- Opowiadanie: BasementKey - Olbrzymi problem

Olbrzymi problem

Takie takie tam fantasy, nie premium (jak usłyszałem od pewnego redaktora)

Nie dość, że fantasy, to w dodatku nie jest to fragment ;)

W założeniu historia lekka i z humorem. Narracja gęsta od akcji i bohaterów.

 

Z góry dzięki za wszelkie uwagi, zapraszam do marudzenia! :)

 

Podziękowania serdeczne betującym – jesteście WIELCY!!!

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Olbrzymi problem

 

Oczy leżącego otwierały się powoli niczym ciężkie okiennice pchane zbyt wątłym ramieniem. Był krasnoludem więc mieścił się na półmetrowym kawałku blatu roztrzaskanego stołu. Karczma nazywała się "Pod Wiszącym Wieszczem" i jej największym atutem było umiejscowienie niemal w samym centrum Czarnego Warsu. Krasnolud mało się nie porzygał czując smród swojego kaftana: krwi, spirytusu i własnych wymiotów. Spojrzał w górę, zastanawiając się, kto tak ostentacyjnie dźga go podkutym butem prosto w żebra. Rozpoznał mężczyznę i otrzeźwiał w ułamku sekundy.

– Mów co się wydarzyło.

– Walka, olbrzym… – język jeszcze nieco mu się plątał.

– Ilu?

– Sześciu… Wszyscy… Znaczy się, Wilk. Reszta obecnych uciekła, gdy zobaczyli co się kroi.

– Cały Wilk nawet nie zmieściłby się w karczmie – zauważył właściciel ciężkich butów – To był tylko jeden pazur. Walczyliście formacją?

– Na początku nie, myśleliśmy, że się zgrywa, później już wyłącznie obronna. Kiedy się zorientowaliśmy…

– Dobra, zamknij mordę. “Nic się nie stało, popiliśmy się”, powtórz.

– Ale…

– Powtórz, szybko.

– Nic się nie stało, popiliśmy się.

Coś huknęło o ścianę i krasnolud spojrzał w tamtym kierunku. To resztki drzwi od karczmy spadły na ubitą ziemię, z której właśnie usuwał je zamkowy strażnik. Po chwili zaszeleściły jedwabne ubrania i oczom leżącego ukazał się wysoki blondyn o dziecięcej twarzy, ubrany w krzykliwe kolory, zgodnie z najnowszą modą Zjednoczonego Królestwa, otoczony gęstą, niemal materialną chmurą perfum, których zapach spowodował u krasnoluda ponowną chęć opróżnienia żołądka.

– To twoi? – zapytał nowo przybyły mężczyznę.

– Moi, mości książę, jeden z pazurów.

– Krasnolud, to by było do przewidzenia. Choć nadal wstrętne. – Książę zasłonił twarz perfumowaną chustą. – Toście zaszaleli – zwrócił się do leżącego. – Jak do tego doszło?

– Nic się nie stało, popiliśmy się… wasza wysokość.

– Wyborne Maks, wyborne, nic się nie stało, on mówi. – Książę chichotał. – Krasnolud w rzyć kopany. Rozwalili w drzazgi największą karczmę w mieście, wywołali panikę i zamieszki, a on mówi o tym tak, jakby przed zaśnięciem wypił kielich wina za dużo. Jak cię zwą, chłopcze?

Pytany podrapał się po przetykanej siwizną brodzie.

– Tomas, wasza miłość, Tomas Kubek – odpowiedział.

– Kubek, naprawdę? – Władca odjął od twarzy chustkę nie mogąc powstrzymać wybuchu śmiechu. – Nie kielich zatem, lecz kubek, o jeden kubek za dużo. – Chichocząc opuścił salę główną karczmy. Po chwili dało się słyszeć jak relacjonuje rozmowę stojącemu przed ruiną budynku kapitanowi zamkowej straży, który odpowiedział głośnym śmiechem.

– Kubek, obudź tych debili, zaraz sobie porozmawiamy – powiedział mężczyzna w podkutych butach, wskazując pozostałych członków pododdziału Wilka, po czym również wyszedł z karczmy, żeby dołączyć do księcia i strażników.

Krasnolud wstał z połamanego stołu i zaczął, spośród desek i pyłu, odgrzebywać swoich pięciu towarzyszy. Większość z nich była już przytomna: wysoki i łysy Radomir Radomirowicz, elf niemowa Cicho, czarnoskóry Son Edi. Tylko bliźniacy Edward i Ryszard Łamacze, wciąż spali przytuleni do siebie pod drewnianą ścianą, w której widniała dziura wielkości głowy dorosłego mężczyzny. Kubek niejasno przypomniał sobie olbrzyma, który tłukł pięścią w tę ścianę. Potrząsnął głową i już chciał obudzić bliźniaków kopiąc bez ceregieli w podeszwy ich butów, kiedy ujrzał belkę stropową grubości dwóch stóp, która na podobieństwo przycisku do papieru trzymała ich ciała. Dał znać pozostałym, żeby na nich nie czekali.

W kilkanaście sekund pozbierali się, uformowali szereg i już po chwili cztery wypięte piersi przywitały, wchodzącego przez wyrwane drzwi karczmy komendanta Maksymiliana Bula, stukającego z każdym krokiem podkutymi oficerkami. Maks był wysokim, szerokim w barach mężczyzną o lekko siwiejących skroniach i krótkiej brodzie. Nosił kaftan z utwardzanej skóry, a przy jego boku widniała, wykrzywiona na wschodnią modłę, szabla.

– Gdzie dowódca pazura?

Cisza.

– Zastępca?

Znów nikt się nie odezwał. Maksymilian zmarszczył się gniewnie.

– Zostali w twierdzy – odpowiedział Kubek po chwili.

Komendant uniósł brwi.

– Niniejszym z tą chwilą, zarówno dowódca jak i zastępca zostają wydaleni ze służby – Zamyślił się na chwilę. – Z przepadkiem żołdu. – Spojrzał surowo na członków pododdziału. – Kto wymyślił picie z olbrzymem w karczmie?

– Ja. Ja wpadłem na ten pomysł. Radomir Radomirowicz, panie komendancie.

Bul zmierzył zimnym spojrzeniem jego chudą sylwetkę i ogoloną na łyso głowę.

– Kto był przeciwko?

– Ja, panie komendancie – Kubek wystąpił z szeregu, a komendant ledwie prześlizgnął się wzrokiem po jego twarzy, ginącej w obfitym, naznaczonym siwizną zaroście. Obejrzał go sobie dobrze wcześniej, gdy krasnolud leżał spity na resztkach stołu.

– Radomirowicz, nowym dowódcą, Kubek zastępcą, zrozumiano?

– Tak jest! – krzyknął pododdział Wilka.

– To teraz przyprowadzić mi tego olbrzyma. Jak pewnie wiecie, jest to zakładnik książęcy, a książę August przybył osobiście, żeby zaznajomić się ze stanem fizycznym i psychiczny naszego więź… ehm… gościa. – Komendant rozejrzał się po karczmie. Podniósł urwaną nogę od stołu i uderzał nią rytmicznie o swoje udo kontynuując. – A wy go wykradliście z zamku, upiliście i nie dość, że narobiliście szkód, to jeszcze daliście mu uciec. – Rzucił stołową nogą, która roztrzaskała się o ścianę. – Nie wiecie, jebańcy, co to berserker? – wydarł się. – Pewnie mu na dodatek ktoś w mordę dał, co?

– Tak jest, Panie Komendancie, jakże to tak, bez mordobicia w karczmie? – odezwał się szczerze Radomir.

– Radomirowicz, łysy wypierdku, masz właśnie niepowtarzalną szansę zostać najkrócej dowodzącym w historii Wilka.

– Tak jest! – chudzielec wyprężył się jeszcze bardziej, co najmniej jakby komendant nominował go do orderu zasłużonych Zjednoczonego Królestwa.

Bul spojrzał na niego przeciągle, obciągnął kaftan i kontynuował już spokojniej.

– Cała straż, cały Wilk siedzi w twierdzy i na murach z powodu wizyty księcia. Ten olbrzym jest zakładnikiem ze Wschodnich Gór, synem samego Matowieja. Nie możemy przyznać, że go straciliśmy, samo to grozi wybuchem wojny. Zostajecie tylko wy. Olbrzyma widziano jak wybiegał z karczmy godzinę temu. Podjąłem pewne działania, na mój rozkaz magowie powiesili czarogień na niebie nad Skrytą Dzielnicą. Powinno mu się to skojarzyć z bitwą i przyciągać go jak spichlerz szczura. Skryta Dzielnica jest mi winna przysługę, jej mieszkańcy, potrafią być wielce przydatni, o ile wiadomo, za które sznurki pociągnąć. Oświadczyli, że biorą olbrzyma na siebie. – Bul splunął w kąt zrujnowanej karczmy. – Oczywiście nie można ufać w te zapewnienia. Moi obserwatorzy donieśli, że w dzielnicy kopane są właśnie wilcze doły. Wilcze doły, rozumiecie? Na olbrzyma… – Pokręcił głową z niesmakiem. – Pójdziecie sprawdzić jak sobie radzą. Do śniadania, które będę spożywał wspólnie z księciem, chcę tego olbrzyma widzieć w twierdzy. Żywego. I to nie jest żart.

Komendant Wilka odwrócił się i wyszedł w noc. Ostatnie słowa zabrzmiały niczym wyrok w uszach Radomira Radomirowicza i podległego mu od kilku chwil pododdziału straży. Pamiętali dobrze przemianę spokojnego wielkoluda w potwora, ciskającego ławami i stołami jak dobytymi z kieszeni kartami, łamiącego stropowe belki jak zapałki. Niepodobieństwem wydawało im się przyprowadzić go tak prostu do twierdzy na śniadanie.

Zza roztrzaskanych drzwi karczmy słychać było urywki rozmowy:

– Tak, Mości Książę, czarognie… Specjalnie na twoją cześć…

Radomir odwrócił się do towarzyszy. Uśmiechnął się ukazując braki w uzębieniu, które starannie, w zamyśleniu badał językiem.

– Cerepy do góry waderskie syny – seplenił, prawdopodobnie z powodu macania dziur po zębach. A może jeszcze zupełnie nie wytrzeźwiał? – Własne wpadłem na swetny pomysł.

 

***

 

Radomir Radomirowicz skradał się, dotykając dłonią białej ściany świątyni, która wyraźnie odcinała się w panującym mroku od brudnych budynków stojących wokół. Jego łysa głowa połyskiwała w bladym świetle księżyca. Za nim szli Son Ed, Cicho i i Kubek. Poruszali się bez hałasu, w czym pomagał im brak standardowego rynsztunku Wilka. Byli ubrani tylko w cienkie koszule i płócienne spodnie, znalezione na, cudem ocalałym, zapleczu karczmy. Ich bojowe wyposażenie zniknęło pod zwałami drewna i gruzu lub nie nadawało się do użytku z uwagi na niemożliwy do usunięcia fetor. Nie byli jednak całkowicie bezbronni, Kubek w sękatych dłoniach ściskał dębowy stołek, a Son Edi dzierżył odpryśnięty kawałek belki stropowej grubości jego ciemnego uda.

Dowódca zatrzymał się przy plakacie informującym o występie w mieście cyrku, podniósł dłoń i zakręcił nią w powietrzu. Grupa stanęła i uformowała okrąg; pochylili głowy żeby lepiej usłyszeć, co ma do powiedzenia Radomir:

– Kapłani Iskry odprawiają tutaj obrzędy i sporządzają eliksiry. Wiecie co to kult Iskry?

Pokiwali głowami, wszyscy, nawet Cicho, jeszcze przed chwilą zapatrzony w cyrkowy afisz. Radomir przez chwilę zastanawiał się, skąd w elfie zamiłowanie do takich widowisk. Potrząsnął głową i kontynuował przyciszonym tonem:

– Jak wiecie, wyznawcy Iskry wierzą, że bóg to wielki płomień, a w każdej istocie jest jego iskra. Kapłani są zapamiętałymi alchemikami, preparującymi przeróżne oleje i eliksiry, mające ten boży płomień podsycać. Nasz mała przygoda w karczmie pokazała, że z olbrzymem nie ma żartów, szczególnie gdy wpadnie w ten swój berserkerowy szał. Te tutaj miękkie fiutki – poklepał ścianę świątyni– spreparują nam odpowiednią miksturę, eliksir nasenny. Nasz olbrzym wypije go, zaśnie, a my dostarczymy jego bezwładne cielsko prosto do zamku. Czy może być coś prostszego?

Dowódca spojrzał na niebo, na którym bladły już czarognie. Powoli zbliżał się świt.

– Jak to wygląda w szczegółach? – dopytywał Kubek.

Radomir wzruszył ramionami.

– Wchodzimy jak nóż w masło, bez wahania i pewnie. Wątpliwości wyjaśniamy twoim stołkiem, albo pałką Ediego. Łapiemy pierwszego lepszego mnicha w sukience, który prowadzi nas do półki z eliksirami. Zabieramy napój, płacimy kopem w rzyć i już nas nie ma.

Elf niemowa i czarnoskóry Son Edi uśmiechnęli się z zadowoleniem. Kubek jednak nerwowo przeczesywał palcami siwe pasma w brodzie, nie do końca przekonany. Nie wiedzieć czemu, inaczej sobie wyobrażał realizację świetnego pomysłu dowódcy. Nie było jednak czasu na protesty, bo Son Edi właśnie uchylił ciężkie wrota i strażnicy jeden po drugim wchodzili do świątyni. Krasnolud podbiegł, żeby zamknąć pochód.

Tuż za progiem, w ciemnym przedsionku, spotkali mnicha, który natychmiast ich zagadnął:

– Po eliksir? 

Radomirowicz skinął głową.

– Za mną.

Ruszyli za przewodnikiem korytarzem, którego mrok przetykany był światłami pochodni niczym ciemna kasza jasnym sosem. Kubkowi zaburczało w brzuchu. W plamach światła raz po raz ukazywała się muskularna sylwetka duchownego, zaopatrzona w miecz u pasa oraz błyszczący puklerz luźno przewieszony przez plecy. Rękawy habitu kapłan Iskry miał ściągnięte skórzanymi pasami, co pozwalało mu sprawnie sięgnąć po broń, w przypadku zagrożenia. "Miękkie fiutki" – pomyślał krasnolud z niepokojem.

– Tędy. – Mnich otworzył jedne z kilkorga drzwi znajdujących się na końcu korytarza. Oczom Radomira Radomirowicza oraz jego towarzyszy ukazało się obszerne pomieszczenie pełne szklanych słojów, probówek oraz butelek różnej wielkości. Weszli do środka.

– Co was dzisiaj interesuje, jakie zapotrzebowanie? – spytał duchowny siadając za niewielkim drewnianym stołem.

– Napój usypiający, bardzo mocny – wyjaśnił Radomirowicz.

– Mamy taki, co uśpiłby nawet całą wioskę. – Uśmiechnął się mnich wskazując na rząd półek, na których poustawiane były butelki wypełnione czerwoną cieczą. – Sto, sto dwadzieścia?

– Jedna butelka wystarczy – odpowiedział Kubek.

– Jedna? – mnich westchnął i uniósł do góry brew, a towarzysze krasnoluda zrozumieli bardzo dobrze wymowę tej reakcji. Nie należeliby do Wilka, gdyby każdy z nich nie pojął w mig, że ta uniesiona brew, zwiastuje nieuchronne i szybko nadciągające kłopoty. Kubek momentalnie skoczył do drzwi, chwytając dębowy stołek, na którym przed momentem siedział, aby zablokować możliwość ucieczki duchownemu, Radomirowicz kopnął w stół, którego blat uderzył w pierś mnicha i przycisnął go do ściany. Son Edi chwycił mężczyznę za ramię po czym drewnianą lagą, uderzył prosto między oczy, pozbawiając go przytomności. W tym czasie Cicho chwycił butelkę ze wskazanej uprzednio półki, po czym wszyscy szybko opuścili pomieszczenie, zatrzaskując za sobą drzwi.

– Miękkie fiutki – powiedział Radomirowicz unosząc do góry palec w geście triumfu.

Kubek wielokrotnie później zastanawiał się, co się wtedy stało. Czy to Cicho zabierając butelkę poruszył inne flaszki, a może był to efekt trzaśnięcia drzwiami? W każdym razie, po ich wyjściu nastąpił gwałtowny hałas, jakby stłukli nie sto, nie trzysta butelek, ale jakby w tym jednym pokoju runął gigantyczny szklany zamek, budynek rozmiarami przypominający garnizon Wilka, znajdujący się w Czarnym Warsie. Kubek mógłby nawet przysiąc, że od huku tłuczonego szkła zadrżała kamienna posadzka świątyni Iskry. 

Spojrzeli po sobie i puścili się biegiem korytarzem. Z naprzeciwka nadchodzli już jednak uzbrojeni w miecze mnisi. Radomirowicz i reszta zawrócili. Chcieli zabarykadować się w laboratorium, w którym zostawili nieprzytomnego mnicha, ale drzwi były zablokowane. Naparli zatem na wrota znajdujące się tuż obok, które wkrótce puściły, tak że wpadli do niewielkiego, zagraconego pomieszczenia. Szybko zatrzasnęli wejście a Kubek i Son Edi oparli się o odrzwia, zabezpieczając je przed wtargnięciem wrogów. Radomir i Cicho szukali w tym czasie w pokoju czegoś, czym można by zablokować wejście. Już po chwili mnisi zaczęli z niezwykłą siłą tłuc w drzwi, które rytmicznie podskakiwały na zawiasach.

– Nic z tego – krzyknął Kubek do towarzyszy. – Choćby i cały Wilk podpierał, zaraz wypadną z zawiasów. 

Radomir rozglądał się nerwowo po sali, pełnej różnego rodzaju sprzętów i posągów, na które narzucono białe prześcieradła.

– Cicho, pomóż mi.

Dowódca zaczął ściągać z elfem okrycia, ukazując klęczniki, stojaki na świece i posągi bohaterów dawnych opowieści. Metalowe łańcuchy rozwinięte wokół każdej rzeźby, służyły do zabezpieczenia posągów przed uszkodzeniem w transporcie.

– Nic się nie martwcie, mam świetny plan – zapewnił Radomirowicz podkomendnych, drapiąc się z uśmiechem po łysej czaszce.

– Miękkie fiutki – szepnął do siebie kręcąc głową Kubek.

 

***

 

Drzwi w końcu puściły i mnisi właśnie odkopywali resztki klęczników, którymi podparte było wejście. Ich bitewny zapał sięgnął apogeum, gdy wbiegli do pomieszczenia z okrzykami na ustach. Stanęli jednak zdziwieni, ponieważ w pomieszczeniu, w którym składowali posągi i inne sakralne sprzęty było pusto. Intruzi wyparowali.

– Może mięśni im nie brakuje – mruknął Kubek – ale rozumu, trochę więcej by się przydało. 

Towarzysze, udający posągi bohaterów, na znak Radomira, zrzucili prześcieradła i ruszyli do natarcia. Dowódca wraz z Sonem Edi nacierali ramię w ramię w środku grupy, pierwszy z zaostrzonym kawałkiem świecznika, którym kłuł bezlitośnie wrogów, drugi z ciężkim kamiennym mieczem odłupanym od któregoś z posągów. Na prawo od Radomira stał Kubek z klęcznikiem, którym zastąpił nieodżałowany dębowy stołek, a którym krasnolud wywijał młynka nad głową jakby szkolenie straży obejmowało również walkę wyposażeniem świątynnym. Po lewej stronie stał Cicho, przyklejony do ściany wymachiwał cienkim metalowym łańcuchem, chlaszcząc mnichów, łamiąc szczęki i nosy.

Formacja nosiła nazwę szczęk wilka, wysunięci strażnicy, szarpali wrogów niczym kły mięso ofiary, spychając ich do środka, gdzie towarzysze ciężką bronią pozbawiali przeciwników życia, czy, w najlepszym wypadku, przytomności. Powoli przesuwali się do drzwi, pododdział Wilka nie miał na celu wyeliminowania wszystkich mnichów, chodziło im jedynie o przebicie się do wyjścia. Walczący duchowni odsuwali się coraz bardziej na boki, próbując unikać zbrojnych szczęk. Wyjście z sali było już coraz bliżej, w końcu, gdy tylko Radomir i towarzysze do nich dotarli, złamali szyk i rzucili się biegiem korytarzem. 

Na zewnątrz napotkali już tylko bardzo słaby opór, kilka rozbitych głów znaczyło ślad ich przejścia do głównych wrót świątyni. Kubek wpadł jeszcze na pomysł, żeby pogasić pochodnie w korytarzu, by dodatkowo utrudnić pościg. Wysoki Cicho w mgnieniu oka się tym zajął. Mnisi podążali za nimi powoli, bojąc się wpaść w pułapkę, wyglądało więc na to, że już ich nie dopadną. Wybiegli ze świątyni i ciężko oddychając, skryli się w ciemnym zaułku, nieopodal dzwonnicy.

W tymże zaułku Radomir Radomirowicz miał odebrać cenną lekcję na temat nadgorliwości podwładnych. Niemal każdy dowódca wie, że jest to bodaj jedyna rzecz gorsza od lenistwa czy głupoty.

– Ten sznur – powiedział Son Edi, wskazując na linę zwisającą z otworu w ścianie. – Olbrzym, związać.

– Zostaw, nie ruszaj tej liny! – krzyknął Radomirowicz. 

Było już jednak za późno. Zwolnione z uścisku liny dzwony, zaczęły bić tak głośno, że zmarłego by obudziły. Równie dobrze mogliby śpiewać wesołe piosenki z sygnalizacyjnymi pochodniami w rękach.

– Tam są! – grupa mnichów wylała się ze świątyni w pościgu za intruzami.

– W nogi – wrzasnął Radomir i puścił się pędem byle dalej od ścigających ich muskularnych duchownych. Pozostali podążyli w jego ślady.

– Ale dokąd właściwie? – zapytał Kubek, łapiąc oddech.

– Do Skrytej Dzielnicy – zarządził Radomir.

– Tylko nie mów, że masz kolejny świetny pomysł. – Kubek nie krył poirytowania.

– Dobrze, nie powiem – zapewnił Radomir.

– Ale masz jakiś pomysł? – drążył Kubek.

Radomirowicz uśmiechnął się tylko tajemniczo, pochylił w kierunku biegnącego obok niego Cicho i zaczął mu coś przekazywać stłumionym głosem przypominającym dyszenie kowalskich miechów. Po chwili elf przyspieszył i, niezauważony przez mnichów, odłączył się od grupy, znikając w jednej z bocznych uliczek.

 

***

 

Kubkowi wydawało się, że biegną całą wieczność. Ze Świątyni Iskry do Skrytej Dzielnicy trzeba było przebiec niemal całe miasto. Świtało, a wraz z pierwszymi promieniami słońca, na ulicach pojawiali się również mieszkańcy Czarnego Warsu, spieszący za swoim sprawami. Przechodnie poruszali się niemrawo, jakby jeszcze trwali we śnie, nieliczni z nich podnosili głowy z zaciekawieniem, gdy mijała ich uzbrojona grupa mnichów ścigająca trzech mężczyzn w rozchełstanych, płóciennych koszulach.  

Duchowni nie odpuszczali. Radomirowi i jego towarzyszom nie udało się ich zgubić, klucząc pomiędzy pustymi straganami na Dębowym Placu w Dzielnicy Handlowej, ani pędząc przez Wężowe Uliczki niedaleko miejskich magazynów. Nie dali również rady wtopić się w tłum pokonujący kładkę nad Czarnym Kanałem, łączącym wschodnią część miasta z zachodnią. Pozostała im tylko Skryta Dzielnica, miejsce, w którym nawet setka osób może z łatwością rozpłynąć się bez śladu pośród morza baraków, ziemianek i płóciennych jurt. No i tuneli, podobno większość życia Skrytej Dzielnicy toczy się w tunelach. Pod rozmiękłymi traktami i prowizorycznymi budowlami, gdzie odbywają się ciemne interesy i planowana jest czarna robota.

“Tak – myślał krasnolud – znikniemy w Skrytej Dzielnicy, a potem znajdziemy olbrzyma, który powinien być gdzieś w pobliżu. Uśpimy go eliksirem i wrócimy do twierdzy. Byle do śniadania”. – Kubek spojrzał na jaśniejące niebo z niepokojem, zastanawiając się, o której jaśnie książę zwykł śniadać.

Coraz niższe budynki, przytulone do siebie niczym ulicznice w chłodny wieczór zwiastowały, że zbliżali się do celu, do najbiedniejszej i najbardziej niebezpiecznej dzielnicy Czarnego Warsu.

Radomir obejrzał się przez ramię, mnisi wciąż podążali za nimi. Świeżo upieczony dowódca pododdziału Wilka pomyślał, że o tej porze duchowni powinni raczej brać udział w jakiejś porannej mszy. Nagle Son Edi szturchnął go w ramię, Radomirowicz odwrócił się i ujrzał Cicho, który, skacząc po dachach budynków, zbliżał się w ich stronę. Elf na prawym ramieniu niósł gruby zwój liny, a w ręce ściskał brązowy worek, który nieco usztywniał mu ruchy.

– Szybciej! – krzyknął Radomir do towarzyszy. – Szybciej, do cholery!

Na chwilę udało im się zwiększyć dystans dzielący ich od pościgu. Cicho stanął na skraju dachu budynku, który przylegał do traktu, spuścił linę i pomagał towarzyszom wejść po niej na górę. Już po chwili wszyscy stanęli obok elfa.

– Udało się? – zapytał Radomirowicz.

Niemowa skinął głową.

– Co się miało udać? – Kubek błysnął podejrzliwie oczami znad gęstego zarostu. Nie otrzymał jednak odpowiedzi.

– Lina, związać. – Wyszczerzył się Son Edi.

– Związać, tak, ale jeszcze nie teraz – mitygował towarzysza Radomirowicz, sięgając po worek.

Elf wskazał ręką na to, co działo się za zakrętem uliczki znajdującej się naprzeciw nich. Przez dzielnicę jakby przechodziła nawałnica: domy się rozsypywały, ludzkie postacie, niczym liście niesione wiatrem, rzucane były na wszystkie strony. Co i raz wznosił się tuman kurzu, jakby ktoś trzepał ogromny dywan, przez stulecia zbierający wszelkie brudy Czarnego Warsu.

– Olbrzym – krzyknął Son Edi.

Zaiste, był to olbrzym. Wysoki jak wieża strażnicza, ubrany jedynie w przepaskę biodrową, zwisającą między nogami niby sztandar pana zamku, ze zwałami mięśni otaczającymi jego kości niczym rusztowania. Kubek niejasno przypomniał sobie, jak poprzedniego wieczoru olbrzym wyprostował się w karczmie łamiąc belki stropowe i zrywając dach. Nie wiedzieć czemu wówczas, po wypiciu kilku szklanek spirytusu, strażnikom wydawało się to bardzo zabawne

Arkady, zorganizowany świat przestępczy Czarnego Warsu, których domem i podstawowym miejscem pracy była Skryta Dzielnica, próbowały dać odpór potworowi. Krasnolud widział wilcze doły, stanowiące zapewne odsłonięte tunele, których pełno było w okolicy, a które olbrzym z łatwością omijał, dając zaledwie trochę większy krok. Niektórzy z obrońców próbowali używać kusz, jednak wielkolud wyrywał je z ich rąk, a w skrajnych przypadkach wraz z rękami, co bardzo szybko zmusiło ich do porzucenia broni i chaotycznego odwrotu. Arkady były w rozsypce, a berserker właśnie wyszedł na niewielki ryneczek, będąc na prostej drodze do opuszczenia okolicy i skierowania się do Dzielnicy Handlowej. Cały Czarny Wars już wkrótce miał stanąć otworem przed tą niszczycielską siłą, naprzeciw niej byli już tylko wojowniczy mnisi, którzy krzycząc i uderzając mieczami o puklerze dobiegali właśnie do budynku, na dachu którego schronił się pazur Wilka.

– A gdzie jest Radomir? – Zaczął rozglądać się Kubek.

Mnisi ujrzawszy olbrzyma u końca uliczki, zastanowili się głęboko nad sensem dalszego pościgu. Oczy potwora błyszczały szałem, w jednej ręce ściskał kawałek wymurowanego z głazów komina, drugą swobodnie wymachiwał niszcząc znajdujące się w pobliżu liche zabudowania. Choć kapłanów Iskry było wielu i zapewne mieliby przewagę w walce, nikt nie chciał pierwszy znaleźć się w zasięgu niszczycielskiej, sękatej dłoni, a już tym bardziej trzymanego niczym pałka komina. Milcząco i jednogłośnie podjęli decyzję o odwrocie, powoli wycofując się w kierunku Dzielnicy Handlowej. Nagle jednak z ich skupiska wyskoczył szczupły i łysy jak kolano mnich. Ruszył śmiało do przodu i krzyknął pełnym głosem:

– Na potwora! Za Iskrę!

Tego wezwania duchowni nie mogli zignorować, poczuli płomień odwagi zesłany przez swojego boga. Poruszeni świętym wezwaniem i odwagą towarzysza, bezpardonowo zaatakowali olbrzyma. Zakotłowało się, z ulicy podniósł się kurz, zasłaniając na moment scenę walki. Słychać było jedynie posapywanie i prychanie, wydawane zapewne przez olbrzyma, oraz wojownicze okrzyki, przeplatane żałosnymi jękami, to mnisi walczyli i umierali z zawołaniem Iskry na ustach.

Tymczasem na dachu Cicho podał linę Radomirowi, który wspiął się z powrotem do towarzyszy. Dowódca stanął obok elfa i odrzucił w ciemną uliczkę szary, mnisi habit oraz brązowy worek.

– Mówiłem, że mam plan.

– Nie, nie mówiłeś – zauważył cierpko Kubek.

– Nie? – zdziwił się Radomir – No cóż, jednak miałem.

 

***

 

Strażnicy obserwowali z dachu starcie olbrzyma z mnichami. Walka trwała już dobre piętnaście minut, pył w uliczce opadł i wyglądało na to, że potwór w końcu zaczął tracić siły.

– Męczy się – zauważył krasnolud.

– Najwyższa pora – stwierdził Radomir. 

Son Edi burknął tylko pod nosem. Cicho natomiast spoglądał na drugi koniec miasta, na którym wyrastały jak grzyby po deszczu kolorowe namioty cyrkowców.

Słońce straciło już swoją poranną, czerwoną barwę i świeciło teraz pełnym blaskiem. Krasnolud pomyślał o tym, co zrobi komendant, jeżeli olbrzym nie pojawi się w twierdzy na czas.

– Nareszcie poszli po rozum do głowy – przerwał jego rozmyślania Radomir.

Krasnolud skupił się ponownie na potyczce. Na dole mnisi atakowali nogi olbrzyma z kilku stron naraz, chcąc go przewrócić. Ten strzepywał muskularne ciała odziane w habity, niczym zwykły człowiek natrętne mrówki.

– Atakowanie nóg jest najważniejsze i od tego powinni zacząć, ale nie powinni nacierać w ten sposób – krytykował Radomirowicz. – Trzeba uderzać, zadawać ciosy, a nie ciągnąć i siłować się. Inaczej są bez szans.

Walczący niestety nie wzięli sobie do serca tych porad, nadal napierali na olbrzyma, przeciwstawiając swoją siłę, jego sile, swój upór jego uporowi. Wynik tego starcia mógł być tylko jeden.

– Zaraz ich wszystkich wytłucze – stwierdził Radomir. – Zastępca, do mnie.

Krasnolud nie od razu zrozumiał, że to o nim mowa. W końcu jednak przypomniał sobie, że również jemu komendant powierzył w karczmie nową funkcję. Podszedł i chwilę szeptał na boku z Radomirem. Po chwili dowódca zarządził:

– Schodzimy na dół.

Zeskoczyli i czekali na rozkazy, wszyscy oprócz Kubka, który oddalił się, żeby pozbierać puklerze po nieprzytomnych i nieżywych mnichach, których bezwładne ciała spoczywały pod odległym budynkiem.

– Kubek będzie taranem, a my mamy za zadanie doprowadzić go pod bramę wroga – Radomir spojrzał po podwładnych, Cicho skinął tylko głową, ale Son Edi miał głębokiego marsa na czole. – Pod bramę, czyli pod olbrzyma. – Mars zniknął, czarnoskóry wojownik, skinął również głową. – Odwracamy uwagę olbrzyma, atakujemy jego nogi, olbrzym traci równowagę, poimy go eliksirem, po czym pada bez życia na bruk. Czy może być coś prostszego?

Nikt nie odpowiedział.

– Olbrzym miękki fiutek? – zapytał Son Edi nieśmiało.

Radomir poczerwieniał:

– Nie wymądrzaj się, tylko zbieraj pancerze po mnichach, bo za chwilę ruszamy. Ty również – dodał do uśmiechającego się pod nosem Cicho.

Pozbieranie żelastwa nie zajęło im więcej niż kilkanaście sekund. Wrócił też Kubek z puklerzami, które założył na swoje, wielkie jak bochny chleba, dłonie. Edi i Cicho, dodatkowe puklerze przywiązali liną do ciała krasnoluda, żeby jeszcze wzmocnić swój taran.

– Ruszamy – rozkazał Radomirowicz.

Lekkim truchtem wybiegli z bocznej uliczki, do której zeskoczyli wcześniej z dachu budynku. Zobaczyli niedobitki mnichów, które słaniając się uciekały w stronę Dzielnicy Handlowej. Manewr, który wykonaliby dużo wcześniej, gdyby nie oszustwo Radomira. Olbrzym, wyraźnie osłabiony, nawet ich nie gonił, szedł noga za nogą, w stronę najbliższego budynku.

Na znak Radomira, Cicho i Sona Edi chwycili krasnoluda, który położył się jak długi, z dłońmi obłożonymi mnisimi puklerzami wyciągniętymi przed siebie. Dowódca skoczył przed olbrzyma, machając szaleńczo szczupłymi rękoma, w próbie odwrócenia uwagi potwora od szarżujących towarzyszy. Potwór zatrzymał się i skierował wzrok na łysego strażnika a atakujący uderzyli opancerzonym Kubkiem wprost w piszczel berserkera. Ten zachwiał się niczym skrzydło bramy po ciosie tarana. Strażnicy zrobili nawrót i ponownie uderzyli w to samo miejsce. Olbrzym spojrzał na nich z grymasem złości i nieznośnego bólu. Ale i niewątpliwej inteligencji.

– Ups – powiedział sam do siebie Radomir.

Komin trzymany przez olbrzyma wylądował tuż przed Cicho i Son Edim, którzy uderzyli w niego swoim krasnoludzkim taranem. Ich formacja oblężnicza rozpadła się podobnie jak postawiona przed nimi przeszkoda. Gruz ze zniszczonego komina poszybował na wszystkie strony zmiatając z ziemi resztki drewnianych budynków, które zachowały się jeszcze po poprzednim ataku. Strażnicy padli na bruk oszołomieni a olbrzym zmierzał prosto na nich wyciągając wielgachne dłonie.

“To koniec” – pomyślał Radomir, powoli wycofując się z pola walki. Son Edi jednak wstał i, widząc co się szykuje, złapał leżącego bez ruchu Kubka za nogę. Podniósł krasnoluda i zaczął wywijać jego opancerzonym ciałem nad głową niczym pałką, uważnie obserwując olbrzyma. Zaskoczony nagłym ruchem potwór zmienił taktykę, próbował teraz rozdeptać atakujących, wielkimi jak łódki przemytników stopami. Son Edi usunął się przed kończyną olbrzyma cały czas wymachując towarzyszem nad głową. Druga próba rozdeptania niemal się powiodła, mimo niezwykłej siły Son Edi był coraz bardziej wyczerpany.

– Z Kubka go, z Kubka! – krzyczał Radomir, który po taktycznym odwrocie, jak na prawdziwego dowódcę przystało, zarządzał bitwą ze wzniesienia: w tym wypadku sterty wyrwanego przez olbrzyma ulicznego bruku.

Potwór po raz kolejny zaatakował mocarną nogą, Son Edi tym razem był jeszcze bliżej otrzymania ciosu, tak, że poczuł ruch powietrza, który nastąpił po ataku. Olbrzym chybił o włos, a czarnoskóry strażnik natychmiast doskoczył do jego nogi i z całej siły uderzył opancerzonym ciałem krasnoluda w piszczel potwora. Wielkolud zawył i opadł na jedno kolano.

– Szybko, dawajcie ten eliksir – krzyknął Radomir.

Cicho otrzepał pył z koszuli i wyciągnął zza pasa butelkę z magicznym płynem. Rzucił ją dowódcy, który niczym królewska kawaleria szarżował już ze swojego wzgórza wprost na olbrzyma. Na szyjce flaszki zatrzepotała zapisana od góry do dołu kartka.

– A to co? – Radomir przystanął na moment tuż przed pyskiem potwora. – "Przed użyciem eliksiru, przeczytaj pergamin, gdyż każdy eliksir…" – zaczął czytać lecz po chwili przerwał. – Co to ja głupi jestem, żebym eliksiru nie umiał wlać olbrzymowi do mordy? – szepnął do siebie, kręcą łysą głową z niesmakiem. 

Wyrwał korek razem z kartką i przytknął butelkę do ust olbrzyma, który właśnie miał wydać mrożący krew w żyłach okrzyk. Wszyscy wstrzymali oddech i czekali co się stanie, nie przejmując się chwilowo Kubkiem, który leżał nieprzytomny obok klęczącego potwora. Oddech wielkoluda jakby się uspokoił, ogromne cielsko z głuchym łomotem przewróciło się na bok. Jeszcze tylko rozległ się donośny trzask i huk, jakby przez Czarny Wars przetoczyła się burza z piorunami, materiał opaski biodrowej olbrzyma lekko się uniósł, a strażnicy poczuli niebotyczny smród. Zasnął.

– Silne – Son Edi, zasłaniając nos dłonią podniósł z bruku karteczkę, uprzednio przyczepioną do eliksiru, i z marsem na czole spojrzał na zapisaną informację.

– Gdyby ci mnisi walczyli tak, jak mieszają mikstury. – Radomir westchnął przeciągle i otarł pot zebrany na czole. – Podnieście Kubka, chłopcy. – Przypomniał sobie o krasnoludzie.

Silne ręce ułożyły nieprzytomnego towarzysza tuż obok olbrzyma. Kubek ciężko dyszał, głośniej nawet niż sam olbrzym.

– Chyba mam złamane żebra – jęknął krasnolud. – Ale na wszystkich bogów, powiedzcie mi lepiej, co to za smród?

– To słodki zapach zwycięstwa – odpowiedział mu Radomir.

Dowódca spojrzał w niebo, próbując ustalić godzinę.

– Trzeba będzie skombinować jakiś wóz dla niego – rzekł odwracając się do towarzyszy.

– Mówi, że dać radę iść – odpowiedział Son Edi, który właśnie dźwigał z ziemi Kubka.

– Na olbrzyma, idioto. Na olbrzyma… 

 

***

 

Cicho przyprowadził wóz zaprzężony w czwórkę koni, podczas gdy reszta pazura zbierała porozrzucane po pobojowisku skórzane pasy, służące mnichom do związywania habitów. Wszyscy mieli zajęcie, oprócz Kubka, który, z uwagi na nadwyrężone żebra, chwilowo był bezużyteczny.

Wkrótce okazało się, że na przyprowadzonym wozie jest ktoś jeszcze oprócz elfa.

– A niech mnie Łysa Wiedźma z Zielonki porwie, prawdziwy olbrzym tak jak opowiadałeś – rozległ się kobiecy głos.

Radomir podniósł głowę znad pobojowiska i spojrzał w stronę wozu. Obok Cicho siedziała szczupła, młoda kobieta w obcisłych spodniach i luźnym płaszczu z kapturem, obdarzona burzą czarnych włosów. Dowódca zerknął na elfa, ten wzruszył tylko ramionami.

– No co? – krzyknęła kobieta. – Mój wóz, moje konie, to i popatrzę sobie chwilę na tego cudaka, zanim go zabierzemy. Ładujcie go panowie rycerze na wóz, co prędzej, bo jeszcze się obudzi. Spieszno wam pewno do księcia, do zaszczytów i dworskich białogłów.

Skrępowali olbrzyma wiążąc ze sobą skórzane pasy mnichów, wykorzystali też linę, którą wcześniej obwiązany był Kubek. Na polu bitwy zgromadzili się już pierwsi gapie, dotąd ukryci w domach, których Cicho i Son Edi zapędzili do pomocy. Z niemałym trudem wtaszczyli ogromne cielsko na wóz i przysypali je pyłem oraz gruzami zniszczonych budynków, żeby nie wzbudzić paniki czy niezdrowego zainteresowania wśród mieszkańców Czarnego Warsu.

– A teraz do zamku, szlachetni panowie, do księcia – wydarła się kobieta i zacięła konie, ruszając w kierunku twierdzy. – Nic się nie martwcie, mężni rycerze, niedługo zobaczycie się ze swoimi wybrankami.

Ruszyła a pazur Wilka biegł tuż za nią, swobodnie nadążając za powoli toczącym się, obciążonym wozem. Wyglądali niemal zwyczajnie, ot pododdział straży ochraniający przemieszczający się przez miasto, wyładowany towarem wóz. Tylko Kubek, psuł nieco ten obraz, łapiąc się co chwila za bok i krzywiąc niemiłosiernie,

– Cicho, skąd ty ją wytrzasnąłeś? – odezwał się do elfa Radomir. – I co jej za bzdur naopowiadałeś? Jesteś przecież niemową, jak mogłeś jej tak nakłamać?

Elf ponownie wzruszył ramionami. Spod koszuli wyciągnął cyrkowy plakat, który pokazał dowódcy. Biegnący tuż za nimi Kubek pomyślał, że Cicho nieźle to wykombinował. Do przewidzenia było, że cyrk ma duży wóz, którym przewozi swoje sprzęty i rekwizyty. Na ostatnie dwa pytania elf jednak nie umiał, czy może raczej nie chciał odpowiedzieć.

Przemieszczali się sprawnie przez miasto, tak że wkrótce dotarli do Wierzbowej Alei, która prowadziła wprost do twierdzy. Radomir zerkający coraz częściej w niebo, miał jednak złe przeczucia: pora śniadania zdawała się dawno minąć. 

Straże przy bramie bez problemu wpuściły ich na wewnętrzny dziedziniec, na którym czekał już Maksymilian Bul.

– Książę właśnie wstał i dopytuje o zakładnika, dawajcie go tu, dawajcie. Żywo!

Komendant sam rzucił się na wóz i zaczął rozsupływać sznury krępujące olbrzyma.

– Wody dajcie i jego odświętne ubranie, ruchy, ruchy, bo wychłostać każę – zwrócił się do chłopców stajennych i sług, którzy wybiegli na dziedziniec. – A wy… – Bul odwrócił się do Radomira i jego towarzyszy – wy zniszczyliście pół miasta, a drugie pół żąda waszych głów za tę burdę w Świątyni Iskry. O rozwalonej karczmie nie wspomnę. I o tej masie zabitych i rannych… Fanatyków i złodziei po prawdzie, ale zabitych. – Bul spojrzał w niebo i zaczął niuchać w powietrzu. – Jeżeli jakaś zaraza się trafi, jeżeli jakaś morowa choroba od tych zwłok, zawiśniecie na blankach twierdzy głową w dół, obiecuję to wam. – Przeniósł wzrok z powrotem na członków pazura Wilka. – O moich zszarganych nerwach nie będę nawet mówił. Zaraz was wszystkich zapędzę do grzebania zwłok, do odbudowy wszystkiego, co zostało zniszczone. Ale teraz, wynoście mi się z oczu. Idźcie precz!

– Mamy zaległy żołd do pobrania – wycofując się przypomniał Radomir.

– Won! – Bul aż opluł sobie brodę i sięgnął do lewego boku, zapominając, że z okazji wspólnego śniadania z księciem, zostawił szablę w prywatnej komnacie.

Towarzysze skwapliwie się oddalili, zabierając ze sobą piękną właścicielkę wozu, odprowadzani przekleństwami komendanta. Udali się do wspólnej izby, gdzie czarnowłosą w zawiłości historii z olbrzymem wtajemniczał Kubek, podczas gdy reszta pododdziału zmywała z siebie trudy walk i zmieniała ubrania. Krasnolud musiał prostować różne nieścisłości i przekłamania, których kobieta dowiedziała się, w bliżej nieokreślony sposób od Cicho. Son Edi uśmiechał się przez chwilę patrząc na wysiłki krasnoluda, po czym zdjął z siebie tunikę i poszedł napuścić wody do drewnianej balii. Z odłożonego przez niego ubrania, na stół wypadła zapisana niewielka kartka.

– "Nasenn elix" – przeczytał Kubek nagłówek. – Radomir, pozwól tutaj.

– O co chodzi? – na wpół nagi dowódca stanął nad krasnoludem.

– Na tej karteczce jest skład eliksiru i uwagi do stosowania – powiedział krasnolud – "Pięćset procent alkoholu. Ostrzeżenie: nie podawać olbrzymom pod żadną postacią".

– Pięćset procent? – sceptycznie podszedł do informacji Radomir – Daj spokój, coś im się chyba poprzestawiało w tych durnych, mnisich łbach.

– Może tak, może tak – szeptał do siebie Kubek. – To ja odprowadzę panią, do jej cyrkowej gromady – rzucił w kierunku dowódcy.

– Idź, tylko nie zapomnij potem napisać dla mnie raportu.

Krasnolud wskazał kobiecie drzwi i ruszył z nią w kierunku wyjścia z twierdzy. Szli szybko, pomimo grymasu bólu na zarośniętej twarzy strażnika.

– Czy może w waszej trupie nie znalazłoby się miejsce dla krasnoluda? – zagadnął nieśmiało. – Mam pomysł na całkiem ciekawe widowisko, nazwałem je roboczo “pałko-taran”.

 

***

 

Książę właśnie śniadał wraz z komendantem w zamkowej sali biesiadnej o wysoko sklepionym suficie. Władca był łaskaw przed chwilą się obudzić, jego nieuczesane włosy sterczały na wszystkie strony. Na jedwabną koszulę narzucił wełniany koc, dla ochrony przed porannym zimnem, choć słońce już stało wysoko i mocno przygrzewało. Szlachetny władca prowadził uprzejmą rozmowę z komendantem, przerywaną kęsami spożywanej strawy.

– Widziałem tego olbrzyma, widziałem. Śpi jak dziecko, rzeczywiście. Ale ty wiesz, Maksiu, że ja nie dlatego przyjechałem.

Komendant omal nie udławił się kawałkiem pszennego pieczywa, nie wiadomo, czy słysząc o powodzie wizyty księcia czy raczej z powodu tak oryginalnego zdrobnienia swojego imienia. Popił winem.

– Oczywiście mój panie, oczywiście.

– Moi szpiedzy donieśli mi, co się działo dziś w nocy i nad ranem.

– Mój książę, oczywiście wszystko jestem w stanie wyjaśnić.

Książę podniósł władczo dłoń.

– Spokojnie, Maksiu. Mój ojciec zwracał mi już od dawna uwagę na problemy Czarnego Warsu. – Młody władca przełknął kawałek dziczyzny, a następnie wstał od stołu i zaczął przechadzać się po sali. – Król mówił, że ktoś musi wziąć za mordę to miasto. Choćby ten cały kult Iskry, mnichów-żołnierzy, handlujących potężnymi eliksirami. Jest to siła, zdolna do dezorganizacji życia nie tylko miasta, ale i całego państwa. Siła łącząca magię alchemii ze zbrojnym ramieniem. Podobno sprzedają te eliksiry komu popadnie i to setki, a nawet tysiące butelek. Na to nie możemy pozwolić, nie możemy się godzić, żeby w naszym księstwie rozwijały się takie ruchy. No i jeszcze te Arkady na dokładkę. Toż to organizacja już jawnie przestępcza, szydząca z praw Zjednoczonego Królestwa i karmiąca się naszą bezsiłą w obliczu skrytobójczej przemocy. Skryta Dzielnica, czy nie tak się nazywa to w gównie utytłane miejsce, w którym przebywają?

– Tak sądzę, panie – przytaknął nieco zbity z tropu Maksymilian.

– No właśnie – kontynuował książę, który ponownie zasiadł do stołu. – Siedzą tam, kryją się pod ziemią i myślą, że są nietykalni. Ale nie. Dziś pokazałeś im, kto tu rządzi. Nie wiem, jak zdołałeś wykorzystać olbrzyma w swoim planie, przyznać jednak trzeba jedno, podziałało. I jeszcze napuściłeś na nich tych mnichów z kultu Iskry, naprawdę genialne. Dwie pieczenie przy jednym ogniu.

Komendant nie tłumaczył księciu, że to właśnie olbrzym wytłukł najpierw jednych a potem drugich. Bul siedział w osłupieniu nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy.

– Ale nie o tym chciałem porozmawiać, nie o tym – kontynuował władca. – Chciałem ci zdradzić cel mojej wizyty, prawdziwy cel, którym jest mianowanie nowego Namiestnika miasta Czarny Wars. Po tym co widziałem, po tym co usłyszałem od szpiegów, nie mam żadnych wątpliwości, że nikt nadaje się lepiej na to stanowisko niż ty, drogi Maksiu. Moi słudzy właśnie niosą tutaj purpurowy płaszcz i niewielki diadem dla ciebie, a tymczasem… – książę wstał i gestem nakazał Maksymilianowi zrobić to samo. Komendant Wilka klęknął na jedno kolano, władca sięgnął po spoczywający za krzesłem miecz i dotknął samym jego koniuszkiem prawego ramienia Bula. Komendantowi błysnęła na chwilę jedwabna pidżama władcy. – Powstań, władco Czarnego Warsu.

Świeżo mianowany namiestnik wstał i trwał w bezruchu z zamkniętymi oczami i rozkoszował się chwilą. Słyszał przez moment jakiś hałas i krzyki na korytarzach twierdzy, jednak nie zwracał na to uwagi. To był jego dzień. Kiedy drzwi do sali jadalnej trzasnęły, nie otwierając oczu wyobrażał sobie sługi spieszące z diademem i czerwonym płaszczem. Ten diadem, już za chwilę spocznie na jego skroniach, jako znak władzy.

Więc jednak na dobre wyszło, więc wszystko się poukładało. Gówno obróciło się w złoto, noc w dzień. Ciąg niefortunnych z pozoru zdarzeń, rozwalenie karczmy, zniszczenie kilku dzielnic, śmierć paru mieszkańców Czarnego Warsu, ostatecznie wszystko to przyczyniło się do obecnej chwały. Dziś Czarny Wars, a jutro kto wie, może księstwo?

– Mości komendancie – powiedział książę, ale jakoś tak dziwnie, nie było w tych słowach obietnicy władzy. – Komendancie! – krzyknął cienko władca.

Bul otworzył oczy i ujrzał olbrzyma, o czerwonych ślepiach, w których szalał berserkerowy szał. Na jego oczach potwór zaczął rosnąć, sięgając sklepienia biesiadnej sali, by już po chwili przebić się przez kamienny sufit. Jednym ruchem ręki potwór zniszczył resztki sklepienia a następnie nachylił się nad stołem. Wyciągał właśnie łapę po księcia, gotów zmiażdżyć go w morderczym uścisku.

– Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee! – zawył rozdzierająco niedoszły namiestnik Czarnego Warsu.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie łatwo się czyta i akcja idzie do przodu, wciągając czytelnika. Chociaż fabuła co do ogólnej koncepcji się spina, to niestety, według mnie, mankamentem jest mała wiarygodność niektórych scen (wyliczyłem je poniżej). Gdyby potraktwać opisy akcji z przymrużeniem oka (jako filmowo-komiksowo-kreskówkowe), to w porządku, ale osobiście wolałbym bardziej realistyczny scenariusz.

Fajny zwrot akcji z eliksirem i z planami księcia. Na plus też zapisałbym plastyczną konstrukcję postaci, swobodnie prowadzone dialogi, dawkę humoru i interacje między bohaterami.

 

Krasnolud wstał z połamanego stołu i zaczął, spośród desek i pyłu, odgrzebywać swoich pięciu towarzyszy. Większość z nich była już przytomna: wysoki i łysy Radomir Radomirowicz, elf niemowa Cicho, czarnoskóry Son Edi. Tylko bliźniacy Edward i Ryszard Łamacze, wciąż spali przytuleni do siebie pod drewnianą ścianą, w której widniała dziura wielkości głowy dorosłego mężczyzny.

Dobre zróżnicowanie postaci.

 

a Son Edi dzierżył odpryśnięty kawałek belki stropowej grubości jego ciemnego uda.

Musiał mieć nieproporcjonalnie wielką łapę. Nie potrafiłbym chyba złapać belki grubości mojego uda. Chyba, że trzymał ją w dwóch dłoniach. Ale to kłóci się z późnijeszym opisem, kiedy atakował mnicha w pokoju z eliksirami:

Son Edi chwycił duchownego za ramię po czym drewnianą lagą, uderzył go prosto między oczy pozbawiając przytomności.

 

Radomirowicz kopnął w stół, którego blat uderzył w pierś mnicha i przycisnął go do ściany

Nie widzę tego. Jeżeli kopnąłby bardzo mocno w ciężki stół, to stół by może lekko zadrżał, a jego by zabolała stopa. Chyba, że był to bardzo lekki stolik. Ale wtedy by nie przycisnął mnicha do ściany. Chodziło może o to, że pchnął stół nogą? To bardziej prawdopodobne.

 

Kubek momentalnie skoczył do drzwi i je zatrzasnął, podpierając dębowym stołkiem, Radomirowicz kopnął w stół, którego blat uderzył w pierś mnicha i przycisnął go do ściany. Son Edi chwycił duchownego za ramię po czym drewnianą lagą, uderzył go prosto między oczy pozbawiając przytomności. W tym czasie Cicho chwycił butelkę ze wskazanej uprzednio półki, po czym wszyscy szybko opuścili pomieszczenie, zatrzaskując za sobą drzwi.

Nie mogę sobie tego wyobrazić. Ile jest drzwi w tym pomieszczeniu? Powiedzmy, że jedne, te, którymi weszli. Kubek je zatrzaskuje i podpiera stołkiem, po co? Gonili ich jacyś mnisi i oni chcieli się zabunkrować w tym pomieszczeniu? To dlaczego potem “szybko opuścili pomieszczenie”. Chyba najpierw musieli je “odryglować”?

 

Stanęli jednak zdziwieni, ponieważ w pomieszczeniu, w którym składowali posągi i inne sakralne sprzęty było pusto. Intruzi wyparowali.

– Może mięśni im nie brakuje – mruknął Kubek – ale rozumu, trochę więcej by się przydało.

Towarzysze, udający posągi bohaterów, na znak Radomira, zrzucili prześcieradła i ruszyli do natarcia.

(…)

Formacja nosiła nazwę szczęk wilka, wysunięci strażnicy, szarpali wrogów, niczym kły mięso ofiary, spychając ich do środka, gdzie ich towarzysze ciężką bronią pozbawiali ich życia, czy, w najlepszym wypadku, przytomności.

Bez uzbrojenia (tzn. z drewnianymi belkami, czy klęcznikami, ubrani w miękkie tkaniny) w czwókę zepchnęli muskularnych, uzbrojonych mnichów? I żaden z nich nie został nawet draśnięty? Dodatkowo, zakryci prześcieradłami zdołali skoordynować atak i zaskoczyć mnichów? Na jaki znak zrzucili prześcieradła? Okrzyk?

Przecież spod prześcieradeł nie widzieli ilu jest przeciwników i gdzie stoją. Łatwiej by im było po prostu stanąć po dwóch stronach drzwi, czy ukryć się za posągami i z zaskoczenia zaatakować, niż się tymi prześcieradłami przykrywać. Niewiarygodne jest, żeby mnisi byli tak głupi, żeby nie sprawdzić prześcieradeł.

Tego fragmentu nie kupuję. :)

 

Mnisi powoli podążali za nimi powoli, prawdopodobnie bojąc się wpaść w pułapkę, wyglądało więc na to, że droga ucieczki stała otworem

Chodzi o to, że podążali za nimi powoli, dlatego, że bali się wpaść w pułapkę? Zmieniłbym szyk wyrazów, żeby to było jaśniejsze dla czytelnika.

Droga ucieczki stała otworem tak czy inaczej, skoro mnisi biegli za nimi. Powinno być napisane: “wyglądało więc na to, że nie zdołają ich dopaść”, czy coś w tym stylu.

 

Ten strzepywał muskularne ciała odziane w habity, niczym zwykły człowiek natrętne mrówki.

Chyba aż takiej dysproporcji w wielkości miedzy nimi nie było? Może jak natrętne psy/ pieski?

 

 

Zastanawiam się, jak długo Olbrzym pozostawał w stanie “berserkera” po tym jak się odpalił. Bo wyglądało na to, że całą noc. Czy on sam do siebie nie dochodził z czasem, tzn. nie stawał się na powrót spokojny? Jak długo mu to zajmowało?

Jeżeli szalał całą noc, idąc i niszcząc budynki wokół siebie, to dlaczego miasteczko było w nocy ciche i spokojne, pozbawione ludzi (bo piszesz, że z rana zaczęli się pojawiać ludzie). Czy wiedząc o tym, że szaleje w okolicy Olbrzym nie byliby postawieni w stan alarmu?

 

Komin trzymany przez olbrzyma wylądował tuż przed Cicho i Son Edim,

Komin musiał być wykonany z jednej części skały, i to takiej, która ma w sobie otwór (takie skały naturalnie nie istnieją). Zwykle kominy buduje się z wielu kawałków połączonych zaprawą (albo cegieł, albo kawałków kamienia).

 

Gruz ze zniszczonego komina poszybował na wszystkie strony zmiatając z ziemi resztki drewnianych budynków

Tego nie potrafię sobie wyobrazić. Gruz z rozbitego komina uderza w budynki i je zmiata? Chyba nie ta skala uderzenia. Jeżeli zmiotłaby budynki, to z drużyny nic by nie pozostało.

Kubkiem, który leżał na nieprzytomny obok klęczącego potwora

 

A co gdyby Radomir wyjaśnił mnichom sytuację z olbrzymem i po prostu poprosił o eliksir? Albo go kupił (przecież mnisi sprzedawali swoje eliksiry). Czy drużyna nie wiedziała, że mnisi sprzedają eliksiry? Woleli podjąć ryzyko walki i śmierci?

 

Na polu bitwy zgromadzili się już pierwsi gapie, których Cicho i Son Edi zapędzili do pomocy. Z niemałym trudem wtaszczyli ogromne cielsko na wóz i przysypali je pyłem oraz gruzami zniszczonych budynków, żeby nie wzbudzić paniki czy niezdrowego zainteresowania wśród mieszkańców Czarnego Warsu.

Gapie dopiero teraz się zorientowali że coś się dzieje? Po tym jak olbrzym rozwalił pół wioski i po trwające około godziny walce? Może lepiej by było napisać, że teraz odważyli się podejść bliżej, a wcześniej albo uciekli, albo się pochowali?

Panika to już chyba była, a teraz, jak potwór leżał poskromiony, to panika powinna się zamieniać w ulgę i, rzeczywiście, zainteresowanie potworem.

Skoro zaprosiłeś do marudzenia, to w poniższym miś wolałby ale zamiast i

Był krasnoludem i ledwo się mieścił na półmetrowym kawałku blatu roztrzaskanego stołu.

 

zaszeleściły jedwabne ubrania → czy jedwab szeleści? Może któraś z pań się wypowie.

 

Nosił kaftan z utwardzanej skóry(+,) a przy jego boku widniała, wykrzywiona na wschodnią modłę, szabla.

Działań chochlika znajdziesz więcej.

To nie miał być koniec komentarza, ale misię kliknęło GOTOWE (widocznie tak chciała siła wyższa). 

Momentami mało prawdopodobne, co wykazał poprzednik, ale to fantastyka. Misiowi nie przeszkadzało.

Podczas edytowania komentarza nie ma łatwego dostępu do tekstu, więc miś zakończy edytowanie misiowym: Zabawne i uznanym:

Fajne :) (na lic. Anet) 

KronosieKoalo, dziękuję bardzo za komentarze, odniosę się pewnie wieczorkiem :)

Che mi sento di morir

Wiele zabawnych momentów, odpowiednio dozowany naturalizm i opis miasta mi się spodobały, postacie mają swój wyraźny charakter, ale też są niebanalne.

 

Scena walki wydaje mi się nieco problematyczna, nie w sensie że jest zła, ale logicznie nieco się rozjeżdża. Szczególnie ci mnisi jak na genialnych alchemików jacyś pierdołowaci.

 

Jeszcze moją uwagę zwrócił fragment, gdzie bohater szepcze biegnąc, jeśli dobrze zrozumiałem.

 

Radomirowicz uśmiechnął się tylko tajemniczo, pochylił w kierunku biegnącego obok niego Cicho i zaczął mu coś szeptać do ucha. Po chwili elf przyspieszył i, niezauważony przez mnichów, odłączył się od grupy, znikając w jednej z bocznych uliczek.

Istotnie, klerycy mieli zwyczaj chować tabliczki czekolady między podręcznikami. Nazywali je teologią Menier.

A, duch klatki schodowej do mnie przemówił. Mam jeszcze jedną drobną i fakultatywną uwagę, w dwóch miejscach pojawia się spirytus.

 

No więc smęt pseudohistoryka-mitomana, o ile wiem, mocny alkohol wypiera piwo lub jakieś popłuczyny winne, miodowe wśród mas społecznych jakoś w późnym średniowieczu, albo nawet na przełomie średniowiecza i renesansu (mogę sprawdzić, widziałem tę informację w moim ukochanym cyklu “Życie codzienne w kraju X w wieku Y”, ale muszę poszperać, pewnie ktoś powie dokładniej i szybciej). W Polsce np. nie spodziewałbym się wódki przed XVI wiekiem, w Niemczech może już tak, ale też pytanie, na ile była powszechna. Tj. samo występowanie to jedno, ale też pytanie, co by faktycznie pito w taniej karczmie. Ofkoz to fantastyka, więc tak tylko sobie.

 

Sam spirytus chyba raczej nie był pijany w karczmach, wytwarzano go raczej na potrzeby perfum, medycyny, itp. Proces był dość skomplikowany jak na owe czasy. Ale mogę się mylić.

 

Plus po kilku szklankach spirytusu to może być trudno się śmiać :) Chyba, że na spółę pili, ale to i tak końska ilość.

 

Nie wiedzieć czemu wówczas, po wypiciu kilku szklanek spirytusu, strażnikom wydawało się to bardzo zabawne

Istotnie, klerycy mieli zwyczaj chować tabliczki czekolady między podręcznikami. Nazywali je teologią Menier.

Ooo, wreszcie to opublikowałeś. Przeczytam w ciągu kilku dni, bo jestem ciekaw, co się zmieniło i co z tego wyszło.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Sympatyczny tekst. Wprawdzie nic tu się nie trzyma kupy ani logiki (olbrzym wymachuje kominem, ale można go zmieścić na wozie (chociaż w realu pewnie trudno byłoby znaleźć wóz już do przewiezienia komina), konie to uciągnęły), ale chyba w humorystycznym opowiadaniu na to nie stawiałeś.

Naciągane zbiegi okoliczności…No, w kategoriach humory to chyba byłby Benny Hill. Ale lubię dowcipy, więc nie będę dłużej marudzić.

Babska logika rządzi!

Ostatnio jakoś ciężko o niezobowiązujący humor, no bo… Takie czasy. Tym bardziej doceniam ten tekst. Jest klasyczne fantasy, które lubię, wyraziści bohaterowie, akcja, która leci do przodu i się nie zatrzymuje. I może tu i ówdzie można by czegoś ująć lub dodać, żeby było logiczniej czy dosadniej… Ale ja tam się przy tym tekście dobrze bawię. A taki był chyba cel.

Pozdro, pozdro.

 

Jestem i witam wesołą ekipę komentujących :)

 

Kronosie Max,

 

Gdyby potraktwać opisy akcji z przymrużeniem oka (jako filmowo-komiksowo-kreskówkowe), to w porządku, ale osobiście wolałbym bardziej realistyczny scenariusz.

Tak potraktujmy ;) Takie trochę kino azjatyckie, filmy karate klasy “c”.

 

Musiał mieć nieproporcjonalnie wielką łapę. Nie potrafiłbym chyba złapać belki grubości mojego uda. Chyba, że trzymał ją w dwóch dłoniach.

W jednej, taaaaaką miał łapę :) Jak bochen razowca :D

 

Nie widzę tego. Jeżeli kopnąłby bardzo mocno w ciężki stół, to stół by może lekko zadrżał, a jego by zabolała stopa. Chyba, że był to bardzo lekki stolik. Ale wtedy by nie przycisnął mnicha do ściany. Chodziło może o to, że pchnął stół nogą? To bardziej prawdopodobne.

Stolik zerwał się jak opętany i rzucił na mnicha. Troszkę śmieszkuję, ale taki właśnie jest zamysł na te opisy (nieco nielogiczne, wiem).

 

Nie mogę sobie tego wyobrazić. Ile jest drzwi w tym pomieszczeniu? Powiedzmy, że jedne, te, którymi weszli. Kubek je zatrzaskuje i podpiera stołkiem, po co? Gonili ich jacyś mnisi i oni chcieli się zabunkrować w tym pomieszczeniu? To dlaczego potem “szybko opuścili pomieszczenie”. Chyba najpierw musieli je “odryglować”?

Racja, zmieniłem, żeby było jaśniej. Dzięki!

 

Bez uzbrojenia (tzn. z drewnianymi belkami, czy klęcznikami, ubrani w miękkie tkaniny) w czwókę zepchnęli muskularnych, uzbrojonych mnichów? I żaden z nich nie został nawet draśnięty? Dodatkowo, zakryci prześcieradłami zdołali skoordynować atak i zaskoczyć mnichów? Na jaki znak zrzucili prześcieradła? Okrzyk?

Przecież spod prześcieradeł nie widzieli ilu jest przeciwników i gdzie stoją. Łatwiej by im było po prostu stanąć po dwóch stronach drzwi, czy ukryć się za posągami i z zaskoczenia zaatakować, niż się tymi prześcieradłami przykrywać. Niewiarygodne jest, żeby mnisi byli tak głupi, żeby nie sprawdzić prześcieradeł.

Tego fragmentu nie kupuję. :)

Bo to były tanie, prześwitujące prześcieradła :)

 

Chodzi o to, że podążali za nimi powoli, dlatego, że bali się wpaść w pułapkę? Zmieniłbym szyk wyrazów, żeby to było jaśniejsze dla czytelnika.

Droga ucieczki stała otworem tak czy inaczej, skoro mnisi biegli za nimi. Powinno być napisane: “wyglądało więc na to, że nie zdołają ich dopaść”, czy coś w tym stylu.

Okej, zmieniłem. Bardzo chciałem użyć wyrażenia “stała otworem”, ale pogodzę się już z jego usunięciem :(

 

Chyba aż takiej dysproporcji w wielkości miedzy nimi nie było? Może jak natrętne psy/ pieski?

A gdzie tam, właśnie, że jak mrówki. Pieski są super, a mrówki mogą wkurzać :) No i muskularni mnisi, to musiały być mrówki.

 

Zastanawiam się, jak długo Olbrzym pozostawał w stanie “berserkera” po tym jak się odpalił. Bo wyglądało na to, że całą noc. Czy on sam do siebie nie dochodził z czasem, tzn. nie stawał się na powrót spokojny? Jak długo mu to zajmowało?

Jeżeli szalał całą noc, idąc i niszcząc budynki wokół siebie, to dlaczego miasteczko było w nocy ciche i spokojne, pozbawione ludzi (bo piszesz, że z rana zaczęli się pojawiać ludzie). Czy wiedząc o tym, że szaleje w okolicy Olbrzym nie byliby postawieni w stan alarmu?

Racja, zastanowię się, czy nie wpleść dodatkowej informacji o charakterze berserkeryzmu ;)

Jeżeli chodzi o miasto – duże miasto, więc jedna część nie wie o tym co się dzieje w innej. 

Logika na tym poziomie chyba nie jest niezbędna w tej historii, wydaje mi się, że może nawet powinienem jeszcze bardziej pójść w absurd.

 

Komin musiał być wykonany z jednej części skały, i to takiej, która ma w sobie otwór (takie skały naturalnie nie istnieją). Zwykle kominy buduje się z wielu kawałków połączonych zaprawą (albo cegieł, albo kawałków kamienia).

Hmmm… a skąd ten wniosek, że jest wykonany z jednej części skały?

 

Tego nie potrafię sobie wyobrazić. Gruz z rozbitego komina uderza w budynki i je zmiata? Chyba nie ta skala uderzenia. Jeżeli zmiotłaby budynki, to z drużyny nic by nie pozostało.

Mieli szczęście ;) Musiało tak być, bo inaczej faktycznie by zginęli :)

 

A co gdyby Radomir wyjaśnił mnichom sytuację z olbrzymem i po prostu poprosił o eliksir? Albo go kupił (przecież mnisi sprzedawali swoje eliksiry). Czy drużyna nie wiedziała, że mnisi sprzedają eliksiry? Woleli podjąć ryzyko walki i śmierci?

Nastąpiła taka komedia omyłek trochę. Pamiętaj też, że Radomir i reszta byli przedstawicielami prawa, a mnisi prowadzili nie do końca legalny handel środkami magicznymi na dużą skalę ;)

 

Gapie dopiero teraz się zorientowali że coś się dzieje? Po tym jak olbrzym rozwalił pół wioski i po trwające około godziny walce? Może lepiej by było napisać, że teraz odważyli się podejść bliżej, a wcześniej albo uciekli, albo się pochowali?

Panika to już chyba była, a teraz, jak potwór leżał poskromiony, to panika powinna się zamieniać w ulgę i, rzeczywiście, zainteresowanie potworem.

Uhm, dodałem, że wcześniej poukrywani byli :)

 

Dzięki wielkie za wizytę i ciekawe oraz pomocne komentarze!

Che mi sento di morir

Misiuuuuuu!

 

Był krasnoludem i ledwo się mieścił na półmetrowym kawałku blatu roztrzaskanego stołu.

“Ale” mi nie pasuje, bo właśnie to, że był krasnoludem sprawiało, że ledwo się mieścił na tym kawałki stołu.

 

zaszeleściły jedwabne ubrania → czy jedwab szeleści? Może któraś z pań się wypowie.

 Ano niech się wypowie, ale przecież na ortalion nie zmienię :D

 

To nie miał być koniec komentarza, ale misię kliknęło GOTOWE (widocznie tak chciała siła wyższa). 

Ano nic się nie poradzi na to :)

 

Podczas edytowania komentarza nie ma łatwego dostępu do tekstu, więc miś zakończy edytowanie misiowym: Zabawne i uznanym:

Fajne :) (na lic. Anet) 

Dzięki, świetnie, że fajne!

[Można otworzyć komentarz w nowej karcie. Sztuczka, którą ja czasem stosuję to otwieranie NF w dwóch oknach przeglądarki, te okna zmniejszam, żeby oba mieściły się na ekranie, w jendym oknie mam tekst, w drugim komentarze]

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

GS , witaj :)

 

Wiele zabawnych momentów, odpowiednio dozowany naturalizm i opis miasta mi się spodobały, postacie mają swój wyraźny charakter, ale też są niebanalne.

Dzięki, kłaniam się :)

 

Scena walki wydaje mi się nieco problematyczna, nie w sensie że jest zła, ale logicznie nieco się rozjeżdża. Szczególnie ci mnisi jak na genialnych alchemików jacyś pierdołowaci.

Ano tacy byli, cóż poradzę :)

 

Jeszcze moją uwagę zwrócił fragment, gdzie bohater szepcze biegnąc, jeśli dobrze zrozumiałem.

Zainspirowałeś mnie do małej zmiany :)

 

Masz rację z tym spirytusem, tutaj pozwoliłem sobie zaszaleć, w fantastyce spirytus występuję np. u Piekary w przygodach jego Arivalda z Wybrzeża. no i w Widźminie ofkors :)

 

Pozdrosy!

Che mi sento di morir

Krarze :)

 

Ooo, wreszcie to opublikowałeś. Przeczytam w ciągu kilku dni, bo jestem ciekaw, co się zmieniło i co z tego wyszło.

Ano wykisiło się. Ale w sumie już nawet nie pamiętam, ile zmieniłem :D

 

Finklo!

 

Sama jesteś sympatyczna i Twój komentarz, oczywiście :)

Benny Hill, zdecydowanie, uwielbiam :)

 

Odrin, moja droga!

 

Dzięki za komentarz.

Miało być żywo i śmiesznie. Tak, logika kuleje, ale trochę nie o to chodzi. Jeżeli w jakiejś tam choćby części rozbawia, to bardzo się cieszę. 

 

Pozdroski!

Che mi sento di morir

Hej BasementKey!

 

Luzik, opowiadanko samo w sobie się fajnie czyta, bohaterowie są zabawni i rasowi, jest akcja, moje czepianie się to w sumie o szczegóły.

 

Pozdrawiam!

 

IMO, jedwab może szeleścić.

Babska logika rządzi!

Kronosie

 

świetnie, wdzięczny jestem za uwagi, dobre czepiando nie jest złe :)

 

Finklo,

 

ufff :)

 

Che mi sento di morir

Typowe fantasy i to 40tys znaków. Nie powiem, miałem opory. 

Opowiadanie okazało się lekką, przyjemną i szybką lekturą, mocno nastawioną na walory rozrywkowe i humorystyczne – taki rynsztokowy (ale w pozytywnym sensie) Pratchett wyszedł. Postaci żywcem wyjęte z takich historii pijacko-awanturniczych, ale sympatyczne. Ich perypetie trochę szalone, trochę głupkowate, czyli takie, jakie narzuca konwencja. 

Zabrakło mi trochę nad tym wszystkim jakiejś myśli przewodniej, takiej Pratchettowskiej pointy, błyskotliwego komentarza do rzeczywistości nas otaczającej, by dodać właśnie to "premium" do opowiadania. 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Hej, hej

 

dzięki za komentarz. Fajnie, że lekko to wyszło i w miarę strawnie, cieszę się.

 

Faktycznie jakiejś wartości dodanej być może brakuje, jest to trochę historia dla historii, bez głebszego dna. Co z jednej strony, wg mnie nie jest aż tak bardzo złe, bo nie wszystko musi być komentarzem do rzeczywistości czy mówić o jakichś ważnych wartościach, z drugiej – brakuje tego premium czynnika. Jest to takie popowe, Czarny album Metallici, a nie Kill’em all (choć wiadomo co się lepiej sprzedaje :D)

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Oczywiście, że nie jest to złe. Po prostu odniosłem się do przemowy w kontekście tego, co mógł oznaczać ten komentarz redaktora. :) 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Był krasnoludem i ledwo się mieścił na półmetrowym kawałku blatu roztrzaskanego stołu.

Misiowi nie pasuje i, ponieważ krasnolud z natury jest krótszy od innych, więc może: …a mimo to…

Sorry za takie marudzenie, ale chciałeś, to masz. smiley  

Geki :)

Oczywiście, że nie jest to złe. Po prostu odniosłem się do przemowy w kontekście tego, co mógł oznaczać ten komentarz redaktora. :) 

Jasne, dzięki :)

 

Misiu :)

Był krasnoludem i ledwo się mieścił na półmetrowym kawałku blatu roztrzaskanego stołu.

Misiowi nie pasuje i, ponieważ krasnolud z natury jest krótszy od innych, więc może: …a mimo to…

Sorry za takie marudzenie, ale chciałeś, to masz. smiley  

Uhm, dzięki za komentarz. Zmieniłem : “Był krasnoludem więc mieścił się na półmetrowym kawałku blatu roztrzaskanego stołu.”. Tak żeby jedno bardziej jasno wynikało z drugiego.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Po chwili zaszeleściły jedwabne ubrania i oczom leżącego ukazał się wysoki blondyn o dziecięcej twarzy, ubrany w krzykliwe kolory, zgodnie z najnowszą modą Zjednoczonego Królestwa, otoczony, gęstą, niemal materialną chmurą perfum, których zapach spowodował u krasnoluda ponowną chęć opróżnienia żołądka.

A czemóż wyraz otoczony jest otoczony z obu stron przecinkami?

 

– Sześciu… Wszyscy… Znaczy się, Wilk. Reszta obecnych uciekła, gdy zobaczyli co się kroi.

– Cały Wilk nawet nie zmieściłby się w karczmie

Przez moment miałam przed oczami wilka i zastanawiałam się, czemu nie zmieściłby się w karczmie i jakim cudem mógł funkcjonować kawałek wilka, który się zmieścił ;)

 

Mam dziwne wrażenie, że olbrzym był olbrzymem tylko wówczas, gdy sobie popił i dopadał go berserker. W przeciwnym wypadku szwankuje tu logika.

Rozbawiłeś mnie tym opkiem i całą gamą bohaterów, którzy inteligencją nie grzeszą. I chyba właśnie ci bohaterowie są najmocniejszą stroną opka. Trochę idziesz w parodię epickich opowieści fantasy, a jednocześnie jest to na tyle nienachalne, że bawi. Fajny tekst :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej, Irko :)

 

Przecinki poprawione.

 

Przez moment miałam przed oczami wilka i zastanawiałam się, czemu nie zmieściłby się w karczmie i jakim cudem mógł funkcjonować kawałek wilka, który się zmieścił ;)

Użyłem tutaj kawałek mojego innego pomysłu na formację o nazwie Wilk, w której zwiadowcy byliby oczami wilka, lekka jazda pazurami, ciężka piechota uzębieniem. Takie tam dywagacje, może kiedyś uda się wrócić.

 

Cieszę się, że rozbawiłem. Logika owszem kuleje, ale nie czepiajmy się szczegółów :)

Trochę jest tam parodii, trochę uniwersalnych, fantastycznych (fantasy) nawiązań.

Mam nadzieję, że było w miarę optymistycznie.

 

Pozdrawiam ciepło!

 

 

Che mi sento di morir

Użyłem tutaj kawałek mojego innego pomysłu na formację o nazwie Wilk

Domyśliłam się ;) I to jest całkiem fajny pomysł.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Oczy leżącego otwierały się powoli, niczym ciężkie okiennice pchane zbyt wątłym ramieniem. Był krasnoludem więc mieścił się na półmetrowym kawałku blatu roztrzaskanego stołu. Karczma nazywała się "Pod wiszącym wieszczem" i jej największym atutem było umiejscowienie niemal w samym centrum Czarnego Warsu. Krasnolud mało się nie porzygał czując smród swojego kaftana: krwi, spirytusu i własnych wymiotów. Spojrzał w górę, zastanawiając się, kto tak ostentacyjnie dźga go podkutym butem prosto w żebra. Rozpoznał mężczyznę i otrzeźwiał w ułamku sekundy.

Karczma i krasnolud… wiesz, że po takim początku 90% czytelników przewróci oczami? ;)

 

skoczył do drzwi [+,]  chwytając dębowy stołek

uderzył prosto między oczy [+,] pozbawiając go przytomności

Przed imiesłowami przecinek. Bardzo często o tym zapominasz.

 

Spojrzeli po sobie i natychmiast puścili się biegiem korytarzem.

Ciekawostka dydaktyczna.

Zastosowałeś słowo “natychmiast”, by przyspieszyć akcję, ale w istocie ją spowolniłeś, bo zdanie jest zbyt złożone.

Dynamiczniej byłoby:

“Spojrzeli po sobie. Puścili się biegiem korytarzem.”

lub

“Natychmiast puścili się biegiem korytarzem.”

 

W ogóle w tej scenie niepotrzebnie wprowadzasz te rozkminy o “miękkich fiutkach” czy choćby to:

Kubek wielokrotnie później zastanawiał się, co się wtedy stało. Czy to Cicho zabierając butelkę poruszył inne flaszki, a może był to efekt trzaśnięcia drzwiami?

Hamujesz tym akcję, przerywasz. Cała ta scena w świątyni wyszłaby dużo lepiej, gdybyś po prostu relacjonował wydarzenia w czasie rzeczywistym, bez retrospekcji i rozkmin.

 

Ich bitewny zapał sięgnął apogeum, gdy wbiegli do pomieszczenia z okrzykami na ustach.

Kolejne zdanie hamujące akcje. Wszelkie “gdy”, “kiedy”, “ponieważ” i inne zaimki wprowadzające zdania podrzędne są spowalniaczami.

 

Na prawo od Radomira stał Kubek z klęcznikiem, którym zastąpił nieodżałowany dębowy stołek, a którym krasnolud wywijał młynka nad głową jakby szkolenie straży obejmowało również walkę wyposażeniem świątynnym.

Jak wyżej. Sam środek sceny walki, a Ty serwujesz nam tasiemca wielokrotnie złożonego z podwójnym “który” i do tego porównaniem. To nie miejsce i nie czas na takie popisy.

 

Formacja nosiła nazwę szczęk wilka, wysunięci strażnicy, szarpali wrogów, niczym kły mięso ofiary, spychając ich do środka, gdzie ich towarzysze ciężką bronią pozbawiali ich życia, czy, w najlepszym wypadku, przytomności. Powoli przesuwali się do drzwi, pododdział Wilka nie miał na celu wyeliminowania wszystkich mnichów, chodziło im jedynie o przebicie się do wyjścia. Walczący duchowni odsuwali się coraz bardziej na boki, próbując unikać zbrojnych szczęk. Wyjście z sali było już coraz bliżej, w końcu, gdy tylko Radomir i towarzysze do nich dotarli, złamali szyk i rzucili się biegiem korytarzem. 

A tu piękne podsumowanie wszystkich wymienionych wcześniej spowalniaczy w jednym akapicie.

 

Radomirowicz uśmiechnął się tylko tajemniczo, pochylił w kierunku biegnącego obok niego Cicho i zaczął mu coś szeptać do ucha.

Zadanie domowe. Umów się z kimś na bieganie i spróbuj to wykonać (szeptać do ucha w trakcie biegu).

 

Coraz niższe budynki, przytulone do siebie, niczym kurtyzany w chłodny wieczór zwiastowały

https://www.interpunkcja.pl/zasady-interpunkcji/przecinek-przed-niczym

(a porównanie całkiem fajne… choć kurtyzany to raczej ekskluzywne prostytutki były, więc lepiej by tu pasowały “ulicznice”)

 

Arkady, zorganizowany świat przestępczy Czarnego Warsu, których domem i podstawowym miejscem pracy była Skryta Dzielnica, próbowały dać odpór potworowi. Krasnolud widział wilcze doły, stanowiące zapewne odsłonięte tunele, których pełno było w okolicy, a które olbrzym z łatwością omijał, dając zaledwie trochę większy krok. Niektórzy z obrońców próbowali używać kusz, jednak wielkolud wyrywał je z ich rąk, a w skrajnych przypadkach wraz z rękami, co bardzo szybko zmusiło ich do porzucenia broni i chaotycznego odwrotu. Arkady były w rozsypce, a berserker właśnie wyszedł na niewielki ryneczek, będąc na prostej drodze do opuszczenia okolicy i skierowania się do Dzielnicy Handlowej. Cały Czarny Wars już wkrótce miał stanąć otworem przed tą niszczycielską siłą, naprzeciw niej byli już tylko wojowniczy mnisi, którzy krzycząc i uderzając mieczami o puklerze dobiegali właśnie do budynku, na dachu którego schronił się pazur Wilka.

Retrospekcja. Hmmm… zastanawiam się, czy jest tu potrzebna. Bo jesteśmy już z akcją daleko w przodzie, chcemy zobaczyć jak go łapią, a tymczasem dostajemy nieatrakcyjne wspominki tego co już było i wiemy jak się skończyło.

 

Choć kapłanów Iskry było wielu i zapewne mieliby przewagę w walce, nikt nie chciał pierwszy znaleźć się w zasięgu niszczycielskiej, sękatej dłoni, a już tym bardziej trzymanego niczym pałka komina.

W fantasy premium takich zdań nie znajdziesz. W ogóle, zero, null.

Ty zaś takie konstrukcje stosujesz nagminnie.

 

– Mówiłem, że mam plan

– Nie, nie mówiłeś – zauważył cierpko Kubek.

– Nie? – zdziwił się Radomir – No cóż, jednak miałem.

To wyszło dobrze. Zabawne.

 

Dobra, Basement, wystarczy tego znęcania się.

Podsumujmy.

Miałeś pomysł, stworzyłeś świat, bohaterów, akcję, humor, połączyłeś to w całość… czego zabrakło do “premium”?

– wykonanie, jak mawia Reg, pozostawia wiele do życzenia (interpunkcja, literówki, powtórzenia, powtarzające się błędy) – jak się śle tekst wysoko, to musi być dopieszczony, inaczej nie ma szans.

– dynamika scen akcji / struktura tekstu – jedno i drugie szwankuje, przykłady masz powyżej

– postaci – postawiłeś na akcję i przygodę, bohaterów zaś potraktowałeś po macoszemu. Nie przedstawiasz żadnego z nich na tyle głęboko, by czytelnik mógł się nim zżyć, by znał jego cele, potrzeby, zmartwienia. Postawiłeś wszystko na przygodę, a to za mało.

– drugie/trzecie/czwarte dno – to jest właściwie element odróżniający opowiadanie ponadprzeciętne od reszty, że za tym, co pokazujesz czytelnikowi, kryje się jeszcze coś, a czasem jeszcze coś… zbyt dużo ludzi pisze, by zwykła historia o mordobiciu wystarczyła do “wow”. Potrzeba więcej.

– pośpiech – nie dałeś tekstowi odleżeć, nie dałeś sobie czasu, by zapomnieć o nim i przeczytać świeżymi oczami… szkoda, bo z tej historii dałoby się dużo więcej wyciągnąć.

 

Mam nadzieję, że nie będziesz żywić żalu za dość krytyczny komentarz. Po prostu wiem, że stać Cię na więcej. Czas wskoczyć level wyżej, a nie powtarzać te same błędy.

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Hej, hej :)

 

Karczma i krasnolud… wiesz, że po takim początku 90% czytelników przewróci oczami? ;)

Ja piszę dla tych 10% :) Nie, no żartuję, trochę szuflada, wiem.

 

Przed imiesłowami przecinek. Bardzo często o tym zapominasz.

Poprawione.

 

Ciekawostka dydaktyczna.

Zastosowałeś słowo “natychmiast”, by przyspieszyć akcję, ale w istocie ją spowolniłeś, bo zdanie jest zbyt złożone.

Dynamiczniej byłoby:

“Spojrzeli po sobie. Puścili się biegiem korytarzem.”

lub

“Natychmiast puścili się biegiem korytarzem.”

 

Uhm, wyrzuciłem “natychmiast”: Spojrzeli po sobie i puścili sie biegiem korytarzem.

 

W ogóle w tej scenie niepotrzebnie wprowadzasz te rozkminy o “miękkich fiutkach” czy choćby to:

Kubek wielokrotnie później zastanawiał się, co się wtedy stało. Czy to Cicho zabierając butelkę poruszył inne flaszki, a może był to efekt trzaśnięcia drzwiami?

Hamujesz tym akcję, przerywasz. Cała ta scena w świątyni wyszłaby dużo lepiej, gdybyś po prostu relacjonował wydarzenia w czasie rzeczywistym, bez retrospekcji i rozkmin.

Taką przyjąłem narrację, być może powieniem pójść w drugą stronę, więcej przerywać i dodać więcej absurdu. Relacja w czasie rzeczywistym, fakt podnosi dynamizm, mi jednak zależało dodatkowo na takim mrugnięciu okiem do czytelnika, bo cała fabuła nie jest na poważnie, usuwając wtrącenia robi się bardziej serio.

 

A tu piękne podsumowanie wszystkich wymienionych wcześniej spowalniaczy w jednym akapicie.

Bardziej chciałem grać absurdem i takimi właśnie opisami niż akcją. Może to błąd, taki zamysł ;)

 

Zadanie domowe. Umów się z kimś na bieganie i spróbuj to wykonać (szeptać do ucha w trakcie biegu).

Zmieniłem na: “zaczął mu coś przekazywać stłumionym głosem przypominającym dyszenie kowalskich miechów”. Chodziło bardziej o takie dyszenie, choć samo w sobie dyszenie czy syczenie nie ma tego ładunku komunikacyjnego.

 

https://www.interpunkcja.pl/zasady-interpunkcji/przecinek-przed-niczym

(a porównanie całkiem fajne… choć kurtyzany to raczej ekskluzywne prostytutki były, więc lepiej by tu pasowały “ulicznice”)

Okej, poprawiłem.

 

Retrospekcja. Hmmm… zastanawiam się, czy jest tu potrzebna. Bo jesteśmy już z akcją daleko w przodzie, chcemy zobaczyć jak go łapią, a tymczasem dostajemy nieatrakcyjne wspominki tego co już było i wiemy jak się skończyło.

Może i nie…

 

loża

Chro­ści­sko

męż­czy­zna, 42 lata | 13.05.22, g. 19:40 | zgłoś

 

Oczy le­żą­ce­go otwie­ra­ły się po­wo­li, ni­czym cięż­kie okien­ni­ce pcha­ne zbyt wą­tłym ra­mie­niem. Był kra­sno­lu­dem więc mie­ścił się na pół­me­tro­wym ka­wał­ku blatu roz­trza­ska­ne­go stołu. Karcz­ma na­zy­wa­ła się "Pod wi­szą­cym wiesz­czem" i jej naj­więk­szym atu­tem było umiej­sco­wie­nie nie­mal w samym cen­trum Czar­ne­go Warsu. Kra­sno­lud mało się nie po­rzy­gał czu­jąc smród swo­je­go ka­fta­na: krwi, spi­ry­tu­su i wła­snych wy­mio­tów. Spoj­rzał w górę, za­sta­na­wia­jąc się, kto tak osten­ta­cyj­nie dźga go pod­ku­tym butem pro­sto w żebra. Roz­po­znał męż­czy­znę i otrzeź­wiał w ułam­ku se­kun­dy.

Karcz­ma i kra­sno­lud… wiesz, że po takim po­cząt­ku 90% czy­tel­ni­ków prze­wró­ci ocza­mi? ;)

 

sko­czył do drzwi [+,]  chwy­ta­jąc dę­bo­wy sto­łek

ude­rzył pro­sto mię­dzy oczy [+,] po­zba­wia­jąc go przy­tom­no­ści

Przed imie­sło­wa­mi prze­ci­nek. Bar­dzo czę­sto o tym za­po­mi­nasz.

 

Spoj­rze­li po sobie i na­tych­miast pu­ści­li się bie­giem ko­ry­ta­rzem.

Cie­ka­wost­ka dy­dak­tycz­na.

Za­sto­so­wa­łeś słowo “na­tych­miast”, by przy­spie­szyć akcję, ale w isto­cie ją spo­wol­ni­łeś, bo zda­nie jest zbyt zło­żo­ne.

Dy­na­micz­niej by­ło­by:

“Spoj­rze­li po sobie. Pu­ści­li się bie­giem ko­ry­ta­rzem.”

lub

“Na­tych­miast pu­ści­li się bie­giem ko­ry­ta­rzem.”

 

W ogóle w tej sce­nie nie­po­trzeb­nie wpro­wa­dzasz te roz­k­mi­ny o “mięk­kich fiut­kach” czy choć­by to:

Kubek wie­lo­krot­nie póź­niej za­sta­na­wiał się, co się wtedy stało. Czy to Cicho za­bie­ra­jąc bu­tel­kę po­ru­szył inne flasz­ki, a może był to efekt trza­śnię­cia drzwia­mi?

Ha­mu­jesz tym akcję, prze­ry­wasz. Cała ta scena w świą­ty­ni wy­szła­by dużo le­piej, gdy­byś po pro­stu re­la­cjo­no­wał wy­da­rze­nia w cza­sie rze­czy­wi­stym, bez re­tro­spek­cji i roz­k­min.

 

Ich bi­tew­ny zapał się­gnął apo­geum, gdy wbie­gli do po­miesz­cze­nia z okrzy­ka­mi na ustach.

Ko­lej­ne zda­nie ha­mu­ją­ce akcje. Wszel­kie “gdy”, “kiedy”, “po­nie­waż” i inne za­im­ki wpro­wa­dza­ją­ce zda­nia pod­rzęd­ne są spo­wal­nia­cza­mi.

 

Na prawo od Ra­do­mi­ra stał Kubek z klęcz­ni­kiem, któ­rym za­stą­pił nie­od­ża­ło­wa­ny dę­bo­wy sto­łek, a któ­rym kra­sno­lud wy­wi­jał młyn­ka nad głową jakby szko­le­nie stra­ży obej­mo­wa­ło rów­nież walkę wy­po­sa­że­niem świą­tyn­nym.

Jak wyżej. Sam śro­dek sceny walki, a Ty ser­wu­jesz nam ta­siem­ca wie­lo­krot­nie zło­żo­ne­go z po­dwój­nym “który” i do tego po­rów­na­niem. To nie miej­sce i nie czas na takie po­pi­sy.

 

For­ma­cja no­si­ła nazwę szczęk wilka, wy­su­nię­ci straż­ni­cy, szar­pa­li wro­gów, ni­czym kły mięso ofia­ry, spy­cha­jąc ich do środ­ka, gdzie ich to­wa­rzy­sze cięż­ką bro­nią po­zba­wia­li ich życia, czy, w naj­lep­szym wy­pad­ku, przy­tom­no­ści. Po­wo­li prze­su­wa­li się do drzwi, pod­od­dział Wilka nie miał na celu wy­eli­mi­no­wa­nia wszyst­kich mni­chów, cho­dzi­ło im je­dy­nie o prze­bi­cie się do wyj­ścia. Wal­czą­cy du­chow­ni od­su­wa­li się coraz bar­dziej na boki, pró­bu­jąc uni­kać zbroj­nych szczęk. Wyj­ście z sali było już coraz bli­żej, w końcu, gdy tylko Ra­do­mir i to­wa­rzy­sze do nich do­tar­li, zła­ma­li szyk i rzu­ci­li się bie­giem ko­ry­ta­rzem. 

A tu pięk­ne pod­su­mo­wa­nie wszyst­kich wy­mie­nio­nych wcze­śniej spo­wal­nia­czy w jed­nym aka­pi­cie.

 

Ra­do­mi­ro­wicz uśmiech­nął się tylko ta­jem­ni­czo, po­chy­lił w kie­run­ku bie­gną­ce­go obok niego Cicho i za­czął mu coś szep­tać do ucha.

Za­da­nie do­mo­we. Umów się z kimś na bie­ga­nie i spró­buj to wy­ko­nać (szep­tać do ucha w trak­cie biegu).

 

Coraz niż­sze bu­dyn­ki, przy­tu­lo­ne do sie­bie, ni­czym kur­ty­za­ny w chłod­ny wie­czór zwia­sto­wa­ły

https://www.interpunkcja.pl/zasady-interpunkcji/przecinek-przed-niczym

(a po­rów­na­nie cał­kiem fajne… choć kur­ty­za­ny to ra­czej eks­klu­zyw­ne pro­sty­tut­ki były, więc le­piej by tu pa­so­wa­ły “ulicz­ni­ce”)

 

Ar­ka­dy, zor­ga­ni­zo­wa­ny świat prze­stęp­czy Czar­ne­go Warsu, któ­rych domem i pod­sta­wo­wym miej­scem pracy była Skry­ta Dziel­ni­ca, pró­bo­wa­ły dać odpór po­two­ro­wi. Kra­sno­lud wi­dział wil­cze doły, sta­no­wią­ce za­pew­ne od­sło­nię­te tu­ne­le, któ­rych pełno było w oko­li­cy, a które ol­brzym z ła­two­ścią omi­jał, dając za­le­d­wie tro­chę więk­szy krok. Nie­któ­rzy z obroń­ców pró­bo­wa­li uży­wać kusz, jed­nak wiel­ko­lud wy­ry­wał je z ich rąk, a w skraj­nych przy­pad­kach wraz z rę­ka­mi, co bar­dzo szyb­ko zmu­si­ło ich do po­rzu­ce­nia broni i cha­otycz­ne­go od­wro­tu. Ar­ka­dy były w roz­syp­ce, a ber­ser­ker wła­śnie wy­szedł na nie­wiel­ki ry­ne­czek, będąc na pro­stej dro­dze do opusz­cze­nia oko­li­cy i skie­ro­wa­nia się do Dziel­ni­cy Han­dlo­wej. Cały Czar­ny Wars już wkrót­ce miał sta­nąć otwo­rem przed tą nisz­czy­ciel­ską siłą, na­prze­ciw niej byli już tylko wo­jow­ni­czy mnisi, któ­rzy krzy­cząc i ude­rza­jąc mie­cza­mi o pu­kle­rze do­bie­ga­li wła­śnie do bu­dyn­ku, na dachu któ­re­go schro­nił się pazur Wilka.

Re­tro­spek­cja. Hmmm… za­sta­na­wiam się, czy jest tu po­trzeb­na. Bo je­ste­śmy już z akcją da­le­ko w przo­dzie, chce­my zo­ba­czyć jak go łapią, a tym­cza­sem do­sta­je­my nie­atrak­cyj­ne wspo­min­ki tego co już było i wiemy jak się skoń­czy­ło.

 

Choć ka­pła­nów Iskry było wielu i za­pew­ne mie­li­by prze­wa­gę w walce, nikt nie chciał pierw­szy zna­leźć się w za­się­gu nisz­czy­ciel­skiej, sę­ka­tej dłoni, a już tym bar­dziej trzy­ma­ne­go ni­czym pałka ko­mi­na.

W fan­ta­sy pre­mium ta­kich zdań nie znaj­dziesz. W ogóle, zero, null.

Ty zaś takie kon­struk­cje sto­su­jesz na­gmin­nie.

Bo ja jestem ogry… origa… no ja niszowy jestem :)

Śmieszkuję troszkę, ale prawda jest taka, że chcę budować inaczej akcję i fabułę. Albo inaczej – nawet jak chcę budować normalną akcję, to moja uwaga błądzi pomiędzy innymi motywami, albo niepotrzebnymi szczegółami. I teraz mogę to wyrzucać i starać się iść w dynamikę i lepszą konstrukcję fabuły, abo mogę też starać się jeszcze bardziej rozmontować akcję i iść w kierunku absurdu, humoru, czy wręcz burzenia czwartej ściany. Wyczyszczenie mankamentów i uspójnienie jest dość jasną drogą, droga humoru i absurdu, z poworu łatwiejsza, IMHO jest trudniejsza, bo humor czy absurd dobrze, żeby opierały się na jakimś drugim czy nawet trzecim dnie. I tutaj niestety tego brak i to też może być traktowane jako brak tego premium. Widzę, że powtórzyłem spore fragmenty Twojego komentarza o tym kolejnym dnie, więc przynajmniej jesteśmy na tej samej stronie :) Z drugiej strony, być może nie traktuję fantasy wystarczająco poważnie, bo mój komentarz dotyczył zwłaszcza absurdalno-humorystyczneho podejścia, a nie fantasy w ogólności :)

– pośpiech – nie dałeś tekstowi odleżeć, nie dałeś sobie czasu, by zapomnieć o nim i przeczytać świeżymi oczami… szkoda, bo z tej historii dałoby się dużo więcej wyciągnąć.

Tutaj akurat tak nie było, bo tekst leżał ponad rok na samej becie NF, a napisany został, o ho ho ho, a może i dawniej ;)

 

Dzięki za obszerny komentarz, cieszę się, że poświęciłeś swój czas, żeby pomóc mi się poprawiać, doceniam to!

 

Che mi sento di morir

Basement, piszesz, że poszedłeś w absurd. No ok, rozumiem. Można i tak. Choć wydaje mi się, że takie klasyczne fantasy i absurd to tak niezbyt do siebie pasują. Trudno będzie Ci znaleźć czytelnika, któremu podpasuje taka hybryda.

 

Czego ja chcę od fantasy? Przede wszystkim przygody, kolorowego świata, postaci wyrazistych, takich z krwi i kości. Od krasnoludów z pewnością humoru. Takiego powrotu do klasyki, przy której swego czasu się świetnie bawiłem, ale wzbogaconego o jakieś unikalny odautorski element.

Co stanie się, gdy dodamy do tego absurd? Zależy od natężenia. Jeśli niewiele i z umiarem, może nawet i fajnie wyjść, jak ten absurd zacznie dominować, to wyjdzie śmieszkowanie, które trudno traktować poważnie.

Możliwe, że na tym polega problem. Zaczynasz klasycznie i obiecująco, wzbudzasz nadzieję, a potem tym absurdem psujesz, to co stworzyłeś. 

 

Ale…to tylko takie moje widzimisię ;)

Powodzenia.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Basement, piszesz, że poszedłeś w absurd. No ok, rozumiem. Można i tak. Choć wydaje mi się, że takie klasyczne fantasy i absurd to tak niezbyt do siebie pasują. Trudno będzie Ci znaleźć czytelnika, któremu podpasuje taka hybryda

Jako wielbiciel cyklu Xanth całkowicie się z tym nie zgadzam. :P

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Cześć, Kluczu!

 

To ja, Twój piątkowy dyżurny!

Mała łapanka na początek:

mające boży płomień podsycać.

ten

Cicho skinął tylko głowa,

głową

Silne– Son Edi, zasłaniając nos dłonią

spacja się zjadła

Na to nie możemy pozwolić, nie możemy się godzić się, żeby w naszym księstwie

mały dubel

 

A co do samego tekstu…

Nie dość, że fantasy, to w dodatku nie jest to fragment ;)

Oj z tym fragmentem mógłbym podyskutować. Oczywiście opisałeś nam pełną akcji operację pochwycenia olbrzyma i jest to historia bez wątpienia samodzielna, a jednak widziałbym ją jako całkiem udany i rozbudowany rozdział powieści. Mamy tu początek, który następuje chwilę po katastrofalnej bijatyce, a koniec jest wstępem do dalszych perypetii. Ale nie poczytaj tego jako ujmę, a raczej jako potencjał na rozwinięcie historii.

Ilość bohaterów z początku mnie gubiła, ale ostatecznie co miałem ogarnąć, to ogarnąłem i w całym tym szaleństwie się odnalazłem.

No właśnie – szaleństwie! Historia jest szalona, obfituje w zwroty akcji i ciekawe rozwiązania. To co mi się najbardziej podobało, to że nie oszczędzałeś kompanii, tylko kolejne przygody serwowałeś im z delikatną nutką sadyzmu. I dobrze! Lekko, przyjemnie i z ulgą, że to nie ja muszę robić za taran.

Szkoda, że czarnowłosa jest tak bardzo epizodyczną postacią – prosi się o rozwinięcie :)

Ogólnie, pozytywne wrażenia – takie, jakie lekkie fantasy powinno być :)

 

Pozdrówka i leć do biblioteki!

 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Chro,

 

Wg mnie absurd, to może być własnie “premium”, coś nowego i odświeżającego. Bo trudno konkurować z Tolkienem, czy choćby z Wegnerem. Zresztą jeżeli Meekhan ma być przykładem opowieści z elementem premium, to tego z kolei ja nie kupuję, bo uważam, że autor nieco przesadził przesadnie komplikując fabułę w ostatnim tomie i wprowadzając jakieś istoty z innego wymiaru.

Jestem fanem klasycznego fantasy, takiego zwykłego, popowego i w tym kierunku chciałem iść. Z drugiej strony być może styl, język, którym lubię operować nieco mnie zdradza, bo ciąży w kierunku rozbijania narracji, dynamizmu akcji.

Pomyślę, pewnie to nie jest moje ostatanie słowo w klasycznym fantasy :)

Dzięki za uwagi!

 

Geki,

 

dzięki, jest też Pratchet jeszcze :) Na pewno nie jest to proste, żeby nie pójść w śmieszkowatość, o której pisał Chro, albo w dość niechlubne rozwiązania rodem z Wędrowycza, które może i śmieszy, ale literacko jest to wg mnie okropna bieda.

 

Korkusie,

 

mój dyżurny, drogi, dzięki za łapaneczkę, pooprawione :)

 

Oj z tym fragmentem mógłbym podyskutować. Oczywiście opisałeś nam pełną akcji operację pochwycenia olbrzyma i jest to historia bez wątpienia samodzielna, a jednak widziałbym ją jako całkiem udany i rozbudowany rozdział powieści. Mamy tu początek, który następuje chwilę po katastrofalnej bijatyce, a koniec jest wstępem do dalszych perypetii. Ale nie poczytaj tego jako ujmę, a raczej jako potencjał na rozwinięcie historii.

Tak, poczytuję jako komplement niemalże :)

 

Ilość bohaterów z początku mnie gubiła, ale ostatecznie co miałem ogarnąć, to ogarnąłem i w całym tym szaleństwie się odnalazłem.

To fajnie, bo to największa ilość bohaterów, którą włożyłem do swojej historii. A i tak bliźniaków uśmierciłem, bo okazali się nadmiarowi ;)

No właśnie – szaleństwie! Historia jest szalona, obfituje w zwroty akcji i ciekawe rozwiązania. To co mi się najbardziej podobało, to że nie oszczędzałeś kompanii, tylko kolejne przygody serwowałeś im z delikatną nutką sadyzmu. I dobrze! Lekko, przyjemnie i z ulgą, że to nie ja muszę robić za taran.

Cieszę się, dzięki :)

 

Szkoda, że czarnowłosa jest tak bardzo epizodyczną postacią – prosi się o rozwinięcie :)

No trochę tak, w ogóle mało kobiet w tej historii :(

 

Ogólnie, pozytywne wrażenia – takie, jakie lekkie fantasy powinno być :)

Ekstra, dzięki za kliczka!

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Fajne opowiadanie z pazurem. :)

Może nie wybitne, ale fajnie.

 

Nie pasują mi dialogi podczas biegu. Wygląda to jak zwykła rozmowa, a nie rzucane szybko uwagi, między haustami nabieranego powietrza podczas ucieczki.

 

Tak ogólnie część opisu sytuacji mogłaby wynikać z dialogów między bohaterami.  Dzięki temu opowiadanie nabrałoby większej naturalności.

Mimo to fajne. 

 

 

Cześć, Wieczny :)

 

Fajne opowiadanie z pazurem. :)

 

Nie pasują mi dialogi podczas biegu. Wygląda to jak zwykła rozmowa, a nie rzucane szybko uwagi, między haustami nabieranego powietrza podczas ucieczki.

Pomyślę, może coś uda się zmienić.

 

Tak ogólnie część opisu sytuacji mogłaby wynikać z dialogów między bohaterami.  Dzięki temu opowiadanie nabrałoby większej naturalności.

Na przyszłość wezmę do siebie. Na tak drastyczne zmiany chyba już nie mam sił, wolę coś nowego napisać :) Chyba, że będzie okazja np. zrobić recykling pod jakiś konkurs.

 

Mimo to fajne. 

Fajnie, o to chodzi, cieszę się :)

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Dobra, jedno pytanie – czy to miało mieć w sobie absurdalny humor czy nie?

W czym rzecz. Gdy widzę tekst, który ma tag “absurd”, wiem, czego się spodziewać – konwencji humorystycznej, niekoniecznie branej na serio. Przy braku zaczynam uważać, że tekst traktuje się na serio.

U Ciebie brak takiego taga, ale są sceny, gdzie nie mam pojęcia, czy chcesz mnie rozbawić celowo, czy nie.

Przykład pierwszy z brzegu – członkowie oddziału wiedzą, kim są kapłani Iskry, ale mimo to RR tłumaczy im wszystko jak małym dzieciom.

Przykład drugi – udawanie posągów.

I tak dalej, aż do ostatniej sceny.

Tekst jest bardzo fajny pod względem tempa, a jako humorystyczny broniłby się całkowicie. Scena z posągami mnie rozbawiła, opis walki szybki i na miejscu. Postacie mają parę cech, ale mocno zaznaczonych, czasem wręcz zabawnie przerysowanych.

Jak więc jest, Autorze? :D

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Hej, NWM :)

 

Dobra, zrobiłem porządek, wywaliłem kilka tagów, a dodałem tag “humor”.

Tekst w zamyśle humorystycznym, choć nie wiem, czy aaaaż tak bardzo absurdalny ;) Absurd bym zarezerował dla bizarro i innych takich ;)

 

Jeżeli historia się jakoś tam broni i wywołuje uśmiech pod wąsem, to się bardzo cieszę. Dzięki za uwagi!

 

Pozdrawiam serdecznie!

Che mi sento di morir

Znalazłam tu sporo bijatyki i pijatyki, niezwykle żwawo toczącą się akcję, sporo absurdalnych sytuacji i choć jest to opowieść na swój sposób miejscami zabawna, to mimo wszystko muszę wyznać, że lektura mocno mnie zmęczyła. No cóż, Olbrzymi problem okazał się bajką nie dla mnie.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Był kra­sno­lu­dem więc mie­ścił się na pół­me­tro­wym ka­wał­ku blatu… → Skąd krasnolud wiedział, ile to pół metra?

 

Karcz­ma na­zy­wa­ła się "Pod wi­szą­cym wiesz­czem"→ Karcz­ma na­zy­wa­ła się "Pod Wi­szą­cym Wiesz­czem"

 

która na po­dob­nień­stwo przy­ci­sku do pa­pie­ru… → Literówka.

 

– Ja, ja wpa­dłem na ten po­mysł. Ra­do­mir Ra­do­mi­ro­wicz, panie ko­men­dan­cie → Brak kropki na końcu wypowiedzi.

 

pod­niósł dłoń do góry i za­krę­cił nią w po­wie­trzu. → Masło maślane – czy mógł podnieść dłoń do dołu?

 

Te tutaj mięk­kie fiut­ki – Po­kle­pał ścia­nę świą­ty­ni. – spre­pa­ru­ją nam od­po­wied­nią mik­stu­rę, elik­sir na­sen­ny. → Te tutaj mięk­kie fiut­ki… – po­kle­pał ścia­nę świą­ty­ni – …spre­pa­ru­ją nam od­po­wied­nią mik­stu­rę, elik­sir na­sen­ny.

Sugeruję przejrzenie wskazówek o zapisie dialogów.

 

prze­cze­sy­wał pal­ca­mi siwe pasma w swo­jej bro­dzie… → Zbędny zaimek – czy przeczesywałby cudzą brodę?

 

re­ali­za­cję świet­ne­go po­my­sły do­wód­cy. → Literówka.

 

Mnich otwo­rzył jedne z kilku drzwi… → Mnich otwo­rzył jedne z kilkorga drzwi

 

uniósł do góry brew, a to­wa­rzy­sze kra­sno­lu­da zro­zu­mie­li bar­dzo do­brze ten gest. → Kolejne masło maślane. Gesty wykonuje się rękami, nie brwiami.

pu­ści­li się bie­giem ko­ry­ta­rzem. Z na­prze­ciw­ka nad­bie­ga­li już jed­nak… → Nie brzmi to najlepiej.

 

spy­cha­jąc ich do środ­ka, gdzie ich to­wa­rzy­sze cięż­ką bro­nią po­zba­wia­li ich życia… → Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Byle do śnia­da­nia.” →  Byle do śnia­da­nia”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

za­sta­na­wia­jąc się, o któ­rej Ja­śnie Ksią­żę zwykł śnia­dać. → Zastanawiał się wielkimi literami?

 

ze zwa­ła­mi mię­śni ota­cza­ją­cy­mi jego ciało ni­czym rusz­to­wa­nia. → Czy dobrze rozumiem, że ciało olbrzyma nie miało mięśni, że mięśnie miał oddzielnie, na zewnątrz siebie?

 

Mil­czą­co i jed­no­gło­śnie pod­ję­li de­cy­zje o od­wro­cie… → Literówka.

 

Po­ru­sze­ni świę­tym we­zwa­niem i od­wa­gą to­wa­rzy­sza, bez­par­do­no­wo ru­szy­li na ol­brzy­ma. → Nie brzmi to najlepiej.

 

– Mó­wi­łem, że mam plan → Brak kropki na końcu wypowiedzi.

 

ata­ko­wa­li nogi ol­brzy­ma z kilku stron na raz… → …ata­ko­wa­li nogi ol­brzy­ma z kilku stron naraz

 

Straż­ni­cy zro­bi­li na­wrot i po­now­nie ude­rzy­li… → Literówka.

 

wy­cią­ga­jąc swoje wiel­gach­ne dło­nie. → Zbędny zaimek.

 

ob­ser­wu­jąc ruchy ol­brzy­ma. Za­sko­czo­ny na­głym ru­chem po­twór… → Nie brzmi to najlepiej.

 

pró­bo­wał teraz roz­dep­tać ata­ku­ją­cych, swo­imi wiel­ki­mi jak łódki prze­myt­ni­ków sto­pa­mi. → Zbędny zaimek.

 

Po­twór po raz ko­lej­ny za­ata­ko­wał swoją mo­car­ną nogą… → Zbędny zaimek.

 

– Tak sądzę, Panie – przy­tak­nął… → – Tak sądzę, panie – przy­tak­nął

 

pur­pu­ro­wy płaszcz i nie­wiel­ki dia­dem dla cie­bie, a tym­cza­sem.. → Wielokropkowi zabrakło jednej kropki.

 

Ko­men­dan­to­wi bły­snę­ła na chwi­lę atła­so­wa pi­dża­ma wład­cy. → Wcześniej napisałeś o księciu: Na jedwabną koszulę narzucił wełniany koc… –> Kiedy książę zdążył zmienić jedwabną koszulę na atłasową pidżamę?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej,

 

dziękuję za uwagi.

 

Poprawiłem jak umiałem, posypuję głowę popiołem ;)

 

Pozdrawiam serdecznie!

Che mi sento di morir

Bardzo proszę, miło mi, że uznałeś uwagi za przydatne, ale powstrzymaj się przed użyciem popiołu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytane.

Widzę, że zostawiłeś komin i kwestię rozmiaru olbrzyma jak jest, natomiast dosypałeś tonę humoru, która dodała sporo pozytywnej dynamiki i całkowicie odsunęła uwagę od pewnych kwestii logicznych. (albo ja po czasie inaczej odebrałem ten tekst ;-) ) Bo wszak nie o realizm tu chodzi, a o rubaszne przygody czwórki herosów, którzy ratują świat depcząc miękkie f….i ;-) Czytałem na telefonie i na raty, ale nie miałem problemu z nadążaniem za akcją, nic nie umykało. Mam też wrażenie, że usunąłeś jednego z bohaterów, bo początkowy było ich (chyba) nieco więcej.

Technicznie jest nieźle, przez tekst można śmiało płynąć, choć przynajmniej raz gdzieś się zaciąłem na jakiejś osobliwości, ale jak na 40k znaków jest dobrze imho. Kupuję krasnoludzką perspektywę (choć może zabrakło nieco więcej pijaństwa jak na niesfornego brodacza), ale wyszło przekonująco.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Cześć, Krarze :)

 

Coś tam zmieniłem, owszem. Nie ma tutaj super spójności i logiki, ale też nie o to chodzi.

Jezeli się nie pogubiłeś, nie zasnąłeś i jeszcze  w dodatku uśmiechnąłeś, to świetnie, więcej nie trzeba :)

 

Pozdrawiam  serdecznie i dziękuje za komentarz!

Che mi sento di morir

Podobało się: Akcja idzie gładko, humor wpleciony całkiem nieźle w akcję i w konwencję. Niewymuszony komizm, złote runo każdego, kto siada rozbawiać. Zakończenie przypadło mi do gustu, kojarzy mi się z wybudzeniem z koszmaru.

Nie podobało się: Jest tu trochę elementów “wiedźminowojska (taki specyficzny szablon rubaszności)”, ale trudno mi sobie wyobrazić inne ujęcie w tych warunkach. Wiatry powalonego giganta odczytałem jako reakcję na eliksir, ale może to miała być taka zmyłka.

 

Gratuluję i pozdrawiam!

Witam serdecznie, Olgierdzie G :)

 

Cieszę się, że sporo rzeczy przypadło Ci do gustu.

 

Co do rubaszności, czy może miejscami wręcz obrzydliwości, niestety celuję w tego rodzaju humor, mnie on bawi :)

 

Dzięki za komentarz i uwagi!

Che mi sento di morir

No, przeczytałam i nie bardzo wiem, co napisać. Tu wszystko dzieje się bez sensu. Nie wiem, może to trzeba oznaczyć jako “absurd” albo “grafomanię”. Hmmm…

Nie porwało mnie.

No i brakuje miliona przecinków.

Ale żeby Ci nie było przykro, to powiem, że czytałam mnóstwo gorszych rzeczy :)

 

Przynoszę radość :)

Hej,

 

dodałem już tag “humor”. No cóż…

 

Dzięki, za dbanie o mój dobrostan emocjonalny :)

 

Pozdrawiam ciepło!

Che mi sento di morir

Nowa Fantastyka