- Opowiadanie: adam_c4 - Nikołaj Podarok

Nikołaj Podarok

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Nikołaj Podarok

Już?

Mówi Ni­ko­łaj Po­da­rok. Na­gry­wam te słowa na lot­ni­sku Wa­szyng­ton – Dul­les. Po­pro­szo­no mnie, abym opo­wie­dział, co wy­da­rzy­ło się w tę pa­mięt­ną wi­gi­lijną noc. Od razu uprzedzam: Nie sądzę, abym miał w za­na­drzu jakieś istot­ne fakty. Szczegóły, których poznanie sprawi, że lepiej zrozumiecie to, co nieopatrznie powołałem do życia.

Jak wia­do­mo, pią­te­go stycz­nia wy­pa­dła mi zmia­na. Czy byłem z tego po­wo­du nie­za­do­wo­lo­ny? A skąd! Nawet gdyby ktoś chciał mnie przy­jąć na wie­cze­rzę, odmówiłbym. Jako par­tyj­ny, w do­dat­ku urzęd­nik, mu­sia­łem za­cho­wy­wać ,,scep­tycz­ną neu­tral­ność” wzglę­dem wszel­kich ob­rzę­dów re­li­gij­nych i zwią­za­nych z nimi tra­dy­cji.

Tak czy siak, świę­ta na­sta­wia­ły mnie jakoś no­stal­gicz­nie. Wy, Ame­ry­ka­nie, może tego nie ro­zu­mie­cie, ale sło­wiań­ska dusza skora jest do wzru­szeń. W za­sa­dzie to wzru­szo­na jest nie­ustan­nie, a jak wia­do­mo ,,zbyt dłu­gie wzru­sze­nie to czy­ste cier­pie­nie”. Dla­te­go zda­rza nam się za­glą­dać do kie­lisz­ka.

Na nocną szych­tę za­bra­łem więc małe co nieco; bu­tel­kę żytka do­mo­wej ro­bo­ty. Przy­znam nie­skrom­nie, że upę­dzi­łem praw­dzi­we dzie­ło sztu­ki. Pięk­nie wcho­dzi­ło, a wol­taż miało sześć­dzie­siąt parę pro­cent. Ko­pa­ło jak Bruce Lee.

Zmie­nia­łem Sasz­kę. Po­że­gna­łem go uro­czy­stym, prze­cią­głym ,,dooo wi­dzee-nia”, co ozna­cza­ło, że tym samym życzę mu we­so­łych świąt. Zgod­nie z re­gu­la­mi­nem Sasz­ka po­wi­nien był prze­pro­wa­dzić ze mną ,,wy­wiad”. Przed zda­niem miej­sca pracy każdy miał obo­wią­zek zadać ko­le­dze kil­ka­na­ście pytań, aby oce­nić, czy ten nie przy­szedł do ro­bo­ty ,,upo­jo­ny”. Czy nie znaj­du­je się pod wpły­wem al­ko­ho­lu, nar­ko­ty­ków albo szko­dli­wych idei. To chyba oczy­wi­ste, że mie­li­śmy ten nakaz w głę­bo­kim po­wa­ża­niu.

Za­sia­dłem przed kom­pu­te­rem i na­la­łem sobie kie­li­szek. We­szło gła­dziut­ko, więc po­la­łem na drugą nóżkę i wzią­łem się do pracy.

Jak wy­glą­da ten mi­ster­ny sys­tem, służący do podglądania obywateli? No cóż, gdy­by­ście we­szli do po­ko­ju kon­tro­l­ne­go, pew­nie zła­pa­li­by­ście się za głowę. Cią­gle pra­cu­je­my na zwy­kłych ekra­nach. Przy uży­ciu mysz­ki! Od wielu lat obie­cy­wa­li nam wdro­że­nie sys­te­mu AR. Szcze­rze mó­wiąc, ba­li­śmy się tej ewen­tu­al­nej mo­der­ni­za­cji. Zna­jąc życie, wię­cej by z niej wy­ni­kło pro­ble­mów niż po­żyt­ku.

Co po­ka­zy­wał ów mo­ni­tor? Ko­lo­ro­we pro­sto­ką­ty, re­pre­zen­tu­ją­ce pod­glą­da­nych prze­ze mnie oby­wa­te­li. Można je było przy­bli­żać i od­da­lać. Mi­ni­mal­nie wy­świe­tla­ło się ich osiem, mak­sy­mal­nie osiem­dzie­siąt czte­ry.

Moja praca po­le­ga­ła na dwóch rze­czach: ga­sze­niu po­ża­rów i prze­pro­wa­dza­niu wy­ryw­ko­wych kon­tro­li.

Tak zwane ,,po­ża­ry” wi­sia­ły na pasku bie­gną­cym z boku ekra­nu. Do po­ża­ru do­cho­dzi­ło wtedy, kiedy jakiś oby­wa­tel wy­peł­nio­ny był my­śla­mi i/lub uczu­cia­mi, które bu­dzi­ły obawy i wy­ma­ga­ły pilnego zba­da­nia. Wbrew plot­kom, snu­cie myśli ,,nie­pra­wo­rząd­nych” nie pod­pa­da­ło pod tę ka­te­go­rię. Jeśli ktoś źle my­ślał o par­tii, oj­czyź­nie czy ojcu re­wo­lu­cji, to o ile aku­rat nie mie­li­śmy go na pod­glą­dzie, ucho­dzi­ło mu to pła­zem. Lu­dzie u nas wie­dzą, jak trzy­mać myśli na wodzy, ale przy skru­pu­lat­nych kon­tro­lach pół kraju wy­lą­do­wa­ło­by w aresz­cie.

Ow­szem, kiedy ktoś był przy­mie­rza­ny do waż­ne­go sta­no­wi­ska albo czymś pod­padł, to brano go pod lupę i na bie­żą­co śle­dzo­no każdą myśl i prze­glą­da­no logi. Ale to nie była moja ro­bo­ta.

Tak więc po­ża­ry były okre­ślo­ny­mi my­śla­mi i uczu­cia­mi, które u danej jed­nost­ki utrzy­my­wa­ły się na tyle długo, że mogły za­gra­żać jej życiu lub zdro­wiu. W swojej dzie­się­cio­ty­sięcz­nej puli mia­łem trzech de­li­kwen­tów, któ­rzy wy­świe­tla­li się na każ­dej zmia­nie.

Każdy z nich, to zna­czy każdy jeden oby­wa­tel, miał swój numer. Dacie wiarę? Na szko­le­niu po­wie­dzia­no nam, że jeśli przy­pad­kiem zdra­dzi­my komuś, że sto­su­je się u nas sys­tem nu­me­ra­cji ludzi, bu­dzą­cy sko­ja­rze­nia z nieco in­ny­mi cza­sa­mi i nieco innym ustro­jem, to zafundujemy sobie dłu­uugi pobyt w ła­grze.

Do rze­czy. Na boku ekra­nu nie­ustan­nie po­ja­wia­li się: numer D-pięt­na­ście, numer D-sto dwa i numer D-dwa ty­sią­ce czte­ry. Pięt­nast­ką był pe­wien stary ka­wa­ler, który wle­wał w sie­bie dużo wódy, nawet jak na pa­nu­ją­ce u nas stan­dar­dy. Za­sy­piał, a wła­ści­wie tra­cił przy­tom­ność, na dłu­gie go­dzi­ny, pod­czas któ­rych jego mózg wy­ka­zy­wał nie­mal ze­ro­wą ak­tyw­ność –  jego pro­sto­kąt był cały czar­ny. Bied­ny koleś nawet nie śnił. Można po­wie­dzieć, że przy­zwy­cza­jał się do trwa­nia w wiecz­nej pu­st­ce. Tak bym po­wie­dział, gdy­bym był praw­dzi­wym mark­si­stą nie­upo­jo­nym baj­ka­mi o życiu wiecz­nym.

Po­łą­czy­łem się z opo­jem-pięt­nast­ką. Roz­wi­ną­łem wiersz z ostat­ni­mi my­śla­mi i uj­rza­łem ja­kieś przy­pad­ko­we słowa. Głów­nie prze­kleń­stwa.

Za­zna­czy­łem ikonę nada­wa­nia i huk­ną­łem do mi­kro­fo­nu:

– Oby­wa­te­lu!

Nic.

– Oby­wa­te­lu!

Przez czerń prze­wi­nę­ła się bor­do­wa smuga. Strach. Po­ja­wi­ła się też pierw­sza myśl – jakaś obe­lga.

– Pro­szę się obu­dzić! – Nie od­pusz­cza­łem. Cho­le­ra, to nie było przy­jem­ne. Tak mę­czyć tych, któ­rym na­le­ża­ło po pro­stu dać spo­kój. Ale gdy­bym zi­gno­ro­wał pożar, sam miał­bym nie­przy­jem­no­ści. Nie mó­wiąc o tym, jaka by­ła­by chry­ja, gdyby mój al­ko­ho­lik, pod­czas po­ża­ru, prze­niósł się do in­ne­go świa­ta.

Chłop po­my­ślał coś w stylu: ,,je­ba­niec” i wró­cił do swo­jej czer­ni. A ja tylko wes­tchną­łem. Wie­cie, że ob­ra­ża­nie pod­glą­da­czy jest w prak­ty­ce bez­kar­ne? Z tych sa­mych po­wo­dów, z któ­rych nie ści­ga­no wszyst­kich za myśli an­ty­so­cja­li­stycz­ne – nie tylko nie star­czy­ło­by mocy prze­ro­bo­wych, by takie spra­wy wał­ko­wać i jesz­cze po­cią­gać za nie do od­po­wie­dzial­no­ści, ale nasza nie­wy­dol­na go­spo­dar­ka osta­tecz­nie by się za­ła­ma­ła, gdyby wszyst­kich od­waż­nych i bez­czel­nych (a to wła­śnie tacy nam py­sko­wa­li, czy nawet zło­rze­czy­li) po­wsa­dzać do ciupy.

W końcu pięt­na­stak zdo­łał wy­beł­ko­tać, że czuje się do­brze i za­żą­dał, bym dał mu spo­koj­nie spać, przy­naj­mniej dziś, od świę­ta. Tak też zro­bi­łem.

Nu­me­rem D-sto dwa był pe­wien mło­dzie­niec. Wraż­li­wa dusza. Pe­da­gog, który w wol­nym cza­sie pi­sy­wał wier­sze. Cza­sa­mi pod­glą­da­łem, jak ukła­da je w gło­wie. Coś wspa­nia­łe­go. Nie mam po­ję­cia, jakim spo­so­bem on tak zwy­czaj­nie, z mar­szu, do­bie­rał słowa i ukła­dał z nich pięk­ne i mądre stro­fy. Praw­dzi­wa iskra boża.

Chłopak nieustannie rozmyślał nad sensem istnienia, a że wyciągał ponure wnioski, miał na koncie próbę sa­mo­bój­czą. To było lata wcze­śniej, jesz­cze zanim wpadł do mojej puli. A, no wła­śnie, nie wspo­mnia­łem, że pod­opiecz­ni zmie­nia­li nam się co jakiś czas. Nie wszy­scy naraz, oczywiście. Naj­czę­ściej po­je­dyn­czo, rza­dziej nie­wiel­ki­mi par­tia­mi.

Tam­te­go dnia poeta nie pla­no­wał zro­bić sobie krzyw­dy. Wie­dzia­łem o tym już od pierw­sze­go spoj­rze­nia na mo­ni­tor, ina­czej to wła­śnie jego pożar uga­sił­bym naj­pierw. W pro­sto­ką­ci­ku fio­let mie­szał się z czer­wie­nią, która fa­lo­wa­ła i prze­cho­dził w blady róż, coś jak za­bie­lo­ny śmie­ta­ną barszcz. Nu­rzał się w me­lan­cho­lii, nic więcej. Nastrojom samobójczym towarzyszy desperacja, nigdy wzruszenie.

Spoj­rza­łem, co też krąży mu po gło­wie. Zda­wa­ło się, że ukła­da wiersz, ale nie. On po pro­stu pięk­nie my­ślał o smut­nych rze­czach. Nie wspo­mnia­łem, że kiedy się z nim łą­czy­łem, wy­chy­li­łem kie­li­szek, a chwi­lę póź­niej po­la­łem sobie jesz­cze raz.

– Oby­wa­te­lu! Wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­py­ta­łem. Była to od­zyw­ka nie w moim stylu, za­zwy­czaj uży­wa­łem bar­dziej su­chych sfor­mu­ło­wań. Kto inny nawet nie zwró­cił­by na to uwagi, ale poeta czuł się mile za­sko­czo­ny zmia­ną tonu; wska­zy­wał na to se­le­dy­no­wy ak­cent w kłę­bo­wi­sku po­nu­rych barw.

– Tak, oby­wa­te­lu nad­zor­co – od­parł ru­ty­no­wo.

Po­wie­dzia­łem, co nie­po­koi mnie w od­cie­niu jego uczuć i w tre­ści snu­tych roz­wa­żań. Prze­pro­sił i obie­cał po­pra­wę.

– W razie czego pro­szę zgło­sić się po wspar­cie psy­cho­lo­gicz­ne – wy­re­cy­to­wa­łem for­muł­kę. W tam­tym mo­men­cie ude­rzy­ła mnie ab­sur­dal­ność tego za­le­ce­nia. Do­rzu­ci­łem więc: – Nie smuć­cie się, to­wa­rzy­szu. Dziś nie wy­pa­da.

,,Czyś ty ochu­jał!” – zga­ni­łem się w my­ślach. Wie­dzia­łem, że słowa otu­chy nie umkną su­per­wi­zo­ro­wi. Po­cie­szy­łem się tym, że mój opie­kun nie był fa­na­ty­kiem, a ja za­wsze, idąc na kwar­tal­ną roz­mo­wę, za­bie­ra­łem ze sobą dobry ko­niak.

Nie pa­mię­tam, jak na moje słowa za­re­ago­wał poeta, w każ­dym razie na­la­łem sobie kie­li­szek, taki byłem roz­trzę­sio­ny. I jesz­cze jeden. A potem ru­szy­łem do ostat­nie­go po­ża­ru – numer D-dwa ty­sią­ce czte­ry. Zo­sta­wi­łem go sobie na ko­niec, bo, cho­le­ra jasna, do­ło­wał mnie naj­bar­dziej.

Pod tym nu­me­rem krył się dzie­się­cio­la­tek, któ­re­go nie­daw­no wprzę­gnię­to w sys­tem. Każdy dzie­ciak był prze­ra­żo­ny, kiedy nagle ktoś wła­ził mu do głowy, ale ten szcze­gól­nie to prze­ży­wał. Ciągły stres go wy­kań­czał. Poza tym jego sy­tu­acja do­mo­wa była nie do po­zaz­drosz­cze­nia; oj­ciec stał dość wy­so­ko w par­tii, a odkąd za­czął awan­so­wać, prze­wró­ci­ło mu się w gło­wie. Ostro pił, przy­gru­chał sobie ko­chan­kę. Żona nie miała zamiaru znosić wyskoków męża z tak zwaną ,,god­no­ścią”. Stąd czę­ste awan­tu­ry i coraz więk­szy, alar­mu­ją­cy smu­tek i nie­po­kój dziec­ka.

– Co tam, Misz­ka? – rzu­ci­łem, rów­no­cze­śnie pod­glą­da­jąc ostat­nie myśli chłop­ca. – O kur­czę, marzy ci się cho­in­ka w domu?

– Tak! – chlip­nął. Był do­brze wy­cho­wa­nym, by­strym chłop­cem, za­wsze zwra­cał się do mnie per ,,to­wa­rzy­szu nad­zor­co”, dzię­ko­wał, prze­pra­szał. Pew­nie w in­nych oko­licz­no­ściach po­czuł­by się za­nie­po­ko­jo­ny moją bez­po­śred­nio­ścią. Ale nie dzi­siaj. Dzi­siaj chciał je­dy­nie po­dzie­lić się wy­peł­nia­ją­cym go żalem. Po­la­łem sobie jesz­cze raz.

– Tata nie zgo­dził się na cho­in­kę i na pre­zen­ty! – za­wo­dził Misz­ka. – A jak się roz­pła­ka­łem, to po­wie­dział, że je­stem głu­pia beksa, a jak mama po­wie­dzia­ła, że tak nie wolno mówić, to na­zwał ją brzyd­ko i teraz się kłócą!

Łzy po­cie­kły mi po po­licz­kach. Jak tak można?! Wsty­du nie mają!

– Nie płacz, pro­szę… – wy­beł­ko­ta­łem. Język mi się plą­tał. Moje we­zwa­nia nie do­cie­ra­ły do chłop­ca, a barwa jego uczuć wska­zy­wa­ła na to, że jest mu jesz­cze go­rzej niż przed chwi­lą. Marny był ze mnie po­cie­szy­ciel.

Rap­tem po­czu­łem gniew. Nie zry­wa­jąc po­łą­cze­nia z Misz­ką, pod­pią­łem się pod jego ro­dzi­ców. Bry­zga­li czer­wie­nią, od razu było widać, że się kłócą. Nawet nie zaj­rza­łem w ich myśli. Za­zna­cza­jąc całą trój­kę, krzyk­ną­łem.

– Co to ma być?!

Wszy­scy się prze­ra­zi­li. Bied­ny Misz­ka bał się pew­nie, że ro­dzi­ce będą mu wy­po­mi­nać to, że oka­zał sła­bość przed nad­zor­cą. To wku­rzy­ło mnie jesz­cze bar­dziej.

– W świę­ta?! – wrzesz­cza­łem. – Awan­tu­ry robić?! Na łby że­ście upa­dli?!

– To­wa­rzy­szu… – sap­nął oj­ciec, wy­raź­nie nie­ do­wie­rza­jąc mo­je­mu tu­pe­to­wi.

– Nie to­wa­rzy­szuj mi teraz! – za­grzmia­łem. – Cho­in­ki dziec­ku od­ma­wiać? Ma być spo­kój, bo jak nie, to… to tam przy­ja­dę do was! – Mniej wię­cej tymi sło­wa­mi po­sta­no­wi­łem przy­wo­łać ro­dzi­ców do po­rząd­ku.

Wtedy za­czą­łem tra­cić kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. To, co dzia­ło się potem, pa­mię­tam jak przez mgłę. Wiem, że pró­bo­wa­łem sobie polać, ale flasz­ka była pusta. A potem, sam nie wiem czemu, włą­czy­łem menu fil­trów i za­zna­czy­łem wszyst­kie dzie­cia­ki do szes­na­ste­go roku życia włącz­nie. Prze­szło ty­siąc sztuk.

– Ko­cha­ne dzia­tecz­ki! – za­łka­łem do mi­kro­fo­nu. – Uśmiech­nij­cie się!

I za­czą­łem im śpie­wać ko­lę­dy. Ale nie to, że cał­kiem od­le­cia­łem, o nie! Mia­łem na uwa­dze to, że zbior­cze prze­ma­wia­nie do wię­cej niż trzech osob­ni­ków z au­to­ma­tu uru­cha­mia alarm. Nawet jeśli oj­ciec Miszy jesz­cze nie za­wia­do­mił od­po­wied­nich służb, mo­głem się spo­dzie­wać, że ktoś zaraz prze­rwie moje harce. Dla­te­go, z ,,Cichą nocą” na ustach, włą­czy­łem blo­ka­dę drzwi a potem wsze­dłem na drugi po­ziom do­stę­pu (wszy­scy znali do niego hasło) i zre­se­to­wa­łem klu­cze za­bez­pie­czeń. Nie wda­jąc się w kwe­stie tech­nicz­ne – aby do­stać się do mo­je­go po­ko­ju z ze­wnątrz, nie wy­star­czy­ło już na­ci­snąć przy­ci­sku w dy­żur­ce. Nie­zbęd­na była in­ter­wen­cja tech­ni­ka.

Nadzorca-dyżurny już do­bi­jał się do drzwi. A ja prze­wi­ja­łem obraz, kojąc oczy ła­god­ną zie­le­nią i błę­ki­tem. Dzie­cia­ki wy­peł­nia­ła ra­dość po­mie­sza­na z na­dzie­ją.

Nie pa­mię­tam chwi­li, w któ­rej za­zna­czy­łem wszyst­kich. Całe dzie­sięć ty­się­cy oby­wa­te­li. Ko­ja­rzę tylko, że wzią­łem do ręki te­le­fon. Resz­tę spo­wi­ja nie­pa­mięć, że tak się po­etyc­ko wy­ra­żę.

– Pro­szę pań­stwa! Po­słu­chaj­cie tego! – To ponoć krzyk­ną­łem. No i pod­piąw­szy te­le­fon do gniaz­da mi­kro­fo­nu, za­pu­ści­łem pio­sen­kę.

Potem wszy­scy mó­wi­li, że to cud, że nikt nie zgi­nął. Nawet ran­nych było nie­wie­lu, a tylko jeden – poważnie. Jakiś stu­dent pa­skud­nie zła­mał nogę, kiedy ucie­kał przed mi­li­cją.

Tłam­szo­ny od po­ko­leń naród po­wie­dział: ,,dość!”. Naj­pierw zde­mo­lo­wa­no cen­trum, a potem wie­lo­ty­sięcz­ny po­chód prze­ma­sze­ro­wał Pla­cem Czer­wo­nym, nucąc nie­skład­nie ,,All I want for Chri­st­mas is you”.

Kiedy w końcu sfor­so­wa­no drzwi, za­czę­ła się naj­gor­sza doba mo­je­go życia. Krwa­we Boże Na­ro­dze­nie. To, co zrobiono mi w trak­cie śledz­twa, nie na­da­je się do po­wta­rza­nia. Nie uka­tru­pi­li mnie tylko dla­te­go, że nie wie­rzy­li moim za­pew­nie­niom, że cała heca to pi­jac­ki wy­bryk. Dla nich byłem szpic­lem CIA i do czasu usta­le­nia moich po­wią­zań z jan­ke­sa­mi mia­łem po­zo­stać żywy.

Już byłem gotów przyznać się do wszystkich bzdurnych zarzutów, ale odbył się ten po­tęż­ny strajk w mojej obro­nie. Naj­pierw od­pusz­czo­no mi tor­tu­ry, a potem w ogóle zwol­nio­no z aresz­tu.

Jak czuje się ktoś, kto spon­ta­nicz­nie stworzył ,,Ruch Wi­gi­lij­ny”? Czy ja wiem? Cie­szę się. No i boję. Co, jeśli par­tia zdusi nasz zryw? Ale nie, wiem, że to niemożliwe. Ruch spo­łecz­ny, do któ­re­go na­le­ży przeszło mi­lion oby­wa­te­li, to nie w kij dmuchał. Liczą się z nimi… z nami.

Cóż, to tyle. Mo­że­cie wy­łą­czyć…?

Tak to wy­glą­da­ło. Mó­wi­łem samą praw­dę. Jeśli chce­cie, żebym opa­ko­wał ją w błyszczące sre­ber­ko albo ubarwił, nie ma problemu. Je­stem wa­szym na­rzę­dziem. Pro­szę tylko, by­ście wy­ko­rzy­sta­li mnie mą­drze. Czer­wo­ny gi­gant się za­chwiał, mo­że­cie go oba­lić, a ja zro­bię wszyst­ko, żeby pomóc. Nie wiem, co wy­ło­ni się z kłę­bów opa­da­ją­ce­go kurzu, ale na pewno bę­dzie to coś lep­sze­go. Bo go­rzej być nie może, praw­da?

Co strzeliło mi do głowy? Gdy­bym chciał świadomie, na trzeźwo, podburzyć lud, pew­nie prze­czy­tał­bym coś z Go­go­la albo z Do­sto­jew­skie­go. Już widzę, jaki byłby tego efekt. Całe szczę­ście, że w głębi duszy wolę ame­ry­kań­ski re­tro-pop niż perły rodzimej literatury.

To mi przy­po­mi­na, że pla­no­wa­łem się dziś urżnąć. Spo­koj­nie, nie wywołam kolejnej rewo­lu­cji. Pę­dzi­cie tutaj żyt­niów­kę?

Koniec

Komentarze

Na początek tradycyjnie pozwolę sobie trochę ponarzekać:

 

Jak wiadomo, piątego stycznia wypadła mi zmiana.

Ale powszechnie wiadomo? Czy komu wiadomo? “Jak wam wiadomo” byłoby na miejscu.

 

Pożegnałem go uroczystym, przeciągły ,,dooo widzee-nia”, co oznaczało, że tym samym życzę mu wesołych świąt.

Literówka.

 

Do pożaru dochodziło wtedy, kiedy jakiś obywatel wypełniony był myślami i/lub uczuciami

mogły zagrażać jej życiu lub zdrowiu fizycznemu i/lub psychicznemu

To “i/lub” w moim odczuciu bardziej się nadaje np. do publikacji naukowej niż do beletrystyki… Choć może tylko mi się wydaje.

 

Owszem, kiedy ktoś był przymierzany do ważnego stanowiska

“Przymierzać się” do stanowiska to rozumiem, ale “być przymierzanym”? Mam wątpliwości. Może lepiej “był szykowany na/przygotowywany do objęcia…”?

 

W końcu piętnastak zdołał wybełkotać, że czuje się dobrze, więc może daj mi człowieku spać, przynajmniej dziś, od święta? Tak też zrobiłem.

Pozbyłabym się tego “mi”, bo teraz z kontekstu trochę wynika, że to nadzorca chce spać.

Btw “piętnastak” to mi się z jeleniem kojarzy :P

 

Nie wszyscy na raz, to wywołałoby chaos.

W tym kontekście: naraz.

 

Tamtego dnia poeta nie planował niczego sobie zrobić.

Ale czego, śniadania też? Może lepiej “nie planował zrobić sobie niczego złego”?

 

W prostokąciku fiolet mieszał się z czerwienią, która falowała i przechodził w taki blady róż, coś jak zabielony śmietaną barszcz.

“Taki” imo zupełnie zbędny.

 

– Towarzyszu… – sapnął ojciec, wyraźnie niedowierzając mojemu tupetowi.

“Nie” z czasownikami zawsze osobno! Gdyby “sapnął niedowierzająco”, to co innego.

 

Mniej więcej tymi słowami postanowiłem przywołać rodziców do porządku.

Przyznaję, że mniej więcej wtedy zacząłem tracić kontakt z rzeczywistością.

Miałem na uwadze to, że zbiorcze przemawianie do więcej niż trzech osobników z automatu uruchamia alarm. (…) aby dostać się do mojego pokoju z zewnątrz, nie wystarczyło już nacisnąć przycisku alarmowegodyżurce. Niezbędna była interwencja technika.

Dyżurny już dobijał się do drzwi.

Trochę brzydkie powtórzenia.

 

– Kochane dziateczki! – załkałem do mikrofonu! – Uśmiechnijcie się!

Ten wykrzyknik to chyba z rozpędu :)

 

Nawet rannych było niewielu, a poważnie tylko jeden.

Przeformułowałabym to zdanie, bo na razie z kontekstu wynika, że tak na poważnie to tylko jeden był ranny. Już nawet “a tylko jeden – poważnie” brzmiałoby lepiej.

 

Aż trudno uwierzyć, że najpierw zdemolowano centrum, a potem wielotysięczny pochód przemaszerował Placem Czerwonym, nucąc nieskładnie ,,All I want for Christmas is you”.

Zgrzyta mi to. Chyba od “aż trudno uwierzyć, że to zrobili” wolałabym “aż trudno uwierzyć, ale to zrobili”…

 

Z drugiej strony ruch społeczny, do którego należy milion obywateli, nie rozpłynie się tak nagle w powietrzu, prawda? Liczą się z nimi… z nami. W końcu jestem jego honorowym członkiem.

Trochę pokićkałeś podmioty, bo niby najpierw jest “ruch”, ale potem jacyś “oni” liczą się “z nimi/nami”, więc to “jego” w ostatnim zdaniu nie gra. Ale “W końcu jestem honorowym członkiem” byłoby całkiem okej.

 

Dobra, dość. Co złego to nie ja, mam nadzieję, że skorzystasz na moim marudzeniu.

A teraz ta milsza część :) Czyta się płynnie, język składny, koncepcja ciekawa. Głowiłam się, co też się tam właściwie stało przez prawie cały tekst, bo udało Ci się zaintrygować… A tu proszę, ostatecznie wyszła dość oryginalna rewolucja, bo dziecku nie chcieli choinki postawić, no ładne rzeczy… Całkiem niczego sobie :D

Pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

Hej, Nana! Bardzo dziękuję za lekturę i łapankę! Odniosę się do niektórych kwestii:

Ale powszechnie wiadomo? Czy komu wiadomo? “Jak wam wiadomo” byłoby na miejscu.

Narrator wychodzi z założenia (raczej słusznego), że ,,Ruch Wigilijny” to światowy fenomen, coś, o czym wiedzą ,,wszyscy”, nie tylko jego amerykańscy rozmówcy – stąd pozwolił sobie na ogólne ,,jak wiadomo”.

To “i/lub” w moim odczuciu bardziej się nadaje np. do publikacji naukowej niż do beletrystyki…

Chciałem, żeby Nikołaj dał tutaj próbkę tego, co tłuczono mu na szkoleniach. Choć zastanawiałem się, czy zapis z ukośnikiem jest na miejscu.

“Przymierzać się” do stanowiska to rozumiem, ale “być przymierzanym”?

Wydaje mi się, że takie wyrażenie, kolokwialnie, funkcjonuje. A Nikołaj czasami się zapomina i miesza rejestry :)

Towarzyszu… – sapnął ojciec, wyraźnie niedowierzając mojemu tupetowi.

Ups, zjadło spację.

 

Babole zaraz poprawiam. Cieszę się, że generalnie tekst przypadł Ci do gustu :) Dzięki raz jeszcze, pozdrawiam!

No tak, nie pomyślałam o tym “fenomenie” w sumie.

Próbka próbką, ale właśnie ten zapis z ukośnikiem mnie tu raził.

Aż specjalnie poszukałam i nie znalazłam nigdzie “bycia przymierzanym”… Ale w sumie jeśli wziąć pod uwagę, że mówił to wesoły miłośnik żytniówki, to można (być może) założyć, że “przejęzyczenie” było ze strony autora celowe, hmm…

A ta spacja to pewnie przeskoczyła do “naraz” :P

 

Polecam się :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Hej, adamie! Co prawda z Twoich ostatnich tekstów najpierw chciałam przeczytać ten na konkurs Lovecraftowy, ale jakoś tak wyszło, że tutaj zawitałam wcześniej ;)

Ciekawa, w gruncie rzeczy straszna wizja ciągłego podglądu na ludzkie myśli i emocje. Totalna inwigilacja, brr. Choć przedstawiona dość humorystycznie, więc w takiej formie łatwiej strawna. I nawet całkiem podnosząca na duchu. Czytało się bardzo przyjemnie, lekko, a pod koniec z uśmiechem :) Ewentualnie bym się przyczepiła, że początek jest trochę rozwleczony jak na relację nadawaną na żywo, i można było z samej idei nadzorowania myśli wycisnąć jeszcze więcej.

Swoją drogą, jak biedni nadzorcy radzą sobie z kosmatymi myślami obywateli? ;)

Porządna lektura, więc zgłaszam do biblioteki.

Cześć :)

Fajny pomysł. Wykonanie co prawda chwilami razi, przede wszystkim pojawiają się takie “nieliterackie”sformułowania. Trochę przeszkadzały mi takie ciągi liter: 

automatu fundujemy sobie dłuuugi pobyt w łagrze

Rozumiem, kiedy to w dialogu, ale tutaj mówi narrator. Nie jestem też fanką ukośnika ;)

Ale fabuła za to bardzo mi się podobała. Zakończenie mocno abstrakcyjne i humorystyczne, czyli to, co lubię najbardziej ;D Jeszcze raz powtórzę, świetny pomysł. Zachowanie pracowników sprawdzających myśli w ich niezwykle ważnej robocie XD To takie prawdziwe. W dodatku całe to badanie myśli zostało bardzo ciekawie opisane, z wieloma szczegółami. jestem w stanie sobie wyobrazić, że kiedyś tak to może wyglądać, chociaż mam nadzieję, że ta prognoza jednak się nie sprawdzi.

Powodzenia :)

Cześć, Silva!

Co prawda z Twoich ostatnich tekstów najpierw chciałam przeczytać ten na konkurs Lovecraftowy, ale jakoś tak wyszło, że tutaj zawitałam wcześniej ;)

Serdecznie zapraszam :)

 

(…) można było z samej idei nadzorowania myśli wycisnąć jeszcze więcej.

 

Swoją drogą, jak biedni nadzorcy radzą sobie z kosmatymi myślami obywateli? ;)

Heh, chciałem zawrzeć jeszcze jeden wątek, który mówiłby trochę więcej o pracy nadzorcy przy okazji podglądania kompromitującej, powiedzmy, sytuacji :) Zrezygnowałem, bo nie zmieściłbym się w limicie.

Cieszę się, że lektura przypadła Ci do gustu i dziękuję za polecenie!

Pozdrawiam!

 

Witaj, Oluta!

Nie jestem też fanką ukośnika ;)

Wspomniała też o tym NaNa. Sam nie wiem, jak to ugryźć – z jednej strony chcę, by bohater stosował terminologię, którą tłukli mu na szkoleniu, a z drugiej nie wiem, czy taki zapis jest uprawniony w beletrystyce. Z całą pewnością razi, ale to akurat dobrze :)

Dziękuję Ci za lekturę i wszelkie uwagi, cieszę się, że pomysł Ci się spodobał.

Pozdrawiam!

Ładne, naprawdę ładne.

Przez początek musiałem troszkę przebrnąć, coś mi w stylu zgrzytało.

Ale tak jakoś od pojawienia się chłopca dwa tysiące cztery, to kupiłem wszystko. Głównego bohatera, rozrzewnionego wódką, świąteczną rewolucję i jakąś taką sentymentalną rosyjskość. Aż się wzruszyłem. Pomimo trudnych tematów (alkoholizm, inwigilacja, tortury, totalitaryzm), takie ciepłe opowiadanie wyszło.

Podzieliłbym tylko tekst nieco wyraźniej.

Pozdrawiam. :)

Heh, chciałem zawrzeć jeszcze jeden wątek, który mówiłby trochę więcej o pracy nadzorcy przy okazji podglądania kompromitującej, powiedzmy, sytuacji :) Zrezygnowałem, bo nie zmieściłbym się w limicie.

Szkoda, bo to brzmi bardzo ciekawie ;D

Cześć, Filipie! Dziękuję za sugestie i miłe słowa. Zależało mi właśnie na tym, aby mimo przyciężkiej tematyki, opowiadanie miało pozytywny, podnoszący na duchu, wydźwięk.

Pozdrawiam!

 

Silva, chodziło mi po głowie coś takiego – Nikołaj, przymierzając się do przeprowadzenia wyrywkowej kontroli, dostrzega na ekranie dwa prostokąty, które pulsują podobnymi kolorami z podobną częstotliwością; dwoje obywateli, którzy od dawna mieli się ku sobie, postanowiło w końcu przejść na kolejny etap znajomości. Oczywiście Nikołaj, już na dobrej bani, wystraszyłby kochanków na śmierć, składając im gratulacje, czy coś w tym stylu :) Ale do tego potrzebowałbym pewnie jakichś 2k znaków ponad limit.

Cześć, Adam!

 

Doceniam opis słowiańskiej duszy w Twoim tekście, niby akcja zdecydowanie ustępuje tu ekspozycji i kreacji bohatera, ale ma on w sobie coś. Swojskość to przecież ponad połowa tego uczucia ciepełka, które ponoć wypada czuć w święta. Konstrukcyjnie też dobrze rozłożyłeś fabułę w limicie, więc nie mam się pod tym względem czego czepiać.

Pozdrawiam

Ciekawy, sprawnie opisany pomysł. Całkiem sympatyczny bohater, któremu kibicowałem mimo tego, że przy dosyć odpowiedzialnej pracy doprowadził się do wiadomego stanu :) W tej historii podoba mi się też nadzieja, nawet jeśli wynika z jakiegoś promilowego impulsu :)

Pod kątem technicznym było w porządku, choć na początku potknąłem tu i ówdzie chyba ze względu na rytm tekstu. To raczej indywidualna sprawa, więc nic nie musisz z tym robić, ale podam jeden przykład poniżej:

Na nocną szychtę zabrałem więc małe co nieco; butelkę żytka domowej roboty.

To jeden z przykładów tego tempa. Dodałbym coś w stylu:

butelkę żytka domowej roboty, zagryzkę i coś na sprzęgło.

 

Jak wiadomo, piątego stycznia wypadła mi zmiana

Tego nie do końca zrozumiałem? To w końcu piątego stycznia czy w wigilię?

"Tego nie do końca zrozumiałem? To w końcu piątego stycznia czy w wigilię?"


Też się na tym złapałem. Pewnie chodzi o Święta prawosławne, według kalendarza juliańskiego. :)

Ależ Panowie! "Pochód przemaszerował Placem Czerwonym" – toć chyba nie trzeba wyraźniejszej wskazówki, gdzie rzecz cała się dzieje (o przywołanej wcześniej ogólnie słowiańskiej duszy tekstu nie wspominając). A skoro o Rosji najwyraźniej mówimy, to święta winny być prawosławne ;)

Spodziewaj się niespodziewanego

Niby świat ponury, a jednak opowiadanie ciepłe, a bohater po pijaku robi rzeczy raczej dobre. Sympatyczne podejście. :-)

Babska logika rządzi!

No tak racja! :) Dzięki FilipNaNa :)

Cześć, oidrin! Cieszę się, że doceniasz ,,swojskość" mojego opowiadania, właśnie na tym mi zależało :) Dziękuję za lekturę i polecenie tekstu do biblioteki.

 

Witaj, Edwardzie! Dziękuję za bibliotecznego klika i sugestię dotyczącą rytmu – powinienem zwracać na to większą uwagę. Czytając to zdanie dzisiaj, po tym jak opko trochę odleżało, też się na nim potykam.

Tuż przed wrzuceniem tekstu miałem 24 grudnia, ale coś mnie tknęło, że jednak powinienem to zmienić :) Gdybym się zapomniał, mógłbym iść w zaparte, że to w końcu fantastyka. Ale sam bym takiego tłumaczenia nie kupił :)

 

Finklo, Ciebie też witam i dziękuję za klika :)

 

Pozdrawiam Was wszystkich ciepło i ,,jak byśmy się nie widzieli" świątecznie :D 

Cześć adamie:-)

bardzo fajne opowiadanie Ci wyszło:-) podoba mi się forma narracji, nagranie, zrelacjonowanie wydarzeń. Ciekawy pomysł na grzebanie ludziom w głowach, zawsze robi na mnie wrażenie. Kontrolowanie myśli, “Gaszenie pożarów”, czyli mówienie ludziom co mają myśleć, do tego całość z odpowiednią dozą humoru. Świetne! :-) 

No i do tego wywołanie rewolucji w upojeniu alkoholowym:-)

polecam do biblioteki i pozdrawiam 

Naprawdę fajne opowiadanie, pomijając te omsknięcia, które już zostały wcześniej w komentarzach wymienione, to bardzo dobry pomysł, fajne wykonanie, fajnie spędziłem czas na czytaniu :)

Cześć, Olciatko! Dziękuję za polecenie tekstu do biblioteki :) Bardzo mi miło, że Ci się spodobał.

 

Witaj, nnaderowypisze! Dziękuję za komentarz, cieszę się, że dobrze się czytało.

Ależ mi się podobało, bardzo… słowiańskie :)

Fajny pomysł na uniwersum. Jest mocno opresyjne, ale jednocześnie wydaje się, że (jak to zwykle w takich sytuacjach bywa) jego twórcy źle nie chcieli ;) Złamanie zasad i lekko przypadkowy bunt też świetne. W ogóle jakoś to opko mocno optymistyczne w swoim przesłaniu jest i swojskie. Mi się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Irko! Dziękuję za wizytę! 

W ogóle jakoś to opko mocno optymistyczne w swoim przesłaniu jest i swojskie.

Zależało mi na tym, żeby właśnie takie było :) Cieszę się bardzo, że przypadło Ci do gustu. Pozdrawiam!

Otóż rewolucja, proszę pana, tak naprawdę pędzi się na strychu, w aparaturze do bimbru. ;-)

 

Bardzo sympatyczny, optymistyczny tekst, z dużą dawką absurdalnego humoru oswajającego opresyjny system. Iście słowiańska pogarda dla procedur, podbita świątecznym nastrojem, prowadzi do przewrotu politycznego :-) Mają rozmach, skurwysyny ;-)

 

Podobało mi się. Życzę ci choinki w domu na święta! :-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Cześć, PsychoFishu! Fajnie, że się spodobało :)

Życzę ci choinki w domu na święta! :-)

Mam!

“Fajna” dystopia. Całe prawdopodobieństwo opowiedzianej historii burzy jednak to, że “obywatel nadzorca” upił się flaszą samogonu – typowy Rosjanin po wypiciu flaszy otwiera drugą i trzecią, a nie rewolucje wywołuje. 

 Na zdrowie i wesołych świąt :)

Hej, Mirosławie! Dziękuję za wizytę!

Całe prawdopodobieństwo opowiedzianej historii burzy jednak to, że “obywatel nadzorca” upił się flaszą samogonu

No cóż, mogę się tłumaczyć jedynie tym, że to fantastyka ;) 

Zależy, jaką objętość miała flaszka… ;-)

Babska logika rządzi!

Zależy, jaką objętość miała flaszka… ;-)

Chyba 0.5 l. W końcu szedł do pracy a nie na biesiadę!

Ciekawa wizja i pomysł na spontaniczną/przypadkową rewolucję, zakrapianą alko… odwagą ;) Nawet nie chcę sobie wyobrażać, że moje myśli nie należą do mnie, a co gorsza każdy może je zobaczyć.

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Cześć, kasjopejatales! Dziękuję za wizytę!

Nawet nie chcę sobie wyobrażać, że moje myśli nie należą do mnie, a co gorsza każdy może je zobaczyć.

Myślę, że wynikiem tego byłaby wchodząca w nawyk autocenzura. Społeczeństwo, w którym ludzie nie tylko boją się działać, ale i myśleć, siłą rzeczy jest skazane na niewolę. Całe szczęście, że trafił się Nikołaj z jego płynną odwagą :) 

 

No i w końcu mój numer jeden. Świetny tekst. Jest w nim wszystko, co lubię najbardziej ciekawa historia, wspaniale nakreślony główny bohater i humorystyczny wydźwięk. Nie przepadam za Rosją, ale w tym wydaniu, no, chłopie, świetna robota. Więcej w tym stylu poproszę. Oczywiście święta przyszłości wyszły bardzo zacnie. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Witam jurorkę! Twoja ocena, Morgiano, jest dla mnie szalenie miła i satysfakcjonująca. Fakt, że spośród tak wielu naprawdę zacnych tekstów świątecznych mój uważasz za najlepszy, traktuję jako duże wyróżnienie. Dziękuję.

Dobrze się czuję w słodko-gorzkiej konwencji, którą zaproponowałem. Mam więc nadzieję, że sprostam Twojemu życzeniu i spłodzę jeszcze niejedno opowiadanie, które będzie miało szansę przypaść Ci do gustu :)

Pozdrawiam!

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Dziękuję, Anet :)

Nowa Fantastyka