby na Skrzyczne trafić dopiero o piętnastej. A kiedy idąc dalej – po tej piętnastej – dotarł do Żabnicy, pora żadnym sposobem nie mogła być “jeszcze wczesna”.

i otrzyma na powrót córę swą rodzoną, tak samo, jak i ona krasą.

Jak mówiłem, nie jestem zupełnie pewien tamtejszych form gwarowych, ale spodziewałbym się jednak, że krasną. Jestem natomiast pewien, że “jak i ona” można wydzielić przecinkami albo nie wydzielać, ale nie można zrobić tego połowicznie.

Ogółem, czuję się chwilowo usatysfakcjonowany; z czasem trzymam czułki za więcej takich beskidzkich historii.

Z górskim pozdrowieniem,

Ślimak Zagłady

Dziękuję, Ślimaku. Bardzo się cieszę, że udało mi się utrafić w Twe, a nawet swoje własne gusta. Folk-horror jest przeze mnie szczerze uwielbiany i wysoko punktowany. I zawsze odczuwam niedosyt podobnych opowieści, zwłaszcza z Żywiecczyzny. Poprawiłem to i owo, mam tylko problem z tym nieszczęsnym “typem”, gdyż nie chcę stosować wyrażeń z nadmiernie odległych rejestrów i mieszać prozy poetyckiej z gwarą oraz językiem ulicy (ok, no może nie ulicy, ale jednak językiem prostym, jakby nie patrzeć). Pozdrawiam serdecznie, M.  

 

Wielkie dzięki, Pgujda. Twoja opinia wydaje mi się szczególnie cenna. Odwiedziłem Twoją stronę, przeczytałem parę rzeczy i stwierdziłem, że pisać bez dwóch zdań potrafisz. Naniosłem część poprawek, zgodnie z Twoją sugestią. Co do samej fabuły: uważam, że film polski (ale i opowiadanie francuskie) pt. “Lokis” nie jest ani bardziej, ani mniej skomplikowany od mojego opka. Tam jest Lokis, który nie robi dosłownie nic, tu jest dziwożona, która również nie odgrywa jakiejś szczególnej roli. Ale masz rację: mogłoby być na pewno o wiele ciekawiej, misterniej, nie wiem, bardziej kryminalniej. A tak jest jak jest i już. Sprawa druga: język. Jeśli rzuci Ci się jeszcze coś w oczy, to daj mi, proszę, znać. Poprawiłem, co tylko mogłem poprawić. Dzięki raz jeszcze za pomoc, pozdrawiam. MZ  

No a jak Wam się podoba zabieg formalny i stylistyczny polegający na tym, że opowiadanie zawiera w sobie zalążek tej samej historyjki, której dotyczy szort? Chodzi mi o bajanie starej gaździny, która – jakby za sprawą czarodziejskiej kuli – streszcza dzieciom wszystko to, co uprzednio robił główny bohater. Zabieg to rzadki, kojarzący się z jakąś formą retrospekcji, na który o dziwo jednak się odważyłem. Sapere aude!

Mnie się podoba, chociaż też nie mogę sobie przypomnieć, czy ten zabieg ma jakąś profesjonalną nazwę. A jeżeli typ okazuje się zbyt prostacki, być może nadałby się jegomość?

Witaj Maćku!

Przyjemnie się czytało, doskonałe opisy górskich krajobrazów, można poczuć ten klimat i przenieść się tam, nawet na chwilę. Masz bardzo ładny język i styl, dobrze operujesz słowami i zdaniami – czytało się świetnie, nie miałem nigdzie potknięć, chętnie zajrzę po więcej.

Jest tutaj jakaś historia, legenda, coś mistycznego. Dla mnie duży plus. Przeczytałem i nie żałuję.

Pozdrawiam i powodzenia ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Cześć, Maćku!

 

Twój tekst jest może bardziej nowoczesnym wydaniem klechdy niż typowym opowiadaniem, ale wciąga w swój górski, specyficzny klimat już od pierwszych linijek. Właściwie gdyby nie spore bloki tekstu w kolejnych akapitach – mój główny zarzut do tekstu – płynęłoby się przez niego bez żadnych zgrzytów.

Kompozycyjnie w sumie też wszystko mi grało, niespieszny wstęp, pojawienie się dziwożony, rozwiązanie akcji podczas magicznego obrządku. Lubię takie klimaty, co z pewnością było tym, co mnie tu najbardziej kupiło.

Pozdrawiam

Miło mi niezmiernie, Drodzy Moi! Człek zmaga się z własnymi ułomnościami i pisze po to właśnie, by cieszyć się choć przez chwilę z radości, jaką sprawia innym. W muzyce, choć się starałem, nie dane mi było osiągnąć nigdy tego poziomu, jaki osiągnąłem tutaj na “Nowej”.

Cześć Maćku,

Ciekawa forma, nawet bardzo. I specyficzna poetyka, która pięknie harmonizuje z góralskimi klimatami i bajaniem u watry wśród nocnej ciszy ;) Zdecydowanie klimat na plus.

Moim zdaniem atmosferę psuje słowo “styropian”, żarcik z “rachunkiem za prąd” i żmiją “cierpiącą na gigantyzm”. Rezygnacja z tych trzech wtrętów na pewno wpłynęłaby korzystnie na odbiór. Skutecznie wybijają z rytmu, a nie są kluczowe dla narracji! Brzytwą je! Albo ciupagą ;)

 

do Żabnicy – celu mej ekspedycji

Jednoosobowa wędrówka czy wycieczka to jeszcze nie ekspedycja!

 

Opowieść babuleńki zdecydowanie zbyt lakoniczna, przez co nie brzmi wiarygodnie. Takie bajania powinny być rozwlekłe, obfitować w opisy, nawet być przeładowane przymiotnikami. Nie wątpię, że historia jest motzno autobiograficzna, więc na pewno sam słuchałeś takich opowieści i potrafisz je oddać bardziej wiarygodnie.

 

Pozdrowienia,

K.

 

 

 

www.popetersburgu.pl

Witaj Krzysztofie,

dzięki za konkrety, pomyślę, jak tekst poprawić, gigantyczna żmija też mi jakoś specjalnie nie pasuje, ani styropian, ani jednoosobowa ekspedycja.

Pozdrawiam serdecznie! :)

Onegdaj powinno chyba jednak (choć są tu kontrowersje) znaczyć przedwczoraj, ewentualnie w nieodległym, dobrze określonym czasiedawno, dawno temu to inaczej ongiś. Zakładając, że bohater opowiadania szedł podobnie do tego chłopca, więc z Brennej przez Karkoszczonkę i Szczyrk, musiałby chyba wyjść nieprzyzwoicie późno, aby na Skrzyczne trafić dopiero o piętnastej. A kiedy idąc dalej – po tej piętnastej – dotarł do Żabnicy, pora żadnym sposobem nie mogła być “jeszcze wczesna”.

Gwoli wyjaśnienia: nie napisałem tego co prawda, ale jest tak, że mój bohater wędruje z Górek Wielkich, które są niejako przyklejone do Brennej, w Ostrym natomiast łapie okazję, dzięki której trafia do Węgierskiej. Czasy powinny się zgadzać tak mniej więcej. Dzięki za zwracanie uwagi na detale, które są, powinny być istotne! 

Hmmm. Jest fantastyka, ale to w gruncie rzeczy znany kawałek – niekoniecznie z dziwożoną, ale motyw podmieniania dzieci popularny i u nas, i w angielskim folklorze. Podobno można zabezpieczyć własne dziecko, wiążąc przy łóżeczku czerwoną nitkę. ;-)

To, że element fantastyczny jest znany, sprawia wrażenie, że został przyklejony na siłę do górskiej wycieczki. Równie dobrze rzecz mogłaby dziać się nad morzem albo w puszczy. Każde środowisko ma przecież własną fanta-faunę.

Babska logika rządzi!

Dzięki za komentarz. Zgadzam się, iż rzecz mogłaby się dziać nad morzem, ale ja już tak mam, że najciekawsze są dla mnie góry i górskie, znane z autopsji przygody. Folkloru angielskiego nie znam niestety i… być może wstyd się przyznać, ale… obcy mi był ten sposób na czerwoną nitkę. Pozdrawiam serdecznie, M. :)

Witaj.

Piękny, mocno zaprawiony folklorem i gawędziarstwem tekst, świetnie się go czyta i zaciekawiony pasjonat tego rodzaju pogawędek (jak ja) czerpie z niego pełnymi garściami. :)

Czuje się mimowolnie Twoją wielką miłość do gór i Żywiecczyzny. 

Gratuluję świetnego kontaktu z czytelnikiem; w moim odczuciu każdy akapit to ukłon w stronę czytającego, zarówno jeśli chodzi o budowę zdań, jak i konstruowanie całej historii.

Pozdrawiam.

Pecunia non olet

Wielkie dzięki, Bruce! A pod zdaniem u dołu podpisuję się oburącz (upatrzyłem sobie zwłaszcza Worek Raczański):

Czuje się mimowolnie Twoją wielką miłość do gór i Żywiecczyzny. 

 

 

:)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka