- Opowiadanie: Finkla - Plan „Kopciuszek”

Plan „Kopciuszek”

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Plan „Kopciuszek”

Obraz bez przerwy rozpływał się, przeskakiwał, rozdwajał… Trochę jak w kinie 3D, kiedy na moment zdjęła okulary, tylko o wiele gorzej. W tej chwili zamiast ośmiu figur Roksana widziała szesnaście, kilka zielonych, kilka fioletowych. Co kilka sekund barwy się zmieniały. Jakim cudem ma zgadnąć, co umieścić w dziewiątym, pustym polu kwadratu?! Pustym jak pustym, w lewym górnym rogu akurat dryfował purpurowy trójkąt… Dźgnęła palcem na chybił trafił, padło na duże kółko w kolorze trawy.

Roksana – jak każda osiemnastolatka – przed egzaminem dojrzałości rozmawiała ze starszymi koleżankami, sąsiadami… I ani jedna osoba nie wspominała o takich utrudnieniach. Test na inteligencję miał być zwyczajny, jak na kartce, tylko w wirtualu. Niematerialny, ale i nieruchomy. Dlaczego ona zawsze musi mieć takiego okropnego pecha?! Jedna na milion awaria systemu egzaminacyjnego… I na kogo padło?

Zadania na inteligencję się skończyły, Roksana przeszła do sprawdzianu z orientacji przestrzennej. Znalazła się w labiryncie z żywopłotu wysokiego na co najmniej osiem stóp. Plan labiryntu wyświetlił się przed oczami na dziesięć sekund. Niestety, znowu podwójny. Z pokrywających się obrazów zdołała wywnioskować tylko tyle, że cel znajduje się przed nią i w prawo. Zapamiętała kierunek, w którym padały cienie, i ruszyła.

No i się zaczęło! Jeden labirynt widziała normalnie, ale drugi reagował z opóźnieniem na ruchy głowy. Pal diabli, że nigdy nie była pewna, czy to ściana, czy przejście. Jeszcze nikt nie podrapał sobie twarzy o wirtualny żywopłot. Ale błędnik nie wytrzymał sprzecznych danych. Do wszystkich problemów dołączyły jeszcze mdłości. Coraz gorsze.

 

***

 

Pielęgniarka podeszła do wanny, w której dziewczyna skończyła test i wracała do rzeczywistości. Pomogła jej wyjść, zdjęła gogle, odpięła maskę z aparatem oddechowym. Aż się wzdrygnęła, kiedy zobaczyła kolor skóry egzaminowanej kobiety.

– Wszystko w porządku? Jak się pani czuje?

– Łazie…?

Nastolatka urwała i zakryła sobie usta, ale sens pytania był oczywisty. Pielęgniarka machnięciem wskazała kierunek, dziewczyna pobiegła, zostawiając ślady żółtawego żelu na szarych kafelkach. Zaskakująco dobrze radziła sobie ruchowo – dzieciaki po pierwszym kontakcie z pełnym wirtualem zazwyczaj były zdezorientowane, nie do końca panowały nad mięśniami.

Kiedy osiemnastolatka wyszła wreszcie z łazienki – blada, ale przynajmniej już nie zielona – pielęgniarka czekała pod drzwiami, wypełniając jednocześnie formularz.

– Jak się pani czuje – szybkie zerknięcie na trzymaną kartkę – pani Roksano?

– Już lepiej. O, mój Boże! To było okropne! Wszystko widziałam podwójnie! A w labiryncie na orientację te dwa widoki się rozjeżdżały, aż mnie zemdliło. Na pewno wypadłam fatalnie!

Pielęgniarka zastanowiła się. To nie pierwsza maturzystka, która próbowała zwalić kiepskie wyniki na błędy w programie. Ale dziewczyna naprawdę wyszła z wanny zielona. Odgłosy wymiotowania również brzmiały autentycznie. Może jakaś alergia na wirtuodrynę? Trzeba będzie wspomnieć o tym szefowej.

– Niech się pani nie przejmuje na zapas. Jeżeli uzna pani, że wyniki egzaminu nie odpowiadają rzeczywistości, może się pani odwoływać, ale jeszcze nie słyszałam, żeby kiedykolwiek rozpatrzono zażalenie pozytywnie. Jeśli nie ufa pani mięśniom, proszę usiąść na ławeczce i przeczekać. Potem pod prysznic; za tymi niebieskimi drzwiami. Za prysznicami są szatnie. Kombinezon proszę wrzucić do zielonego pojemnika z napisem „do dezynfekcji”. Wirtuodryna może zostać w pani krwiobiegu do dwudziestu czterech godzin. Po wyjściu z szatni dostanie pani ulotkę o postępowaniu w razie trafienia w zasięg wirtualnych reklam. Proszę ją przeczytać, zanim opuści pani budynek Centrum Maturalnego. A teraz przepraszam, muszę się zająć następną zdającą.

Rzeczywiście, z czwartej wanny po lewej ktoś zaczął się wynurzać. Nie była to żadna z koleżanek Roksany, więc dziewczyna poszła wziąć prysznic.

 

***

 

Po wyniki poszły we trzy: Roksana, Doris i Hannah. Po pobieżnym skanie DNA każda odebrała wydruk i zaczęła w pośpiechu rozrywać kopertę.

Roksana tylko rzuciła okiem na wytłuszczoną liczbę na górze strony i nogi się pod nią ugięły. Żegnajcie, szanse na studia, choćby zaoczne! Koniec z marzeniami o wyrwaniu się z biedy, o porządnej, stałej pracy, o chłopakach na poziomie… Żeby chociaż brakowało jej odrobiny do 150 punktów wymaganych przez uczelnie… Ale nie, uzbierała raptem 78,6! To wszystko przez awarię, tylko jak zdoła to udowodnić?

Doris pierwsza zauważyła, że z przyjaciółką dzieje się coś niedobrego.

– Roxy, wszystko OK?

Roksana bez słowa podała jej kartkę.

– O, słodki Jezu! Siedemdziesiąt osiem?! To niemożliwe! Gdybyś naprawdę była taka głupia, nie potrafiłabyś jednocześnie wchodzić po schodach i rozmawiać!

– Mówiłam wam, że przy moim egzaminie coś dziwnego działo się z systemem…

– Musisz się odwoływać albo coś – zawyrokowała Hannah. – Nie możesz tego tak zostawić, tu chodzi o twoją przyszłość, całe życie. Walcz!

Doris energicznie pokiwała głową, wywołując burzę złotych loków.

– Nie, to nic nie da…

– Oszalałaś? Nie masz innego wyjścia!

Roksana miała ważny powód, ale za żadne skarby nie zdradziłaby go koleżankom. Otóż, od dawna miała coś nie tak z głową. Kiedy była mała, a mama pracowała jeszcze w hotelu, co zapewniało przyzwoite ubezpieczenie, Roksana regularnie chodziła na wizyty do psychiatry, miłej kobiety, która opowiadała wesołe historyjki i nigdy się nie gniewała. Ale potem wybudowano obwodnicę, ruch spadł drastycznie i hotelik upadł razem z innymi okolicznymi firmami. Mama już nigdy nie podłapała równie dobrej roboty i tylko codziennie powtarzała córce, jak ważne jest wykształcenie. A mała Roxy musiała jakoś sama nauczyć się żyć z dziwacznymi widziadłami natrętnie domagającymi się jej uwagi. Pewnie dlatego egzamin wypadł fatalnie, ale to smutna prawda. Na nic lepszego nie zasługiwała. Ale przecież nie mogła o tym nikomu powiedzieć!

– Pielęgniarka mówiła, że nigdy nie uwzględniają reklamacji – szepnęła, a potem przestała powstrzymywać łzy.

Doris ją przytuliła i zaprowadziła do najbliższej ławki. Roksana miała przerąbane, ale dotyk ciepłego, miękkiego ciała jakoś zmniejszał twardość wyroków losu. W tym czasie Hannah podała im paczkę chusteczek i wróciła po kartkę upuszczoną w zamieszaniu.

– Ej, czytałyście rekomendacje?

Centrum Maturalne zazwyczaj sugerowało kierunki studiów optymalne dla danej osoby albo kierowało na staż w wybranej branży.

– Co napisali? – spytała Doris.

– Absolwentce Roksanie… bla, bla, bla… proponuje się miesięczny staż w VIRTUe. Data rozpoczęcia stażu: pierwszy li…

– VIRTUe?! – krzyknęła Doris. – To VIRTUe? Potentat na rynku gier wirtualnych? Ludzie, którzy wypuścili „Baśniowe księżniczki”?

Roksana nadal szlochała, ale chyba usłyszała nowinę, bo twarz jakby jej pojaśniała.

– I „MarsTerraForm” – potwierdziła Hannah. – Właśnie to VIRTUe.

– To twoja jedyna szansa, Roxy. Musisz tam wyrwać jakiegoś faceta.

– Plan „Kopciuszek”? – zaśmiała się Hannah. – To ma sens… Do stażu jeszcze trzy tygodnie. Dam ci mój karnet na fitness. Zrobię z ciebie modelkę!

– A ja pożyczę ci kosmetyki. I najseksowniejsze ciuchy. Jeśli zajdziesz w ciążę z którymś z tych obrzydliwie bogatych menadżerów, będziesz ustawiona do końca życia.

– Na mnie nie będą tak dobrze leżeć – chlipnęła Roksana. – Mam za małe cycki.

– Kochana, cycki to jeszcze nie cała kobieta. Strategicznie umieszczona falbanka działa cuda. Mam taką jedną bluzkę… Mój Robercik dostaje szału, kiedy ją założę, chociaż zapina się pod samą szyję. Ty za to masz pięknie zaokrąglone biodra, wyeksponujemy je odpowiednio. Tylko uważaj, żeby Hannah nie wypaliła z ciebie całej tkanki tłuszczowej. Faceci wcale nie lubią szkieletów. Kulturystek też nie. A właśnie, gdzie ona się podziała?

Hannah wróciła po dłuższej chwili.

– Dowiedziałam się, jak złożyć odwołanie. Tu masz link do pobrania formularza. Wypełnij i idziemy ćwiczyć.

 

***

 

– Witamy w VIRTUe! – Kobieta w granatowym żakiecie uśmiechnęła się promiennie. – Mów mi Faery. Jestem asystentką prezesa Knyazevicha. W ramach stażu będziesz wykonywać polecenia bezpośrednio pana prezesa albo moje. Za ten miesiąc otrzymasz wynagrodzenie według stawki dla niewykwalifikowanych pracowników. Jeśli będziemy zadowoleni, podpiszemy z tobą kontrakt. A jeśli naprawdę nas zachwycisz, możesz liczyć na różne bonusy. Masz jakieś pytania?

Roksana potrząsnęła głową. Wciąż nie mogła uwierzyć, że znalazła się w tej bogatej firmie, gdzie każda powierzchnia błyszczała od ciągłego pucowania albo elektroniki, w powietrzu unosił się zapach drogich perfum, a po pomieszczeniach kręcili się zaaferowani mężczyźni w doskonale skrojonych garniturach.

– W takim razie oprowadzę cię po budynku. Pana prezesa poznasz później. Chodź za mną.

Faery odsunęła się od biurka zawalonego komputerem z ogromnym monitorem i podeszła do drzwi, które zniknęły w ścianie, zanim na dobre się zbliżyła.

