- Opowiadanie: maciekzolnowski - Proces: Murckowski eksperyment

Proces: Murckowski eksperyment

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Proces: Murckowski eksperyment

Dzień Wigilii

W domu dziadków z Murcek odbywał się właśnie jeden z tych hucznych zjazdów rodzinnych. Było sporo dorosłych, ale i dzieciarni przy stole nie brakowało. Wszyscy zdawali się być z biesiady zadowoleni, tylko jeden Jasiu grymasił niemiłosiernie:

– Ja nie chcę zupy z gwoździa, chcę normalną. Boję się, że się czymś zadławię.

Słysząc to, dziadek Władek wyjął i odstawił na brzeg talerza kawałeczek metalu, który został wcześniej sprytnie zakamuflowany pod liściem kapusty.

– A widzisz?! Mam! – powiedział. – Nie musisz się już obawiać, to były ostatki.

Chciał coś jeszcze dodać, lecz w tym samym momencie rozległ się przeraźliwy dzwonek.

– Ciekawe, kto przyszedł? Może mały Michu? – spytała babcia i poleciła Siunkowi, najdowcipniejszemu z wujków, by mu otworzył. – Otwórz i wypuść też psa przy okazji.

– Przyszedł Michu, przyszedł Michu. Idź i spuść psa – śmiał się i przedrzeźniał staruszkę wujaszek.

Ale to nie był ani namolny kuzynek, ani stryjek od nutrii, lecz ktoś zupełnie inny. Na dworze zrobił się od razu straszny raban, na podwórze zajechały jakieś wozy, a na sygnale policja i nie wiadomo skąd zjawili się też nagle aktywiści z transparentami: „Precz z przemocą wobec dzieci! Precz z molestowaniem!”. Wszyscy natychmiast wstali od stołu i pogonili do okien. Nawet utykająca na lewą nogę ciotka Ewa się tam znalazła. Nie wyglądała na szczęśliwą, o, nie. Spojrzała na Mikołaja z wyrzutem i spytała:

– No, co żeś znów przeskrobał, hm?

– Ja? Nic. – Była jego ciotką, ale nie różnili się zbytnio wiekiem. – A co miałbym przeskrobać? – odrzekł z pewnym wahaniem Mikołaj. – Poczekaj, w ogóle wszyscy poczekajcie, zaraz to wyjaśnię, to nie może być nic poważnego – powiedział i udał się do wyjścia długimi ciemnymi schodami.

Gdy dochodził już do drzwi, te otworzyły się z impetem i do środka wtargnęli ojciec z synkiem. Czy rzeczywiście był to ojciec z synkiem, tego nikt nie wie, ale w każdym razie para wyglądała na rodzinę, przy czym chłopczyk był jeszcze mały i trzymał się kurczowo swojego o dwadzieścia lat starszego opiekuna.

– Czy to ten, Olafku? – spytał ojciec wskazując na Mikołaja.

– Tak, to ten – odparł dzieciak z niesamowitą pewnością w głosie.

Nieznajomy chwycił oskarżonego mocno za ramię i prawie na siłę wywlókł na zewnątrz, gdzie już za chwilę miał odbyć się nad nim sąd. Biedak nie stawiał oporu i w ogóle nie bardzo wiedział, o co chodzi. Chłopczyka co prawda kojarzył z placu zabaw, ale ten bezczelny typ, który ośmielił się przeszkodzić w posiłku, był mu całkiem, całkiem obcy. "Boże, co ja takiego uczyniłem?" – bił się z własnymi myślami. "Może faktycznie coś jest na rzeczy i nie jestem znowu aż takim niewiniątkiem, za jakie siebie uważam?".

Na podwórzu chmara rozsierdzonych kobiet bacznie mu się przyglądała. Transparenty przemykały przed oczami jeden po drugim, jak w kalejdoskopie. Mundurowi na razie nie reagowali, choć widać było, że gotują się już do wyjścia z auta. Sytuacja stawała się zwolna napięta.

– Dlaczego zabrał mi pan rowerek? – dzieciak złapał Mikołaja za rękaw i zaczął nim szarpać.

– Ja? Rowerek? Jaki rowerek? Nie przypominam sobie, młody, bym ci go kiedykolwiek zabierał. – Nie przypominał, za to zaczął dostrzegać absurdalność zgromadzenia i całej tej cholernej sytuacji.

W pewnym momencie nie wytrzymał, zamierzał nawet palnąć niesfornego malca w łeb, ten zaś go opluł. I natychmiast na podwórzu zrobiło się jeszcze goręcej i jeszcze gwarniej. Znów dało się słyszeć postulaty o bezstresowym wychowaniu dzieci i młodzieży, zaniechaniu stosowania przemocy czy powstrzymaniu się od zachowań, które by można było uznać za niedwuznaczne. I Mikołaj zaczął zastanawiać się nad tym, co też właściwie robił owego feralnego dnia na placu zabaw, o czym rozmawiał z malcem, który z początku wydał mu się zupełnie obcy, i czy faktycznie niczego mu z rąk nie wyrywał, a jego wątpliwości rosły z każdą kolejną minutą i każdą sekundą. W oczach tych wszystkich ludzi, posądzających go niemalże o gwałt i wszystko to, co najgorsze, dostrzegł dziwną pewność siebie: im większa była to pewność i im donośniejsze stawały się ich okrzyki, tym wyraźniej stawał mu przed oczami obrazek krzywd, jakie malcowi wyrządził albo też mógł wyrządzić. „Boże, jak mogłem to uczynić?” – zastanawiał się po cichu. „Przecież kocham wszystkie dzieci, nawet te niegrzeczne, jazgocące i niedobre! A jaki wstyd! No jaki wstyd! Pomyśleć, że taki niefajny prezent sprawiłem rodzince na gwiazdkę! I po co ta szopka? Po co to całe przebieranie się za świętego Mikołaja i w ogóle?!”.

Wtem do akcji wkroczyli policjanci. O nic go nawet nie zapytali, tylko zakuli w kajdany, wsadzili do radiowozu i zabrali na komisariat.

 

Dwa dni wcześniej

Naukowe Koło Socjologii Eksperymentalnej nie próżnowało. Mimo że zbliżała się już Wigilia, panie wybierały kolejnego doświadczalnego królika – swoją przyszłą ofiarę.

– Może ten? – spytała kobieta z dredami. – Ten by się nadał, myślę. Katolik, nie karany, bez nałogów, zdeklarowany narodowiec i patriota, ale nie chuligan. A już na pewno nie pedofil, co to to nie. To jak to tym razem rozegramy? Dzwonimy do Lwówka po Martę czy po kogoś innego?

– No jasne, może być Marta, choć ona jest ostatnio bardzo zapracowana i musi jeździć po fundusze do Niemiec – odpowiedziała doktorantka w okularach. – Trzeba by jakiegoś chłopczyka podstawić i dawaj z nim na placyk. Da się zrobić, da! No baby, łączmy się!

– Dobra, robimy to, jeden warunek: on musi być naprawdę niewinny, niech myśli, że jest, ale niech nie będzie, okej? A zatem koła naukowe wszystkich krajów, łączcie się! 

 

W świecie równoległym

W fabryce świętego Mikołaja gdzieś na krańcu tęczy wszystko było już zapięte na ostatni guzik, a robota posuwała się pełną parą.

– Ej! – zaniepokoił się nagle ubrany na czerwono jegomość. – A gdzie rowerek!?

– Jaki rowerek?! – odparł elf Olaf i począł wymijająco kręcić główką oraz się cofać. – Nie mam żadnego, a jeśli nawet, to go i tak nie oddam. I już!

