- Opowiadanie: Jim - Pajęcza Madonna

Pajęcza Madonna

To moje pierw­sze opo­wia­da­nie na tym por­ta­lu. Nie mam nie­ste­ty żad­nej osoby, któ­rej mógł­bym dać je do prze­czy­ta­nia przed pu­bli­ka­cją, więc z góry prze­pra­szam za chro­pa­wość. Za­chę­cam do lek­tu­ry, wy­szu­ki­wa­nia błę­dów i kry­ty­ki.

Życzę We­so­łych Świąt,

Po­zdra­wiam

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Pajęcza Madonna

– Pani ko­man­dor, może raczy pani wró­cić do łóżka – pro­si­ła przy­mil­nie po­rucz­nik Na­ta­sza Nagy prze­cią­ga­jąc się.

– Nie – od­po­wie­dzia­ła za­gad­nię­ta, nie od­wra­ca­jąc się od szyby – Ubierz się.

Sama ko­man­dor Iva Mol­nar już dawno była w ga­lo­wym mun­du­rze.

– Nie­dłu­go świę­ta – po­wie­dzia­ła Na­ta­sza pod­ska­ku­jąc przy wcią­ga­niu no­ga­wek spodni – Co ci dadzą tym razem? Ko­lej­ny łuk?

Iva wzru­szy­ła ra­mio­na­mi:

– Byle tylko znów nie zje­dli cho­in­ki…

Na­ta­sza par­sk­nę­ła śmie­chem:

– Ta cała in­te­gra­cja to idio­tyzm… so­jusz, so­ju­szem… no ale co in­ne­go so­jusz z pa­ją­ka­mi, a co in­ne­go…

– Tech­nicz­nie to nie są pa­ją­ki…

– Wiem, wiem… Po­znaj swego wroga i takie tam… wy­ży­na­li­śmy się, zanim wy­szło, że tacy słod­cy i tacy do nas po­dob­ni – dow­cip­ko­wa­ła Na­ta­sza do­pi­na­jąc ma­ry­nar­kę – te same dwa­dzie­ścia ami­no­kwa­sów, te same kon­do­my na dnie…

– Ko­do­ny w DNA… – po­pra­wi­ła pani ko­man­dor – Go­to­wa?

– Tak.

– Podaj mi ten łuk…

– Wiesz jak to idio­tycz­nie wy­glą­da?

– Wiem. Ty za to bę­dziesz tar­gać za mną ari­sa­kę, to że­la­stwo za­wsze im im­po­nu­je…

– Je­stem pi­lo­tem, nie noszę broni dłu­giej, za­po­mnia­łaś?

– A ja je­stem twoją prze­ło­żo­ną, za­po­mnia­łaś?

– Ta-jest – od­par­ła Na­ta­sza służ­bi­ście – niech ci bę­dzie… wy­po­ży­czę ze zbro­jow­ni. Naj­le­piej od razu z eg­zosz­kie­le­tem pie­cho­cia­rza… Tam taki przy­stoj­ny ma­ga­zy…

– Nie gadaj, tylko leć już po ten złom.

Pi­lot­ka przej­rza­ła się jesz­cze w lu­strze, szyb­ko po­pra­wi­ła mun­dur i wy­bie­gła. Pani ko­man­dor też spoj­rza­ła w lu­stro. Skrzy­wi­ła się na widok swo­je­go ob­li­cza, po czym wy­da­ła parę po­le­ceń na­noch­mu­rze. Ty­tro­po­wie i tak uwa­ża­li ludzi za cho­dzą­ce obrzy­dli­wo­ści, bez wzglę­du na płeć, wiek czy rysy twa­rzy, więc ro­bi­ła to tylko dla sie­bie.

Całe życie spę­dzi­ła na udo­wad­nia­niu sobie i innym tego, że za­słu­gu­je na to, co osią­gnę­ła. No i wresz­cie była u celu. Ob­ję­ła do­wo­dze­nie całą na­ziem­ną obro­ną pla­ne­tar­ną. Oczy­wi­ście, for­mal­nie był nad nią ten ge­ne­rał Ty­tro­pów tutaj, i jej ludz­cy prze­ło­że­ni na okrę­tach kil­ka­set ty­się­cy ki­lo­me­trów stąd, ale za­rów­no jedna jak i druga zwierzch­ność była zu­peł­nie ilu­zo­rycz­na. Mogła wresz­cie rzą­dzić się tu jak chcia­ła.

No ale naj­pierw mu­sia­ła się spo­tkać jesz­cze z tym cy­wil­nym kon­sul­tan­tem do spraw in­te­gra­cji. Ste­fa­nem Ma­ri­nem. Nie cier­pia­ła dupka. No ale to nie zna­czy, że ma ją zo­ba­czyć nie­uma­lo­wa­ną. Aż ta­kie­go hard­co­ru nie chcia­ła mu fun­do­wać.

*

Ty­tro­po­wie Zie­mia­nom ko­ja­rzy­li się z du­ży­mi, wło­cha­ty­mi pa­ją­ka­mi. Lu­dzie Ty­tro­pom ko­ja­rzy­li się z ja­kimś typem ro­ba­ków, pa­so­ży­tu­ją­cych na zwie­rzę­tach ho­do­wa­nych na ich ro­dzi­mej pla­ne­cie. Nie wia­do­mo kto wy­glą­dem so­jusz­ni­ków był bar­dziej obrzy­dzo­ny.

No ale przy­naj­mniej me­ta­bo­li­zmy obu ga­tun­ków były za­dzi­wia­ją­co zbli­żo­ne. Na tyle, że za­rów­no Ty­tro­po­wie mogli się od biedy żywić ziem­ską żyw­no­ścią lio­fi­li­zo­wa­ną i kon­ser­wa­mi (i w chwi­li ko­niecz­no­ści ro­bi­li to, gło­śno pro­te­stu­jąc na smak), jak lu­dzie (choć ra­czej ci o moc­niej­szych żo­łąd­kach) mogli jeść przy­po­mi­na­ją­cą wy­glą­dem gu­lasz, mię­sną papkę swych pa­ję­czych so­jusz­ni­ków. Zresz­tą w ra­mach in­te­gra­cji cza­sem pró­bo­wa­no urzą­dzać wspól­ne po­sił­ki, które z re­gu­ły koń­czy­ły się ja­kimś drob­nym lub więk­szym in­cy­den­tem dy­plo­ma­tycz­nym. Wi­gi­lia rok wcze­śniej też się skoń­czy­ła skan­da­lem, gdy de­le­ga­cja Ty­tro­pów zja­dła cho­in­kę, na do­miar złego się nią za­tru­wa­jąc.

Ty­tro­po­wie i lu­dzie mieli wszyst­kie po­wo­dy, by się nie­na­wi­dzić i jeden powód, by trwać w so­ju­szu. Tym po­wo­dem był wspól­ny wróg – Delta.

No a wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że do kon­fron­ta­cji z Deltą doj­dzie lada mo­ment.

*

Ty­tro­po­wie mimo ty­się­cy lat roz­wo­ju swej tech­no­lo­gicz­nej cy­wi­li­za­cji nie zre­zy­gno­wa­li nigdy z uży­wa­nia pierw­szej broni miotającej – łuków. Lu­dzie w o wiele krót­szym cza­sie zdą­ży­li za­stą­pić łuki ku­sza­mi, kusze ha­kow­ni­ca­mi, ha­kow­ni­ce ka­ra­bi­na­mi, a ka­ra­bi­ny bla­ste­ra­mi. Po­dob­ni pa­ją­kom so­jusz­ni­cy two­rzy­li za to coraz do­sko­nal­sze łuki i strza­ły. Dla­te­go wła­śnie od po­przed­nie­go Bo­że­go Na­ro­dze­nia ko­man­dor Iva Mol­nar mu­sia­ła wszę­dzie ze sobą tasz­czyć nie­wy­god­ny pre­zent: bo­ga­to zdo­bio­ny łuk z si­łow­ni­ka­mi, po­zwa­la­ją­cy­mi go na­cią­gnąć prak­tycz­nie bez uży­wa­nia siły, z koł­cza­nem róż­no­rod­nych strzał – ra­kie­to­wych, la­se­ro­wych, ma­new­ru­ją­cych i wielu in­nych, któ­rych spe­cy­fi­ki nawet nie roz­szy­fro­wa­ła.

Teraz Iva prze­pa­ra­do­wa­ła przed fron­tem po­łą­czo­nych wojsk wła­śnie z tym łu­kiem, wy­pu­ści­ła w po­wie­trze kilka róż­no­ko­lo­ro­wych strzał sy­gna­ło­wych, które grzecz­nie wró­ci­ły do koł­cza­nu jak tylko za­trzy­ma­ła się na szczy­cie po­dium dla mów­ców. Za­rów­no wy­strze­le­nie jak i po­wrót strzał wy­wo­ła­ły wśród Ty­tro­pów ra­do­sne oży­wie­nie, bę­dą­ce ich od­po­wied­ni­kiem owa­cji na sto­ją­co. Brzmia­ło to jak zbio­ro­wy ka­szel.

Gdy burza kasz­lu się uspo­ko­iła ko­man­dor Mol­nar za­czę­ła prze­mo­wę:

– Ge­ne­ra­le Taju Szysz­cza­chrza­chan, ofi­ce­ro­wie i żoł­nie­rze ty­trop­scy, a także wy, żoł­nie­rze Im­pe­rium Słoń­ca… za ty­dzień wi­gi­lia, tra­dy­cyj­ne, ludz­kie świę­to, które już raz ce­le­bro­wa­li­śmy wspól­nie. I teraz bę­dzie­my rów­nież je razem świę­to­wać… Poza in­sta­la­cja­mi ty­po­wo mi­li­tar­ny­mi od­da­my też wkrót­ce bu­dow­le o innym prze­zna­cze­niu. Nieco opóź­ni się bu­do­wa kom­plek­su roz­ryw­ko­we­go, ale za to zgod­nie z pla­nem od­da­my do użyt­ku nowe po­wierzch­nie skle­po­we. Dziś pod­ję­łam de­cy­zję o prze­zna­cze­niu więk­szych za­so­bów na roz­bu­do­wę ha­bi­ta­tów o ko­leb­ki po­ło­go­we i prze­trwal­nię po­na­ro­dzi­no­wą, po­win­ni­śmy więc zdą­żyć przed wa­szym se­zo­nem lę­go­wym…

Za­wie­si­ła głos, po­zwa­la­jąc wy­brzmieć ko­lej­ne­mu ata­ko­wi zbio­ro­we­go kasz­lu u so­jusz­ni­ków, po czym szyb­ko prze­szła do ogól­ne­go apelu o wzmo­żo­ny wy­si­łek, bo „je­ste­śmy na ostat­niej pro­stej, którą trze­ba prze­biec, dając z sie­bie wszyst­ko, a nie prze­peł­znąć”.

Po niej głos za­brał ge­ne­rał Ty­tro­pów, Taj Szysz­cza­chrza­chan, gra­tu­lu­jąc jej i sobie, suk­ce­sów z przy­go­to­wa­niem wspól­nej bazy; a na­stęp­nie jesz­cze paru cy­wil­nych ofi­cje­li obu stron. Iva wie­dzia­ła, że czeka ją jesz­cze dziś długa i trud­na dys­ku­sja z Tajem, od­no­śnie roz­ło­że­nia środ­ków i mapy przy­szłych in­we­sty­cji – tak cy­wil­nych jak i mi­li­tar­nych – ale była w bo­jo­wym na­stro­ju i za­mie­rza­ła do­piąć wszyst­kich swo­ich celów, nawet po wło­cha­tym tru­pie Taja… No może nie do­słow­nie, ale jed­nak uwa­ża­ła, że le­piej od pa­ję­cza­ka wie, co dla wspól­nej ko­lo­nii jest naj­lep­sze.

*

Bitwy w prze­strze­ni ko­smicz­nej po­tra­fią trwać ty­go­dnia­mi i mie­sią­ca­mi, ale o ich roz­strzy­gnię­ciu de­cy­du­ją zwy­kle mi­nu­ty, se­kun­dy, a cza­sem ułam­ki se­kund. Tak było i tym razem.

Przez błęd­ną ocenę do­ko­na­ną przez sztucz­ną in­te­li­gen­cji okrę­tu ad­mi­ral­skie­go, krą­żow­nik ten, chlu­ba dwu­na­stej floty Im­pe­rium Słoń­ca, zna­lazł się w polu ra­że­nia za­rów­no dział prze­ciw­ni­ka jak i resz­ty dwu­na­stej floty i po pro­stu wy­pa­ro­wał. W po­wsta­łym cha­osie dwie po­zo­sta­łe duże jed­nost­ki Zie­mian – Lek­kie Krą­żow­ni­ki Mię­dzy­gwiezd­ne klasy Ten­ryu – wy­co­fa­ły się w prze­ciw­nych kie­run­kach i zo­sta­ły wkrót­ce potem osob­no znisz­czo­ne, nie mogąc sobie wza­jem­nie udzie­lić wspar­cia, na­to­miast flota Ty­tro­pów zło­żo­na z sze­ściu okrę­tów li­nio­wych i nie­zli­czo­nej licz­by ka­no­nie­rek wspar­cia, pró­bu­jąc od­sko­czyć, wpa­dła na rój ziem­skich min, o któ­rych Zie­mia­nie za­po­mnie­li Ty­tro­pów po­in­for­mo­wać. To czego nie znisz­czy­ły miny, zo­sta­ło zma­sa­kro­wa­ne przez ostrzał głów­nych ba­te­rii dwóch del­tań­skich su­per­nisz­czy­cie­li. Przez jakiś czas jesz­cze wal­czy­ły Ty­trop­skie my­śliw­ce i ziem­skie my­śliw­ce bez­za­ło­go­we, ale del­tań­czy­cy zmu­si­li je do walki typu dog fight, w bar­dzo bli­skim dy­stan­sie. A w ta­kich star­ciach, oko w oko z nie­przy­ja­cie­lem, pra­wie się o niego ocie­ra­jąc, Del­tań­czy­cy byli za­wsze dużo lepsi za­rów­no od pa­ją­ków, jak i od ludzi.

Wy­ła­py­wa­nie i nisz­cze­nie nie­do­bit­ków trwa­ło jesz­cze kilka go­dzin, ale bitwa zo­sta­ła w sro­mot­ny spo­sób prze­gra­na. Klę­ska była to­tal­na i nie­spo­ty­ka­na w hi­sto­rii do­tych­cza­so­wych starć, nawet Del­tań­czy­cy byli za­sko­cze­ni roz­mia­rem swego zwy­cię­stwa i z po­cząt­ku mu nie do­wie­rza­li. No ale gdy w końcu uwie­rzy­li wy­sto­so­wa­li do bazy pla­ne­tar­nej ul­ti­ma­tum.

*

W od­róż­nie­niu od Cy­be­rian, z któ­ry­mi lu­dzie pro­wa­dzi­li bez­li­to­sną wojnę, na fron­cie roz­cią­ga­ją­cym się po prze­ciw­nej stro­nie Im­pe­rium Słoń­ca, w kie­run­ku ra­mie­nia Orio­na, Del­tań­czy­cy byli prze­ciw­ni­ka­mi uzna­wa­ny­mi za dość cy­wi­li­zo­wa­nych. Zie­mia miała pod­pi­sa­ny z Deltą układ o po­sza­no­wa­niu jeń­ców wo­jen­nych i po­ro­zu­mie­nie w spra­wie nie nisz­cze­nia przej­mo­wa­nych pla­net.

Prak­ty­ka wy­ni­ka­ją­ca z tych po­ro­zu­mień była taka, że jeśli pla­ne­ta lub księ­życ były po­zba­wio­ne in­sta­la­cji mi­li­tar­nych, to po prze­gra­nej w prze­strze­ni, stro­na prze­gry­wa­ją­ca prze­ka­zy­wa­ła to ciało nie­bie­skie stro­nie wy­gra­nej bez roz­le­wu krwi, a per­so­nel na­ziem­ny był in­ter­no­wa­ny. Do wy­mian jeń­ców do­cho­dzi­ło w cza­sie krót­kich ale dość czę­stych za­wie­szeń broni.

W przy­pad­ku baz z ist­nie­ją­cy­mi in­sta­la­cja­mi obron­ny­mi naj­czę­ściej było po­dob­nie, przy czym prze­gry­wa­ją­cy przed ich opusz­cze­niem je z re­gu­ły wy­sa­dza­li. W bar­dzo nie­licz­nych przy­pad­kach do­cho­dzi­ło do walk na po­wierzch­ni, gdy in­sta­la­cje były po­tęż­ne, a prze­gry­wa­ją­ca flota nadal ope­ro­wa­ła gdzieś bli­sko w prze­strze­ni, dając na­dzie­ję, na szyb­ki kontr­atak i prze­ję­cie ini­cja­ty­wy.

O ile w tym przy­pad­ku, Uro, czwar­ta pla­ne­ta ukła­du Xart­gos, gdzie re­zy­do­wa­ły głów­ne siły Zie­mian i Ty­tro­pów rze­czy­wi­ście miała in­sta­la­cje mi­li­tar­ne, to sens ich obro­ny był nikły – po­łą­czo­na flota obu Im­pe­riów zo­sta­ła w tym miej­scu zu­peł­nie ani­hi­lo­wa­na, na od­siecz nie było co li­czyć.

Dla­te­go Iva Mol­nar, mimo swych roz­bu­cha­nych am­bi­cji, do­szła do wnio­sku, że nie ma sensu ry­zy­ko­wać ży­ciem żoł­nie­rzy i na­le­ży ka­pi­tu­lo­wać. Ge­ne­rał Ty­tro­pów, Taj Szysz­cza­chrza­chan, bę­dą­cy for­mal­nie jej prze­ło­żo­nym, był prze­ciw­ne­go zda­nia, ar­gu­men­to­wał, że Ty­tro­po­wie nie mieli z Del­tań­czy­ka­mi żad­ne­go po­ro­zu­mie­nia o trak­to­wa­niu jeń­ców, ka­pi­tu­la­cja ozna­cza­ła dla nich pewną śmierć, tym strasz­niej­szą, że tuż przed okre­sem lę­go­wym. Del­tań­czy­cy zło­ży­li za­pew­nie­nie, że oszczę­dzą Ty­tro­pów, jed­nak stary ge­ne­rał im nie do­wie­rzał.

Dwa dni przed wi­gi­lią za­czę­ła się bitwa o pla­ne­tę.

*

Bitwę tę potem zwano „krwa­wą wi­gi­lią na Uro”. Zie­mia­nie ak­ty­wo­wa­li ge­ne­ra­to­ry pola si­ło­we­go i mio­ta­cze pól gę­stych, ziem­skie my­śliw­ce at­mos­fe­rycz­ne po­de­rwa­no na­tych­miast do lotu, pró­bu­jąc prze­chwy­cić pod­cho­dzą­ce do lą­do­wa­nia barki Del­tań­czy­ków, na­to­miast siły po­wietrz­ne Ty­tro­pów miały sta­no­wić drugą linię obro­ny.

Wszyst­ko to zdało się na nic. Flota del­tań­ska bez­li­to­śnie ostrze­li­wa­ła obroń­ców z or­bi­ty, del­tań­skie drony za­głu­sza­ły sys­te­my na­pro­wa­dza­nia ziem­skich my­śliw­ców i mimo że część barek zo­sta­ła znisz­czo­na, to więk­szość me­chów del­tań­skich bez prze­szkód wy­lą­do­wa­ła na po­wierzch­ni, szyb­kim mar­szem zmie­rza­jąc w kie­run­ku mio­ta­czy pól gę­stych. Gdy pola gęste zo­sta­ły wy­łą­czo­ne, same pola si­ło­we nie były w sta­nie obro­nić pla­ne­ty przed ostrza­łem dział jo­no­wych i ge­ne­ra­to­ry jeden po dru­gim padły. Na­stęp­nie Del­tań­czy­cy przy­pu­ści­li bom­bar­do­wa­nie głów­nych cen­trów obro­ny po­ci­ska­mi ter­mo­ją­dro­wy­mi.

Do­pie­ro wtedy, gdy więk­szość so­jusz­ni­czych po­zy­cji wy­pa­ro­wa­ła, albo zmie­ni­ła się w ki­pią­cą zupę, Del­tań­czy­cy przy­stą­pi­li do wła­ści­we­go de­san­tu.

Ko­man­dor Iva Mol­nar miała szczę­ście – jej bun­kier do­wo­dze­nia znaj­du­ją­cy się w naj­głęb­szych sztol­niach sys­te­mu pod­ziem­nych ko­ry­ta­rzy nie zo­stał zlo­ka­li­zo­wa­ny. Ge­ne­rał Taj Szysz­cza­chrza­chan, któ­re­go kwa­te­ra znaj­do­wa­ła się w gór­skich tu­ne­lach mógł­by mówić o szczę­ściu tylko w tym sen­sie, że jego śmierć była na­tych­mia­sto­wa. Mógł­by, o ile pa­ją­ki mają ja­kieś swoje za­świa­ty, w któ­rych mogą komuś opo­wia­dać jak zgi­nę­li.

Bitwa się za­koń­czy­ła a za­czę­ło się wy­ła­py­wa­nie szczu­rów z pod­ziem­nych ko­ry­ta­rzy. Szczu­ro­ła­pa­mi były del­tań­skie dro­idy, szczu­ra­mi nie­do­bit­ki Ty­tro­pów i ludzi.

*

– To już ko­niec… – wy­szep­ta­ła Na­ta­sza.

– Nie mów tak… od­ra­tu­je­my cię – skła­ma­ła Iva pró­bu­jąc co­kol­wiek zro­bić z tą pa­skud­ną raną, choć­by to, żeby nie wy­glą­da­ła tak okrop­nie. Żaden opa­tru­nek się tu nie mógł już zdać na nic, ale ko­man­dor mimo to opa­try­wa­ła… i opa­try­wa­ła… aż skoń­czy­ły się wszel­kie me­dy­ka­men­ty jakie miała pod ręką.

– Iva…

– Tak?

– Nie wy­szły nam te świę­ta, co?

– Nie wy­szły… Już wo­la­ła­bym, żeby znów cho­in­kę zje­dli…

Na­ta­sza wy­da­ła z sie­bie prze­cią­głe wes­tchnie­nie, coś za­bul­go­ta­ło pod opa­trun­kiem, jej głos tra­cił moc, sta­wał się szep­tem. Wy­cią­gnę­ła rękę i gła­dzi­ła po­li­czek ko­chan­ki zo­sta­wia­jąc na nim krwa­wy ślad.

– Nie po­wie­dzia­łaś mi nigdy…

– Czego?

Oczy za­szły jej mgłą.

– Naj­waż­niej­sze­go… – wy­sa­pa­ła ostat­nim wy­sił­kiem.

Ekran ze­sta­wu me­dycz­ne­go wy­płasz­czył wszyst­kie linie. Na­ta­sza była mar­twa.

– Bałam się… – od­po­wie­dzia­ła Iva ze łzami w oczach – że gdy po­wiem… te dwa słowa… to cię stra­cę…

*

– Pani ko­man­dor – ze­staw tłu­ma­czą­cy od­da­wał bez­na­mięt­nie słowa pa­ję­czej matki – Bła­gam…

– Nie! – wy­krzyk­nę­ła Iva.

– Dla­cze­go?

– Wy bez­mó­zgie, nie­czu­łe, po­zba­wio­ne em­pa­tii be­stie… – Słowa jej utknę­ły w gar­dle. – Precz! Precz! Zejdź mi z oczu! Spier­da­laj!

Pa­ję­czy­ca sku­li­ła się w sobie po czym od­bie­gła str­wo­żo­na.

– Nie­na­wi­dzę was!! – krzyk­nę­ła jesz­cze Iva za nią.

– O co po­szło? – spy­tał Ste­fan Marin.

Iva spoj­rza­ła na niego nie­na­wist­nie:

– Jakim cudem jesz­cze żyjesz, jak tylu lep­szych…

Wzru­szył ra­mio­na­mi:

– Je­stem cy­wi­lem. Nie pcham się na pierw­szą linię fron­tu…

– Ja­kie­go fron­tu? Ja­kie­go fron­tu do dia­bła? – prych­nę­ła Iva. – Tu nie ma żad­ne­go fron­tu… tylko bez­sen­sow­na bie­ga­ni­na po ko­ry­ta­rzach… Na­ta­sza… Rey­nard… Adam… wszy­scy zgi­nę­li… a teraz… teraz już nie ma dokąd ucie­kać… zbli­ża się ko­niec…

– Wiem. Bębny, bębny grają w głę­bi­nach…

– Co?

– Nic… to cytat z bar­dzo sta­rej książ­ki…

– Co?!

– Nie­waż­ne… pro­szę się uspo­ko­ić, pani ko­man­dor…

Iva usia­dła. Wciąż miała pa­ję­czy łuk na ple­cach. Koł­czan był pra­wie pusty. Prze­ła­do­wa­ła ari­sa­kę. Tę samą, którą no­si­ła ze sobą Na­ta­sza. Licz­nik po­ka­zy­wał ostat­nie trzy­dzie­ści po­ci­sków.

– Ko­man­dor? Czym mam ko­men­de­ro­wać? – po­wie­dzia­ła bar­dziej do sie­bie niż do kon­sul­tan­ta.

– Co chcia­ła matka Ty­tro­pów?

– Co chcia­ła? Ha… co chcia­ła… dobre sobie… idź, sam jej spy­taj…

Ste­fan Marin mil­czał i ni­g­dzie się nie ru­szył. I tak nie miał dokąd iść.

– Jesz­cze tutaj? – Iva ob­rzu­ci­ła go nie­przy­tom­nym spoj­rze­niem – Idź do pająków… do ich matki, powiedz, że się zga­dzam… i tak niedługo wszyscy zginiemy… niech to bę­dzie taki wi­gi­lij­ny pre­zent dla nich…

– Nie ro­zu­miem… Na co się pani zga­dza?

– Sam mi wpie­rałeś, że po­trzeb­ne są im ko­leb­ki po­ło­go­we i prze­trwal­nia po­na­ro­dzi­no­wa, praw­da?

– Tak.

– Stres zwią­za­ny z walką przy­spie­szył im cykle… nie mają gdzie zło­żyć jaj…

Ste­fan Marin wzru­szył znów ra­mio­na­mi:

– To wy­ma­ga­ło­by ogrom­nej masy sub­stan­cji or­ga­nicz­nej… nie mamy tyle…

– Ależ mamy – za­śmia­ła się hi­ste­rycz­nie Iva – w tych czar­nych wor­kach, pod ścia­ną…

– Ale…

Śmiech Ivy przeszedł w nieludzki chichot, gdy dostrzegła z jaką zgrozą Marin zaczął się przyglądać ułożonym w rzędy workom ze zwłokami poległych. Wtem komandor prze­sta­ła się śmiać i nad­spo­dzie­wa­nie spo­koj­nie oświad­czy­ła:

– Na­ta­sza tak za­wsze ma­rzy­ła o dzie­ciach… teraz bę­dzie miała ich ty­sią­ce… Bie­gnij, nim się roz­my­ślę! Wieszcz pa­ją­kom Dobrą Nowinę i życz We­so­łych Świąt!

 

Pobiegł. Gonił go upiorny śmiech.

Koniec

Komentarze

Cześć :)

Ogólnie ciekawe opowiadanie. Jest pomysł i dobre wykonanie, może bez fajerwerków, ale jest ok. Bohaterów da się polubić, przedstawiona historia ma sens. Cała historia jest spięta czymś w rodzaju klamry, na początku towarzyszymy Ivie i Nataszy, następnie jest ogólny opis bitwy i znowu Iva. Nie wiem, czy to specjalnie, ale, w każdym razie, dobrze wyszło. 

Pod koniec ładnie przedstawiasz emocje, doskonale widać panikę Ivy. Zastanów się tylko, czy na pewno jest tam potrzebne tyle wielokropków.

 

No może nie dosłownie, ale jednak uważała, że lepiej od pajęczaka wie, co dla wspólnej kolonii jest najlepsze.

*

Bitwy w przestrzeni kosmicznej potrafią trwać tygodniami i miesiącami, ale o ich rozstrzygnięciu decydują zwykle minuty, sekundy, a czasem ułamki sekund. Tak było i tym razem.

Przez błędną ocenę dokonaną przez sztuczną inteligencji okrętu admiralskiego, krążownik ten, chluba dwunastej floty Imperium Słońca,

Jednak w tym fragmencie się pogubiłam. Jaki krążownik? Przecież przed chwilą jeszcze paradowała z łukiem i dopiero wspominała o bitwie. Zwłaszcza, że w następnym fragmencie będzie opisany dopiero początek bitwy.

Tytropowie mimo tysięcy lat rozwoju swej technologicznej cywilizacji nie zrezygnowali nigdy z używania pierwszej dystansowej broni – łuków

chyba pierwszo dystansowej

– Ależ mamy – zaśmiała się histerycznie Iva – w tych czarnych workach, pod ścianą…

Uciekają w tych korytarzach, ledwo żywi, ale mają czas by pakować zmarłych w worki? I skąd wzięli te worki?

 

Nie mam niestety żadnej osoby, której mógłby dać je do przeczytania przed publikacją, więc z góry przepraszam za chropawość

Zawsze można skorzystać z opcji betalisty :)

 

Wesołych Świąt :)

edit: tu masz link, gdzie jest wyjaśnione, o co chodzi z betalistą :) https://www.fantastyka.pl/loza/17

@Oluta Dziękuję bardzo za odwiedziny, trud przeczytania moich wypocin i wszelkie komentarze i wskazówki!

Spróbuję się do nich szczegółowo odnieść:

 Ogólnie ciekawe opowiadanie. Jest pomysł i dobre wykonanie, może bez fajerwerków, ale jest ok. Bohaterów da się polubić, przedstawiona historia ma sens. Cała historia jest spięta czymś w rodzaju klamry, na początku towarzyszymy Ivie i Nataszy, następnie jest ogólny opis bitwy i znowu Iva. Nie wiem, czy to specjalnie, ale, w każdym razie, dobrze wyszło.

 

Cieszę się, że opowiadanie zaciekawiło. Klamra to zabieg celowy.

 

Pod koniec ładnie przedstawiasz emocje, doskonale widać panikę Ivy. Zastanów się tylko, czy na pewno jest tam potrzebne tyle wielokropków.

 

Co do dużego nagromadzenia wielokropków – to taka moja maniera pisarska i trochę chyba znak rozpoznawczy, no ale widzę, że tutejszy licznik znaków liczy wielokropek jako trzy znaki a nie jeden więc będę się niestety tego oduczyć musiał.

 

 

Jednak w tym fragmencie się pogubiłam. Jaki krążownik? Przecież przed chwilą jeszcze paradowała z łukiem i dopiero wspominała o bitwie. Zwłaszcza, że w następnym fragmencie będzie opisany dopiero początek bitwy.

 

Zupełnie czym innym jest bitwa w przestrzeni kosmicznej, miliony kilometrów od planety, czym innym ta na planecie. Najwidoczniej niezbyt jasno to określiłem. Chwilowo nie mam pomysłu jak oddać to lepiej, że chodziło o dwie różne bitwy – jedną z dala od planety, która jednak przesądziła o jej losie i drugą – już na samej planecie – rozpaczliwą i nieco beznadziejną obronę straconych pozycji – może wpadnę na jakąś modyfikację jak to zrobić nie przekraczając limitu 15k znaków.

 

chyba pierwszo dystansowej

dokonałem poprawki "broni dystansowej" na "broń miotającą" co powinno rozwiać wątpliwości o co mi chodziło – o pierwszą, wynalezioną przez cywilizację Tytropów broń typu miotającego (akurat neurobalistyczną)

 

 

Uciekają w tych korytarzach, ledwo żywi, ale mają czas by pakować zmarłych w worki? I skąd wzięli te worki?

Widocznie zbyt skrótowo lub w mylący sposób to opisałem, chciałem uzyskać tu atmosferę klęski i zwątpienia, jednak przecież jeszcze struktury dowódcze działają, jeszcze jest jako taka organizacja, jeszcze istnieje hierarchia więc to jeszcze nie jest ten moment by porzucać swoich rannych i zabitych. Może rzeczywiście worki to przesada, skoro mają braki w zaopatrzeniu to pewnie i worków mieć nie powinni, choć w wojsku i chaosie wojen często dochodzi do sytuacji, gdy rzeczy najpotrzebniejszych (jak amunicja) nie ma, a rzeczy bez których można by się obejść (jak te nieszczęsne worki) są. Musiałbym się zastanowić jak to oddać lepiej, ale podobnie jak w przypadku rozdzielenia bitwy kosmicznej od planetarnej nie mam na tę chwilę pomysłu.

 

Zawsze można skorzystać z opcji betalisty :)

Chętnie o tym "betowaniu" przeczytam zaraz, ale obawiam się, że ono wzajemności wymaga, a ja niestety z wielkim trudem znajduję czas na czytanie, wyszarpuję życiu z gardła, w krwawej walce czas na pisanie, a pomaganie komuś – jeśli istotnie ma coś wartościowego przynieść – wymagałoby wnikliwej analizy cudzego tekstu, kilkukrotnego przezeń przebrnięcia i krytycznego spojrzenia… I z pewnością wymigując się od tego typu aktywności szybko (i słusznie) zasłużę na miano pasożyta. Choć nie ukrywam, że z takiej pomocy bym chętnie skorzystał, choćby dlatego, że przygotowuję opowiadanie na Eklektyczny Konkurs ze Skarbami i Kopciuszkiem i mimo, że tekst jest nieskończony, to już wygląda na sześćdziesiąt tysięcy znaków a nie na wymagane 30k. Przy okazji da się tu jakoś PRZED PUBLIKACJĄ sprawdzić długość tekstu wg. licznika strony? Bo procesor tekstu pokazuje dużo mniej, więc "Pajęczą Madonnę" musiałem nagle skracać o 2 tysiące znaków, by zmieścić się w limicie (i mogło to zmniejszyć zrozumiałość tekstu i zwiększyć jego chaotyczność)

 

Jeszcze raz dziękuję za wskazówki i życzę Wesołych Świąt!

 

Cześć, Jim :)

Jak na pierwsze opowiadanie jest całkiem całkiem. Sam styl – warsztat jak i opisywanie poszczególnych scen – bardzo mi się podobał, więc dobrze się czytało. Nie przestawaj pisać, a na pewno będzie jeszcze lepiej.

Jednak sama historia niezbyt mnie wciągnęła. Polubiłam główne bohaterki, ale jak na tak krótkie opowiadanie za dużo było opisów w zasadzie nieważnej historii. Nie serwuj czytelnikowi tylu informacji o świecie w tekście z 15 tys. znaków, bo… przynudzasz ;) Przynajmniej mnie.

Obiektywnie podoba mi się zakończenie, jednak nie poczułam tego znaczenia – nie przywiązałam się do tych pająków na tyle, abym cieszyła się z ich jaj.

Generalnie jednak opowiadanie na plus. Pisz, pisz dalej!

 

 

Zawiesiła głos[+,] pozwalając wybrzmieć kolejnemu atakowi zbiorowego kaszlu u sojuszników, po czym szybko przeszła,[-,] do ogólnego apelu o wzmożony wysiłek, bo „jesteśmy na ostatniej prostej, którą trzeba przebiec[+,] dając z siebie wszystko[+,] a nie przepełznąć”.

 

Wy bezmózgie, nieczułe, pozbawione empatii bestie… – sSłowa jej utknęły w gardle[+.] – Precz! Precz! Zejdź mi z oczu! Spierdalaj!

 

– Jakiego frontu? Jakiego frontu do diabła? – prychnęła Iva[+.]tTu nie ma żadnego frontu… tylko bezsensowna bieganina po korytarzach…

 

Powodzenia w konkursie! :)

 

 

EDIT: 

Przy okazji da się tu jakoś PRZED PUBLIKACJĄ sprawdzić długość tekstu wg. licznika strony?

Przy wstawianiu lub edycji na dole masz STATUS. Kliknij w wersję roboczą i twój tekst będzie wyglądał dokładnie jak opublikowany (więc zobaczysz ilość znaków), jednak opublikowany nie będzie. Chcąc go opublikować wejdź w edycje i ustaw na gotowy tekst :) 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

@LanaVallen dzięki za miłe słowa i przepraszam, że Cię na śmierć zanudziłem. Chciałem w opowiadaniu dokonać pewnej celowej zmiany tempa narracji w środku (w sensie tak: szybko-wolno-szybko) i masz rację, w przypadku tak krótkiego tekstu było to idiotyczne. Na razie jednak tak zostawiam, może się komuś utwór spodoba w tej formie.

Dzięki za wszystkie uwagi co do dialogów i przecinków – pokornie je naniosłem.

 

Obiektywnie podoba mi się zakończenie, jednak nie poczułam tego znaczenia – nie przywiązałam się do tych pająków na tyle, abym cieszyła się z ich jaj.

No rzeczywiście – trochę tu jakby za mało o tych jajach – w pierwotnej wersji, przed skrótami, było o tym więcej.

Dla równowagi, w bagrołkach, które szykuję na konkurs eklektyczny jest za to chyba o jajach aż za dużo i to do tego stopnia, że zacząłem je w głębi duszy nazywać "Balladą o jajach". A ponieważ tekst tam ma być na tylko 30k znaków, a uparcie wychodzi mi dwukrotnie więcej, będę musiał kogoś zaprosić do betowania, kto mi z tego opowiadania ten nadmiar pomoże obciąć (auć!). Piszesz się? ;-)

 

Pamiętam, że jak pierwszy raz brałam udział w tutejszym konkursie, to też nie poradziłam sobie z limitem i musiałam ciąć i upychać… Wyszło kiepsko.

Ballada o jajach brzmi ciekawie, ale hm… musiałaby być to komedia xD

Jak chodzi o betę – z chęcią pomogłabym ci w ocenie całości, lecz nie czuję się kompetentna do obcinania znaków, bo sama tego nie potrafię zbyt dobrze we własnych tekstach, dlatego staram się pisać tak, aby niczego nie musieć ciąć ;) A ty mówisz o połowie tekstu i to sf! Jednak jak ktoś już ci z tym pomoże, wtedy mogę zerknąć :D 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Dość niezwykły prezent gwiazdkowy sprawiła pani komandor swoim sojusznikom, niezwykły, ale i w świątecznym duchu dbania o innych.

W krótkim opowiadaniu zarysowany szkic międzygwiezdnego konfliktu, trudnego sojuszu i jeszcze całkiem bliskiej miłości. Nieuniknione infodumpy rozsiane po opowiadaniu, prawdopodobnie można było je bardziej "wmasować" w tekst. 

Podoba mi się klimat twardego, brudnego sci-fi, nieoczywiste zakończenie i naszkicowane tło. Udane opowiadanko, gratuluję!

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Czołem.

Mam nadzieję, że w pełni rozumiesz, iż komentarz czytelnika to nic więcej, jak zbiór subiektywnych opinii, które nie muszą (często nie są) spójne z punktem widzenia innych czytelników. :-)

Na plus. Bardzo ładnie opowiadasz. Sprawnie napisane i naprawdę przyjemnie się czytało. 

Jest też minus i to spory. W moim odczuciu, nie ma w tej historii bohaterów z krwi i kości. Opowiadanie przypominało w znacznej części suchy opis, jaki spotykamy w podręcznikach. Zabrakło mi pokazania relacji i emocji między bohaterkami. I może bym to jeszcze jakoś przełknął, ale nie w sytuacji, kiedy pod koniec wspomniałeś, że były kochankami, a przyznam, że niewiele na to wskazywało. Pierwsza scena mogła sugerować, lecz gdybyś nie wspomniał o tym wprost, pomyślałbym, że zwyczajnie dzieliły ze sobą kajutę/pokój. To się zdarza i nie musi kończyć się aktami seksualnymi.

To dobrze, że zadałeś sobie trud wytłumaczyć czytelnikowi logikę stworzonego świata, ale szkoda, że nie poprzez bohaterów. Czytając, przypomniało mi “Zgasić słońce” Szmidta. Większość tego tomu stanowił opis bitwy i wyjaśnianie konstrukcji świata. Ale tkwię w przekonaniu (o ile pamięć mnie nie myli), że wszystko to czytelnik otrzymywał poprzez działanie i punkt widzenia głównego bohatera. I tą drogę wprowadzania w świat gorąco polecam.

P.S.

Serio dobrze fechtujesz piórem. :-)

No ale najpierw musiała się spotkać jeszcze z tym cywilnym konsultantem do spraw integracji. Stefanem Marinem. Nie cierpiała dupka. No ale to nie znaczy, że ma ją zobaczyć nieumalowaną. Aż takiwgo hardcoru nie chciała mu fundować. 

Wykreśliłem to, co moim zdaniem zbędne. Zwłaszcza słówko "no" – wstrętnie wygląda. Podobnie "hardkor" i nie przekonuje mnie nawet jako stylizacja, ale całe zdanie w którym pada bym wywalił. 

Pogrubiłem powtórzenie. 

Nie rozbijałbym też pierwszego i drugiego zdania na dwa, tam wystarczy przecinek. 

 

Zresztą w ramach integracji czasem próbowano urządzać wspólne posiłki, które z reguły kończyły się jakimś drobnym lub większym incydentem dyplomatycznym

Może konsensusem byłaby kuchnia fusion? :P

 

No a wszystko

Tytropowie mimo tysięcy lat rozwoju swej technologicznej cywilizacji nie zrezygnowali nigdy z używania pierwszej broni miotającej – łuków.

W sumie… jeśli mają kilka ramion to i automatyczne przeladowanie niepotrzebne. :P

 

No ale gdy w końcu uwierzyli

 

Muszę przyznać, że dawno z taką przyjemnością nie czytało mi się militarnego sci-fi. 

Motyw świąteczny wplotles bardzo zręcznie. Na tyle zręcznie, że mógłby to być rozdzialik powieści sci-fi i nie byłoby ani zgrzytniecia. 

Podobał mi się pomysł na kosmitów i na łuki, choć tu mam jedno zastrzeżenie. Ten łuk. Myślałem że pod koniec kogoś nim zabije, a tak to mamy taką strzelbę, co nie wystrzeliła w ostatnim rozdziale (no, trochę wystrzeliła, ale słabiej niż oczekiwałem). 

Ogólnie to bardzo mi się podobało, świetne opowiadanie i uniwersum warte wykorzystania, styl lekki i przyjemny, może troszkę zbyt kanciasty, ale wytniesz te wszystkie no ale i będzie dobrze. :) 

 

Cześć, Jim :)

 

Zacznę od plusów dodatnich: podoba mi się ten świat, podoba mi się lekko ironiczna narracja, podoba mi się zakończenie, podoba mi się nawet ta relacyjna część, gdzie całą wojnę traktujesz niemalże w depeszowym skrócie – uważam, że to dobry pomysł. Jest to też sprawnie napisane i wprawdzie poniżej znajdziesz długą listę usterek, nie są one poważne, głównie interpunkcja szwankuje plus parę dość typowych błędów. Ale ogólnie klimat taki trochę lemowski, trochę ironiczny, przez chwilę myślałam, że będziesz mnożył kolejne cywilizacje w nieskończoność i że o to chodzi ;)

Plusy ujemne: tę relację w środkowej części można by podkręcić. Albo jeszcze bardziej “udepeszowić”, skrócić, albo zdynamizować. Albo jedno i drugie. Bo faktem jest, że w pewnym momencie tekst trochę siada i nawet przez chwilę zastanawiałam się, czy nie odpłynąłeś całkiem od bohaterki. Takoż i nad postaciami można by troszkę popracować, bo wyszły troszkę papierowe, w sumie najwięcej sympatii wzbudził we mnie nieszczęsny generał, który zginął ;)

A, plus za węgierskie nazwiska :) A że lubię militarne klimaty, to za to też.

Ogólnie: udany debiut!

 

A teraz technikalia i łapanka.

Drobna uwaga interpunkcyjna: nadużywasz wielokropka ;) Wielokropki są irytujące, a większość z nich nie jest Ci potrzebna. Mówię to z własnego bolesnego doświadczenia, bo sama ich strasznie, zwłaszcza w dialogach, nadużywałam i teraz nawet w pierwszych opublikowanych tekstach bym większość z nich wycięła ;)

 

prosiła przymilnie porucznik Natasza Nagy[+,] przeciągając się.

Niewykluczone, że znajdzie się ktoś, kto cię pogoni za tę aliterację. Mnie to nie przeszkadza, ale lojalnie uprzedzam ;)

– Nie – odpowiedziała zagadnięta, nie odwracając się od szyby[+.] – Ubierz się.

– Niedługo święta – powiedziała Natasza[+,] podskakując przy wciąganiu nogawek spodni[+.] – Co ci dadzą tym razem? Kolejny łuk?

Iva wzruszyła ramionami:

Tu (i zaraz dalej też, w tym o Nataszy; potem jest jeszcze coś takiego) powinna być kropka, a nie dwukropek, bo to nie wprowadza bezpośrednio wypowiedzi.

 

sojusz[-,] sojuszem

wyżynaliśmy się

 

→ wyrzynaliśmy się

 

– Wiesz[+,] jak to idiotycznie wygląda?

 

– Ta-jest – odparła Natasza służbiście[+.] – nNiech ci będzie

Tak chyba lepiej, ale to sugestia.

 

generał Tytropów tutaj[-,] i jej ludzcy przełożeni

ale zarówno jedna jak i druga zwierzchność była zupełnie iluzoryczna. Mogła wreszcie rządzić się tu jak chciała.

Zwierzchność mogła się rządzić? Jak zmieniasz podmiot, to potem domyślny będzie się odnosił do ostatniego :)

 

No ale najpierw musiała się spotkać jeszcze z tym cywilnym konsultantem do spraw integracji. Stefanem Marinem. Nie cierpiała dupka. No ale to nie znaczy, że ma ją zobaczyć nieumalowaną.

Tytropowie mimo tysięcy lat rozwoju swej technologicznej cywilizacji

Zaimki dzierżawcze w polszczyźnie należy ograniczać do koniecznego minimum, a tu wiadomo, że raczej nie rozwijali cywilizacji cudzej ;)

 

zdążyli zastąpić łuki kuszami, kusze hakownicami, hakownice karabinami, a karabiny blasterami

Jak mogłeś opuścić muszkiety? ;) Ale ogólnie koncepcja rozwoju łuków mi się podoba :)

 

łuk z siłownikami, pozwalającymi go naciągnąć praktycznie bez używania siły

Nie najlepiej to wygląda

 

które grzecznie wróciły do kołczanu[+,] jak tylko zatrzymała się na szczycie podium dla mówców

I lepiej: kiedy. Jak w tej funkcji jest potoczne i w neutralnej narracji niekoniecznie pasuje.

 

Gdy burza kaszlu się uspokoiła[+,] komandor Molnar zaczęła przemowę:

Tu dwukropek jest uzasadniony, ale niekonieczny.

 

oddamy też wkrótce budowle o innym przeznaczeniu. Nieco opóźni się budowa kompleksu rozrywkowego, ale za to zgodnie z planem oddamy

To oczywiście jest prawdopodobne w improwizowanej wypowiedzi, ale w literaturze lepiej mimo wszystko unikać, dopóki nie sprawi to, że wypowiedź zrobi się nienaturalna.

 

Po niej głos zabrał generał Tytropów, Taj Szyszczachrzachan, gratulując jej i sobie, sukcesów z przygotowaniem wspólnej bazy; a następnie jeszcze paru cywilnych oficjeli obu stron.

Średnik → przecinek

 

Przez błędną ocenę dokonaną przez sztuczną inteligencji okrętu admiralskiego[-,] krążownik ten,

Inteligencji → inteligencję

 

Czy zdanie zaczynające się od “W powstałym chaosie” jest celowo takie długie? Jeśli nie, pocięłabym je, bo trochę się czytelnik w nim gubi.

 

Tytropskie myśliwce

Przymiotnik małą literą

 

zmusili je do walki typu dog fight

Rozważyłabym wzięcie dog fight w cudzysłów lub zaznaczenie kursywą

 

No ale gdy w końcu uwierzyli[+,] wystosowali do bazy planetarnej ultimatum.

Nie lepiej byłoby zacząć to zdanie od zwykłego “A”?

 

przy czym przegrywający przed ich opuszczeniem je z reguły wysadzali

Przeformułowałabym (kolejność?), bo dziwnie się na tym wieszam.

 

Generał Tytropów, Taj Szyszczachrzachan, będący formalnie jej przełożonym, był przeciwnego zdania, argumentował, że Tytropowie nie mieli z Deltańczykami żadnego porozumienia o traktowaniu jeńców, kapitulacja oznaczała dla nich pewną śmierć, tym straszniejszą, że tuż przed okresem lęgowym.

Podzieliłabym na dwa zdania, zaczynając drugie od “Argumentował”. To też rada z doświadczenia, bo mnie strasznie goniono, zarówno na uczelni, jak i tu, za długie i skomplikowane cycerońskie okresy ;)

 

gdy większość sojuszniczych pozycji wyparowała[-,] albo zmieniła się w kipiącą zupę,

jej bunkier dowodzenia[+,] znajdujący się w najgłębszych sztolniach systemu podziemnych korytarzy[+,] nie został zlokalizowany.

To jest opcjonalne, ale chyba lepiej będzie potraktować to jako wtrącenie, będzie czytelniej.

 

Szyszczachrzachan, którego kwatera znajdowała się w górskich tunelach[+,] mógłby

w których mogą komuś opowiadać[+,] jak zginęli.

Pająki… zginęli. Nie wiem, jak wybrnąć z tego, że do pająki w zasadzie powinno być “zginęły”. Może zostaw, to takie uczłowieczone pająki.

 

Bitwa się zakończyła[+,] a zaczęło się wyłapywanie szczurów z podziemnych korytarzy.

skłamała Iva[+,] próbując cokolwiek zrobić z tą paskudną raną,

W tym samym zdaniu “choćby to” zamieniłabym na “choćby tyle”

 

wszelkie medykamenty[+,] jakie miała pod ręką.

Wyciągnęła rękę i gładziła policzek kochanki[+,] zostawiając na nim krwawy ślad.

 

– Pani komandor[+.] – zZestaw tłumaczący oddawał beznamiętnie słowa pajęczej matki[+.] –

To też opcjonalne, ale bardziej ortodoksyjne.

 

 

Słowa jej utknęły w gardle.

Raczej: Słowa utknęły jej w gardle. I może ugrzęzły?

 

Pajęczyca skuliła się w sobie[+,] po czym odbiegła strwożona.

Iva spojrzała na niego nienawistnie:

Kolejny dwukropek → kropka. I dalej, z wzruszył ramionami to samo.

 

Co chciała matka Tytropów?

Czego chciała. Dalej też.

 

Nie jestem pewna, czy pasuje mi ten jeden wulgaryzm – do bohaterki nie bardzo, choć z drugiej strony może się aż tak wkurzyła ;) Ale cały tekst jest pisany takim dość eleganckim językiem.

http://altronapoleone.home.blog

Fajny tekst z zaskakującym twistem. Ciekawe bohaterki, warto by je może lepiej czytelnikowi przedstawić, żeby autentycznie poczuł żal po śmierci Nataszy. Pokazujesz je krótko na początku, a potem, na końcu, dowiaduję się o śmierci Nataszy, nie miałam czasu jej poznać, zżyć się z nią.

W środku sporo infodumpów, a bohaterek prawie wcale. Gdyby tak się dało popatrzeć na wojnę ich oczami, byłoby perfekcyjnie. Za to końcówką mnie ująłeś, doskonała wyszła.

Łapankę już masz, więc powiem tylko, że czytało się dobrze. Szwankuje trochę interpunkcja i to się czuje. Generalnie – fajny debiucik :)

Posyłam do Biblio :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ja tam nie jestem żaden specjalista, sam raczkuję w pisaniu, ale mam trzy rzeczy które bym Ci doradził. Po pierwsze za dużo wielokropków. Piszesz, że to Twój znak rozpoznawczy, ale dla czytelnika takiego jak ja, a i podejrzewam większość innych czytelników, nie jest to pozytywny znak rozpoznawczy. Po drugie, zbyt wiele zdań zaczyna się od "No". Nie wygląda to dobrze, czasem, kiedy wymaga tego sytuacja można tego użyć, ale w tym opowiadaniu, jak na moje, było tego za dużo. Po trzecie, dialogi. Sam też nie umiem zrobić tego tak, jak powinno być to profesjonalnie zrobione, co nawet w tym konkursie mi pokazano, ale uważam że jest dużo lepiej, niż to co wstawiłem przed poradami użytkowników. Tak czy siak, polecam wpisać sobie u wujka gógla, jak pisać dialogi i będzie dużo lepiej. Ponarzekałem, to teraz plusy. Masz wyobraźnię, masz chęci do pisania i podstawy do tego, żeby pisać zajebiste rzeczy. Trzymam kciuki, powodzenia w konkursie, i wszystkiego co najlepsze!

Cześć.

 

Kilka uwag:

 

I teraz będziemy również je razem świętować…

I teraz także będziemy je razem świętować?

 

Do wymian jeńców dochodziło w czasie krótkich ale dość częstych zawieszeń broni.

Przecinek przed “ale”?

 

Mógłby, o ile pająki mają jakieś swoje zaświaty, w których mogą komuś opowiadać jak zginęli.

Tak się nad tym zastanawiam… Skoro to tacy nasi sojusznicy, z którymi nawet wigilię razem świętujemy, to powinniśmy mieć pojęcie o ich wierzeniach. Taki totalny brak wiedzy zdaje się być za wielką ignorancją.

 

 

Jeszcze te worki mnie ubodły, podobnie, jak Olutę. Też wydaje mi się to mało realistyczne. Napisz po prostu, że przyglądali się zwłokom / ciałom poległym i tyle.

 

Jeszcze też kwestia wielokropków. To nieszczególnie dobry znak rozpoznawczy. Spróbuj to z siebie wyrzucić :)

 

Co mniej mi się podobało, to kwestia tego, że ludzie z pajączkami zdecydowali się na walkę.

Wydaje mi się to z grubsza nielogiczne. Owszem, pajączki miały wiele do stracenia, ale z opisu bitwy i totalnego pogromu wynikało jedno – są skazani na porażkę i nic innego nie wchodzi w grę, skoro przeciwnicy dysponują tak potężną flotą.

Wobec tego, pajączki, nawet mając 10% szans na przeżycie, kurczę, nawet 1%, to i tak mieli więcej, niż ta pewna zagłada.

 

Poza tym całkiem niezłe opowiadanie. Fajnie opisany świat, konflikt, relacja bohaterek (choć tyci tu zabrakło emocji). Ogólnie czytałem z przyjemnością. Nawet ta bitwa, choć króciutka – miała w sobie pewien sens :)

Pozdro!

Interesująca historia. Jak na tę liczbę znaków, sporo wepchnąłeś do tekstu. Lubię taką gęstą prozę, więc mi się spodobało.

Ale że mają robaki do nas podobne? Zgroza! Rozumiem, że kolor skóry czy jej faktura mogą być podobne. Ale po co robakom ręce?

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka