- Opowiadanie: LanaVallen - Trzynastu Pasterzy

Trzynastu Pasterzy

Po­niż­szy tekst nie od­da­je praw­dzi­wych po­glą­dów au­tor­ki i jest wy­ni­kiem je­dy­nie pracy wy­obraź­ni. Jeśli nie ule­ga­cie świą­tecz­ne­mu kli­ma­to­wi, tu­dzież nie lu­bi­cie Świąt, zaj­rzy­cie do po­niż­sze­go opo­wia­da­nia. W innym przy­pad­ku au­tor­ka od­ra­dza. To ostrze­że­nie uzna­je się za peł­no­moc­ne i nie do­pusz­cza wno­sze­nia oskar­żeń dot. znisz­cze­nia świą­tecz­ne­go na­stro­ju.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Trzynastu Pasterzy

Cicha noc.

Sły­sza­ła tylko wście­kłe bicie jego serca.

Świę­ta noc.

W końcu cze­kał na ten dzień cały rok.

Pokój nie­sie lu­dziom wszem.

Tak mó­wi­li. Ale cena była wy­so­ka.

 

Zie­leń i czer­wień nigdy nie wy­glą­da­ły razem do­brze i nie na­le­ża­ło ich łą­czyć.

– Tego dnia na­le­ży. – Sły­sza­ła pełne em­fa­zy słowa.

Tris wo­la­ła sobie wy­obra­żać, że krew, którą prze­siąk­nię­te było wszyst­ko do­ko­ła, ma jed­nak inny kolor. Pięk­na żółć, mor­ski błę­kit… Cho­ciaż nie. Nie chcia­ła ich rów­nież znie­na­wi­dzić.

Unio­sła wzrok na Ma­gnu­sa, z dłoni któ­re­go wy­try­skał zie­lo­ny zwój magii. Pierw­sza osoba zwa­li­ła się na po­sadz­kę. Nikt jej nie po­wie­dział, że moc, po­tra­fią­ca czy­nić cuda, po­tra­fi być tak krwa­wa.

Nikt jej nie po­wie­dział, że za za­pa­chem krwi można w pew­nym mo­men­cie za­tę­sk­nić.

 

– Na­stęp­ny! – za­wo­łał hu­ma­no­idal­ny kon­sjerż.

Pie­róg wy­glą­dał pięk­nie. Po pro­stu… pięk­nie. Ni­czym brył­ka złota w zło­tej po­le­wie. Wy­obra­ża­ła sobie, że jak po­cią­ga nosem, to bu­cha­ją­ca nad potrawą para wę­dru­je do niej ni­czym w baj­kach. Nie mogła jed­nak wy­star­cza­ją­co mocno się za­cią­gnąć, bo stała za da­le­ko i do­la­ty­wa­ły do niej je­dy­nie te mniej przy­jem­ne za­pa­chy.

Wy­chu­dzo­ny męż­czy­zna z im­plan­tem w oku wy­su­nął drżą­cą dłoń i chwy­cił wi­de­lec. Żeby prze­kro­ić pie­ro­ga na pół po­trze­bo­wał dru­giej dłoni, aby przy­trzy­mać tę pierw­szą. W końcu ka­wa­łek za­czął wę­dro­wać do jego ust i Tris ob­ser­wo­wa­ła go łap­czy­wym wzro­kiem, nie zda­jąc sobie spra­wy, że stoi z otwar­ty­mi usta­mi.

Ma­gnus rów­nież tkwił za­ab­sor­bo­wa­ny, lecz sku­piał się na klat­ce pier­sio­wej Pa­ste­rza. Czuł bicie serca tak mocno, że knyk­cie zbie­la­ły mu za­ci­śnię­te na pod­ło­kiet­ni­kach. Spod nich wy­ła­niał się mały zie­lo­ny obłok go­to­wy do uczty.

Męż­czy­zna wresz­cie wsa­dził kęs do ust i za­mknął oczy w nie­wy­sło­wio­nej roz­ko­szy. Wszy­scy zgro­ma­dze­ni prze­ży­wa­li to razem z nim, bo nigdy nie mieli praw­dzi­we­go je­dze­nia w ustach.

– Ka­pu­sta i… – za­czął Pa­sterz, ledwo wy­ma­wia­jąc słowa – grzy­by.

Po sali roz­le­gło się wes­tchnie­nie.

– Tak jak po­win­no być – wy­szep­ta­ła si­wo­wło­sa ko­bie­ta. Nie­śpiesz­nie otar­ła łzę rąb­kiem sukni.

– Grzy­by. – Tris lu­bi­ła po­wta­rzać to słowo. Dziw­nie ukła­da­ło się w ustach. Nigdy nie wi­dzia­ła grzy­ba w pier­wot­nej po­sta­ci i była cie­ka­wa, czy Pa­sterz wie­dział, jak sma­ku­ją, czy je­dy­nie uda­wał.

Stała odeń kilka me­trów, ale usły­sza­ła prze­łknię­cie. Ten dźwięk dzia­łał jak bu­dzik. Od razu wy­ry­wał z za­my­śle­nia, po nim roz­legł się bo­wiem huk i ko­lej­ny Pa­sterz upa­dał na pod­ło­gę, ude­rza­jąc cięż­ką czasz­ką o mar­mu­ro­we płyt­ki. Przy­naj­mniej ten nie miał sta­lo­wych wzmoc­nień, bo Ma­gnus na­rze­kał na two­rzą­ce się wy­żło­bie­nia, a i cię­żej się je myło.

W miej­scu uczty opa­da­ły zie­lo­ne linie, które po­wo­li opla­ta­ły całe po­miesz­cze­nie, po czym wra­ca­ły do wła­ści­cie­la. Nie­gdyś uwa­ża­ła, że są nie­sa­mo­wi­te i na­le­ży ich do­tknąć, ale za cie­ka­wość za­pła­ci­ła spa­lo­ną skórą. Teraz czuła fan­to­mo­wy ból za każ­dym razem, gdy mag rzu­cał za­klę­cia.

Na Ce­re­mo­nię za­wsze za­kła­dał białą pe­le­ry­nę spły­wa­ją­cą na prawe ramię – przy czar­nym stro­ju i im­plan­tach na twa­rzy wy­glą­dał prze­ra­ża­ją­co, ale ca­łość wpa­so­wy­wa­ła się w po­miesz­cze­nie w tym samym stylu. Jed­nak po śmier­ci trze­cie­go Pa­ste­rza czer­wień i zie­leń w końcu two­rzy­ły świą­tecz­ną at­mos­fe­rę, jak nie­gdyś po­wie­dzia­ła jej matka.

Miała wtedy sześć lat i trzę­sła się ze stra­chu, lecz mama pła­ka­ła rzew­ny­mi łzami, z cicha pod­śpie­wu­jąc. W na­stęp­ne świę­ta zo­sta­ła dru­gim Pa­ste­rzem.

Ubo­le­wa­ła, że jed­nak nie trze­cim, naj­waż­niej­szym, ale od za­wsze chcia­ła spró­bo­wać zupy grzy­bo­wej. Tris za­cho­wa­ła sobie w pa­mię­ci widok jej wnie­bo­wzię­tej miny pod­czas po­sił­ku. Wo­la­ła za­po­mnieć chłód krwi, którą póź­niej mu­sia­ła zmy­wać. W świę­ta naj­gor­sze było sprzą­ta­nie.

Dro­idy za­czę­ły cią­gnąć ciało po po­sadz­ce, spe­cjal­nie zna­cząc trasę bor­do­wym pa­smem. Każdy Pa­sterz zmie­rzał do in­nych drzwi – pierw­szy do pierw­szych po pra­wej, drugi do tych na­prze­ciw­ko, trze­ci do dru­gich po pra­wej i tak dalej. Je­de­na­sty pro­wa­dzo­ny był do drzwi na środ­ku.

Ma­gnus ob­li­zał usta, wy­krzy­wił się, jakby wypił wódkę, po czym oparł się moc­niej lewą ręką na krze­śle. Drugą po­ło­żył na udzie, a nogi wy­sta­wił na­przód. Miał pięk­ne lśnią­ce buty, opi­na­ją­ce łydki.

Tris nie pierw­szy raz za­sta­na­wia­ła się, jak wiele zo­sta­ło w nim z czło­wie­ka, a ile z ma­szy­ny. Ma­go­wie nie szczę­dzi­li sobie ulep­szeń. Ona sama nie miała żad­ne­go, co sy­tu­owa­ło ją w tym, a nie innym za­wo­dzie. 

Ma­gnus mach­nął dło­nią opan­ce­rzo­ną w czte­ro­pal­co­wy pier­ścień i do kom­na­ty wszedł czwar­ty Pa­sterz – ba­bin­ka z po­ma­rań­czo­wy­mi wło­sa­mi. Tylko star­si zgła­sza­li się do tej po­zy­cji, bo z wie­kiem na­ra­sta­ła po­trze­ba spró­bo­wa­nia ka­pu­sty z gro­chem. Tris, jak i wielu in­nych, zmarsz­czy­ła się pod­czas jej po­da­wa­nia.

Ba­busz­ka za­mla­ska­ła.

– Kapkę wię­cej ma­je­ran­ku – po­wie­dzia­ła, mru­ga­jąc do Ma­gnu­sa.

Ten ski­nął po­waż­nie głową, bo rady Pa­ste­rzy na­le­ża­ły do nie­zwy­kle cen­nych, po czym uwol­nił zie­lo­ne ję­zo­ry. Po­ma­rań­czo­we włosy uło­ży­ły się na ziemi ni­czym au­re­ola.

Dzia­dek dziew­czy­ny rów­nież zgło­sił się kie­dyś na czwar­te­go Pa­ste­rza.

– Pa­mię­taj, Tris, żeby za­pi­sać się za jakiś czas. Ki­szo­na ka­pu­sta ma bar­dzo cenne war­to­ści od­żyw­cze – ma­wiał, uno­sząc prze­rdze­wia­ły palec.

Wcze­śniej uwa­ża­ła to za bar­dzo ważne, ale teraz nie mogła prze­stać my­śleć o bez­sen­sow­no­ści tego zda­nia. Cho­ciaż…

„Może te war­to­ści na­zy­wa­ją się tak, bo oży­wia­ją po śmier­ci? Czy dla­te­go im czło­wiek star­szy, tym bar­dziej nie po­tra­fi prze­stać o nich mówić?”, po­my­śla­ła.

„Lu­dzie po­wta­rza­ją to, czego ich na­uczo­no. Teraz skup się, dziew­czy­no”.

W jej gło­wie roz­brzmiał mocny głos Ma­gnu­sa i choć wie­dzia­ła, że na nią pa­trzył, nie była zdol­na się ob­ró­cić. Po­ki­wa­ła więc głową. Jak głu­pia za­po­mnia­ła, że ma­go­wie po­tra­fią wszyst­ko.

Ko­lej­ni Pa­ste­rze i ko­lej­ne dania mi­ja­ły dla Tris zbyt wolno. Ledwo mogła od­dy­chać od na­gro­ma­dzo­nej magii, któ­rej szcząt­ki nie zdo­ła­ły pra­wi­dło­wo ule­cieć z za­mknię­tej prze­strze­ni. Zie­leń szczy­pa­ła w oczy, a czer­wień wla­ty­wa­ła do nosa i gar­dła. Uczest­ni­cy mu­sie­li za­cząć przy­trzy­my­wać się fi­la­rów i ścian. Mimo to wie­dzia­ła, że ko­cha­li Wi­gi­lię i nie mogli do­cze­kać się fi­na­łu – Tris wręcz prze­ciw­nie.

Je­dy­nie Ma­gnus wy­da­wał się z każdą chwi­lą sil­niej­szy, ale dziew­czy­na do­brze wie­dzia­ła, że przez na­stęp­ne mie­sią­ce bę­dzie roz­rzut­nie ko­rzy­stał z na­gro­ma­dzo­nej mocy, aby w dru­giej po­ło­wie roku coraz bar­dziej zrzę­dzić i przy­ga­sać. W końcu, w dniu Wi­gi­lii, bę­dzie cho­dził roz­ocho­co­ny i nie­cier­pli­wie wier­cić się na krze­śle.

Gdy padł siód­my Pa­sterz, ten od śle­dzia w śmie­ta­nie, Tris prze­łknę­ła ślinę. Nad­cho­dzi­ły słod­ko­ści, a wia­do­mo, kogo kuszą naj­bar­dziej.

Ósmy Pa­sterz miał jesz­cze dziu­ra­wy uśmiech i wiel­kie świe­cą­ce oczy, gdy na salę wnie­sio­no klu­ski z ma­kiem.

– Pycha. – Za­mla­skał. – Na­stęp­nym razem po­pro­szę wię­cej.

Tris nie mogła na to pa­trzeć. Była oswo­jo­na ze śmier­cią, rola Pa­ste­rza wy­da­wa­ła jej się oczy­wi­stym na­stęp­stwem życia, ale nigdy nie mogła przy­zwy­cza­ić się do głu­po­ty.

Nie wi­ni­ła ma­łe­go i nie do końca wie­dzia­ła, gdzie umiej­sco­wić swój gniew. Tra­dy­cja jed­nak nigdy nie na­le­ża­ła do jej przy­ja­ciół.

– Samo za­ło­że­nie jest pro­ste – prze­ma­wia­ła za­wsze na­dę­ta Chloe. – Dzię­ki Świę­tom nasi czci­god­ni ma­go­wie za­ło­ży­cie­le za­do­wa­la­ją się je­dy­nie dwu­na­sto­ma ener­gia­mi ży­cio­wy­mi. Chyba nie chce­my wró­cić do tego, co pa­no­wa­ło wcze­śniej, hm? To­tal­ny chaos, to było ża­ło­sne. To­tal­nie ża­ło­sne.

Mogła sobie tak gadać, bo tylko Tris ją słu­cha­ła, gdy przy­go­to­wy­wa­ły salę na Ce­re­mo­nię.

– I wcze­śniej nikt nie miał wy­bo­ru, a teraz? Lu­uuk­sus i to all in­c­lu­si­ve. Ba­jecz­nie – sap­nę­ła pod­czas wy­ży­ma­nia ścier­ki – po pro­stu ba­jecz­nie.

– Przy­mknij się, Chloe – prze­rwa­ła jej, bo gdy tak pu­co­wa­ła pod­ło­gę ko­lej­ną go­dzi­nę z rzędu, już psy­chicz­nie czy­ści­ła ją po raz drugi. – Może sama się zgło­sisz?

– Ja? – prych­nę­ła. – Mia­ła­bym jeść ja­kieś śmie­ta­ny i ka­pu­sty? Ja, moja droga, mam przed sobą przy­szłość, to tutaj to tylko przej­ścio­we. – Od­gar­nę­ła włosy z czoła. – Uzbie­ram tylko na pierw­szy wsz­czep i się wy­no­szę.

Tris prze­wró­ci­ła ocza­mi. Każdy tak mówił. Sama… tak mó­wi­ła.

– Ale ty na pewno się zgło­sisz. W końcu to u was ro­dzin­ne.

Zmie­rzy­ły się wzro­kiem. Długo. Chloe za­wsze wie­dzia­ła, gdzie ude­rzyć. Tris jako je­dy­na z ro­dzi­ny nie po­świę­ci­ła się jesz­cze Świę­tom.

 

Ma­ko­wiec. Pier­nik. Kom­pot. Dwu­na­sto­lat­ka. Je­de­na­sto­la­tek. Pięt­na­sto­la­tek. Ich krew nie zna­czy­ła pod­ło­gi aż tak bar­dzo.

– A ty, panie? – usły­sza­ła nie­gdyś py­ta­nie skie­ro­wa­ne do Ma­gnu­sa. – Nie ma­rzysz cza­sem o spró­bo­wa­niu Świę­tych Po­traw?

– Nikt nie po­wie­dział, że bycie ma­giem za­ło­ży­cie­lem jest pro­ste, Ma­rian­ne – mó­wi­ły jego usta. – Praw­dzi­we je­dze­nie to pra­gnie­nie głu­pich – mó­wi­ły oczy.

Dło­nią się­gnął po syn­te­tycz­ne pie­czy­wo i na­ło­żył na wi­de­lec tek­tu­ro­we mięso.

„Po­stęp nie gwa­ran­tu­je lep­sze­go życia”, po­my­śla­ła Tris, prze­żu­wa­jąc gu­mo­wy ma­ka­ron. „Szcze­gól­nie gdy się za nim nie na­dą­ża”.

Praw­dzi­we­go je­dze­nia star­cza­ło tylko na małe por­cje dla Pa­ste­rzy. Pokój wy­ma­gał wielu wy­rze­czeń.

Je­dy­nie ma­go­wie tacy jak Ma­gnus pa­mię­ta­li czasy sprzed przy­wró­ce­nia Wi­gi­lii. Tylko im nie usu­nię­to wspo­mnień. Po­dob­no lu­dzie ode­szli od Świąt w imię po­stę­pu, dzię­ki temu cy­wi­li­za­cja miała bo­wiem w końcu szan­sę na pełny roz­wój.

Sły­sza­ła, że kie­dyś Świę­ta były bar­ba­rzyń­skie – po­świę­ca­no naj­cen­niej­szy su­ro­wiec po to, żeby przy­stro­ić go w naj­tań­szy. Mar­no­wa­no praw­dzi­we je­dze­nie przez spo­ży­wa­nie go aż do bólu brzu­cha. Ocze­ki­wa­no, że zwie­rzę­ta będą mówić. Po­dob­no zmu­sza­no jed­ne­go czło­wie­ka, za­wsze u kresu życia, do nad­ludz­kiej, wręcz nie­moż­li­wej pracy, pojąc go je­dy­nie wy­dzie­li­ną krowy. Nie­trud­no było się wzdry­gnąć.

Po­stęp po­pro­wa­dzo­no po­cząt­ko­wo źle. Wraz z wy­na­le­zie­niem magii do­szło do cha­osu, bo ob­da­rze­ni nią lu­dzie wy­sy­sa­li bez­kar­nie ener­gię z każ­de­go, kto im się nie spodo­bał. Walki kla­nów, prze­kup­stwa, za­ła­ma­nie go­spo­dar­ki, głód, nędza. Tris cie­szy­ła się, że po­zba­wio­no ją wspo­mnień o tych mrocz­nych cza­sach. Jed­nak w Wi­gi­lię, pod­czas uczty dwu­na­ste­go Pa­ste­rza, nie mogła prze­stać o tym my­śleć.

Dwu­na­sty Pa­sterz miał za­wsze sie­dem lat. Wśród magów za­ło­ży­cie­li pa­no­wał spór, aby ob­ni­żyć wiek do pię­ciu skoro tyle jest dni w ty­go­dniu, lecz tra­dy­cja stała się nowym ha­słem cy­wi­li­za­cji i nie na­le­ża­ło ni­cze­go zmie­niać.

Tym razem była to dziew­czyn­ka. Tris szyb­ko od­wró­ci­ła wzrok. Jej złota skóra, oczy, włosy i ubra­nie, ten pył, le­cą­cy z niej, gdy się po­ru­sza­ła, przy­po­mi­nał dziew­czy­nie o Arii, którą za­bro­nio­no Tris na­zy­wać sio­strą. Dwu­na­sty Pa­sterz zy­ski­wał dużo bar­dziej war­to­ścio­we miano.

Teraz nie mogła oprzeć się wra­że­niu, że przy­po­mi­na Chloe.

– Po­dejdź, Pa­ste­rzu – prze­mó­wił Ma­gnus po raz pierw­szy. Ko­lej­ny z wielu za­szczy­tów.

Dziew­czyn­ka spró­bo­wa­ła kutii, jej twarz roz­ja­śnił uśmiech, oczy za­wil­got­nia­ły i po­kry­ły złoto zło­tem.

– Co nam ofia­ru­jesz? – Tris miała tak sucho w gar­dle, że nie mogła po­łknąć śliny, ale głos Ma­gnu­sa niósł się echem po sali, w ma­gicz­ny spo­sób prze­dzie­ra­jąc się przez zie­lo­ne opary, przez które ledwo było co­kol­wiek widać.

Ból opa­no­wy­wał każdy ka­wa­łek jej ciała. Miała ocho­tę po­ło­żyć się i za­snąć. Ale nie mogła pierw­sza opu­ścić ostat­nie­go z Pa­ste­rzy.

Dziew­czyn­ka jesz­cze raz uśmiech­nę­ła się, błysz­cząc zło­ty­mi zę­ba­mi, i roz­ło­ży­ła ręce.

„Bra­ku­je jej skrzy­deł. Po­win­na… mieć… skrzy­dła…”

– Pokój – po­wie­dzia­ła bez wa­ha­nia, po czym po­le­cia­ła do tyłu.

Ma­gnus po­sta­rał się, aby jej pięk­na krew utwo­rzy­ła pię­cio­kąt­ną fi­gu­rę. Wiel­kie szczyp­ce unio­sły gwiaz­dę do nieba.

Wtem męż­czy­zna za­wi­ro­wał dłoń­mi, po­skra­mia­jąc okrop­ne zie­lo­ne ję­zo­ry. Roz­sz­cze­pił je, po czym po­zba­wił magii. Znie­ru­cho­mia­ły w po­wie­trzu – srebr­ne, małe krop­ki szczy­pa­ły w roz­grza­ne twa­rze. Nie­któ­re przy­bra­ły inne ko­lo­ry i opa­dły na po­sadz­kę.

– Dro­dzy pań­stwo, cho­in­ka ubra­na. We­so­łych Świąt!

Wy­bu­chły pła­cze i ra­do­sny ja­zgot. Wszy­scy tu­li­li się i ca­ło­wa­li. Po­da­ro­wy­wa­li sobie drob­ne pre­zen­ty. Tris nie ru­szy­ła się z miej­sca, nie chcąc pa­trzeć na krwa­wą cho­in­kę, wie­dzia­ła bo­wiem, że zdąży jesz­cze do­kład­nie wyryć ją sobie w pa­mię­ci i w opusz­kach pal­ców.

Spoj­rza­ła na Chloe, sto­ją­cą po prze­ciw­le­głej ścia­nie. Miała czer­wo­ne, puste oczy, lekko otwar­te usta. Wi­dzia­ła to wcze­śniej. Ludzi, zda­ją­cych sobie spra­wę, że po­świę­ce­nie w imię po­ko­ju jest ko­niecz­ne, do­pó­ki nie do­się­ga ich sa­mych.

– Pie­przę was! – wy­bu­chła Chloe. Miała dziką twarz. – Cie­bie, cie­bie i… cie­bie! – wy­sy­cza­ła, wska­zu­jąc na Ma­gnu­sa.

Tris przy­mknę­ła oczy. Już wie­dzia­ła, że na­stęp­ne­go dnia bę­dzie sama roz­bie­rać krwa­wą cho­in­kę, jak co roku. Za­nu­ci wtedy wy­my­ślo­ną przez sie­bie pio­sen­kę i wy­ży­ma­jąc ścier­kę po raz ko­lej­ny, za­trzy­ma się na przed­ostat­niej zwrot­ce.

 

Pan Wiel­kie­go ma­je­sta­tu

Nie­sie dziś ca­łe­mu świa­tu

Od­ku­pie­nie win.

Koniec

Komentarze

Uuuu. Oryginalne opowiadanie. Przedstawienie wigilii w dość nietypowy i makabryczny sposób. Stylistycznie tekst miejscami kuleje, ale też w innych miejscach masz pomysły na naprawdę ciekawe zdania. W sumie mi się podoba ta Twoja pomysłowość, odnośnie świata przedstawionego także. Klikam więc!

Cześć, Sonato!

Dzięki za tak szybki odzew :) Miałam nadzieję, że komuś spodoba się świat, bo uwielbiam umiejscawianie magii w przyszłości. Science fantasty to jeden z moich ulubionych podgatunków. Tekst pisany trochę na szybko, bo pomysł przyszedł nagle, a na konkurs lepiej nie wstawiać pracy na ostatnią chwilę. Dzięki za klika! :D 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Grubo. I nie dlatego, że o jedzenie idzie :P

Ciekawa wizja i koncepcja.

 

Przynajmniej ten nie miał stalowych wzmocnień, bo Magnus narzekał na tworzące się wyżłobienia, a i ciężej się je myło.

A wiesz, że tego rodzaju obostrzenia / wymagania stawia się choćby maszynom, budowanym dla przemysłu spożywczego? :)

Właśnie brak / jak najmniej żłobień i miejsc, gdzie mięsko i inne przyjemności mogą się dostać i zgnić, bo strumień wody nie będzie w stanie ich wypłukać :)

 

Podobało mi się.

Cześć!

Inny punkt widzenia, to słowo nasuwa mi się po przeczytaniu Twojego tekstu. Z jednej strony smutne, z innej straszne, a z jeszcze innej cudownie fantastyczne. Bo pomysł jest, no i jest też pewna nadzieja, wszak bohaterka zauważa bezsens całej sytuacji, rodzą się w niej pewne pytania. Zastanawiam się, czy nie warto tu dodać taga bizarro.

Ciekawa percepcja Świąt btw ;-) Zastanawiam się, co chciałaś przez ten test przekazać i jak powinienem go interpretować. Czy jest nawiązanie do kultury wyzysku, w której silni zjadają słabych, czy tez coś trochę innego… Ciekawe, zabiłaś mi ćwieka, pomyślę nad tym i pewnie jeszcze wpadnę.

A póki co 3P dla Ciebie:

Pozdrowienia, powodzenia w konkursie no i polecam do biblioteki!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć, silvan!

Dzięki za odwiedziny. Wiem, że grubo, stąd ogłoszenie na górze “żeby nie było”. Początkowo miałam nie pisać, ale jak mnie nagle uchwycił ten pomysł…

 

A wiesz, że tego rodzaju obostrzenia / wymagania stawia się choćby maszynom, budowanym dla przemysłu spożywczego? :)

To widzisz, nie wiedziałam, ale to bardzo logiczne :)

 

Cieszę się, że się podobało!

 

 

Cześć, krar!

Właśnie chodziło mi o inny punkt widzenia, bo nie mam nic oczywiście do “typowych” świątecznych tekstów, ale mnie po prostu nudzą, bo sama idea Świąt jest cudowna, ale nigdy nie ogarnia mnie ten nastrój. I tak, Tris jest nadzieją – mam nadzieję, że widać to w zakończeniu. Nie chcę za bardzo spoilerować i nasuwać mojej interpretacji.

 

Zastanawiam się, czy nie warto tu dodać taga bizarro.

Hm, faktycznie, bizarro pasuje, dzięki, takie sugestie są zawsze ważne, bo nigdy nie jestem stuprocentowo pewna co do tagów ;)

 

Ciekawe, zabiłaś mi ćwieka, pomyślę nad tym i pewnie jeszcze wpadnę.

W takim razie pomyśl, krar, bo jak napisałam: nie chcę narzucać swojej wizji, lecz pewne wyjaśnienie znajduje się w tekście. Jestem ogromnie ciekawa twoich wniosków.

 

Dziękuję za wizytę, komentarz i klik. Pozdrawiam!  

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Interesująca wizja, dziwaczna, wręcz podchodząca pod weird albo i subtelniutkie bizarro. Mnie się całkiem podobało, gratuluję odwagi w podejściu do tematu :)

 

Drobne babolki:

 

– Pycha[+.] – zZamlaskał.

Dałabym jednak tak jak zasugerowałam, bo on to raczej powiedział mlaskając (mlaszcząc?), bo samo mlaskanie nie jest mówieniem, więc nie podpada pod kategorię didaskaliów paszczowych, mimo że mlaszcze się paszczą ;) Ale jest to trochę interpunkcyjna szara strefa.

 

sapnęła podczas wyrzynania ścierki

Okej, w tym tekście zarzynanie ścierek nie jest całkowicie niemożliwe, ale nie chodziło jednak o “wyżymanie”?

http://altronapoleone.home.blog

Cześć, Drakaina!

Jest mi bardzo miło, że się spodobało, bo choć nie miałam oporów przed publikacją, myślałam, że odbiór będzie gorszy. Wiem, że nie oto chodziło w tym konkursie, ale jakoś mnie naszło…

 

Okej, w tym tekście zarzynanie ścierek nie jest całkowicie niemożliwe, ale nie chodziło jednak o “wyżymanie”?

Mogę skomentować to tylko tak: XD

Póki co magowie mordują tylko ludzi, ale kto wie, dokąd posuną się dalej…

 

Dzięki! :) 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Bardzo ciekawy tekst :) Nietypowy, niepokojący i niezwykle klimatyczny. Niby nie wiele wiemy o świecie, ale wystarczająco dużo, aby zrozumieć, dlaczego to się dzieje. Stworzona w ten sposób choinka musiała robić wrażenie.

Hej, kasjo!

Bardzo się cieszę, że tak uważasz i cieszę się, że osiągnęłam cel nadania odpowiedniego klimatu i nie tylko :) Podczas pisania czułam, że i tak zdradzam zbyt wiele, że buduję nastrój, a potem podaję suche informacje. Dobrze, że wyszło w takim razie. Dziękuję bardzo za odwiedziny! :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

I co tu więcej rzec się zastanawiam… widzę to tak:

Mamy Magnus, który stoi na szczycie piramidy społecznej (albo przynajmniej wysoko z perspektywy bohaterki) i wyzyskuje (albo poświęca) tych stojących na samym dole piramidy (albo niżej), by utrzymać się odpowiednio wysoko. Ich śmierć daje mu moc. I dorabia do tego ideologię oraz intrygująca scenerię (choinka, pasterze, potrawy). Jego sługi niezbyt go raczej kochają, ale nie są chyba zmuszane bezpośrednio do poświęcenia, ale traktują to jako wyróżnienie lub też formę pomocy innym.

Jak dla mnie to trochę wpisuje się to w działanie sekty, albo instytucji religijnej może bardziej. Widać tu ludzi zmanipulowanych i okrutnie wykorzystanych, widać też trudną sytuację tkwiącej w tym bohaterki. Ma pewną świadomość, widzi głupotę i niesprawiedliwość, ale nie widzi sposobu, by to zmienić. No i jeszcze mamy szanownego Magnusa, który za nic ma poświęcenie “poddanych”, bo niezbyt szanuje to, co dzięki niemu zyskał.

Ja to przynajmniej tak interpretuję póki co (i w razie czego czekam na wskazówki)

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Eee, no, po takiej przedmowie myślałam, że będzie gorzej, dużo gorzej. Opko optymistyczne bynajmniej nie jest. Tuż przed wigilijną wieczerzą faktycznie lepiej nie czytać, bo potrawy będą w gardle stawać ;) Niemniej jednak mam tu wrażenie odrobinki nadziei. Główna bohaterka przynajmniej wie, że coś jest nie tak, może jeszcze nie potrafi tego zmienić, ale już sama taka wiedza dobrze wróży na przyszłość.

Mi się :)

Kliczek :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Krar, nieźle! Oczywiście świętość Wigilii w tekście jest złudna – chodzi jedynie o uspokojenie ludu i pokazanie, że magowie założyciele niby są niesamowitymi ludźmi, którzy potrafią odłożyć na bok swoje pragnienia. Moc “musieli” czerpać, żeby pracować na rzecz kraju/miasta (na początku Tris mówi o mocy dokonującej cudów), więc ludzie z radością składali się w ofierze, szczególnie że była to tradycja, a tradycję trzeba dopełniać, nawet jeśli jest głupia (tu wychodzi moja własna niechęć do tradycji). Oczywiście w ofierze składali się jedynie zwykli szarzy ludzie – nikt nikogo nie zmuszał, ale działała tutaj mocno ideologia i tradycja, forma obywatelskiego obowiązku i tęsknota za smakiem prawdziwego jedzenia. W ten czy inny sposób mag starał się o pozyskanie większej mocy – w tej Wigilii było trzynastu Pasterzy, bo zindoktrynowana siostra Chloe wymusiła na niej bunt.

Tris wspomina, że będzie musiała myć podłogi sama jak co roku i że każdy mówi, że się stąd wyniesie, więc druga służąca/y byli zawsze, ale nigdy nie wytrzymywali do końca. W domyśle byli zabijani przez Magnusa, który zawsze starał się, aby którąś z ofiar był członek rodziny tego służącego, aby zyskać sobie kolejną porcję mocy przez szlachetne pozbycie się osoby, która nie wierzy w tradycję, defetystę, szaleńca.

Cały ten pomysł jest głupi, bo w końcu to świat przyszłości – magia nie jest niezbędna, jedynie ułatwia życie i to życie samych magów. Manipulacja i wykorzystanie działa tu pełną parą.

Tris powoli wraca usunięta pamięć (kolęda) :)

 

Bardzo się cieszę, że tak to odczytałeś, bo przede wszystkim chodziło mi o pokazanie, że tradycja, ale jednocześnie i postęp, nie zawsze są dla nas dobre, jeśli nie są dobrze prowadzone. Tradycja jeśli trzymamy się niej zbyt kurczowo, postęp jeśli nadchodzi zbyt szybko i nadmiernie. Chciałam też, żeby każdy odczytał opowiadanie na swój sposób. Pozdrawiam!

 

 

 

Cześć, Irko!

Teraz po Świętach to wiesz… Po ptokach jak to mówią. Wiem, że w okresie wigilijnym panuje ten specyficzny nastrój i tekst wydawał mi przez to ostry. Teraz to pewnie zwykłe opko ;)

Tak! Jest nadzieja. Tris w końcu wraca pamięć. Nie jest typem bohaterki, ale pewnie nie wróci ona tylko jej.

Bardzo się cieszę, że się spodobało i dziękuję za klika :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Oskarżeń o zabicie świątecznego ducha nie wniosę, choć nie ma wątpliwości, że mord ten się odbył :D Bardzo ciekawe opowiadanie. Ten niesamowity klimat i nietypowy pomysł bardzo przypadły mi do gustu. Ogólnie rzecz biorąc jestem mocno na tak, zwłaszcza dla połączenia magii z przyszłością.

Tylko niektóre zdania mi troszeczkę zgrzytały, choć nie na tyle, żeby pozbawić przyjemności z lektury. 

Wyobrażała sobie, że jak pociąga nosem, to buchająca nad nim para wędruje do jej nosa, niczym w bajkach.

Przyznam, że trochę się pogubiłam . Musiałam kilka razy przeczytać, by zrozumieć, co i z czyim nosem się dzieje. No i dużo tego nosa, jak na jedno zdanie. 

To tylko taka odrobina czepialstwa, bo całość naprawdę mi się spodobała :D 

Hej, Zuzajs!

Łączenie magii z przyszłością jest świetne, bo dzięki temu łatwiej mi przebrnąć przez sf. Łączenie gatunków generalnie jest niesamowite! Bardzo się cieszę, że się spodobało, szczególnie ten klimat, bo nigdy nie jestem pewna, czy cokolwiek w moich tekstach czuć :)

Podane zdanie jest przekombinowane, zgadzam się. Jeśli podczas pisania zbyt mocno się gimnastykuję, to wiem, że nie będzie to dobre, ale pozostaje w głowie ta myśl, że to zdanie jest kluczowe. Zaraz to zmienię!

Dzięki za wizytę ;)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

No i witam pierwszą z jurorek, która przybyła z piękną grafiką!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Witam również drugą jurorkę :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Bardzo ciekawe światotwórstwo. Kilka tekstów postapo przewinęło się w tym konkursie, ale żaden z pomysłów nie był tak nietypowy, jak twój. :)

W zasadzie całe opowiadanie na tym światotwórstwie się opiera – odmalowujesz nam obraz przyszłości, dawkujesz kolejne elementy podtrzymując zainteresowanie czytelnika (a przynajmniej moje). 

Trafiło się kilka zbędnych przecinków, powtórzeń, jedna aliteracja… ale nie wynotuje ich, bo mi komentarz wcięło. :(

Powiem tylko tyle, że tekst mi się bardzo podobał. 

 

Czyli to przede wszystkim przypowieść o tradycji i postępie. Nie zwróciłem początkowo uwagi na niektóre aspekty, a jak widzę niewiele jest tu przypadkowej treści. I wszystko zbiera się w logiczną (choć smutną) całość.

Hej, kolęda, kolęda!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Hej, Geki!

Wydaje mi się, że pochwała mojego światotwórstwa od osoby ze świetnymi światami to niezły komplement. Dzięki :) Bardzo miło mi to słyszeć. Cieszę się, że się spodobało!

 

Ps. Szkoda tego komentarza :( Ja zazwyczaj jak natłukę jakiś długi, najpierw go kopiuję, jakby co, bo miałam już takie sytuacje. Ale nie zawsze pamiętam i wtedy oblewa mnie pot podczas publikacji :P

 

 

Właściwie to tak, krar. Nie jestem tak inteligentna, żeby wplatać tak wiele znaczeń do tekstu jak niektórzy. Każdy jednak może interpretować wszystko po swojemu i to jest wspaniałe :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Wizja jest makabryczna i niepokojąca. I ciekawa.

Ilustruje przenicowany zwyczaj świątecznej kolacji realizowany w bardzo osobliwy sposób i służący utrzymaniu niezwykle niesprawiedliwego układu społecznego.

Jedyny zarzut jaki mógłbym podnosić, to taki, że tekst jest właściwie sceną, nie opowiadaniem, ale sceną, która mimo wszystko dąży do pewnej kulminacji i zakończenia.

Bardzo intrygujący świat przedstawiany, mi się.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Hej, PsychoFish!

Dzięki za odwiedziny i cieszę się, że się spodobało. Sama jestem zadowolona z tego pomysłu, bo wpadł mi do głowy na kilka dni przed końcem konkursu. Normalnie nie lubię deadlinów, ale wyjątkowo pomógł.

Rozumiem zarzut – masz rację, choć ja akurat lubię opowiadania w formie sceny :)

Pozdrawiam :)  

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Dobry tekst, który można ugryźć (hmm) na wiele sposobów. Dla mnie na pierwszy plan wysuwa się makabryczne zderzenie tradycji z nowoczesnością. Lubię też, kiedy magia przedstawiana jest jako siła, którą udało się ujarzmić dopiero technologicznie zaawansowanej ludzkości.

Pozdrawiam!

Cześć, Adam!

Bardzo mi miło z twojej wizyty. Cieszę się również, że się spodobało i że doznałeś tego “zderzenia”! 

 

Lubię też, kiedy magia przedstawiana jest jako siła, którą udało się ujarzmić dopiero technologicznie zaawansowanej ludzkość.

Zaskoczyłeś mnie, bo nikt nie zwrócił na to uwagi (przynajmniej w komentarzach). Jest w tym coś niesamowitego, prawda? Że magia może zostać odkryta, wynaleziona. Sama rzadko się z tym spotykam, więc świetnie mi się to pisało.

 

Dzięki za komentarz i również pozdrawiam! :) 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Witam i ciebie Arnubisie ;)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Nowa Fantastyka