Mikołaj złapał niesfornego psotnika za lewo ucho i z całej siły zaczął nim potrząsać. Zamierzał lekko unieść Olafka, tak, że ten musiał rychło stawać na maciupkich paluszkach, by nie zemdleć z palącego bólu. Stawać musiał, ale pluć nie. Jednocześnie też wykrzykiwał i wylewał swe żale, jak to elf:

– Aua, auć! No dobrze, już dobrze, oddaję, Mikołaj daruje i nie molestuje mnie więcej, zwracam w całości, w jednym kawałeczku! Ech, i pomyśleć, że mógłby to być taki piękny prezencik ode mnie dla mnie – westchnął na sam koniec i spuścił wzrok. – Zasrany, kurde, rowerek! Chińsko-lapoński szajs!

– Hola! Przy pracy nie przeklinamy, co innego w knajpie, z kolegami przy porterze! – pouczył starzec i już gonił tu i tam, i już się uśmiechał, radośnie majstrował przy taśmie z podarunkami, a i stuosobowa wytwórnia śmigała na całego, ofiarując dzieciom zmaterializowane i najcudowniejsze na świecie sny. 

Koniec

Komentarze

Czy to nie było przygotowane na Konkurs Świąteczny?

W każdym razie przyznam, że nie bardzo rozumiem a) związek między kołami naukowymi a fałszywym oskarżeniem o kradzież rowerka, b) związek powyższego z prawdziwym Mikołajem z Laponii. Właściwie to wcale nie rozumiem. Przeczytałam z lekkim zainteresowaniem, ale po zakończeniu lektury żadnych refleksji nie mam.

 

“chłopczyk był jeszcze mały i trzymał się kurczowo swojego o kilkanaście lat starszego opiekuna.” – Kilkanaście lat? Dzieci robią dzieci?

 

“nie jestem znowu aż takim niewiniątkiem, za jakiego siebie uważam?".” – Niewiniątkiem za jakie.

 

“palnął odruchowo niesfornego malca w łeb” – Zdecydowanie protestuję. Propagowanie bicia dzieci jest wysoce naganne. A jakby jakiś obcy gość uderzył moje dziecko, to bym mu jaja urwała. Nie rozumiem, czemu ojciec dziecka w ogóle nie zareagował (nawet jeśli był podstawiony).

 

W pewnym momencie nie wytrzymał – palnął odruchowo niesfornego malca w łeb, ten zaś go opluł. I natychmiast na podwórzu zrobiło się jeszcze goręcej i jeszcze gwarniej. Znów dało się słyszeć postulaty o bezstresowym wychowaniu dzieci i młodzieży, zaniechaniu stosowania przemocy czy powstrzymaniu się od zachowań, które by można było uznać za niedwuznaczne. I Mikołaj w pewnym momencie zaczął zastanawiać się nad tym, co też właściwie robił owego feralnego dnia na placu zabaw, o czym rozmawiał z malcem, który z początku wydał mu się zupełnie obcy, i czy aby na pewno niczego mu z rąk nie wyrywał, a jego wątpliwości rosły z każdą kolejną minutą i każdą sekundą. W oczach tych wszystkich ludzi, posądzających go o gwałt już prawie, dostrzegł dziwną pewność siebie: im większa była to pewność…”

 

“W oczach tych wszystkich ludzi, posądzających go o gwałt już prawie, dostrzegł dziwną pewność siebie:” – Co to za konstrukcja? O gwałt już prawie…?

 

“Po co to całe przebieranie się za Mikołajka i w ogóle?!”.” – Mikołajka?

 

“Mimo[-,] że zbliżała się już Wigilia”

 

“– Może ten? – spytała kobieta w dredach.” – Raczej: z dredami.

 

cała wytwórnia śmigała na całego

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki wielkie za cenne uwagi. Poprawiłem je wszystkie. I nie, na konkurs tego nie napisałem. Związek, o którym wspominasz jest raczej luźny, oniryczny i ma opierać się na nieskrępowanych skojarzeniach czytelnika. Przyznam, że mnie zadowoliłyby dwie pierwsze części tego tekstu (bez ostatniej), i to najlepiej jako teatr telewizji. Taka ewentualna sztuka mogłaby się nazywać, dajmy na to, “Wkręt”, “Zły eksperyment”, “Siła perswazji”, “Potęga tłumu”, “Intryga” albo właśnie “Proces”.

Zgadzam się z przedmówczynią, że tekst jest dość zagmatwany, ale podoba mi się to, jak sugeruje pewne rzeczy bez mówienia wszystkiego wprost. Da się dostrzec pewne powiązania, które sprawiają, że historia intryguje, choć żałuję, że jest tak krótka. Piszesz przyjemnie i dobrze się to czyta, a ewentualne błędy w niczym tu nie przeszkadzały. 

A ewentualne błędy w niczym tu nie przeszkadzały. 

No właśnie, błędy chętnie bym wyrugował, bo sam fakt, że o nich wiem mnie boli. Ale dzięki w każdym razie za przeczytanie i pozostawienie swego śladu. :) 

 

 

Hej, Anonimie!

Fajny początek z tą zupą z gwoździa :P Bardzo intrygujący, więc byłam ciekawa świata przedstawionego. Potem jednak poszło w trochę zbyt duży chaos jak dla mnie i nie do końca jestem pewna, czy zrozumiałam. Mimo to nie zaliczyłabym tej lektury do nieprzyjemnych, wręcz przeciwnie. Także zaczęło się świetnie, później mogło być lepiej.

 

Powodzenia w dalszym pisaniu! :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Dzięki za komentarz i przeczytanie tekstu, Lana. Jak widzisz, już się odanonimowałem. A zupa z gwoździa, ach, ta zupa z gwoździa to… moje dzieciństwo, o którym nieraz pisałem. Pozdrawiam serdecznie! M :)

Skusiły mnie te Murcki, ale nie dość, że to chyba nie były te moje (koło Katowic) to jeszcze i tekst okazał się nie być w moich klimatach. No, nie zrozumiałem.

Wydaje mi się, że dużo więcej dał by mi do myślenia, gdyby zakończył się w dniu Wigilii. Dwie końcowe sceny, jak dla mnie, wprowadzają nadmiarowy chaos.

Dzięki za opinię, Fizyku. Faktycznie za dużo tutaj chaosu, ale z drugiej strony miały pojawić się li tylko luźne skojarzenia. I masz rację, chodziło o Murcki pod Katowicami. Kiedyś mieszkali tam moim bliscy ze strony ojca. Pozdrawiam! :)

Dopóki znajdowałam cień klimatu Twoich pierwszych opowiadań, było OK. Potem straciłam orientację, przestałam cokolwiek pojmować, a do pełnego niezrozumienia przyczyniło się Na­uko­we Koło So­cjo­lo­gii Eks­pe­ry­men­tal­nej. Maćku, o co tu chodzi?

 

a na sy­gna­le Po­li­cja… –> …a na sygnale policja

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hejka!

No tekst wypadł mi na dyżur, więc wpadłem, mając za zadanie bojowe tekst na swój sposób zrozumieć, ale niestety próba ta zakończyła się wielkim niepowodzeniem. Muszę podpisać się więc pod niektórymi opiniami – nie zrozumiałem. Dziwny szort – podzielony na trzy części, które są zupełnie inne, ale mają pewnie jakieś powiązanie ze sobą. Jeszcze połączenie pierwszej części z trzecią – tu rowerek, tam rowerek, tu przemoc, tam przemoc, ale… nic więcej. Ale ta druga część dla mnie kompletnie z Mikołajskiej czapy – pewnie tu również w zamyśle miało być jakieś powiązanie, ale nie wiem, do głowy Ci nie wejdę ;) 

Pozdro! 

 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O - Chada

Hejka Near!

Dzięki, że wpadłeś i oceniłeś. Tak jak napisałem wcześniej, to miał być w zamyśle eksperyment i zabawa wolnymi skojarzeniami. Myślę w każdym razie, że przynajmniej dwa pierwsze fragmenty są w pełni czytelne. Zgadzam się natomiast, że nie jest to najbardziej udany tekst.

Pozdrawiam!

MZ 

Nowa Fantastyka