- Opowiadanie: syf. - Święto ciała

Święto ciała

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Święto ciała

 

 

Wigilia I

Stary siedzi na zaszczytnym miejscu u szczytu stołu. Widzi, że wieczerza wigilijna jest niemal przygotowana. Halę wypełnia zapach gotowanych warzyw i prażonych w miodzie owadów. Ukrop parujący z kotłów wydziela przyjemne ciepło.

Kapłani rozpoczynają mszę, gdy z głębokich trzewi statku dochodzi stłumione, niemal niezauważalne dudnienie. Liturgiczna pieśń odbija się echem pośród metalowych korytarzy jak ptak uwięziony w klatce. Zielonkawe światła awaryjne mieszają się z żółcią płomieni świec, by wydobyć z cienia wychudłe, ziemiste twarze mieszkańców osady. Zebrani przyłączają się do wspólnego śpiewu:

– Bóg się rodzi, moc truchleje…

 

 

Wcześniej

Starzec zdejmuje okulary ochronne i wyciera pot. Spogląda przez moment w niebo. Zimne, odległe słońce przeziera przez stalowoszare chmury spowijające ten przeklęty świat, by pozostawić w jego oczach uciążliwe powidoki.

Zwraca wzrok ku ziemi. Jałowe łono planety pozwala wzejść jedynie ohydnym, bulwiastym roślinom, pośród których pełza obleśne robactwo – najtańsze źródło białka. Mężczyzna patrzy w dal – w kierunku majaczącej na horyzoncie bryły statku kosmicznego. Dlaczego zawiódł, dlaczego zamienił się w trumnę lepszej przyszłości?

Błąd w obliczeniach, sabotaż, głupota, pech…

Stary od ponad stu lat zadaje sobie to pytanie, snując rojenia o rajskiej planecie, która miała stać się jego domem.

 

*

– Dlaczego my jesteśmy tacy marni? – pyta wychudła dziewczyna, ubierając się. – Pan jest tak mocny i silny…

Stary nie ma ochoty tłumaczyć zawiłości modyfikacji genetycznych, cyberwszczepów, nanomedycyny i innych rzeczy, jakie bezpowrotnie przepadły w cielsku kosmicznego lewiatana kolejnej pannie, która zawitała do jego chatki w celu dywersyfikacji słabnącej puli genetycznej osady.

– W ziemskim Słońcu dzieci lepiej rosną – odpowiada. – Zbieraj się.

– Czy… one nie powinny żyć? – dziewczyna pyta w drzwiach.

– Powinny. Ale nie żyją. Dlatego jest coraz gorzej.

 

*

Starzec zapala znicze na mogiłach. Czternaście nagrobków, ustawionych w trzech równych rzędach, znajduje się w niewielkim oddaleniu od reszty cmentarza. Członkowie załogi, którzy przeżyli lądowanie. Pozostał już tylko stary. Ostatnie miejsce jest dla niego.

Patrzy na dolinę, w której rozrosła się osada. Nad równo wytyczonymi ulicami chylą się liche domostwa. Dalej zaczyna się mozaika poletek uprawnych i skalnych rumowisk. Miasto żywych cieni, coraz bardziej zdegenerowanych ubogą dietą, które za kilka pokoleń zacznie toczyć czerw chowu wsobnego.

Dojrzewa w nim myśl, że podjęta lata temu decyzja była ze wszech miar zła.

 

Bardzo dawno temu

– Pion czwarty uległ całkowitemu zniszczeniu podczas forsowania atmosfery…

Po tylu latach stary nie potrafi sobie przypomnieć, kto co mówił. Nie pamięta już twarzy i głosów swoich kompanów. W ciągu dekad wszyscy zlali się w jego głowie w jedno – w załogę, która przeżyła.

– Co tam było?

– Magazyny technologiczne. System pożarowy zablokował dostęp praktycznie do wszystkich pionów. Mamy dostęp do komór hibernacyjnych, Układu Wsparcia Populacyjnego i paru pomniejszych bloków. Komputer centralny nie odpowiada.

Przytwierdzone do piaszczystego gruntu liche namioty furkoczą na zimnym, cuchnącym spalenizną wietrze. Czerń nocy tego globu chyba po raz pierwszy rozdarta zostaje ognistą łuną. Pierwsze ślady ludzkiej obecności znaczą wygładzone przez tysiąclecia pustkowie.

– No to wróciliśmy do ery kamienia łupanego. Za to możemy zacząć się mnożyć.

– Jakie to wszystko obce… Spójrzcie na te gwiazdy…

– Piach za to wszędzie taki sam. Już mnie gryzie w dupę.

– Z załogi nikt więcej nie przeżył. Nie ma nikogo z mostka. Jesteśmy tylko my.

Niektórzy wracają na statek, inni pogrążają się w niespokojnym, pełnym koszmarów śnie. Nad ranem, gdy mlecznobiały świt odsłania grozę pustkowia, ktoś mówi:

– Musimy podjąć decyzję dotyczącą hibernatusów. Nie wiemy, na jak długo starczy energii albo czy nie padną pozostałe systemy.

– Nie możemy ich tutaj obudzić, co z nimi zrobimy, co oni będą jeść.

– Powinniśmy zaryzykować i pozostawić ich w chłodniach do czasu akcji ratunkowej.

– Nikt nas nigdy nie znajdzie. Nawet nie wiemy, gdzie jesteśmy. To musi być jakaś planeta z listy awaryjnej.

– Nie możemy za nich wybrać. Trzeba ich wybudzić i pozwolić zawalczyć o życie.

– Mamy trochę paliwa do palników. Spróbujemy przebić się do pionu agrokulturowego. Każdy weźmie łopatkę nawozu, trochę nasionek i jakoś to będzie.

 

Dawno temu

– Pomyślałeś kiedykolwiek, że to tak może się skończyć? – zapytała.

Pamięta, że była z nimi kobieta. Chyba pochodziła z Rosji. Chyba nawet coś do niej czuł, ale umarła dawno temu, gdy przestał działać jej moduł medyczny.

– Że cofniemy się do prehistorii? Tak. Nam dano długowieczność i nadludzkie zdrowie, osadnicy mieli tylko wiarę, że w nowym świecie będzie im lepiej niż na Ziemi. Miały zapewnić im to technologia i nasza wiedza. Technologia zawiodła, więc ludziom została tylko wiara. Przeglądałaś kiedykolwiek ich profile? Tam raczej nie ma naukowców, wielkich artystów, czy lekarzy – są za to rolnicy, jacyś robotnicy i bezrobotni, trochę personelu technicznego. W sumie nie ma co się dziwić, ktoś musi zbudować kolonię, ale jeżeli odetniesz ich od narzuconych na Ziemi elit, to nie zdziw się, że stworzą historycznie tradycyjne społeczeństwo, oparte o prawo silniejszego i wiarę.

 

*

– To jest straszne – mówi ktoś z załogi. – Pion szósty, czyli technologie energetyczne, wydaje się być nienaruszony. Pion dziewiąty z satelitami również. A nie mamy, kurwa, jak się tam dostać, bo jeden idiota na Ziemi źle zaprojektował systemy przeciwpożarowe, a drugi zapakował za mało paliwa do palników…

– Było więcej w pionie technologicznym.

– Tak, który jako pierwszy uległ zniszczeniu. Z drugiej strony jest w tym pewien romantyzm. O ile nasza osada przetrwa jeszcze ze dwieście lat, to może wynajdą sposób produkcji tego paliwa, a wtedy…

– Za dwieście lat oni zapomną, skąd się wzięli, a statek będzie tylko mglistym tajemniczym reliktem, podobnym kościom dinozaurów na Ziemi, które uznawano za szczątki biblijnych olbrzymów.

 

*

Na swój sposób ironicznym jest, że w kosmicznej kolonii najpopularniejszą książką jest biblia – mówi ktoś odpowiedzialny za informatykę, a może było ich dwóch. – Cyfryzacja nie wyszła nam na dobre.

– Na pokładzie było z pięciu księży.

– Kto inny by brał papierowe książki w kosmos.

– Nie ty spędziłeś dziesięć lat życia na próbach odblokowania zasobów statku. Zupełnie tego nie rozumiem. Niektóre systemy działają, inne nie… Najbardziej zaskakujące jest działanie Układu Wsparcia Populacyjnego.

– No tak. Zbliża się Boże Narodzenie. Kto by pomyślał, taka obrzydliwość…

– Nazywajmy rzeczy po imieniu: przetrwanie.

– Gdyby byli tu z nami jacyś socjologowie, znaleźliby niezły temat badań, ten synkretyzm ziemskiej wiary i kosmicznych warunków.

 

Znów wcześniej

Staremu brakuje rozmów z przyjaciółmi. Czwarte pokolenie kolonistów stało się myślowo tak odległe, że mężczyzna nie chce utrzymywać z nimi kontaktów. Odtwarza w głowie dawne dialogi, które – szeptane po raz tysięczny – zaczynają zmieniać sens. Niekiedy puenty dialogów zaczynają prowadzić dialog z puentami innych dialogów. W scenach rozmów pojawiają się uczestnicy, których tam nie było…

Mężczyzna nie ma już nawet ochoty na kolejne dziewczęta, przestał interesować się swoimi dziećmi, wnukami, czy prawnukami, niektórych potomków zresztą zdążył przeżyć. We wprowadzonym u zarania kolonii rejestrze koligacyjnym każdy może sprawdzić, czy jest spokrewniony z – jak to mówią – Starszym Panem z Gwiazd. Potem nachodzą go, by wyłudzić opowieść, która jest jednak dla nich niczym innym jak dziadowskim bajaniem.

 

Wigilia II

Jak co roku od prawie pół wieku wstrząsa nim ten widok.

Główna hala Układu Wsparcia Populacyjnego zapełniona jest głodnymi, ale szczęśliwymi i rozkolędowanymi kolonistami. Jest coraz gęściej. Gorąco, woń brudnych ubrań, oddechy, szczęk sztućców – wszystko to miesza się z dudnieniem bebechów statku, uruchamiającymi się kolejnymi silnikami, ostrym zapachem dezynfektantu, którym pokryte zostają podajniki, terkotem wydobywających się z głośników instrukcji. Lampy ostrzegawcze wzywają nieistniejący personel do stanowisk, oznajmiają finalizowanie procedury.

– …a słowo ciałem się stało i mieszkało między nami! – Kończą śpiewać koloniści.

Z sykiem otwierają się śluzy, zza których ramiona podajników wydają dziesiątki sinych, nieruchomych noworodków.

 

Bardzo dawno temu

– To na nic… – mówi kobieta, chyba ta Rosjanka. – Wszystkie są martwe…

– Fizjologicznie umierają z chwilą odłączenia od sztucznej macicy. Przebadałem kilka. Nie wiem, co jest z nimi nie tak, po prostu nie zaczynają samodzielnie żyć. Podejrzewam jakąś wadę układu nerwowego, której jednak nie stwierdzę bez specjalistycznego sprzętu… Albo maszyna się spieprzyła, albo szlag trafił zarodki podczas katastrofy.

– Minie paręnaście pokoleń, a chów wsobny zdezeluje całą społeczność.

 

Dawno temu

– To marnotrawstwo – Stary się zastanawia, czy sam to zaproponował.

– Słucham?

– Te ciała są bombami witaminowo-proteinowymi.

– Chyba sobie stroisz żarty… Jak niby ich przekonasz?

– …że to są dzieci statku-maszyny, a nie człowieka.

 

Wigilia III

Zgodnie z przyjętym rytuałem jeden z kapłanów osłuchuje noworodki, a potem przekazuje je kucharzom, którzy wprawnymi ruchami sprawiają pulchne ciałka i rozdają fragmenty biesiadnikom. Niektórzy spożywają na surowo, inni parzą mięso we wrzątku. Miarowa praca podajnika wyznacza rytm wigilii, natężenie mlaskania, częstotliwość dźwięku łamanych chrząstek.

Stary nachyla się ku nowemu przewodniczącemu osady i zgodnie z tradycją mówi mu, że nastawienie 24 grudnia według ziemskiego kalendarza jako daty narodzin kolejnych pokoleń osadników miało zapewne stanowić próbę podtrzymania więzi z rodzimą kulturą, ale w świetle wykształconych tutaj obyczajów stało się jedynie ponurym żartem dla wtajemniczonych. Jak w przypadków wszystkich poprzednich przewodniczących jego uwaga spotyka się z niezrozumieniem i uśmiechem politowania na okrwawionych ustach. Krąg życia kończy się nim na dobre zacznie, dodaje stary. Wigilia i ostatnia wieczerza w jednym.

Wtem z drugiego końca hali dochodzi niespodziewany odgłos. Wrzask wypełnia pomieszczenie, wibruje brudnymi nożami, powoduje drżenie dłoni, zaciśniętych na giętkich kościach. Biesiadnicy zastygają w pół gryza…

Kapłan tymczasem wchodzi na stół, trzymając za nóżkę w uniesionej ręce wrzeszczącego, różowego, wierzgającego się noworodka.

 

Koniec

Komentarze

Cześć, Syfie!

 

Bardzo mroczna wizja przyszłych świąt na odległej planecie. Najbardziej podobała mi się postać głównego bohatera i jego wyobcowanie w świecie, który właściwie pomógł stworzyć od podstaw. W pewnym momencie troszeczkę pogubiłam się w przeskokach akcji, ale ten efekt z drugiej strony pasował do gawędziarskiego stylu opowieści, więc moje kręcenie nosem nie oznacza niezadowolenia. Raczej chwilowy brak zaskoku, o co chodzi.

Polecam do biblioteki i pozdrawiam!

Rzeczywiście, mroczna wizja, ale ciekawa.

Jak tak czytam o wszystkich katastrofach, to zastanawiam się, dlaczego uparcie pakuje się wszystkie jajka do jednego koszyka. Rozumiem, że wysyłanie dwóch statków jest dwa razy droższe niż jednego. Ale zdublowanie podstawowych systemów i umieszczenie ich w różnych częściach statku powinno wypaść o wiele taniej.

Te sztuczne noworodki wydają mi się przesadzone. Dlaczego nie robić tego naturalnie? No, ewentualnie zabrać multum zamrożonych zarodków.

Aha. Skąd na planecie tlen? Czy koloniści muszą go pozyskiwać?

Babska logika rządzi!

Dzięki za komentarze.

 

W pewnym momencie troszeczkę pogubiłam się w przeskokach akcji, ale ten efekt z drugiej strony pasował do gawędziarskiego stylu opowieści, więc moje kręcenie nosem nie oznacza niezadowolenia.

 

W pierwotnej wersji te przeskoki były jeszcze bardziej surowe, ale dopisałem trochę więcej przemyśleń starego. 

 

Te sztuczne noworodki wydają mi się przesadzone. Dlaczego nie robić tego naturalnie? No, ewentualnie zabrać multum zamrożonych zarodków.

Noworodki nie są sztuczne :) 

Na statku jest magazyn zarodków i urządzenia, które subtelnie nazwałem sztucznymi macicami. W jednej z cząstek bohaterowie nawet o tym rozmawiają. Naturalnie z całą pewnością koloniści również się rozmnażają w tradycyjny sposób. Zakładam jednak, że liczba zahibernowanych osadników byłaby zbyt mała, by uniknąć problemów związanych z wadami genetycznymi, więc koniecznością okazałoby się zabranie również bardzo dużej liczby zarodków i ich stopniowe dokładanie do populacji kolonii. 

I po co to było?

Aaaa, zarodki są w miarę naturalne. OK, to brzmi bardziej prawdopodobne. Bo z tego kawałka:

U każdego z nich dostrzegłem dość poważne wady mózgu. Albo maszyna, albo zarodki są jakieś trefne.

wyciągnęłam inne wnioski. Jeśli podejrzewają trefność wszystkich zarodków, to one nie mogą pochodzić ze zróżnicowanych źródeł. A trochę bez sensu brać multum klonów, jeśli to ma służyć zwiększeniu puli genetycznej.

Babska logika rządzi!

Jeśli podejrzewają trefność wszystkich zarodków, to one nie mogą pochodzić ze zróżnicowanych źródeł. A trochę bez sensu brać multum klonów, jeśli to ma służyć zwiększeniu puli genetycznej.

 

W sumie słuszna uwaga, trochę przemodelowałem wypowiedź. 

I po co to było?

"kosmicznego lewitana"

lewiatana

 

"mówi ktoś odpowiedzialny za informatykę, a może było ich dwóch"

W jednym zdaniu czas teraźniejszy i przeszły.

 

"Niekiedy puenty dialogów zaczynają prowadzić dialog z puentami innych dialogów"

Całkiem niezła uwaga o wspominaniu dawnych rozmów.

 

Generalnie to Syf. po syf.owemu, tym razem wrzucając brud w “zcodziennienie”, a finał zawieszając w momencie, w którym nie wiadomo, czy to nadzieja na zmianę ku lepszemu, czy zaraz nastąpi jeszcze większa makabra. A jeśli nie nastąpi, to co to zmieni w warunkach, w których i tak kolonia marnieje.

 

I ta stopka w komentarzach… Jakby dopełniająca opowiadanie.

 

Czesc. Kilka uwag: – Czy… one nie powinny żyć? – dziewczyna pyta w drzwiach A nie: pyta dziewczyna w drzwiach? Nie możemy ich tutaj obudzić, co z nimi zrobimy, co oni będą jeść. Na koncu raczej znak zapytania? a słowo ciałem się stało i mieszkało między nami! – Kończą śpiewać koloniści. Nie wiem, czy nie powinno byc: Kolonisci koncza spiewac. Pomijajac te drobnostki, ciekawa wizja, dosc straszna. Jest taki obrazek, jak astronom stoi na Ksiezycu i akurat jest swiadkiem, jak asteroida rozwala Ziemie. Zawsze ciekawilo mnie, co taki czlowiek sobie mysli, jak bardzo ma przewalone. Tu jest tyci podobne – wyobrazam sobie to ladowanie na skutek bledu i ta mysl, ze to nie ta planeta! To, cholera, nie ta planeta! I te awarie! Mamy przewalone! Pozdrawiam.

Dzięki za komentarze.

 

finał zawieszając w momencie, w którym nie wiadomo, czy to nadzieja na zmianę ku lepszemu, czy zaraz nastąpi jeszcze większa makabra. A jeśli nie nastąpi, to co to zmieni w warunkach, w których i tak kolonia marnieje.

 

Jednym z naturalnych rozwinięć finału byłaby sytuacja, w której nagle w drzwiach hali staje trzech chłopów w kosmicznych skafandrach. Uznałem jednak, że takie spuentowanie opowiadania byłoby zdecydowanie zbyt groteskowe :) 

 

Zawsze ciekawilo mnie, co taki czlowiek sobie mysli, jak bardzo ma przewalone.

Co można powiedzieć: “O, ku*wa” :)

I po co to było?

Przeczytałem z wielkim zainteresowaniem. Tekst plasuje się między bardzo dobrym a świetnym opowiadaniem, nie wspominając o tym, że został niezwykle sprawnie napisany. Pomysł ciekawy i wcale nie taki wydumany, konsekwentnie poprowadzony, a kolejne rozdzialiki/części podają kolejne informacje i odsłaniają kolejne tajemnice. 

Piękna robota pisarska, pozazdrościć… Dla mnie jest to tekst “piórkowy”, ale po ostatnich doświadczeniach wstrzymam się z nominacją.

Brawo!

Pozdrówka.

Efektowne, pomysłowe i upiorne. Zdecydowanie mi się podobało. Mam czytelniczą słabość do historii początków kolonizacji (i pewnie dlatego tak dennie idzie mi pisanie własnej takiej powieści… XD), a Twoja propozycja jest ze wszech miar intrygująca. 

Rogerze – dobry wieczór po długiej przerwie!

 

Mam czytelniczą słabość do historii początków kolonizacji (i pewnie dlatego tak dennie idzie mi pisanie własnej takiej powieści… XD), a Twoja propozycja jest ze wszech miar intrygująca. 

 

Mi chyba najlepiej wychodzą właśnie krótkie formy, bazujące na jakimś samorodnym pomyśle na fabułę, których istotnym składnikiem jest klimat oparty o podkręcenie do granicy jakiejś negatywnej emocji :) 

Z drugiej strony, jak się nad tym zastanowię, to chyba rzeczywiście pomysł ma potencjał, gdyby chcieć rozwinąć go do długiej formy. 

I po co to było?

No, i takie Twoje teksty lubię :) Zaskakujące, trochę makabryczne, taki czytelniczy odpowiednik prawego sierpowego :) Mam tylko wrażenie, że trochę miękniesz. Czyżby tam na koniec zaświtał płomyczek nadziei?

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Mam tylko wrażenie, że trochę miękniesz. Czyżby tam na koniec zaświtał płomyczek nadziei?

Nieee. To znaczy nie do końca. Uznałem, że krok w którąkolwiek stronę po obrazku z księdzem zepsułby klimat. Jak pisałem wcześniej, wejście trzech astronautów byłoby groteskowe. Szybkie ubicie tego żywego niemowlaka i zjedzenie go zrobiłoby z kolonistów bandę degeneratów, a oni mają być raczej apatyczną społecznością, skazaną na powolne dogorywanie – a tym samym czytelnik powinien wykazywać wobec nich raczej minimum współczucia, by wyszedł klimat opowiadania. 

Jeżeli zaś okaże się, że dzieci zaczną rodzić się żywe, to osada odsunie na bok problem degeneracji genetycznej, a za to wpadnie w nowy – więcej gąb do wyżywienia + utrata wysokowartościowego pożywienia.

Oczywiście – można przyjąć, że ten żywy noworodek to nie jest zwykłe dziecko, ale to wymagałoby już chyba znacznie dłuższej formy i niekoniecznie musiałoby się skończyć dobrze. Aczkolwiek w tym wariancie jest jakieś miejsce na odrobinę nadziei :) 

I po co to było?

Z tymi trzema astronautami to by mogło z jednej strony zamknąć zakończenie (aktualna scena daje kilka dalszych możliwości), z drugiej dać mocne uderzenie.

BTW, kiedyś w NF lub NFWS było takie opowiadanie, w którym rozbitkowie ze statku kolonizacyjnego znaleźli się na planecie niemal całkowicie wypełnionej oceanem. Żeby przeżyć zaczęli pożerać zmarłych. Kojarzysz może?

 

Zdegenerowana kolonia ziemska, rozbity statek, ostatni z żyjących członków załogi, potomkowie pierwszych kolonistów, którzy odprawiają karykatury dawnych obrzędów, bez zrozumienia ich sensu, w makabrycznych formach itd. Fajny miks klasycznych motywów, przepuszczony przez pryzmat Syfowych obrzydliwości. Trochę tu Żuławskiego, trochę „Non stop” Aldissa, trochę filmowego „Pandorum” i nieco netflixowych „Żeglarzy nocy” według opowiadania Martina (był tam odcinek, w którym w celach konsumpcyjnych produkowano/klonowano ludzi na pokładzie statku kosmicznego).

Lubię takie mocne historie osadzone na klasycznych pomysłach science-fiction. Albo raczej wyprowadzone z nich w ponure rejony, do których nie chcielibyśmy zaglądać. Jest makabrycznie i obrzydliwie po syfowemu, i trzeba przyznać, że wyszło to całkiem przewrotnie w konkursie świątecznym.

Za to wielką wadą tekstu jest jego skrótowość. Moim zdaniem to była opowieść na dłuższą i klimatyczną fabułę. Zapewne z powodu ograniczeń limitowych serwujesz nam jednak zaledwie streszczenie historii, jej skondensowaną formę, do tego opowiadasz ją w kilkunastu skokach na linii czasowej i nieraz bardzo krótkich scenkach, pozbawionych mięsa (nomen omen), czyli opisów środowiska, didaskaliów, przybliżenia postaci itd.. W zasadzie wprowadzenie, wyjaśniennie i rozwinięcie opowieści dostajemy w infodumpach umieszczonych w wypowiedziach randomowych postaci z przeszłości kolonii, w suchych dialogach kogoś z kimś. Cały dramatyzm umyka więc w relacjach anonimów o kolejnych wydarzeniach i problemach, które doprowadziły do końcowej sytuacji i tekst zostaje właściwie sprowadzony do puenty. A ma niewątpliwie potencjał na solidne i poruszające s-f.

Gdyby to było pełnoprawne, pełnometrażowe opowiadanie, spieszyłbym nominować, bo spragniony jestem dobrze napisanych i pomysłowych, pełnokrwistych tekstów science-fiction na portalu (deficyt straszny). Ale w obecnej formie tekst uważam za mocno wybrakowany. Bo skoro wyjaśniasz mi sytuację za pomocą takich wstawek jak na przykład: Mamy trochę paliwa do palników. Spróbujemy przebić się do pionu agrokulturowego. Każdy weźmie łopatkę nawozu, trochę nasionek i jakoś to będzie […] albo:  Za dwieście lat oni zapomną, skąd się wzięli, a statek będzie tylko mglistym tajemniczym reliktem, podobnym kościom dinozaurów na Ziemi, które uznawano za szczątki biblijnych olbrzymów […] lub: Że cofniemy się do prehistorii? Tak. Nam dano długowieczność i nadludzkie zdrowie, osadnicy mieli tylko wiarę, że w nowym świecie będzie im lepiej niż na Ziemi. Miały zapewnić im to technologia i nasza wiedza. Technologia zawiodła, więc ludziom została tylko wiara. Przeglądałaś kiedykolwiek ich profile? Tam raczej nie ma naukowców, wielkich artystów, czy lekarzy – są za to rolnicy, jacyś robotnicy i bezrobotni, trochę personelu technicznego.

Całą przeszłość, teraźniejszość i również przyszłość kolonii zawarłeś w gotowych wykładach dla czytelnika. Kawa na ławę, bez pola do interpretacji, bez tajemnicy, bez dramaturgii, wszystko niemal podałeś nam w wypowiedziach zmarłych członków załogi, we wspomnieniech Starca. Także całą problematykę, konsekwencje, wątpliwości, grozę i beznadzieję sytuacji. Ale infodumpy wciśnięte w dialogi nie zastąpią dobrej narracji, opisów, poznawania świata wraz z bohaterami. Wiesz o tym tak samo dobrze, jak ja, Syfie.

Wyjaśnienia mam dwa – albo miałeś ciekawy pomysł i go niechcący zmarnowałeś, przycinając czy raczej upychając do formuły i wymogów konkursu, albo po prostu masz głowę pełną takich pomysłów i bez żalu poświęciłeś jeden z nich na konkurs prezentując nam szkic, bryk, ekstrat z opowiadania. W każdym razie szkoda. Warsztat masz bardzo dobry, styl własny i specyficzny, pomysły zazwyczaj nietypowe i inteligentne, sztafaż, gadżety i entourage fantastyczne (czy to s-f czy fantasy) znasz doskonale i fajnie nimi operujesz, chwyty literackie masz opanowane, klasykę gatunku też pewnie znasz bardzo dobrze, jak wnioskuję z tematów, którymi się bawisz. 

I poszedłeś na takie skróty?

 

Edit. Ostatni klik był ode mnie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

 

BTW, kiedyś w NF lub NFWS było takie opowiadanie, w którym rozbitkowie ze statku kolonizacyjnego znaleźli się na planecie niemal całkowicie wypełnionej oceanem. Żeby przeżyć zaczęli pożerać zmarłych. Kojarzysz może?

 

Niestety nie.

 

 

mr.marasie

I poszedłeś na takie skróty?

 

Ekhm, rozwiązanie jest prostsze – brak czasu :) 

Sam mam dwójkę niemowlaków – dlatego też pewnie ten temat aktualnie dominuje w moich opowiadaniach. 

 

Wyjaśnienia mam dwa – albo miałeś ciekawy pomysł i go niechcący zmarnowałeś, przycinając czy raczej upychając do formuły i wymogów konkursu albo po prostu masz głowę pełną takich pomysłów i bez żalu poświęciłeś jeden z nich na konkurs prezentując nam szkic, bryk, ekstrat z opowiadania

 

Opowiadanie jest konkretnie pod konkurs, z jednej strony zdaję sobie sprawę ze skrótowości tekstu, z drugiej – takie są ramy konkursu, z trzeciej strony zakładam, że odkrycie przez czytelnika pomysłu i zapoznanie się z puentą zapewni taki efekt, by zająć premiowanie miejsce w konkursie. Stąd myślę, że słowo “niechcący” nie pasuje :) 

Na brak pomysłów nigdy nie cierpiałem, raczej większym problemem jest możliwość ich sensownego zrealizowania. SF ma ten problem, że przy zejściu na większy poziom szczegółowości zaczyna wymagać nieco więcej specjalistycznej wiedzy. Trochę bym się bał wdepnąć w jakąś merytoryczną minę. No a poza tym ten pomysł w szerszej formie zapełniłby jedynie wprowadzenie, trzeba by się zapytać co dalej i wymyślić coś na poziomie.

Dzięki za obszerny komentarz!

 

I po co to było?

1. Tak, zauważyłem, to już kolejne Twoje opowiadanie, w którym pastwisz się nad niemowlakami… ;)

2. No może nie niechcący, to przecież świadomie, ale moim zdaniem pomysł wart był klimatycznego, nieprzyjemnego opowiadania pełnometrażowego. Przeszkadzała mi w odbiorze ta infodumpowa skrótowość fabuły w pędzie ku puencie.

3. Myślę, że zachowując ten sam poziom niedopowiedzeń i wyjaśnień "strony technicznej" (wymigując się np. aktulaną sytuacją kolonii, rozkładem technicznym i ograniczoną znajomością technikaliów u bohatera) bez problemu zadowoliłbyś większość miłośników fantastyki od strony merytorycznej w bardziej rozbudowanej formie fabularnej.

Zresztą ja nie próbuję wchodzić w buty jury konkursu, tylko narzekam jako lożanin, że dostałem ekstart ciekawej opowieści, która, znając Twój warsztat, mogła być bardzo ciekawym opowiadaniem i miałaby spore szanse na nominację piórkową lub na mojego TAK-a jeśli tę nominacje mimo wszystko zdobędzie. A teraz widzę przede wszystkim niewykorzystany potencjał tej historii i infodumpową relację z wydarzeń.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Super się czyta

Podobało mi się. To bardzo dobrze napisany tekst, a Twój styl pozwala skupić się na historii i bohaterach. Dobra historia, trochę makabryczna, ale zdaje się całkiem wiarygodna. Podobał mi się bohater: cyniczny, zmęczony życiem, przygnieciony coraz bardziej przeszłością i miejscem w którym się znalazł.

Z rzeczy na które mógłbym w jakimś stopniu narzekać to te przeskoki czasowe, które były momentami zbyt krótkie by móc się nieco rozgościć w tekście. Druga rzecz to sama długość opowiadania. Moim zdaniem ten tekst jest trochę zbyt krótki aby ta historia i to co moglibyśmy tam zobaczyć w pełni wybrzmiało. Podobnie jak Mr.Maras mam wrażenie pewnej skrótowości tego tekstu. Widziałem we wcześniejszym komentarzu, że to kwestia braku czasu, co nie zmienia faktu, że chciałbym więcej :)

Podsumowując: tekst dobry z potencjałem na znacznie więcej, gdybyś pokazał więcej tej historii :)

Dzięki za komentarze.

 

No może nie niechcący, to przecież świadomie, ale moim zdaniem pomysł wart był klimatycznego, nieprzyjemnego opowiadania pełnometrażowego.

 

Pomyślę nad tym pełnometrażem :)

Mając na uwadze, jak idzie mi z pisaniem dłuższych form, to pewnie akurat się wyrobię na kolejny konkurs, ogłoszony przez m. cetnarowskiego. Skoro poprzedni dotyczył fantasy, to zakładam, że tematem kolejnego będzie właśnie sf. 

I po co to było?

Brutalne (jak to u Ciebie), ale cała bardziej krwista otoczka została w sferze wyobraźni – mi pasuje. Widać, że limit trochę tu namieszał i zgadzam się, że mogłoby z tego być świetne dłuższe opowiadanie, ale to i tak bardzo dobre opowiadanie. 

Pozdrawiam :)

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

i zgadzam się, że mogłoby z tego być świetne dłuższe opowiadanie, ale to i tak bardzo dobre opowiadanie. 

 

Zaczynacie mnie przekonywać :) 

I po co to było?

Chciałem napisać, że bardzo chętnie bym to przeczytał w dłuższej formie, ale widzę, że bynajmniej nie byłbym pierwszym. Zdecydowanie na dobre wyszłoby pokazywanie pewnych rzeczy, które tu byłeś zmuszony łopatologicznie opisywać.

Bardzo sprawne operujesz językiem, czytałem z przyjemnością. Skakanki czasowe zaburzają ciągłość, ale w dobry sposób. Makabra też poprowadzona ze smakiem. Ogólnie, solidnie przemyślana i dobrze napisana historia. Przyjemna lektura.

Hail Discordia

Dołączę do chóru zwolenników dłuższej formy :)

Dzięki za wizyty. 

I po co to było?

A ja, przewrotnie, nie mam poczucia, że tekst należałoby wydłużyć. Jasne, że można by ten koncept opakować w dłuższą formę i pewnie efekt byłby dobry. Może nawet, według różnych kryteriów, lepszy. Ale zupełnie inny. Mnie te dziesięć tysięcy znaków jako podbudowa do mocnej, niejednoznacznej puenty (która zostanie mi w głowie) w pełni zadowala.

Pozdrawiam!

Dzięki za komentarz. 

 

Mnie te dziesięć tysięcy znaków jako podbudowa do mocnej, niejednoznacznej puenty (która zostanie mi w głowie) w pełni zadowala.

 

Dokładnie na taki efekt liczyłem :) 

I po co to było?

Syf. w formie.

 

Przeczytałem z niekłamanym obrzydzeniem i kiwając smutno głową, że tak właśnie by było. Zaskoczył mnie tylko niesyfowo optymistyczny finał, ale podany na szczęście w naturalistyczny, pozbawiony puchatości sposób. Wziąłeś wszystkie tradycyjne tropy s-f i przekułeś je na szorciaka wigilijnego, coś między bardzo realistyczną wizją nieudanej misji kolonizacyjnej a makabreską. Do odniesień dorzuciłbym jeszcze "Zagładę Atlantydy" (odruchowo czekałem, aż się okaże, że doszło do dylatacji czasu na krawędzi czarnej dziury i wrócili na rodzimą planetę, dając przy tym początek nowej, bardzo niepięknej cywilizacji). 

Czuć kondensację pomysłu – aż chciałoby się nieco dłuższe opowiadanie przeczytać. No, ale takie warunki brzegowe. Bardzo dobre,. smakowało, he he, dziękuję. I zdrowia dla niemowlaków ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ryboludzie, pozdrawiam po długiej przerwie!

 

Zaskoczył mnie tylko niesyfowo optymistyczny finał

 

Hmm, jedna z wczesnych wersji zakładała, że ksiądz szybko poderżnie niemowlakowi gardło i wrzuci go do kotła z wodą. Uznałem jednak, że to zepsułoby klimat. A tam wydaje mi się, że w tle można dostrzec taki ciekawy wątek, że koloniści, żrąc od lat te trupki, przyzwyczaili się, że to jest smaczne pożywienie i przestali dostrzegać, że to mimo wszystko są ludzkie zwłoki. Pojawienie się zaś tego żywego dziecka w gruncie rzeczy powinno im uświadomić, że od lat są kanibalami. Dlatego też ksiądz, chcąc uniknąć powstania tego dysonansu poznawczego, zarżnąłby niemowlaka. Jak jednak powiedziałem, wersja z żywym niemowlakiem bardziej mi się spodobała z uwagi na niejednoznaczność i lepsze uzupełnienie klimatu opowieści:)

I po co to było?

No i chyba trochę niezamierzonej, jak rozumiem, nadziei, jaką wnosi? 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No i chyba trochę niezamierzonej, jak rozumiem, nadziei, jaką wnosi? 

Już o tym pisałem w którymś z komentarzy: 

 

Jeżeli zaś okaże się, że dzieci zaczną rodzić się żywe, to osada odsunie na bok problem degeneracji genetycznej, a za to wpadnie w nowy – więcej gąb do wyżywienia + utrata wysokowartościowego pożywienia.

Ta perspektywa nadziei – mała, ale jednak, o czym piszesz Ty, jak i paru poprzednich komentatorów – jest wartością dodaną do klimatu tego otwartego zakończenia. Ten efekt jest raczej zamierzony i pozwala jednocześnie na kolejne pytanie: nadzieja, ale na co? :) 

 

To zresztą jest fajny pomysł na kolejne opowiadanko – powiedzmy, że urodzenie się żywego dziecka powoduje uruchomienie się jakichś systemów zapasowych statku i otwarcie magazynów. Minęło jednak 100 lat, jedyną postacią, która całościowo rozumie technologie, jakie można znaleźć na statku, jest gadający z duchami starzec. Pośród kolonistów zapewne byliby ludzie, którzy z pokolenia na pokolenie otrzymywali jakieś podstawowe umiejętności elektrotechniczne, ale czy to wystarczyłoby, by móc postrzegać gwiezdne technologie przez pryzmat użyteczności i je uruchomić, a nie widzieć tylko magiczne gadżety z rojeń starca? :)

Dziecko, bez kultury i wiedzy opiekunów, nic nie zdziała.

I po co to było?

yes

Przegapiłem tamten komentarz.

Tak, dziecko samojeden cywilizacji nie odtworzy. Odebrałem to raczej jako nadzieję na uniknięcie wymarcia i degeneracji genetycznej. Na przeżycie.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka