- Opowiadanie: Kulosław - Wieści z Varnenburga 1: Fabularyzowany dokument o włóczęgostwie w dzielnicy kupieckiej

Wieści z Varnenburga 1: Fabularyzowany dokument o włóczęgostwie w dzielnicy kupieckiej

Witam wszystkich.

Okazuje się, że krótkie opowiadania pisze się zdecydowanie szybciej (kto by pomyślał?).

Życzę przyjemnej lektury i szczęśliwego nowego roku. 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Wieści z Varnenburga 1: Fabularyzowany dokument o włóczęgostwie w dzielnicy kupieckiej

To miasto nie znosi bezruchu.

Prawda dla takich jak ty jest oczywista: jeśli chcesz leżeć w wielkim łożu na poduszkach z pierza kaczek akkyjskich, codziennie rano być budzonym promieniami słońca, delikatnie przebijającymi się przez atłasowe zasłony; z dźwiękiem dyskretnych kroków służby przygotowującej rezydencję do nowego dnia, to trzeba było w ogóle się nie rodzić. Są rzeczy, których po prostu nie ma jak zmienić. Świat zdecydował sam o swoim porządku, a ci którzy pierwsi połapali się jakie są zasady, zajęli jedyne wolne miejsca. Dla garstki wystawna uczta, a dla reszty ochłapy. Oczywista prawda.

Tak więc otwierasz oczy. Budzisz się na tym samym kawałku ziemi, na tym samym rogu obskurnej kamienicy gdzie za kilkanaście minut przyjedzie pierwszy straganiarz wystawić towar. „Najświeższe owoce morza w całej stolicy!” jak w zwyczaju miał naganiać klientów, choć mury tego miasta nigdy nie poczuły muśnięcia morskiej bryzy. Zaraz obok niego rozłoży gliniane misy handlarz przypraw, niestrudzony łowca pieniądza, choć za jakość jego towaru pewien bogaty jegomość wydał rozkaz połamania mu niegdyś palca lub dwóch. Naprzeciwko sprzedawca trunków, które potrafią przynieść temu miastu choć przez chwilę spokojny sen, a obok niego stara kwiaciarka, która nie ma komu zostawić skromnych oszczędności życia, bo córka dawno temu uciekła z aktorem. Do godziny cała ulica Błotnista zostanie zalana potokiem ludzi razem z ich towarami, sprawami, plotkami i pieniędzmi, choć nikt tutaj się nie wzbogaci na tyle, by opuścić to miejsce. Monety miewają tylko jedną stronę.

Leżysz jeszcze kilka minut. Delektujesz się każdą sekundą, bo wiesz, że gdy pojawi się sprzedawca ryb to pogoni cię precz. Niemniej, uważasz że to niezbyt wygórowana cena za życie w sercu Varnenburga, w końcu jeszcze kilka tygodni temu włóczyłeś się po dzielnicy biedoty. Powiedzieć, że było tam jak w piekle za życia, to nie powiedzieć nic, ale lubiłeś tamte rejony. Mało kto dbał o pieniądz, ludzie żyli z tego co znaleźli lub nakradli i nikt cię nie zaczepiał, a czasem nawet ktoś rzucił sympatyczny uśmiech. Jedynym minusem było drewno, to znaczy, z drewna było wszystko, a nocne pożary to okropna sprawa. Nigdy nie wiesz czy obudzisz się witając nowy poranek, czy wśród kłębów gęstego dymu i tańczących płomieni. W tym murowanym lesie jest pod tym względem bezpieczniej, tyle że ludzie, o ironio, jakby patrzyli wilkiem.

Gdy do twoich uszu dociera dźwięk dawno nieoliwionej osi wozu podnosisz się z ziemi i przeciągasz. Poranna gimnastyka przed wyprawą w kilka znanych miejsc. Większość bezdomnych po prostu zaszywa się w bezpiecznym miejscu, lecząc kaca po minionej nocy, ale ciebie bogowie przeklęli nadmiarem energii. Nieśpiesznym krokiem zostawiasz swój kawałek ziemi. Idziesz zaraz pod ścianą, bo na Błotnistej otwierały się pierwsze okna, przez które ludzie wylewali wiadra pełne fekaliów wprost na drogę. Biada tym, którzy nie znają porannych zwyczajów mieszkańców tych kamienic. Przyspiesz krok z myślą, że gdyby nie uprzedzeni sklepikarze to i tak wyniósłbyś się stąd jak najszybciej. Smród z rana jest niewyobrażalny. Tę ulicę powinno przemianować się na Gównianą.

Pierwszy postój to mały zaułek na ulicy Rzeźnickiej. Pokonawszy Błotnistą skręcasz w prawo na ulicę vin Assema, gdzie w końcu utwardzona milionami kroków ziemia ustąpiła bardziej cywilizowanemu brukowi. Mijasz sporadycznych przechodniów, przeznaczone dla wieszczów i kapłanów podwyższenia, po czym odbijasz w prawo w kolejną ulicę. Tutaj ruch jest żywszy, z otwartych drzwi mijanych budynków słyszysz symfonię tasaka. Uderzenia, cięcia i ostrzenie tępiących się narzędzi wytyczają tutaj rytm. Niesiony tą muzyką, zmierzasz do celu.

W końcu docierasz do sklepu rzeźnika, z szyldem złożonym ze złotego napisu na zielonym tle, którego nie potrafisz odczytać. Skręcasz za budynkiem na tyły, gdzie właściciel codziennie wynosił śmieci. Masz swoją godność, nie przychodzisz po odpady, siadasz pod murem i robisz to, w czym jesteś najlepszy. Czekasz. Z nudów nadstawiasz uszu i słuchasz co ma do powiedzenia wieczne miasto. Gdzieś wysoko w górze, przez otwarte okna, słyszysz jak kobieta pomiędzy jękami wzywa wszystkich znanych sobie bogów, przeplatając to z imieniem mężczyzny. Piętro niżej naprzeciw tego okna trójka dzieci kłóci się o jakąś zabawkę, a na lewo od nich mężczyzna gotując śpiewa w nieznanym ci języku. Varnenburg najwidoczniej dopiero przeciera oczy.

– Jak zawsze na miejscu, przyjacielu. – Przerywa tę chwilę męski głos.

Patrzysz w stronę drzwi na zaplecze i widzisz grubego, starego mężczyznę. Włosy dawno już opuściły jego głowę, a zmarszczki przecinały twarz, jakby ktoś uprawiał tam ciężką orkę. Jak zawsze ubrany był w mocno wysłużony fartuch i brązowe spodnie. Nie odpowiadasz mu, bo wiesz że lepiej siedzieć cicho; jeśli żona rzeźnika usłyszy cię tutaj skończy się jego dobre serce.

– Masz wyjątkowe szczęście. Dziś jagnięcina.

Rzeźnik rzucił postrzępione kawałki mięsa. Chwytasz je łapczywie jeszcze zanim upadną na ziemię. To pierwszy posiłek w ciągu dnia, jeśli szczęście nie dopisze, ostatni. Rzeźnik zaśmiał się pod nosem i wrócił do środka, zamykając za sobą drzwi. Mężczyzna miał rację, mięso było pierwszej jakości. Myślisz sobie, że dobre duszki nie noszą śnieżnobiałych szat, tylko brudne fartuchy.

Kończysz posiłek, ale nie możesz zostać tutaj dłużej, nieważne jak przyjemnie jest. Za chwilę może wyjść żona rzeźnika i wpaść w szał, widząc jak marnuje się dobry towar. Umykasz szybko z zaułka, gdzie ruch rozkręcił się na dobre. Wchodzisz w tłum i idziesz z prądem. Nikt nie zwraca na ciebie uwagi. W Varnenburgu widok takich jak ty jest pospolity, co nie znaczy, że akceptowalny.

To miasto nie znosi bezruchu.

Wracasz na ulicę vin Assema i kierujesz się na północ. Następcy punkt jest praktycznie po drugiej stronie miasta, więc idziesz swoim tempem. Na końcu ulicy skręcasz w lewo w aleję Pomników gdzie swoje pracownie mają murarze. Tradycją jest, że rzemieślnicy wystawiają wybrane dzieło jako wizytówkę swoich umiejętności. Mijasz wyciągnięte żywcem z kamienia zwierzęta, pięknie przyozdobione kolumny i bohaterów. Im dalej, tym rzeźby stają się bardziej realistyczne, postacie bardziej ruchliwe, ich rysy bardziej misterne i enigmatyczne. Najwięksi mistrzowie mają pracownie na samym końcu ulicy, połączone ze sklepem otwartym na placu Zjednoczenia, ogromnym, okrągłym skwerze z monumentalnym pomnikiem Havara Wielkiego obudowanego fontanną w samym centrum. Nie możesz przejść przez środek, bo straż od razu by cię przegoniła halabardami. Podążasz pod ścianą, mijając sklepy złotników, księgarzy, zbrojmistrzów, zielarzy i kamienice mieszkalne. Po przejściu obok Świątyni Dactusa coś cię mimowolnie zatrzymuje. Zapach, którego w tym mieście jeszcze nie czułeś. Bardzo delikatny, ale na tyle wyróżniający się, że nie potrafisz się powstrzymać. Dochodził z alei Niewolników.

Kierujesz tam krok. Doświadczenie podpowiada, że wyjątkowe rzeczy w Varnenburgu zazwyczaj szybko obracają się przeciwko tobie, ale to coś zbyt wyjątkowego. Mijasz drewniane klatki z uwięzionymi ludźmi o różnym kolorze skóry, wieku i płci. Przed każdą klatką stała kobieta obwieszona złotem lub srebrem, która kusiła przechodniów, by przyjrzeli się żywemu asortymentowi. Zapach nasilił się pod jedną z takich klatek. Blondynka przy kości, ubrana w drogą szmaragdową suknię, z kilkoma pierścieniami na każdym palcu i rzędem złotych naszyjników przedstawiała zebranym ludziom nagiego staruszka. Mówiła, że jest genialnym matematykiem ze wschodu, ale zainteresowanie tłumu raczej nie wróżyło wysokiej ceny. Szybko przyglądasz się ludziom i w końcu znajdujesz to, czego szukasz. Dwoje zakapturzonych ludzi w długich płaszczach, podchodzisz bliżej. Skupiasz każdy mięsień, żeby przypadkiem nie dotknąć kogoś. W czaszce kotłują ci słowa znanych kieszonkowców: Jak ktoś ładnie pachnie, to musi mieć ładną sakiewkę. Napinasz ciało i przesuwasz się do tajemniczych postaci. Skupiasz się na nich i słyszysz jak rozmawiają półszeptem.

– Jakieś wiadomości z południa? – zapytał ten po lewej.

– Żadnych. Odcięli się całkowicie.

– Jak blisko jest Vernon?

– Pięć dni od murów. To już pewne, że zdradził.

Blondynka rozpoczęła licytację wykrzykując początkową cenę i nie przerywając na sekundę potoku słów. Ludzie dookoła jakby obudzili się z letargu i przebijali kolejne oferty. Dwóch mężczyzn najwidoczniej to nie zainteresowało. Podchodzisz jeszcze bliżej. Czujesz, że ten po prawej jest cały spięty, zapach jednak dochodzi od tego po lewej. W powietrzu unosi się odór strachu, który nasila się po kolejnych słowach.

– Imperator powiedział, że trzeba go powstrzymać za wszelką cenę.

– Nie mamy dość ludzi do obrony.

– Nie będziemy z nimi walczyć. Wpuścimy ich za pierwszy mur, a gdy Vernon straci kontrolę nad tą hołotą, spalimy dzielnicę do cna.

Masz ich na wyciągnięcie ręki. Zaciągasz się i czujesz nutę polnych kwiatów, drewna i rzeczy, których nazw nie potrafisz określić. W końcu, posuwasz się ten jeden krok za daleko.

Mężczyzna obrócił się błyskawicznie, a gdy cię spostrzegł krzyknął:

– Cholerny kundel! Wynoś się!

Chciał cię kopnąć, ale umknąłeś instynktownie. Skuliłeś ogon pod siebie i rozejrzałeś się szybko. Ludzie po tych słowach zrobili wokół ciebie ciasny okrąg. Słyszysz oszczerstwa w swoim kierunku. Wyzywano cię od pchlarzy, kundli i zarazy. Stąpasz nerwowo z łapy na łapę, próbując znaleźć drogę ucieczki. Gdy podbiegałeś pod czyjeś nogi żeby czmychnąć, ludzie kopali cię i nie chcieli wypuścić. Psy, chciałoby się powiedzieć.

W końcu udaje ci się przecisnąć między parą męskich nóg. Pokonujesz najszybciej jak możesz aleję niewolniczą, ale nie biegniesz na plac, tylko w drugą stronę na ulicę Sypialną.

To miasto nie znosi bezruchu.

Koniec

Komentarze

Cześć!

Przeczytałem opowiadanie, i zastanawiam się, czy to aby nie jest fragment, bo tekst kończy się w zasadzie w momencie, kiedy akcja się zawiązuje. Wcześniej mamy poranek z perspektywy bezdomnego psa. Ładnie pokazany, ale w zasadzie bez jakiegoś przesłania jak dla mnie.

Zastanawiam się też, na ile jest to fantasy, bo poza psią perspektywą, która w zasadzie w realu może być identyczna, i miastem, nie widzę tu elementów fantasy. Równie dobrze można by zmienić nazwę miasta na Rzym, przekaz pozostałby bez zmian (jak dla mnie)

Z rzeczy edycyjnych jedno mi się rzuciło. Widziałem tez trochę interpunkcji, ale sam za mało to ogarniam, by poprawiać , póki co:

Gdy podbiegałeś pod czyjeś nogi żeby czmychnąć, ludzie kopali cię i nie chcieli wypuścić(.+) Psy, chciałoby się powiedzieć.

Pozdrawiam!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Kulosławie, jedynka w tytule sugeruje, że jest to albo pierwsze opowiadanie z serii, albo to pierwsza część czegoś większego, zwłaszcza że takie wrażenie odniósł Krar85. Jeśli to ten drugi przypadek, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Kropka w tytule jest błędem – usuń ją.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeśli chodzi o dylemat czy tekst jest fragmentem czy opowiadaniem, to mogę rozwiać wątpliwości i jednoznacznie stwierdzić, że to opowiadanie. Pierwsze z cyklu, który planuje powiększać o kolejne historie z wspominanego miasta. 

Elementy fantasy będą się pojawiać w kolejnych szortach,  tutaj jednak bardziej skupiłem się na samej perspektywie i opowiedzenia o mieście. 

Tyle z wyjaśnień i dziękuje za uwagę o kropce, już poprawione :) 

Zawsze coś da się poprawić

Bardzo proszę i dziękuję za wyjaśnienia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czesc. Na wstepie pytanie: co robią te średniki w pierwszym akapicie? /// Świat zdecydował sam o swoim porządku -> "Świat sam zdecydował…" brzmi chyba lepiej. /// Brakuje Ci mnostwa przecinkow, jak chocby tu: Budzisz się na tym samym kawałku ziemi, na tym samym rogu obskurnej kamienicy gdzie za kilkanaście minut przyjedzie – przed "gdzie". /// Zaraz obok niego rozłoży gliniane misy handlarz przypraw, niestrudzony łowca pieniądza, choć za jakość jego towaru pewien bogaty jegomość wydał rozkaz połamania mu niegdyś palca lub dwa. – to zdanie do przebudowy, a no i: palca lub DWÓCH. /// Nie "slamsach", tylko slumsach. /// Uderzenia, cięcia i ostrzenie tępiących się narzędzi – A nie ostrzenie stępionych narzedzi? /// – Jak zawsze na miejscu, przyjacielu. – przerywa tę chwilę męski głos. – zly zapis dialogu. /// Następcy punkt jest praktycznie po drugiej stronie miasta – mysle, ze "następny". /// Szybko wertujesz ludzi i w końcu znajdujesz to, czego szukasz. Dwoje zakapturzonych ludzi w długich płaszczach – ludzi, ludzi. /// Teraz tak: rowniez nie widze tu fantastyki. Sposob prowadzenia narracji… nie podoba mi sie. Byc moze to moj problem, byc moze Tobie brakuje wprawy. Sam swiat opisany jakis tam jest – moze moglby byc nawet ciekawy, gdyby nie to, ze ogolnie opowiadanie niczego za soba nie niesie. Jezykowo sporo bledow, ktore widze ja, a tzn., ze jest ich ze 3x tyle. Niestety, nie podeszlo mi ;( PS. Wybacz brak formatowania i polskich znakow.

Wybaczam brak formatowania i polskich znaków. Opowiadane z założenia miało być trochę o niczym, stąd perspektywa psa i „dokument” w tytule. Wyrwany moment. Przy kolejnych częściach będzie już inaczej ;) jeśli chodzi o styl to przykro mi, ale raczej będę go dopracowywać niż zmieniać.

i najwyższy czas chyba uświadomić sobie kiedy wstawiać średniki…

Zawsze coś da się poprawić

Hej

 

wypomnę wyżej wspomniane:

choć za jakość jego towaru pewien bogaty jegomość wydał rozkaz połamania mu niegdyś palca lub dwa.

Psst tekst można edytować po jego wrzuceniu więc to zrób ;)

 

Następnie perspektywa psa raczej ok chociaż wątpię czy przy całej swej inteligencji pies w pełni rozumiał mowę ludzką, wiedział co to są literki, halabardy, niewolnicy znał imiona bogów, ulic etc. (Chyba że to jest właśnie ten elementy fantastyki)

 

Opowiadanie jak sam stwierdziłeś jest o niczym więc szczerze nie wiem co więcej napisać.

 

Pozdrawiam.

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Cześć, 

 

spokojnie, błędy już poprawione. Chciałem tylko jeszcze wyjaśnić że tutaj nie pies wszystko wiedział i rozumiał, tylko narrator, stąd też brak jakiejkolwiek reakcji na słowa, które normalnego przechodnia mogłyby wprowadzić przynajmniej w panikę. Pies oczywiście nie zrozumie. 

Brak elementów fantastycznych mam już w notatkach wrzuconych, jak wyjaśniałem wyżej: następnym razem będzie inaczej. 

ale dzięki i tak za uwagi 

Zawsze coś da się poprawić

Podmiot liryczny? :)))

Edytowałem, bo za duży wstyd…

Zawsze coś da się poprawić

Cześć,

 

tekst mi się spodobał, jednak tak jak poprzednicy nie zauważyłam w nim elementów fantastyki. Jak na moje standardy napisany w miarę poprawnie, brakowało czasem kilku przecinków i niektóre zdania zostały zbudowane w sposób, który utrudniał czytanie. W oczy rzucił mi się niepoprawnie zapisany dialog:

 

– Jak zawsze na miejscu, przyjacielu. – przerywa tę chwilę męski głos.

Dodatkowo nie rozumiem, dlaczego pies chciałby ograbić zebranych na placu ludzi z sakiewki. Spodobały mi się opisy, mimo wszystko tekst czytało się płynnie i łatwo było wyobrazić sobie miasto. Mimo że opowiadanie nie niosło wielkiego przesłania, to czytało się je przyjemnie.

 

 

Hej!

Podobało mi się, całkiem zgrabnie napisane – płynęłam przez tekst. Sama niedawno popełniłam podobny, ale nie wiem, czy wstawię, bo tak jak ciebie, krytykowano by mnie za brak fantastyki. Lubię ten zabieg z powtarzaniem na początku i końcu tego samego zdania.

Czułam się, jakbyś wprowadzał mnie do gry rpg. Fajnie ;)

 

Powodzenia w dalszym pisaniu! :) 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Powiem szczerze, że dla mnie pisanie szortów jest dużo trudniejsze niż krótszych tekstów. Przede wszystkim dlatego, że tu trzeba ważyć każde słowo, a i jakiś mocniejszy akcent by się przydał.

Z tym ostatnim definitywnie Ci się udało, Autorze. Choć wątpliwości miałem już przy rzeźniku, końcówka ładnie podbija twist. Tak więc to definitywnie na plus.

Jednak szort powinien też oferować pewną kompletność, a tej mi brakowało. Widziałem jakiś świat – miasto zapewne ze świata fantasy, które to uczyniłeś osią swojej narracji. Tylko ta oś pozostała dla mnie za mało opisana. Czy raczej – została opisana jako tło, ale nie jako równorzędna bohaterka, którą obiecywały pierwsze słowa o “nigdy nie zasypiającym mieście”.

Sam tekst jednak czyta się płynnie. Potrafisz tworzyć klimat. Jednak technicznie jeszcze jest trochę do poprawiania: a to brakujący przecinek, a to jakaś literówka.

Tak więc dla mnie koncert fajerwerków z lekka niekompletny. Winszuję jednak pomysłu :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

No cóż, Kulosławie, opisałeś poranek pieska, ale nie bardzo wiem, co miałeś nadzieję opowiedzieć.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

…na po­dusz­kach z pie­rzem ka­czek ak­kyj­skich… ―> …na po­dusz­kach z pierza ka­czek ak­kyj­skich

 

z dźwię­kiem dys­kret­nych kro­ków służ­by przy­go­to­wu­ją­cej re­zy­den­cję do funk­cjo­no­wa­nia zza dę­bo­wych drzwi… ―> Co to znaczy, że rezydencja funkcjonuje zza dębowych drzwi?

A może miało być: …z dochodzącym zza drzwi dyskretnym dźwiękiem kro­ków służ­by, przy­go­to­wu­ją­cej re­zy­den­cję do nowego dnia

 

nikt tutaj się nie wzbo­ga­ci na tyle, by opu­ścić to miej­sce. Mo­ne­ty mie­wa­ją tutaj tylko jedną stro­nę. ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

kilka ty­go­dni temu włó­czy­łeś się po slam­sach. ―> …kilka ty­go­dni temu włó­czy­łeś się po dzielnicy biedoty.

Slumsy nie maja tu racji bytu, albowiem pojęcie to powstało w XIX wieku.

 

otwie­ra­ły się pierw­sze okien­ni­ce, przez które lu­dzie wy­le­wa­li wia­dra pełne wody i fe­ka­liów… ―> Przez okiennice nie można niczego wylać. Owszem można na nie chlusnąć zawartością wiadra, ale wtedy wszystko zostanie w mieszkaniu.

Rozumiem, że pozbywali się fekaliów, ale dlaczego ludzie wylewali wodę?

Za SJP PWN: okiennica «ruchoma zasłona w postaci drewnianego skrzydła, zabezpieczająca okno»

 

Z nudów nad­sta­wiasz uszy i słu­chasz… ―> Z nudów nad­sta­wiasz ucha/ uszu i słu­chasz

 

Gdzieś wy­so­ko w górze, przez otwar­te okien­ni­ce, sły­szysz… ―> By coś usłyszeć, nie wystarczy otworzyć okiennice, trzeba też rozewrzeć okno.

 

Jak za­wsze ubra­ny miał dawno wy­słu­żo­ny far­tuch i brą­zo­we spodnie. ―> W co miał ubrane fartuch i spodnie???

Ani fartucha, ani spodni, jak zresztą żadnej odzieży, nie ubiera się. Fartuch i spodnie można włożyć, założyć, przywdziać je, odziać się w nie, ubrać się w nie, ale nie można ich ubrać.

Za ubieranie fartucha i spodni grozi sroga kara – trzy godziny klęczenie na grochu, w kącie, z twarzą zwrócona ku ścianie i z rękami w górze!

Proponuję: Jak za­wsze ubra­ny był w mocno wy­słu­żo­ny far­tuch i brą­zo­we spodnie.

 

Ła­piesz je łap­czy­wie jesz­cze zanim upada na zie­mię. ―> Brzmi to nie najlepiej.

Proponuję: Chwytasz je łap­czy­wie, jesz­cze zanim upadną na zie­mię.

 

Naj­więk­si mi­strzo­wie mają pra­cow­nię… ―> Literówka.

Nie przypuszczam, aby najwięksi mistrzowie mieli jedną pracownię.

 

Szyb­ko wer­tu­jesz ludzi… ―> Obawiam się, że ludzi nie można wertować.

Za SJP PWN: wertować «przeglądać książki, czasopisma itp., szukając potrzebnych wiadomości»

 

W czasz­ce ko­tłu­ją ci słowa zna­nych kie­szon­kow­ców… ―> Słowa nie mogą kotłować.

Pewnie miało być: W czasz­ce ko­tłu­ją się słowa zna­nych kie­szon­kow­ców

 

prze­su­wasz się do ta­jem­ni­czych po­sta­ci, mi­li­metr po mi­li­me­trze. ―> Skąd w tym opowiadaniu znane są milimetry?

 

Lu­dzie do­oko­ła jakby obu­dzi­li się z le­tar­gu i prze­bi­ja­li się z ko­lej­ny­mi ofer­ta­mi. ―> To nie ludzie przebijali się ofertami, a: Lu­dzie do­oko­ła jakby obu­dzi­li się z le­tar­gu i prze­bi­ja­li ko­lej­ne ofer­ty.

 

Dzie­lą was już tylko cen­ty­me­try. ―> Centymetry też nie maja tu racji bytu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za kilka miłych słów i regulatorom za postawienie tekstu do pionu. System metryczny chyba wkradł się trochę z wygody, ale już edytowane. 

Dziękuję za uwagi, mam nadzieję że dziesiąta edycja była ostatnią :) 

Zawsze coś da się poprawić

I ja, Kulosławie, podzielam Twoją nadzieję. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst jest napisany ładnym, zgrabnym językiem, a opisy wydają się malownicze. Problem jednak pojawia się przy fabule – miałam wrażenie, że to właściwie tylko opis, do którego na siłę doklejono historię. Sugeruje to również tytuł. Realnie ciekawie zaczyna się robić, kiedy zakapturzone postaci mówią o spalonej dzielnicy. Przemknęło mi przez głowę, że oho, teraz zacznie się akcja, a zaraz potem tekst się skończył.

W jednym z akapitów opisujesz też dzielnicę biedoty. Stwierdzasz, że jest gorsza niż piekło na ziemi, a potem, że bohater tak naprawdę lubił tam żyć – nie bardzo rozumiem ten rozjazd. Niemniej, moim zdaniem widać w tym tekście potencjał. :D 

 

Mam tylko jedno zasadnicze pytanie

Po co psu sakiewka? :P

Zostaw ten żyrandol.

Cześć Verus, 

Z tą sakiewką to pisałem to z myślą, że pies może i słyszał to, ale nie zrozumiał. Chodziło głównie o zmylenie czytelnika, ale jak o tym myślę to nielogicznie to wyszło, niemniej cel został osiągnięty, a to było dla mnie najważniejsze. 

Dzięki za opinię mimo wszystko :) 

Zawsze coś da się poprawić

Nowa Fantastyka