 

W Faery kłębiły się mieszane uczucia do stażystki. Z jednej strony, rodzice skrzywdzili dziewczynę już samym imieniem. Roksana! Aż krzyczało, że jego nosicielka pochodzi ze slumsów. W kuchence zachowywała się jak dzikus na widok odzieży zmieniającej barwy – najpierw zdawała się obwąchiwać urządzenie, dopiero potem nieufnie dotykała jednym palcem. Ale czyścić ekspres do kawy nauczyła się szybko i robiła to dokładnie. Niechętnie chodziła do firmowego bufetu i kafejki, jeśli już nie mogła się wymigać od lunchu w którymś z tych miejsc, kupowała malutką buteleczkę mineralnej. Jadła kanapki przywiezione z domu. Ewidentnie bieda w jej rodzinie aż piszczała. Jeżeli w ogóle wychowywała się w rodzinie – nie opowiadała nic o sobie ani domu.

Faery pewnie nawet współczułaby Roksanie, gdyby ta nie zachowywała się jak tania dziwka. Nosiła krzykliwy makijaż, chociaż najwyraźniej nie miała wprawy w jego robieniu. Ubierała się wyzywająco, a na domiar złego ciuchy na nią nie pasowały. Jakby pożyczyła je od starszej siostry pracującej pod latarnią. Tanie łachy ze sztucznych włókien w jaskrawych kolorach, ze szczególnym uwzględnieniem pąsowego, przy którym jej skóra nabierała szarawego odcienia.

Na widok każdego mężczyzny – czy to prezesa, czy jego kierowcy – szczerzyła zęby. To mogłoby dodać jej uroku, gdyby ze cztery lata temu zaczęła nosić aparat korekcyjny. Wyglądała czasami żałośnie, a czasami żenująco.

 

***

 

Knyazevich wyskoczył z gabinetu z nietypowym dla siebie pośpiechem. Zazwyczaj prezes, jak lubił powtarzać, „najpiękniejszego kryształu w Dolinie Krzemowej” poruszał się z godnością. Ale nie wtedy, kiedy chodziło o półmiliardowy kontrakt z Pentagonem na symulacje do szkolenia żołnierzy.

– Zlokalizuj mi Grafsona! – krzyknął do Faery. – Natychmiast!

Asystentka zaczęła wymachiwać rękoma nad wirtualnym komputerem.

– Jest w budynku D! – Spojrzała na szefa spłoszonym wzrokiem.

– Kurrr…! – Knyazevich trzasnął pięścią w futrynę.

Budynek D stanowił labirynt większych i jeszcze większych hal. Wykorzystywano go do testowania środowisk i postaci w grach wirtualnych. Osoby tam przebywające na ogół nie nosiły żadnych komunikatorów, bo tylko by przeszkadzały. Sygnał telefonu w środku bitwy orka z elfem straszliwie dekoncentrował i wyrywał z zanurzenia w pseudośredniowiecznych realiach.

– Biegnij po niego! – Prezesowi naprawdę zależało na ściągnięciu Grafsona.

Faery posłusznie się zerwała, ale po chwili opadła z powrotem na fotel.

– Nie mogę! Mam we krwi wirtuodrynę do tego… – Bezradnie wskazała na komputer.

Futryna zainkasowała kolejny cios. Faktycznie, od czterech tygodni w sekretariacie prezesa sprawdzano, czy komputery wirtualne byłyby udaną inwestycją. Każdy użytkownik brał niewielką dawkę spersonalizowanej wirtuodryny. Dzięki temu tylko on widział, co dzieje się na monitorze. Koniec ze szpiegostwem przemysłowym! A i konfigurowanie sprzętu znacząco się uprościło. Knyazevicha ciągle jeszcze bawiło patrzenie, jak pracownicy wymachują dziko rękoma nad niemal pustymi biurkami albo z ogromnym skupieniem bębnią palcami w poduszki w kształcie klina leżące na blatach.

Ale nie można było wymagać od takiego podwładnego, żeby wszedł do budynku D. Tam zainstalowano naprawdę potężne emitery, działające na wszystkie zmysły. Wirtuodryna otwierała mózg na symulacje. Pół biedy ze słabymi reklamami wypuszczającymi tylko wirtualne światło i dźwięk przy co bardziej ruchliwych punktach w mieście – prawie każdy dorosły już się do nich przyzwyczaił. W budynku D testowano arcydzieła wymagające od użytkownika kombinezonu i wanny z żelem, aby nie zrobił sobie krzywdy. Tutaj mózgi atakowało pełne spektrum doznań, z temperaturą i wrażeniem nacisku lub przeciążenia włącznie. Ba, VIRTUe nie zaniedbało również szalenie lukratywnej gałęzi, jaką stanowiła erotyka.

Ale nagła zmiana otoczenia, bez historii wstępnej, zagrażała psychice. Zdarzały się nawet przypadki szaleństwa przy zbyt szybkim przejściu od jednego środowiska do drugiego. Poprzednik Knyazevicha kiedyś wyszedł z lasu pełnego łuczników Robin Hooda i trafił w środek bitwy kosmicznej. Z wrażenia prawie się udusił, a niedotlenienie nieodwracalnie uszkodziło mu mózg. Teraz biedaka nawet nie zapraszano na narady zarządu, chociaż posiadał trzy procent akcji – i tak nie miał nic rozsądnego do powiedzenia, a jako ponure memento rozstrajał zebranych.

Ale ktoś musiał sprowadzić Grafsona i to szybko.

– Stażystka! – Faery znalazła rozwiązanie. – Roksana!

Z kuchenki wysunęła się głowa.

– Dzień dobry, panie prezesie. Wołałaś mnie?

– Brałaś ostatnio wirtuodrynę?

Roksana zaprzeczyła.

– Pójdziesz po Grafsona – orzekł Knyazevich. – Ma tu być najdalej za piętnaście minut. – Prezes uznał, że problem został rozwiązany i wycofał się do gabinetu.

– Jest w budynku D, na poziomie niebieskim. Już nadaję ci uprawnienia do wejścia…

Roksanie rozbłysły oczy. Budynek D! Dotychczas nie pozwolono jej tam wejść. Tajemnica, wstęp wzbroniony… A ten cały Grafson musiał być jakąś szychą. Bogatą. Dziewczyna przygryzła wargi, żeby zaczerwieniły się uwodzicielsko.

– Grafson nie będzie mógł sam iść przez budynek – tłumaczyła Faery. – Wsadzisz go na wózek inwalidzki i założysz na oczy opaskę. Zresztą, zna procedury, sam ci pokaże, gdzie co jest.

 

Strażnik przy wejściu nie robił problemów. Drzwi, dotknięte kciukiem, też nie, dopiero winda sprawiła drobny kłopot – wskaźnik świadczył, że stoi gdzieś wysoko, więc Roksana, pamiętając o konieczności pośpiechu, zdecydowała się na schody.

Błękitne światło przesączające się spod drzwi sugerowało, że to właściwe piętro. Roksana nacisnęła klamkę i znalazła się w hali większej niż mieszkanie matki i trzech sąsiadów razem. Udekorowano ją delikatnymi roślinami, które gięły się w ledwo odczuwalnych powiewach, i kolorowymi rzeźbami krzewów oraz poroży jakichś zwierząt. Na środku pomieszczenia stała kobieta i przyglądała się rybom w olbrzymim akwarium zbudowanym tak sprytnie, że w ogóle nie było widać ścianek. Jak niemal wszystkie pracownice VIRTUe, nosiła spódniczkę za kolano. Doris mówiła, że pewnie mają cellulit i rozstępy. Chyba się nie myliła, w końcu prawie każda baba tutaj miała ponad trzydziestkę, a w tym wieku trudno już sprawiać wrażenie młodej.

Kobieta była tak pogrążona w kontemplacji ryb, że nie reagowała na wołania ani machanie. A w hali panowała nieznośna duchota. Powietrze wydawało się aż gęste. Po kilku krokach Roksana spływała potem i czuła się zmęczona, jak po biegu na WF-ie. Top kleił się do ciała. Tępe babsko odezwało się dopiero, kiedy stanęła obok i dotknęła jej ręki.

– Szukam Grafsona.

– Tu go nie ma.

– Ale to poziom niebieski?

– Zielony. – Popatrzyła na Roksanę jak na idiotkę. – Niebieski jest piętro wyżej.

Dziewczyna wzruszyła ramionami i pobrnęła z powrotem. Co za kretyn urządził poziom zielony tak, żeby nic tu nie było zielone? Nawet rośliny w dziwnym błękitnym świetle wyglądały na czerwone i brązowe.

 

Poziom niebieski pachniał piwnicą – wilgocią i stęchlizną. Z domieszką rozgrzanych kamieni. Tu już dekorator wnętrz naprawdę poszalał. Po wyjściu z klatki schodowej Roksana znalazła się w krętym korytarzu udającym jaskinię. Nawet oświetlenie perfekcyjnie dostosowano do koncepcji – kinkiety wyglądały jak pochodnie poumieszczane co kilka stóp w żelaznych uchwytach na ścianach. Najbliższa kopciła.

Gdzie szukać Grafsona? Z prawej dobiegał odgłos kapiącej wody. Stażystka zrobiła trzy kroki, po czym stanęła jak wryta – w migotliwym świetle błysnęły nici ogromnej pajęczyny rozsnutej na całej szerokości jaskini. W centrum sieci tkwił biały pająk z odwłokiem wielkim jak czereśnia. Czyli w lewo.

Po kilku zakrętach zaczęły się urozmaicenia: jaskinia się rozgałęziała.

– Halo! Panie Grafson! – wrzasnęła ile sił w płucach Roksana.

Zdawało jej się, że z drugiej odnogi dobiega jakiś dźwięk, więc skręciła w tę stronę. Jeszcze trzy razy na rozwidleniach powtórzyła tę operację, zanim przemknęła jej przez głowę myśl, że może nie znaleźć wyjścia. Dziewczyna nie zdążyła się tym przejąć, bo za piątym razem domniemany Grafson zaryczał. Roksana zwolniła, na wszelki wypadek przytuliła się do zimnej, wilgotnej i chropowatej ściany. Wyjrzała ostrożnie zza zakrętu i zobaczyła smoka. Wielkiego, czerwonego, z ogromnymi wypukłymi oczyma w kształcie kropli i rzędem sierpowato wygiętych szpikulców na łbie. Z zaskoczenia pisnęła. Cichutko, ale potwór usłyszał i spojrzał prosto na nią.

Rzuciła się do ucieczki. Pierwsze rozwidlenie. Wybrała najwęższą odnogę, może bydlę się nie zmieści. Sądząc po niesłabnącym ryku i ziemi drgającej w rytm susów – jednak się zmieściło. Pędziła, bojąc się obejrzeć. Kolejne rozgałęzienie. Potknęła się i rozcięła kolano. Wstała i pognała dalej.

Wreszcie znalazła się w ślepej niszy. Przez chwilę pocieszała się, że smok nie przeciśnie się przez dwustopowe przejście. Niestety, nie musiał. Posłał do środka strugę płomienia. Roksana wtuliła się w ścianę. Serce tłukło o żebra jak szalone. To koniec. Wprawdzie ogień nie sięgał jej bezpośrednio, ale zaraz się tu upiecze. Już nie było czym oddychać. Ostatni rzut oka na grobowiec. Czyżby? Tak! W blasku płomieni wypatrzyła tunel. Wąski, musiałaby poruszać się na czworakach, ale nie miała wyboru.

Po kilku minutach znalazła się na korytarzu, którym wcześniej pędziła. Smok ciągle warował przy wejściu do zaułka. Dziewczyna na palcach poszła w przeciwną stronę. Cała dygotała. Jeśli gad przestanie porykiwać, usłyszy jej chrapliwy oddech. Przykucnęła za skrzynią pełną skarbów. Sznury pereł i złote monety zdawały się świecić własnym żółtawym blaskiem, ale Roksana ledwie rzuciła na nie okiem. Kufer był bezcenny ze względu na ochronę, jaką dawał, a nie zawartość. Przycisnęła prawą dłoń do mostka, coś ją bolało w środku, opuściła powieki.

Nagle uświadomiła sobie, że pod palcami lewej ręki ma gładką futrynę. Przed chwilą oczy widziały kamienną ścianę, teraz skóra czuła plastik. Na dodatek dziwacznie – jakby przez warstwę lodowatej wody. Albo skały. Odkryła, że po otwarciu oczu wrażenie plastiku znikało, a kamień stawał się nieprzenikniony.

 

***

 

Kiedy Knyazevich wytknął głowę z gabinetu, Faery od razu zobaczyła, że jest nieziemsko wściekły. Jako doświadczony biznesmen, który wypił niejeden dzbanek kawy przy stole negocjacyjnym, doskonale panował nad mięśniami twarzy. Ale trupia bladość w połączeniu z ceglastymi rumieńcami na policzkach mówiła wszystko.

– Jak ta idiotka wreszcie wróci, powiedz jej, że ma się natychmiast wynosić. Nie chcę jej tu więcej widzieć!

Faery tylko pokiwała głową, bojąc się odezwać, żeby nie sprowokować wybuchu.

 

***

 

Roksana zerknęła, co robi smok. Ciągle próbował wepchnąć się do niszy, w której zniknęła jego ofiara. Zamknęła oczy i obmacywała ścianę w poszukiwaniu drzwi przynależnych do futryny. Były tam, upragnione i zwyczajne, ale za skrzynią. Z całej siły naparła na kufer. Czy da radę przesunąć pięćdziesiąt galonów złota i drogich kamieni? Wyłożyła się jak długa. Skarb po prostu zniknął, jakby rozpłynął się w powietrzu. Ale przecież był tu jeszcze przed sekundą! Roksana czuła pod palcami żelazne okucia i słoje drewna! Nieważne, teraz mogła już otworzyć drzwi do normalnego świata.

Za nimi znajdowała się cudownie pospolita łazienka. Męska, sądząc po pisuarze, ale pusta i dająca się zamknąć od środka. Co bardzo się przydało, kiedy Roksana przejrzała się w lustrze nad umywalką. Posiniaczone i zakrwawione kolana to drobiazg, ale ze wstydem odkryła, że podczas ucieczki przed smokiem zasikała spodnie. Piękne, czerwone szorty pożyczone od Doris.

Przeprała majtki i spodenki, starła krew z nóg, umyła się. Przy wydatnej pomocy ręczników papierowych wyżęła bieliznę najlepiej, jak umiała, i założyła z powrotem. Z szortami podeszła do suszarki do rąk, jednak cofnęła się w ostatniej chwili. A jeśli hałas dmuchawy zwabi potwora? Ale skoro kufer ze skarbem zniknął, to czy smok jest prawdziwy? Czy raczej zwariowała do reszty i halucynacje zaatakowały z niespotykaną dotychczas mocą?

Musiała się przekonać.

Rozwiesiła szorty na drzwiach od kabiny, zdjęła sandałki na kaczuszce i zgniotła kilka ręczników w kulki. Wychodząc z łazienki, zablokowała drzwi rolką papieru toaletowego.

Smok chyba spał z nosem przy niszy, do której mu uciekła. Roksana pocieszyła się, że w razie czego zdąży odbiec, zanim gad obróci się w ciasnym korytarzu. Od tyłu przypominał hologram dinozaura oglądany kiedyś w muzeum podczas wycieczki szkolnej – długi na kilkanaście stóp, szczupły, ale groźny i zwinny drapieżnik. Rząd kolców ciągnął się wzdłuż całego kręgosłupa. Tylko błoniaste skrzydła, teraz złożone, odróżniały go od prehistorycznego stworzenia. I krwistoczerwony kolor.

Dziewczyna podkradła się i rzuciła papierową kulką. Niestety, zbyt lekki pocisk rozwinął się i nie dotarł do celu. Klnąc w myślach, wróciła do zbawczej łazienki, namoczyła ręczniki i jeszcze raz zbliżyła do potwora.

Teraz kapiąca kulka odbiła się od ogona i upadła między Roksaną a smokiem. Podobnie zachowały się trzy następne. Ale czy na pewno? Bestia nawet nie drgnęła, więc dziewczyna postanowiła zaryzykować. Najbliższy pocisk wylądował około siedmiu stóp dalej. Wstrzymała oddech i cichutko się zbliżyła. Zamknęła oczy, nakryła ręcznik dłonią. Pod palcami poczuła tylko podłogę, gładką i suchą.

Nie troszcząc się dłużej nieistniejącym smokiem, poszła do łazienki. Zasikała pożyczone szorty z powodu halucynacji! Po prostu wspaniale! Usiadła na sedesie i zalała się łzami.

 

***

 

Grafson przyszedł do sekretariatu prezesa dopiero, gdy dzień pracy zbliżał się do końca.

– Znalazłem na biurku kartkę, że chcesz się ze mną widzieć…

– Potrzebowałem cię, ale cztery godziny temu! – warknął Knyazevich. – Pentagon dzwonił, chciał rozmawiać o symulacjach. Musiałem ściemniać, że masz sraczkę. Bądź tu jutro rano i pamiętaj, żeby nie kwitnąć zdrowiem.

– OK, nie ma problemu. Chciałem ci coś pokazać…

Grafson wyciągnął stary, w pełni materialny tablet i odpalił filmik.

– Kiedy wychodziłem z D, ochroniarze się z tego zaśmiewali.

Na ekranie Roksana w majtkach w zielone kwiatki skradała się po hali i rzucała papierowymi kulkami w niewidzialne cele. Prezes zarechotał. Nawet Faery się uśmiechnęła, chociaż w dwóch samcach oglądających półnagą nastolatkę nieświadomą, że śledzą ją obiektywy kamer, było coś obrzydliwego, graniczącego z molestowaniem. Ale co tej smarkuli strzeliło do łba, żeby z niemal gołym tyłkiem latać po firmie?

– A teraz zobaczcie to… – powiedział Grafson. – Nałożyłem na dziewczynę zapis gry, nad którą pracowałem. Klasyka; nibyśredniowieczne fantasy; smoki, krasnoludy, gobliny, miecze, magiczne pierścienie…

I nagle kwieciste majtki Roksany straciły znaczenie.

– Ja pierrr… – Knyazevichowi opadła szczęka. – Ona widzi tego smoka!

– A smok widzi ją – zgodził się Grafson. – Gra reaguje na tę dziewczynę, jakby laska była napakowana wirtuodryną po uszy!

– To dlaczego, kretynka jedna, nie przyznała się, że brała? – Prezes przypomniał sobie o zagrożonym kontrakcie i złość na stażystkę odżyła.

Grafson pokręcił głową.

– Wcale nie. Sprawdziłem odczyty z bramki przy wejściu do D, bo przecież alarm powinien się uruchomić przy takim poziomie… Kiedy ta dziewczyna wchodziła i wychodziła, miała okrąglutkie zero w wydychanym powietrzu. Ale bramka działa. Mnie na wyjściu pokazała prawie pięć i pół jednostki.

– Przecież to niemożliwe! – wybuchnął Knyazevich.

– Czekajcie, czekajcie… – zastanawiała się Faery. – Tak sobie myślę… Kiedy pracuję przy wirtualnym kompie – machnęła ręką w stronę biurka – a ktoś chce mi coś podać, prawie zawsze wkłada łapę w monitor. Wiecie, on jest bardzo duży, trudno go ominąć, jeśli się go nie widzi. Ale Roksana nigdy o niego nawet nie zahaczyła… O, mój Boże! – Z przestrachem zasłoniła usta. – I my wysłaliśmy tę biedną dziewczynę do budynku D?!

– Ona widzi nie swoje wirtualne komputery?! – Knyazevich potarł policzek. – Ale jakim cudem?!

Do sekretariatu zajrzał ochroniarz.

– Poczta dla stażystki! Kurier przywiózł po południu.

Podał przesyłkę Faery i wyszedł.

– Co to jest? – zainteresował się prezes.

– Pismo z Centrum Maturalnego. Na wyniki egzaminów już trochę za późno, więc to musi być jakaś inna sprawa…

– Jeśli dziewczyna widzi wirtual bez chemii, to jestem cholernie ciekawy, jak wyglądał jej egzamin – wymamrotał Grafson. – Może powtarzała?

– Faery, ściągnij mi tu jakiegoś informatyka – zażądał Knyazevich.

 

Po kilku minutach informatyk Ralf obracał w dłoniach kopertę.

– Szefie, ale to list z urzędu. Oficjalny…

– Jeśli nie potrafisz otworzyć urzędowej przesyłki, to nie jesteś wart forsy, którą ci płacę.

– Eeee, nie no, jasne, że potrafię. Przydałoby mi się DNA tej dziewczyny.

Faery z kwaśną miną zaprowadziła chłopaka do kuchni, wskazała filiżankę z resztką kawy.

Nie minął kwadrans, nim informatyk przełamał wszystkie zabezpieczenia. Podał kartkę asystentce, która zaczęła czytać:

– W związku z odwołaniem od wyniku egzaminu maturalnego, data wpływu do tut…

– Faery, pomijaj urzędniczy bełkot, szkoda czasu.

– Dyrektor Centrum Maturalnego informuje, iż przeanalizowano… Zachodzi podejrzenie, że Pani organizm w nietypowy sposób reaguje na wirtuodrynę. Proszę w ciągu dwóch tygodni od otrzymania niniejszej odpowiedzi skontaktować się z lekarzem… Po wykonaniu niezbędnych badań Centrum ustali, w jakiej formie należy przeprowadzić egzamin maturalny…

– Rewelacja! Nie możemy przepuścić takiej szansy – ucieszył się prezes. – Faery, zadzwoń do tej dziewczyny i przekaż, że jutro normalnie wraca do pracy. Powiedz, że byłem na nią wściekły, ale już mi przeszło. – Patrząc, jak asystentka wybiera numer, zwrócił się do informatyka: – A ty, chłopcze… Jak się właściwie nazywasz?

– Ralf Jiang, szefie.

– Ralf, zaczniesz od napisania programu dla wirtualnych komputerów, który będzie włączał wygaszacz ekranu, gdy tylko do pomieszczenia wejdzie Roksana albo ktoś spoza firmy. Zrozumiałeś?

– Jasne, szefie.

– To priorytet, przekaż komuś wszystkie swoje obowiązki. Potem zajmiesz się czymś, co będzie wyłapywało ludzi podobnych do tej małej. Symulacja wielkiej kałuży błota tuż przy drzwiach, gołąb przelatujący przed twarzą… Coś, na co każdy odruchowo zareaguje, ale co go nie zdziwi. Trzeba to będzie często zmieniać, dostosowywać do okoliczności… Grafson pomoże ci z wirtualem. Dobierz sobie ze dwóch, trzech ludzi, zostaniesz kierownikiem tego zespołu. Podlegasz bezpośrednio pode mnie. I nikomu spoza naszej czwórki ani słowa na temat zdolności tej dziewczyny. Wyrażam się jasno?

– Bardzo jasno.

– W takim razie nie zatrzymuję cię dłużej, zacznij pisać program. Grafson, widzimy się jutro. – Widząc, że za mężczyznami zamknęły się drzwi, a Faery skończyła rozmawiać, Knyazevich spojrzał na nią pytająco. – I co powiedziała?

– Ucieszyła się. Bardzo przeprasza. Nie wspomniała ani słowem, że smok ją gonił. Pewnie sądzi, że zwariowała, biedactwo, i woli to ukrywać…

– I bardzo dobrze. Jak jej się skończy staż, zostanie moją asystentką, będzie ze mną wszędzie jeździć i podglądać, co się dzieje w wirtualu u rywali. Zorganizuj jej kursy szybkiego czytania, zapamiętywania, wszystkiego, co może się przydać przy szpiegowaniu. I nie oszczędzaj na jej płacy. Służbowe mieszkanie w pobliżu, samochód. W razie potrzeby razem z szoferem. Jeśli konkurencja podkupi tę dziewczynę, to ty wylatujesz następnego dnia. Jeśli ta… jak jej tam… Roksana będzie chciała diamentową biżuterię w ramach kwartalnej premii, to nie skąp. Zresztą, pewnie wystarczyłaby szklana, mała ma gust jak sroka. A, właśnie… Zapamiętasz wszystko?

Faery w pierwszym odruchu złapała wirtualną myszkę, ale po chwili wyjęła z szuflady papierowy notatnik. Prezes chrząknął z aprobatą i ciągnął:

– Zrób coś z jej makijażem i ubraniami, bo w branży pójdą plotki, że mam romans z kurewką. Cholera, dobrze byłoby ją jakoś mocniej związać z nami. Kasę da jej każdy… Wiem! – Klasnął i podniósł palec wskazujący. – Niech jej twarz dostanie któraś bohaterka gry. Zaaranżuj przypadkowe spotkanie z Eddiem pod koniec jej stażu. Rozumiesz, niech uda, że całymi latami szukał takiej aktorki… Większość wynagrodzenia dziewczyna ma dostać w postaci gaży, asystentura tylko na dodatek. I przy okazji zmienicie jej image. Jeśli Eddie tak zdecyduje, to nawet operacją plastyczną.

Zadowolony z siebie Knyazevich zrobił dwa kroki w stronę gabinetu, zatrzymał się i odwrócił.

– Jeszcze jedno, na później, za rok czy pół. Dowiedz się, jaki jest jej ideał mężczyzny i wynajmij kogoś w tym typie, niech zrobi dziewczynie jak najwięcej dzieci. Dopilnuj, żeby w umowie miała zagwarantowany świetny socjal. Wiesz, urlopy macierzyńskie, opieka medyczna, firmowy żłobek, przedszkole. Chcę od początku mieć kontrolę nad jej genami.

Faery, kiwając posłusznie głową, postawiła ostatnią kropkę.

– A jak wytłumaczymy Roksanie, że otworzyliśmy list do niej?

– Nijak. – Prezes wsunął pismo w szczelinę niszczarki. – Nie chcemy, aby ktokolwiek się o tym dowiedział, z małą włącznie. Nie możemy dopuścić, żeby jakiś doktorek opisał ten przypadek w pisemku medycznym. Przekaż Ralfowi, że ma usunąć wszelkie elektroniczne ślady tej przesyłki.

Koniec

Komentarze

Niezłe, ma dziewczyna fuksa i praca marzeń, i o księcia zadbają ;) Chociaż nie wiem, czy by mi się to podobało. W końcu robią ją w bambuko, ktoś będzie decydował o całym jej życiu i nie zmienia tego nawet fakt, że będzie to życie księżniczki. Ale może taka jest po prostu cena za bycie księżniczką ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzięki, Irko. :-)

No, właśnie chciałam, żeby ten fuks był mocno dyskusyjny. Z jednej strony – ma niezwykły talent, ale przez tę niezwykłość cierpi w dzieciństwie. Z drugiej – dobry książę daje jej spełnienie wielu marzeń, ale ukrywa prawdę, do której ma wszelkie prawo.

To prawda, że bycie księżniczką ma swoją cenę, niekiedy cholernie wysoką.

Babska logika rządzi!

A dla nieprzygotowanej dziewczyny z nieodpowiedniej dzielnicy jeszcze wyższą. Poza tym zawsze już będzie myślała, że ma coś z głową. Chociaż, z drugiej strony, może z czasem się wyrobi, może nawet w jakiś sposób dowie się, jak ją załatwiono, a wtedy biada prezesowi ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

No, gdyby się dowiedziała, to byłby interesujący dylemat moralny – czy rzucić się z kłami i pazurami na rękę, która od dłuższego czasu nieźle karmiła.

Właśnie, dla mnie brak zaufania do własnego mózgu byłby masakryczny.

Mam nadzieję, że jak Roksana już zacznie pracować, to zorientuje się, że nie wszyscy widzą to samo, co ona, ale to żadne szaleństwo.

Babska logika rządzi!

Właśnie, dla mnie brak zaufania do własnego mózgu byłby masakryczny.

Dla mnie też.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

To najcenniejsze, co mam. Cholera, ja to mózg!

Babska logika rządzi!

Raczej to, co w nim jest :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nie da się oddzielić. Póki co. :-)

Babska logika rządzi!

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Dziękuję, Jurorko Tarnino. :-)

Lalunia, uważaj, bo Ci się płaszczyk zajmie od tych świeczek. ;-)

Babska logika rządzi!

Długi tekst, ale czyta się go błyskawicznie, szczególnie część z wizytą w bloku D. Bardzo fajna opowieść, chociaż nie do końca podobało mi się potraktowanie dziewczyny przez szefa firmy (zgadzam się z tym, co napisała Irka).

W pomysłowy sposób podeszłaś do tematu konkursu, zbudowałaś cały alternatywny świat. Zgłaszam opowiadanie do wątku bibliotecznego.

Dzięki, ANDO. :-)

Potraktowanie dziewczyny nie miało się podobać. No, co najwyżej literacko. Chciałam podejść do konkursowego schematu w nietypowy sposób, żeby każdy się zastanowił, czy chciałby być uszczęśliwiony taką metodą.

Fajnie, że szybko się czyta.

Babska logika rządzi!

Cześć.

 

Chyba sam uległem rozdwojeniu wzroku, gdyż to:

 

muszę się zająć następną zdającą.

przeczytałem, jako: muszę się zająć następnym zdrajcą.

Siła sugestii :P

 

Strażnik przy wejściu nie robił problemów. Drzwi, dotknięte kciukiem, też nie. dopiero winda sprawiła drobny kłopot

Wielka litera się zjadła :)

 

Z prawej dobiegał odgłos kapiącej wody. Stażystka zrobiła trzy kroki, po czym stanęła jak wryta – w migotliwym świetle błysnęły nici ogromnej pajęczyny rozsnutej na całej szerokości jaskini. W centrum sieci siedział biały pająk z odwłokiem wielkim jak czereśnia. Czyli w lewo.

To takie kobiece :D

Mężczyzna złapałby pierwszy lepszy miecz (albo krzesło) i z dzikim rykiem rzuciłby się na pająka, po czym poległby z dumą :D

 

Bardzo przypadło mi to opowiadanie do gustu.

Opisywany przez Ciebie świat jest kompletny, mimo, że to tylko 30 k znaków. Jestem w stanie wyobrazić sobie wszystko inne wokół.

Świetnie przedstawiona firma, pomysł na te gry, symulacje, itd. bardzo prawdopodobny.

Doskonała robota :) Gratulacje :)

 

Dziękuję, Silvanie. :-)

Prosimy nie szukać zdrajców, a przynajmniej nie tak od razu na początku. Pielęgniarka nie jest od tego. ;-)

Wielką literę zaraz zwrócę. Albo zmienię kropkę na przecinek.

Pająk i kobieta. Nie twierdzę, że Roksana boi się pająków. Tak, zabicie go byłoby męskie, ale po co? Pajęczyna na cały korytarz oznacza, że nikt ostatnio tędy nie przechodził, a zatem lepiej szukać Grafsona w drugiej części.

Miło mi, że opowiadanie się spodobało.

Przy okazji oświadczam, że wcale nie cięłam. Pierwsza wersja po wklejeniu tutaj miała niecałe 29,9 kilo.

Babska logika rządzi!

Fajne.

Od technicznej strony oczywiście nie ma się do czego przyczepić. Cóż, Finkla to instytucja.

Fabularnie też mi się podoba, a przede wszystkim lubię pomysł na wirtuodrynę i konsekwencje jej stosowania. Rzecz wydaje się odjechana, ale to całkiem logiczny i prawdopodobny kolejny krok w rozwoju wirtualnego świata. 

Czego mi brakuje? Końcówki. Tekst kończy się kwestią Kniaziewicza, i niby wszystko zostało powiedziane, ale mam wrażenie, że opowiadanie urywa się, jakby zabrakło ostatniego akapitu. Jakiegoś opisowego, nie dialogu, czegoś, co ładnie by zamknęło, a może nawet spuentowało opowieść. Najlepiej przeskok do głowy Roksany, tak myślę. Jakiego charakteru przeskok, to już wszystko jedno. Może sugestia, że dziewczyna ma w owej głowie nieco więcej i może stać się graczem, nie pionkiem… No dobrze, bez życzeniowego gdybania :-), o takich rzeczach decyduje autor, nie czytelnik. Ale, niezależnie od jego treści, tam naprawdę brakuje ostatniego akapitu, z czysto kompozycyjnych względów.

Ale to drobiazg, opowiadanie jest finklowo udane. Nie może być inaczej :-)

(kurczę, w sumie fajnie byłoby przeczytać gniota od Finkli. I się poznęcać… Ech, marzenia… ;-)

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Chociaż zasadniczo niezbyt lubię klimaty s-f/cyberpunku, to nieźle mnie wciągnęło. Podobała mi się Roksana i jej przyjaciółeczki, tak uroczo przedstawione jako typowe, niezbyt lotne nastolatki. Mogłabym się rozpisywać, jak to postaci są dobrze zarysowane i z charakterem, ale to ten poziom, że takie rzeczy są w sumie oczywiste.

Ciekawy pomysł z tą wanną. Trochę obrzydliwy, ale ciekawy. No, bo jak tu w końcu zapanować nad ciałem, kiedy mózg widzi rzeczy, których nie ma, i zgodnie z nimi chce reagować.

Tekst nawet nie tyle się szybko czyta, co przez niego leci. Wszystko mi tu gra, te matury, wyśrubowane wymagania uniwersytetów przyszłości, nastolatki zmartwione swymi perspektywami, krwiopijczy szef i firma przyszłości. Świetnie poukładane w całość.

Bardzo mi się podobało.

Tylko jednej rzeczy nie zakumałam. Skoro Roksi miała taki beznadziejny wynik, czemu ktoś ją zaprosił na staż?

O, nowi się dopisali. Dzięki! :-)

 

Thargone,

Fajnie, że fajne.

Wirtuodryna może i jest fajna, ale jeszcze trzeba ją wynaleźć. Taki drobiazg. ;-) Postrzegam ją jako narkotyk coś zmieniający w mózgu, ale bardziej – bo i wirtual lepiej dogaduje się z człowiekiem pod wpływem.

Końcówka. Nie zgodzę się z Tobą. Kopciuszek dostał spełnienie marzeń, będzie żyć długo, szczęśliwie i mieć dużo dzieci. Konkursowy schemat został wyczerpany. Owszem, szczęście dostaje się jakimś kosztem. Tutaj część ceny polega na tym, że dziewczyna sama nie wie, co traci. W sumie to bardzo stary problem.

I czysto kompozycyjnie tak chciałam zakończyć – informacją, że laska zostaje pod jakimś względem oszukana, pozbawiona możliwości zdania uczciwego egzaminu, przykuta do firmy na wieki wieków… Wydaje mi się, że to wystarczająco mocny akcent na koniec.

 

Silvo,

Nie oceniaj aż tak surowo tych nastolatek. Pochodzą z podłej dzielnicy. To, że dotarły do matury, to już sukces i nie każdy dzieciak z okolicy osiąga ten poziom.

Wanna z żelem. No właśnie – jeśli mózg odczuwa potrzebę pomachania kończynami, to dobrze mu zapewnić bezpieczne środowisko, gdzie sobie tych kończyn nie połamie. Żel spowolni odruchy, złagodzi uderzenie, kombinezon też coś tam daje…

Wymagania nie miały być wyśrubowane. To Roksanie paskudnie poszło, bo nie widziała dobrze niektórych pytań (przy teście na inteligencję wybierała na chybił trafił) i zemdliło ją w końcowej części.

Skąd staż? Centrum Maturalne ją skierowało. Wirtual jakby znał poziom wirtuodryny u użytkownika (Grafson o tym wspomina) i odczyty u Roksany były nienormalnie wysokie. Do tego wynik jest słaby (pół tego, co wymagają uczelnie, to mniej więcej tak, jakby na oko normalnemu nastolatkowi wyszło IQ 60 – od razu widać, że coś nie w porządku, bo powinien być mocno upośledzony, a Roksana wcale nie jest). I jeszcze pielęgniarka wspomniała w raporcie, że dziewczyna wyszła z wanny zielona, a potem się porzygała. Ogólnie – ktoś zobaczył, że dziewczyna dziwnie reaguje na wirtuodrynę i wysłał ją na staż do największego potentata gier wirtualnych w nadziei, że oni lepiej poznają, co to jest, i będą potrafili to wykorzystać.

Babska logika rządzi!

Pająk i kobieta. Nie twierdzę, że Roksana boi się pająków. Tak, zabicie go byłoby męskie, ale po co? Pajęczyna na cały korytarz oznacza, że nikt ostatnio tędy nie przechodził, a zatem lepiej szukać Grafsona w drugiej części.

Ok. Zakładałem, że skoro Grafson gra od dziś – to raczej zdarzenia, typu tworzenie pajęczyny, rozpoczęło się po tym, jak on gdzieś “zaczął” grę – więc akurat w pełni dopuściłem pojawienie się pułapki po tym, jak on wlazł gdzieś do środka :)

On nie gra, tylko coś tam sprawdza, poprawia. A Roksana nie wie, że to gra, zakłada, że pajęczyna jest normalna.

Babska logika rządzi!

Nie oceniaj aż tak surowo tych nastolatek. Pochodzą z podłej dzielnicy. To, że dotarły do matury, to już sukces i nie każdy dzieciak z okolicy osiąga ten poziom.

Miałam na myśli, że nastolatki są przedstawione jako nastolatki i charakteryzują się wiarygodną “nastolatkowatością”. Nie chodziło mi, że te konkretne gorzej wypadają na tle innych. Ot, po prostu to taki głupi wiek, fajnie w opowiadaniu pokazany.

Ogólnie – ktoś zobaczył, że dziewczyna dziwnie reaguje na wirtuodrynę i wysłał ją na staż do największego potentata gier wirtualnych w nadziei, że oni lepiej poznają, co to jest, i będą potrafili to wykorzystać.

Trochę ciężko mi w to uwierzyć. To znaczy, gdyby chodziło na przykład o to, że osoby z dobrym wynikiem w wirtualu automatycznie są kierowane na staż (bo tak firma uzgodniła z daną szkołą, powiedzmy) bez względu na resztę wyników, to okej. Ale ludzki odruch biurokratów? Zwłaszcza, że w firmie wyraźnie o niczym nie wiedzieli, a Roksana zajmowała się chyba głównie parzeniem kawy.

No, i mogliby dołożyć osobną kartkę do wyników z zaproszeniem na staż, zamiast jakiegoś dopisku. Jeśli bym miała czepiać się drobiazgów ;)

Czyli z nastolatkami w porządku.

OK, to, co piszesz, ma sens. Tylko rozwalałoby mi koncept, więc na to nie wpadłam. Nie wiem, jak to zgrabnie ominąć. Może jeszcze coś wymyślę…

Babska logika rządzi!

Cześć Finkla!

Przyjemne, dość lekkie i miejscami bardzo życiowe. Humoru nie brakuje, oraz dystansu do poruszanych tematów. Gdyby napisał to mężczyzna, to pewnie zostałby posądzony o szowinizm lub nawet seksizm. Pięknie łączysz historię dziewczyny, której świat podciął skrzydła, gdy właśnie zaczynała latać, z futurystyczną wizja firmy technologicznej. Wirtualne monitory, wanny, smoki grasujące po poziomie niebieskim… Jest fantastyka, jest moc! Czytało się szybko, bez zgrzytów.

Trochę nie daj spokoju postawa bohaterki – robi wrażenie osoby nie mającej własnego zdania, płynącej z prądem, kierowanej przez innych lub przez okoliczności. Ale z drugiej strony młodzi ludzie często robią takie wrażenie, zwłaszcza w pierwszej pracy. Wszystko kończy się wreszcie pozornym happy-endem, wszak kariera Roksany zapowiada się imponująco, ale trochę to straszne.

Intrygują mnie też te wanny. W wielu opowiadaniach s-f to jest, wanny do pracy z komputerem. A nie za bardzo rozumiem, skąd to się wzięło. To coś z klasyki cyberpunka czy czegoś takiego? Bo póki co o podobnych zastosowaniach eksperymentalnych czy przemysłowych nie słyszałem (a i sam bym do czegoś takiego raczej nie wlazł, matura w wannie, brr!).

3P ode mnie: Pozdrawiam, Powodzenia w konkursie i Polecam do biblioteki!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Dzięki, Krarze. :-)

Fajnie, że widzisz tyle zalet. Humoru specjalnie do tekstu nie pchałam. Wiedziałam, że sam przyjdzie. A mogłam jeszcze dodać scenę, jak Roksana wydostawała się z jaskiniowego labiryntu, używając papieru toaletowego jako nici Ariadny. ;-)

Tę uległą postawę odbierasz zgodnie z moimi założeniami – nastolatki jeszcze zazwyczaj nie mają dużego wpływu na swoje życie. Nie mają kasy, trudno im wyprowadzić się od rodziców. Po szkole średniej decydują, co dalej. To już w miarę samodzielna decyzja, ale trzeba się liczyć z realiami.

Wanny. W mojej wizji człowiek zanurzony w wirtualu wykonuje tam różne ruchy. We śnie też się tak dzieje, ale mięśnie na ogół są wyłączone. Nie uzbroiłam wirtuodryny w taki mechanizm, więc coś trzeba zrobić z ciałem, kiedy mózgowi wydaje się, że walczy z orkiem. Można je zawiesić (ale wtedy można sobie narobić siniaków od uprzęży) albo wrzucić do płynu o odpowiedniej konsystencji i niech się tam szamocze.

Jeśli pytasz o inspiracje, to ze świadomych – opowiadanie o Pirksie, w którym (też w ramach egzaminu) jest zanurzony w basenie z jakąś dziwną substancją.

Nie wlazłbyś do wanny? Wolałbyś ryzykować, że łażąc po labiryncie na orientację, zrąbiesz się ze schodów? Że o zderzeniach z innymi egzaminowanymi nie wspomnę. Ale ściągać się nie da. ;-(

Babska logika rządzi!

Rolka Roksany brzmi zdecydowanie lepiej niż nić Ariadny. Każda Roksana Ci to powie ;-)

Kurcze, ja to jakiś inny jestem, od 3. roku życia wiedziałem, co chcę w życiu robić, ale może mężczyźni tak mają (albo jednak jestem freakiem… ;-) ).

Mnie te wanny jakoś tak odrzucają, perspektywa zanurzenia się w czymś, gdzie będę w innym stanie świadomości jeży włosy na karku. Może klaustrofobia, a może lęk przed uduszeniem się… Ale koncept ciekawy, zdecydowanie s-f.

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Rolka Roksany… Faktycznie niezłe, ma nietypowy posmaczek. Ale Tarnina pewnie by mi łeb urwała za aliterację. ;-)

No, jeśli już po ukończeniu żłobka wszystko wiedziałeś, to chyba faktycznie jesteś freakiem. :-)

No, ale jakie są alternatywy? Łazić jako zombiak i ryzykować skręcenie karku? A tlen dostajesz jak nurek – przez maskę.

Babska logika rządzi!

Cześć Finklo!

 

Łał! Jestem pod wrażeniem opowiadania, szczególnie tej okrutnej końcówki. Niby Kopciuszek spełni marzenia, ale bezduszność korpo przeraża. Szczególnie, że czytelnik zżywa się z bohaterką (za to również gratulację).

Co do Pirxa, tam to była, zdaje się, deprywacja sensoryczna. Symulacja, kiedy ciało leży w wannie z żelem to chyba bardziej przypadek z Matrixa :)

A, no i jedna niejasność:

Doris mówiła, że pewnie mają cellulitis

Doris zapewne chodziło o cellulit, ale nie wiem, czy to Twoja pomyłka, czy jej ;)

 

Jeszcze raz gratuluję i pozdrawiam!

Dziękuję, Helmucie. :-)

Cieszę się, że tekst wywarł wrażenie.

No, właśnie tak to sobie wymyśliłam – niby spełniam wymagania konkursowe, Kopciuszek dostał, co chciał, a nawet więcej, ale…

Pirx. Tak, coś takiego. To dość luźna inspiracja była. Matrix, powiadasz? Może i tak, tylko oni w swoich wannach raczej byli uwięzieni. Ale może to ten pierwowzór, którego poszukiwał Krar.

Cellulit. Masz rację. Nie znam się na tym ni cholery, taka ze mnie stuprocentowa kobieta. ;-)

Babska logika rządzi!

Helmut

, ale bezduszność korpo przeraża.

Nie widzę tu bezduszności korpo, raczej bezduszność konkretnego człowieka, który jest szefem. W samej strukturze organizacji nie widzę patologii.

 

Helmut & Finkla

Faktycznie, możliwe, że to z Matriksa przyszła moda na ludzi zanurzonych w wannach podłączonych do komputera.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Bezduszność korpo czy prezesa? Na jedno wychodzi. Korpo, jak każda grupa, składa się z różny ludzi – dobrych i podlejszych, bystrzejszych i głąbowatych. Informatyk nie powinien otwierać listu do Roksany. Ale prezes go umiejętnie podpuścił.

A podobno wielu ludzi na szczycie ma odchyły psychopatologiczne… Pszipadek? Nie sądzę.

Babska logika rządzi!

Hej, Finklo!

Podoba mi się i to bardzo! Myślę tu przede wszystkim o pomyśle, bo do konkursu podeszłaś w ciekawy sposób. Nie tyle podoba mi się umiejscowienie kopciuszka w przyszłości, co sama technologia. Co prawda z “science” u mnie słabo, a wirtualna rzeczywistość potrafi przytłaczać, wsiąknęłam. Nie do końca ogarnęłam temat, ale szanuję szanuję ;)

Mam jednak problem z długością tekstu. Do końca doszłam bardzo szybko, co niby jest zaletą, ale w tym przypadku podrapałam się po głowie. Kończy się w najciekawszym momencie, a właściwie niewiele się dowiedziałam. Byłam ciekawa tła bohaterki i jak potoczy się jej los, gdy dowie się prawdy. I jak normalnie rozumiem takie sprawy, bo to poniekąd esencja opowiadań, że nie wiemy wszystkiego, tak tutaj poczułam niedosyt :( Myślałam też, że bardziej rozwiniesz postać wróżki (bo rozumiem, że jest nią Faery? Niby nic na to nie wskazuje, ale to imię… ;))

No więc choć opko napisane cudnie z cudnym pomysłem, osobiście wolałabym, żeby fabuła powędrowała inaczej. Ale ja tak mam, że w fantastyce uwielbiam obyczajowość, ale samych obyczajówek nie czytam. Co zrobić?

 

Mimo to ogromnie mi się podobało, po prostu mogło podobać się jeszcze bardziej ;) Powodzenia w konkursie!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Dziękuję, Lano. :-)

Fajnie, że Ci się podobało. Miałam nadzieję, że przynajmniej szczęście mojego kopciuszka będzie oryginalne. ;-)

Długość tekstu. Ciąć nie musiałam, ale tabliczkę z napisem “limit” już widać. Kończy się mniej więcej jak wiele bajek: “A potem żyła długo i szczęśliwie”. Na temat szczegółów można gdybać: jakiś czas popracuje, urodzi co najmniej troje dzieci z co najmniej dwoma mężczyznami (czar z idealnego faceta bardzo szybko się ściera). Co najmniej jedno dziecko odziedziczy po niej zdolność widzenia wirtualu. I najpóźniej wtedy Roxy zacznie coś podejrzewać. Ale może i wcześniej – jeśli prezes nie rozegra tego dobrze, dziewczyna zacznie się zastanawiać, dlaczego ona widzi wirtualne komputery, a reszta świata nie. Może się również zdarzyć, że takich przypadków pojawi się więcej. A wtedy Roxana przestanie być gęsią znoszącą złote jaja. Ale do tego czasu zdąży sobie zbudować jakie takie CV i odpowiednie miejsce dla siebie znajdzie. Albo założy firmę na przykład wirtualnej wizażystki, która widzi to samo, co klientka, więc potrafi doradzić…

Wybieraj. :-)

Faery. Ona odgrywa w pewnym sensie rolę wróżki – stworzy umowę o pracę, jako starsza koleżanka wytłumaczy co i jak w firmie, doradzi z wyborem ubrań i bryki, wystara się o księcia… Ale żadnej magii. A naprawdę istnieje takie imię.

Obyczajówka. No, ja za tym nie przepadam. Nudzi mnie. Wolę fantastyczne problemy z wirtuodryną niż codzienne kłótnie z partnerem i noce nieprzespane z powodu ząbkowania.

Babska logika rządzi!

No, w końcu jestem.

Ostatnio marudziłem, że to nie do końca Finklowy poziom, tu już tego marudzenia nie będzie.

Nie będzie, bo tutaj mam w końcu to, na co w pewien sposób od jakiegoś czasu czekałem. Dłuższe opowiadanie. Pełniejsza historia.

Trudno powiedzieć, że poprzednie opowiadania nie były pełne. Chodzi raczej o to, że takie… zdawkowe. Krótkie. Niby zamknięte, ale (głównie z racji znaków) trudno było się w nich zakopać na dłużej, co zwłaszcza bolało przy konkursie Irki, gdzie tekst, gdyby go rozbudować, obiecywał bardzo wiele.

Tutaj już nic obiecywać nie trzeba i, jak pisałem, fajnie w końcu przeczytać jakieś dłuższe opowiadanie Finklowe. Początek siłą rzeczy kojarzy się z “wariacką kąpielą”. Pewnie nie mnie pierwszemu i nie ostatniemu. To skojarzenie, w połączeniu z pierwszą wzmianką o wirtuodrynie, niejako zapowiada ciekawą historię, skupioną właśnie wokół pomysłu na wirtuodrynę.

Pomysł ten jest oczywiście czymś w rodzaju “konia pociągowego” całej historii i sprawdza się w tej roli dobrze. Oczywiście, sam pomysł nie wystarczy. Więcej, sam pomysł wiele nie zdziała. Bo na końcu najważniejsze jest i tak to, w jaki sposób się go przedstawi. U Ciebie jest z tym o tyle łatwiej, że raczej nie trzeba się martwić o “składność” historii. Z góry można założyć, że będzie konsekwentnie, że raczej nie będzie dziur logicznych. Ty się chyba raczej na tym nie wykładasz. Przynajmniej nie kojarzę z tych opowiadań, które miałem okazję czytać.

Jedyne, co mi w tej historii przeszkadzało, to ten przeskok od słabo zaliczonej matury do stażu. Nie kojarzę, żeby ten staż był jakoś szerzej uzasadniony. Jasne, można sobie takie uzasadnienie dopowiedzieć, ale jednak wolałbym znaleźć to w tekście.

Jeśli już piszę o samej historii, to uważam też, że warto poświęcić osobny akapit wprowadzeniu do opowiadania smoka. Ten element, mimo, że pozornie mniej istotny, to jednak podobał mi się o tyle, że znalazłaś bardzo fajny sposób na wprowadzenie smoka do poważniejszej historii. Smok jakoś tak jednoznacznie kojarzy się z bajkami i baśniami. Wydawać by się mogło, że trzeba prowadzić właśnie taki typ historii, by tego smoka bezboleśnie “wkleić”. Ty znalazłaś na to bardzo ciekawy, zupełnie odmienny sposób, w dodatku dość płynnie wpisujący się całą historię (w każdym razie na tyle, że można tego obecność tego smoka uzasadnić, nawet nie znając regulaminu konkursu). Bardzo fajnie to wyszło.

Kończąc już o samej fabule, pewnie trochę mniej podoba się ta “korpootoczka”, która niejako towarzyszy całej historii. Natomiast jest to wyłącznie odczucie, bo ja zdaję sobie sprawę, że (jeśli oczekuję konsekwentnej historii) to właśnie taką otoczkę, czy takie miejsce dalszej części opowieści (i prezentacji koncepcji wirtuodryny), należało wprowadzić. Jest ono więc w pełni uzasadnione jako integralna część historii, ale też mniej atrakcyjne czytelniczo. Przynajmniej dla mnie, bo (będę to powtarzał do znudzenia) spisuję odczucia z lektury. I nie należy mylić odczuć z krytyką.

Jeszcze słowo o zakończeniu. Daje takie poczucie, jakby historia była ciut urwana. Albo może inaczej: ono jest pełne, ale jednocześnie zostawia lekki niedosyt, bo dalsza część opowieści mogła być co najmniej równie interesująca. Natomiast jest to znów uwaga czysto czytelnicza. Bo jako uczestnik konkursu w pełni rozumiem, że ta historia, jeśli ma spełniać określone założenia konkursowe, to musi się właśnie tak kończyć.

Styl? Tradycyjnie Finklowy. Czyli bardzo przystępny. I bezpośredni. To może trochę głupie słowo, jeśli chodzi o próbę określenie stylu, ale jednocześnie bardzo do tego Twojego pisania pasuje. Bo generalnie można napisać, że Twój styl jest sprawny. Że gwarantuje odpowiednie tempo. Że daje momenty oddechu poprzez wprowadzanie sekwencji “nieprzeciągniętych” scen. Czyta się od sceny do sceny i nawet do końca nie widzi, kiedy opowiadanie się kończy.

Natomiast wszystko to jest jakby niepełne, jeśli chodzi o opis stylu. Bo w tych wszystkich przymiotnikach brakuje tego najważniejszego – właśnie “bezpośredniości”. Owa bezpośredniość polega na “nieprzeciąganiu” zdań. To nie jest tak, że strzelasz krótkimi zdaniami, ale też nie ma u Ciebie takich ciągów długich zdań opisowych, które rozciągają opowieść, zwalniają ją. Jednocześnie te zdania są często właśnie takie bardzo bezpośrednie – jakieś krótkie zdanie wsparte wykrzyknikiem, trochę ironii. To nie zawsze jest tak, że ta bezpośredniość mocno Ci pomaga. Bo bezpośredniość, to właśnie te krótsze wstawki i ciutka ironii. A stąd z kolei już tylko o krok do skojarzenia z humorem, przez które nieraz całą powagę tekstu, z perspektywy czytelnika, biorą diabli. Znasz to przecież dobrze.

Ta bezpośredniość nie zawsze pomaga, natomiast w takich tekstach sprawdza się świetnie. Ja tutaj humoru nie dostrzegłem, ale niechby i nawet ktoś znalazł – jego odrobina absolutnie nie zaszkodzi. Nawet mimo faktu, że to poważniejsza historia. Skoro już zacząłem od Pirxa, to przypomnę, że przecież tam też krztyna (a czasem i więcej) humoru potrafiła się przewinąć (przede wszystkim dzięki formie narracji) i nie szkodziło to w odbiorze tych poważnych w gruncie rzeczy opowieści.

Słowem, jeśli ta bezpośredniość nieraz Finklom (mniej lub bardziej) uprzykrzała życie, tak tutaj ten styl sprawdził się bardzo dobrze.

To jeszcze na koniec słowo o bohaterach. Właściwie skupię się na głównej bohaterce. Tutaj, jeśli chodzi o odbiór, rozsądek kłóci się z odczuciami. Odczucia twierdzą, że jednak nieco sztampowa, co momentami irytuje. Rozsądek twierdzi, że bardzo sprawnie dopasowana do historii, zwłaszcza, że swoją charakterystyką stanowi pewną wariację na temat Kopciuszka, co należy uznać za pomysł bardzo zmyślny i generalnie udany.

Rozsądek doda także, że ona świetnie pasuje tak do samej historii, jak i do końcowych wniosków i refleksji, które chciałaś u czytelnika obudzić. Tutaj trafiłaś w punkt i, jak myślę, reakcje czytelników na historię Roksany mogą być z grubsza zbieżne z tym, czego oczekiwałaś. A to bardzo duża zaleta, bo umieć pobudzić czytelnika do określonych odczuć to rzecz niezwykle trudna.

Roksana więc, choć trochę jednak razi tą planową sztampą, dobrze wpisuje się w historię i budzi też nawet współczucie. Skłania do tego, żeby w jakiś sposób jej w trakcie lektury kibicować. I tutaj też docieramy do pewnego, dość mocnego, ograniczenia takiej koncepcji bezwolnej w gruncie rzeczy bohaterki. Bo ta bezwolność jednak wspomnianą chęć kibicowania ogranicza. I to ogranicza znacznie. Dlaczego? Bo widzisz, główny bohater jest w dużej mierze kimś w rodzaju przewodnika dla czytelnika. Czytelnik patrzy na świat oczami danej postaci i, jeśli ma się wczuć w historię, to właśnie wczuwa się w rolę i problemy głównego bohatera. Tutaj ta bohaterka jest trochę jak taka kulka z pinballa (nie paintballa). Ona tak bezwolnie odbija się od ściany do ściany. Historia skazuje ją niejako na bezradność. I znów, z jednej strony jest to wiarygodne, uzasadnione, wymowne. Z drugiej strony, jeśli już wczuwasz się w postać głównego bohatera, w jego problemy i poczynania, to chcesz coś robić. Chcesz się szarpać, chcesz walczyć, chcesz wierzyć, że ten bohater ma na coś wpływ. Roksana ma niewielki. Czy to zabiera przyjemność z lektury? Nie. Z pewnością nie. Ale jednak pewne możliwości, jakie daje obcowanie z literaturą, odbiera.

Inna sprawa, że to rzecz zupełnie normalna. Literatura, budowa historii, to w gruncie rzeczy pewna konieczność ciągłych wyborów. Postawienia na ten element kosztem innego. W sumie więc trudno ów problem, który wyżej opisywałem, nazwać wadą opowiadania. Ale znów, powtórzę raz jeszcze, ja nie jestem recenzentem, tylko czytelnikiem. Piszę nie ocenę dzieła, tylko odczucia z lektury. Pełnię odczuć, na tyle, na ile pozwala mi czas i umiejętność przedstawiania odczuć za pomocą słów. Skoro więc takie poczucie jakiegoś ograniczenia się pojawiło, trudno, żeby o tym nie wspomnieć.

Skończę tak, jak zacząłem. Fajnie widzieć dłuższy tekstów Finklów, bo to zawsze obietnica przyjemnej, rzetelnie “skonstruowanej” historii. I za taką tę opowieść uważam. A garstka malkontenctw? Trudno przy dłuższym komentarzu pisać o samych zaletach. To byłoby przecież nudne i przesłodzone. ;)

I jak znam życie, będzie to jedno ze zdań, którego w przyszłości bardzo pożałuję. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzięki, CM. :-)

Cieszę się, że tym razem uznałeś poziom za mój. Tak, tekst jest dłuższy, wykorzystałam limit z dokładnością do tysiąca (przedłużki nie liczę). Bo i narzucony schemat opowieści tego wymagał – nie potrafiłabym zamknąć tych wszystkich obowiązkowych wzlotów i upadków ze smokiem na dokładkę w kilku tysiącach.

Skojarzenia z Lemem najzupełniej słuszne. Kurczę, jak to zabrzmiało. Chciałam rzec, że inspirowałam się po części opowiadaniem o Pirksie.

Miło mi, że nie ma zarzutów do składności historii. Lubię zależności przyczynowo-skutkowe, bez nich się gubię, więc i do swoich tekstów pakuję, ile wlezie. Jakaś dziurka logiczna może się zdarzyć, ale raczej unikam poważniejszych wpadek.

Staż. Już o to pytała Silva, znaczy problem jest. Trochę Silvie już odpowiedziałam, trochę domyśliłam potem. Otóż, nazywam ten egzamin maturą, ale to nie jest zwykła matura (już pomijam to, że w USA tego nie ma) – to raczej bardzo ogólny sprawdzian potencjału młodego człowieka. Bo i test na inteligencję, i orientacja przestrzenna, i jeszcze inne rzeczy, w tekście niepokazane. A nie tylko wiedza zdobyta w szkole. Więc Centrum Maturalne wie o człowieku bardzo dużo. I rekomenduje jakieś ścieżki kariery. Masz rację, że to powinno być w tekście. Za jakiś czas popatrzę, co tu można połatać.

Smok. To było tak: w regulaminie stało, że są punkty za pożenienie smoka z hard SF. Z hard nie dałabym rady, ale samo SF… No, przecież to prowokacja! Gdzie w rzeczywistym świecie można spotkać smoki? Książki, filmy, gry… Czyli trzeba tak zrobić, żeby bohater nieświadomie znalazł się w świecie gry => wirtuodryna i jej naturalne wytwarzanie.

Korpootoczka. No, smoka wcisnęłam, ale skąd ja mam wziąć księcia z bajki? Najwięcej kasy jest w korpo, więc tam szukałam.

Zakończenie. No, właśnie – spełnia warunki konkursu. Dostaje dziewczyna (ma dostać) robotę za grubą kasę, ideał mężczyzny zostanie jej podesłany z kokardką w zębach… I na tym kończymy, zanim książę zacznie się kłócić z Kopciuszkiem (już kiedyś napisałam tekst, co było potem, więc nie chcę kotleta odgrzewać).

Aż tyle widzisz zalet w moim stylu? Ho, ho… No, nie lubię falbanek. W strojach, w tekstach, nigdzie… Zaprawdę, powiadam Ci, CM-ie, potrafię tworzyć zdania wielokrotnie złożone, ale potrafię również okiełznać tę umiejętność i nie chwalić się nią tam, gdzie nie wypada. ;-) Trochę czytam, znam parę słów, nawet tych trudniejszych, i często udaje mi się znaleźć jedno odpowiednie słowo, żeby nazwać to, o co mi chodzi.

Humor. Nie próbowałam go włożyć na siłę (wiedziałam, że sam się wepchnie). Można go tu widzieć, można nie. Dla mnie wizja, jak Roxy w majtkach skrada się po pustej hali i rzuca w przestrzeń papierowymi kulkami, jest śmieszna. Ochroniarze musieli mieć niezłą bekę. Bieganie z paniką w oczach w kółko i czołganie się na czworakach też musiało ich ubawić.

Bezwolność Roxy. No, jako prawisz – ona ma w sobie bardzo dużo z Kopciuszka. A laska nie była dzielnym rycerzem i grzecznie spełniała rozkazy macochy. Do tego Roxy właśnie zawaliła egzamin, obawia się, że zwariowała, słyszy, że ma szansę na pracę, jeśli dobrze wypadnie… Ona po prostu próbuje przetrwać, nie myśli o podbijaniu świata. No i wiesz – albo dziewczę jest bezradne, prześladowane przez los, budzi współczucie w każdym rycerzu i cnej białogłowie… Albo jest radne i samo rozwiązuje swoje problemy. Rybka czy akwarium?

Fajnie dostać legendarny komentarz CM-a. :-) Malkontenctw nie stwierdzono.

Babska logika rządzi!

Wahałem się, czy komentować, ponieważ naprawdę polubiłem to opowiadanie, ale nie jestem pewien, czy mam coś oryginalnego do powiedzenia. Skoro jednak odezwałaś się przy Błędzie księżniczki Heleny, pomyślałem, że zajrzę z rewizytą. Pomysł na wirtuodrynę bardzo interesujący, z niego już reszta wynikła naturalnie, ale trzeba jeszcze umieć to zręcznie opisać – a Ty umiałaś. Nie sądzę, aby coś podobnego mogło zaistnieć w rzeczywistości (wystarczy spojrzeć, jak różnie układy nerwowe różnych ludzi reagują na stosunkowo proste strukturalnie leki psychiatryczne), ale ciekawie jest wyobrazić sobie taki świat. Zakładając nawet, że (prawie) wszyscy widzieliby mniej więcej to samo i tak samo, taka matura wirtualna nie byłaby bardziej miarodajna od współczesnej, tańsza chyba też nie, czemu więc ją przeprowadzać? Trudno powiedzieć. Co do stażu, założyłem – może błędnie – że propozycja została sformułowana i zatwierdzona przez firmę jeszcze przed otrzymaniem wyników matury, na podstawie wcześniejszych zainteresowań, rezultatów, może rekomendacji nauczycieli.

Piszesz powyżej w odpowiedzi dla CM-a: No i wiesz – albo dziewczę jest bezradne, prześladowane przez los, budzi współczucie w każdym rycerzu i cnej białogłowie… Albo jest radne i samo rozwiązuje swoje problemy. Rybka czy akwarium? To mi wyraźnie przywodzi na myśl Micińskiego, który nijak nie mógł rozstrzygnąć dylematu, czy bohaterki jego utworów mają być bezwolnymi ofiarami, czy raczej świadomie się poświęcać. Skutek był często smutny – taka rybka ze szklaną pokrywą zamiast głowy, czyli kompletny brak spójności logicznej tekstu. Tutaj, pod tym względem, na pewno udało się lepiej. Na końcu stawiasz czytelnikowi pytanie: czy szczęście zaprojektowane przez kogoś i narzucone pozostaje szczęściem? Z pewnością jest się nad czym zastanowić.

Przy okazji, bardzo dopieszczone pod względem językowym, nie rzucił mi się w oczy żaden istotny błąd. Dziękuję za miłą lekturę!

Dziękuję, Ślimaku. ;-)

Nie wahaj się, komentuj, każdemu jest miło czytać odzew. I pożytecznie.

Fajnie, że wirtuodryna spodobała się kolejnej osobie. :-)

No, mam już trochę wprawy w pisaniu, więc wyszło zręcznie.

Stawiasz bardzo ciekawe pytania. Muszę się jakoś bronić. To prawda, po takim LSD każdy ma inne wizje. Ale tutaj mamy jeszcze program komputerowy, który narzuca odbiorcy, co ma widzieć, słyszeć i czuć. Może jeden zobaczy smoka wiśniowego, drugi malinowego, a trzeci z rubinowym połyskiem (jak i różne monitory mogą różnie wyświetlać kolory), ale za każdym razem będzie to czerwony smok. To taki sterowany trip.

Cena wirtualnej matury. Tak, to jest poważny argument. Ale potrzebuję tego elementu w fabule. W końcu lekarstwa zbijające gorączkę mogą zawierać tę samą substancję, co kora wierzby, tylko kosztują znacznie więcej, a i tak łykamy je kilogramami. Prestiż międzynarodowy (a nasze dzieciaki są testowane przy pomocy najnowszych technologii!), kilku geniuszy, których przeoczyłyby standardowe testy, swoisty rytuał przejścia (w moim świecie matura to pierwszy legalny kontakt z wirtuodryną)… Przekonałam?

Staż – propozycja wychodzi od Centrum Maturalnego. Dodałam zdanie na ten temat, ale pewnie czytałeś starą wersję.

Twórczości Micińskiego nie znam, więc się nie wypowiem.

Tak, właśnie to pytanie chciałam postawić Czytelnikom. Właściwie, to jest bardzo stary problem.

Babska logika rządzi!

Opowiadanie jest bardzo ciekawe. Fabuła – mucha nie siada, a wiesz że jestem jej admiratorką. Logiczne do bólu i wszystko bardzo łatwo wytłumaczalne i wyimaginowywalne. Do nominacji, do piórka brakowało mi frazy, ale Ty ją przecież masz, pokazałaś ją już, lecz z rzadka używasz. Ta fraza dla mnie to opisy: ludzi, miejsc (popełnię przestępstwo, ale tylko u Ciebie) słowami silniej naznaczonymi emocją, jakimś drgnieniem osobistości marnej jak proch. Zastanawiam się, czy to czasami nie jest przypadłość forum i dopasowywanie się do niego. Nie wiem.

Dziewczyny naszkicowane ciut w konwencji, ale ok, bo przewrotka jest świetna i niestety w wielu przypadkach prawdziwa. Kurcze, tu jest mini humoru, raczej taki śmiech przez łzy, już wyobrażam sobie jak będzie zrzędził CM. Ha, zobaczymy, co zrobi. xd

W każdym razie misię jako wizja, a nie stan realny, bo jestem przerażona po "Nomadland. W drodze za pracą" J.Bruder.

 

Edytka: O CM już był i nie zrzędził. :-)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Czy przekonałaś? Co do rytuału przejścia, raczej tak. Co do wirtuodryny, chyba nieistotne – kluczowe w science fiction nie jest przecież prawdopodobieństwo danego wynalazku, tylko problemy, jakie można rozważyć przy jego pomocy.

Dziękuję za szybką odpowiedź i zachętę do komentowania!

Dzięki, Asylum. :-)

Fajnie, że wyszło ciekawie.

Zabrakło opisów, powiadasz? Zwalę na limit. ;-)

Konwencjonalność dziewczyn. Hanah i Doris występują tylko w jednej scenie. Szkoda mi było znaków, na informacje, że Doris ma niebieskie oczy, a Hanah jest wysoką i wysportowaną szatynką. Ale starałam się jakoś zarysować ich charaktery – jedna bardzo kobieca, miękka, przytulająca i pocieszająca; druga pragmatyczna. A Roksana ma swoją tajemnicę i uznałam, że to wystarczy.

Wizja przerażająca, ale w taką grę, w której biegasz po jaskini i nawalasz w smoka kulkami wodnymi, czując na skórze żar płomienia, a pod palcami szorstkość stalagnatów, to by się pograło, co? ;-)

Owszem, CM był i raczej chwalił.

 

Ślimaku,

No to liczę Cię jako częściowo przekonanego. ;-)

A z komentarzami naprawdę nie musisz się hamować. Nawet krytycznymi.

Babska logika rządzi!

Szkoda mi było znaków, na informacje, że Doris ma niebieskie oczy, a Hanah jest wysoką i wysportowaną szatynką.

Tak, zarysowałaś je, one ok.  Tęsknię za takim np. łąkami asfodelowymi. Ten smok był już w punkt! Biura korpo już so-so, a miejsce wannowe i rozmowa z dziewczynami nie wiadomo jak wyglądała. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Każdy wie, jak wygląda urząd czy korpo. Łąki asfodelowe to co innego…

Chyba gdzieś wspomniałam, że w “miejscu wannowym” były szare kafelki. Starałam się skoncentrować opisy na tych rzeczach, których nie znamy. Jak smok albo jaskinia wewnątrz budynku.

Pewnie można by dołożyć informację o pozostałych elementach, ale już prawie dobiłam do limitu.

Babska logika rządzi!

Tak, domyśliłam się powodów. :-)

Czy każdy wie jak wygląda Twój korpoświat, czy ja wiem? Za to Finkla z pewności wie i dlatego cisnę i duszę. xd

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Oj’, korpo są bardzo do siebie podobne. Tylko logo przy wejściu inne. Nie mów, że w żadnym filmie nie było. Openspace’y, gabinet szefa, sala konferencyjna, dużo komputerów i gadżetów, ludzie zostający po godzinach, ekspres do kawy, żeby rano jakoś działali…

Babska logika rządzi!

O:o? Różne i zwyczaje w nich są różne.  Nie każdy ma openspace’y, mogą być inne.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Swietne!

Asylum, to jak z sosnami – niby każda jest inna, ale wszystkie podobne. Trafiona piorunem wygląda nietypowo, więc taką można opisać. Ale przecież nie każdą sosenkę w lesie…

U mnie nietypowy jest budynek D, to coś tam o nim wspomniałam.

 

Dziękuję, WojtX. :-)

Miło mi, że się tekst spodobał.

Babska logika rządzi!

niby każda jest inna, ale wszystkie podobne. Trafiona piorunem wygląda nietypowo, więc taką można opisać.

TAK. <3

Las Vegas, Frank Gehry.  Z zewnątrz może jeszcze nie tak niezwykły, ale już w środku ciut lepiej.

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No, niezłe, niezłe… Nasi budowlańcy po paru głębszych nie takie rzeczy stawiają, ale im każą to później rozebrać. ;-)

Babska logika rządzi!

Byłam w czymś podobnym w Zakopcu. Widać popularna atrakcja.

Babska logika rządzi!

silvan, Szymbark super, zwłaszcza wrażenia z wnętrza. :-)

Na podorędziu mam jeszcze kilka, te dwa są z Paryża, Noisy Le Grand (wykorzystano w firmie “Igrzyska śmierci”). Takie skrzyżowanie Dali i Picassa. Powstało dla powracających z kolonii w końcówce lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. 

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Monumentalne. Ten… bęben pralki interesujący.

Ale chyba nie chciałabym w czymś takim mieszkać. Weź, człowieku, dobierz odpowiednie meble…

Babska logika rządzi!

A wyobraź sobie w tym osoby powracające z francuskich kolonii. Brrr. Dla mnie zbyt monumentalne i czułabym się jak w tych ślimakowcach u mnie (teraz) na Przymorzu (Gdańsk), w których odwiedzałam kogoś, albo w Wiedniu, gdzie wszystko było zbyt monumentalne, no prócz szarlotki z lodem w kawiarni, tam ok, na ludzką miarę, a nie mrówki.

Zaprawdę, dzieło ale dla ludzi… niet.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie wiem nawet, jak się żyło we francuskich koloniach. To chyba głównie arabskie, co nie? Więc pewnie tłok, gwar… Ale może nie w domach białych.

Babska logika rządzi!

Witam Gdańszczankę :) O kurczę… Robi dość przytłaczające wrażenie… Ale też wielkie.

O:o, Ty też. :-) Ja w zasadzie gdynianka, znasz te wymiany zdań.  <3

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ja właściwie wrocławianin :D Ale znam ;) Od 2013 Trojmiasto / Kartuzy.

Bardzo ciekawy twist pod koniec :)

Od strony technicznej, jak to u Ciebie, Finklo, wszystko dopracowane. Czyta się płynnie i bez większych grud.

Sama treść z początku nie zaskakuje. Zastanawiałem się, gdzie czai się jakiś zwrot i bardzo sprawnie sugerujesz, że jest on ukryty w tajemniczej zdolności dziewczyny. Motyw z wirtuoodryną jest zresztą moim ulubionym – bardzo ciekawa substancja, pozwala na wiele, ale też sprowadza kłopoty. Wątek światotwórczo ciekawie rozwinięty, trochę jednak tłamszony przez niemal do bólu standardową korpootoczkę.

Bohaterka z gatunku tych standardowych – nie wryła mi się w pamięć, ale sprawność, z jaką ją rozpisałaś, sprawia, że nie sposób jej nie kibicować. “Książę z bajki” i “wróżka” to z kolei moje dwie ulubione postacie – mają w sobie odpowiednią mieszankę oryginału z bajki, jak i mroczniejszego “twistu”. Wychodzą nietuzinkowi i na swój sposób zapadają w pamięć, nawet jeśli znowu korpootoczka nadaje im mocno znanego posmaku “korposzmat”, jak mawiał Johnny Silverhand.

Zakończenie na plus. Złota klatka pełną parą ;) I w pewien sposób plan dziewczyny został zrealizowany :D

Podsumowując: dobry koncert fajerwerków, u podstaw którego leżą solidne fundamenty, ale i znajdzie się miejsce na parę interesujących zwrotów.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję, NWM. :-)

Koniec, to przecież dobre miejsce na twisty, czyż nie?

Fajnie, że poszło gładko i bez grudek.

Sama wirtuodryna nie sprowadza kłopotów. Zwłaszcza, jeśli nie stajesz obok porządnego emitera. Problemy Roksany biorą się stąd, że wytwarza jakiś naturalny odpowiednik wirtuodryny.

Jak tu nie kibicować młodej dziewczynie skrzywdzonej przez los? ;-)

Powiadasz, że za dużo korpo? Może i tak. A tu Asylum chciała więcej. Wszystkim nie dogodzisz…

Babska logika rządzi!

Powiadasz, że za dużo korpo?

Bardziej chodziło mi o to, że mamy taki standardowy obraz tego korpo z opowiadań. Pasuje do tekstu, bo odbieram go jako mocno bajkowy – taka mieszanka krzywego zwierciadła ze złym królestwem.– i idealnie wpasowuje się w tekst (nawet jeśli mnie jako mnie z lekka męczy). Rzeczywistość, uwierz mi, potrafi być o wiele bardziej porąbana :D

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Niestandardowe korpo – to brzmi jak oksymoron. ;-)

Faery nie jest taka zła, czasami współczuje dziewczynie. No, a czasami Roksana ją wkurza. Ale prezes musiał być typowym psychopatą.

Wierzę, wierzę. Ale w fantastyce trzeba pilnować pozorów możliwości.

Babska logika rządzi!

Bardzo fajny tekst. Od początku zaangażowałem się w historię Roksany – mam wrażenie, że udało Ci się stworzyć ją tak, aby czytelnik nie był obojętny na jej los. Pechowa nastolatka z krwi i kości.

Kiedy natrafiła na smoka, oczywistym było, że to halucynacje, ale nie spodziewałem się takiego finału. Jak dla mnie ostatnia scena, w której Knyazevich snuje swój szatański plan, to najmocniejszy punkt opowiadania. Przerażająca i zachwycająca kreatywność :)

Tak w ogóle to po lekturze coś mi zazgrzytało – no bo jak tu mówić o nieskończonym szczęściu Twojego Kopciuszka, skoro wpadł on w szpony zachłannej korporacji? Ale, kiedy się nad tym zastanowić… może jej los nie jest aż tak odmienny od losów oryginalnego Kopciuszka? No dobra, w oryginalne wstęp do lepszego życia gwarantuje miłość a nie biznesowa kalkulacja, ale – mimo wszystko - na jaki los może liczyć dziewucha wywodząca się ze społecznych nizin, którą najpierw należało ,,odchamić" a potem pewnie trzymać za twarz, bo sama nie potrafiłaby odnaleźć się w wyższym świecie, do którego trafiła?

No dobra, tutaj powściągam wodze cynizmu. Tak czy inaczej – inspirująca puenta ;)

Dziękuję, Adamie. :-)

Chciałam, żeby Czytelnicy reagowali na los Roksany. Biedna dziewczyna z nizin, na maturze system ją oszukuje, nic złego nie zrobiła…

No, właśnie smok nie był halucynacją, tylko symulacją gry. O wiele lepszą niż reklamy, które dziewczyna przypadkiem spotykała wcześniej.

Tak, szczęście jest wybrakowane. Nie mogłam tak podejść do konkursu, żeby po prostu na zakończenie dać bohaterce “wszystkiego najlepszego”. Musiałam coś zakręcić. :-) A w ogóle pełnia szczęścia to zjawisko spotykane rzadko i na krótko.

I nie bardzo wierzę, że oryginalny Kopciuszek był szczęśliwy. To musiało być cholernie niedobrane małżeństwo. Co zostaje po kilku latach z zakochania od pierwszego wejrzenia?

Babska logika rządzi!

No, właśnie smok nie był halucynacją, tylko symulacją gry.

Jasne, to symulację miałem na myśli.

nie bardzo wierzę, że oryginalny Kopciuszek był szczęśliwy. To musiało być cholernie niedobrane małżeństwo. Co zostaje po kilku latach z zakochania od pierwszego wejrzenia?

Ech, no właśnie.

Halucynacja vs symulacja. No tak, Czytelnik to wie. Ale Roksanie nikt nie tłumaczył, co tam się robi. “Idź, przyprowadź tego faceta” i koniec instrukcji.

A co do szczęścia Kopciuszka – najwidoczniej w pełni się zgadzamy.

A metoda szukania żony – wyjątkowo durna…

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka