- Opowiadanie: drakaina - I szli całą noc

I szli całą noc

Bardzo chciałam “pokonać okoliczności” i jednak coś napisać z okazji konkursu świątecznego – i nawet wrzuciłam to opko pod innym tytułem wczoraj o godzinie 18.45. Niemniej ze względu na wycofanie jego oryginalnej wersji do kopii roboczych tuż przed dedlajnem i przywrócenie – w nowej wersji, ze starej został szkielet – dopiero po dedlajnie jury ma pełne prawo nie rozpatrywać tekstu konkursowo (ba, wręcz nie powinno), choć pozwoliłam sobie i do tej wersji dodać tag. Wrzuciłam nową, ponieważ komentarze do oryginalnej zawierały spojlery.

 

Dziękuję Finkli za uwagi po tej pierwszej publikacji, które potwierdziły moje ponure przeczucia, że w pierwotnej formie to opowiadanie mogło przywoływać (choć tylko tu, na portalu) niepożądane skojarzenia. Tekst ma kilka niepowiązanych ze sobą inspiracji. Wiedza o którejkolwiek z nich nie powinna być czytelnikowi do niczego potrzebna, niemniej pierwsza z nich narzuciła formę narracji, a ta z kolei w pierwszej wersji istotnie mogła przywodzić na myśl zupełnie nie to, co inspiracją było.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

I szli całą noc

« Wspólna podróż trwała niespodziewanie długo, pamiętasz, Katz, niezapomniany przyjacielu? Pamiętasz długie marsze w spiekocie, kiedy nie raz piliśmy wodę z kałuży? »

 

Nie prowadziła nas gwiazda. Nie mieliśmy wyznaczonego celu. Nie uciekaliśmy przed rzezią niewiniątek, bo ona już się dokonała. Wszyscy byliśmy niewinni, a może wszyscy winni. Może jedno i drugie. Wśród nas był jeden niewinny i dlatego uciekaliśmy.

Z martwej mapy Google bezradnie spoglądały nic nieznaczące nazwy sklepów, biur, muzeów. W tę podróż mogliśmy zabrać wszelkie skarby – wszystko było na wyciągnięcie ręki. Zabrakło jedynie domów, w których można by powiesić arcydzieła, zabrakło miejsc, gdzie warto by zabłysnąć pięknym ubraniem, drogą biżuterią, markowym sprzętem.

Zerkaliśmy co rusz przez ramię, usiłując zapamiętać jak najwięcej z tego, co pozostawało za nami, niknąc w przedwieczornym mroku. Jak zatrzymać obrazy pod powiekami? W myślach powtarzaliśmy zdania z wyuczonych na pamięć powieści, wierząc, że to nas ocali. Nuciliśmy melodie, żeby nie zapomnieć.

Żar lał się z nieba, wiatr niósł ze sobą smród spalenizny i gnijących szczątków. Porzuciliśmy domy, w których nie dało się żyć. Odeszliśmy, bo chcieliśmy żyć. Mieliśmy wiele powodów, by żyć. Wydawało się, że zawsze będziemy je mieli.

Opuściliśmy miasto w wigilię, kiedy zabłysły gwiazdy, pamiętasz? Boże Narodzenie, Weihnacht, Noël, Christmas, Navidad – i inne nazwy radośnie umieszczane na kartkach z życzeniami. “Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku”. Gorący wiatr unosił te szydzące z umarłej nadziei słowa nad umierającym miastem. Nie chcieliśmy pamiętać, że to święto powrotu słońca, bo słońce dokonało rzezi niewiniątek. We wspomnieniach wracały White Christmas, Died Moroz, śnieg, mróz. Pamiętasz? Ja nie pamiętam, choć nieustannie próbuję sobie przypomnieć. Nie wiem już, co znaczy „zimno”. Dmucham na dłoń, żeby to poczuć, ale nawet oddech jest ciepły.

Znaleźliśmy opuszczony zajazd, w którym zjedliśmy suchy chleb, popijając kwaśnym winem, zabranym z miasta, ze sklepu, do którego nawet nie musieliśmy się włamywać. Pamiętasz ten sklep? Siedzieliśmy na podłodze i podawaliśmy sobie zdejmowane z półek prezenty, mieliśmy najwięcej prezentów w życiu. Tak dużo, że wszystkich nie zdołaliśmy udźwignąć.

 

Tu stanie choinka. Jak zawsze w święta, prawda? Nasza nie jest zielona, tylko zbita z suchych patyków. Muszę ją jeszcze przybrać. Pamiętasz kolorowe, szklane, kruche bombki? Braliśmy je w ręce jak najostrożniej, żeby nie upuścić, chowaliśmy do pudełek owinięte w bibułki, by się nie stłukły. Wciąż czuję pod palcami dotyk gładkiego szkła, matowej farby malunków. To najbliższe, co przypomina mi chłód. Zaciskam palce, zaciskam je tak mocno, że spieczona skóra pęka, czerwone krople krwi zawisają na choince.

A to potrawy wigilijne. Skromne, nie to, co zwykło się jadać. Smak umyka pamięci, choć kiedy zamknę oczy, czuję zapach pieczonego ciasta, pierogów, barszczu. Dziś tylko widzę czerwień, pozbawioną aromatu. Tu, gdzie udało nam się dotrzeć, przynajmniej nie cuchnie tak jak w miastach, więc pamięć zapachów wraca. Kulawa, niedoskonała, niczym cień albo echo. Czuję metaliczny smak barszczu, na rękach mam czerwień.

 

W drodze napotykaliśmy nieobrabowane sklepy i jedliśmy do syta, jak nigdy w życiu. Pamiętasz zbierane na polach kartofle, jedzone ze słoniną znalezioną w opuszczonym domu? Nic nigdy tak mi nie smakowało. Jeszcze dziś czuję ich zapach, ciepło pary, buchającej z garnka i widzę ciebie, jak jesz kartofle i obracasz w ręce małą monetę, pamiątkę dawnego życia. Zawsze zostawialiśmy choćby grosik w miejscach, z których coś zabieraliśmy, pamiętasz? Nie chcieliśmy być złodziejami – choć nie było już od kogo kraść.

 

Nie połamiemy się opłatkiem, ale mam kawałek placka z mąki i wody. Właściciel tego domu gromadził zapasy. Część ledwie nadaje się do jedzenia, ale nie powinniśmy grymasić, prawda?

 

Pamiętasz, jak pod miastem znaleźliśmy samochód z kluczykiem w stacyjce? Kierowca zdołał doczołgać się do ogrodu, ale nie dotarł do domu. To musiał być jeden z tych dni, kiedy ludzie naprawdę umierali z gorąca. Pochowaliśmy tego nieznajomego człowieka w płytkim grobie i zabraliśmy samochód. Źle się z tym czuliśmy, ale trzeba było uciekać jak najdalej. Gdzieś, gdzie resztka lasu zapewni nam cień, gdzie znajdzie się dom, w którym będzie się dało zamieszkać, może płynący wciąż strumień.

 

Choinka gotowa. Wbita w ziemię wygląda prawie jak krzywe i rachityczne drzewko. Wokół prawdziwe drzewa umierają, wody trzeba szukać coraz głębiej, coraz dalej. Te patyki muszą nam wystarczyć.

 

Chcieliśmy uciec jak najdalej na północ. Nie dało się dojechać daleko, choć przecież znikły granice, nikt już niczego nie pilnował. Nikt nas nie ścigał, nie zatrzymywał. Podwieźliśmy desperatów, którzy chcieli koniecznie dotrzeć do własnego domu. Ludzie jeszcze dokądś zdążali, choćby i tak jak my – do nieistniejącego bezpieczeństwa.

 

Jak mam do ciebie mówić? Nie pamiętam, jak masz na imię. Strzępy pamięci, odchodzące wspomnienia – to wszystko, co pozostało. Mówię cudzymi słowami, nadaję ci imiona, które kołaczą się w głowie wśród tylu wtłoczonych w nią wspomnień.

 

Niedaleko stąd wyskoczyli na nas szabrownicy. W przerażeniu, zwierzęcym przerażeniu, przejechaliśmy po nich samochodem, nawet się nie zatrzymując, i jechaliśmy dalej, głusi na krzyki, na echo upiornych odgłosów trzaskających kości, na ciszę, która panowała w samochodzie.

Nie było czynnych hoteli ani zajazdów, więc włamaliśmy się do niewielkiego domu stojącego pod lasem. Panele wciąż działały, prąd dawało to samo słońce, które nas zabijało, generator uruchomił alarm, przestraszyliśmy się. Długo wsłuchiwaliśmy się w radio w nadziei, że uda się nawiązać kontakt. Gdzieś muszą być ludzie – powtarzaliśmy. Nie możemy być ostatni na ziemi, prawda? Dopiero co widzieliśmy ludzi.

Do dziś ich słyszę, choć nie widzę przez zamknięte oczy. Ty też to słyszysz przez cały czas, prawda? A potem nastała cisza i dlatego siedzisz teraz przede mną bez ruchu, a na twojej piersi kołysze się smętnie rozbita czerwona bombka.

 

Będzie też szopka, wszystko musi być tak, jak zawsze. Usiądziemy razem pod choinką i będziemy patrzeć w białe niebo, czekając na nastanie ciemności.

 

Ostatnio śniło mi się, że jesteśmy znów dziećmi, że jest wigilia. Na stole choinka, skromna, bo i czasy były skromne, a wokół nas rodzina, muzyka – pamiętasz muzykę? – śmiech. To dziwne, ale przez ostatnie lata dużo się śmialiśmy. Może inaczej się nie da? Często nas to złościło: wokół płonie świat, a my żartujemy. Czy płacz by pomógł? Wrócił minione dni, naprawił błędy, uczynił nas niewinnymi?

Obudził mnie huk. Leżysz na łóżku, a na twojej piersi rozprysła się świąteczna bombka, pod którą zieje czarna dziura. Czerwone kawałki szkła padają na łóżko, podłogę, gorące, a nie zimne jak tamte, kiedyś, w innym świecie.

 

Kiedy zabłyśnie pierwsza gwiazdka, zjemy wieczerzę, a potem ruszymy w noc.

Wszystko jest już przygotowane, muszę ci tylko pomóc usiąść koło mnie. Tu jest wygodnie, w zagłębieniu pod naszym drzewkiem czuje się nawet zapomniany chłód.

 

Pamiętasz, w czasie ucieczki na północ było nas więcej. Nie: miało nas być więcej. Lada dzień, lada moment. Dlatego odeszliśmy z miasta. Dlatego chcieliśmy żyć.

Kiedy uciekaliśmy przed szabrownikami, samochód trząsł, okropnie skakał na ich ciałach i na wybojach pobocza. Pamiętam uderzenie w głowę, a potem ciemność. I jeszcze nowy dom, i krótkotrwałą nadzieję.

Aż w końcu te słowa: nie ma już przyszłości i nigdy nie będzie. Czerwona bombka pękła, pozostawiając pustkę.

 

Zobacz, niebo robi się coraz ciemniejsze, żar teraz nieco zelżeje. Wiesz zresztą o tym, na pewno jeszcze pamiętasz. Pomóż mi ustawić szopkę. Jeśli zdołamy to zrobić, wszystko będzie znów dobrze. Pozostaniemy tu na zawsze, w cieniu skleconej z patyków choinki, kołysani do snu przez roztrzaskane świąteczne ozdoby. Będziemy już zawsze razem. Wszyscy troje.

 

Może lepiej, że nie przeżyło. Nie ma już świata, który mógłby je przyjąć.

Koniec

Komentarze

No, chyba jednak sporo zostało. Nie bardzo chce mi się czytać drugi raz.

Babska logika rządzi!

Tak, oczywiście, że sporo zostało, bo to jednak jest to samo opowiadanie :) Został cały szkielet, ale obudowałam go w sumie nieco inną historią, mniej jednoznaczną, jeśli chodzi o to, jak się rozkładają głosy narratorskie, i mniej “drugoosobową”.

http://altronapoleone.home.blog

Przyciągnął mnie tytuł. “I szli całą noc” – ostanie zdanie “Bram raju” Andrzejewskiego, no i… w tą stronę poszły moje oczekiwania. :-) Dlatego dopatrzyłem się czegoś, czego prawdopodobnie nie ma w tekście. Ale ja to widzę. Boże Narodzenie – Święto Boga Słońca. Słońce wypala ludzi. Samoistne skojarzenia z religią.

 

Niedaleko stąd wyskoczyli nas szabrownicy.

Zaskoczyli?

Właściciel tego domu gromadził zapasy. Część zawilgła, zatęchła, ale daje się zjeść[…]

No nie wiem… w żarze zabijającym ludzi? Kiedy wody trzeba było szukać coraz głębiej? Czepialstwo, lecz lekko mnie to ukłuło.

 

Słuszne czepialstwo! Już coś z tym robię.

 

A skojarzenia – wszelkie są dobre, bo tu miał być ten jakiś podkład mitu.

 

Tytuł rozszyfrowany poprawnie XD

http://altronapoleone.home.blog

O, ja miałam skojarzenia z Lalką. Katz, który sobie palnął w łeb, bo uznał, że świat schodzi na psy.

Zdołowałaś mnie okrutnie. Więcej, jaak mi przejdzie.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, bardzo słusznie, brawo :) To jest “fabularnie”, a i trochę narracyjnie, oparte właśnie na opowieści Rzeckiego o Katzu, z tym że oryginalna wersja znacznie mocniej to ogrywała, ale druga osoba miała swoje minusy… Na początku zresztą jest minimalnie dostosowany cytat, a potem w tekście też poukrywałam kilka.

http://altronapoleone.home.blog

Właśnie po lekturze “oryginalnej” wersji inspiracja Pamiętnikiem starego subiekta wydała mi się oczywista, ale zanim zdążyłem o tym napisać, tekst nagle zniknął ze strony. A teraz powróciło, z tytułem nawiązującym do Bram raju, opowieści o krucjacie dziecięcej i panicznym lęku przed kropkami… Muszę to jeszcze przemyśleć.

Nie wiem, czy dopiero teraz widać, czy tylko wcześniej nie zauważyłem (mając Rzeckiego przed oczami), że narrator pierwszoosobowy jest jednak narratorką. Też trochę zmienia postrzeganie tekstu, odcienie znaczeniowe.

Ślimaku, w tej wersji założenie jest takie, że narrator może być jeden, a może ich być dwóch. Z początku imię Katz pojawiało się kilka razy w tekście, potem z tego zrezygnowałam, a że krucjata dziecięca od początku mi tu też jakoś dziwnie towarzyszyła, postanowiłam zmienić tytuł. I wyrzucić (prawie) wszystkie znaczniki płci narratora i adresata z tekstu. Chciałam, żeby trochę nie było wiadomo, czy mówi jedna osoba, czy jednak dwie, kto żyje, kto nie żyje.

A poprzednia wersja zniknęła, bo w tamtej mocno drugoosobowej wersji (gdzie płeć narratora była mocniej zaznaczona), tekst za bardzo mógł kojarzyć się z opowiadaniem, które było dość niedawno specyficznie głośne na portalu, a chciałam uniknąć niezamierzonych porównań i posądzeń o inspirację. Ale Rzecki został, cytatów w tekście jest dość sporo :)

http://altronapoleone.home.blog

Nie da sie uniknąć.

Udało Ci się stworzyć klimat autentycznej beznadziei w tym opku, ale mnie nawet bardziej zdołowało pogodzenie się z losem bohaterki, ogromna rezygnacja, jaka od początku pobrzmiewa w jej słowach. To się staje zrozumiałe dopiero na końcu, gdy okazuje się, że rozmawia z trupem i nie tylko to.

Nie wiem, jak wyglądała poprzednia wersja, ale tu zostawiłaś za dużo tropów, żeby można się było nie zorientować, o czym piszesz:

Wszyscy byliśmy niewinni, a może wszyscy winni. Może jedno i drugie. Wśród nas był jeden niewinny i dlatego uciekaliśmy.

Mieliśmy wiele powodów, by żyć. Wydawało się, że zawsze będziemy je mieli.

o zakończeniu już nawet nie wspominam.

I skojarzenia mam nie tylko z opkiem Chrościska, ale też z opkiem Filipa Gore gwiazda. Pokazujesz wersję kobiecą. U Chrościska od początku mi się wydawało, że on ją poniekąd porzucił, u Filipa mąż i ojciec się poświęcił i tam też była dyskusja, czy powinien tak sam decydować, u Ciebie zwyczajnie zwiał.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

No, pod względem ogólnej ponurości przebiłaś tekst, z którego wzięłaś tytuł. 

Irko, ale skojarzenia (Finkli i moje) w pierwszej wersji nie szły w stronę Chrościska i, co więcej, akurat to w ogóle by mi do głowy nie przyszło – tylko w stronę “Córeczki” rrybaka. W wersji oryginalnej była bardzo mocno drugoosobowa narracja, dużo zwrotów do tego martwego przyjaciela/partnera. Nie chciałam, żeby to zostało odebrane jako odniesienie do rrybaka, zwłaszcza że go tu nie ma. Natomiast z Chrościskiem nie widzę nawet punktów stycznych, bo kwestia tego, że ktoś jest w ciąży i traci dziecko – no, to jest akurat temat uniwersalny. I u mnie przecież nie ma żadnych prawnych spraw, tylko i wyłącznie apokalipsa oraz ludzie tracący sens życia, bo zadecydował głupi zbieg okoliczności. I, jak Katz, oboje uznają, że nie ma sensu dalej żyć. Tu nikt nie ucieka, bo czy Katz ucieka? Ja w sumie zresztą nie wiem, czy kobieta żyje, czy też umarła jako pierwsza, zanim dojechali do tego domu? Może powinnam to podkreślić.

No i zastanawiam się, skąd przekonanie, że to perspektywa kobieca?

 

PS. W pierwszej wersji tropów było dużo mniej, ale znowu – żeby uciec od skojarzeń z rrybakiem poszłam ostatecznie w taką postapokaliptyczną “świętą rodzinę” uciekającą nie do Egiptu, ale na północ.

 

PS 2. Wywaliłam ostatni, niejednoznaczny zresztą, zwrot, który mógłby sugerować, jakiej płci jest mówiący, a jakiej adresat ;)

http://altronapoleone.home.blog

Sprawnie napisana nudna opowieść… Wspominają/a dawne wigilie i święta, idą, gdzieś tam zdążają, wszystko na tym łez padole obróciło się wniwecz… Znane i w tym tekście nic z tego nie wynika. Brak emocji. Zdaje się , że lepiej byłoby, biorąc pod uwagę limit znaków, skrócić wspominki przyszłości i dopisać część końcową, dającą wyrazisty finał.

A tak wyszła była dobra wprawka literacka albo też rozwinięty konspekt, ale nic więcej, niestety.

Pozdrówka.

Jaką część końcową? Co by w niej miało się dziać? A emocje… Nie lubię nadmiernych emocji, no i gdzie pakować emocje w depresyjny tekst o beznadziei? Tak, wiem, gdyby tu były histeryczne emocje na wysokim C, to wszyscy rzuciliby się nominować. Dla mnie brak wyrazistych emocji jest tragiczniejszy.

http://altronapoleone.home.blog

Czesc. Rzeczywiscie, dosc ponure… Az chyba nalezaloby rzec: gratulacje. Rzadko daje sie uzyskac taki poziom ponuractwa wszetecznego ;) Napisane poprawnie, wiec przyjemnie sie czytalo, ale lektury do przyjemnnej chyba nie zalicze ;)

Irko, ale skojarzenia (Finkli i moje) w pierwszej wersji nie szły w stronę Chrościska i, co więcej, akurat to w ogóle by mi do głowy nie przyszło – tylko w stronę “Córeczki” rrybaka.

A teraz to żałuję, że nie zdążyłam przeczytać poprzedniej wersji, bo mnie akurat skojarzenia z opkiem Rybaka w ogóle do głowy nie przyszły. To są zupełnie inne opka. Bohater Rybaka był, nieprofesjonalnie mówiąc, szalony. Widziałam go, jako faceta, który się złamał, winnił za katastrofę, w której zginęła jego rodzina. Może popełnił jakiś błąd, może po prostu nie był Neilem Armstrongem i nie dał rady w ostatnim momencie uratować sytuacji. Kiedy wyszedł z wraku i znalazł ciało córki, coś mu się w głowie na dobre poprzestawiało. Problemem w przypadku opka Rybaka było to, że on chyba nie do końca zaakceptował szaleństwo swojego bohatera i próbował je racjonalizować.

Twoja bohaterka jest inna. Nie tyle gada z trupem, ile mówi do niego i robi to nie dlatego, że jest szalona, ale po to, by nie oszaleć. Mam wrażenie, że pod tą rozpaczą, poczuciem beznadziei tli się furia, że ona musi tak gadać, musi przypomnieć sobie wszystkie te dobre momenty. Musi, bo inaczej ta wściekłość wylezie na wierzch i właduje w trupa resztę magazynku, posieka go na kawałki, albo cholera wie, co jeszcze. A tego jej umysł by już nie zniósł. Bo on ją opuścił, uciekł bez słowa.

A teraz czemu skojarzyło mi się Twoje opko akurat z tymi dwoma. Ano, bo wszystkie trzy poruszają ten sam temat, i nie chodzi mi tu bynajmniej o utratę dziecka. Raczej o postrzeganie przez mężczyzn i kobiety swoich ról w związku. Kiedy tak myślę o tych opkach nie mogę się oprzeć wrażeniu, że chociaż tyle się mówi o partnerstwie w związkach i takie tam, to postrzeganie ról w tychże związkach jest tak naprawdę rodem sprzed naszej ery.

Nie chcę spojlerować opka Filipa pod cudzym tekstem, powiem więc tylko, że tam facet bierze na siebie całą odpowiedzialność, co wywałało już pewną dyskusję. Resztę możesz sobie doczytać pod opkiem. Myślę, że warto tam zajrzeć.

Opko Chrościska zna już pół portalu, więc nie mam aż takich obiekcji. Czego tam się dowiadujemy? Ano tego, że ciąża to sprawa kobiety i tylko kobiety, ona jest za wszystko w tej kwestii odpowiedzialna. Facet z kobiecą ciążą nie ma nic wspólnego. Jeśli z niego dobry współczesny mąż to będzie bez słowa skargi znosił wahania nastroju kobiety, ba – wstanie w środku nocy i przyniesie żonie słoik korniszonów, a potem wstanie jeszcze raz i przyniesie kawał tortu, ale już nie powie słowa, czy taka mieszanka w środku nocy jest aby zdrowa, bo to kobieta powinna wiedzieć. I weźmie żonę w zagrożonej ciąży na spacer w góry, ale nawet nie zasugeruje, że może to nie jest dobry pomysł. Ciąża to przecież sprawa kobieca. A na koniec facet nie bierze na siebie żadnej odpowiedzialności za poronienie, bo… I tak, tak, wiem, że ironizuję, ale mnie to opko zabolało jak diabli.

W Twoim opku facet nie zdołał udźwignąć odpowiedzialności, więc zrobił to, co zrobił. Może myślał, że wraz ze swoją utratą wiary w przyszłość stał się dla niej ciężarem, może stwierdził, że bez niego ona lepiej sobie poradzi. Cholera wie, ale palnął sobie w łeb i zostawił ją z całym bajzlem. Klimat beznadziei, który stworzyłaś wydaje mi się reakcją raczej na czyn faceta niż na ogólną sytuację. I jest to reakcja z punktu widzenia kobiety.

I teraz, czy coś się z tym w ogóle da zrobić, czy grubo ponad dwa tysiące lat takiego, a nie innego postrzebania ról społecznych da się zmienić w ciągu niespełna stulecia? Myślę, że trzeba ze sobą rozmawiać, a żaden z tych facetów tego nie zrobił. Co by się stało, gdyby Twój bohater powiedział, co myśli, gdyby się przy niej rozbeczał, wyznał, że ma dość, że nie da dłużej rady? Może skończyliby razem, może by go przekonała, podtrzymała na duchu. A może on zrobiłby to samo dwa dni później, ale wtedy ona byłaby już przygotowana, rozumiałyby decyzję, nie czułaby się aż tak zdradzona. A gdyby facet z opka Chrościska zaczął na poważnie gadać z żoną po jej wyjściu na przepustkę? Może nic by się nie zmieniło w jej sytuacji, ale przynajmniej rozumiałyby jego punkt widzenia.

 

Miałam wrażenie, że mój poprzedni wpis odebrałaś jako krytykę, tymczasem on krytyką nie był. To było zwyczajne stwierdzenie faktu, tak a nie inaczej odebrałam Twoje opko. Przyznam, że mam opory napisać, że Twój tekst mi się podobał, bo jak mogę coś takiego powiedzieć o opku, które mnie tak mocno zdołowało? Co nie zmienia faktu, że to jest świetny tekst. Zarzutu braku emocji w tym opku w ogóle nie rozumiem, bo ono kipi od emocji, to najbardziej emocjonalny Twój tekst, jaki czytałam.

 

Wywaliłam ostatni, niejednoznaczny zresztą, zwrot, który mógłby sugerować, jakiej płci jest mówiący, a jakiej adresat ;)

I tu drobna czytelnicza prośba. Nie czytałam ponownie, ale podobało mi się, jak było. Jeśli coś wyrzuciłaś, przywróć proszę. Pozwól również na taką interpretację Twojego tekstu, jak moja.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Klik ode mnie za literacką sprawność opowieści i za ładne, niejednoznaczne pogranie aluzjami (a to Prus, a to Święta Rodzina).

Dziękuję, Irko, także za klika (dzięki też ninedin), bo już zwątpiłam, czy ten tekst w ogóle ma sens, czy “udało mi się go napisać” nie w sensie poskładania słów, ale w sensie pokazania tego, co chciałam pokazać. On jakoś wynika z moich emocji w te święta, a że konkurs narzucił przyszłość – to mi ta przyszłość beznadziejnie smutna wyszła.

 

Jeśli coś wyrzuciłaś, przywróć proszę

Twoja bohaterka

Właśnie dlatego wyrzuciłam. Bardzo mi zależy na tym, żeby tu nie było jednoznaczne, kto co zrobił, kto mówi itd. Tu są dwa głosy: mogą należeć do jednej osoby, ale mogą być dialogiem. Co więcej, scena w samochodzie nie stawia jasno ani tego, kto prowadził, ani tego, kto uderzył głową. Nie ma też pewności, kto się zachował jak Katz. Dlatego jedynym, co wyrzuciłam, było pozostałe “przyjacielu” – bo ja to założyłam jako neutralne, mężczyzna do kobiety też by tak mógł powiedzieć, ale potem uznałam, że jednak rodzaj gramatyczny w polszczyźnie bardzo narzuca identyfikacje i wyprałam z nich tekst całkowicie. Żeby nie było, że to koniecznie jest monolog kobiety. Może ona zginęła w tym wypadku? Może oboje zginęli i całe “po” jest tylko jakimś wyobrażonym życiem duchów? A może istotnie któreś z nich (pewnie rzeczywiście prędzej facet) zabiło się jak Katz? Chciałabym, żeby tekst był pod tym względem niejednoznaczny.

 

A co do pierwszej wersji: może ją mam na komputerze u Taty, gdzie to pisałam. Wtedy wrzucę jako komentarz. Ale tam po prostu było tak, że narrator płci nieokreślonej gadał bardzo zdecydowanie do trupa i ton tych zwrotów był istotnie nieco rrybakowy. A na końcu wychodziło, że to partnerka i samo zakończenie, w kwestii z dzieckiem, było podobne.

http://altronapoleone.home.blog

Wykonanie fachowe, biorąc pod uwagę założenia. Całość jest spójna i sprawnie zmierza do finału (wstawki najlepszym elementem). Ale jednocześnie dla mnie opowiadanie dzieje się ze zbyt daleka. Nie czułem beznadziei, bo emocje i wydarzenia były gdzieś tam za wzgórzem, a ja stoję przy szybie i staram się dosłyszeć cichy głos narratora. Więcej scen tu i teraz, więcej konkretności/namacalności. Szczególnie na początku. Bo nie miałem się czego chwycić.  

Niestety nie widziałem wcześniejszej wersji tego opowiadania – prawdę mówiąc ta drugoosobowość tutaj bardzo mi przypomina moje własne próby pisarskie, z poprzedniego życia, nigdy mi to dobrze nie wychodziło, a jednak eksplorowałem tę formułę – dlatego żałuję, że tej pierwotnej wersji, tej gdzie to było mocniej wyeksponowane, nie poznałem. Niewymuszona intertekstualność – pewnie ilu czytelników tyle skojarzeń i u mnie one tu zagrały, początek gdzieś mi jeszcze otworzył inne, całkiem mylne tropy – skoro Katz, to Lalka i Węgry, skoro Lalka to Rzecki i Napoleon, skoro Napoleon – to odwrót spod Moskwy – skoro odwrót od Moskwy – to nie tylko Napoleona – skoro odwrót – to szlak tych wszystkich armii przegranych… choć już parę zdań widać, że trop błędny, to gdzieś z początku bardzo przywiązany byłem do myśli, że to Słońce jest jednak tylko metaforyczne – że chodzi o Słońce na ziemi, rodzące atomowe grzyby, że tu mowa o zagładzie innej, takiej, którą sami sobie wywołaliśmy…

Dlaczego o tych błędnych (i obłędnych) asocjacjach piszę? Po trosze po to – by pochwalić. Utwór rzeczywiście pozwala na otwieranie wielorakich interpretacyjnych wrót, a po trosze… by zganić. Bo dość szybko wiadomo o co właściwie chodzi, interpretacje się zawężają, redundancja tekstu jest zbyt wysoka i zaczyna ziać nudą. Jeszcze naiwnie się spodziewałem jakiegoś zaskoczenia na koniec – i choć przewrotna puenta nie jest obowiązkowa i nie stanowi dla mnie wyznacznika wartości tekstu – to to, że tutaj tak wszystko po nitce po kłębka – jednak mi nie spasowało.

Ogólnie – językowo zgrabne, brawo za próby narracji drugoosobowej, doceniam kotwice kulturalne i ogólną zręczność w budowaniu alegorii, mieszaniu symbolik, odwoływaniu do innych tekstów – ale jednak coś mi nie zagrało, czegoś zabrakło – tekst krótki, a mnie wynudził i nawet na chwilę nie odezwał się we mnie emocją. A szkoda, bo miał taki potencjał.

entropia nigdy nie maleje

Tak, wiem, gdyby tu były histeryczne emocje na wysokim C, to wszyscy rzuciliby się nominować

bo już zwątpiłam, czy ten tekst w ogóle ma sens, czy “udało mi się go napisać” nie w sensie poskładania słów, ale w sensie pokazania tego, co chciałam pokazać.

Z klikiem się wstrzymałem, bo czekałem na mądrzejszych. Czytając komentarze, dotarło do mnie, że jest tu więcej ukrytych przywołań, o których nie mam pojęcia – nie znam (to zdanie z Bram Raju zapamiętałem przez przypadek za sprawą pewnego dość zabawnego zdarzenia z czasów studenckich; no, może zabawnego nie dla tych, którzy musieli przepisać w transkrypcji fonetycznej pierwsze zdanie tekstu). 

Twój “króciak” jest dla elitarnego grona odbiorców. Dużo jest ukryte za tekstem. Dla mnie, z uwagi na wiedzę, doświadczenie i tak zwane oczytanie, za dużo.

To wszystko nie zmienia jednak faktu, że jest to świetnie napisane i uważam, że zasługuje na biblio.

Cześć, Jim :) Dziękuję za ambiwalentną opinię, pochwały cieszą, krytykę biorę na klatę :)

 

Początkowa wersja miała być bardziej osadzona w nawiązaniach do “Lalki”, ale kilka względów – w tym lokalnie portalowych – zadecydowało o zmianie. Wojny tu nie planowalam, bo z kolei z powodów osobistych opowiadanie od początku miało być kameralne i skupione na indywidualnej traumie oraz żałobie. Po prostu mam cholernie smutne święta, więc jedyne, co mi się po głowie kołatało, to było poczucie dojmującego smutku i beznadziei. Co do redundancji – gdybym wycięła “fabułę”, to zjawiliby się krytycy, którzy by powiedzieli, że nie wiadomo, o czym to, bo nie ma żadnych zdarzeń. Po prostu wszystkim nie da się dogodzić.

 

Natomiast skoro już mowa o Napoleonie i Rosji, możesz zajrzeć do “Zimy”, bo ona jest dokładnie o tym. Jak zresztą widać po awatarze i podpisie, to “moja epoka” (i większość tego, co tu mam, mniej lub bardziej o nią zahacza), w klimaty futurystyczne z reguły się nie zapędzam, chyba że konkurs bardzo mocno skusi. Ale nie czuję się w nich dobrze, stąd zresztą nieokreśloność i impresyjność świata tutaj.

 

MTF

to zdanie z Bram Raju zapamiętałem przez przypadek za sprawą pewnego dość zabawnego zdarzenia z czasów studenckich; no, może zabawnego nie dla tych, którzy musieli przepisać w transkrypcji fonetycznej pierwsze zdanie tekstu

Czyżbyś był na polonistyce i miał prowadzącego sadystę?

http://altronapoleone.home.blog

Czyżbyś był na polonistyce i miał prowadzącego sadystę?

Dawno temu. Tyle nawkładali nam do głów, że niewiele z tego pamiętam. A Staś Podobiński nie był sadystą. Na przykładzie uczulał nam, żeby wypowiadając się na temat jakiegoś utworu, lepiej go znać. 

Otóż jakiś czas przed tymi zajęciami inna grupa (nie pamiętam w jakich okolicznościach) miała za zadanie w ramach ćwiczeń zapisać fonetycznie jedno zdanie (to nie sadyzm). Padło na Bramy Raju. Któryś ze studentów zapytał, czy może być pierwsze. Wykładowca odparł, że jeśli mają takie życzenie, to nie ma sprawy. Studenci dość szybko poprosili o przesunięcie terminu oddania prac. Ale to były czasy, kiedy zadania na studiach wykonywało się bez protestów. Dużo papieru poszło.

Zacne :) Zapytałam, bo w zamierzchłych czasach, które wolałabym zapomnieć, też skończyłam polonistykę i męczyłam zapis fonetyczny

http://altronapoleone.home.blog

też skończyłam polonistykę i męczyłam zapis fonetyczny

Nie wiem jak Tobie. Mnie ta umiejętność nie przydała się ani razu. :-)

@drakaina z miłą chęcią zajrzę do Zimy, choć ta “moja epoka” jest zdecydowanie bardziej “Twojsza niż mojsza” – bo mnie ona akurat zbytnio nie fascynuje (do tego stopnia, że Wojnę i Pokój z uporem maniaka próbowałem przeczytać dziesięć razy… i odniosłem dziesięć razy na tym polu klęskę, takie to dla mnie nudne) – może to dlatego, że sam mam pewnie zbyt mało informacji, wiedzy itp. a może właśnie na odwrót – mam tak mało wiedzy, bo mnie to nie zafascynowało. Ale wszystko co z historią w tle bardzo cenię (swoją drogą, jeśli nie odpycha Cię dziki wiek XI, to coś mocno w historii osadzonego szykuję jako moje drugie opowiadanie). Co do historii – tej osobistej – współczuję bardzo straty i choć wiem, że żadne słowa nie wypełnią pustki, chciałbym powiedzieć, że ten smutek choć tak bezdenny, jest potrzebny, że to poczucie beznadziei świadczy o człowieczeństwie, bliskości, Twojej wrażliwości, że choć banałem jest, że to wszystko potrzebuje czasu – wierzę, że ułożysz sobie to w końcu i w głowie i w sercu. Życzę Ci, żeby te Twoje smutne święta, ten smutny Nowy Rok, przyniosły Ci jednak okruchy radości, a nie tylko cierpienie. Ale tak jak napisałem. Słowa są nikłe. Nasze doświadczenia są różne. Nasze smutki czasem pokryć jedynie milczeniem. Milknę więc i mam nadzieję, że tym okrucieństwem, szczerych – zbyt szczerych pewnie – życzeń nie uraziłem, nie zraniłem bardziej. Reszta jest milczeniem.

entropia nigdy nie maleje

Bardzo dziękuję, Jim, ładnie to ująłeś, nie uraziłeś :) Ten portal ma to do siebie, że jakkolwiek nie jest to miejsce, gdzie ludzie się poklepują po ramieniu i chwalą wszystko bezkrytycznie, bardzo pomaga przetrwać trudne chwile. Mam nadzieję, że i Ty poczujesz się tu dobrze. Średniowiecze to wprawdzie nie mojsza epoka, ale na każdy tekst z historią w tle chętnie zerkam.

 

MTF – mnie też się nie przydała. W ogóle polonistyka nie bardzo mi się do czegokolwiek przydała, więc się przekwalifikowałam po daremnej próbie znalezienia tam sobie miejsca.

 

http://altronapoleone.home.blog

W wyszło Ci to na lepsze, najpewniej.

Pozytywnie mnie zaskoczyłaś, znowu, bo jestem prawie pewien, że całkiem niedawno pisałem to samo. Przyznaję też, że miałem Cię raczej za zawodnika drużyny jajogłowych. Przepraszam, jeśli to zabrzmiało negatywnie, ale nie potrafiłem wyobrazić sobie utworów dystopijnych, takich przez duże D, których byłabyś autorką, w ogóle tych rozpaczliwych i mrocznych. Niejako “upewniłem” się po burzliwej dyskusji po konkursie Kawki. Pomyślałem sobie, że po prostu tego nie czujesz. Nic w tym złego, każdy jest inny i inaczej odczuwa, rozumie, przekłada przez swoją mentalność emocje i negatywne zdarzenia. I żeby nie było, Twój francuski detektyw jest świetny, to też już mówiłem, ale gdzieś tam przebija się zawsze nuta hm, beztroski, wesołości i pozytywnych emocji. Może to kwestia słodkich ciastek, eklerków i podobnych fragmentów.

Ale napisałaś jedno zimowe opowiadanie, choć nie pamiętam tytułu. Bohater wracał z wojny i prawie zamarzł. Później pojawiła się Wiekuista cisza, a teraz to. Nie wiem, czy można to nazwać przemianą, ale coś się zmieniło. Dla mnie pozytywnie, jeśli chodzi o pisanie oczywiście. Nadal za dużo dyskutujesz, w miejsce tych ilości znaków powstałoby niejedno porządne opowiadanie, ale ja też nie jestem bez wad, jak każdy. ;)

Przechodząc w końcu do opowiadania – oczywiście podobało mi się. Utwór jest dystopijny, ale bez patosu. Rozpaczliwy, ale nie żenujący. Największą wadą takich opowiadaniach są źle określone i ukierunkowane emocje. Albo są nieadekwatne, albo niezrozumiałe, albo po prostu mało wiarygodne. U Ciebie jest inaczej, zachowałaś proporcje, pal czort czy świadomie, czy nie. Historia jest pewną retrospekcją, spojrzeniem wstecz, pogodzeniem i nie pogodzeniem się z losem. Z przeszłością i przyszłością. Jest post apokaliptyczna, i choć najczęściej takie opowieści wykrzywiają mi twarz, bo pisane są z perspektywy ciepłego fotela, i nie niosą za sobą wiarygodnych zachowań, tylko egzystencjalne przemyślenia, ta mnie kupiła.

Podjęłaś próbę napisania czegoś na bardzo poważnie i cholera, udało Ci się.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Och, Darconie, bardzo dziękuję :) Cenię sobie bardzo Twoje pochwały, ponieważ jesteś surowym komentatorem, nie sądzę jednak, żeby w tym, co piszę, nastąpiło jakieś zasadnicze przewartościowanie, bo nadal lubię lekkość i happy endy. Niemniej sytuacja osobista plus ogólna, plus akurat takie a nie inne tematy konkursowe najwyraźniej wydobyły mroczną stronę tego, co piszę ;) A może po części też to, że piszę teraz powieść z dość mocno ponurą historią w tle?

Cokolwiek to jest, miło mi, że Cię zaskoczyłam i to pozytywnie.

 

Nadal za dużo dyskutujesz

Bo ja jestem straszna gaduła zazwyczaj ;) Oraz: często dopiero dyskutując zaczynam rozumieć własne intencje i własne teksty, że tak powiem.

 

zachowałaś proporcje, pal czort czy świadomie, czy nie

Nie wiem, na ile świadomie, ale ponieważ sama nie przepadam za zbyt emocjonalną narracją w tekstach, które czytam, na pewno jakiś element świadomego wyboru w tym był.

 

Raz jeszcze: wielkie dzięki za te podnoszące na duchu słowa i milknę, żeby zabrać się za pisanie czegoś twórczego :)

http://altronapoleone.home.blog

Cześć, Drakaino! Bardzo emocjonalne i zarazem dystopijnie świąteczne opowiadanie. Fajnie podsumowało wątek przyszłych świąt. Muszę przyznać, że nie takiej puenty się spodziewałam, ale narracja w drugiej osobie bardzo pasowała do stylizacji.

Pozdrawiam

Hej drakaina bardzo fajna wizja!!! Bardzo dobrze się czytało :)))

 

Ja się nie znam, ale podobało mi się :)

 

Pozdrowienia!!!

Schizofrenia, ależ dziwna ta choroba... Czy tylko mnie śmieszą homilie??? Dziwny ten świat w około.

Wiem, co mnie urzekło (oprócz oczywiście, świetnie odmalowanej wizji świata, który umiera i łapie ostatnie oddechy). To dialog, który bohater(ka) prowadzi. Zwracanie się do konkretnej osoby, mówienie o wspólnych przeżyciach, nadziejach, dramatach zagrało doskonale. To mogłaby być rozmowa przy kominku, z kubkiem grzańca w dłoni, gdyby nie temat i okoliczności, i ten zabieg jeszcze mocniej uderza w nerwy. Tak to przynajmniej czytam :)

Dantesie, ten tekst jest celowo napisany tak, żeby uprawniać jak najwięcej interpretacji, więc Twoja jest jak najbardziej uprawniona :) Tak, to miała być trochę gawęda, dająca pozór zwyczajności, spod której wyziera tragedia.

http://altronapoleone.home.blog

Hej, Drakaino!

Niesamowicie napisany tekst, który przypomina mi znalezione gdzieś pourywane kawałki listów. Sama często piszę w tej narracji (i formie jakoby zwracania się do kogoś konkretnego) i byłam ciekawa, czy jest możliwe, aby wyglądała ona dobrze dla czytelnika. Tutaj widzę, że tak.

Nie wydaje mi się, żeby historia była ważna sama w sobie. Generalnie nic się nie dzieje, ale emocje odwalają całą robotę. Zgadzam się w stu procentach z ostatnim akapitem Darcona – bohaterka jest prawdziwa, bo sposób, w jaki podchodzi do sytuacji i emocje, które czuje są całkowicie prostolinijne. Bez patosu i egzaltacji. Jak człowiek z krwi i kości. Jest pogodzona z losem, wręcz przyzwyczajona.

Tytuł świetny, choć mógłby również brzmieć “Pamiętasz?” albo “Pamiętam”, bo tak często pojawia się to słowo w tekście ;)

 

Powodzenia w dalszym pisaniu! :) 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Hej, Lano!

Bardzo dziękuję za miłą opinię :) I trafiłaś idealnie, bo pierwszy tytuł tej skatiowanej wersji był “Pamiętasz, Katz?”, ale potem zrezygnowałam z tych bezpośrednich nawiązań do “Lalki”, bo nie wychodził mi długi tekst, w którym to, że ona mówi po części zdaniami z powieści, której się nauczyła na pamięć, by dobrze wyszło.

Pozdrawiam!

http://altronapoleone.home.blog

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Cześć!

Smutna i jakby melancholijna wizja końca czyjegoś świata, w tle zmiany klimatyczne i niecodzienna wigilia. Nastrojowe, ładnie napisane, bardzo mocna skupione na przeżyciach bohatera/ów, bo było ich przynajmniej dwoje z tego co rozumiem. Cała droga dosyć jednostajna, gawęda o ucieczce póki jest jak uciekać.

Jak dla mnie jest trochę zgrzytów logicznych, w sensie scen bardzo “literackich”, “sugestywnych” i pasujących do klimatu, natomiast opisujących wydarzenia nierealne (prawdziwy człowiek raczej by się tak nie zachował), przykłady:

Pochowaliśmy tego nieznajomego człowieka w płytkim grobie i zabraliśmy samochód

Kto ratując własny tyłek chowa zmarłych, po co!? Widok i zapach osoby, która zmarła z gorąca do przyjemnych nie należą, a kopanie grobu to kupa czasu, i całkiem spory wysiłek.

przejechaliśmy po nich samochodem, nawet się nie zatrzymując

Współcześnie robione samochody, poza terenowymi (nie SUVami tylko terenowymi) niezbyt się nadają do przejechania większego psa czy choćby sarny, a człowieku nie wspominając.

 

Mi trochę to zburzyło klimat, ale wielu osobom pewnie to nie rzuci się w oczy.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Dzięki, krar, za odwiedziny :)

 

Odpowiadam w kwestii logiki:

 

Kto ratując własny tyłek chowa zmarłych, po co!?

Ten tekst nie jest w pełni realistyczny. Za to jest o ludziach, którzy usiłują ratować (dla siebie) świat i człowieczeństwo. Uczą się na pamięć książek, a nie pochowają, choćby symbolicznie (płytki grób – to często tylko przysypanie ziemią, jak w “Antygonie”) człowieka, któremu coś zabierają? Szacunek dla zmarłych to jedno z najpotężniejszych tabu naszej cywilizacji, a tu na dodatek ma grać z tym, że potem dla ratowania się w sytuacji zagrożenia ryzykują tym, że zabiją napastników i z tym dalej też nie potrafią żyć.

 

Współcześnie robione samochody, poza terenowymi (nie SUVami tylko terenowymi) niezbyt się nadają do przejechania większego psa czy choćby sarny, a człowieku nie wspominając.

Gdyby tak było, to mój samochód (VW Polo), kiedy zepsuł mu się hamulec ręczny, zapewne nie wjechałby na wysoki krawężnik i nie zatrzymał na nim (konkretnie okrakiem na wąskim trawniku), tylko przed nim ;) A co więcej, tenże samochód nie potrzebował pomocy drogowej, żeby stamtąd wyjechać i nie mu się nawet w podwoziu nie uszkodziło. Człowiek może jest nieco grubszy od takiego murka, ale za to jest miękki, no i jest “na grubość” znacznie mniejszy od sarny. Większość samochodów poradzi sobie z taką przeszkodą bez problemu, a zresztą na to, żeby słyszeć (wyobrażać sobie?) trzask kości, wystarczy przejechać po ręce czy nodze. Tu zresztą sugeruję, że to nie było łatwe, stąd uderzenie w głowę, a może i wypadek, w którym oni mogli zginąć albo jedno z nich. Nie wykluczam takiej możliwości fabularnej.

Oczywiście można się zawiesić na byle kamieniu, jak się ma pecha do ukształtowania terenu, ale równie dobrze można się nie zawiesić na czymś większym. Nie będę robić eksperymentów z przejeżdżaniem przez człowieka, ale bardzo mnie kusi zrobić z jakichś koców czy kartonów manekin i spróbować ;)

http://altronapoleone.home.blog

Rozumiem, że tekst jest symboliczny, i jak najbardziej to kupuję… Ale przy samochodzie ciągle nie gra ;-)

Przejechać po leżącym to nie problem, zgadzam się, ale ludzie z reguły nie leżą na ulicy i nie czekają na samochód, tylko stoją. A jak stoją, to mają środek ciężkości jakiś metr nad ziemią i gdy samochód w nich uderzy, to kładą się na maskę albo i szybę przednią. Przy potrąceniu pieszego nierzadko strzela poduszka, a i samochód łatwo uszkodzić (pająki na szybie, rozszczelniony układ chłodniczy)

Aby potrącić człowieka, i po nim przejechać, trzeba mieć wysoki samochód.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Okej, przyjmuję argument z maską, po prostu tu akurat zrobiłam pewien skrót myślowy czy fabularny: zakładam, że oni usiłowali jakoś lawirować między tymi napastnikami, wymknąć się, ktoś mógł upaść (zsunąć się z tej maski?) itd. Zakładam też, że było ciemno, więc niewiele widzieli, strach też ma wielkie oczy, a poczucie, że zabijasz albo zostawiasz rannego człowieka jest jednak traumą. Ta scena wzięła sie po prawdzie z artykuliku prasowego, który czytałam dawno temu, o kobiecie w samochodzie, którą na światłach zaatakowali kolesie z bejsbolami. I ona nic nie zrobiła, stała na tych światłach i ją wyciągnęli z samochodu i zakatowali. I wszyscy, z policją i prawnikami włącznie, mówili, że powinna była ruszyć, potrącić ich, przejechać, ale uciekać, bo każdy sąd uznałby to za obronę konieczną.

http://altronapoleone.home.blog

Podwójny trup w finale.

Masz rozmach: najpierw beznadzieja z nawiązaniami religijnymi (to udało mi się złapać), podróż, w której bezlitosny gorąc zastępuje bezlitosny mróz z innego miejsca i czasu, a na końcu, jak się okazuje, literacki bach (nie złapalem, ale współkomciarze szczęśliwie wyjaśnili) z dramatem na dokładkę.

Cóż mogę dodać? Apokaliptyczne i bardzo pesymistyczne. Poświąteczna wyprzedaż, tylko 7,65k znaków!

Mi się.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki, Świrybie, zawsze miło gdy komuś “się” ;)

 

A skoro już o literackim bach, to może w końcu wrzucę tekst, który zainspirował mnie w kwestii obrazów, zwłaszcza śmierci. Jest to inspiracja tak odległa i tak osobista, że nikt nie miał szans jej odgadnąć, musiałby być specjalistą od Rimbauda. Oto jeden z jego najsłynniejszych wierszy w moim (publikowanym) przekładzie:

 

Arthur Rimbaud (1854-1891), Śpiący w dolinie

 

To zielona dolina, w której śpiew strumienia

Niczym szalony trąca łachmany szuwarów

Srebrzyste; którą z dumnych szczytów opromienia

Słońce; to blaskiem światła pieniący się parów.

 

Młody żołnierz – otwarte usta, goła głowa,

Ramiona zanurzone w barwinków błękity –

Śpi, leżąc w trawie, nad nim obłoków osnowa,

Blady w zielonym łożu, światłością obmytym.

 

Ze stopami w kosaćcach śpi. Uśmiechu tyle

Co u dziecka chorego; zdrzemnął się na chwilę –

Jest mu zimno, więc ciepłem go, naturo, otul.

 

Nie drgnie, choć nozdrza jego zapachy owioną;

Śpi w pełnym słońcu, z ręką na piersi złożoną,

W ciszy. Ma dwie czerwone dziury w prawym boku.

http://altronapoleone.home.blog

Opowiadanie skojarzyło mi się z globalnym ociepleniem, ale nie wiem, czy to dobra interpretacja. A tak w ogóle, to tekst był płynny i powiedzmy, że nawet przyjemnie się czytało, lecz czasami zalatywało nudą. I wątpię czy zapamiętam go na dłużej.

Wyszedł tekst o beznadziei, ale zdaję się jakby mimo wszystko bohaterka swoimi wspomnieniami trzymała się życia. Podoba mi się przeplecenie wspomnień wymieszanych z obrazem świata, z którym się spotyka. Odnoszę wrażenie, jakby nie mogła zrozumieć, dlaczego jej towarzysz zrobił to co zrobił. Jeśli chodzi o skojarzenia do cudzych tekstów, to takowych brak, bo nie czytałam albo nie wyłapałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dobrze się czytało :)

Przynoszę radość :)

Dobrze się czytało :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka