- Opowiadanie: mortecius - Salon Podróży Astralnych

Salon Podróży Astralnych

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Użytkownicy, wilk-zimowy, Finkla

Oceny

Salon Podróży Astralnych

________________________________________________________

|ZO­BACZ KRA­NIEC ŚWIA­TA!

|DO­ŚWIADCZ NIE­ZWY­KŁE­GO!

|PO­DRÓ­ŻUJ PO ZIEMI, NIE WY­CHO­DZĄC Z DOMU!

|OD­WIEDŹ SALON PO­DRÓ­ŻY ASTRAL­NYCH!

|(Adres oraz wska­zów­ki do­jaz­du znaj­dziesz na dru­giej stro­nie)

|_______________________________________________________

 

– Miła moja, przy­jem­ność wiel­ką od­czuł­bym, gdy­byś ra­czy­ła ob­ja­śnić, o czym trak­tu­je ten marny świ­stek prze­two­rzo­ne­go drze­wa – rze­kłem do swej po­ło­wi­cy na widok wiel­ce za­gad­ko­we­go, wo­niejące­go krę­tac­twem druku.

– Ależ Ta­de­uszu! Po­dejrz­li­wość twa jest tu zbęd­na; to nic in­ne­go, jak naj­praw­dziw­szy, wspa­nia­ły znak na­szych cza­sów; pierw­szo­rzęd­nych i fe­no­me­nal­nych, nigdy bo­wiem dotąd pod­czas całej zna­nej nam hi­sto­rii nie mógł czło­wiek z taką ła­two­ścią i swo­bo­dą sty­kać się z ge­nial­ny­mi dzieć­mi umy­słów wy­na­laz­ców. To dzię­ki tym dziar­skim gło­wom nie­wy­go­dy po­dró­ży już wkrót­ce po­pad­ną w za­po­mnie­nie, a hałas i odór kolei pa­ro­wych nie bę­dzie fra­so­wał twej de­li­kat­nej na­tu­ry.

– O czym­że ty do mnie prze­ma­wiasz, Teo­do­ro? Wszak bez po­dró­żo­wa­nia nie spo­sób osią­gnąć po­dró­ży celu! W jaki spo­sób dane by nam było po­czuć przy­jem­ny chłód Bał­ty­ku na skó­rze, bryzę szep­cą­cą do uszu, go­rą­cy pia­sek w dło­niach, gdyby nie kolej? Rację masz, iż nie pałam do po­cią­gów zby­tecz­ną sym­pa­tią, ale aby być uczci­wym, nawet ja przy­znać muszę, iż bez niej wy­go­dy życia na­sze­go ule­gły­by zmia­nie wprost dra­ma­tycz­nej!

– A jed­nak, Ta­de­uszu, idzie nowe!

–  Na­tu­ra moja po­zo­sta­je w tym wy­pad­ku scep­tycz­na. Wo­la­ła­byś całą drogę, z na­szej willi wspa­nia­łej, odbyć no­wo­cze­snym po­wo­zem? Wy­go­da może i więk­sza, ale i czas dłuż­szy! Uświa­da­miać ci chyba nie muszę, iż kosz­ty in­dy­wi­du­al­ne­go na­pę­du pa­ro­we­go prze­wyż­szy­ły­by nasz rocz­ny do­chód, wcale nie­ma­ły!

– Miły, nie powóz to, który zresz­tą nie tak wy­god­ny mi się zdaje.

– Cóż więc?

– Oczy duszy!

– Do łez roz­ba­wiasz mnie, żono moja, ale nie chmurz się, pro­szę! Nie po­są­dza­łem cię dotąd o tak da­le­ce idącą ła­two­wier­ność, to wszyst­ko! Ci wy­na­laz­cy, któ­rych przy­wo­łu­jesz, nie mogli do­wieść duszy ist­nie­nia. Rada na­uko­wa już wieki temu udo­wod­ni­ła – ponad wszel­ką wąt­pli­wość, jeśli pa­mięć cię za­wo­dzi w tej kwe­stii – iż w cia­łach na­szych nie ma miej­sca na nie­zba­da­ne. Od lat, a może i od wie­ków nauka ana­to­mii opi­sa­ła, na­zwa­ła, a nawet spor­tre­to­wa­ła ab­so­lut­nie wszyst­kie na­rzą­dy, or­ga­ny i kości ludz­kie, a jest ich, że uprzej­mie przy­po­mnę, dwa ty­sią­ce sto trzy­dzie­ści sie­dem. Wię­cej: nie jeden, nie dwóch, a całe po­ko­le­nia uczo­nych, ba­da­czy i my­śli­cie­li zro­bi­ły wszyst­ko, żeby prze­kre­ślić każdą nie­pew­ność, za­strze­że­nie czy obiek­cję w tym wzglę­dzie. Or­ga­nizm przed­sta­wi­cie­la ga­tun­ku ludz­kie­go jest znany na wylot, do szczę­tu. Brak w nim miej­sca na nie­re­al­ną, nie­rze­czy­wi­stą, spe­ku­la­tyw­ną duszę. A to do­pie­ro po­czą­tek dys­kur­su! Gdyż przy­to­czy­łem za­le­d­wie racje od­no­szą­ce się do fi­zycz­no­ści; nie muszę chyba wspo­mi­nać wszyst­kich od­kryć my­śli­cie­li, fi­lo­zo­fów, mę­dr­ców? Tylko nauka jest wiecz­na, a my prze­mi­ja­my!

– Ta­de­uszu, za­wsze po­dzi­wia­łam cię za twój zdro­wy scep­ty­cyzm i od­da­nie nauce! Ale tym razem racji nie masz! Sama wiary nie da­wa­łam tym ha­słom, za puste fra­ze­sy je mia­łam! Jed­nak racji po­zba­wio­na byłam; fakty są inne i prze­czyć dłu­żej się nie da. Wraz z Kon­stan­cją, to­wa­rzysz­ką wier­ną wielu po­po­łu­dni, jak i po­ran­ków, mia­ły­śmy oka­zję do­świad­czyć cudu!

– Słowo to jest mi wstręt­ne!

– Tylko, jeśli przyj­miesz je w kon­tek­ście, w jakim uży­wa­ją go lu­dzie nie­chęt­ni nauce, wier­ni sta­rym za­bo­bo­nom! Nie kłóć­my się jed­nak o to, bo nie­zbyt to do­nio­słe, a oboje mamy swoje racje. Jeśli jed­nak po­zwo­lisz, ty rów­nież za­znasz tego, ja­kież to wspa­nia­łe no­win­ki przy­nio­sły do na­szej skrom­nej mie­ści­ny te skrom­ne bro­szur­ki!

– Przy­znać muszę, iż cie­ka­wość we mnie wzbie­ra, cho­ciaż wzdra­gam się nadal na myśl o ja­kiejś nik­czem­no­ści.

– Wy­zbądź się wąt­pli­wo­ści! Za­dzwoń le­piej po lo­ka­ja, niech spo­so­bi bi­cy­kle, aby­śmy mogli zręcz­nie udać się trak­tem w spe­cjal­ne miej­sce, któ­re­go go­ściem już byłam.

– Jak sobie ży­czysz, Teo­do­ro. Czy bę­dzie to kosz­tow­na eks­pe­dy­cja?

– Nie­spe­cjal­nie, jed­nak miej na po­do­rę­dziu do­dat­ko­we za­so­by, gdyż, jak śpie­wał bard: wszyst­ko zda­rzyć się może!

***

– Wi­nien ci je­stem racji od­da­nie, miła moja! Nie­wia­ry­god­ne, nad­zwy­czaj­ne, nie­by­wa­łe! Świat cały u stóp na­szych!

– Cóż wi­dzia­łeś, mężu drogi?

– Wpierw skrom­nie było, ale oszo­ło­mił mnie ten ogrom per­spek­tyw, mno­gość ewen­tu­al­no­ści! Wy­bra­łem więc miej­sce mi znane, uko­cha­ny Bał­tyk mój, jako pierw­szą sta­cję w eks­pre­sie przez glob!

– W pierw­szym od­ru­chu, gdy z Kon­stan­cją pierw­szy raz od­wie­dza­łam salon po­dró­ży astral­nych, mój wybór był taki sam. Póź­niej ska­ka­łam po mapie ni­czym kan­gur, któ­re­go mo­głam zo­ba­czyć na an­ty­po­dach!

– Wsza­koż dla Pol­ski an­ty­po­dy to Pa­cy­fik?

– Igno­ran­cję moją wy­bacz mi, mężu, zbyt wiele po­wie­ści po­pu­lar­no­nau­ko­wych czy­ta­ła mi moja stara nia­nia.

– Och, nie martw się już, mo­tyl­ku.

– Fi­gla­rzu!

– Prze­pra­szam, miła, to moja re­pli­ka na upa­dek ostat­niej ścia­ny wy­obraź­ni, muru nie­zna­ne­go! Od tej pory nauka i wy­na­laz­cy nie będą już ści­gać ma­rzeń, speł­niać pra­gnień, zdo­by­wać ko­lej­nych fan­ta­zji, gdyż wszyst­kie one są już do­ści­gnię­te, speł­nio­ne, zdo­by­te! Ko­lej­ne lata muszą przy­nieść od­kry­cia tak nad­zwy­czaj­ne, że iście nie­ziem­skie!

– A prze­cież za­rzu­ca­łam ci po­chop­ność, gdy wę­szy­łeś w tej wy­bit­nej ini­cja­ty­wie sza­cher­kę i szal­bier­stwo!

– I rację mia­łaś, Teo­do­ro, a ja je­stem kon­tent nie­zmier­nie, iż dałem ci się prze­ko­nać! Szko­da tylko, iż na tym eta­pie roz­wo­ju tego świe­tla­ne­go dla ludz­ko­ści wy­na­laz­ku po­dró­że moż­li­we są je­dy­nie w po­je­dyn­kę!

– Pew­ność mam, iż to tylko kwe­stia czasu!

– Ja takoż. Udaj­my się teraz do na­sze­go dwor­ku, by wspól­nie za­pla­no­wać dal­sze eska­pa­dy!

– Ta­de­uszu! Wsze­la­koż oznaj­mio­no nam, iż po­ha­mo­wać mamy za­miar po­wro­tu na bi­cy­klach na naj­bliż­sze dwie go­dzi­ny?

– Ależ Teo­do­ro, nie czuję, by co­kol­wiek miało za­kłó­cić przy­jem­ność z prze­jażdż­ki! Chyba, że do­zna­jesz nie­po­ko­ju i wo­lisz wstrzy­mać się?

– Skąd­że, w uwa­dze miej też, iż to moje ko­lej­ne do­świad­cze­nie wspa­nia­ło­ści tego miej­sca.

– Po­sta­no­wio­ne zatem! Ru­szaj­my do domu!

***

– No, już, ro­zejść się. Spójrz, Kaziu, ko­lej­ne dwa trup­ki – stwier­dził spo­rych roz­mia­rów męż­czy­zna w mun­du­rze in­spek­to­ra na widok tego, co ta­ra­so­wa­ło drogę. Był to nie­mal ar­ty­stycz­ny ma­riaż pary ludz­kich ciał i po­wy­krę­ca­ne­go me­ta­lu, a wy­sta­ją­ce z ran kości i krzep­ną­ca krew do­da­wa­ła ca­ło­ści nie­mal­że ar­ty­stycz­ne­go wy­dźwię­ku.

– Widzę, Zby­siu, oczy mam nadal spraw­ne, nic się nie martw. I ja nawet wiem, kto to – od­parł Kaziu, czy – jak zwra­ca­li się do niego pod­wład­ni – sier­żant Ka­zi­mierz.

– No, to oświeć nas, skoro taki je­steś po­in­for­mo­wa­ny.

– Ta­de­usz i Teo­do­ra Świę­ciń­scy, mu­sie­li je­chać do swo­je­go dwor­ku w Za­to­niu. Zresz­tą masz tu roz­bi­te bi­cy­kle, któ­ry­mi się po­ru­sza­li.

– Ech, czyli ko­lej­ni klien­ci sa­lo­nu.

– Prze­pra­szam pana, ja­kie­go sa­lo­nu? – wtrą­cił się mil­czą­cy dotąd mło­dzie­niec; rzut oka na jego mun­dur zdra­dzał, iż jest do­pie­ro na pierw­szym szcze­blu ka­rie­ry, tuż po skoń­cze­niu szko­ły dla służb mun­du­ro­wych.

– Sa­lo­nu po­dró­ży astral­nych, młody.

– Co to za miej­sce?

– Takie, do któ­re­go le­piej nie cho­dzić.

– Nie ro­zu­miem. – Twarz mło­dzień­ca przy­bra­ła gry­mas zdzi­wie­nia.

– Boś nadal młody. In­te­li­gen­cja miała naj­pierw ab­synt, potem ero­ty­ki, w końcu ta­tu­aże. Wszyst­ko to nie­groź­ne, nie po­zo­sta­wia­ją­ce trwal­szych śla­dów na ciele i, przede wszyst­kim, psy­chi­ce – wy­kla­ro­wał in­spek­tor.

– No jak to, a ta­tu­aże? – wy­ra­ził wąt­pli­wość chło­pak.

– Poza nimi.

– Ero­ty­ki i ab­synt nie?

– No do­brze, tak mi się po­wie­dzia­ło.

– Sta­rze­jesz się, Zby­siu, skoro tak pro­ste lo­gicz­ne błędy pusz­czasz w wy­po­wie­dziach do po­cząt­ku­ją­cych w za­wo­dzie – za­kpił sier­żant.

– Zaj­mij się może sobą, Kaziu, i swoim wuj­kiem, który nadal ma w domu bi­blię, to wtedy po­ga­da­my.

– To tylko dla celów ba­daw­czych! – krzyk­nął Ka­zi­mierz.

– A ten krzyż nad drzwia­mi pew­nie dla ozdo­by?

– Chciał się wczuć w spo­sób my­śle­nia ludzi ciem­nych, o wą­skich ho­ry­zon­tach!

– No to się wczuł za mocno i mu zo­sta­ło.

– Prze­pra­szam pana in­spek­to­ra, ale nie sły­sza­łem o tym sa­lo­nie – wtrą­cił się mło­dzie­niec, który nadal nie wie­dział, w czym rzecz.

– Bo je­steś z do­brej, pro­stej ro­dzi­ny, młody, która nie kon­te­stu­je rze­czy­wi­sto­ści z nudów nad współ­cze­sną nauką.

– To może po­wiesz mło­de­mu, Zby­siu, co to za miej­sce?

– To takie miej­sce, w któ­rym sa­dza­ją cię w wiel­kim fo­te­lu, za­kła­da­ją hełm na głowę, a potem dają glo­bus do po­trzy­ma­nia i ła­du­ją w po­wie­trze kwa­sik, psy­lo­cy­bi­nę, me­ska­li­nę… – roz­po­czął wy­li­cza­nie in­spek­tor.

– Zby­szek ko­co­po­ły tu wrzu­ca, młody: nie wiemy, co tam do­kład­nie jest.

– No do­brze, Kaziu, nie wiemy do­kład­nie. W każ­dym razie, młody, wrzu­ca­ją im jakiś ha­lu­cy­no­gen, który trzy­ma ze trzy, czte­ry go­dzin­ki twar­do. Jako, że znają się na ro­bo­cie, wcze­śniej wma­wia­ją im, że od­kry­li spo­sób na po­dró­że duszy bez uży­cia ciała, a ci wszy­scy znu­dze­ni in­te­li­gen­ci wcho­dzą w to jak kie­dyś w teo­rię La­marc­ka.

– Młody ra­czej tego nie pa­mię­ta, Zby­siu.

– No to pew­nie uczył się w szko­le. Głupi nie jest, skoro do nas tra­fił.

– Dzię­ku­ję panu, fak­tycz­nie, mie­li­śmy o tym na za­ję­ciach. I co dalej robią z nimi w tym sa­lo­nie?

– Jak im zej­dzie kon­kret­ny odlot to wy­wa­la­ją ich za drzwi, żeby zro­bić miej­sce dla ko­lej­nych. Nawet im mówią, żeby nie kie­ro­wa­li ni­czym przez go­dzi­nę czy dwie, bo ich zda­niem, są zbyt mocno roz­ocho­ce­ni. Część igno­ru­je to za­le­ce­nie, a wynik leży tu przed tobą na trak­cie i bru­dzi fla­ka­mi nowy bruk.

– I nie mo­że­my nic zro­bić? – za­py­tał mło­dzie­niec z nie­do­wie­rza­niem.

– To pseu­do­nau­ka. Nasz nowy rząd jest bar­dzo li­be­ral­ny i teraz każdy może wie­rzyć, w co chce. Zresz­tą mo­żesz się prze­ko­nać, od­wie­dza­jąc wujka Kazia.

– Zby­siu, ja cie­bie pro­szę – jęk­nął sier­żant.

– Do­brze, już daję spo­kój, ro­dzi­ny się nie wy­bie­ra. W każ­dym razie, do­pó­ki tylko twier­dzą, że coś od­kry­li i po­ka­zu­ją to lu­dziom, to nie nasz za­kres obo­wiąz­ków.

– No to co teraz zro­bi­my, pro­szę pana?

– Sprząt­nie­my trupy, po­wia­do­mi­my ro­dzi­nę, wy­śle­my ekipę do zmy­cia krwi i zre­cy­klin­go­wa­nia bi­cy­kli.

– A z sa­lo­nem?

– Przy­wyk­niesz. Kie­dyś znik­nie, znu­dzą się, po­ja­wi się coś no­we­go.

– I pójdą na to, cho­ciaż jest sztucz­ne? Nie­praw­dzi­we?

– Pójdą, pójdą. Je­dy­na rzecz, którą, jak dotąd, nauka okre­śli­ła jako nie­skoń­czo­ną…

– To sama nauka? – ucie­szył się mło­dzie­niec.

– Nie, młody.

– Umysł ludz­ki?

– Chciał­bym.

– Han­del i usłu­gi?

– Brzmi praw­do­po­dob­nie, ale też nie.

– No to co, panie Zbi­gnie­wie? Co ta­kie­go?

– Przy­znam, Zby­siu, żeś i mnie tu za­in­te­re­so­wał – wtrą­cił sier­żant.

– Głu­po­ta ludz­ka.

– Roz­cza­ro­wu­ją­ce.

– Roz­cza­ro­wu­ją­cy, młody, to jest wujek Kazia, zresz­tą naj­lep­szy dowód po­twier­dza­ją­cy słusz­ność tej wznio­słej teo­rii. Dwa inne tu leżą, a jeśli zo­sta­niesz w za­wo­dzie, to za kilka lat sam bę­dziesz mógł do­wol­nej oso­bie taką kon­cep­cję nie­skoń­czo­no­ści wy­ło­żyć.

– Myśli pan?

– Wiem nawet, młody. Py­ta­nie tylko – czy w teo­rii, czy w prak­ty­ce.

Koniec

Komentarze

Tekst był krótki, ale przyznam, że nie przebrnęłam do końca. Stylizacja na dawny język na początku tekstu utrudnia lekturę. Całość stanowi zbiór dialogów w różnych scenach. Trudno zorentować się, o co chodzi, bo brakuje didaskaliów. Być może był to eksperyment. Lepiej zaczynać od klasycznej, sprawdzonej formy, przeplatać dialogi opisami i akcją.

Witaj, Mortecjuszu (jeśli wolisz – Morteci(j?)usie – podmienię). :-)

 

Piątkowy dyżuroszkodnik się kłania . :-)

Tytuł zachęca, bo ciała astralne zajmujące być potrafią. Rzut okiem na całość tekstu – tylko dialogi, znaczy grubo – będzie eksperyment i pojawiła się we mnie lekka obawa, bo chyba tylko jedną książkę czytałam opartą w całości na dialogu. Finezji wymagała niemożliwej, aby konstruować napięcie, rozwiązania i poszczególne sceny. 

 

Przeczytane.

Moim zdaniem naprawdę niezłe. Jest napięcie, czytało się! Dodatkowo stylizujesz i choć czasem mi coś nie zagrało to, generalnie było ok. Poprawiać takiej stylizacji nie podjęłabym się, bo brakuje mi  wiedzy i co najwyżej mogę opierać się na wyczuciu, a one niewiele warte w tym przypadku. 

Dwóch rzeczy jestem pewna, więc tylko o nich napiszę. Stosunkowo często powielają się zaimki i w pewnej partii tekstu słowo „to” oraz ostatni dialog, który proponowałabym, abyś sprawdził pod kątem wypowiedzi trzech osób (były ich trzy?): X, Y, Z. O ile mogę przyjąć jako czytelnik pewien rodzaj zawikłania: Zbysio(szef?), Kaziu (szef?) i młody, to coś się tutaj zaburza, a przynajmniej jest niejednoznaczne, a przy takiej budowie czorta musi być idealnie.

Zbysio i Kazio są starymi wyjadaczami (inspektorami), różniącymi się szarżą (chyba?), mówiącymi do siebie po imieniu i mają pod bezpośrednią opieką młodego, a właściwie chyba jeden z nich ma (?). Dopiero w połowie rozmowy, że jest ich trzech, w momencie, gdy pojawił się młody i pan Zbigniew. Potem próbowałam rozpisać sobie ten dialog na role i niestety nie zawsze jest to jasne.

 

Zatrzymania:

– Miła moja, przyjemność wielką odczułbym, gdybyś raczyła objaśnić mi, o czym traktuje ten marny świstek przetworzonego drzewa – rzekłem do mej połowicy

iż nie pałam do niej zbyteczną sympatią, ale aby być uczciwym, nawet ja przyznać muszę, iż bez niej wygody życia naszego uległyby zmianie wprost dramatycznej!

– Do łez rozbawiasz mnie, żono moja, ale nie chmurz się na mnie

– W pierwszym mym odruchu, gdy z Konstancją pierwszy raz odwiedzałam salon podróży astralnych, mój wybór był taki sam.

– Ignorancję moją przebacz mi, mężu, zbyt wiele powieści popularnonaukowych czytała mi moja stara niania.

Wybacz?

– Przepraszam, miła moja, to moja replika na upadek ostatniej ściany wyobraźni, muru nieznanego!

– Ależ Teodoro, nie czuję, by cokolwiek miało zakłócać przyjemność z przejażdżki! Chyba, że doznajesz niewłaściwych emocji i wolisz wstrzymać się?

Pierwsze – Zakłócić (przyszłość); drugie – za bardzo współczesne.

 – Skądże, w uwadze miej też, iż to moje drugie doświadczenie wspaniałości tego miejsca.

Hmm, wyglądało na to, że połowica ma więcej wizyt w salonie astralnym.

To tylko dla celów badawczych!

– A ten krzyż nad drzwiami to dla ozdoby?

Zaczyna mnożyć się „to”, może – „też”?

– Jak im zejdzie konkretny trip to wywalają ich za drzwi, żeby zrobić miejsce dla kolejnych.

Trip – niejasny, pomijając fakt, że w tym dialogu zaczynasz posługiwać się slango-współczesnym. Chyba te spróbowałabym ujednolić dwa pierwsze z trzecim, aby ten ostatni tak nie odstawał.

I pójdą na to, chociaż to sztuczne?

Może drugie – "jest".

– Wiem nawet, młody. Pytanie tylko,(-,) czy w teorii, czy w praktyce.

 

Posumowując: doceniam, choć chciałoby się (ja jako czytelnik) trochę więcej o tych podróżach astralnych; jest inne i oparte na fajnym, prostym koncepcie i eksperymencie, a temat wiecznie żywy. 

Skarżę do biblio, ale zerknij jeszcze na ten ostatni dialog. ;-)

 

pozdrawiam serdecznie :-)

 

PS. Z czystej ciekawości zapytam – skąd Lamarc? przy czym – wiem, kim był.

PS 2 Spróbuj pokomentować opka innych użyszkodników i trochę włączyć się w obieg, będzie łatwiej z komentarzami. ;-)

Rekomenduję do przeczytania niezawodny poradnik Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback” (copyrajty wklejania – NWM): http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

Portal działa na zasadzie wzajemności.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ando, dziękuję bardzo za opinię! Nie jest to moje pierwsze opowiadanie, dlatego zdecydowałem się na eksperyment :)

Asylum, przede wszystkim dziękuję za ogarnięcie błędów! Czytałem tekst kilka(naście) razy, ale – jak widać – nie udało się wszystkiego wyczyścić. W wolnej chwili

Witaj, Mortecjuszu (jeśli wolisz – Morteci(j?)usie – podmienię). :-)

Obie formy są w porządku, chociaż pierwsza brzmi ładniej po polsku :)

 

Zbysio i Kazio są starymi wyjadaczami (inspektorami), różniącymi się szarżą (chyba?), mówiącymi do siebie po imieniu i mają pod bezpośrednią opieką młodego, a właściwie chyba jeden z nich ma (?).

Zgadza się.

Dopiero w połowie rozmowy, że jest ich trzech, w momencie, gdy pojawił się młody i pan Zbigniew. Potem próbowałam rozpisać sobie ten dialog na role i niestety nie zawsze jest to jasne.

Co prawda osoby, które betowały tekst nie miały tego problemu, ale postaram się przy edycji to wyklarować :)

Posumowując: doceniam, choć chciałoby się (ja jako czytelnik) trochę więcej o tych podróżach astralnych; jest inne i oparte na fajnym, prostym koncepcie i eksperymencie, a temat wiecznie żywy. 

Skarżę do biblio, ale zerknij jeszcze na ten ostatni dialog. ;-)

Dziękuję uprzejmie!

 

PS. Z czystej ciekawości zapytam – skąd Lamarc? przy czym – wiem, kim był.

Pomysł na opowiadanie był taki, że to jest nieco dziwna, steampunkowa Polska z początku XX wieku. Dwójka bohaterów z pierwszej części należy do średniozamożnej klasy intelektualistów, która mówi nietypowym, dziwnym językiem i zajmuje się “byciem na bieżąco” z teoriami i osiągnięciami nauki.

 

PS 2 Spróbuj pokomentować opka innych użyszkodników i trochę włączyć się w obieg, będzie łatwiej z komentarzami. ;-)

Rekomenduję do przeczytania niezawodny poradnik Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback” (copyrajty wklejania – NWM): http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676

Portal działa na zasadzie wzajemności.

Na pewno się zapoznam, dzięki za dobre rady!

 

 

Hejka, Mortecjuszu. :-)

 

Co prawda osoby, które betowały tekst nie miały tego problemu, ale postaram się przy edycji to wyklarować :)

W takim razie poczekaj na innych odwiedzających, bo mogę się mylić. ;-)

Pomysł na opowiadanie był taki, że to jest nieco dziwna, steampunkowa Polska z początku XX wieku. Dwójka bohaterów z pierwszej części należy do średniozamożnej klasy intelektualistów, która mówi nietypowym, dziwnym językiem i zajmuje się “byciem na bieżąco” z teoriami i osiągnięciami nauki.

To zrozumiałam, tylko zastanawiałam się dlaczego właśnie on, z początku dziewiętnastego wieku, a nie już trochę późniejszy Darwin?

Na pewno się zapoznam, dzięki za dobre rady!

Fajnie, zatem będzie można poczytać Ciebie więcej. :-)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

W takim razie poczekaj na innych odwiedzających, bo mogę się mylić. ;-)

Nieco już pozmieniałem – czym innym jednak jest feedback od znajomych, czym innym od bardziej niezależnych osób, które mnie nie znają ;)

To zrozumiałam, tylko zastanawiałam się dlaczego właśnie on, z początku dziewiętnastego wieku, a nie już trochę późniejszy Darwin?

Chodziło o coś, co jest bezdyskusyjnie odrzucone przez osoby ze świata nauki :) Nie ma w tym nic głębszego.

Opowiadanie nieco mnie znużyło. Tragiczna w skutkach podróż do tytułowego Salonu, poprzedzona stylizowaną rozmową okazała się niezbyt zajmująca, choć muszę docenić starania, skutkiem których rzeczona stylizacja prezentuje się całkiem nieźle i należycie staroświecko.

Nieco lepiej wypadła rozmowa mundurowych, choć wplecenie do niej znanej teorii o nieskończoności głupoty ludzkiej, moim zdaniem, nie było najlepszym pomysłem.

Mam nadzieję, Morteciusie, że w Twoich przyszłych opowiadaniach znajdę więcej zajmującej treści, a dialogi okażą się bardziej interesujące.

 

wiel­ce za­gad­ko­we­go, wo­nią­ce­go krę­tac­twem druku. ―> …wiel­ce za­gad­ko­we­go, wo­nieją­ce­go krę­tac­twem druku.

 

kan­gur, któ­re­go mo­głam zo­ba­czyć na An­ty­po­dach! ―> …kan­gur, któ­re­go mo­głam zo­ba­czyć na an­ty­po­dach!

SJP PWN nie przewiduje antypodów pisanych wielką literą. No, chyba że rozpoczynają zdanie.

 

znu­dze­ni in­te­li­gen­ci wcho­dzą to jak kie­dyś w teo­rię La­marc­ka. ―> Pewnie miało być: …znu­dze­ni in­te­li­gen­ci wcho­dzą w to jak kie­dyś w teo­rię La­marc­ka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za opinię i odnalezienie błędów, wszystkie zostały poprawione :)

Bardzo proszę i PSNP. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo proszę i PSNP. ;)

Przyznam szczerze, że nie znam tego skrótu ;)

Polecam SNa Przyszłość.

I przepraszam, że Cię skonfundowałam. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Początkowa stylizacja rozmowy między małżonkami była mocno męcząca. Na dodatek kłóci się z całkiem normalną gadką gliniarzy, przez co nie miałam pojęcia, gdzie i przede wszystkim kiedy się znalazłam.

Twist z nieskończonością ludzkiej głupoty bardzo fajny.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Pamiętam ten tekst ze ścieżki B Granic Nieskończoności.

Co prawda odpadł, ale jednak pamiętałem ten tekst jako fajny.

 

Przekopiuję komentarz wysłany jakiś czas temu mailowo:

 

Fantastyka: w zasadzie nie ma, choć na upartego można by bronić, skoro sami zainteresowani byli w stanie kierować, dokąd wędrują w wizji.

Motyw konkursowy: jest.

 

 

No przyznam, że mam problem z tym opowiadaniem. Bo podobało mi się, ale jednocześnie nie kupuję obecności elementu fantastycznego (choć przyznaję, że na upartego da się go wybronić, a kilka opowiadań z podobnym problemem zostało mimo wszystko zakwalifikowanych). Natomiast cała reszta…

Przyjęta forma stylizacji – cudne! Przez moment drażniło (najdłuższe wypowiedzi można by jednak jako podzielić, ale w sumie stylizacja swoje wymusza). Sposób prześmiewania rzeczywistości przeszłej, a zarazem w pełni równolegle dzisiejszej – także cudo. Wszystko nienachalnie, bez obrażania, naprawdę fajna sprawa.

Niestety, w tej ocenie byłem odosobniony od reszty jury – pozostała dwójka uznała tekst za przeciągnięty. Choć mam wrażenie, że to raczej kwestia tego, że przyjęta forma będzie dobra nie dla każdego, ale jeśli już do kogoś trafi, to od razu wskoczy wyżej. Na pewno jest to tekst, który gdzieś można jeszcze wykorzystać, do czego zachęcam!

 

zrecyklingowania bicykli.

Trąciło mi pomieszaniem stylów.

Jeden z przedpiśców zasugerował już, że brak didaskaliów mocno utrudnił wejście w świat przedstawiony. Za dużo, moim zadaniem, trzeba sobie wyobrażać, na przykład: co i ich zabiło? Niezłą klamrą byłby pociąg. :-)

 

Irka_Luz:

Początkowa stylizacja rozmowy między małżonkami była mocno męcząca. Na dodatek kłóci się z całkiem normalną gadką gliniarzy, przez co nie miałam pojęcia, gdzie i przede wszystkim kiedy się znalazłam.

Różnice między przestylizowanym językiem i standardową mową policji/milicji są celowe, ale rozumiem, że mogło to nie przypaść do gustu :)

Twist z nieskończonością ludzkiej głupoty bardzo fajny.

Cieszę się, że dobrze weszło!

 

Wilk-zimowy:

Na pewno jest to tekst, który gdzieś można jeszcze wykorzystać, do czego zachęcam!

Jak widać, tak właśnie zrobiłem :)

 

ManeTekelFares:

Jeden z przedpiśców zasugerował już, że brak didaskaliów mocno utrudnił wejście w świat przedstawiony.

Mam nadzieję, że (jeśli) kiedyś ponownie będę próbował napisać podobny tekst, to będzie stworzony lepiej i nie przysporzy problemów z wejściem w historię.

Za dużo, moim zadaniem, trzeba sobie wyobrażać, na przykład: co i ich zabiło?

Wydawało mi się, że to w miarę jasne – jazda pod wpływem zabija ;)

Niezłą klamrą byłby pociąg. :-)

Przyznam szczerze, że tu parsknąłem. Faktycznie, byłaby to piękna klamra, chociaż akurat na drodze do Zatonia nie ma torów ;)

chociaż akurat na drodze do Zatonia nie ma torów ;)

To je ułóż. ;p To Twoje opko. Możesz wszystko. :-)

Albo pociąg widmo. Rozmowa dwóch policjantów.

– Wyglądają, jakby wpadli pod koła pociągu.

– Tu nie ma torów, szefie.

– Ale tak wyglądają. No nic, do worka z nimi.

To je ułóż. ;p To Twoje opko. Możesz wszystko. :-)

Chciałem akurat odzwierciedlić istniejące miejsce, ale przyznam, że po prostu o tym nie pomyślałem ;)

Albo pociąg widmo. Rozmowa dwóch policjantów.

– Wyglądają, jakby wpadli pod koła pociągu.

– Tu nie ma torów, szefie.

– Ale tak wyglądają. No nic, do worka z nimi.

Najlepiej :D

Ok, tekst krótki i definitywnie nie dla każdego. Stylizacja z pomysłem, ale to ona jest tu największym winowajcom – po prostu takie “purpurowe zdania” mocno męczą, a nie każdy czytelnik da radę przez to przebrnąć.

Czy to wada? Nie, ale trzeba być i tego świadomym, i zdecydowanym.

Reszta tekstu ukryta pod tym potokiem słów, jest przyzwoita. Tempo jest, treść też niezgorsza. Przyznaję, że mi technicznie co i rusz coś chrobotało, ale nie wiem, czy to raczej nie wina braku odporności na taką formę stylizacji.

Podsumowując: koncert fajerwerków z pomysłem, ale przez tenże nie będzie dla każdego.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan, dzięki piękne!

Fajny pomysł na przedsięwzięcie, szkoda, że okazuje się oszustwem. Ale to chyba w tamtych czasach była powszechna praktyka?

Stylizacja. Trochę dodaje smaku, ale trochę męczy. Mam wrażenie, że przesoliłeś.

Cytat o głupocie znałam, więc obyło się bez zaskoczeń na końcu.

Ale całość sympatyczna.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finkla. Nie jestem ekspertem, jeśli chodzi o spirytyzm, strasznie popularny na przełomie XIX i XX wieku, ale przyznam, że całkiem trafnie odgadłaś jedną z inspiracji. Co prawda nie chciałem tu kopiować tego zjawiska jeden do jednego (tym bardziej, że jednak przeczytałem kilka prac na ten temat), ale zdecydowanie miało to wpływ na to opowiadanie ;)

Nowa Fantastyka