- Opowiadanie: Abbadon - To Tylko Interes

To Tylko Interes

Krótkie, treściwe opowiadanie, jakie niedawno wpadło mi do głowy. Nie jest to żadne wielkie dzieło ludowe, ale liczę, że przyjemnie minie wam to kilka minut czytania.

 

Dziękuję Arnubis i Pop Lab za cenne uwagi, które pomogły mi dopieścić tekst.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

To Tylko Interes

Jerry stał przy oknie w swoim biurze, z satysfakcją oglądając panoramę miasta. Lubił to robić. Lubił obserwować morze neonowych bilbordów, chmary latających samochodów i gigantyczne ośrodki teleportacyjne. Wszystko to pośród niekończących się pasm ciemnych budynków, ciągnących się daleko za horyzont.

Najbardziej lubił dzielnicę biznesową. Uwielbiał oglądać gigantyczne molochy jego konkurencji, wystrzeliwujące z ziemi niczym niezliczone Wieże Babel. Wysokością sięgały nieba, szerokością rozciągały się na całe kilometry. Jego mierzący pięćset metrów biurowiec wyglądał przy nich niczym zapałka.

Patrząc z okna, mógł udawać, że to wszystko należy już do niego. Że już teraz, w tej chwili, trzymał w dłoniach całe miasto.

Spojrzał na ulicę pod swoją siedzibą, gdzie znów zebrała się grupka protestujących. Ten widok lubił zdecydowanie mniej. Głupia, machająca znakami tłuszcza, znów przyszła obwiniać go za robienie biznesu. Miał ich dość. Fakt, to właśnie przez jego przejęcie stracili posady, ale co miał zrobić? Jeśli firma miała zaliczyć przyrost, musiał redukować miejsca pracy.

Dzisiaj zebrało się już z dwieście osób. Na razie było to niewiele, ale jeśli ta liczba miała dalej rosnąć, z czasem demonstracje mogły się stać poważnym problemem. Wtedy musiałby zacząć opłacać policję, by pozbywała się protestujących. To oznaczało dodatkowe koszty.

Ale jeszcze nie teraz, pomyślał, odwracając się od okna. Na razie to tylko jakaś banda.

Nie żałował ich specjalnie. Dał im szansę na dołączenie do jego korporacji i dostanie nowych stanowisk. Niższych i mniej dochodowych, ale co z tego? Gdyby naprawdę chcieli lepszej pracy, składaliby teraz CV, zamiast stać mu pod biurem.

Sami są sobie winni, powtarzał w duchu, wracając do biurka. Musiał odbyć przy tym niemały spacer, bo gabinet miał powierzchnię średniej wielkości mieszkania. W mieście, gdzie populacja dochodziła do dwustu milionów, taka przestrzeń biurowa kosztowała niemało. Nie mówiąc już o jej umeblowaniu.

W jego czterech ścianach znajdowały się meble z drewna kapokowego, którego pozyskiwanie od lat było oficjalnie zakazane, akwaria z rybami, których dawno już nie można było znaleźć w oceanie, na jednej ze ścian wisiało nawet oryginalne godło z Gabinetu Owalnego. Zostało sprzedane, by pokryć dług publiczny w czasach, gdy rządy dopiero zaczynały tracić realną władzę nad korporacjami. Nie lubił go, ale tu nie chodziło o gusta. To godło było unikatem. Wieszając je naprzeciw drzwi, pokazywał każdemu wchodzącemu, jak daleko sięgają jego kontakty.

Drzwi do gabinetu otworzyły się automatycznie, wpuszczając do środka sekretarkę. Młoda dziewczyna w krótkiej, czarnej spódniczce stanęła przed nim, nieudolnie starając się zamaskować drżenie kolan. Zdążyła już poznać charakter swojego szefa.

Dziewczynę, tak jak i całą korporację, Jerry odziedziczył niedawno po ojcu, który umarł nie zostawiając oficjalnego testamentu. Żałoba po nim była krótka. Gdy tylko syn przejął stery, szybko dał ludziom do zrozumienia, że przeszłość zostawiają za sobą. Jego tatę znano z gotowości do przebaczania, uczciwości i nieograniczonej liczby „drugich szans”.

Jerry był inny. Gdy ktoś mu podpadał, kończył z nim raz a dobrze, bez pierdolenia się. Nie przysparzało mu to wielu przyjaciół, ale sądząc po postawie Anny, zapewniało dosyć poważania.

Dziewczyna podeszła do biurka i postawiła na nim drinka w kieliszku na długiej nóżce.

– P-pana goście przybyli.

– Dziękuję. Wpuść ich.

Odpowiedziało mu nerwowe skinienie głowy. Biedne dziewczę miało problem z samym wydobyciem przy nim głosu. I dobrze. Niech wie, że jej szef nie toleruje nieudaczników. Gdyby chciał, mógłby sprawić, że nie znajdzie roboty nawet na zmywaku w podrzędnej restauracji. Albo zamknąć ją w tym biurze bez jedzenia i wypuścić dopiero po kilku dniach. Czy też sprawić, że pewnego dnia potknie się nieszczęśliwie na schodach. I ani policja, ani żaden związek zawodowy nie mógłby pociągnąć go za to do odpowiedzialności. Anna dobrze to rozumiała i właśnie to utrzymywało ją na tej posadzie. Tych, którzy nie rozumieli, już z nią nie było.

– Możesz już odejść – powiedział do ogłupiałej ze strachu dziewczyny. Anna znów skinęła gwałtownie głową i odwróciło się jak najszybciej. Jerry odprowadził ją wzrokiem, przy okazji zerkając na skraj jej krótkiej spódnicy. No, może było jeszcze coś, co utrzymywało ją na tej posadzie.

Anna na pewno to zauważyła, ale nie ośmieliła się nic powiedzieć. Posłała mu tylko urażone spojrzenie. Jerry nie wątpił, że jak i wielu jej współpracowników, w głębi serca liczyła teraz na nagły, druzgocący upadek korporacji, spowodowany despotyzmem i niekompetencją nowego właściciela. Niestety, na razie będzie musiała jeszcze poczekać. Wbrew oczekiwaniom, Jerry już teraz dziesięciokrotnie podniósł wartość akcji NewTissue.

Jego korporacja od lat zajmowała się produkowaniem i wszczepianiem syntetycznych zamienników różnych części ciała: począwszy od plastikowych zębów, przez robotyczne dłonie, aż po syntetyczne organy wewnętrzne. Wszystko to ratowało każdego roku miliony istnień na całym świecie, sprzedając nowe części ciała legalnie, uczciwie, po minimalnej marży i z troską o każdego klienta.

Ale przede wszystkim, generując żałosne zyski. Ojciec Jerrego, choć pracował nad firmą całe życie, nigdy nie wydobył nawet ułamka jej prawdziwego potencjału. Marnował pieniądze na bonusy i czas na dywagacje ze związkami zawodowymi. Pozwalał ludziom brać wolne z byle powodu i przestrzegał regulacji, które bez trudu mógł obejść. Jerry się nie tak nie pierdolił. Ograniczał dni wolne do minimum, podnosił każdą dostępną marżę, wypłacał pracownikom jedynie tyle ile musiał i nigdy nie oglądał się na ludzi, którzy nie mieli w branży znaczenia.

Robił sobie przez to wrogów, ale nie żałował specjalnie. Jego firma miała potencjał, by w kilka lat prześcignąć największych graczy w biznesie. A on miał zamiar to osiągnąć.

Jednak same usprawnienia to było za mało. By dostać się na szczyt, potrzebował czegoś więcej. I właśnie w celu dalszego rozwoju, zwołał dziś pierwsze zebranie ze swoimi nowymi partnerami. Umówiona na dziś trójka biznesmenów miała mu zaprezentować coś, co mogło wynieść ich firmę na kompletnie nowy poziom.

Akurat kończył swojego drinka, gdy drzwi do gabinetu otworzyły się po raz drugi, ukazując długo oczekiwanych gości.

– Zapraszam. Proszę, niech panowie usiądą – powitał ich młody prezes, wskazując na trzy wolne miejsca przed biurkiem.

Wszyscy mężczyźni mieli na sobie ciemne spodnie, zapięte pod brodę kurtki i czarne rękawiczki. Odzienie kompletnie zakrywało ich skórę, ale w tym nie było nic zaskakującego. Dla wielu sztuczne części ciała wciąż były powodem do wstydu i niejeden chował je pod materiałem. A ci gentelmani z pewnością mieli także inne powody, by zakrywać swoje.

Najstarszy z nich, noszący duży czarny kapelusz i z pokaźną teczką w dłoniach, zajął miejsce pomiędzy swoimi młodszymi, muskularnymi towarzyszami. Jegomość położył teczkę na kolanach i zaczął wpatrywać się w Jerrego nieprzyjemnie przenikliwym wzrokiem.

– Napiją się czegoś panowie?

Mężczyźni pokręcili głowami, wyraźnie chcąc przejść do sedna sprawy.

Konkretni. To mu się podobało.

– Dobrze. W takim razie, chciałbym zobaczyć towar. Nie muszą się panowie obawiać podsłuchu, to biuro jest szczelniejsze niż Gabinet Owalny. I dwa razy bardziej wpływowe.

Mężczyzna pośrodku uśmiechnął się i nacisnął jeden z zatrzasków w swojej kasetce, ani na moment nie spuszczając oczu z Jerrego. Ten z trudem powstrzymywał się od uciekania wzrokiem.

Kilka chwil później, na stole pojawił się efekt pierwszej nowatorskiej umowy Jerrego: mały, srebrny kawałek czegoś, co niewtajemniczonym mogło przypominać otoczak. W rzeczywistości był to jednak przedmiot, który wkrótce miał wywołać w NewTissue prawdziwą rewolucję.

Przed jego oczami znajdowała się pierwsza w historii firmy, syntetyczna tkanka mózgowa. Towar, którego żadne korporacje organowe nie miały prawa badać, produkować ani sprzedawać. Oczywiście poza pośrednictwem odpowiednich przedsiębiorczych ludzi, tworzących własne produkty i wysyłających je do tych, którzy mogli sobie na to pozwolić.

Jerry miał szczęście. Grupa takich właśnie biznesmenów odnalazła go ostatnio i zaproponowała współpracę, by rozprowadzić tego typu towar do odpowiednich osób. Jego ojciec zawsze odsyłał takich z kwitkiem, twierdząc, że są zbyt niebezpieczni. On był jednak bardziej postępowy. Ta umowa nie tylko oznaczała świetny interes, ale też udowodniała, jak zwiększył już prestiż firmy.

Jerry wyjął towar z kasetki i obejrzał go dokładnie. Nie mógł wiedzieć, czy był dobrej jakości, ale chciał stworzyć przed swoimi gośćmi pozory profesjonalizmu.

– Doskonale. Mieli panowie jakieś problemy z transportem?

– Drobne. Parę osób chciało powstrzymać nas przed wejściem do budynku, próbowaliśmy też przejechać przez Aleję Petriego, a od jakiegoś czasu znajdują się tam slumsy. Szczerze mówiąc, przeszukiwania i identyfikacje także nie są u państwa zwięzłe.

Jerry uśmiechnął się przepraszająco.

– Proszę wybaczyć niedogodności. Ostatnio wiele osób chce wejść i dostarczyć mi różne… problematyczne prezenty. Muszę mieć pewność, że żaden z wchodzących nie stanowi dla mnie zagrożenia. Rozwój ma swoje konsekwencje, co panowie na pewno rozumieją.

– Oczywiście. Pozbywanie się konkurencji zawsze oznacza pewne trudności.

– Ale trudności oznaczają zysk. Redukcja zbędnych elementów to konieczny element biznesu.

Goście Jerrego wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Bez wątpienia podobała im się ta filozofia.

– Święte słowa. Doprawdy święte. – Uśmiechnął się mężczyzna w kapeluszu. – Może chce pan przymierzyć nowy produkt? Czy nie po to go tutaj przynieśliśmy?

– Przymierzyć? Nie wymaga to operacji?

– Operacji? Naprawdę, widać że jest pan nowy na tym polu. Operacje były wymagane w czasach, gdy tego typu działania były legalne. Dzisiaj można to załatwić znacznie prościej.

Mężczyzna wziął metalowy przedmiot z rąk Jerrego i zanim ten zdążył zaprotestować, przyłożył go do boku jego głowy. Nim Jerry zrozumiał, co się dzieje, rzecz zaczęła wnikać w jego wygoloną skórę. Nowa technologia dosłownie wtapiała się w ciało.

Jerry wygiął się mocno w krześle, próbując powstrzymać krzyk. Nie czuł bólu, ale wrażenie milionów twardych, metalowych kulek przebijających przez jego skórę, czaszkę i niknących gdzieś w mózgu miało prześladować go aż do końca życia.

– Aaaaaoooch! – jęknął, gdy niemożliwe do opisania uczucie dobiegło końca. Spojrzał z powrotem na swoich gości, starając się zachować pokerowy wyraz twarzy. Miał nadzieję, że z nosa nie leciała mu krew. – Nie wiedziałem, że można użyć tego tak… tak po prostu.

– Większość legalnych źródeł wymagało operacji, bo takie zabiegi niosą ze sobą ryzyko awarii. Ale dla nas to raczej nie problem, prawda?

– Oczywiście – odparł, powstrzymując okrzyk zdziwienia. Nikt nie wspominał mu o żadnym ryzyku awarii! Czy ci ludzie w ogóle pomyśleli, co mogło się stać?! – No dobrze, to chyba by było na tyle. Nie widzę usterek w nowym sprzęcie, więc możemy przejść do interesów. Do ilu krajów są państwo w stanie dotrzeć, produkując to masowo?

Mężczyzna w kapeluszu uśmiechnął się z rozbawieniem. Jerry znał ten uśmiech. To była mina profesjonalisty, wysłuchującego błędnych założeń laika. Jerry już miał zamiar się poprawiać, gdy nagle dostrzegł błysk na samym krańcu swojego pola widzenia. Odruchowo odwrócił wzrok i spostrzegł coś na kształt iskry, wyskakującej z przestrzeni przed nim. Za nią zaraz pojawiła się kolejna, a potem kilka następnych. Po chwili jego pole widzenia zaroiło się od plejady świateł, zapalających się i gasnących niczym tysiące fleszy.

– Co się… – jęknął Jerry, mając wrażenie, że całe jego biuro zaczęło się przechylać. Poczuł nagłe odrętwienie w mięśniach.

– Możemy bezproblemowo rozprowadzić produkt na całą Amerykę Północną, a także część Południowej i niektóre kraje Europy – powiedział do niego mężczyzna w kapeluszu. – Oczywiście, przy odpowiednich funduszach. Jest pan w stanie dać dwadzieścia tysięcy dolarów za sztukę?

Dwadzieścia tysięcy?! Nawet jak na początkową ofertę, to był rozbój! Jerry, rzecz jasna, miał zamiar się targować, gdy jednak otworzył usta, jego język w ogóle się nie poruszył.

– Nhge… yyyy… tfu… ghhf… – bełkotał, kiwając głową z wysiłku.

– Doskonale! – Uśmiechnął się mężczyzna w kapeluszu. Skinienia Jerrego musiał odebrać jako wyrazy zgody. – A jeśli chodzi o udział w zyskach, co pan powie na dwa procent?

Gdyby nie paraliż, Jerry na pewno podskoczyłby ze zdziwienia. To było mniej, niż potrzebował na samo opłacenie pracowników! Czy oni oczekiwali, że nie chciał na tym zarobić?!

– Nnniyyyyyy… Too… – jęczał dalej, czując się jakby cały jego gabinet wirował.

– Świetnie! Doprawdy, wspaniale robi się z panem interesy.

Jerry poczuł, jak oblewa go fala gorąca. Czy ten kretyn nie widział, że nie czuł się dobrze? Czy ani on, ani jego dwaj goryle naprawdę nie potrafili odróżnić bolesnych jęków od normalnych wypowiedzi?!

Jerry próbował coś powiedzieć, wytłumaczyć że to nie tak. Chciał zamachać rękoma, ale wszystkie mięśnie miał kompletnie zwiotczałe. Przeszło mu przez myśl, że właśnie tak musi czuć się bydło po oberwaniu w głowę elektrowstrząsem.

– Świetnie. Moglibyśmy też liczyć na wpływy przy wyborze nowych pracowników w pana firmie?

Tym razem Jerry nie poczuł nawet, by wykonał jakikolwiek ruch. Jego ciało było bezwładne, język miał sztywny jak sztacheta. Mimo to cała trójka mężczyzn uśmiechnęła się do niego, jakby otrzymali dokładnie taką odpowiedź, na jaką liczyli.

– Świetnie. W takim razie chyba już skończyliśmy.

Muszę to jak najszybciej wyjaśnić, pomyślał Jerry. Ten stan nie może trwać wiecznie, na pewno zaraz mi przejdzie. Albo Anna wejdzie w końcu do gabinetu i zawiezie mnie do szpitala. Cokolwiek by nie myślała, nie zostawi CEO swojej korporacji w takim stanie. A gdy tylko wydobrzeję, natychmiast muszę to wszystko anulować.

Mężczyzna tymczasem nadal się uśmiechał, patrząc w nieruchome, zeszklone oczy Jerrego.

– Jeśli warunki panu odpowiadają, proszę jeszcze tu zatwierdzić – Podsunął Jerremu czytnik linii papilarnych, ukryty dotąd w zapasowej przegródce kasetki. Jerry był pewien, że teraz, gdy nie będzie mógł ruszyć ręką, mężczyzna nareszcie coś zauważy. Tak się jednak nie stało.

Dłoń niedoszłego prezesa sama, bez udziału jego woli zbliżyła się do czytnika, po czym odcisnęła jego kciuk. Jerry nie mógł przeczytać całej umowy wyświetlonej na ekranie urządzenia, ale był pewien, że widnieje tam jeszcze więcej niesłychanych, idiotycznych warunków, na jakie nikt normalny by się nie zgodził.

– Dziękuję, panie Vimenroy – powiedział mężczyzna w kapeluszu, podnosząc się z miejsca. – Miał pan rację, w interesach należy być bezwzględnym. To najlepsza strategia.

Wszyscy trzej mężczyźni skinęli głowami, po czym powoli, gęsiego opuścili gabinet. Przy samym wyjściu jasno dali Annie do zrozumienia, że pan Jerry nie życzy sobie żadnych odwiedzin.

Jerry, w swoich ostatnich przebłyskach świadomości, po raz pierwszy pomyślał, że może metody jego ojca wcale nie były aż takie złe.

Koniec

Komentarze

Hej

 

Musiał przejść przy tym niemały spacer,

Odbyć. “Przejść spacer” brzmi idiotycznie i jest chyba nie poprawne. Odbyć spacer to zupełnie co innego.

 

Jerry wygiął się mocno w swoim] krześle

“ ] “ jest zbędne.

 

że mże metody

Zacznij szukać tego “o” daleko nie mogło uciec.

 

Tekst pt. “Kto mieczem wojuje ten od miecza ginie”. Spoko chociaż tak jak wspomniałeś “Nie jest to żadne wielkie dzieło ludowe”. Napisane raczej poprawnie i czytało się również przyjemnie.

Zmienił bym tylko tytuł na “To tylko interes”

 

Pozdrawiam

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Okej, wielkie dzięki za porady. Chętnie wrzucę zaproponowane zmiany i cieszę się, że tekst się ogólnie podobał.

Czesź Abbadon! "Rzesze" chyba musi odnosić się do ludzi ( https://sjp.pl/rzesze). "Dziewczyna podeszła do biurku" – literówka. "Jerry się nie tak nie pierdolił." "– P-pana goście przybyli. Proszą, by ich wpuścić. – Dziękuję. Wpuść ich." – usunąłbym "Proszą, by ich wpuścić." to zbędne powtórzenie. Opowiadanie czytało mi się dobrze, bez większych zgrzytów, twist mnie nie zaskoczył, ale mimo to tekst całkiem fajny, chociaż nie kupuję głównego bohatera. Jest zbyt "zły" i przez to sztampowy.

Przeczuwałam, że metody młodego prezesa daleko go nie zaprowadzą i faktycznie – trafił swój na swego i skończyły się sny Jerry’ego o potędze.

Dobrze się czytało, choć wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Lubił ob­ser­wo­wać rze­sze neo­no­wych bil­bor­dów… ―> Obawiam się, że nawet bardzo wielu bilbordach nie można powiedzieć, że to rzesza.

Proponuję: Lubił ob­ser­wo­wać mrowie neo­no­wych bil­bor­dów

 

z cza­sem de­mo­stra­cje mogły się… ―> Literówka.

 

meble z drze­wa ka­po­ko­we­go… ―> …meble z drewna ka­po­ko­we­go

Drzewo, póki rośnie, jest drzewem, po ścięciu staje się drewnem.

 

Drzwi do biura otwo­rzy­ły się au­to­ma­tycz­nie, wpusz­cza­jąc do środ­ka jego se­kre­tar­kę. ―> Czy dobrze rozumiem, że drzwi wpuściły sekretarkę biura?

A może wystarczy: Drzwi gabinetu otwo­rzy­ły się au­to­ma­tycz­nie, wpusz­cza­jąc do środ­ka se­kre­tar­kę.

 

Zdą­ży­ła już po­znać cha­rak­ter jej szefa. ―> Zdą­ży­ła już po­znać cha­rak­ter swojego szefa.

 

Dziew­czy­na po­de­szła do biur­ku i po­sta­wi­ła przed nim drin­ka… ―> Literówka.

Czy dobrze rozumiem, że dziewczyna postawiła drinka przed biurkiem?

 

– Na­pi­ją się cze­goś pań­stwo? ―> Gośćmi są sami mężczyźni, więc: – Na­pi­ją się cze­goś panowie?

 

Nie muszą się pań­stwo oba­wiać pod­słu­chu… ―> Nie muszą się panowie oba­wiać pod­słu­chu

 

na mo­ment nie spusz­cza­jąc oczu Jer­re­go. ―> …na mo­ment nie spusz­cza­jąc oczu z Jer­re­go.

 

Mieli pań­stwo ja­kieś pro­ble­my z trans­por­tem? ―> Mieli panowie ja­kieś pro­ble­my z trans­por­tem?

 

Roz­wój ma swoje kon­se­kwen­cje, co pań­stwo na pewno ro­zu­mie­ją. ―> Roz­wój ma swoje kon­se­kwen­cje, co panowie na pewno ro­zu­mie­ją.

 

prze­bi­ja­ją­cych przez jego skórę, czasz­kę i nik­ną­cych gdzieś mózgu… ―> …prze­bi­ja­ją­cych przez jego skórę, czasz­kę i nik­ną­cych gdzieś w mózgu

 

No do­brze, to chyba by było na tyle. ―> No do­brze, to chyba byłoby wszystko.

 

– Nhge… yyyy… tfu… ghhf… – se­ple­nił, ki­wa­jąc głową z wy­sił­ku. ―> Nie wygląda mi to na seplenienie, raczej na niezrozumiały bełkot.

 

Ten stan nie może trwać wiecz­nie, na pewno od­zy­skam zaraz mi przej­dzie. ―> Co odzyska?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo przewidywalna opowiastka z niezwykle rozbudowanym wprowadzeniem. Całą historię można było zawrzeć przynajmniej w połowie objętości tekstu. Podczas lektury miałem wrażenie obcowania z utworem podobnym do prostych i krótkich historyjek fantastycznych z lat 50.tych ubiegłego wieku. Podobne opowiastki tworzył np. Frederic Brown albo Robert Sheckley w chwilach rozłąki z weną. Oczywiście nawet wówczas pisali je znacznie lepiej.

Twoje opowiadanko cierpi na banalność i posuniętą zaimkozę. Jej, jego, swojej – poniżej podam przykłady tej dolegliwości. Poza tym warsztatowo słabo. Językowo prosto, stylistycznie ze zgrzytami. Do tego z literówkami. Sporo błędów wskazała Regulatorzy, warto byłoby skorzystać z jej sugestii.

Pomysł, jak już wspomniałem, banalny. Zachowanie bezwzględnego i sprytnego szefa, który okazuje się kompletnym i naiwnym idiotą, zupełnie oderwane od rzeczywistości. Facet bez mrugnięcia przyjmuje podejrzanych typów we własnym biurze, bez zabezpieczenia, ochrony itd. i pozwala sobie przyczepić do głowy jakieś paskudztwo (sam pomysł takiej „mózgowej” protezy również jest zupełnie absurdalny i nieprzemyślany), a „podpisanie” umowy sprowadza się do odczytania kilku punktów/propozycji i odciśnięcia linii papilarnych ubezwłasnowolnionego idioty. Naiwne to wszystko i błahe. Merytorycznie liche. Sprawdziłoby się może w opowiastce do amatorskiego zina z lat 80.tych ale mamy już 2020 rok i czytelnik oczekuje czegoś ciekawszego.

Główny plus tekstu sprowadza się do tego, że występuje w nim jakieś tam przesłanie. Co prawda mało odkrywcze (kto mieczem wojuje… albo nosił wilka razy kilka… lub nie czyń drugiemu…) i niezbyt przewrotne, ale jest. Kolejny plusik za znośny język. Dużo pracy przed Tobą, Abbadonie, ale widać tutaj przynajmniej jakieś podstawy i pewien dryg pisarski (na razie śladowy). Warsztat można zawsze podciągnąć i wyszlifować, ale z pomysłami jest inaczej – nie wszystko, co nam „niedawno wpadło do głowy” trzeba zaraz i z miejsca przelewać na papier/monitor i publikować w sieci. Warto przemyśleć ów pomysł, zadbać o jakąś intrygę, ciekawe ujęcie tematu, wiarygodną fabułę i postaci oraz w miarę zaskakującą puentę.

 

Jego ulubioną częścią była dzielnica biznesowa. Uwielbiał oglądać gigantyczne molochy jego konkurencji, wystrzeliwujące z ziemi niczym niezliczone Wieże Babel. Wysokością sięgały nieba, szerokością rozciągały się na całe kilometry. Jego mierzący pięćset metrów biurowiec wyglądał przy nich niczym zapałka.

 

Fakt, to właśnie przez jego przejęcie stracili posady, ale co miał zrobić? Jeśli jego firma miała zaliczyć przyrost, musiał redukować miejsca pracy.

 

Dał im szansę na dołączenie do jego korporacji i dostanie nowych stanowisk. Niższych i mniej dochodowych, ale co z tego? Gdyby naprawdę chcieli lepszej pracy, składaliby teraz CV, zamiast stać pod jego biurem.

 

Musiał odbyć przy tym niemały spacer, bo jego gabinet miał powierzchnię średniej wielkości mieszkania. W mieście, gdzie populacja dochodziła do dwustu milionów, taka przestrzeń biurowa kosztowała niemało. Nie mówiąc już o jej umeblowaniu.

W jego czterech ścianach znajdowały się meble z drzewa kapokowego […]

 

Wieszając je naprzeciw drzwi, pokazywał każdemu wchodzącemu, jak daleko sięgają jego kontakty.

Drzwi do biura otworzyły się automatycznie, wpuszczając do środka jego sekretarkę.

 

– W tych wszystkich przypadkach można uniknąć zaimka, bo jest on zwyczajnie zbędny.

 

Młoda dziewczyna w krótkiej, czarnej spódniczce stanęła przed nim, nieudolnie starając się zamaskować drżenie kolan. Zdążyła już poznać charakter jej szefa.

– jej szefa? Po co to jej? Tym bardziej, że tutaj to “jej” wygląda jakby wskazywało na jakąs trzecia osobę. wywal “jej” i przeczytaj na głos to zdanie . I co? Było potrzebne to “jej”? Zastosuj to teraz do większości zdań, w których użyłeś zaimki.

 

Jerry stał przy oknie w swoim biurze,

 

Spojrzał na ulicę pod swoją siedzibą […]

– i znów to samo. A w czyim biurze miał stanąć skoro się właśnie w nim znajdował? I pod czyją siedzibą? Znów mamy tutaj zaimki, które są niepotrzebne.

 

 

Gdy ktoś mu podpadał, kończył z nim raz a dobrze, bez pierdolenia się.

 

Jerry się nie tak nie pierdolił.

– nie jestem pewien, czy narrator musi używać tych wulgaryzmów. Gdyby to były oczywiste rozmyślania bohatera to jeszcze ujdzie. Ale bluzgający narrator to przesada.

 

 

Jegomość położył teczkę na kolanach i zaczął wpatrywać się w Jerrego nieprzyjemnie przenikliwym wzrokiem.

– Napiją się czegoś państwo?

Mężczyźni pokręcili głowami, wyraźnie chcąc przejść do sedna sprawy. Konkretni. To mu się podobało.

– Dobrze. W takim razie, chciałbym zobaczyć towar. Nie muszą się państwo obawiać podsłuchu, to biuro jest szczelniejsze niż Gabinet Owalny.

– wytknęła to juz wcześniej Reg. Skoro to byli sami faceci, to panowie a nie państwo.

 

ani na moment nie spuszczając oczu Jerrego.

 

– literówka. Zgubiłeś “z”.

 

Nie czuł bólu, ale wrażenie milionów twardych, metalowych kulek przebijających przez jego skórę, czaszkę i niknących gdzieś mózgu miało prześladować go aż do końca życia.

 

– literówka. Zgubiłeś “w”.

 

 

Czy ani on, ani jego dwa goryle naprawdę nie potrafili odróżnić bolesnych jęków od normalnych wypowiedzi?!

 

– dwaj nie dwa.

 

 

Ps. Dlaczego “Tylko” w tytule jest napisane dużą literą?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję za wszystkie rady i komentarze. Chętnie uwzględnię je w tekście. Reakcje są raczej na poziomie, jakiego się spodziewałem i cieszę się, że ogólne wrażenia był raczej pozytywne.

 

Panie Mr.Maras, rozumiem, że coś może się nie podobać i jestem wdzięczny za każdą krytykę, ale nie jestem pewien, czy ta uszczypliwość jest tutaj absolutnie konieczna. Naprawdę, jestem świadomy, że profesjonalni pisarze światowego formatu, nawet gdy opuszcza ich wena, byli w stanie pisać lepiej o tych początkujących i szczerze mówiąc nie wiem, czy trzeba było to wypominać. Tym bardziej iż zaznaczyłem, że zdaję sobie sprawę, iż tekst ten nie jest aż tak wysokiej jakości.

Dziękuję jednak za rady w kwestii gramatycznej, które zapewne wykorzystam. Zapraszam do przeczytania i komentowania także moich pozostałych tekstów, choć muszę uprzedzić, że i one nie są jeszcze na poziomie Frederica Browna. Choć chętnie dołożę wszelkich starań, by kolejne były mu coraz bliższe.

 

Abbadonie, to nie była uszczypliwość, tylko moja opinia o poziomie Twojego opowiadania. Zapowiedź Autora, że napisał coś bo coś wpadło niedawno do głowy, że to nie jest wielkie dzieło jego zdaniem i potem tłumaczenie w komentarzu, że zdaje sobie sprawę, że tekst nie jest wysokiej jakości, nasuwa mi pytanie – po co taki tekst publikować? Czy nie lepiej dopracować, wyszlifować, dopieścić itd swoje dzieło i dopiero, gdy w naszej opinii będzie najlepszą realizacją naszego pomysłu na jaką nas aktrualnie stać (bo ulepszać można zawsze i w nieskonczoność, a nie o to chodzi) wtedy upubliczniać? 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Cześć,

 

Jeżeli chodzi o ogólne wrażenie, to mi się podoba. Czytało mi się dosyć gładko, choć już wpadłem po poprawkach, więc pewnie miałem lepiej. Nawet ten przydługi wstęp pokonałem szybko i bezboleśnie, zbudowało to dla mnie klimat. Pewnie lepiej byłoby więcej pokaywać niż opowiadać – choćby jako retrospekcje, np. rozmów prezesa z ojcem.

Polecam betowanie opowiadań przed publikacją, pozwoli to wyłapać większość baboli, a i podciągnąć fabularnie tekst. A skoro już o tym mowa – historia jest krótka, więc przydałoby się dopracować szczegóły: wygląd miasta, zabezpieczenia budynku, mechanika działania mózgowej protezy, czy też “wszczepki’ prezesa. Nie kupuję pomysłu, że wystarczy przyłożyć “otoczaka” do czytnika w czaszce i atakujący może przejąć kontrolę nad dowolną osobę. To nie powinno tak działać, nawet płatności zbliżeniowe w funkcjonujących obecnie kartach płatniczych są lepiej zabezpieczone :P

 

Tak jak pisał Maras, jest w tekście przesłanie, które postrzegam jako plus Twojej historii. Brakuje mi jedynie jakiegoś twistu, dynamiki na koniec – może ciekawiej byłoby, gdyby prezes wszedł w ten ciemny interes, zarobił miliony dolców, a konsekwencje przyszłyby później? Albo ten swoisty “wirus świadomości” dostałby się do CEO np. drogą płciową, omijając wszelkie zabezpieczenie, którymi obłożone byłoby biuro i bio software samego prezesa. Ja bym tutaj pokombinował, co trochę stanowi radę na przyszłość, a nie wniosek o ingerencję w bieżący tekst ;)

 

Jeszcze kilka drobiazgów:

Jerry się nie tak nie pierdolił.

Coś tutaj się popsuło, na co już zwracano uwagę kilkukrotnie. Popieram Marasa, że trochę dużo przeklinania u narratora.

 

przeszukiwania i identyfikacje także nie są u państwa zwięzłe.

Hmmm, nie pasuje mi tutaj słowo zwięzłe, może “pobieżne”, “powierzchowne”?

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w dalszym pisaniu!

 

Martwe liście i brudna ziemia, kiedy Ciebie obok mnie nie ma

Czesc. Przeczytalem i podzielam wiekszosc opinii. Przede wszystkim dziwi mnie brak poprawek. Czesc wypominanych w komentarzach bledow nadal tam jest. Poza tym tekst dosc prosty, z jakims przeslaniem, fakt, ale od takiego cwaniaczka spodziewalem sie wiecej. Tymczasem dal sie wciagnac w intryge, jak dzieciaczek. Bez swiadkow, zabezpieczony przed podsluchem, bez ochrony. Takich cwaniakow zwykle cechuje to, ze sa tchorzami i otaczaja sie ochrona. Mimo wszystko czytalem z zainteresowaniem.

Szybka była ta kara ;) Zgadzam się z Silvanem, że gość za łatwo dał się wkręcić.

Czytało się dobrze, choć zabrakło jakiegoś łupnięcia na koniec.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć. Przeczytałem i przyznam, że trochę rzeczy mogłoby tu wyglądać lepiej. Zaczynając od narratora, który czasem widocznie stoi po stronie szefa i jest jego swoistym niematerialnym nośnikiem do tworzenia dopowiedzeń. A propos dopowiedzeń, to jest ich w tekście bardzo dużo, co często nie pozostawia pola do działania wyobraźni. Szef jest postacią dziwną – niby twardy, a prawie ucieka wzrokiem, niby sprytny, a jednak ani trochę, niby powinien znać zasady, a biznesmenów traktuje podrzędnie, jeśli chodzi o ich przyjęcie. Ale przede wszystkim jest typowy – bezwzględny i seksista. Z plusów, jest próba pisarska i na pewno cenne doświadczenie. Klimat, choć rozpisany, nawet mi się podobał. Tak jak wspominał mr. maras– warto poczekać i dopracować opko, zanim trafi do publikacji. Nawet jakby miało leżeć miesiące, to są to cenne miesiące dojrzewania tekstu. Powodzenia w dalszym pisaniu.

Betowanie to sztuka konstruktywnego zrzędzenia na wszystko.

Cześć. Przede wszystkim, dzięki wielkie wszystkim za komentarze. Miło mi widzieć, że opowiadanie przyciągnęło uwagę, nawet jeśli opinie o nim są mieszane. Chętnie zapamiętam i wykorzystam wszystkie wspomniane porady.

 

@Sagitt,

Nie do końca rozumiem tę uwagę odnośnie narratora. Istotnie, jest trzecioosobowy, ale mówi z punktu widzenia przychylnego Jerremu. Czy jest to jakiś błąd techniczny?

 

@Silvan

Które błędy masz na myśli? Edytowałem już wcześniej tekst i przynajmniej wydaje mi się, że wprowadziłem wszystkie zmiany.

 

Irka_Luz

Dzięki za opinię. Miło mi, że czytało się dobrze.

@Sagitt,

Nie do końca rozumiem tę uwagę odnośnie narratora. Istotnie, jest trzecioosobowy, ale mówi z punktu widzenia przychylnego Jerremu. Czy jest to jakiś błąd techniczny?

Nie, błąd techniczny to nie jest. To jest po prostu moje odczucie, że wydaje się, że to narrator bardziej reprezentuje i jest bardziej wyrazisty niż Jerry w dialogach. I też kwestia przyzwyczajenia, że narrator patrzy na pewne rzeczy raczej na chłodno, a tutaj bardzo się wczuwa.

Betowanie to sztuka konstruktywnego zrzędzenia na wszystko.

Czytało się w sumie całkiem dobrze, ale obawiam się, że uwagi mam podobne jak komentatorzy przede mną. Wstęp trochę długi, ale mi to nawet nie przeszkadzało. Natomiast to w co niestety trochę trudno mi było uwierzyć to druga część tekstu.

Wiem, że Jerry odziedziczył majątek i ogólnie nie zapracował na swoją pozycję, ale jednak dzięki jakimś ruchom udało mu się znacząco powiększyć wartość firmy. Więc wygląda na niegłupiego cwaniaka, który raczej nie powinien dać się łatwo oszukać. A tutaj wchodzą mu osoby do pokoju i przejmują jego umysł by dokonać transakcji. Trochę za łatwo to poszło.

Fajnie byłoby też gdyby Jerry może nie był taki jednostronny. Rozumiem, że nie miał być pozytywnym bohaterem, ale jakaś ryska dobroci mogłaby się gdzieś tam u niego pojawić. Może np. był bezwzględny, ale jednak wyciągnął firmę która stała na skraju bankructwa. Może zwolnił wiele osób, ale dzięki temu firma nie upadła? Wiem, że chyba chciałeś aby on był właśnie taki, ale taka dwuznaczność wydawałaby mi się ciekawa.

To oczywiście tylko luźne sugestie, które może swobodnie odrzucić :)

 

I jeszcze kilka uwag do rozważenia lub odrzucenia:

 

Na razie to tylko jakaś banda.

Dziwnie mi zabrzmiała ta banda. Może lepiej podać ilość osób?

 

Gdyby naprawdę chcieli lepszej pracy, składaliby teraz CV, zamiast stać mu pod biurem.

Usunąłbym mu z tego zdania.

 

Zostało sprzedane, by pokryć dług publiczny w czasach, gdy rządy dopiero zaczynały tracić realną władzę nad korporacjami.

Wieszając je naprzeciw drzwi, pokazywał każdemu wchodzącemu, jak daleko sięgają jego kontakty.

Drzwi do gabinetu

Tu masz nagromadzenie słowa drzwi.

 

Drzwi do gabinetu otworzyły się automatycznie, wpuszczając do środka sekretarkę.

Czy drzwi mogą kogoś wpuścić?

zapewniało dosyć poważania.

Dziwne wydało mi się to zdanie.

Anna dobrze to rozumiała i właśnie to utrzymywało ją na tej posadzie. Tych, którzy nie rozumieli, już z nią nie było.

Trochę się zgubiłem tutaj. Nie było ich z posadą? Czy z Anną?

Jerry się nie tak nie pierdolił.

To przekleństwo bardziej by mi pasowało w dialogu niż w narracji.

Odzienie kompletnie zakrywało ich skórę, ale w tym nie było nic zaskakującego.

Zmieniłbym szyk na:

Odzienie kompletnie zakrywało ich skórę, ale nie było w tym nic zaskakującego.

Najstarszy z nich, noszący duży czarny kapelusz i z pokaźną teczką w dłoniach,

Czy teczkę się nosi czy raczej trzyma?

Jerry był pewien, że teraz, gdy nie będzie mógł ruszyć ręką, mężczyzna nareszcie coś zauważy.

Z tego zdania wynikałoby, że Jerry aż do tego momentu myślał, że oni nie robią tego specjalnie. Wydaje mi się, że zorientowałby się wcześniej.

 

To tyle narzekania ode mnie. Powodzenia w dalszym pisaniu :)

Nowa Fantastyka