- Opowiadanie: PsychoFish - Historyjka o przebiegłym Chaimie, złotoustym Abdulu i dobrotliwym Goliacie

Historyjka o przebiegłym Chaimie, złotoustym Abdulu i dobrotliwym Goliacie

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Historyjka o przebiegłym Chaimie, złotoustym Abdulu i dobrotliwym Goliacie

czyli krotochwila spisana ku uciesze gawiedzi, a w sumie to ku pokrzepieniu serc

 

Wieszczka zerknęła gniewnie na Żyda w kupieckich szatach. Przeniosła wzrok na Nabatejczyka, trzymającego rękę na rękojeści miecza, a potem na opartego o włócznię czarnego olbrzyma, odzianego w biodrową przepaskę i poznaczonego bliznami. Na zdobnym kobiercu rozłożonym pośrodku namiotu leżało małe zawiniątko, z którego wystawały rączki oraz twarz pogrążonego we śnie niemowlęcia. Według słów kupca Chaima, dziecię było prorokiem lub wybrańcem i czyniło mimowolne cuda.

Wieszczka zadumała się. Za prorokami i wybrańcami szły rewolucje, ruchawki i ogólne rozprężenie fiskalne, a i nierzadko bandy nierobów przedzierzgające się w neofitów. Cudotwórców zaś otaczały tłumy chorych liczących na uzdrowienie, a więc w konsekwencji plagi. Istniało też ryzyko zaprószenia katastrofalnych pożarów przez płonące krzaki i zatapiania statków przez rozstępujące się morza. Tym niepożądanym objawom towarzyszyły czasami mordy, gwałty i przesuwanie granic. Krew płynęła, pieniądz nie. Usuwanie skutków ich obecności było kosztowne. Tak, prorocy i wybrańcy byli zdecydowanie personae non gratae dla każdego rozsądnego przywódcy w tej kolonii. Niestety, zabicie takiego delikwenta czy choćby dyskretne pozostawienie na niechybną śmierć nie wchodziło w rachubę z powodu kalkulacyjnych bogów Losu, wiszących na niebie. Zabiją wszystko i odtworzą warunki od nowa. Chyba, że zręcznie przekierować go na…

– Będę wieszczyć – oznajmiła. – Szykujcie się do drogi. Nie, nie możecie odmówić. Nasyp mi, o tu – skinęła na kupca.

Chaim westchnął. Bycie zaufanym dostawcą czarnego proszku dla królowej-wieszczki, oprócz niewątpliwych zalet, miało swoje wady.

 

*

 

Tafla jeziora przypominała wypolerowane zwierciadło. Żagiel zwisał żałośnie z masztu. Dryfowali.

– Do wioseł trza – oznajmił rybak, którego wynajęli do przepłynięcia na drugą stronę akwenu, nie ruszając się przy tym z miejsca.

Chaim i Abdul stoczyli zacięty pojedynek na spojrzenia, ale żaden z nich nawet nie drgnął. Wielki Nubijczyk odłożył zawiniątko z niemowlęciem, zasiadł na ławce i chwycił za wiosła. Łódź zakołysała się w rytm chlupotu piór zagarniających wodę i ruszyła do przodu. Dziecko zmarszczyło się i zaczęło się wiercić, wydając z siebie niezadowolone mruknięcia.

– Twoja kolej – mruknął Chaim do Abdula, drapiąc się niespiesznie w łydkę.

– Ależ czcigodny, wprawdzie ty się nie mylisz nigdy, sądzę jednak iż skwar słońca pomieszał ci rachubę i twój teraz czas, by zająć się malcem – odparł bez mrugnięcia okiem nomad, nie zmieniając pozycji. Siedzieli z tyłu, grzejąc się w popołudniowym słońcu.

– Ja go przewijałem przecież, zanim jeszcze wiatr ustał, przez burtę płukałem szmatę, bo się zesrał setnie po tym oślim mleku. Musiałeś mu je dawać? Jemu starczy wody, resztą sam się zajmie… Ty teraz!

Powiała łagodna bryza. Rybak niechętnie podniósł się i przeskoczył do masztu, obok Nubijczyka, by ustawić żagiel. Malec otworzył oczy i zapłakał.

– Szacowny Chaimie, nie śmiem się z tobą spierać w kwestii mleka ani szmaty, ale przypominam, że kołysałem go do snu. Nieśmiało więc i pełen pokory upieram się, że twoja jest teraz kolej.

Płacz i wiatr przybierały na sile, żagiel napiął się raptownie. Goliat podniósł wiosła i złożył je wzdłuż burt. Chaim zezował nieprzychylnie na Abdula.

– Kołysać to i ja kołysałem, a ty go nie przewinąłeś ani razu… Nie wykpisz się tak nędzną sztuczką, Nabatejczyku. Szoruj do małego.

Maluch rozdarł się na całego, aż w uszach świdrowało. Rybak krzyknął ostrzegawczo, szkwał uderzył, przechylając łódź na bok. Mężczyźni w ostatniej chwili rzucili się na przeciwległą burtę. Goliat jedną ręką złapał staczające się ku toni zawiniątko z dzieckiem, a drugą zaplótł wokół masztu. Pociemniało, na niebie wykwitła pajęczyna piorunów i po chwili rozległ się ogłuszający grzmot. W powietrzu zabrzmiał dziwny, tęskny śpiew. Łódź zachybotała się na wodzie, wróciła do pionu i w kilka uderzeń serca wszystko się uspokoiło. Ciemne chmury zniknęły w okamgnieniu, a wzburzone wody Genazaretu znów przeistoczyły się w spokojne zwierciadło dla nieba.

Nabatejczyk i Żyd wciąż trzymali się kurczowo burty. Rybak mamrotał modlitwy, zaś Goliat… Goliat, olbrzymi i czarny jak noc Nubijczyk, w zgięciu potężnego ramienia lulał dziecię, nucąc pieśń o magicznych stworach, walce i chwale. Niemowlę gaworzyło przez chwilę, a potem usnęło. Abdul i Chaim przyglądali się z nagłym zainteresowaniem towarzyszowi.

– No co, na rynce kciał – wzruszył ramionami Goliat. – Małe zawsze kce na rynce. Krzyka gdy brudzi, gdy jeść i gdy na rynce – dodał, jakby to w oczywisty sposób tłumaczyło porządek świata.

 

*

 

Abdul pociągnął za rękaw kupca. Nieopodal chrapał głośno Goliat, a na jego piersi spokojnie drzemało dziecko, grzejąc się w cieple olbrzyma. Chaim przetarł oczy. Spali pomiędzy kilkoma głazami w otwartym polu, kilkaset kroków od drogi, gdyż przez gwałtowny wicher, samun nieomalże – a jakże, chłopiec miał kolkę – musieli kryć się pod skalnym nawisem i zostać tu na noc. Al Hasib położył palec na ustach. Kupiec wsłuchiwał się chwilę w zbliżające się odgłosy.

– Jeźdźcy?

Abdul skinął głową i odpowiedział ściszonym głosem:

– Nie mogą ujrzeć małego, mój bystrouchy kamracie. Pamiętasz, co wieszczyła Pytia?

Żyd zastanawiał się chwilę, miotając się między strachem przed królową-wieszczką i niechybną zagładą z woli nieba.

– Jeśli to judejczycy, to z kolei Goliat nie może ich ujrzeć. Wpadnie w szał, zginął już kilkukrotnie w jerozolimskim koloseum – odszepnął.

Al Hasib skinął głową i pociągnął towarzysza, kierując się na szlak. Skały zasłaniały Nubijczyka i dziecko. Odeszli wzdłuż drogi kawałek i Nabatejczyk zaczął rysować na piasku gwiezdne konstelacje. Kiedy z tumanów pyłu wyłonił się orszak zbrojnych, zaczął głośno perorować, wskazując na nadzwyczaj jasny punkt na niebie:

– Ufam, iż wzrok twój jest równie doskonały, jak wtedy gdy liczysz monety i znajdujesz zły nominał li tylko po grubości lub nieznacznej różnicy ciężaru, i że tak też spoglądasz na gwiazdy.

Chaim zrozumiał i podjął grę:

– No jest większa, widzę! Jeszcze-m nie oślepł! Czyżbyś nie wiedział, jak ważne są predykcje dla kupców?! – odkrzyknął z udawanym oburzeniem.

Oświetliło ich światło pochodni podniesionej przez dowódcę oddziału.

– A co to za magia!? Rozjechać ich, ale już! Król jedzie!

Abdul chciał coś odrzec, ale Chaim powstrzymał go gestem dłoni. Schylił się pokornie i pozostając w ukłonie, odezwał się:

– Wybacz o szacowny, błagamy o twe wybaczenie. Druh mój i ja udaliśmy się tu, w odosobnione miejsce, by żadne światło nie zakłócało nam obserwacji nieba, albowiem spór toczymy o przesłanie jakie niosą gwiazdy. Wydaje mi się, że co najwyżej jakąś suszę będziemy mieli, druh mój zaś udowadnia mi, że jest inaczej.

– Astrologowie, hę? – z tyłu, zza dowódcy rozległ się tubalny, chrapliwy głos. – Puść mnie centurionie, mam ja pytanie do obwiesiów. 

Na czoło oddziału wyjechał mężczyzna w zdobnej zbroi ze znakami etnarchy. Żydowskiego kupca oblał zimny pot: jakiegoż trzeba mieć pecha, by ciemną nocą, na środku drogi, naciąć się na samego Archelaosa, tyrana Judei. Władca przyjrzał się krytycznie symbolom, które zdobiły piasek na drodze i zmarszczył czoło. 

– Kim jesteście? I teraz, uwaga, pytanie na wagę waszego życia: kto będzie panował nad Judeą?

Chaim i Abdul spojrzeli po sobie. Nabatejczyk odwrócił się do władcy i pokłonił w pas, Żyd zaś modlił się, by dureń potrafił ugryźć się w język i żadną zakamuflowaną złośliwością nie przypieczętował ich losu.

– Witaj o panie, którego oblicze skłania ku szacunkowi i zadumie mnie, marny pył u twych stóp. Jam jest Arakasi, a to Mordechaim. Jesteśmy drobnymi astrologami, co to z gwiazd usiłują wyczytać pogodę i sprzedać tę wiedzę. Nie nam horoskopów stawianie, myśmy zbyt maluczcy i za mało wiedzy posiedliśmy.

Archelaos uniósł brew. Chaim miał nieodparte przeczucie, że za chwilę obydwaj skończą uwiązani na linach ciągniętych przez wierzchowce. Odezwał się szybko:

– Kto jednakowoż wiedzę o pogodzie posiada, może zaplanować i zbiory i kampanie, a więc niechybnie swą władzę utrzymać sprawniej i mocniej. 

– No zgrabnie się wykręcacie, zgrabnie… – mruknął głośno etnarcha. – Dobrze, mówcie mi tu zaraz, co to za zjawisko mamy na niebie i co ono oznacza. Niechybnie ważna to rzecz, skoro dwóch naciągaczy zrywa zadki z łóż w środku nocy i leci na środek pustyni obserwować gwiazdy.

Żyd przełknął głośno ślinę. Twarz Nabatejczyka pozostała niewzruszona, ale na skroń wystąpiły mu krople potu, gdy zaczął mówić:

– Otóż ten tu Mordechaim, oby język jego zgnił a wzrok lubieżny nie padał na krągłości kobiet, śmie twierdzić, że jest to chwilowy rozbłysk zwiastujący suszę lub krótką porę deszczową nad południową Judeą i udowadnia to manipulując liczbami niczym jarmarczny szarlatan monetami wyciąganymi z uszu widzów. Ja zaś, po obserwacji nieba, wywodzę temu nieuczonemu teoretykowi, że znak ten zwiastuje płodność ogromną, z której rzeczy powstają niezwykłe: zbiory obfite, dzieci niezwyczajne, królowie rosną w moc i potęgę.

– Ach żeby cię z tymi twoimi pustynnymi bajdami, durniu pyskaty! Wszędzie widzisz niezwykłość, cuda i herosów, a tu rozchodzi się po prostu o gwałtowną zmianę, a jak uczy teoria powtarzającego się świata, oznacza to kataklizmy. Przeto musi to być susza jakaś i trzeba się w ziarna i żywność zaopatrzyć, a nie bajki snuć! – fuknął Chaim na Abdula z udawaną złością,

– Oby za twe słowa niegodne mędrca choroba cię dopadła, tak byś siadać na własnej rzyci nie mógł i piekło cię straszliwie w trakcie szczania. Co do zmiany dużej się zgodzę, ale ma to być zmiana na lepsze, nie kataklizm. Przezorność twoja może i zacna, ale przyziemna, z nosem w glebie siedzisz, a wejrzenie twe wąskie niczym dziurka od klucza, a tu trzeba szeroko spojrzeć, na całość nieba! – Abdul zatoczył ramieniem nad ich głowami – A niebo mówi: rzeczy niezwykłe w tym roku nam będą towarzyszyć, trudno tylko rozstrzygnąć czy pogoda, czy plony czy też coś innego. Może to czas dobry na dziecko jest, któremu w życiu będzie pisane niezwykłości dokonać?! Unieś głowę znad miski, stary leniwy psie, unieś i rozejrzyj się dookoła!

Przerwał im śmiech etnarchy. Władca chichotał, ocierając oczy wierzchem dłoni. Dał znak swoim ludziom i jeźdźcy ruszyli, spychając Chaima i Abdula na bok drogi. Kiedy orszak oddalił się poza zasięg głosu, obydwaj odetchnęli z ulgą. Minęło trochę czasu, nim wrócili do kryjówki pod skalnym nawisem.

 

Nieco później zadumany nad czymś Archelaos przywołał gestem centuriona i powiedział:

– Moja Glafira, w ciąży jest.

– Prawda to, panie.

– Zrobisz tak: po powrocie, jeśli narodzi się syn, rozkażesz wszystkim oddziałom by niemowlęta co rodziły się w okolicy tego dnia spotkało co następuje…

 

*

 

– Naprawdę, mam gnojka szczerze dość. Do wichrów, burz i grzmotów nawet już jakoś przywykłem. Ale żeby fontanna tryskała na skraju pustyni, bo mu mokro, albo znienacka trawy się zieleniły, bo akurat się śmieje… Zaraz się ktoś zorientuje, że Inny jest tuż obok i zaczną go szukać. Cała nasza podróż na nic! – syknął Chaim. Wmieszali się w tłum ludzi zdążających na spis powszechny i przycupnęli w namiocie-gospodzie na skraju jakiegoś zapomnianego przez bogów miasteczka. Za towarzysza przy stole mieli chrapiącego, pijanego w sztok i ubogo odzianego podróżnika.

Wróżba Pytii nakazywała im podrzucić dziecko komuś w Judei, by przenieść ciężar kalkulacji Losów na znienawidzonego Archealosa. 

 – Ciii… nie krzyczta, bo byndzie puakać – strofował kupca z surową miną Goliat, po czym wyszczerzył się do malca w zawiniątku. Odpowiedział mu pojedynczy okrzyk radości, podkreślony energicznymi ruchami rączek. Pod ich stopami, na pustynnym piasku zakwitły kwiaty.

– Jozue! Tu jesteś… O przepraszam, panowie wybaczą. Kuzyn, widzę, zapił smutki. Już go zabieram. – Rozmowę przerwał im znienacka Żyd o zmęczonej twarzy, który jął się mocować z nieprzytomnym krewniakiem.

– A jakież to smutki zapijał, jeśli wolno spytać? Jesteśmy tu trochę i takiego go zastaliśmy… – zagaił Chaim brata w wierze.

– Ach co mam mówić… Na spis jedzie z rodziną, z młodą żoną w ciąży, ale przez tą podróż coś się dzieje, krew jej poszła. Kobiety ją tam zaraz opadły i popędziły biedaka przodem. Chodził po mieście i w żadnej przyzwoitej gospodzie miejsca nie znalazł, tylko w stodole dali. A tam zwierzęta i brudno. To dobry człowiek, na dziecko długo czekał. Gryzł się cały wieczór, zajęcia sobie znaleźć nie mógł, aż gdzieś zniknął. Pomyślałem, że poszedł pić… Ja bym tak zrobił. No i jest.

Abdul i Chaim wymienili spojrzenia.

– Usiądźże z nami na chwilę. – Al Hasib zaprosił gestem stropionego kuzyna do stołu.

 

*

 

– Goliacie, ale co ci się nie podoba?

– Na pywno dybry pomysł? Wimy tylko tyle, co ten kyzyn mywił. – Nubijczyk przytulił mocniej dziecko do piersi. Abdul podszedł do wielkoluda i położył mu rękę na ramieniu.

– Serce twoje ogromne niczym bezmiar pustyni i gorące jak jej piaski w słoneczny dzień. Czyż wątpisz w me umiejętności owijania językiem ludzi wokół myśli, która mi przyświeca?

– Ymmm… No ni.

– Abdul go przesłuchał – powiedział Chaim. – To są dobrzy ludzie.

– Ale… Łon pijany leżył… 

– Gdyż nieszczęście go dopadło, którego nie chciał wylać na najbliższych i w rozpaczy zaniósł je do amfory z winem – wyjaśniał cierpliwie Abdul. – Na szczęście kuzyn jego troskę okazał, rzadką wśród ludzi niczym ogromny klejnot w skarbczyku wiejskiej rodziny.

– Nie pójdzie na manowce, mówię ci. To lepszy wybór niż go zatrzymać – wtórował Chaim. – A jeśli zginiemy? Myśl Goliacie, użyj tej wielkiej łepetyny! Nie paramy się przecież pasaniem trzód, tylko intratnym, acz niebezpiecznym przemytem!

– A wryżba? Czy spałnimy wryżbę? – dopytywał Nubijczyk, broniąc się zażarcie w ostatnim bastionie.

– Wróżba to tylko wskazówka! Może to właśnie ich było pisane nam spotkać? Przestań już Goliacie. Trzeba im to dziecko do tej stodółki podrzucić. Chłopakowi będzie tam dobrze, miasto ludne jest, to go łatwo nikt nie znajdzie, niech sobie cuda czyni, ziemia jest tego skurwysyna Archelaosa: wszystko się zgadza. Lepiej tak, niż oddać byle komu. Dla nich będzie darem od Losów, uchronią go.

– No dybra… – mruknął Goliat. W jego głosie zrozumienie walczyło z chęcią pozostawienia chłopca przy sobie. Przemógł się jednak i podał zawiniątko Abdulowi.

– Dajem ci myjo niśmirtylność wyjywnika – wyszeptał olbrzym, gładząc dziecko na pożegnanie. Owinął ich podmuch ciepłego, pustynnego wiatru.

– Daję ci me rozumienie ludzkich serc i myśli, głębokie niczym morze – powiedział uroczyście Nabatejczyk, a jego dłoń zajaśniała w mroku.

– Rozpuścicie dzieciaka – żachnął się Chaim.

– A czy ja coś mówiłem, kiedy wkładałeś po kryjomu do zawiniątka wszystkie swoje magiczne srebrniki? – odparł Abdul, ocierając ukradkiem łzę. – Nasze dary to szyszka, na którą natrafi obuta w sandał stopa parszywych Losów, oby woły szczały im do mleka, na rzyciach wrzody rosły bolesne a kobiety wyśmiewały ich męskość. Nie bądź takim filozofem, Chaimie, podarki wszak nie są celem, tylko drogą, a historia Ziemi tu, na Proximie, nie musi się powtórzyć.

– Hystyria Zimi? – Na twarzy Goliata odmalowało się zdziwienie.

– Nieważne, ruszajmy – odrzekł Abdul.

Koniec

Komentarze

tak na szybko:

 

(…)zerknęła gniewnie na na odzianego (…)

 

podwojone "na"

 

w pierwszym akapicie powtarza się wyraz "odzianego" może by pomyśleć o synonimie?

malutki błąd w łacinie:

napisałeś "personae non grata" mieszając liczbę mnogą z pojedynczą, powinno być personae non gratae

"czy choćby dyskretne pozostawienie niechybną śmierć nie wchodziło"

tu z kolei "na" brakuje

na razie przeczytałem tylko sam początek, ale jeszcze tu wrócę.

No, sympatyczna parodia. Puenta zaskoczyła.

Kto by pomyślał, że tam jest tak podobnie, a historia lubi powtarzać się z takimi szczegółami… ;-)

Babska logika rządzi!

Cieszę się, Finklo, że udało się zaskoczyc małym smaczkiem na końcu ;-) 

 

Dziękuję, Jim. Tak to jest, jak się tnie stareńki tekst, żeby zdazyć, a telefony i tak dzwonią i życko odciąga ;-) Juz poprawiam!

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ja rozumiem cięcie do limitu, ale teraz nie ma żadnego "na".

 

Wieszczka zerknęła gniewnie Żyda w kupieckich szatach.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

O ROFL

 

Kufa, telefon i portal = kataklizm.

 

“Na” już jest

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jak obiecałem – wróciłem.

@PsychoFish cieszę się, że pomogłem z poprawkami.

 Puenta prima sort. Całość bardzo mi się podobała.

A skoro tu już jestem to się o małą rzecz dopytam – zauważyłem przy tekstach gwiazdki srebrne, a przy tym widzę złotą. Te srebrne jeśli dobrze zaobserwowałem to jakiś indykator czegoś nowego (tak się domyślam, choć wolałbym gdyby ktoś mi doprecyzował), a te złote? Co oznaczają? Myślałem, że może to jakiś rodzaj wyróżnienia, ale widziałem tylko w tym miejscu takową, ale teraz po odświeżeniu listy opowiadań w tym konkursie już nie widzę. Skoro zbliża się Gwiazdka, proszę o wyjaśnienie znaczenia tych tutejszych gwiazdek, lub wskazanie, gdzie to jest wyjaśnione :)

Złote gwiazdki pojawiają się pod tekstami, które skomentowałeś.

Bierz się do roboty, to Ci się jakaś ładna konstelacja uzbiera. ;-)

Babska logika rządzi!

Srebrną gwiazdkę widzieć – ludzie biorą tekst/temat na języki.

Złotą gwiazdkę widzieć – byłeś zamieszany w najęzykobranie, tako rzecze Finkla.

 

Dziękuję za twój czas i cieszę się, że się podobało. ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Hahaha… @Finkla dzięki za odpowiedź, nie wiem czy chcę aż tak ludziom się swą osobą narzucać (i życie obrzydzać), już wystarczy, że jakimś swoim bieda-(nie-beta)-tekstem tu naśmieciłem, a tu jeszcze mądrzyć się w komentarzach będę? Z moją wrodzoną i jeszcze prze lata wyostrzoną złośliwością i uszczypliwością? Przecież mnie tu znienawidzą, zbanują i w ziemi zakopią (niekoniecznie w takiej kolejności), a dopiero co tu się pojawiłem… Więc może najpierw się w ogólny ton dyskursu wczytam, co tu wypada a co nie wypada, czy tu jakaś nowomodna political correctness obowiązuje, czy też oldschoolowy savoir vivre, zanim ja tu ze swymi fornalskimi odzywkami i uwalonymi walonkami się wpychać nieproszony na salony będę.

No i jeszcze dochodzi oczywiście kwestia czasu. No ale, skoro czas jest szczególny, iż nawet zwierzęta się odzywają, to i taki stary osioł jak ja coś zaryczeć spróbował (jak myślę, z pożytkiem dla tekstu).

 

@PsychoFish dzięki za doprecyzowanie, wykładnię i interpretację proroczych słów które @Finkla  rzekła :)

Ona była pierwsza, ja nie odświeżylem, potem odświeżylem i edytowalem… No nic, niech ci świeci złota gwiazdka ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

O, Jezusiczku, Rybko, jakie to smaczne było :)

Kłótnie, i ta na łodzi, i ta gwiezdna – zajefajne, szczególnie ta druga.

Czyta się – miodzio. Cały czas się zastanawiałam, gdzie tu przyszłość, a na koniec walisz mi Praximą. Przyznam, że zaskoczenie było całkowite. Jak dobry deserek po sutym obiadku. Czytelniczo jestem bardzo zadowolona :) Serduszko też czuje mi się pokrzepione i podpowiada, że kliknąć należy :)

 

P.S. Przeczytałam komentarze, Jima, Twój i Mytrixa i ryknęłam śmiechem.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Konkursowe opowiadanie, a przy ocenianiu opowiadań konkursowych obowiązują nieco inne zasady. No bo wiadomo, goni czas, mamy limit znaków, zakres tematyczny, często jeszcze ten zakres jest uszczegółowiany, zdarza się, że jest wymóg określonych bohaterów etc.etc. Uczestniczyłem w takim konkursie, w którym między innymi musiał wystąpić cytat oraz rekwizyt, a tenże rekwizyt miał odegrać ważną rolę.

Niewątpliwie jak na opowiadanie konkursowe tekst został napisany przyzwoicie i sprawnie. Ale…

Trochę za dużo jest dialogów i odnoszę wrażenie, że sprawność w tworzeniu dialogów uwiodła autora. A sama fabuła… Akcja jest trochę wątła. Poza tym – skąd wzięło się to cudowne dziecko, śmiech którego powoduje, że natychmiast rosną kwiaty? No i dlaczego trafiło pod opiekuńcze skrzydła trzech bohaterów? Jak dla mnie, zabrakło tutaj nawet cienia tropu.

Końcówka – taka sobie. Trzeba było zrobić jakiś myk, no to mamy taki dość ograny myk.

Czytało się bez bólu, co niewątpliwie jest zaletą. Tekst wybija się ponad przeciętność,ale nic ponadto. Szkoda, bo to mogło być naprawdę wciągająca historia. 

Mogło być znacznie lepiej.

Pozdrówka.

Dziękuję, Irko i Rogerze, za wizytę :-)

 

Irko, cieszę się, że się podobało i mały skręt w końcówce zaskakuje. Starałem się w tekście rozmieścić sugestie zapowiadające jakiś zwrot (i jednocześnie adresujące nieco ową powtarzalność, o które wspomniała Finkla), ale jeśli złapało cię "off guard" – to chyba aż za dobrze je schowałem.

Tym niemniej najważniejsze, że się ubawiłaś, bo był to główny cel tego tekstu: dostarczyć trochę rozrywki w określonym klimacie.

 

 No, "na" fikało koziołki przednio ;-)

 

 

Rogerze, cieszę się, że wpadłeś.

Przyjąłem pewien, nieco "sztukoteatralny" styl świadomie, nawiązując odlegle do jasełek (sceny, dialogi, postaci) i rozumiem, że nie każdemu taka konwencja pasuje. Wynika to oczywiście z ograniczeń konkursowych i z tego, co chcialem uwypuklić (powtórzona historia, relacja, być może inne zakończenie). Tak, z rozmysłem nie uzasadniałem drogi, jakiej przebyło cudowne dziecko do spotkania z królową-wieszczką, ale dziękuję za informację. Po namyśle uznałem, że nie jest to istotne i nie będzie przeszkadzało większości czytelników gdy pozostaną w tekście wskazówki dotyczące Losów.

Co do końcówki, to – rozumiem, przyjmuję, szkoda, że tak odebrałeś, miałem nadzieję dostarczyć uśmiech i odrobinę wyjaśnienia. Trochę na potrzeby konkursu, a trochę, żeby zamknąć sygnalizowany w tekście szkic tła do tej historii. Cieszy mnie, że widzisz tam potencjał na coś większego, dłuższego.

 

Bardzo dziękuję za wasze czas i komentarze. Mam nadzieję, że choć trochę rozerwałem.

 

P.S. Nie, nie zapomniałem o mojej kolejce do czytania ;-) Po prostu swoim zwyczajem, korzystając ze Świąt, jeśli biorę udział w konkursie – czytam i komentuję prace współkonkursowiczów najpierw. :-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Cóż, co czytelnik, to inna opinia… Chociaż one w sumie się grupują, co wiem z własnego doświadczenia.

Wesołych Świąt!

Pozdrówka.

A każdy kto powie, ze słabe– niech go spotka to: “tak byś siadać na własnej rzyci nie mógł i piekło cię straszliwie w trakcie szczania”.

Do połowy genialnie. Ale ile można ten sam ambaras zapodawać?

 

Ignorancja to cnota.

Nie, no, tego pieczenia to nikomu nie życzę. Dziękuje za wizytę.

 

 

Ja jestem wdzięczny za różne opinie, uzasadnione krytyczne szczególnie :-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ciekawy tekścik. Interesujący twist na końcu. Trochę się gubiłam z postaciami i nie wiedziałam np., że Abdul i Nabatejczyk to to samo, za dużo tych określeń. 

Tafla jeziora przypominała wypolerowane zwierciadło.

Ugryzła mnie ta mało oryginalna metafora ;)

Ogólnie mi się podobało, widać tu porządny warsztat, a tekst jest barwny i pełen odniesień. Klikam więc.

A i mi się nawet, nawet. A gdzieś tak między wierszami żem czuła, że to się ponownie dzieje, bo żeś zapodał zdanie takowe, o na przykład to:

 

“(…) a tu rozchodzi się po prostu o gwałtowną zmianę, a jak uczy teoria powtarzającego się świata (…)”

 

dlatego aż tak zaskoczona nie byłam, ale i tak fajne zakończenie. 

Czytało się dobrze, momentami było nawet zabawnie. 

 

Pozdrawiam! :)

No, takich magów ze wschodu to ja rozumiem. Podoba mi się sposób, w jaki ich przedstawiłeś: indywidualiści, którzy wyruszają na misję ze świadomością, że nieco ich ona przerasta. Rzeczywiście Twoje opowiadanie dialogami stoi, ale czyta się je z przyjemnością. Może nie każdemu ten typ humoru przypadnie do gustu, ale mnie słowne przepychanki i padające złośliwostki rozbawiły. Końcowy twist zdecydowanie na plus.

Polecam do biblioteki, pozdrawiam!

Cześć PsychoFish

Niestety, zabicie takiego delikwenta czy choćby dyskretne pozostawienie na niechybną śmierć nie wchodziło rachubę z powodu kalkulacyjnych bogów Losu

zjadło Ci w

 

Urzekła mnie postać Goliata:-) świetnie sobie radzi z maluszkiem, umie wczuć się w jego potrzeby. wyszło trochę rozczulająco, przynajmniej dla mnie:-) Ciekawe mimowolne cuda:-)

Czytałam z przyjemnością, opowieść z humorem, fajne dialogi i zakończenie bardzo dobre.

polecam do biblioteki i pozdrawiam

Wieszczka zadumała się. Za prorokami i wybrańcami szły rewolucje, ruchawki i ogólne rozprężenie fiskalne, a i nierzadko bandy nierobów przedzierzgające się w neofitów.

Jakbym czytał rzymskich kronikarzy opisujących Palestynę I wieku! :D

 

a wzburzone wody Genazaretu

Literówka.

 

Nieśmiało więc i pełen pokory upieram się więc, że twoja jest teraz kolej.

Nieopodal, chrapał głośno Goliat

Zbędny przecinek.

 

Pamiętasz, co wieszczyła Pytia?

Czyli w Delfach byli na początku, potem nadmieniasz, że wysłała ich Pytia do Judei. To w jakim celu przepływali przez Jezioro Galilejskie? 

 

Żydowskiego kupca oblał zimny pot: jakiegoż trzeba mieć pecha, by ciemną nocą, na środku drogi, naciąć się na samego Archelaosa, tyrana Judei.

Wiem, że to zwykłe czepialstwo, ale Archelaos nie miał tytułu króla. 

 

– Zrobisz tak: po powrocie, jeśli narodzi się syn, rozkażesz wszystkim oddziałom by niemowlęta co rodziły się w okolicy tego dnia spotkało co następuje…

I coś mi się kojarzy, że nie miał syna. :P

 

Nie bądź takim filozofem, Chaimie, podarki wszak nie są celem, tylko drogą, a historia Ziemi tu, na Proximie, nie musi się powtórzyć.

No tak, czyli i nieścisłości mogą być. :)

 

Podobało mi się. Nawet bardzo, bo uwielbiam czas i miejsce, które (jak mi się wydawało do samego końca) opisujesz. Tekst jest napisany bardzo sprawnie, pięknie odmalowujesz klimat tamtych czasów (choć na końcu okazują się wcale nie być tamtymi czasami), dialogi żywe i aż chce się je czytać. 

Moim zdaniem tekst nie cierpi na brak akcji, przede wszystkim dlatego, że wiele czytelnik sobie może dopowiedzieć, bo od razu przychodzi myśl, że to może mały Jezusek jest dostarczany na miejsce.

Co mi się nie do końca spodobało. Ten twist z Proximą. Odważny, zaskakujący, ale zburzył mi klimat i całą okołojezusową rozkminę – ale to tylko przez moje preferencje, bo wybrałeś okres i miejsce bliskie memu sercu (aż się chce znów coś napisać umiejscowionego tam). 

I trochę mnie dziwi, że sługa wyroczni wie, że się znajdują na innej planecie i że wcześniej była jakaś Ziemia, a na dodatek zna jej historię. 

Co nie zmienia faktu, że jest to dobre opowiadanie i z przyjemnością zgłoszę je do ostatniego klika.

 

 

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Podobało mi się. Zajmująca opowieść z drugim wątkiem, odniesieniem w tle, jak to faceci zajmuje się dziećmi. Filmowe miałam skojarzenia, a poza tym biblijne.  Konsekwencja stylizacyjna super. Szopkowa, co niby kłóci się ze współczesnością, ale przecież –  nie. Inne szopki, ale wciąż takie same.

To zdanie najbardziej misię:

No co, na rynce kciał – wzruszył ramionami Goliat – Małe zawsze kce na rynce. Krzyka gdy brudzi, gdy jeść i gdy na rynce – dodał, jakby to w oczywisty sposób tłumaczyło porządek świata.

Jesteś już w biblio, więc nie skarżę. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Czesc. Opowiadanie mi sie podobalo, koncowka – zaskakujaca – ale tu chcialoby sie czegos minimalnie wincyj :) Niemniej jednak sam pomysl i wykonanie na bardzo wysokim poziomie :)

Goście!

 

A ja tylko jeden dodatkowy talerz… Podzielicie się? ;-)

 

Sonato, dziękuję za dobre słowo i zapewniam, że metafora była szczepiona. ;-)

 

Saro, jeśli rozbawiło, to tak miało być. ;-) Dzięki!

 

Olciatko, dziękuję, zgubione "w" już się znalazło. Super, że ktoś docenia Goliata i jego siłę, eee, ducha ;-). Cieszę się, że bawiło :-)

 

Gekikara: Czy możesz wyjaśnić, jaką literówkę miałaś na myśli? "Więc" naprawię jutro, dziękuję. ;-) 

Parsknąłem przy wyliczance nieścisłości. Czekałem, aż się połapiesz :-)

Cóż, jeżeli chodzi o końcowy twist, to nie tylko Abdul był wiedzącym, prawda? Być może zbyt mocno zakopałem różne sugestie i wskazówki w tekście. A dlaczego o tym wiedział, to już zupełnie inna historia… Natomiast niezmiennie się cieszę, gdy kogoś ucieszy taka lekka opowiastka – dziękuję za twój czas i komentarz!

 

Asylum dziękuję, że wpadłaś do tradycyjnej bożonarodzeniowej szopki ;-) Cieszy mnie, że cieszy i że męski sposób opieki nad dzieckiem został dojrzany i uśmiechnięty. Filmowo? Ben Hur i całe kostiumowe Hollywood z lat 60? ;-)

 

silvan, ogromnie dziękuję. Tak, racja, gdyby nie limit, możnaby tekst bardziej rozbudować pod kątem wątku w tle, ale chodziło o biblijno-świateczne nawiązania, w dodatku z jakimś pozytywnym akcentem – i tego się trzymałem. Krotochwila to krotochwila. Nie tylko Ty zwracasz na to "wincyj" uwagę, więc jest rynek na tę opowieść :-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jest komplet jurorów. Baba z wilkiem, chop z metalową mordo i tylko Morgiana tak po ludzku się odezwała ;-)

 

Dziękuję za czas i lekturę :-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka