- Opowiadanie: katia72 - Zbutwiałe liście

Zbutwiałe liście

Opo­wia­da­nie po­wsta­ło ponad rok temu. Ilu­stra­cja mo­je­go au­tor­stwa.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Zbutwiałe liście

― Spójrz w lu­stro. Co wi­dzisz?

― Sie­bie sa­me­go.

― A teraz, od­wróć się, co wi­dzisz?

― Pokój, skó­rza­ną, bor­do­wą ka­na­pę, obraz, to re­pro­duk­cja „Lek­cji ana­to­mii dok­to­ra Tulpa”, fotel, per­ski dywan…

― Tak i nie. Na co­kol­wiek byś nie pa­trzył, tak na­praw­dę wi­dzisz je­dy­nie sa­me­go sie­bie.

Grad­di­no uśmiech­nął się szel­mow­sko, chrząk­nął i po­wie­dział:

― Drogi Edri­gu, nie rób ta­kiej zdzi­wio­nej miny, oczy­wi­ście nie ja to wy­my­śli­łem. A teraz że­gnaj, przy­ja­cie­lu, muszę iść.

Wło­żył po­pie­la­ty, się­ga­ją­cy nie­mal do ko­stek płaszcz, po­ki­wał głową i wy­szedł.

 

* * *

 

Za­le­d­wie mie­siąc póź­niej ro­bi­łem znak krzy­ża nad le­żą­cym w so­sno­wej trum­nie sztyw­nym cia­łem Grad­di­nie­go. Był blady i brzyd­ki, nigdy wcze­śniej nie wi­dzia­łem tak brzyd­kie­go trupa. Za­krwa­wio­ne, zbyt głę­bo­ko osa­dzo­ne oczy, jakby ktoś pró­bo­wał młot­kiem wbić je w czasz­kę, pur­pu­ro­wo­si­ne plamy na po­licz­kach i bro­dzie, dolna warga zwi­nię­ta do środ­ka. Tak czy ina­czej, naj­gor­sze wra­że­nie wy­war­ła na mnie wy­krzy­wio­na po­twor­nym bólem twarz.

Na po­grzeb przy­by­łem je­dy­nie ja, sio­stra zmar­łe­go, Amana i le­karz, który to­wa­rzy­szył mu w ostat­nich dniach przed śmier­cią. Żona Grad­di­nie­go zgi­nę­ła w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym trzy lata temu, a dzie­ci, z nie­zna­nych mi po­wo­dów, ze­rwa­ły kon­takt z ojcem wkrót­ce po tym przy­krym wy­da­rze­niu. Resz­ta ro­dzi­ny przy­ja­cie­la od dawna miesz­ka­ła za oce­anem, a Amana była nie­mo­wą i praw­do­po­dob­nie wła­śnie dzię­ki temu za­wdzię­cza­łem po­zna­nie fa­scy­nu­ją­ce­go, nie­sa­mo­wi­cie ory­gi­nal­ne­go czło­wie­ka.

Na cmen­ta­rzu nie­mi­ło­sier­nie wiało. Mimo cie­płej kurt­ki i na­cią­gnię­tej na uszy czap­ki, chłód prze­ni­kał mnie aż do szpi­ku kości. Rzu­ci­łem do grobu garść ziemi, uści­sną­łem lo­do­wa­tą dłoń Amany, prze­ka­za­łem naj­szczer­sze kon­do­len­cje i już mia­łem kie­ro­wać się ku wyj­ściu, kiedy sio­stra nie­bosz­czy­ka wy­da­ła z sie­bie coś w ro­dza­ju pisku. Od­wró­ci­łem się, a ona wy­ko­na­ła rę­ko­ma znaki w po­wie­trzu, ale ja nie ro­zu­mia­łem ję­zy­ka mi­go­we­go, wzru­szy­łem więc tylko ra­mio­na­mi.

― Amana chce, byś po­je­chał z nią do domu Grad­di­nie­go. ― Za­chryp­nię­tym gło­sem dok­tor prze­tłu­ma­czył ruchy na słowa.

― Dzię­ku­ję, a w jakim celu?

― Chce ci coś po­ka­zać.

 

* * *

 

Dom przy­ja­cie­la mie­ścił się za­le­d­wie dwie prze­czni­ce od cmen­ta­rza. Nie pa­mię­ta­łem, kiedy ostat­ni raz tu byłem. Wy­da­wa­ło mi się, że nigdy, ale… To nie­moż­li­wie. Chyba na po­cząt­ku na­szej zna­jo­mo­ści pi­li­śmy z Grad­di­no kawę w zbyt ja­skra­wo oświe­tlo­nym sa­lo­nie, z por­ce­la­no­wych fi­li­ża­nek zdo­bio­nych gło­wa­mi niedź­wie­dzi. Wła­śnie te głowy naj­bar­dziej wbiły mi się w pa­mięć. I in­ten­syw­ny za­pach ko­rze­ni.

Amana pu­ści­ła mnie przo­dem. Na­ci­sną­łem za­rdze­wia­łą klam­kę. Furt­ka naj­pierw nie chcia­ła się otwo­rzyć, a gdy moc­niej na­par­łem, gło­śno za­skrzy­pia­ła. Czyż­by Grad­di­ni ko­rzy­stał z in­ne­go wej­ścia?

Mi­ną­łem dwa roz­ło­ży­ste dęby, spoj­rza­łem na dom i sta­ną­łem jak wryty. Bu­dy­nek wy­glą­dał na mar­twy, rów­nie mar­twy jak przy­ja­ciel. Wy­pra­ny z barw, na­zna­czo­ny pięt­nem sza­ro­ści i wszech­ogar­nia­ją­ce­go smut­ku; okna, drzwi, dach, wszyst­ko zda­wa­ło się cier­pieć. Po­pa­trzy­łem na Amanę. Nie chcia­łem tam iść, ale ona, jakby czy­ta­ła mi w my­ślach, po­krę­ci­ła głową w prawo i w lewo, po czym nie­ocze­ki­wa­nie zła­pa­ła za rękę i po­cią­gnę­ła w stro­nę upior­nej re­zy­den­cji.

Szli­śmy, a od­głos na­szych kro­ków dud­nił po­śród dziw­nej ciszy, która pa­no­wa­ła w ogro­dzie. Wpa­try­wa­łem się w wy­tar­te czuby swo­ich mo­ka­sy­nów, bojąc się za­rów­no pa­trzeć na dom, jak i roz­glą­dać na boki. Wresz­cie do­tar­li­śmy do ka­mien­nych, wy­jąt­ko­wo stro­mych scho­dów. Po­ko­na­łem je, przy­trzy­mu­jąc się jesz­cze bar­dziej niż klam­ka u furt­ki za­rdze­wia­łej po­rę­czy. Amana wy­ję­ła z kie­sze­ni brud­no­ró­żo­wej je­sion­ki klucz, wło­ży­ła go do zamka, prze­krę­ci­ła, po czym na mo­ment znie­ru­cho­mia­ła, by w końcu trzy razy się prze­że­gnać. Przez głowę prze­mknę­ła mi myśl, że być może po­wi­nie­nem zro­bić to samo, ale zanim unio­słem dłoń, drzwi do­mo­stwa sta­nę­ły otwo­rem.

Wnę­trze wy­da­wa­ło się tak samo za­nie­dba­ne jak fa­sa­da. Meble przy­kry­wa­ła gruba war­stwa kurzu, w po­wie­trzu uno­si­ła się sierść, za­pew­ne kota lub psa ― jak­kol­wiek Grad­di­no nigdy nie wspo­mi­nał, że trzy­ma w domu zwie­rzę. Śmier­dzia­ło le­kar­stwa­mi i zbu­twia­ły­mi li­ść­mi, które kłę­bi­ły się w holu.

Amana znowu po­cią­gnę­ła mnie za rękaw, po czym wska­za­ła pal­cem za­bło­co­ną pod­ło­gę i wid­nie­ją­ce na niej ślady łap. Czyż­by po to mnie tu ścią­gnę­ła? By za­po­znać z pu­pi­lem brata?

Ru­szy­li­śmy do sa­lo­nu, tylko po to, by go prze­mie­rzyć i po­now­nie zna­leźć się na ko­ry­ta­rzu, ale tym razem dużo węż­szym, słabo oświe­tlo­nym i bar­dzo dłu­gim. Do mo­je­go nosa na mo­ment do­tarł in­ten­syw­ny za­pach ko­rze­ni, który w miarę marszu w głąb tu­ne­lu, prze­cho­dził w smród moczu i zgni­li­zny.

― Dokąd idzie­my? ― za­py­ta­łem, po czym dwu­krot­nie kaszl­ną­łem.

Amana ru­chem głowy wska­za­ła drzwi na końcu ko­ry­ta­rza. Sze­dłem za nią, za­ty­ka­jąc dło­nią usta, ze wzro­kiem wbi­tym w pod­ło­gę. W za­bło­co­ną, ka­mien­ną po­wierzch­nię usła­ną pa­ty­ka­mi wy­mie­sza­ny­mi z pia­chem, li­ść­mi i czymś lep­kim, czymś, co przy­kle­ja­ło mi się do butów.

Drzwi, do któ­rych do­tar­li­śmy, były lekko uchy­lo­ne. Amana pchnę­ła je czu­bem bor­do­we­go trze­wi­ka. Na­szym oczom uka­za­ła się piw­ni­ca, be­to­no­we ścia­ny i drew­nia­ne scho­dy to­ną­ce w po­ma­rań­czo­wej po­świa­cie rzu­ca­nej przez ża­rów­kę za­mo­co­wa­ną w stłu­czo­nej, su­fi­to­wej lam­pie.

Po­wo­li ze­szli­śmy, przy­trzy­mu­jąc się roz­chy­bo­ta­nej, słu­żą­cej za po­ręcz belki. Miej­sce, do którego dotarliśmy, ema­no­wa­ło brzy­do­tą i nie­da­ją­cym się okre­ślić nie­po­ko­jem. Zni­ko­ma ilość świa­tła, stare meble, wie­sza­ki i czar­ne ubra­nia spra­wia­ły, że od­no­si­łem wra­że­nie, że w każ­dym za­ka­mar­ku coś na mnie czy­ha­ło. Coś nie­zna­ne­go i bar­dzo złego. Grad­di­no opo­wia­dał mi cza­sem o uczu­ciu nie­zwy­kłe­go lęku i ciem­no­ści za­kra­da­ją­cej się aż do serca. Czy wła­śnie tu je po­znał?

Amana po­de­szła do ol­brzy­miej szafy, na mo­ment za­mar­ła, po czym szyb­kim ru­chem otwo­rzy­ła drzwi, by na­stęp­nie ni­czym spło­szo­ne zwie­rzę od­sko­czyć do tyłu.

― Mhm. Mhm. ― Wy­da­ła z sie­bie nie­zro­zu­mia­ły dźwięk, a potem de­li­kat­nie po­pchnę­ła mnie w kie­run­ku szafy.

Z za­ci­śnię­ty­mi zę­ba­mi zbli­ży­łem się do za­la­nych czer­nią półek. Czu­jąc spły­wa­ją­ce po ple­cach struż­ki potu, zaj­rza­łem do środ­ka. Zmru­ży­łem po­wie­ki i zo­ba­czy­łem klat­kę, a w niej ja­kieś fu­ter­ko­we stwo­rze­nie o świe­cą­cych w mroku ja­skra­wo­zie­lo­nych śle­piach.

Od­wró­ci­łem się w stro­nę Amany, a ona cięż­ko wes­tchnę­ła, roz­ło­ży­ła ręce na boki, po czym po­now­nie się prze­że­gna­ła.

― Co to jest? ― za­py­ta­łem.

Ko­bie­ta wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i ru­szy­ła do scho­dów, a ja nie­wie­le się za­sta­na­wia­jąc, bez słowa po­dą­ży­łem za nią.

 

* * *

 

Gdy już zna­leź­li­śmy się w sa­lo­nie, Amana wy­ję­ła z szu­fla­dy kart­kę pa­pie­ru i pióro. Pi­sa­ła, a ja roz­glą­da­łem się wo­ko­ło w po­szu­ki­wa­niu fi­li­ża­nek z gło­wa­mi niedź­wie­dzi, jak­bym chciał upew­nić się, że rze­czy­wi­ście kie­dyś tu byłem, a nie, że je­dy­nie mi się to przy­śni­ło. Za­ku­rzo­ny regał wy­peł­nio­ny zmur­sza­ły­mi wo­lu­mi­na­mi, do któ­rych pew­nie nikt od lat nie za­glą­dał, wąska szafka o szy­bie po­kry­tej pa­ję­czy­ną pęk­nięć, a w niej ta­le­rze, miski i fi­li­żan­ki, ale tak brud­ne, że nie byłem w sta­nie do­strzec, czy zo­sta­ły na nich na­ma­lo­wa­ne niedź­wie­dzie głowy. Wró­ci­łem wzro­kiem do Amany. Boże, co jej się stało, prze­cież na cmen­ta­rzu… Nie­moż­li­we, że to ta sama osoba. Po­marsz­czo­na twarz, za­pad­nię­te po­licz­ki, sińce pod ocza­mi, zgra­bio­na, przy­kur­czo­na, stara. Chcia­łem za­py­tać, czy do­brze się czuje, ale ubie­gła mnie przy­ty­ka­jąc do nosa kart­kę.

„Usuń je. Zabij lub gdzieś wy­wieź. Nie wrócę do domu, do­pó­ki ten stwór tu bę­dzie. Istne wcie­le­nie zła. Nie wiem, czy to czu­jesz, ale ja nie mogę się mylić. Myślę, że przez niego umarł Grad­di­no”.

 

* * *

 

Sio­stra przy­ja­cie­la po­spiesz­nie opu­ści­ła „mar­twy” dom i zo­sta­łem sam. Sam wśród za­ple­śnia­łych fo­te­li i ka­na­py, pa­ję­czych nitek błą­dzą­cych po mo­sięż­nych fi­gur­kach dzi­kich zwie­rząt, po­dziu­ra­wio­ne­go dy­wa­nu, zbu­twia­łych liści… Za­kry­łem dłoń­mi twarz. Od­no­si­łem wra­że­nie, że salon nisz­cze­je wręcz na moich oczach. Też mia­łem ocho­tę ucie­kać. Jak naj­da­lej od tego prze­klę­te­go miej­sca, ale prze­cież w pod­zie­miach wciąż było to stwo­rze­nie.

Wy­sze­dłem na ko­ry­tarz w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, czym mógł­bym oświe­tlić piw­ni­cę. Kuch­nia prezentowała się jesz­cze go­rzej niż salon, wszę­dzie te li­ście, grzyb ata­ku­ją­cy mury. Na szczę­ście na roz­kle­ko­ta­nym stole za­uwa­ży­łem prze­no­śną lampę.

Ru­szy­łem do piw­ni­cy. Moje serce biło jak osza­la­łe, a przez głowę prze­bie­ga­ły jedna za drugą mrocz­ne myśli. Dla­cze­go Amana uwa­ża­ła stwo­rze­nie w klat­ce za źró­dło zła? Dla­cze­go Grad­di­no je tam umie­ścił? Co to było za zwie­rzę? Ni kot, ni pies. Może jakiś szczur lub kuna?

Do­pie­ro po­ko­nu­jąc piw­nicz­ne scho­dy na wła­sną rękę, za­uwa­ży­łem, jak okrop­nie trzesz­czą. Sze­dłem, jedną drżą­cą dłoń za­ci­ska­jąc na uchwy­cie lampy, a drugą na belce i jed­no­cze­śnie mo­dląc się, by moja noga nie za­pa­dła się w któ­ryś ze zmur­sza­łych stop­ni. Ode­tchną­łem z ulgą, gdy już zna­la­złem się na dole. Prze­tar­łem pot z czoła i ro­zej­rza­łem się wokół. Po­miesz­cze­nie oświe­tlo­ne lampą stra­ci­ło na mroku, lecz zy­ska­ło na upior­no­ści, którą po­tę­go­wa­ły tań­czą­ce po pół­kach, becz­kach i cu­dacz­nych wie­sza­kach cie­nie.

Prze­łkną­łem ślinę i pod­sze­dłem do wciąż roz­war­tej na oścież szafy. Skie­ro­wa­łem świa­tło na klat­kę. Uj­rza­łem śpią­ce zwie­rzę, nie mia­łem po­ję­cia ja­kie­go ga­tun­ku, z pew­no­ścią był to ssak. Mały i za­bie­dzo­ny. Spod po­kry­tej rudą sier­ścią skóry wy­sta­wa­ły żebra i ło­pat­ki. Łyse uszy i ogon przy­wo­dzi­ły mi na myśl szczu­ra.

Nie­okre­ślo­ne coś otwo­rzy­ło po­wie­ki i spoj­rza­ło na mnie zie­lo­ny­mi śle­pia­mi, które jed­nak­że w świe­tle lampy nie wy­da­wa­ły mi się już tak ja­skra­we. Przez mo­ment za­mar­łem z ręką nad klat­ką, po czym jakby przy­cią­ga­ny jakąś nie­sa­mo­wi­tą siłą, chwy­ci­łem za wi­kli­no­wą rącz­kę. Zwie­rzę za­pisz­cza­ło. Nie mia­łem po­ję­cia, czy wię­cej w tym dźwię­ku było ra­do­ści, czy stra­chu, tak czy ina­czej, po­gna­łem ze stwo­rem do scho­dów, a potem nie zwa­ża­jąc na trzesz­czą­ce stop­nie, wy­bie­głem z piw­ni­cy na ko­ry­tarz.

 

* * *

 

Po­sta­wi­łem klat­kę na stole, wy­ją­łem z jed­nej z półek za­rdze­wia­łą miskę, na­la­łem do niej wody ― miała brzyd­ki, brą­zo­wa­wy kolor ― po czym przez szpa­rę w kra­cie pod­su­ną­łem na­czy­nie zwie­rzę­ciu pod pysz­czek. Wy­su­nę­ło ró­żo­wy język i za­czę­ło chłeptać. Szyb­ko i za­chłan­nie, jakby od dłu­gie­go czasu nic nie piło. Pew­nie było też bar­dzo głod­ne, ale nie są­dzi­łem, że znaj­dę w domu co­kol­wiek do je­dze­nia, po­mi­ja­jąc fakt, że nie mia­łem po­ję­cia, czym się to stwo­rze­nie ży­wi­ło.

Do­pie­ro gdy zwie­rzę opróż­ni­ło miskę, za­uwa­ży­łem, że ma ono na szyi srebr­ny, po­ły­sku­ją­cy we wdzie­ra­ją­cych się do kuch­ni pro­mie­niach sło­necz­nych łań­cu­szek. Ob­ro­ża. A skoro była ob­ro­ża, gdzieś po­win­na być też smycz. Przy­po­mnia­łem sobie o śla­dach łap na za­bło­co­nej pod­ło­dze. Czyż­by Grad­di­no za­bie­rał pu­pi­la na spa­ce­ry do ogro­du? Może kar­mił je trawą i li­ść­mi? Lub jabł­ka­mi? Prze­bie­głem wzro­kiem po kuch­ni, a potem po­sze­dłem do sa­lo­nu, by na­stęp­nie wró­cić na ko­ry­tarz, który pro­wa­dził do drzwi wyj­ścio­wych. Na wie­sza­ku obok dłu­gie­go, po­pie­la­te­go płasz­cza wi­sia­ła skó­rza­na smycz.

 

* * *

 

― Spo­koj­nie, nie bój się, nie chcę ci zro­bić krzyw­dy. ― Trzę­sąc się ni­czym osika, bar­dzo po­wo­li otwo­rzy­łem klat­kę.

Zwie­rzę prych­nę­ło, na­prę­ży­ło grzbiet.

― Chodź. ― Przy­bli­ży­łem do pyska smycz.

Rudik, pies są­sia­dów, któ­re­go wy­pro­wa­dza­łem cza­sem na spa­cer, będąc kil­ku­let­nim chłop­cem, na sam brzdęk łań­cusz­ka przy smy­czy biegł pod drzwi, mer­da­jąc ogo­nem. Ku mojej ra­do­ści stwo­rze­nie rów­nież za­re­ago­wa­ło po­zy­tyw­nie. Prze­sta­ło się prę­żyć i po­wo­li za­czę­ło wy­peł­zać na ze­wnątrz. Gdy tylko szyja „opu­ści­ła” wię­zie­nie, chwy­ci­łem ob­ro­żę i przy­pią­łem ka­ra­bi­nek.

To coś szło wolno, chwia­ło się na ła­pach, cią­gnę­ło ogon po pod­ło­dze. Wa­ha­łem się, czy nie wziąć stwo­ra na ręce, ale cią­gle mia­łem przed oczy­ma słowa na­pi­sa­ne przez Amanę ― „Przez niego umarł Grad­di­no”. Co to zna­czy­ło? Przy­ja­ciel, zanim prze­szedł na eme­ry­tu­rę, był naj­lep­szym w mie­ście we­te­ry­na­rzem. Tak czy ina­czej, jesz­cze wtedy go nie zna­łem. A potem… wie­dzia­łem, że pro­wa­dzi ja­kieś ba­da­nia, eks­pe­ry­men­tu­je z ge­na­mi dżdżow­nic i in­ne­go ro­bac­twa, ale nie zna­łem szcze­gó­łów. Ze mną zde­cy­do­wa­nie wolał roz­ma­wiać o sztu­ce i fi­lo­zo­fii niż me­dy­cy­nie, ale cóż w tym dziw­ne­go? Byłem psy­cho­lo­giem kli­nicz­nym, pra­co­wa­łem jako te­ra­peu­ta, śred­nio zna­łem się za­rów­no na zoo­lo­gii, jak i na ge­ne­ty­ce.

Zwie­rzę de­li­kat­nie po­cią­gnę­ło smycz w kie­run­ku drzew. Zsze­dłem ze ścież­ki i ru­szy­łem w mokrą trawę. Moje buty bar­dzo szyb­ko na­siąk­nę­ły wodą i zro­bi­ło mi się okrop­nie zimno, a poza tym… ta trawa, kora drzew, krza­ki pi­gwow­ca. Wszyst­ko w ogro­dzie miało jakiś taki nie­na­tu­ral­ny, lekko czer­wo­na­wy kolor. Wszyst­ko było po­kry­te rdzą. Prze­tar­łem dło­nią oczy. To przez chłód i zmę­cze­nie. Prze­nio­słem wzrok na stwor­ka. Wsu­wał zbu­twia­łe li­ście.

 

* * *

 

Do­cho­dzi­ła ósma wie­czo­rem. Sie­dzia­łem na ka­na­pie i wpa­try­wa­łem się w obraz. Wi­dzia­łem nie­bosz­czy­ka, zło­dzie­ja Ari­sza i jego roz­cię­tą rękę, wi­dzia­łem żąd­nych wra­żeń ga­piów, ale nie wi­dzia­łem dok­to­ra Tulpa, lecz Grad­di­no. To Grad­di­no wska­zy­wał no­życz­ka­mi mię­sień zgi­nacz zmar­łe­go, przy oka­zji po­dejrz­li­wie uno­sząc lewą brew. To Grad­di­no pa­trzył na mnie prze­krwio­ny­mi oczy­ma, któ­rych tę­czów­ki po­zba­wio­ne były ja­kiej­kol­wiek ko­lo­ru.

Wes­tchną­łem cięż­ko. Nie speł­ni­łem proś­by Amany. Nie za­bi­łem stwo­rze­nia z piw­ni­cy, ani nie za­bra­łem z domu, ba, ja nawet nie za­mkną­łem zwie­rzę­cia w klat­ce, lecz umie­ści­łem w jed­nym z pokoi na pię­trze. By nie ucie­kło, po­zo­sta­wi­łem je na smy­czy, którą przy­wią­za­łem do me­ta­lo­we­go łóżka, zde­cy­do­wa­nie bar­dziej przy­po­mi­na­ją­ce­go łóżko szpi­tal­ne niż do­mo­we. Łusz­czą­ca się, biała farba, wąski ma­te­rac z wy­żar­ty­mi przez myszy dziu­ra­mi, po­dusz­ka ob­le­czo­na za małą, po­żół­kłą, po­dar­tą po­szew­ką.

Wzdry­gną­łem się i prze­nio­słem wzrok z ob­ra­zu na dywan. Moje ulu­bio­ne barwy ― złoto, czer­wień i gra­nat. Kosz­to­wał for­tu­nę, ale zwłasz­cza w chwi­lach zwąt­pie­nia ko­cha­łem w jego weł­nia­nych nit­kach za­ta­piać swoje mrocz­ne, mrocz­niej­sze niż krzy­ki gaw­ro­nów, myśli.

 

* * *

 

Przy­szła noc, a wraz z nią upra­gnio­na sen­ność. Kształ­ty po­wo­li tra­ci­ły ostrość, ko­lo­ry ma­to­wia­ły i bla­dły, serce biło wol­niej, mię­śnie wiot­cza­ły. Przy­tu­li­łem po­li­czek do po­dusz­ki, okry­łem się koł­drą, za­mkną­łem po­wie­ki. Tylko w snach mo­głem iść przed sie­bie, bez końca, po usła­nej płat­ka­mi róż dro­dze, ku wol­no­ści.

Jed­nak­że tej nocy ra­mio­na Mor­fe­usza nie przy­nio­sły mi uko­je­nia. Nie sze­dłem po ró­żach, lecz po ostrych ka­mie­niach, przez gęsty, spo­wi­ty mgłą las, nie ku wol­no­ści, lecz ku za­gła­dzie, w pasz­czę de­mo­na. Obu­dzi­łem się zlany potem sie­dem­na­ście po trze­ciej. Po­wo­li uchy­li­łem po­wie­ki i uj­rza­łem błysz­czą­ce w ciem­no­ści ja­skra­wo­zie­lo­ne śle­pia. Dwa razy mru­gną­łem i wró­ci­ła czerń. Tak czy ina­czej, już do rana nie udało mi się po­now­nie za­snąć.

 

* * *

 

Ko­lej­ny dzień roz­po­czą­łem fi­li­żan­ką czar­nej kawy, do któ­rej schru­pa­łem dwa fran­cu­skie ro­ga­li­ki. Zanim zdą­ży­łem wypić ostat­ni łyk i po­zbie­rać okrusz­ki z ta­le­rza, roz­legł się dzwo­nek do drzwi. Prze­tar­łem usta chu­s­tecz­ką i po­czła­pa­łem na ko­ry­tarz. Spoj­rza­łem naj­pierw przez ju­da­sza, a potem na ze­ga­rek. Pani Wik­trul – jak zwy­kle kwa­drans przed cza­sem. Przez mo­ment za­wa­ha­łem się, czy po nie­prze­spa­nej nocy, nie po­wi­nien od­wo­łać na­sze­go spo­tka­nia, ale pa­cjent­ka, nim jesz­cze otwo­rzy­łem usta, rzu­ci­ła mi na tyle roz­pacz­li­we spoj­rze­nie, że po­ki­wa­łem je­dy­nie głową, a potem ru­chem ręki wska­za­łem ga­bi­net.

Pani Wik­trul od­wie­dza­ła mnie w każdy wto­rek już ponad dwa lata, mimo że ja sam z ty­go­dnia na ty­dzień, nie ob­ser­wo­wa­łem u niej żad­nej, cho­ciaż­by naj­mniej­szej po­pra­wy. Skłon­ny byłem nawet stwier­dzić, że jej stan się po­gar­szał. Wszech­ogar­nia­ją­cy smu­tek i apa­tia. Z tego, co mó­wi­ła, od­no­si­łem wra­że­nie, że oży­wia­ła się tylko pod­czas na­szych sesji, w któ­rych trak­cie to z kolei ja brną­łem w smęt­ną sza­rość. Tak jakby pani Wik­trul wy­sy­sa­ła ze mnie ostat­ki wi­tal­nej ener­gii. Nie ina­czej było i tym razem.

Pa­cjent­ka le­ża­ła na szez­lon­gu obi­tym ciem­ną skórą i płacz­li­wym gło­sem wy­le­wa­ła przede mną swoje żale:

― Po ko­la­cji po­szłam na we­ran­dę po­czy­tać książ­kę. Ro­mans. Pierw­sze zda­nie o po­ca­łun­ku mię­dzy Syldi a Gra­mi­no i zro­bi­ło mi się bar­dzo smut­no. Za­czę­łam pła­kać na li­te­ry, chcia­łam znisz­czyć słowa. Ja… wie pan, panie dok­to­rze, ja nigdy nie byłam za­ko­cha­na. Cza­sem myślę, że za­miast serca mam ka­wa­łek lodu. Dla­cze­go pła­ka­łam? Bo je­stem za­zdro­sna o szczę­ście in­nych. To prze­cież tylko książ­ka, ale i tak sie­bie nie­na­wi­dzę. Gdy budzę się rano, boję się spoj­rzeć w lu­stro. Widzę tam starą, brzyd­ką, po­marsz­czo­ną ko­bie­tę, na którą cze­ka­ją je­dy­nie wy­my­ślo­ne ro­man­se. Czy pan ro­zu­mie to uczu­cie? Uczu­cia bycia ni­ko­mu nie­po­trzeb­ną?

 

* * *

 

Po wyj­ściu pa­cjent­ki po­sze­dłem pod prysz­nic. Cie­płą wodą nie­sku­tecz­nie pró­bo­wa­łem ogrzać prze­mar­z­nię­te wnę­trze. W mojej gło­wie sły­sza­łem zbyt wiele pytań, na które nie mia­łem od­po­wie­dzi, zbyt wiele po­nu­rych myśli tłu­kło się o kości czasz­ki, zbyt wiele szpil prze­bi­ja­ło serce. Po­spiesz­nie się ubra­łem, wsia­dłem do sa­mo­chodu i po­je­cha­łem do domu Grad­di­nie­go.

Nie byłem w sta­nie ukryć zdu­mie­nia, kiedy przy furt­ce spo­tka­łem Amanę.

― Co ro­bisz? ― za­py­ta­łem, nawet nie siląc się na uprzej­my ton.

Ko­bie­ta, wy­glą­da­ją­ca tro­chę le­piej niż ostat­nim razem, gdy wi­dzia­łem ją w sa­lo­nie przy­ja­cie­la, po­pa­trzy­ła zna­czą­co na dom, po czym wy­ko­na­ła dzi­wacz­ne ruchy dłoń­mi.

― Nie ro­zu­miem cię, sły­szysz? ― wark­ną­łem, za­sko­czo­ny wła­sną zło­ścią.

Amana skrzy­żo­wa­ła ręce na pier­si.

― Jeśli py­tasz o stwo­ra, to nie, jesz­cze się go nie po­zby­łem.

Prze­że­gna­ła się, spu­ści­ła wzrok i ode­szła.

 

* * *

 

Wkro­czy­łem do ogro­du ― tak samo mar­twy, jak wczo­raj. Dom też się nie zmie­nił. Sze­dłem w kie­run­ku drzwi ni­czym za­hip­no­ty­zo­wa­ny, z jed­nej stro­ny czu­jąc strach, a z dru­giej na­ra­sta­ją­cą z każ­dym kro­kiem eks­cy­ta­cję; jakby to strach przed nie­zna­nym po­wo­do­wał w moim ciele nie­zdro­we, lecz jed­no­cze­śnie bar­dzo przy­jem­ne pod­nie­ce­nie.

W ko­ry­ta­rzu po­now­nie zo­sta­łem za­ata­ko­wa­ny in­ten­syw­nym za­pa­chem sier­ści i zbu­twia­łych liści. Li­ście… Po­chy­li­łem się i ze­bra­łem z pod­ło­gi garść bru­nat­no­żół­tych, mo­krych, po­ła­ma­nych i po­skrę­ca­nych bla­szek. Ich ner­wa­cje sko­ja­rzy­ły mi się z na­brzmia­łym ży­ła­mi cho­ru­ją­cej na nie­wy­dol­ność serca matki. Matka zmar­ła po­przed­niej je­sie­ni, też… Do­pie­ro teraz to sobie uświa­do­mi­łem ― też pięt­na­ste­go li­sto­pa­da jak Grad­di­no. Wes­tchną­łem, prze­cze­sa­łem włosy pal­ca­mi, po czym wsze­dłem po trzesz­czą­cych, ale mniej niż te w piw­ni­cy, scho­dach na górę.

Zwie­rzę spało sku­lo­ne pod łóż­kiem. Jed­nak­że, gdy zbli­ży­łem się do niego, na­tych­miast otwo­rzy­ło oczy i wy­su­nę­ło w moją stro­nę lekko roz­war­ty pysz­czek. Pod­su­ną­łem mu li­ście. Na­stro­szy­ło uszy, unio­sło ogon i za­czę­ło jeść, a ja sta­łem i pa­trzy­łem, jak ko­lej­ne li­ście w za­wrot­nym tem­pie zni­ka­ją mię­dzy spi­cza­sty­mi zę­ba­mi.

Do­pie­ro gdy zwie­rzę po­żar­ło wszyst­kie blasz­ki wraz z krę­ty­mi ogon­ka­mi i za­bra­ło się do li­za­nia pod­ło­gi, przy­po­mnia­łem sobie o wo­dzie. Zsze­dłem do kuch­ni po miskę. Na­peł­ni­łem ją aż po same brze­gi i wró­ci­łem do po­ko­ju. Kiedy ostroż­nie sta­wia­łem na­czy­nie, z prze­ra­że­niem do­strze­głem, że moje dło­nie po­kry­ła pa­ję­czy­na zmarsz­czek. Pod­wi­ną­łem rę­ka­wy i z wra­że­nia, aż usia­dłem na łóżku.

Zwiot­cza­ła skóra, star­cze plamy, czy­ra­ki. Boże, czy to jakiś kosz­mar­ny sen? Prze­nio­słem wzrok na pa­znok­cie ― po­żół­kłe, po­ła­ma­ne, szpo­nia­ste. Wy­bie­głem na ko­ry­tarz, usil­nie pró­bu­jąc przy­po­mnieć sobie, czy gdzieś w tym domu wi­dzia­łem lu­stro.

Salon, nie, tylko te brud­ne szyby, w któ­rych nie dało się przej­rzeć. Kuch­nia, tam nie było sensu zaglądać. Gdzie jest cho­ler­na ła­zien­ka? Zaj­rza­łem do trzech to­ną­cych w pół­mro­ku i śmier­dzą­cych zgni­li­zną po­miesz­czeń, by w końcu tra­fić do kom­na­ty, w któ­rej znaj­do­wa­ła się po­tłu­czo­na umy­wal­ka i coś… to chyba kie­dyś było lu­stro, ale osta­ła się z niego tylko po­pę­ka­na rama.

Po­pę­dzi­łem do wyj­ścia, po­ko­na­łem ogród i szybko wsiadłem do sa­mo­cho­du.

 

* * *

 

Z pi­skiem opon za­ha­mo­wa­łem na par­kin­gu przed wła­snym domem. Do­pa­dłem drzwi, wy­ją­łem klucz. Nie­ste­ty, ręce tak bar­dzo mi się trzę­sły, że nie mo­głem tra­fić w dziur­kę.

― Cho­le­ra! Cho­le­ra! Cho­le­ra!

Wresz­cie się udało. Wpa­ro­wa­łem do środ­ka. W przed­po­ko­ju było wiel­kie lu­stro, spoj­rza­łem w nie i po­now­nie zba­ra­nia­łem. Ocze­ki­wa­łem, że ujrzę po­marsz­czo­ną twarz i siwe włosy, ale nie… Wy­glą­da­łem młodo i zdro­wo. Po­pa­trzy­łem na ręce, one też od­młod­nia­ły. Usia­dłem na pod­ło­dze, opar­łem plecy o ścia­nę i wcią­gną­łem po­wie­trze głę­bo­ko w płuca. Z jed­nej stro­ny czu­łem ulgę, że… że wró­ci­łem do „nor­mal­no­ści”, ale z dru­giej nie mia­łem po­ję­cia, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Czy to z domem Grad­di­no było coś nie tak? Czy to miej­sce umie­ra­ło i prze­by­wa­ją­ce wśród zmur­sza­łych murów isto­ty umie­ra­ły wraz z nim? Czy dla­te­go za­cho­ro­wał Grad­di­no i dla­te­go od nas od­szedł? Czy dom wy­kań­cza też to zwie­rzę? Czy ono nie­dłu­go zdech­nie? A co jeśli po śmier­ci stwo­ra za­miesz­ka tam Amana?

Pod­nio­słem się rap­tow­nie i ude­rzy­łem dło­nią w drew­nia­ny sto­lik, tak sil­nie, że aż pod­sko­czył le­żą­cy na nim te­le­fon, po czym po­sze­dłem do sa­lo­nu, na­la­łem do szklaneczki whi­sky i sta­ną­łem przed ob­ra­zem. Dok­tor Tulp, to zna­czy Grad­di­no roz­ci­nał rzeź­nic­kim nożem brzuch zło­dzie­ja. Krew try­ska­ła na ga­piów i na mój per­ski dywan.

 

* * *

 

Tej nocy w ogóle nie mo­głem za­snąć, prze­wra­ca­łem się z boku na bok, tar­ga­ny lę­kiem, cie­ka­wo­ścią i coraz sil­niej­szą po­trze­bą po­zna­nia praw­dy. Jednak żeby po­znać praw­dę mu­sia­łem po­now­nie udać się do upior­nej re­zy­den­cji, a sama myśl o tym miej­scu po­wo­do­wa­ła nie­przy­jem­ny ucisk w pod­brzu­szu i uczu­cie guli w gar­dle.

Do­cho­dzi­ła dwu­na­sta, a ja wciąż nie byłem w kra­inie po dru­giej stro­nie po­wiek, lecz w dziw­nie zim­nym łóżku. Wsta­łem, za­ło­ży­łem szla­frok i po­sze­dłem po ko­lej­ną szklaneczkę whi­sky. W sa­lo­nie po­wia­ło jesz­cze więk­szym chło­dem, tak jakby ktoś po­otwie­rał wszyst­kie okien­ni­ce. Bu­tel­ka szkoc­kiej wy­da­ła mi się wręcz lo­do­wa­ta. Tak czy ina­czej, na­peł­ni­łem do po­ło­wy szklaneczkę i spu­ści­łem głowę. Tym razem nie pa­trzy­łem na obraz, wbi­łem wzrok w lekko fa­lu­ją­cą, zło­to­bursz­ty­no­wą po­wierzch­nię, wcią­gną­łem w nos za­pach su­szo­nych owo­ców i po­drep­ta­łem z po­wro­tem do sy­pial­ni.

Pół­mrok, zimno, sa­mot­ność, strach. Nie­mal­że hau­stem wy­pi­łem trunek, otrzą­sną­łem się, z za­ci­śnię­ty­mi war­ga­mi prze­bra­łem w spodnie i swe­ter, na­rzu­ci­łem płaszcz. Al­ko­hol dodał mi od­wa­gi i ru­szy­łem na spo­tka­nie Dia­bła.

 

* * *

 

Odu­rza­ją­cy za­pach zbu­twia­łych liści spra­wiał, że krę­ci­ło mi się w gło­wie. Ni­czym pi­ja­ny, chwie­jąc się na no­gach, krą­ży­łem po domu Grad­di­nie­go w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, co mo­gło­by mi pomóc roz­wią­zać za­gad­kę snu­ją­cej się po ko­ry­ta­rzach śmier­ci, ja­kiejś wska­zów­ki, która na­pro­wa­dzi­ła­by mnie na trop. Jakaż była moja ra­dość, gdy po wtar­gnię­ciu do jed­ne­go z pokoi na dru­gim pię­trze, uj­rza­łem dę­bo­we, mocno za­ku­rzo­ne biur­ko, a na nim kart­ki pa­pie­ru za­pi­sa­ne sza­fi­ro­wym tu­szem. Cały się trzę­sąc, za­czą­łem czy­tać:

„…wczo­raj rano, po raz pierw­szy kasz­la­łem krwią i nie mia­łem siły pod­nieść się z łóżka. Chcia­łem za­dzwo­nić do Edri­ga, ale nie wie­dzia­łem, co mu po­wie­dzieć. Z ogrom­nym tru­dem wsta­łem, po czym po­sze­dłem do piw­ni­cy i za­mkną­łem Kiki w sza­fie. W klat­ce, by nie mogła uciec. A potem we­zwa­łem dok­to­ra…”.

Resz­ty nie dało się roz­czy­tać. Się­gną­łem po ko­lej­ny skra­wek.

„Ba­da­nia roz­po­czą­łem jesz­cze zanim po­ślu­bi­łem Ma­da­ję. Zresz­tą dzie­ci oskar­ży­ły mnie o jej śmierć, a potem ucie­kły, krzy­cząc, że nie chcą mieć ze mną nigdy wię­cej do czy­nie­nia…”

Znowu roz­ma­za­ne li­te­ry, a potem ka­wa­łek tek­stu za­chla­pa­ny kawą i ko­lej­ne słowa:

„…Kiki rosła i na­by­wa­ła swych mocy bar­dzo po­wo­li, ale gdy już…”.

Ner­wo­wo czy­ta­łem ko­lej­ne strzę­py tek­stu, do­wia­du­jąc się z nich mię­dzy in­ny­mi, że Kiki to wynik ge­ne­tycz­ne­go i du­cho­we­go ― co­kol­wiek to miało zna­czyć ― eks­pe­ry­men­tu Grad­di­nie­go, że gdy stwo­rze­nie uzy­ska­ło „od­po­wied­nie” moce, za­czę­ło wy­sy­sać życie za­rów­no z niego, jak i z domu, i z ogro­du, że już wcze­śniej, jesz­cze zanim stało się w pełni zin­te­gro­wa­nym or­ga­ni­zmem, wy­dzie­la­ło z sie­bie coś, co wni­ka­ło w umysł ludz­ki, że wła­śnie dla­te­go Ma­da­ja tra­ci­ła zmy­sły i dla­te­go miała wy­pa­dek. I że mimo wszyst­ko Grad­di­ni nie był w sta­nie, nie, ra­czej nie chciał się od Kiki uwol­nić, że da­wa­ła mu coś, czego nie po­tra­fił opi­sać, moc, która wy­peł­nia­ła pust­kę, ale że gdy miało dojść do sca­le­nia, za­wiódł, pod­dał się wła­snym sła­bo­ściom i prze­grał…

 

* * *

 

Za­pa­ko­wa­łem pa­pie­ry do skó­rza­nej, po­pę­ka­nej torby z na­de­rwa­nym uchem i już mia­łem kie­ro­wać się ku wyj­ściu, gdy przy­po­mnia­łem sobie o fi­li­żan­kach. Od­sta­wi­łem torbę na pod­ło­gę i po­sze­dłem do sa­lo­nu. Ostroż­nie wy­ją­łem z szafki por­ce­la­no­we, prze­ra­ża­ją­co brud­ne, o po­szczer­bio­nych brze­gach na­czy­nie i ru­szy­łem z nim do kuch­ni. Ro­zej­rza­łem się do­oko­ła w po­szu­ki­wa­niu gąbki lub ja­kiejś szmat­ki, ale zna­la­złem je­dy­nie śmier­dzą­cą zgni­li­zną, dziu­ra­wą ście­rę ko­lo­ru ce­gla­sto­bru­nat­ne­go.

Nie­wie­le się za­sta­na­wia­jąc, za­czą­łem czy­ścić fi­li­żan­kę go­ły­mi rę­ko­ma. Po­wo­li spod brudu wy­ła­nia­ły się ko­lo­ry i kształ­ty. Tak, to były niedź­wie­dzie głowy. Pa­znok­cia­mi wy­skro­ba­łem reszt­ki brudu z pyska i uszu zwie­rząt, po czym po­sta­wi­łem na­czy­nie na stole. Na moment się odwróciłem, aby sprawdzić, czy kurek jest dobrze zakręcony, bo do moich uszu do­bie­gły ja­kieś dziw­ne dźwię­ki, tro­chę po­dob­ne do ka­pa­nia wody, a tro­chę do ty­ka­nia ze­ga­ra. Bądź co bądź kurka nie dało się bar­dziej za­krę­cić, ale nie za­uwa­ży­łem, by prze­cie­kał. Po­now­nie spoj­rza­łem na fi­li­żan­kę…

Zmru­ży­łem po­wie­ki, po czym za­tka­łem dło­nią usta. Na­czy­nie na moich oczach po­kry­wa­ło się rdza­wo­sza­rą mazią. Wy­bie­głem na ko­ry­tarz, zła­pa­łem torbę i ucie­kłem.

 

* * *

 

To nie mrok nas przy­cią­ga, to my sami wkra­cza­my w ciem­ność. Sie­dzia­łem w fo­te­lu wpa­trzo­ny w linie pra­wej dłoni, a do moich uszu do­bie­gał za­chryp­nię­ty głos pani Wik­trul:

― Szłam ulicą do skle­pu po świe­że pie­czy­wo. Padał deszcz, a ja nie mia­łam pa­ra­so­la. Za­trzy­ma­łam się przy ka­łu­ży i za­czę­łam sobie wy­obra­żać, że nie­wi­dzial­ne ra­mio­na wcią­ga­ją mnie do brud­nej wody, że prze­sta­ję ist­nieć. Nie mo­głam iść do skle­pu, nie chcia­łam z nikim roz­ma­wiać, wró­ci­łam do domu i ukry­łam się pod koł­drą. Cały dzień cho­dzi­łam głod­na i prze­mar­z­nię­ta. Dzwo­ni­łam do pana, ale pan nie od­bie­rał… Okrop­na pust­ka wdar­ła mi się do serca. Ja… To strasz­ne uczu­cie, wie pan, jakie to strasz­ne uczu­cie, gdy ktoś, na kim ci za­le­ży, nie od­bie­ra te­le­fo­nu?

Przy­tak­ną­łem i z tru­dem od­po­wie­dzia­łem:

― Wiem, ale, że dzwo­ni­ła pani do mnie i że ja… ― Nie do­koń­czy­łem, bo pani Wik­trul wy­buch­nę­ła nie­po­ha­mo­wa­nym pła­czem.

Po­da­łem jej chu­s­tecz­kę i mimo że nie po­wi­nie­nem, po­kle­pa­łem po ple­cach. Uśmiech­nę­ła się smęt­nie i wy­beł­ko­ta­ła:

― Dzię… kuję.

Parę se­kund pa­trzy­li­śmy na sie­bie w mil­cze­niu, gdy roz­legł się dzwo­nek.

― Prze­pra­szam ― po­wie­dzia­łem, po czym szyb­kim kro­kiem ru­szy­łem na ko­ry­tarz.

Otwo­rzy­łem drzwi i uj­rza­łem Amanę. Wrę­czy­ła mi list, od­wró­ci­ła się i ode­szła.

 

* * *

 

„Sza­now­ny panie Edri­gu, jeśli nie po­zbę­dzie się pan stwo­ra z domu mo­je­go brata w prze­cią­gu trzech ko­lej­nych dni, będę zmu­szo­na po­pro­sić o tę przy­słu­gę kogoś in­ne­go. Jed­nak­że po­dob­nie jak brat darzę pana dużym za­ufa­niem i wie­rzę, że speł­ni pan to, co pan obie­cał. Niech Bóg trzy­ma pana w swo­jej opie­ce. Amana Bi­klow­ski”.

Pod tek­stem zo­stał umiesz­czo­ny ry­su­nek krzy­ża.

 

* * *

 

Jesz­cze tego sa­me­go dnia wie­czo­rem po­je­cha­łem do domu przy­ja­cie­la. Za­bra­łem ze sobą nóż, sznu­rek i płó­cien­ny worek. Otwo­rzy­łem za­rdze­wia­łą furt­kę. Z nieba lały się szare stru­gi desz­czu i wa­li­ły w chod­nik z taką siłą jakby to były ka­mie­nie. Po­zba­wio­ne liści drze­wa w ogro­dzie wy­glą­da­ły jak szkie­le­ty pre­hi­sto­rycz­nych mon­strów, krza­ki pi­gwow­ca jak zde­chłe je­żow­ce, a tur­la­ją­ce się po ziemi zbu­twia­łe li­ście jak… ucię­te głowy myszy. Po ple­cach prze­szedł mi dreszcz wstrę­tu. Amana miała rację, mu­sia­łem zabić Kiki.

Przy­spie­szy­łem, jak­kol­wiek, zanim do­tar­łem do drzwi oprócz ulew­ne­go desz­czu, za­czę­ło też sil­nie wiać. Od­no­si­łem wra­że­nie, że to Bóg chłosz­cze mnie batem po ple­cach, by uka­rać moją opie­sza­łość i zwąt­pie­nie, mój brak wiary i moją po­trze­bę zbli­że­nia się do tego, co nie­zna­ne, do złego. Wspi­na­jąc się po scho­dach, stra­ci­łem rów­no­wa­gę i ude­rzy­łem głową w ka­mien­ny murek. Po­czu­łem spły­wa­ją­cą po czole krew. Ostat­kiem sił ostroż­nie się pod­nio­słem i wkro­czy­łem do sie­dzi­by Sza­ta­na. Nie­mal­że po omac­ku, bo wszyst­kie świa­tła, które pró­bo­wa­łem za­pa­lić, nie dzia­ła­ły, do­tar­łem do po­ko­ju na pię­trze. Po­wo­li uchy­li­łem drzwi i zo­ba­czy­łem ja­skra­wo­zie­lo­ne śle­pia.

 

* * *

 

Idziesz w ciem­nym tu­ne­lu w kie­run­ku świa­tła, z każ­dym od­bi­ja­ją­cym się głu­chym echem od be­to­nu kro­kiem, strop jest coraz bli­żej two­jej głowy, a ścia­ny na­gie­go ciała, pod sam ko­niec nie idziesz, tylko peł­zasz. Aż zlany potem, z tru­dem ła­piąc od­dech, do­cie­rasz do świa­tła i… To tak po­żą­da­ne, upra­gnio­ne świa­tło nie­ocze­ki­wa­nie za­czy­na cię razić w oczy. Po two­ich po­licz­kach spły­wa­ją zły. Twoja skóra pie­cze, swę­dzi. Dra­piesz się, a ona scho­dzi pła­ta­mi z mię­śni, tka­nek, na­rzą­dów. Krwa­wisz. Nie masz in­ne­go wyj­ścia, jak tylko od­py­cha­jąc się ob­dar­ty­mi łok­cia­mi, wra­cać do mroku.

Czy nasza przy­szłość usta­lo­na jest w chwi­li po­czę­cia? Czy to, czy wy­bie­rze­my dobro i mi­łość do in­nych, czy zło i nie­na­wiść, za­pi­sa­ne zo­sta­ło w ge­nach? A może w czymś innym? W dłu­gich, krę­tych, nie­wi­dzial­nych ni­ciach łą­czą­cych nas ze zbio­ro­wą prze­szło­ścią, któ­rej nigdy nie bę­dzie nam dane po­znać, ale któ­rej nie­ustan­nie bę­dzie­my pra­gnę­li za­sma­ko­wać?

Nie byłem w sta­nie pod­ciąć gar­dła Kiki. Kiedy wsze­dłem do po­ko­ju, po­czu­łem od przy­pię­te­go smy­czą do łóżka stwo­rze­nia nie­sa­mo­wi­tą moc. Do­sko­na­le zda­wa­łem sobie spra­wę, że nie po­cho­dzi ona od Boga, lecz nie zdo­ła­łem prze­rwać pły­ną­ce­go w moją stro­nę stru­mie­nia. Wręcz prze­ciw­nie chcia­łem go wię­cej i wię­cej. Łak­ną­łem tej mocy ni­czym naj­pysz­niej­szych ła­ko­ci, naj­słod­szych de­li­cji, so­czy­stych owo­ców…

Wzią­łem Kiki na ręce. Jej serce biło tak nie­sły­cha­nie szyb­ko, sierść była mięk­ka i pu­szy­sta, a wraz z ener­gią, która pro­mie­nio­wa­ła ze zwie­rzę­cia, ema­no­wa­ło też z niego nie­sa­mo­wi­te cie­pło. Przy­tu­li­łem Kiki do pier­si, ukry­łem pod płasz­czem i sku­lo­ny prze­bie­głem przez ogród.

 

* * *

 

Gdy do­tar­li­śmy do mo­je­go domu, od­pią­łem smycz i uło­ży­łem zwie­rzę na kocu tuż przy łóżku. Nie mia­łem po­ję­cia dla­cze­go, ale byłem pe­wien, że nie uciek­nie. Jakby po­łą­czy­ły nas nie­wi­dzial­ne kaj­da­ny, któ­rych nie dało się roz­kuć. Przy­nio­słem miskę wody i parę gar­ści zbu­twia­łych liści. Usia­dłem na fo­te­lu pod oknem i za­fa­scy­no­wa­ny ob­ser­wo­wa­łem, jak Kiki je i pije, sam też po­wo­li ro­biąc się głod­nym. Tak czy ina­czej, zanim po­sze­dłem do kuch­ni, po­cze­ka­łem, aż zwie­rzę za­śnie.

W przed­po­ko­ju poniewierało się parę upusz­czo­nych prze­ze mnie liści, w po­wie­trzu uno­si­ła się sierść, odro­bi­nę czuć było za­pach zgni­li­zny i mo­kre­go drew­na. Na ku­chen­nych me­blach po­ja­wi­ła się war­stwa kurzu, mimo że za­le­d­wie wczo­raj w po­łu­dnie pani Stri­go do­kład­nie wszyst­ko wy­pu­co­wa­ła. Otwo­rzy­łem lo­dów­kę, wy­ją­łem żółty ser i szyn­kę, a potem się­gną­łem do chle­ba­ka. Po­ło­ży­łem je­dze­nie na stole i ze spusz­czo­ną głową po­drep­ta­łem do zlewu.

Moje ręce… Nie, nie byłem zdzi­wio­ny. Na zwiot­cza­łej skó­rze pająk śmier­ci i mroku utkał gęstą sieć zmarsz­czek. Zimną wodą ob­my­łem palce i nad­garst­ki, po czym zgar­bio­ny wró­ci­łem do stołu. Ukro­iłem pajdę czer­stwe­go chle­ba, na­ło­ży­łem na nią gruby pla­ster zzie­le­nia­łej szyn­ki… Spoj­rza­łem na ser ― sza­fran prze­cho­dził w rudy i spiż, na wierzch­niej war­stwie wy­ra­sta­ły krzacz­ki ple­śni w ko­lo­rze feld­grau i ma­ren­go, gdzie­nie­gdzie roz­kwi­ta­ły pąki pla­ty­ny i po­pio­łu. Ma­lo­wa­na dło­nią na­tu­ry rzeź­ba.

 

* * *

 

Sza­leń­stwo jest przy­czy­ną sa­mot­no­ści, czy jej na­stęp­stwem? Na jed­nym z za­pla­mio­nych czymś czer­wo­nym, pew­nie krwią, skraw­ku pa­pie­ru Grad­di­no na­pi­sał:

„Nigdy nie chcia­łem mieć ro­dzi­ny, pra­gną­łem być ge­niu­szem, na­ukow­cem lub ar­ty­stą, albo naj­le­piej i tym, i tym. Ja mu­sia­łem two­rzyć i od­kry­wać! Ma­da­ja je­dy­nie prze­szka­dza­ła mi re­ali­zo­wać ma­rze­nia. Z dnia na dzień coraz bar­dziej ko­cha­łem Kiki i nie­na­wi­dzi­łem żony…”.

A dla­cze­go ja wy­bra­łem życie w po­je­dyn­kę? Lu­bi­łem ciszę i spo­kój. Bli­skość ludzi by­wa­ła przy­tła­cza­ją­ca. Za­wsze. Nawet jako chło­piec pre­fe­ro­wa­łem bawić się sam. Inne dzie­ci mnie draż­ni­ły. Ich krzy­ki, prze­sad­ny śmiech, nad­mier­na ru­chli­wość. Pa­mię­tam, kiedy sta­łem za pło­tem i z da­le­ka pa­trzy­łem, jak grają w piłkę, jak się ga­nia­ją, jak ma­cha­ją rę­ko­ma… Na­krę­ca­ne za­baw­ki o czło­wie­czych kształ­tach. Ro­dzi­ce byli w szoku, gdy im oznaj­mi­łem, że wy­bie­ram się na psy­cho­lo­gię.

Po­gła­ska­łem Kiki po łebku, a potem po­dra­pa­łem za usza­mi. Była słod­ka, a ja już przy­wy­kłem do za­pa­chu zbu­twia­łych liści i do domu zmie­nia­ją­ce­go się w ruinę. Je­dy­ną sprawą, której nie mo­głem za­ak­cep­to­wać było to, że ja sam w to­wa­rzy­stwie Kiki ule­ga­łem roz­kła­do­wi. Wy­dzie­la­na przez stwo­rze­nie ener­gia do­cie­ra­ła do wszyst­kich moich ko­mó­rek, spra­wia­ła, że czu­łem się szczę­śli­wy, war­to­ścio­wy, nie­za­leż­ny, wolny… ale jed­no­cze­śnie do­sko­na­le zda­wa­łem sobie spra­wę, że w przy­spie­szo­nym tem­pie zmie­rzam ku śmier­ci.

― Kiki, wiem, że mo­żesz mnie ura­to­wać. Po­wiedz mi, co mam zro­bić. Pro­szę… Nie za­wio­dę cię, nie będę taki jak Grad­di­no. Obie­cu­ję.

Zwie­rzę za­mru­cza­ło, zmrużyło po­wie­ki i de­li­kat­nie roz­war­ło pysz­czek. Przez mo­ment wy­da­ło mi się, że na spi­cza­stych zę­bach uj­rza­łem krew.

Mi­nę­ło już dwa ty­go­dnie od ostat­nie­go spo­tka­nia z panią Wik­trul. Tym razem też za­mie­rza­łem od­wo­łać naszą sesję. Tłu­ma­czy­łem się cho­ro­bą, a ona pła­ka­ła do słu­chaw­ki.

 

* * *

 

Kiki była już ze mną pra­wie mie­siąc. Przez cały ten czas nie opusz­cza­łem swo­jej po­sia­dło­ści. Za­ku­py ro­bi­ła dla mnie pani Stri­go, jak­kol­wiek nie wpusz­cza­łem jej do środ­ka, a wy­mia­ny pa­kun­ków na pie­nią­dze do­ko­ny­wa­łem przy furt­ce. Wy­cho­dzi­łem do niej za­kap­tu­rzo­ny, do­kład­nie owi­nię­ty sza­li­kiem, tak by widać mi było tylko oczy. Nie­wia­sta po­cząt­ko­wo je­dy­nie na mnie dziw­nie pa­trzy­ła, ale paru dniach od­wa­ży­ła się za­py­tać:

― Panie Edri­gu, wszyst­ko z panem do­brze?

― Mhm.

― A… Ja, bar­dzo prze­pra­szam za to py­ta­nie. Kto panu teraz sprzą­ta po­ko­je?

Od­chy­li­łem sza­lik i od­par­łem:

― Sam daje sobie radę. Pani Strin­go, pro­szę się nie mie­szać w moje spra­wy. Przez jakiś czas po­trze­bu­ję sa­mot­no­ści.

― Prze… prze­pra­szam ― wy­beł­ko­ta­ła, po czym scho­wa­ła mo­ne­ty do port­mo­net­ki i po­pra­wi­ła chust­kę i ode­szła.

Wy­cho­dzi­łem z domu, oprócz tych spo­tkań przy furt­ce, tylko do ogro­du po zbu­twia­łe li­ście. Za­czą­łem gro­ma­dzić je w becz­kach na ka­pu­stę, w ku­błach, w po­jem­ni­kach na żyw­ność, nawet w szu­fla­dach i na pół­kach. Chcia­łem być pe­wien, że gdy przyj­dzie zima, mrozy i śnie­gi, moja pu­pil­ka bę­dzie miała, co jeść, a Kiki z dnia na dzień męż­nia­ła, sta­wia­ła coraz pew­niej­sze kroki i coraz rza­dziej cią­gnę­ła ogo­nem po pod­ło­dze.

Jed­nak­że tego wie­czo­ru zde­cy­do­wa­łem się prze­wie­trzyć. Wło­ży­łem cie­pły płaszcz, na­cią­gną­łem czap­kę na czoło i z pa­ra­so­lem w ręce, bo odro­bi­nę pa­da­ło, wy­sze­dłem na to­ną­ce w pół­mro­ku ulice. Wcią­ga­łem nosem rześ­kie po­wie­trze i spo­glą­da­łem to w prawo, to w lewo. Niby ma­sze­ro­wa­łem tędy, pew­nie z ty­siąc razy wcze­śniej, wszyst­ko wy­da­wa­ło mi się obec­nie ja­kieś inne. Jakby mniej wy­raź­ne, za­mglo­ne, po­zba­wio­ne zna­cze­nia. Pie­kar­nia pana Bir­du­ga z szyl­dem w kształ­cie ro­ga­la, w któ­rej zwy­kłem ku­po­wać żytni chleb i bułki z ro­dzyn­ka­mi, za­kład szew­ski pro­wa­dzo­ny przez ku­la­we­go pana Kro­bik, w któ­rym śmier­dzia­ło kle­jem do butów i starą skórą, kwia­ciar­nia pani Ma­strid, do któ­rej pra­wie nigdy nie za­cho­dzi­łem, bo prze­cież nie mia­łem dla kogo ku­po­wać kwia­tów. Dzi­siaj nie po­trze­bo­wa­ła już nie tylko bu­kie­tów róż, ale też świe­żych bułek, ani szew­ca, mo­głem cho­dzić w dziu­ra­wych bu­tach.

Z ulicy Skle­po­wej skrę­ci­łem do parku. Ileż tu było zbu­twia­łych liści! Kiki za­pew­ne ska­ka­ła­by z ra­do­ści. Ze­bra­łem garść i we­pcha­łem do kie­sze­ni płasz­cza. Nawet się nie spo­strze­głem, kiedy deszcz przy­brał na sile i w moich trze­wi­kach za­czę­ła chlu­po­tać woda. Tak czy ina­czej, chcia­łem jesz­cze tro­chę po­spa­ce­ro­wać. Sze­dłem, ale już bez spo­glą­da­nia na boki, skon­cen­tro­wa­ny na prze­bie­ga­ją­cych mi przez głowę my­ślach. Jaki sens kryło w sobie życie? Może moim prze­zna­cze­niem było spo­tkać Grad­di­no, a potem ad­op­to­wać jego zwie­rzę i do­koń­czyć to, co on roz­po­czął? Czego pra­gnę­ła Kiki? Czy przy­słał ją do nas Dia­beł? Czy tak na­praw­dę na­ro­dzi­ła się nie w pod­zie­miach domu przy­ja­cie­la, lecz w Pie­kle?

Wciąż nie zna­łem od­po­wie­dzi na wy­kwi­ta­ją­ce mi pod czasz­ką py­ta­nia. Wes­tchną­łem cięż­ko i pod­nio­słem wzrok. Nawet nie za­uwa­ży­łem, kiedy zna­la­złem się tuż przy re­zy­den­cji zmar­łe­go przy­ja­cie­la. Zbli­ży­łem się do ogro­dze­nia, otwo­rzy­łem furt­kę, któ­rej już nie tylko nie po­kry­wa­ła rdza, ale która mimo desz­czu wręcz lśni­ła. Wsze­dłem do ogro­du i spoj­rza­łem na dom. Pięk­ny, kre­mo­wy kolor, jed­no­li­ty układ okien, cu­dow­na sy­me­tria, ory­gi­nal­ne gzym­sy i li­stwy, sze­ro­kie, łu­ko­we drzwi wej­ścio­we. To miej­sce w żaden spo­sób nie przy­po­mnia­ło ru­de­ry, którą pra­wie mie­siąc temu opu­ści­łem z Kiki na rę­kach. I cóż, nie są­dzi­łem, że to za­słu­ga Amany…

 

* * *

 

Tej nocy po raz pierw­szy wzią­łem do łóżka Kiki. Ob­ją­łem ją ra­mie­niem, po czym otu­li­łem koł­drą. Zwie­rzę wy­glą­da­ło na bar­dzo za­do­wo­lo­ne. Wy­da­wa­ło z sie­bie po­mru­ki, wy­cią­ga­ło łapki, co parę se­kund otwie­ra­ło po­wie­ki i spo­glą­da­ło w moją stro­nę, jakby spraw­dza­ło, czy już za­sną­łem. Ale ja też nie za­my­ka­łem oczu, bo chcia­łem na nie pa­trzeć. Czu­łem nie­sa­mo­wi­tą moc wy­do­sta­ją­cą się z nie­wiel­kie­go ciał­ka, drga­nie po­wie­trza, nie­sa­mo­wi­te cie­pło. Za­pra­gną­łem, by czas się za­trzy­mał, żeby świat prze­stał ist­nieć, żeby poza mną i Kiki nie było ni­ko­go wię­cej. Że­by­śmy uno­si­li się w czer­ni.

Sprzę­ty w sy­pial­ni za­czę­ły fa­lo­wać, za­cho­dzić sza­ro­ścią, a potem he­ba­nem, wcią­ga­łem w nos roz­kosz­ny za­pach zbu­twia­łych liści i po­wo­li za­pa­da­łem w sen.

 

* * *

 

― Dokąd mnie pro­wa­dzisz? Po­cze­kaj, nie mogę za tobą na­dą­żyć, po­cze­kaj, pro­szę…

Bie­głem po kar­ma­zy­no­wym chod­ni­ku wą­skim, bar­dzo krę­tym ko­ry­ta­rzem. W świe­tle pło­ną­cych po­chod­ni wi­dzia­łem je­dy­nie zni­ka­ją­cy za za­krę­ta­mi ogon.

― Po­cze­kaj!

Z tru­dem ła­pa­łem od­dech, było mi go­rą­co, zwol­ni­łem, ogon znik­nął z mo­je­go pola wi­dze­nia. Bie­głem i bie­głem, ale ko­ry­tarz nie chciał się skoń­czyć. Już nie bie­głem, tylko sze­dłem z sze­ro­ko otwo­rzo­ny­mi usta­mi, z wy­su­nię­tym ję­zy­kiem. I gdy mia­łem się za­trzy­mać, do­tar­łem do ja­ski­ni. Za­mar­łem.

Na ogrom­nym, ka­mien­nym stole leżał prze­ra­ża­ją­cy stwór ― trzy zro­śnię­te ze sobą głowy, dwie, te po bo­kach łyse, a ta po­środ­ku z dłu­gi­mi, an­tra­cy­to­wy­mi wło­sa­mi, które opa­da­ły aż na pod­ło­gę, roz­dzie­la­ły się na pasma i peł­zły mię­dzy sta­la­gna­ta­mi ni­czym czar­no­szy­je kobry. Po­kry­ta łu­ska­mi szyja i jakby ule­pio­ny z gliny tułów o prze­ra­ża­ją­co wiel­kich pier­siach. Spo­mię­dzy rów­nie ogrom­nych po­ślad­ków wy­ła­niał się ogon w kształ­cie roz­wi­dlo­ne­go ję­zy­ka żmii. Nogi… Nie byłem w sta­nie po­li­czyć, ile ich było. Wszyst­kie bar­dzo chude i jakby po­ła­ma­ne albo jakby miały zbyt wiele kolan.

Wokół stwo­ra kłę­bi­ły się stwo­rze­nia bliź­nia­czo po­dob­ne do mojej Kiki. Pew­nie ona też tam była. Tak czy ina­czej, to nie wy­gląd mon­strum był naj­gor­szy, lecz spły­wa­ją­ca po jego ciele krew i roz­rzu­co­ne wokół ludz­kie szcząt­ki. Męż­czyzn, ko­biet, dzie­ci. Bra­cia i sio­stry Kiki raz po raz pod­bie­ga­ły do tru­cheł i wbi­ja­ły w nie spi­cza­ste zęby.

Nie chcia­łem na to pa­trzeć, ale nie mo­głem za­mknąć po­wiek. Spró­bo­wa­łem się od­wró­cić, ale moje ciało skuł lód. Bałem się, tak cho­ler­nie się bałem. Nagle do moich uszu do­tarł me­lo­dyj­ny głos:

― Edri­gu, je­stem głod­na, po­trze­bu­ję ko­lej­nych ofiar. Edri­gu, krew ocali cię od śmier­ci.

 

* * *

 

Obu­dzi­łem się znie­ru­cho­mia­ły, w dło­niach ści­ska­łem prze­ście­ra­dło, po­dar­ta koł­dra le­ża­ła na pod­ło­dze, a obok niej stała Kiki i jadła… nie, to nie były ludz­kie wnętrz­no­ści, lecz zbu­twia­łe li­ście. Tak czy ina­czej, nie wie­dzia­łem, czy to, co zo­ba­czy­łem, było je­dy­nie kosz­mar­nym snem.

Po­czła­pa­łem do ła­zien­ki. Spoj­rza­łem w pęk­nię­te, brud­ne lu­stro. Ledwie dostrzegałem w nim siebie, ale mrużąc powieki zobaczyłem schodzącą z po­licz­ków skórę, roz­kr­wa­wio­ne wargi, siwe włosy i po­ła­ma­ne zęby. Bra­ko­wa­ło mi gór­nej je­dyn­ki i dol­nej dwój­ki. Z nosa ciekł bursz­ty­no­wo­bor­do­wy płyn.

Wró­ci­łem do sy­pial­ni, sta­ną­łem w progu i po­pa­trzy­łem na Kiki. Cią­gle jadła. Jej po­sta­wio­ne uszy i unie­sio­ny ogon lekko drga­ły. Za­kry­łem dłoń­mi twarz. Nie mia­łem in­ne­go wyj­ścia, mu­sia­łem ją zabić. Tym razem nie dla­te­go, że pro­si­ła mnie o to Amana, tylko by oca­lić wła­sne życie.

 

* * *

 

Po­sze­dłem do przed­po­ko­ju i się­gną­łem po torbę, tę, w któ­rej od czasu mojej ostat­niej próby, wciąż znaj­do­wa­ły się nie­do­szłe na­rzę­dzia zbrod­ni. Wy­ją­łem naj­pierw nóż, a potem sznu­rek. Za­ci­sną­łem zęby tak mocno, że aż po­czu­łem ból w szczę­kach i ru­szy­łem do walki z upio­rem.

Jeden krok, drugi, echo, czyjś płacz w mojej gło­wie. Sta­ną­łem przed Kiki. Zwie­rzę prze­sta­ło jeść. Po­ło­ży­ło się, pod­ku­li­ło ogon, po czym unio­sło pysz­czek i po­pa­trzy­ło na mnie ja­skra­wo­zie­lo­ny­mi śle­pia­mi. Bły­snę­ło, jakby jej źre­ni­ce wy­strze­li­ły pio­ru­na­mi. Fala go­rą­ca i nie­sa­mo­wi­cie sil­nej ener­gii ude­rzy­ła w sam śro­dek mo­je­go serca. Zro­bi­ło mi się bar­dzo przy­jem­nie, wręcz błogo, jak­bym wypił z pięć szklaneczek whi­sky, nie ra­czej, jak­bym wziął ja­kieś silne nar­ko­ty­ki. Od­la­ty­wa­łem.

― Edrig! Edrig!

Czyj to głos? To Amana, ale prze­cież ona nie umia­ła mówić. Wzdry­gną­łem się, ude­rzy­łem dło­nią w po­li­czek, po czym chwy­ci­łem Kiki w ręce i ob­wią­za­łem sznu­rem. Nawet się nie bro­ni­ła. Się­gną­łem po nóż i wtedy jej oczy… One po­now­nie roz­bły­snę­ły zie­le­nią, ale tym razem jakąś inną, prze­ra­ża­ją­cą, ma­gne­ty­zu­ją­cą, wcią­ga­ją­cą. Ta zie­leń mnie po­chło­nę­ła.

Zna­la­złem się w ja­ski­ni, przy­ci­śnię­ty do sta­la­gna­tu jed­nym z wie­lo­sta­wo­wych od­nó­ży trój­gło­we­go stwo­ra. Po­now­nie usły­sza­łem ko­bie­cy, bar­dzo me­lo­dyj­ny głos:

― Nie bądź głup­cem, Edri­gu. Po pro­stu zrób, o co cię pro­si­łam.

 

* * *

 

Ock­ną­łem się w sy­pial­ni na pod­ło­dze. Moim cia­łem wstrzą­sa­ły silne dresz­cze, drga­ły mi koń­czy­ny, z ust to­czy­ła się ró­żo­wa piana. Kątem oka do­strze­głem, że tuż obok leży za­krwa­wio­ny ząb. Kiki jadła li­ście.

Z ogrom­nym tru­dem na czwo­ra­kach wy­sze­dłem na ko­ry­tarz. Cięż­ko dy­sząc, po­czła­pa­łem do ła­zien­ki, po czym za­pa­ko­wa­łem się do wanny. Od­krę­ci­łem zimną wodę. Z za­rdze­wia­łe­go kranu za­czę­ła kapać brą­zo­wa, śmier­dzą­ca ciecz. Ob­my­łem nią za­krwa­wio­ną brodę i cze­ka­łem aż na­mok­nie mi ubra­nie. Mu­sia­łem ochło­dzić tar­ga­ne go­rącz­ką ciało. Nie chcia­łem umie­rać… ale… nie chcia­łem też żyć.

Pul­su­ją­cy ból w skro­niach, wy­su­szo­ne gar­dło, mrocz­ki przed oczy­ma. Bałem się, że znowu ze­mdle­ję. Za­krę­ci­łem kurek i wy­chy­li­łem głowę z wanny. W progu sie­dzia­ła Kiki. Miała otwar­ty sze­ro­ko pysz­czek, a spo­mię­dzy jej zębów wy­la­ty­wał stru­mień świa­tła. To dzię­ki niemu udało mi się pod­nieść i sta­nąć na no­gach.

― Prze­pra­szam ― wy­szep­ta­łem, po czym z całej siły ude­rzy­łem pię­ścią w ła­zien­ko­we lu­stro.

Krew pry­snę­ła na po­pę­ka­ne płyt­ki, na pod­ło­gę i na mnie. Odłam­ki szkła wbiły się w moje dło­nie. Kiki za­pisz­cza­ła. W jej oczach do­strze­głem coś, jakby współ­czu­cie i zro­zu­mie­nie, jakby ona też je­dy­nie była ofia­rą, jakby nie chcia­ła zadać mi bólu, lecz pomóc.

Usia­dłem na kra­wę­dzi wanny. Nucąc ko­ły­san­kę, którą śpie­wa­ła do snu matka, po­wo­li wyj­mo­wa­łem ostre ka­wał­ki szkła z gni­ją­ce­go ciała.

 

* * *

 

Tej nocy leżąc w łóżku, uświa­do­mi­łem sobie, że jest już za późno, że zo­sta­łem za­cza­ro­wa­ny, że nie dam rady zabić Kiki. A co gor­sza, że nie będę w sta­nie od niej uciec, że po­trze­bu­ję wy­dzie­la­nej przez nią ener­gii ni­czym nar­ko­ty­ku, bez któ­re­go nie mogę funk­cjo­no­wać. Tylko za nar­ko­ty­ki trze­ba pła­cić. A cena, którą za­żą­dał ode mnie… ten… Gdy przy­po­mi­na­łem sobie spo­tka­ne­go w ja­ski­ni stwo­ra, ro­bi­ło mi się nie­do­brze. Te włosy, te po­ła­ma­ne koń­czy­ny, te ludz­kie szcząt­ki… Cena była za wy­so­ka.

A skoro nie da się uwol­nić od Kiki, jed­nym roz­wią­za­niem po­zo­sta­wa­ło uka­tru­pie­nie sa­me­go sie­bie. Nie mo­głem tak jak Grad­di­no, po pro­stu cze­kać na śmierć, ule­gać po­wol­ne­mu roz­kła­do­wi. Nie mo­głem! Wbi­łem pa­znok­cie pra­wej dłoni w lewy nad­gar­stek. We­pchną­łem róg po­dusz­ki w usta, by nie krzy­czeć. Dla­cze­go? Dla­cze­go? Dla­cze­go byłem tak głupi i nie po­słu­cha­łem Amany?

 

* * *

 

Sta­łem po­środ­ku sa­lo­nu wpa­trzo­ny w obraz. Grad­di­no miał pod­nie­sio­ne ręce, jakby wy­gła­szał ja­kieś modły. Przy zwło­kach Ari­sza nie było już ga­piów, lecz Ki­ko­po­dob­ne stwo­ry, które wy­ja­da­ły wnętrz­no­ści z roz­kro­jo­nej jamy brzusz­nej zło­dzie­ja. Czym jest sa­mo­bój­stwo? Aktem od­wa­gi czy stra­chu? Spoj­rza­łem na przy­go­to­wa­ną linę i ta­bo­ret. Za­mkną­łem po­wie­ki i po­my­śla­łem o pani Wik­trul.

Dwa dni temu odło­ży­łem słu­chaw­kę, by nie mu­sieć wy­słu­chi­wać jej la­men­tów. Ona czę­sto lu­bi­ła pod­czas na­szych spo­tkań stra­szyć, być może od­po­wied­niej­szym by było tu słowo ― ostrze­gać, że za­sta­na­wia się nad ode­bra­niem sobie życia. Że nawet wy­bra­ła już miej­sce śmier­ci. Oto­czo­ne pła­czą­cy­mi wierz­ba­mi je­zio­ro, po któ­rym pły­wa­ły dzi­kie kacz­ki. Ro­man­tyzm czy głu­po­ta? Pięk­no czy ohyda?

Nie, sa­mo­bój­stwo z pew­no­ścią nie miało w sobie nic pięk­ne­go. Bądź co bądź, śmierć to­piel­ca nie­wie­le się róż­ni­ła od ago­nii na sznu­rze. Tak mi się przy­naj­mniej wy­da­wa­ło.

Udu­sze­nie. Brak tlenu. Sina barwa skóry, wy­trzeszcz oczu, ob­umie­ra­nie mózgu. Nie, nie wie­dzia­łem, nie zna­łem się na ana­to­mii, nie lu­bi­łem… Wzią­łem do ręki linę. Nie po­wi­nie­nem sobie teraz tego wy­obra­żać. Wsze­dłem na stół. Trzesz­czał tak jak scho­dy w piw­ni­cy Grad­di­nie­go. Ob­wią­za­łem sznur wokół pod­su­fi­to­wej belki. Spraw­dzi­łem, czy do­brze trzy­ma. Ze­sko­czy­łem na per­ski dywan. Boże, jak on wy­glą­dał… Gdzie po­dzia­ło się moje złoto, czer­wień i gra­nat? Do­tkną­łem pal­ca­mi po­skle­ja­nych wło­sków. Pa­skud­ny brąz, sza­rość, czerń i… gdzie­nie­gdzie osta­ło się tro­chę kar­ma­zy­nu.

Czyż to nie pa­ro­dia, że nie pani Wik­trul po­peł­ni sa­mo­bój­stwo, tylko ja, jej te­ra­peu­ta? Może tak na­praw­dę to nie ona, lecz ja po­stra­da­łem zmy­sły? Pod­su­ną­łem ta­bo­ret pod dyn­da­ją­cy sznur.

Nie my­śleć, tylko dzia­łać. My­śle­nie robi z nas tchó­rzy. Jeśli to nie ja sie­bie za­bi­ję, zeżre mnie cho­ro­ba, a to bę­dzie boleć. Cho­ler­nie boleć. Przy­ło­ży­łem dłoń do brzu­cha. Od wczo­raj nic nie ja­dłem, bo nie byłem w sta­nie. Mdło­ści, bie­gun­ka, kłu­cie pod lewym że­brem. Wnętrz­no­ści roz­kła­da­ły się za­pew­ne szyb­ciej niż mię­śnie i skóra.

Sta­ną­łem na ta­bo­re­cie, prze­że­gna­łem się i wy­szep­ta­łem:

― Boże, prze­bacz mi moje grze­chy i miej mnie w swo­jej opie­ce. Amano, módl się za duszę po­tę­pień­ca.

Wło­ży­łem głowę w pętlę. Za­mkną­łem oczy i… Nie, nie mo­głem. Nie byłem w sta­nie ode­brać sobie życia, bo… nie­waż­ne czy to sła­bość, czy mi­łość do sie­bie sa­me­go, czy nie­wy­star­cza­ją­cy po­ziom sza­leń­stwa, po pro­stu nie mo­głem.

Po­ło­ży­łem się na dy­wa­nie, pod­ku­li­łem nogi, brodą do­tkną­łem ko­ści­stych kolan. Po chwi­li po­czu­łem coś mo­kre­go na po­licz­ku. Uchy­li­łem po­wie­ki i uj­rza­łem pysz­czek Kiki. Zwie­rząt­ko de­li­kat­nie li­za­ło moją skórę. Po­gła­ska­łem je po łepku. Do moich uszu do­tarł me­lo­dyj­ny głos:

― Je­stem głod­na, Edri­gu, je­stem okrop­nie głod­na.

 

* * *

 

Le­ża­łem z Kiki na pod­ło­dze aż do rana. Nie wie­dzia­łem, czy zmo­rzył mnie sen, czy je­dy­nie zmę­cze­nie, głód i dyn­da­ją­cy nad nami sznur spra­wiły, że mój umysł wpadł w coś w ro­dza­ju nar­ko­tycz­ne­go transu. Prze­ni­ka­ją­ce się ze sobą barwy, fa­lu­ją­ce kształ­ty, morze za­le­wa­ją­ce gór­skie szczy­ty, matka o ogrom­nych, peł­nych mleka pier­siach, mleka, które nie było białe, lecz krwi­sto­czer­wo­ne, lu­dzie o pa­ję­czych no­gach, blada twarz Amany.

Ciąg na­cho­dzą­cych na sie­bie ob­ra­zów prze­rwa­ły agre­syw­ne sło­necz­ne pro­mie­nie, które wdzie­ra­ły się do sa­lo­nu przez dziu­ry w za­sło­nach. Ro­zej­rza­łem się wokół. Kiki jadła li­ście. Boże, jaki ona miała ape­tyt! A ja… Spoj­rza­łem na ze­ga­rek. Za pięć je­de­na­sta. Za chwi­lę bę­dzie tu pani Strin­go. Na tyle szyb­ko, o ile po­zwa­lał mi stan zdro­wia, wło­ży­łem płaszcz, rę­ka­wicz­ki i ka­lo­sze, otu­li­łem się sza­li­kiem, po czym chwiej­nym kro­kiem po­czła­pa­łem do furt­ki.

Pani Strin­go już tam stała. Kwie­ci­sta chust­ka, siwe włosy i to zbyt mocno świe­cą­ce słoń­ce. Twarz ko­bie­ty wy­glą­da­ła, jakby pło­nę­ła. Wy­ją­łem z kie­sze­ni pie­nią­dze i wy­cią­gną­łem dłoń po torbę. Ode­bra­łem za­ku­py, od­chy­li­łem sza­lik i z tru­dem ― bra­ku­ją­ce górne je­dyn­ki mocno utrud­nia­ły mi mó­wie­nie ― wy­ce­dzi­łem:

― Nie… nie… niech pa… pani wię… wię­cej nie przy­cho­dzi.

― Jak to? Dla­cze­go? Panie… Co się z panem dzie­je? Pan po­trze­bu­je po­mo­cy. Pan jest bar­dzo chory.

― Pre… precz. ― Ge­stem ręki wska­za­łem drugą stro­nę ulicy. ― Pre… precz.

 

* * *

 

Nie po­trze­bo­wa­łem po­mo­cy pani Strin­go. W lo­dów­ce za­le­ga­ło ze­psu­te je­dze­nie. Chleb leżał na pod­ło­dze wśród roz­sy­pa­ne­go gro­chu i po­tłu­czo­nych sło­ików ze sma­żo­ny­mi po­mi­do­ra­mi i tru­skaw­ko­wym dże­mem. W kuch­ni uno­sił się za­pach roz­kła­du, ale to nie dla­te­go nie byłem w sta­nie jeść. Przy­czy­na braku ape­ty­tu le­ża­ła gdzie in­dziej. Mój układ po­kar­mo­wy uległ zmia­nom. Ja… ja pra­gną­łem krwi. Tak jak Kiki i tak jak nasza Bo­gi­ni z za­ko­pa­nej gdzieś głę­bo­ko pod zie­mią świą­ty­ni wy­bu­do­wa­nej wśród sta­la­gna­tów.

Li­ście… Li­ście to był je­dy­nie za­py­chacz. Sie­dzia­łem na łóżku obok Kiki i po­wo­li prze­żu­wa­łem zbu­twia­łe blasz­ki i ogon­ki. Ogon­ki wy­da­wa­ły mi smacz­niej­sze, bar­dziej po­żyw­ne i aro­ma­tycz­ne. Tak czy ina­czej, wie­dzia­łem, że ten po­karm na długo nam nie wy­star­czy.

Do­sko­na­le zda­wa­łem sobie spra­wę, że nie mogę dłu­żej cze­kać. Tej nocy, gdy mia­sto po­grą­żo­ne było w głę­bo­kim śnie, ni­czym rze­zi­mie­szek wy­kra­dłem się z domu na ulice. Padał śnieg. Gęsty i lepki. Sze­dłem wolno, pod­pie­ra­jąc się kijem. Pusto, zimno, strasz­nie, lecz ja nie bałem się pust­ki. Mia­łem do speł­nie­nia sa­mot­ną misję i nie po­trze­bo­wa­łem to­wa­rzy­szy. Z każ­dym kro­kiem czu­łem, jak wraca mi ener­gia, jak moje ciało do­brze­je, no tak, od­da­la­łem się prze­cież od Kiki. Drżą­cy­mi pal­ca­mi do­tkną­łem gór­ne­go dzią­sła, chcąc spraw­dzić, czy za­czę­ły od­ra­stać mi też zęby, ale nic nie wy­czu­łem.

Mi­ną­łem uśmiech­nię­te­go ro­ga­la, za­kład szew­ski i kwia­ciar­nię, prze­mie­rzy­łem na wskroś park, ale potem nie skrę­ci­łem w ulicę, przy któ­rej mie­ści­ła się re­zy­den­cja przy­ja­cie­la, lecz w prze­ciw­nym kie­run­ku. Z za­ci­śnię­tym war­ga­mi po­dą­ża­łem w stro­nę opusz­czo­nych ma­ga­zy­nów, bu­dyn­ków bez okien i drzwi, domów, po któ­rych po­ko­jach hulał już tylko wiatr.

Ile warte jest ludz­kie ist­nie­nie? To, które i tak ska­za­ne jest na przed­wcze­sną śmierć, to które już w dniu na­ro­dzin zo­sta­ło na­zna­czo­ne cho­ro­bą i ubó­stwem? Do­tar­łem do wy­sy­pi­ska śmie­ci. Praw­do­po­dob­nie jesz­cze dwa mie­sią­ce temu nie był­bym w sta­nie znieść za­rów­no wstręt­ne­go odoru, jak i wszech­ogar­nia­ją­cej to miej­sce brzy­do­ty, ale teraz… Ja sam śmier­dzia­łem, jak i wy­glą­da­łem rów­nie obrzy­dli­wie. Coś prze­bie­gło tuż obok mojej lewej nogi. Jakiś cień. Po­dob­ny do Kiki. Duża mysz lub szczur. Nawet się nie wzdry­gną­łem.

Po­ję­cie pięk­na i ohydy, jakże względ­ne to były ter­mi­ny. Po­ję­cie dobra i zła… Zna­cze­nie słów. Po­tra­fi­li­śmy go­dzi­na­mi z Grad­di­no roz­trzą­sać, gdzie leży gra­ni­ca mię­dzy szla­chet­no­ścią a pa­pra­niem się w bru­dzie, mię­dzy nauką a grze­chem, mię­dzy po­trze­bą po­zna­nia a ry­zy­kiem po­pad­nię­cia w obłęd. Czy ja tę gra­ni­cę już prze­kro­czy­łem, czy do­pie­ro za­mie­rza­łem przejść na drugą stro­nę?

 

* * *

 

Za śmie­cio­wi­skiem mie­ści­ła się opusz­czo­na ko­pal­nia, nie­da­le­ko któ­rej bie­gły tory ko­le­jo­we. Gdy zbli­ża­łem się do tu­ne­li, coraz wy­raź­niej sły­sza­łem mia­ro­wy, ko­ją­cy stu­kot kół o szyny. Że­la­zna mu­zy­ka, me­lo­dia na­dziei i te roz­brzmie­wa­ją­ce pod samą czasz­ką słowa:

― Je­stem głod­na, Edri­gu, je­stem głod­na. Kiedy wresz­cie mnie na­kar­misz?

Z na­cią­gnię­tą nie­mal­że na oczy czap­ką, wśród roz­tań­czo­nych, bia­łych płat­ków już nie wspie­ra­jąc się na kiju, nie sze­dłem, lecz wręcz bie­głem. Zdy­sza­ny za­trzy­ma­łem się przy to­ną­cym w mroku wej­ściu do pod­ziem­nej pie­cza­ry. Wy­ją­łem z kie­sze­ni la­tar­kę i jak najciszej potrafiłem zacząłem za­głę­bi­ać się w tunel.

Spali przy ścia­nach, na tek­tu­ro­wych pu­dłach, za­grze­ba­ni w łach­ma­nach, otu­le­ni ciem­no­ścią. Bez­dom­ni. Za­ra­za na­sze­go mia­sta. Nigdy jakoś spe­cjal­nie im nie współ­czu­łem, wo­la­łem uda­wać, że nie ist­nie­ją. Do mo­je­go nosa do­tarł za­pach wil­go­ci i ple­śni wy­ro­słej na dawno nie­ogrze­wa­nym be­to­nie. Było w nim coś zbli­żo­ne­go do aro­ma­tu zbu­twia­łych liści. Wcią­gną­łem po­wie­trze głę­bo­ko w płuca. Prze­je­cha­łem świa­tłem po uśpio­nych twa­rzach.

Wargi wy­krzy­wio­ne cier­pie­niem, fi­zycz­nym, psy­chicz­nym, spo­łecz­nym, każ­dym. Brud wdzie­ra­ją­cy się w kra­te­ry zmarsz­czek. Prze­tłusz­czo­ne włosy przy­le­pio­ne do po­kry­te­go kro­sta­mi czoła. I… zma­sa­kro­wa­na buzia dziec­ka. Za­miast pra­we­go oka dziu­ra, po­szar­pa­ne mięso, ot­chłań bólu. Lewe ucho jakby nad­gry­zio­ne, znie­kształ­co­ny nos i bli­zna cią­gną­ca się od ucha przez po­li­czek aż do szyi.

Cho­ro­ba czy prze­moc? Za­rów­no jedno, jak i dru­gie. Jak okrut­ny mu­siał być Bóg, by na to po­zwo­lić? Bóg Amany, bo mój Bóg… Zmru­ży­łem po­wie­ki i uj­rza­łem trzy zro­śnię­te ze sobą głowy. Moja Bo­gi­ni ro­zu­mia­ła cier­pie­nie, nie była świa­tło­ścią, lecz fi­zycz­nym, zna­ją­cym roz­kosz i ból or­ga­ni­zmem. Jej włosy wiły się mię­dzy le­żą­cy­mi mi pod no­ga­mi ka­mie­nia­mi.

Życie umar­łe. Wtór­ne za­da­wa­nie śmier­ci, to nie mor­der­stwo, lecz pomoc. Na­chy­li­łem się nad dziec­kiem. Wy­cią­gną­łem rękę w stro­nę chu­de­go ra­mie­nia. I wtedy sie­dzą­ca obok niego po­stać z czo­łem wspar­tym o ko­la­na, nagle się wy­pro­sto­wa­ła. Syk­nę­ła. Uśmiech­ną­łem się bez otwie­ra­nia ust. Po­ło­ży­łem na ziemi garść monet. Czu­bem buta pod­su­ną­łem w kie­run­ku, to chyba była ko­bie­ta, wy­stra­szo­nej nie­wia­sty. Po­now­nie syk­nę­ła, po czym chwy­ci­ła dziec­ko w ra­mio­na i wy­mam­ro­ta­ła:

― Odejdź, Sza­ta­nie.

Jed­no­oki po­two­rek za­czął kwi­lić, tak jakoś cicho, jakby bra­ko­wa­ło mu sił na do­no­śny płacz. Tak czy ina­czej, jego szloch zbu­dził po­zo­sta­łych bez­dom­nych. Zro­bi­łem krok w tył. A oni wszy­scy jak na ko­men­dę uło­ży­li palce w znak krzy­ża i za­czę­li beł­ko­tać:

― Od­jedź, Dia­ble. Precz, siło nie­czy­sta. Zgiń, Sza­ta­nie.

My­śla­łem, że mnie zlin­czu­ją, ale nie, po­zwo­li­li mi odejść.

 

* * *

 

Nie mo­głem wró­cić do Kiki z pu­sty­mi rę­ko­ma. Kiedy doj­dziesz do pew­ne­go punk­tu, nie mo­żesz się wy­co­fać. Je­dy­na opcja to iść na­przód. Dałem się przy­wią­zać do roz­pę­dzo­ne­go po­wo­zu, który nie za­mie­rzał zwal­niać, cho­ciaż­by miał­by wy­paść z drogi na za­krę­cie. Pot, łzy, zło­wiesz­czy śmiech cza­ją­cych się w mroku de­mo­nów. Zgub­na sa­tys­fak­cja.

Przy­nio­słem do domu mar­twe­go kota. Tak, to ja go za­bi­łem. Moje dło­nie ubru­dzo­ne były krwią, kar­ma­zy­no­we gluty ob­le­pi­ły palce, dro­bin­ki mini i różu pom­pe­jań­skie­go wdar­ły się pod po­ła­ma­ne pa­znok­cie. Trzy­ma­łem w rę­kach ocie­ka­ją­ce po­so­ką tru­chło. Prze­mie­rzy­łem z nim ko­ry­tarz i wsze­dłem na pierw­sze pię­tro. Krew ka­pa­ła na trzesz­czą­ce scho­dy. Wkro­czy­łem do sy­pial­ni. Kiki le­ża­ła na łóżku.

Po­ło­ży­łem kota na pod­ło­dze i wrza­sną­łem:

― To dla cie­bie! Dla nas! Masz, jedz.

Stwo­rze­nie wy­cią­gnę­ło przed­nie łapy, na­prę­ży­ło grzbiet, prych­nę­ło, po czym wy­szcze­rzy­ło spi­cza­ste zęby.

― Co? O co ci cho­dzi? Krew! Krew! Krew!

Wy­ją­łem z kie­sze­ni płasz­cza nóż i jak osza­la­ły za­czą­łem dźgać ciało kota, cały czas wrzesz­cząc:

― Krew! Krew! Krew!

 

* **

 

Kiki nie chcia­ła zjeść kota, ja też, gdy już się uspo­ko­iłem, z obrzy­dze­niem spoj­rza­łem na mar­twe zwie­rzę. Jego krew była brud­na. Jak mo­głem w tak obrzy­dli­wy spo­sób chcieć oszu­kać Bo­gi­nię? Nędz­ny robak. Sku­li­łem się w rogu mię­dzy łóż­kiem i zże­ra­ną przez grzyb ścia­ną. Po­czu­łem na sobie jedną z po­ła­ma­nych w zbyt wielu miej­scach nogę. Na­ci­ska­ła mi na brzuch. Zwy­mio­to­wa­łem żół­cią. Za­czą­łem trząść się z zimna i wtedy… to było… bar­dzo miłe. An­tra­cy­to­we włosy otu­li­ły mnie ni­czym cie­pła pie­rzy­na. Za­sną­łem.

 

* * *

 

Łomot do drzwi. Nie chcia­łem go sły­szeć. Mój umysł ko­ły­sa­ły mętne wody sza­leń­stwa. Pra­gną­łem za­to­nąć wśród kar­ma­zy­no­wych fal. Nie chcia­łem wra­cać do rze­czy­wi­sto­ści, ale łomot nie cichł, wręcz prze­ciw­nie na­bie­rał na sile, był jak ryk dzi­kich zwie­rząt, jak la­ment ofiar, jak gru­chot ła­ma­nych kości.

Bar­dzo po­wo­li się pod­nio­słem. Byłem ubru­dzo­ny krwią kota i wła­sny­mi wy­mio­ci­na­mi. Krę­ci­ło mi się w gło­wie, a nogi mia­łem ni­czym z waty. Przy­trzy­mu­jąc się roz­kle­ko­ta­nej po­rę­czy, zsze­dłem do przed­po­ko­ju. Ktoś walił pię­ścia­mi w drzwi. Łup, łup, łup. Jak ude­rze­nia w moją czasz­kę.

― Idź sobie! ― wrza­sną­łem. ― Nie przyj­mu­ję żad­nych gości. Je­stem chory. Wynoś się i prze­stań ha­ła­so­wać. Ja…

Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu na­sta­ła cisza. Usia­da­łem na pod­ło­dze, zgar­ną­łem garść zbu­twia­łych liści, we­pchną­łem je w usta. In­truz prze­stał ude­rzać, ale wie­dzia­łem, że nie od­szedł, że czeka pod drzwia­mi. Prze­łkną­łem.

― Panie Edri­gu, dok­to­rze… ― Płacz­li­wy głos pa­cjent­ki, wa­riat­ki, pani Wik­trul.

Do­koń­czy­łem jeść ogo­nek, zbli­ży­łem się do drzwi i za­py­ta­łem, siląc się na miły ton:

― Co pani tu robi? Ja od­wo­ła­łem wszyst­kie spo­tka­nia. Je­stem chory, sły­szy pani?

― Prze­stał pan od­bie­rać moje te­le­fo­ny… ja… ― Gło­śny szloch, a potem kil­ku­se­kun­do­wa cisza i ko­lej­ne słowa: ― Panie Edri­gu, ja tonę w czar­nej roz­pa­czy. Od ty­go­dnia pra­wie nic nie jem. Po ca­łych dniach błą­kam się po domu. Na­prze­mien­nie pła­czę i śmie­ję się, jak­bym po­stra­da­ła zmy­sły. Ja po­trze­bu­ję pana po­mo­cy. Pro­szę, pro­szę, pro­szę…

Spoj­rza­łem na ze­ga­rek. Było pięt­na­ście po siód­mej. Przez chwi­lę mil­cza­łem, po czym od­par­łem:

― Czy może pani przyjść za go­dzi­nę? Jest bar­dzo wcze­śnie, muszę… Sama pani ro­zu­mie.

― Ja… tak, tak, bar­dzo dzię­ku­ję. Wie­dzia­łem, że na panu nigdy się nie za­wio­dę.

 

* * *

 

Pani Wik­trul… Jej chęć po­grą­że­nia się w pu­st­ce. Jej sa­mot­ność. Była tak samo lub jesz­cze bar­dziej sa­mot­na, jak ja i dok­tor Grad­di­no. Już dawno temu po­wi­nie­nem prze­rwać te­ra­pię. Uza­leż­nie­nie pa­cjen­ta od psy­cho­lo­ga, a może ra­czej psy­cho­lo­ga od pa­cjen­ta? Dla­cze­go w porę tego nie prze­rwa­łem? Czy ja też po­trze­bo­wa­łem spo­tkań z panią Wik­trul? Czy jej stra­chem pró­bo­wa­łem zabić wła­sny lęk?

Wzią­łem letni prysz­nic. Zmie­ni­łem ubra­nie. Zęby, zmarszcz­ki, wrzo­dy… Ich nie byłem w sta­nie się po­zbyć. Trud­no. Owi­ną­łem szyję sza­li­kiem, ukry­łem ły­si­nę pod kasz­kie­tem, prze­krwio­ne oczy w cie­niu oku­la­rów. Bar­dzo po­bież­nie sprząt­ną­łem ko­ry­tarz, przede wszyst­kim ten ka­wa­łek, który pro­wa­dził do ga­bi­ne­tu, a potem upo­rząd­ko­wa­łem tro­chę sam ga­bi­net. I tak prze­raź­li­wie śmier­dzia­ło tu roz­kła­dem i wszę­dzie walały się zbu­twia­łe li­ście.

Zo­sta­ła jesz­cze Kiki… Była w sy­pial­ni. Wy­le­gi­wa­ła się na po­dar­tej po­dusz­ce, ale… Nie, nie chcia­łem jej ni­g­dzie za­my­kać. Nie mo­głem po­peł­niać tych sa­mych błę­dów, co Grad­di­no. Wy­nio­słem je­dy­nie truchło kota do miesz­czą­ce­go się za domem kubła na śmie­ci, po czym przy­kry­łem ślady krwi na pod­ło­dze po­strzę­pio­nym kocem. Tak czy ina­czej, prze­cież pani Wik­trul nie po­win­na tu za­glą­dać.

Zbli­ża­ła się ósma. Usia­dłem na ka­mien­nym sto­li­ku przy drzwiach. W sumie to nie do końca wi­edzia­łem, w jakim celu zgo­dzi­łem się na to spo­tka­nie…

 

* * *

 

Do­kład­nie w mo­men­cie, kiedy chuda wska­zów­ka mo­je­go za­rdze­wia­łe­go ze­gar­ka – cud, że jesz­cze dzia­łał ― za­trzy­ma­ła się na cy­frze trzy, a jej grub­sza ko­le­żan­ka de­li­kat­nie wy­chy­li­ła się ósem­kę, roz­le­gło się pu­ka­nie. Tak, tym razem nie łomot, lecz de­li­kat­ne, ko­bie­ce pu­ka­nie.

Pod­cią­gną­łem sza­lik na nos, po czym prze­krę­ci­łem klucz w zamku i po­wo­li otwo­rzy­łem drzwi.

― Dzie… dzień do… dobry ― wy­ją­ka­ła pani Wik­trul, pa­trząc na mnie, jakby zo­ba­czy­ła ducha.

― Dzień dobry ― od­po­wie­dzia­łem, wy­ko­nu­jąc ręką gest za­pra­sza­ją­cy do środ­ka.

Pani Wik­trul kaszl­nę­ła, za­tka­ła dło­nią nos i wy­mam­ro­ta­ła:

― Panie Edri­gu, czy wszyst­ko z panem do­brze?

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

― Prze­cież mó­wi­łem pani, że je­stem chory.

― Czy to… czy… ― Pani Wik­trul nie do­koń­czy­ła, zro­bi­ła za to krok w tył.

― Czy to za­raź­li­we? Nie wiem. ― Uśmiech­ną­łem się szy­der­czo.

Ko­bie­ta nie­ocze­ki­wa­nie zbli­ży­ła się do mnie, po­ło­ży­ła dłoń na moim ko­ści­stym ra­mie­niu i po­wie­dzia­ła:

― Nie szko­dzi, ja się nie boję. Ja… ja… Panie, Edri­gu, ja się panem za­opie­ku­ję, ja panu po­mo­gę.

Po­ko­na­li­śmy to­ną­cy w pół­mro­ku ko­ry­tarz. Spe­cjal­nie zga­si­łem świa­tło, by cho­ciaż odro­bi­nę ukryć pa­nu­ją­cą tu brzy­do­tę.

― Pro­szę, niech pani wej­dzie. ― Prze­pu­ści­łem panią Wik­trul przo­dem.

― Co… ― Nie­wia­sta po­now­nie za­wie­si­ła głos.

Za­trzy­ma­ła się po­środ­ku ga­bi­ne­tu i z prze­ra­że­niem w oczach, wo­dzi­ła wzro­kiem po zmur­sza­łych ścia­nach, za­ku­rzo­nym biur­ku, na któ­rym za­miast ksią­żek i pa­pie­rów le­ża­ły li­ście, po brud­nej, pęk­nię­tej szy­bie, po zie­lo­no­si­nych pla­mach na su­fi­cie, po wiel­kiej dziu­rze w szez­lon­gu.

― Tak, widzi pani, nie tylko ja cho­ru­ję… In­fek­cja do­tknę­ła też dom i ogród. Ale… czyż to miej­sce nie jest teraz ide­al­ne, by wy­pła­kać w nim wszyst­kie swoje żale? Te cegły, te po­dar­te za­sło­ny, one do­sko­na­le panią zro­zu­mie­ją. Cał­ko­wi­ta in­te­gra­cja myśli i uczuć. Wie, pani, ja też le­piej się w panią wczu­wam. – Do­tkną­łem dło­nią szyi pa­cjent­ki. Była przy­jem­nie cie­pła.

― Ja… ― Ko­bie­ta znie­ru­cho­mia­ła.

Przy­wią­za­nie pa­cjent­ki do psy­cho­lo­ga. Czy ona mnie po­żą­da­ła? Przy­wią­za­nie psy­cho­lo­ga do pa­cjent­ki. Czy ja jej po­żą­da­łem? Zbli­ży­łem drżą­ce wargi do od­sło­nię­te­go oboj­czy­ka. Po­ca­ło­wa­łem. Po­żą­da­łem jej ciała czy roz­pa­czy? Wbi­łem pa­znok­cie w kark. Pi­snę­ła, ale za­miast uciec, przy­lgnę­ła do mnie cia­łem.

Czego ona tak na­praw­dę pra­gnę­ła? Mi­ło­ści czy śmier­ci? Nie do­strze­głem tego wcze­śniej, ale pani Wik­trul była „bar­dziej” mar­twa niż to jed­no­okie dziec­ko z ko­pal­ni. Ono wciąż miało matkę, a na mojej pa­cjent­ce ni­ko­mu nie za­le­ża­ło, no może poza… Spoj­rza­łem w stro­nę drzwi. W progu stała Kiki. Jej łysy ogon wił się ni­czym ja­do­wi­ty wąż.

 

* * *

 

Na­brzmia­łe pier­si kar­mią­cej mle­kiem matki, dłu­gie, czar­ne włosy opa­da­ją­ce na białe ra­mio­na, zmru­żo­ne po­wie­ki. Mamo, czy to w twoim łonie po­czę­ło się zło? Trzy przy­tu­lo­ne do sie­bie twa­rze. Je­stem twoim dziec­kiem. Bo­gi­ni mo­je­go serca, napij się świe­żej krwi. Odżyj, wyjdź z ja­ski­ni i uko­chaj swo­je­go syna. Oddaj mu zdro­wie i mło­dość, a on bę­dzie przy­no­sił ci w zę­bach ofia­ry.

My­śla­łem, że je­stem zbyt słaby, by zabić, jak bar­dzo się my­li­łem. Z ra­do­ścią w oczach pa­trzy­łem na ucie­ka­ją­ce z drżą­ce­go ciała pani Wik­trul życie. To nie była moja wina. Ona sama wkro­czy­ła w pasz­czę de­mo­na.

Ob­li­za­łem wargi, jakże wy­bor­nie sma­ko­wa­ła świe­ża krew.

Koniec

Komentarze

Witaj, Katio!

 

Na wstępie zaznaczę, że uwagi interpunkcyjne są bardziej dla mnie, niż dla Ciebie, ponieważ ja sam nie wiem, jak powinno być, jestem dopiero początkujący ;)

Pewnie, było też bardzo głodne, ale nie sądziłem, że znajdę w domu cokolwiek do jedzenia, pomijając fakt, że nie miałem pojęcia, czym się to stworzenie żywiło.

Czy po pewnie powinien być przecinek? Nie jestem ekspertem od interpunkcji, ale tutaj mam wątpliwość.

 

Wstałem, założyłem szlafrok i poszedłem po jeszcze jeden kieliszek whisky. W salonie powiało jeszcze większym chłodem, tak jakby ktoś pootwierał wszystkie okiennice.

Nie wiem, czy to liczy się jako powtórzenie, ale miałem tu lekki zgrzyt.

 

Tak to były niedźwiedzie głowy.

Tutaj też powinien być po Tak?

 

Na zwiotczałej skórze pająk śmierci i mroku utkał gęstą sieć zmarszczek.

 

Tutaj chyba brakuje literki.

 

Nie to nie były ludzkie wnętrzności, lecz zbutwiałe liście. Tak czy inaczej, nie wiedziałem, czy to, co zobaczyłem, to był jedynie koszmarny sen.

Czy po pierwszym nie powinien być przecinek?

 

Dlaczego w porę tego nie przerwałem?

Tu też brakuje literki.

 

 

Wow.

Opowiadanie jest niesamowite, uroczyście stwierdzam, że najlepsze, jakie do tej pory przeczytałem na tym portalu – a może i w ogóle. Niesamowite jest to, jak genialnie ukazałaś ten proces gnicia, umierania, butwienia. Zmiany Edriga, jego relacji i uzależnienia od Kiki. Czapki z głów, cudowny klimat. Horror przez wielkie H.

Warsztatowy majstersztyk, brak potknięć, czytało się płynnie. Bardzo dobre pióro. Nie pamiętam, kiedy ostatnio pochłonąłem jakiś tekst, tutaj przeczytałem w mgnieniu oka, dwa razy przyłapałem się na otwartych ustach.

To 60k znaków mnie odrzuciło, jednak postanowiłem, że przeczytam początek. Nawet się nie obejrzałem, a jestem po skończonej jednym tchem całości. Moja najlepiej spędzona godzina tego dnia.

Tak, ja zwykłem pisać niemal same pozytywne komentarze, jednak tutaj moje wrażenie wybiło poza skalę. Nie wiem, czy to takie pierwsze wrażenia po świeżym przeczytaniu, czy po prostu tak mnie oczarowałaś tym tekstem.

Na początku pomyślałem, że to lekki motyw od Smętarza Zwierzaków Kinga, jednak grubo się myliłem. Ty poszłaś w coś zupełnie innego, lepszego.

Niestety moja interpretacja nie jest jeszcze dokładna, na pewno przeczytam tekst jeszcze raz, by się upewnić, że wszystko w nim zrozumiałem. Każdy motyw, odniesienie czy symbolizm.

To tyle. Ode mnie zgłoszenie do biblioteki, a także do piórka.

Pozdrawiam, oby więcej takich tekstów tutaj powstawało!

 

P.S

Bardzo ładna grafika.

 

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Katiu, mam czas i zarutko przeczytam. Ależ się cieszę, że coś zamieściłaś!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Najpierw będą drobiazgi, które udało mi się zauważyć zanim wciągnęłam się, lecz pomyśl, czy ok czy nie. Koniecznie, bo robię na bardzo szybko, a wprawy nie mam.! :-)

Na pogrzeb przybyłem jedynie ja, siostra zmarłego Amana i lekarz, który towarzyszył mu w ostatnich dniach przed śmiercią. Żona Graddiniego zginęła w wypadku samochodowym trzy lata temu, a dzieci, z nieznanych mi powodów, zerwały kontakt z ojcem wkrótce po tym przykrym wydarzeniu. Reszta rodziny przyjaciela od dawna mieszkała za oceanem. To pewnie dzięki zżerającej go samotności i potrzeby rozmowy ― Amana była niemową ― zawdzięczałem poznanie niezwykle fascynującego i niesamowicie oryginalnego człowieka.

Chyba ujednoznaczniłabym początek, tj. podkreślenie np.

"Reszta rodziny przyjaciela od dawna mieszkała za oceanem, a Amana była niemową i tylko temu zawdzięczałem poznanie fascynującego, niesamowicie oryginalnego człowieka".

To niemożliwie. Chyba na początku naszej znajomości piliśmy z Graddino kawę w zbyt jaskrawo oświetlonym salonie, z porcelanowych filiżanek zdobionych głowami niedźwiedzi. To te głowy najbardziej wbiły mi się w pamięć. I intensywny zapach korzeni.

Dwa "to"– redakcja. Skasuj jedno. Jeśli zostawisz pierwsze – popraw literówkę, jeśli zostawisz drugie – pierwsze w postaci "Niemożliwe", drugie od "Głowy…".

Amana znowu pociągnęła mnie za rękaw, po czym wskazała palcem zabłoconą podłogę, a konkretnie widniejące na niej ślady łap

Zamień na "i", bo "a konkretnie" – niepotrzebne.

Sam wśród zmurszałych ścian, zapleśniałych foteli i kanapy, pajęczych nitek błądzących po mosiężnych figurkach dzikich zwierząt, podziurawionego dywanu, zbutwiałych liści…

Podkreślenie usunęłabym, bo powielenie z niedawnymi :zmurszałymi woluminami", a reszta wystarczająca. :-)

Rudik, pies sąsiadów, którego będąc kilkuletnim chłopcem, wyprowadzałem czasem na spacer, na sam brzdęk łańcuszka przy smyczy, zrywał się i merdając ogonem, biegł pod drzwi.

Tu nie wiem, nie umiem poprawić, kosmetyka. Na zupełnego "czuja" zrobiłam tak: 

"Rudik, pies sąsiadów, którego wyprowadzałem czasem na spacer, będąc kilkuletnim chłopcem, na sam brzdęk łańcuszka przy smyczy biegł pod drzwi, merdając ogonem.

Niewiasta przeżegnała się, spuściła wzrok i odeszła.

Usunęłabym zamiennik, wiem, że na forum to jakaś obowiązująca reguła, ale dla mnie – niepotrzebne. Jasne i bez tego rzeczownika.

Dom też się nie zmienił. Bądź co bądź, szedłem w kierunku drzwi niczym zahipnotyzowany, z jednej strony czując strach, a z drugiej narastającą z każdym krokiem ekscytację; jakby to strach przed nieznanym powodował w moim ciele niezdrowe, lecz jednocześnie bardzo przyjemne podniecenie.

Ciutkę bym usunęła, ale to ja. ;-) Ty, rozważ. :-)

Podwinąłem rękawy i z wrażenia(+,) aż usiadłem na łóżku.

Pod tekstem został umieszczony rysunek krzyża.

Daj w kolejnej linijce.

Pożądałem jej ciała czy jej rozpaczy

Drugie "jej" – do usunięcia?

 

Katiu, w punkt, w tej pandemii. W pierwszych doniesieniach, już tak dawno temu i ciągle jeszcze. Od kilku dni z wolna się odmrażam. Spotykam w realu przyjaciół i gadam o głupotach nie przez ekran.

Bardzo dobre opko. Wiedz, że będę nominować, za kilka rzeczy: prawdę ekranu i emocji; koncept i bohatera; dobre pisanie!

 

Serdeczności na tę ciemność, którą łamię, bo rodzi się – ciągle jeszcze – jasność, wydłużając swoje minuty, godziny, doby. W Polsce, choć nie tylko (acz obserwuję z dużego dystansu, bo bliższa koszula ciału) absurdalność goni samą siebie.

Dobranocka. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Daniel – Twój komentarz… nie będę kłamać, aż chce się pisać :) Bardzo dziękuję za bardzo miłe słowa i za bibliotekę i za nominację :) Wszystkie uwagi uważam za słuszne i wskazane błędy skorygowałam.

“Smętarz dla zwierzaków” – stoi na półce, jako nastolatka namiętnie czytałam Kinga… w związku z czym myślę, że miał on wpływ na moje pisanie, ale oczywiście, jeśli chodzi o horrory, próbuję nie naśladować, lecz dać coś od siebie…

Jeszcze raz bardzo dziękuję i serdecznie pozdrawiam :)

 

Asylum – ciemność, tak, w UK ciągle ciemność… total lockdown in Southampton :( a ja z depresji wskoczyłam w dziwną euforię i opublikowałam tekst, który powstał wkrótce po tym, gdy dowiedziałam się o naszym wirusie… Dziwne to wszystko, tak jak piszesz, absurdalne. Po euforii upadek bywa jeszcze bardziej bolesny :(

Ciemno, zimno, więc życzę ciepłego światełka i bardzo dziękuję za ciepłe słowa :)

Wiesz, Katiu, ja docieram do swoich granic i je przełamuję w lęku, choć zabezpieczam tyły, czyli najstarszych. Za tydzień/półtora będą już po drugim wkłuciu. Polski absurd jest wokoło, czyli chodzenie w maseczkach po ulicach, choć w promieniu dwustu, lub nawet więcej metrów nikogo nie ma, mnie nie przekonuje. Mięknę i ratuję się jak mogę najlepiej. Wiesz, ja jestem dziwna i póki mogę, nie akceptuję żadnych zasad, jeśli mnie nie przekonają, nie uznam ich za swoje.Teraz jeszcze mogę, to robić.

Dzięki za światełko. Dzisiaj było! I chyba będzie kolejnych tygodniach, bo umówione!:-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Droga Katio, napisałaś bardzo klimatyczny, mroczny, niepokojący tekst. Umiejętnie budujesz napięcie, zręcznie dawkujesz też informacje na temat bohaterów i świata naokoło, jak i na temat samej Kiki, czyli głównej zagadki tej historii. Przypadły mi do gustu opisy, przekonywująco pisałaś o myślach bohaterów. Pani Wiktrul wydała mi się tak prawdziwa, depresyjna, ale też i irytująca zarazem, że ostatnia scena przyniosła mi dużo satysfakcji :D 

Mimo, iż opowiadanie jest długie, wcale mnie nie znużyło, a wręcz przeciwnie ;) Dziękuję za ciekawą lekturę. Opowiedzianą przez Ciebie historię na pewno zapamiętam na dłużej.

Mam też kilka sugestii językowych co do tekstu. Wiele z nich nie dotyczy błędów czy usterek, chciałem jedynie zasugerować zmiany, które mogą w mojej (i być może tylko mojej) opinii ulepszyć tekst ;)

 

Amana była niemową i prawdopodobnie włąśnie dzięki temu zawdzięczałem poznanie

Literówka

 

Na cmentarzu niemiłosiernie wiało, mimo ciepłej kurtki i naciągniętej na uszy czapki, chłód przenikał mnie aż do szpiku kości.

A co, gdyby rozbić to jedno długie zdanie na dwa krótsze? Na cmentarzu niemiłosiernie wiało. Mimo ciepłej kurtki i naciągniętej na uszy czapki, chłód przenikał mnie aż do szpiku kości.

 

Do mojego nosa na moment dotarł intensywny zapach korzeni, który wraz z tym, jak zagłębialiśmy się w tunelu, przechodził w smród moczu i zgnilizny.

Ten fragment moim zdaniem brzmi trochę niezręcznie. Proponuję: Do mojego nosa na moment dotarł intensywny zapach korzeni, który w miarę marszu w głąb tunelu przechodził w smród moczu i zgnilizny. 

 

Powoli zeszliśmy, przytrzymując się rozchybotanej, służącej za poręcz belki. Miejsce, w którym się znaleźliśmy, emanowało brzydotą i niedającym się określić niepokojem.

Tutaj lekka siękoza. Może: Powoli zeszliśmy, przytrzymując się rozchybotanej, służącej za poręcz belki. Miejsce, do którego dotarliśmy, emanowało brzydotą i niemożliwym do opisania niepokojem.

 

Kuchnia ― prezentująca się jeszcze gorzej niż salon, wszędzie te liście, grzyb atakujący mury.

To zdanie w sąsiedztwie innych zabrzmiało mi niewłaściwie, dziwnie. A co gdyby zamienić to w: Kuchnia prezentowała się jeszcze gorzej niż salon…

 

Dopiero pokonując piwniczne schody na własną rękę, zauważyłem

Przecinek moim zdaniem jest tu niepotrzebny

 

Łuszcząca się, biała farba

Podobnie jak wyżej, przecinek chyba do wywalenia.

 

Przyszła noc(+,) a wraz z nią upragniona senność.

 

Dopadłem drzwi, wyjąłem klucz, niestety, ręce tak bardzo mi się trzęsły, że nie mogłem trafić w dziurkę.

Tutaj chciałbym zaproponować rozbicie zdania na dwa krótsze, co w mojej opinii będzie lepiej wyglądało. Dopadłem drzwi i wyjąłem klucz. Niestety, ręce tak bardzo mi się trzęsły, że nie mogłem trafić w dziurkę.

 

Tej nocy w ogóle nie mogłem zasnąć, przewracałem się z boku na bok, targany lękiem, ciekawością i coraz silniejszą potrzebą poznania prawdy, ale żeby poznać prawdę musiałem ponownie udać się do upiornej rezydencji, a sama myśl o tym miejscu powodowała nieprzyjemny ucisk w podbrzuszu i uczucie guli w gardle

Tutaj znowuż długaaaaśne zdanie :D Co gdyby było tak: Tej nocy w ogóle nie mogłem zasnąć, przewracałem się z boku na bok, targany lękiem, ciekawością i coraz silniejszą potrzebą poznania prawdy. Jednak żeby poznać prawdę musiałem ponownie udać się do upiornej rezydencji…

 

że już wcześniej(+,) jeszcze zanim stało się w pełni zintegrowanym organizmem

Jedyne, czego nie mogłem zaakceptować, to, że ja sam w towarzystwie Kiki ulegałem rozkładowi

To zdanie zabrzmiało trochę dziwnie. Może: Jedyną sprawą, której nie mogłem zaakceptować było to, że…

 

Z ulicy Sklepowej, skręciłem do parku.

Sądzę, że przecinek jest tu niepotrzebny.

 

Tak czy inaczej, nie wiedziałem, czy to, co zobaczyłem, to był jedynie koszmarny sen.

Może wystarczy: Tak czy inaczej, nie wiedziałem, czy to, co zobaczyłem, było jedynie koszmarnym snem

 

Nie dużo było mnie tam widać,

Trochę niezręcznie. Co, gdyby napisać: Ledwie dostrzegałem siebie w lustrze… 

 

Dwa temu odłożyłem słuchawkę, by nie musieć wysłuchiwać jej lamentów

Tu zabrakło słowa. Pewnie chodziło o “dwa dni temu” ;)

 

Zdyszany zatrzymałem się przy tonącym w mroku wejściu do podziemnej pieczary. Wyjąłem z kieszeni latarkę i starając się nie robić hałasu, zagłębiłem się w tunel.

Siękoza, coś bym w tym zdaniu pozmieniał.

 

 

PS. Zapomniałem zapytać o fenomenalną ilustrację. Czy jest Twojego autorstwa? ;)

 

Materiał na powieść, bez wątpienia… Bardzo ciekawy pomysł i równie dobre wykonanie. A horrorów wcale nie pisze się łatwo. Z tą powieścią to wcale nie jest żart, i tak opowiadanie jest dość długie, a w tekście zarysowano kilka motywów i kilka wątków, wszystkie interesujące.

Jedno tylko rzuciło mi się w oczy – chłeptać, a nie chlipać. Chlipać to rodzaj płaczu, a chłeptanie jest rodzajem picia.

Biblioteka dla tego tekstu jest dla mnie oczywistością. 

Pozdrówka.

Wchodzę i widzę 60k znaków. Ale co tam, wiem, że umiesz pisać, to czytam, i, oczywiście, nie żałuję.

Świetne opowiadanie. O wiele lepsze niż wiele opowiadań, które czytałem w antologiach horroru. Pomysł nie był dla mnie zbyt oryginalny (mam nawet wrażenie, że motyw istoty, którą trzeba karmić krwią, widziałem już parę razy), lecz bardzo ładnie przedstawiony. Piszesz tak, że leci się przez tekst, te 60k znaków wcale nie nużyło. Opisy niesamowicie plastyczne, aż czuć ten klimat otoczenia, z którego Kiki wysysa życie.

Bardzo podobała mi się końcówka, gdzie bohater nie umiera czy ponosi karę, tylko zostaje sługą nieokreślonego stwora i ląduje na dobrej drodze do przemiany w seryjnego mordercę.

Klikam i pozdrawiam

Zgadzam się z Rogerem, to opowiadanie pasowałoby do pełnoprawnej powieści.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Kochana Asylum – noszenie maseczek na pustkowiu i że się z tym nie zgadzasz – nie, to nie TY jesteś dziwna, tylko czasy, w których żyjemy…

 

AmonRa – bardzo dziękuję za wnikliwy komentarz. Wszystkie uwagi uważam za zasadne, błędy poprawione, a tego “się” i “to” ogólnie za dużo w tekście. Bardzo się cieszę, że tekst Ci się spodobał.

Tak, ilustracja jest mojego autorstwa. Miło, że rysunek również przypadł Ci do gustu :)

 

Roger – dzięki za odwiedziny i bibliotecznego kliczka. Chlipanie poprawione (aż wstyd, tak pomieszać słowa :() A jeśli chodzi o horrory, zgadzam się że nie należą do najłatwiejszej do pisania kategorii, tym bardziej mi miło, że ten Ci się spodobał.

 

Zanais – Tobie również bardzo dziękuję za opinię i klika. I cieszę, że mimo iż sam pomysł nie należy do najoryginalniejszych tekst przypadł Ci do gustu :):):)

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę miłego wieczoru :)

Jeszcze wysilę się na swoją małą, być może nie trafną interpretację ;)

 

― Tak i nie. Na cokolwiek byś nie patrzył, tak naprawdę widzisz jedynie samego siebie.

To zdanie chyba podkreśla całość historii. To otaczające gnicie, butwienie, które dotyka nie tylko bohatera, ale i również jego otoczenie, na pewno jest może być zwierciadłem jego stanu zdrowia, osobowości być może choroby, depresji.

Kiki zdaje się wysysać nie tylko zdrowie i życie, ale i szczęście. Tak jak depresja. Edrig stał się jej niewolnikiem, niszczejąc coraz bardziej i bardziej, zatracając się w niej, nie potrafiąc wyrwać się z jej szponów. Świat, który widział, mógł być po prostu odzwierciedleniem jego bólu, wewnętrznej śmierci.

Tak samo, jak pacjentka desperacko potrzebowała pomocy, Edrig również jej potrzebował.

Takie przynajmniej jest moje odczucie ;)

Pozdrawiam!

 

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Cześć, Katiu! :)

 

Podobało mi się. Jak zwykle zachwycasz klimatem i plastycznością opisów. Budujesz napięcie, rozpalasz ciekawość (zabije ją, czy nie?). Ładny tytuł i sam motyw zbutwiałych liści. Również uważam, że opowiadanie mogłoby stanowić podwaliny powieści. Kilka wątków wciąż nie zostało dopowiedzianych, bo zakończenie jest poniekąd otwarte. Może nie dla bohatera, ale dla czytelnika tak. Co się stanie z Kiki, gdy nadejdzie zima? Mam pewne przypuszczenia, ale brak informacji w tekście sprawia, że pewności mieć nie mogę. Co z boginią?

Jest kilka wątków, które z powodzeniem można rozwinąć. Z drugiej strony jednak, taka otwarta furtka sprawia, że tekst jest już nie tylko straszny i trzymający w napięciu, ale również tajemniczy. Zatem sądzę, że takie rozwiązanie jest zarówno wadą jak i zaletą tekstu.

 

Zdarzyło ci się kilka technicznych wpadek, do przebaczenia przy takiej długości tekstu. ;)

Akcja nie pędzi, ale nie nużyło. To klimat i tejemnice trzymają czytelnika.

Lecę z tym do biblio.

Pozdrawiam. :)

Bardzo ciekawe opowiadanie. Pierwsza scena zagadkowa, po przeczytaniu całości nabiera głębszego sensu. Jednym z atutow tego tekstu jest to, że można go odczytywać na wielu poziomach: jako fantastykę, bardziej symbolicznie, w kontekście psychologicznym. Podobnie można traktować Kikę – to nie tylko diabelski stwór z eksperymentów, ale także symbol rzeczy/ nawyków niszczących człowieka. Oprócz głębi, na uwagę zasługuje szczególny sposób budowania grozy, takiej bardziej wewnętrznej, na granicy rzeczywistości i wyobraźni, która trzyma w napięciu do końca.

Warsztatowo tekst bez zarzutu. W jednym miejscu miałam wątpliwość, kim jest Amana, z przecinkiem lub myślnikiem będzie chyba bardziej przejrzyście:

Na pogrzeb przybyłem jedynie ja, siostra zmarłego[,+] Amana i lekarz, który towarzyszył mu w ostatnich dniach przed śmiercią.

W ciekawy sposób konstruujesz postać bohatera, w trakcie czytania odkrywamy jego prawdziwą naturę. Spodobało mi się to studium ludzkiej duszy. Nie wiem, jak Ty to robisz, że długie opowiadanie czyta się jednym tchem, w dodatku – na telefonie. Zgłaszam tekst do wątku bibliotecznego.

Interesujący horror. Wprawdzie motyw karmienia krwią jest stary jak świat, ale koncepcja zarażania starością i zepsuciem mi się spodobała.

Podobał mi się również niejednoznaczny bohater. Z jednej strony głupio postąpił, przygarniając Kiki. Z drugiej – no, jak można zabić bezbronne zwierzątko?

Dobre opisy zniszczenia wszystkiego.

Z technikaliów: półki u Ciebie wydają się mieć wnętrze, czasem szybę… Jakbyś miała na myśli szafki.

poddał się własnym słabością i przegrał…

Ej, taki prosty błąd? Kto Ci to pisał?

Babska logika rządzi!

Daniel – Twoja interpretacja bardzo mi się podoba :) tak, opowiadanie na poziomie metaforycznym zostało pomyślane, dokładnie tak, jak opisałeś :) Jeszcze raz bardzo dziękuję za wnikliwą lekturę.

 

Sara – dziękuję bardzo za przeczytanie, kliczka i miłe słowa. Odnośnie powieści, chyba ciągle na nią w moim przypadku za wcześnie… szczególnie, że od paru miesięcy nie jestem w stanie napisać nawet opowiadania :(

 

ANDO – Tobie też dziękuję za miły komentarz i zgłoszenie tekstu do biblioteki. Cieszę się że uważasz opowiadanie za interesujące i że dobrze Ci się je czytało :)

 

Finkla – miło mi, że Ciebie również tekst zaciekawił i że spodobał Ci się bohater. Bardzo dziękuję za komentarz i kliczka, i za wskazane błędy.

 

Pozdrawiam wszystkich ciepło i życzę miłego dnia :)

 

W swoich opowiadaniach też staram się umieszczać coś, co można interpretować na poziomie metaforycznym, więc bardzo to doceniam u innych ;) Opowiadanie zyskuje podwójne znaczenie.  Dziś mijają dwa dni, to akurat można zgłosić w końcu do piórka ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Daniel – bardzo dziękuję :):):)

Przede wszystkim muszę pochwalić znakomitą narrację. Przez tekst się płynie, słowa same układają się w zdania i akapity. Ani razu się nie zaciąłem, rytm jest nienaganny. 

Z technikaliow to trafiłem na kilka przypadkowych rymów, ze dwie literówki (ale nie zatrzymywałem się, by wylistowac, bo dobrze się czytało) oraz na te róże, po których spacer niewątpliwie nie należałby do przyjemności (co innego po samych płatkach). 

Udało ci się mnie wciągnąć w opowieść, żywo zaintrygowany byłem tym, czym jest Kiki i teks wciągnął mnie bez reszty – do pewnego momentu. 

Ano, w zasadzie opowiadanie można podzielić na dwie części. Pierwszą, tą owianą tajemnicą – i drugą, która skupia się na upadku moralnym i szaleństwie bohatera. Momentem graniczynym jest scena, w której dostajemy pełnię informacji o tym, czym jest Kiki i skąd się wzięła, taki skoncentrowany infodump (choć nie jestem ich przeciwnikiem), tylko, moim zdaniem, niekoniecznie potrzebny, bo dostajemy garść odpowiedzi już w połowie tekstu i zainteresowanie siłą rzeczy opada. Może zamiast znalezionych notatek po prostu wpleść to w tekst jako dociekania bohatera? Zawsze taki znak zapytania to nie pewność stwierdzenia i utrzymuje zainteresowanie czytelnika. 

Co do samych dociekań: w tekście pada wiele pytań, które mają nakierowywac uwagę czytelnika na pewne elementy. Bez wątpienia to daje pewność, że każdy wyniesie z tekstu maksimum i że będzie on zrozumiały (nie jak np. moje wypociny :P) ale w kilku momentach poczułem się prowadzony za rączkę. 

Poza tym bardzo obrazowo i klimatycznie opisałaś tajemniczą boginie, jest ona świetną rekompensatą odkrycia kart na temat Kiki, jest też sama w sobie nową tajemnicą. Dlatego mi się wydaje, że mamy nie jeden tekst tutaj, a dwa. Jeden traktujący o tajemnicy zrujnowanego domu i drugi, w warstwie znaczeniowej o wiele bogatszy, o opętaniu, szaleństwie i upadku człowieka. 

Obydwie części mi się podobały. 

 

PS:

Koniec pechowej pacjentki był w zasadzie przesądzony gdy tyljo się pojawiła, od razu wiedziałem, że ona zginie. :P

A motywu ze zmieniającym się obrazem nie zrozumiałem. :( 

No to tak.

Pomysł jest. I to pomysł pasujący do Twoich umiejętności. Widać tu nawet jakieś odległe pokrewieństwo do Krondusa, ale… Ale o ile Krondus uważam za bardzo, ale to bardzo udany tekst (jeśli ten komentarz przeczyta ktoś z innych czytelników, kto wcześniej rzeczonego opowiadania nie znał, to polecam mocno), to w przypadku “Zbutwiałych liści” widzę problem.

Jakież to problemy? Cóż, powyżej wiele osób pisze, że mimo 60K czytało się sprawnie. Mam dokładnie odwrotne odczucia. To, że jestem zwolennikiem krótszych teksów to nie nowość, ale tutaj nawet “jak na siebie” postrzegam zdecydowanie zbyt mocne przeciągnięcie. No, dwie trzecie tekstu przemęczyłem, niestety. Niestety, bo treść jest w porządku, nie ma niepotrzebnych epizodów, ale jest właśnie to rozciągnięcie. Później, po około 40K, narracja wchodzi już w tryb utrzymujący uwagę i tempo. No ale te 40K trzeba przeczytać. Czasem trzeba zacząć innym tempem i czymś przeciągniętym, ale pytanie czy tu było to uzasadnione lub potrzebne? Ot, pytanie.

Ogólnie mam wrażenie, jakby była jakaś przerwa miedzy pisaniem tych dwóch części tekstu.

Ale żeby nie było samego narzekania.

Jak już napisałem, podoba mi się sam pomysł. Daje sporo możliwości i po rzeczonych 40K to wykorzystujesz, budując klimat (wcześniej jest on zasygnalizowany, ale niezrealizowany właśnie przez znużenie). Gdyby taka historia została zrealizowana powiedzmy w formie filmu, najlepiej z umiejętną grą kolorami, mogłoby to być naprawdę coś fajnego. Zresztą w wersji opowiadaniowej, gdyby od początku trzymać takie tempo jak w końcowej 1/3, byłoby naprawdę git. Ba, gdyby narracja szła sprawnie jak w wzmiankowanym już “Krondusie”, to mozna by sporo tu działac.

ciekawie przeplatają się tez różne motywy, bo ile razy myślałem, ze jest tu inspiracja jakimś konkretnym materiałem, to po jakimś czasie okazywało się, że nie, że tu podobne koncepty są pisane w inny sposób.

Całkiem nieźle zagrało tez użycie słów “gęsty, lepki śnieg” zaraz po śnie o krwi. Czasem takie drobiazgi potrafią mocno nastawić wyobrażenie o treści tekstu.

Natomiast dziwnie wygląda w tym opowiadaniu słowo “niewiasta”. To nie dzieje się bardziej współcześnie?

 

PS. A gdzie liczba 72? :-)

 

PS. A gdzie liczba 72? :-)

Miała być w liczbie tysięcy znaków, ale Katia się nad Tobą zlitowała. ;-)

Babska logika rządzi!

Gekikara – dziękuję bardzo za przeczytanie, za komentarz i za bibliotecznego klika. Jeśli chodzi o infodump… hm, spróbuję nad tym pomyśleć i może uda mi się coś zmienić. Jeśli chodzi o podział tekstu na dwie części, już raczej nie da się tego naprawić…

Zmieniający się obraz miał być jednym z elementów postępującego szaleństwa bohatera.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Wilku – dzięki za odwiedziny i poświęcony czas. I cóż, tak szczerze, nie spodziewałam się że tekst przypadnie Ci do gustu, za to oczekiwałam, że będzie dla Ciebie zdecydowanie za długi ;) Następnym razem postaram się sprawniej prowadzić akcję, a jeśli chodzi o pisanie krótszych tekstów, jakoś mi to nie wychodzi :( I jak pisze Finkla pewnie niedługo zacznę dobijać do 72 tysięcy ;) (żartuję…).

Pozdrawiam serdecznie.

 

Następnym razem postaram się sprawniej prowadzić akcję

Postarasz, nie postarasz. Wyrażam własną opinię. Akurat w przypadku tego konkretnego tekstu jestem dość pewien tego zdania, ale masz powyżej szereg opinii odmiennych od mojej. Pisz tak, żebyś Ty się z tym pisaniem dobrze czuła, wszystkich czytelników naraz nie zadowolisz :)

(Krondus przecież ma 67K, Ostatni kurs 37K, nie no, długie teksty też potrafią mnie przekonać, po prostu poprzeczka jest w ich przypadku wysoko :) )

Witaj Katiu,

 

Nie jestem fanem horrorów noir ( chyba tak się to pisze ;] ), ale po przeczytaniu Twojego tekstu… chyba zmienię zdanie. 

Niesamowicie zbudowałaś klimat. Niemalże czuje się przez skórę atmosferę domu, ogrodu, piwnicy. Do tego narracja, która z bardzo spokojnego tempa akcji, wyciska niesamowite ilości dramaturgii. Podoba mi się jak stopniujesz napięcie i sprawnie prowadzisz czytelnika pomiędzy scenami normalnymi, a tymi strasznymi, niepostrzeżenie wciągając coraz mocniej w te drugie. 

 

Gratuluje :D.

kalumnieikomunaly.blogspot.com

Wilku – ja osobiście wolę “Liście” niż “Krondus”, bo “Krondus” jest dla mnie trochę nielogiczny, chociaż z pewnością szybszy ;), a “Liście” rzeczywiście wyszły za powolne… cóż, już teraz za późno na zmiany…

 

MordercoBezSerca – bardzo dziękuję za przeczytanie i miłe słowa. Cieszę się, że tekst Ci się spodobał. Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej nocy :)

W tym jest mrok, narastający dręczący, a jednak hipnotycznie nęcący.

 

Horrory zwłaszcza filmowe do mnie nie trafiają. U kumpla kiedy puścił mi “Masakrę teksańską piłą mechaniczną” po jakimś czasie zacząłem pytać gdzie można kupić tak wytrzymały łańcuch do piły, bo te zwykłe to na byle drzewie się tępią a tu gostek ciacha wszystko na prawi i lewo bez najmniejszego problemy.

 

To opowiadanie jest inne, mrok w nim zawarty nie pozwala przerwać, skupić się na jakimś detalu typu czy filiżanki z niedźwiedzią głową dałyby się odmyć w zmywarce. Nie. Ten mrok wciąga w i czyta się to jednym tchem. Dlatego jestem na tak 

Pięknie ci wychodzą makabryczne zwierzątka, Katiu!. Horror animalistyczny to coś! Nie zgodzę się z wilkiem, że za długie. Im opowiadanie mniej przypomina własny gatunek tym bardziej je lubię. Opisy są bardzo obrazowe i klimatyczne. Podoba mi się konsekwentnie opisana ewolucja bohatera, który być może od początku krył w sobie potworność, która pod wpływem Kiki wyszła na jaw. W sumie podoba mi się to bardziej niż Krondus.

MPJ 78 – bardzo mi miło, że opowiadanie Ci się spodobało :) I tak, przede wszystkim chodziło tu o mrok i o pytanie, czy jego źródło jest w nas, czy to my przyciągamy ciemność, czy to ona nas pochłania…

Pozdrawiam serdecznie :)

 

Nikolzollern – miło Cię znowu widzieć na stronie :) Cieszę się, że odpowiadanie Ci się spodobało i że interpretujesz tekst, tak jak sobie to zaplanowałam. Sama Kiki nie uczyniła Edriga złym, zło tkwiło w nim od początku, ona jedynie wyciągnęła je na zewnątrz…

 

Ps. Jak Twoja książka?

Cześć, Katiu!

Fajnie widzieć Twój nowy tekst! Jak zwykle nie zawodzisz ciekawym, mrocznym konceptem i pomysłem na istotę nie z tego świata. Jej związek z bohaterem pozwala nam dużo lepiej zrozumieć osobowość głównej postaci i to jak relacjonuje się ze światem zewnętrznym. Tekst stoi tą relacją, chociaż tło świata też jest ciekawe, gra jednak zdecydowanie drugie skrzypce.

Widzę z komentarzy, że masz już komplet do biblioteki, więc powiem tylko, że dobra lektura z lekkim dreszczykiem niepokoju.

Pozdrawiam

Oirdin – dziękuję za wizytę i pozytywny komentarz :) Fajne, że się spodobało. Pozdrawiam serdecznie :)

Witaj Droga Katiu,

 

no pisać to Ty potrafisz, bez dwóch zdań. Zastanawiam się nad motywami, wątkami, niewielkimi jakimiś dygresjami natury autobiograficznej. Masz może coś wspólnego z psychologią, psychiatrią, terapeutyką? Tak tylko się zastanawiam. No a tekst oczywiście wyśmienity i zasłużenie wychwalany! Klimatyczny, i to bardzo!!! Fajnie, że myślisz kolorami. Paru pisarzy-malarzy (Schulz choćby) by się znalazło, a ta koincydencja, pokrewieństwo uprawianych dziedzin sztuki to wcale nie przypadek, dobrze mówię? :)

 

Zastanawiam się nad jednym drobiazgiem. Dałoby się pozbyć jednego “ale”?

Ruszyliśmy do salonu, ale tylko po to, by go przemierzyć i ponownie znaleźć się na korytarzu, ale tym razem dużo węższym, słabo oświetlonym i bardzo długim.

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia, udanego weekendu! :)

M

Maćku – fajnie, że wpadłeś i bardzo dziękuję za miłe słowa :) I tak, z wykształcenia jestem psychologiem :), jakkolwiek nigdy w zawodzie nie pracowałam… Zaraz usuwam nieszczęsne “ale”.

Również serdecznie pozdrawiam i życzę udanego weekendu :)

Katiu, hej! ;)

Dziś będzie trochę dłużej. I będzie marudzenie. Ale po kolei… 

Bardzo lubię Twoją twórczość więc wszedłem tutaj pełen nadziei na kolejny świetny tekst. Dodatkowo napędziły mnie oceny oraz nominacje do piórka, więc podszedłem z wielkim oczekiwaniem. I prawdopodobnie to właśnie oczekiwanie na idealny tekst sprawiło, że się leciutko zawiodłem. Tylko, na bogów, nie zrozum mnie źle! Opowiadanie jest bardzo dobre, jednak jest kilka spraw, które zaburzyło mi wizję jego idealności, jaką wyrobiłem sobie jeszcze przed jego przeczytaniem. I teraz, pozwól, właśnie do tych spraw przejdę.

Duże natężenie ogranych do granic motywów horroru. Momentami czułem się, jakbym czytał/oglądał setną historię z tymi samymi straszakami. Skrzypiące schody, pajęczyny, lampka przy wejściu do piwnicy (piwnica!), i wiele, wiele innych. Tak, wiem, że w pewnym sensie wymagała tego fabuła. Dom umierał, więc tego typu zagrania są w pełni uzasadnione. Mimo wszystko, jak już wspomniałem, czułem się momentami tam, gdzie byłem już wiele razy. 

Druga sprawa, logika. Sytuacja z lustrem mnie rozbroiła, niestety. Bohater widzi po raz pierwszy, że się starzeje. W domu wszystko zakurzone, szyby popękane, ok. Jakoś przełknę, że nie miał się gdzie przejrzeć. Ale kurde, podbiega do auta i… jedzie do domu, aby zobaczyć swoją twarz w wielkim lustrze!!! Serio? Naprawdę nie wpadł na to, aby przejrzeć się w samochodowym lusterku chociażby? Nie wystarczyłoby to?

Pamiętnik przyjaciela. To według mnie duże pójście na łatwiznę. Tekst jest długi, a najważniejszych rzeczy dowiadujemy się w krótkim czasie z przypadkowo znalezionego pamiętnika. No łatwizna jak nic. Byłbym o wiele bardziej usatysfakcjonowany jako czytelnik, gdyby jednak pewne rzeczy zostały odsłonięte krok po kroku i w innych okolicznościach. Ale ta kwestia to może zupełnie subiektywna sprawa.

Ostatnia rzecz, strona techniczna tekstu. Bardzo chciałem wypisać wszystko, co wypatrzyłem, ale niestety czytałem z telefonu i nie zapisałem łapanki. Muszę więc tylko powiedzieć ogólnie, że zbyt często natrafiałem na literówki, dziwnie postawione przecinki czy inne drobne wpadki, ale jednak rzucające się w oczy (czasami w kilku tylko zdaniach. występujących jedno po drugim, spotkałem dwie lub trzy literówki. Jeśli chcesz to przysiądę w wolnej chwili, znajdę i przytoczę) a to wszystko świadczy o tym, że zabrakło temu tekstowi przynajmniej jednej korekty. Jednego przeczytania na spokojnie.

Dobra, pomarudziłem, więc zmieniam stronę. 

Nie zawiodłaś mnie oczywiście stylem. Ten, jak zawsze zresztą, sprawił że przez tekst płynąłem, mimo jego długości. Nie zawiodłaś mnie również historią, którą opowiedziałaś. Było napięcie, były emocje, było to coś. Odpowiednio stopniowałaś rozkład bohatera. Zarówno ten zewnętrzy, jak i wewnętrzy. To wszystko sprawia, że tekst uważam za naprawdę dobry. Przez powyższe uwagi nie na tyle, aby zgłaszać do pióra (a szkoda, bo w tym miesiącu chciałem kogoś wybrać i liczyłem na Ciebie), ale na pewno zostanie mi w pamięci. Do biblio oczywiście bym zgłosił, ale chyba już nie trzeba.

I jeszcze raz, Katiu, nie odbierz tego komentarza jakoś negatywnie. Ja to raczej jestem z tych piszących pozytywy, więc sam sobie się dziwię. Ale jak już wspomniałem na początku, to nie do końca wina Twojego tekstu, a moich nadmuchanych różnymi czynnikami oczekiwań.

Pozdrawiam Cię gorąco :)

Realuc – dzięki za odwiedziny i wnikliwy komentarz. Szkoda, że się nie spodobało. Jeśli chodzi o czytanie na spokojnie, to czytałam chyba z kilkanaście razy :(

Pozdrawiam serdecznie :)

Katiu, ależ spodobało się! Przeczytaj mój komentarz jeszcze raz! Napisałem, że tekst jest bardzo dobry, ale przez wymionione rzeczy nie mogę powiedzieć, że doznałem efektu WOW. Tylko tyle, więc spokojnie ;)

smiley

Czytając to opowiadanie, trudno mieć wątpliwości co do autorstwa. Ma wiele cech typowych dla Twojego pisania. Jest w nim taki nienachalny mrok, jest raczej wolna akcja, jest budowanie klimatu za pomocą barw i drobnych detali. Skorzystałaś z kilku elementów, które wcześniej już stosowałaś. Obraz na ścianie powiązany z fabułą, podobnie jak w Uciekających barwach. Dziwaczne zwierzątko i małomiasteczkowy klimat horroru jak w Krondusie. Sam styl też bardzo Katiowy – napisane płynnie, klasycznie, bez grudek, tak jak lubię.

Sama historia ma swój ciężar i skłania do refleksji. O czym są Zbutwiałe liście? O samotności, o śmierci, o zatraceniu. O fascynacji, która z czasem wymyka się spod kontroli, a wówczas jest już za późno. Smutna historia, mroczna, a jednocześnie napisana subtelnie, delikatną ręką, jak to u Ciebie.

Kompozycyjnie i fabularnie jest też wszystko przemyślane i z pozoru jest to tekst kompletny. Jeśli ktoś lubi takie wolne, klimatycznie historie, w które może się zatopić, z pewnością będzie zachwycony. Ja jednak takim czytelnikiem nie jestem i niestety z mojego subiektywnego punktu widzenia, ten element zawiódł.

Co konkretnie zawiodło? Pierwsza część. Zbyt wolne tempo. Zbyt mało się dzieje. Ładnie budujesz klimat, ale to nie wystarcza. Ta pierwsza część dłużyła mi się niemiłosiernie i choć zdania piękne, to zabrakło czegoś bym zatopił się w historię. Myślę, że śmiało można by z tej pierwszej części wyciąć kilka tysięcy znaków i fabuła by nie ucierpiała.

Pierwszy moment, który naprawdę wywołał we mnie żywe zainteresowanie, to rozważania Edriga o swoim życiu, motywacjach, samotności. To, dlaczego poszedł na psychologię.

Zwróć uwagę, że to jest już połowa opowiadania. Do tego momentu Edrig był niemal przezroczysty. Nie utożsamiałem się z nim, nie rozumiałem kim jest, widziałem tylko świat jego oczami. Myślę, że to drugi element, który zawiódł. Gdyby ten fragment rozważań pojawił się dużo wcześniej, a najlepiej jeszcze kilka podobnych, tak by czytelnik nie tylko patrzył na świat jego oczami, ale wszedł w jego skórę i poczuł to, co on czuje, odbiór tego opowiadania byłby inny, a tekst bardziej wciągający i poruszający.

 

Podsumowując, bardzo dobrze napisany tekst, z klimatem, z głębszą myślą. W mojej opinii jednak, ze względu na wyżej wspomniane mankamenty, do piórka troszeczkę mu brakuje.

 

Moja ocena: 5/6 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Chrościsko – bardzo dziękuję za wnikliwy komentarz i konstruktywne uwagi :) Tekst rzeczywiście w pierwszej części zdecydowanie za bardzo się ciągnie…

Pozdrawiam serdecznie :)

Cała przyjemność po mojej stronie :)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Cześć,

 

W Twoim tekście widzę podobieństwa do pisarstwa Lovecrafta, dość powolne tempo, rozbudowana narracja, tajemnica, nieczysta, ponad naturalna i trochę niedookreślona siła. Ciekawa i dobrze napisana opowieść.

 

Co to fabuły, mam problem ze zrozumieniem motywacji głównego bohatera – dlaczego udał się do domu przyjaciela, dlaczego chciał spełnić prośbę (prawie rozkaz) Amany?

Z drugiej strony, dlaczego Amana sama nie zajęła się złowrogim stworzeniem, a obarczyła tym trudnym zadaniem Edriga, w zasadzie skazując go tym samym na potępienie? Wiedziała przecież, że stwór odpowiadał za śmierć zarówno ojca jak i matki dziewczyny. Czy Amana zatem nie była bardziej zła niż łaknąca krwi bogini?

 

Pozdrawiam!

Martwe liście i brudna ziemia, kiedy Ciebie obok mnie nie ma

BasementKey – tak, masz rację, to miało być opowiadanie w stylu Lovecraftowym, powolne, o czającej się w mroku nieokreślonej ciemnej mocy :) Fajnie, że zwróciłeś na to uwagę.

Odnośnie motywacji bohatera – Amana jako kobieta bała się stworzenia, a Edrig jako bliski przyjaciel jej brata i “odważny” mężczyzna chciał jej pomóc…

Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz. Pozdrawiam serdecznie :)

Witaj.

Jestem pod mega wrażeniem. 

Zawsze wyobrażam sobie czytane teksty w wersji filmowej i stworzony na podstawie Twojego opowiadania horror byłby naprawdę genialny! 

Dostrzegałam (nie wiem, czy się nie mylę, jeśli tak, to przepraszam) kilka drobnych rzeczy:

“moc, która wypełniało pustkę”

w zdaniu powtórzone “dostrzegłem

“odłamki szkła wbił

Gratuluję talentu i nieograniczonej wyobraźni. :)

Pozdrawiam. 

Pecunia non olet

Bruce – bardzo dziękuję za odwiedziny i miłe słowa. Cieszę się, że tekst się spodobał :) Poprawiłam wskazane błędy. Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam serdecznie :)

Ech, Katio, przyzwyczaiłam się już, że Twoje opowiadania nie zawodzą, że czyta się je z przyjemnością, nawet jeśli traktują o sprawach niezbyt miłych, by nie rzec, odrażających.

A Zbutwiałe liście napisane są w sposób szalenie przekonujący, opisy dają doskonałe wyobrażenie lęgnącego się brudu, zgnilizny i rozpadu wszystkiego. Pozwalają poczuć wszechobecny fetor i zepsucie. I słychać jak wszystko trzeszczy – stopnie, podłoga, krzesło… I w tym wszystkim Edrig, obarczony zadaniem, któremu nie potrafi sprostać.

Czytało się całkiem nieźle, choć wykonanie mogłoby być nieco lepsze.

 

o świe­cą­cych w mroku ja­skro­wo­zie­lo­nych śle­piach. ―> Czy tu chodzi o kolor żółtozielony, jako że jaskry są intensywnie żółte, czy może miało być: …o świe­cą­cych w mroku ja­skrawo­zie­lo­nych śle­piach.

 

chwy­ci­łem za ob­ro­żę i przy­pią­łem ka­ra­bi­nek. ―> …chwy­ci­łem ob­ro­żę i przy­pią­łem ka­ra­bi­nek.

 

Po­spiesz­nie się ubra­łem, wsia­dłem w sa­mo­chód… ―> Po­spiesz­nie się ubra­łem, wsia­dłem do samochodu

 

Kuch­nia, nawet tam nie za­glą­da­łem. ―> Ależ zaglądał, wszak wcześniej napisałaś: Kuch­nia pre­zen­to­wa­ła się jesz­cze go­rzej niż salon, wszę­dzie te li­ście, grzyb ata­ku­ją­cy mury. Na szczę­ście na roz­kle­ko­ta­nym stole za­uwa­ży­łem prze­no­śną lampę…

 

po­ko­na­łem ogród i wsko­czy­łem do sa­mo­cho­du. ―> A nie można zwyczajnie: …po­ko­na­łem ogród i szybko wsiadłem do sa­mo­cho­du.

Można wskoczyć do pociągu, do tramwaju czy do autobusu, ale jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś wskakiwał do samochodu. Mam na myśli samochód osobowy, rzecz jasna.

 

Czy to miej­sce umie­ra­ło i przy­by­wa­ją­ce wśród… ―> Chyba miało być: Czy to miej­sce umie­ra­ło i prze­by­wa­ją­ce wśród

 

na­la­łem do kie­lisz­ka whi­sky… ―> …na­la­łem do szklaneczki whi­sky

 

i po­sze­dłem po ko­lej­ny kie­li­szek whi­sky. […] Tak czy ina­czej, na­peł­ni­łem do po­ło­wy kie­li­szek… ―> …i po­sze­dłem po kolejną porcję whi­sky. […] Tak czy ina­czej, na­peł­ni­łem szklaneczkę do po­ło­wy

 

Nie­mal­że hau­stem wy­pi­łem za­war­tość czar­ki… ―> Nie­mal­że jednym hau­stem wy­pi­łem trunek

 

Na mo­ment się od­wró­ci­łem, by upew­nić, czy na pewno do­brze za­krę­ci­łem kurek… ―> Rym i powtórzenie; nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Na mo­ment się od­wró­ci­łem, aby sprawdzić, czy kurek jest dobrze zakręcony

 

Aż zlany potem, z tru­dem ła­piąc od­dech… ―> Chyba miało być: Aż zlany potem, z tru­dem ła­piąc od­dech

 

W przed­po­ko­ju ta­rza­ło się parę upusz­czo­nych prze­ze mnie liści… ―> Czy liście mogą się tarzać w przedpokoju?

A może: W przed­po­ko­ju poniewierało się parę upusz­czo­nych prze­ze mnie liści

Za SJP PWN: tarzać się 1. «leżąc, nurzać się w czymś» 2«dawać wyraz gwałtownym uczuciom»

 

Sza­leń­stwo jest przy­czy­ną sa­mot­no­ścią, czy jej na­stęp­stwem? ―> Czy tu aby nie miało być: Sza­leń­stwo jest przy­czy­ną sa­mot­no­ści, czy jej na­stęp­stwem?

 

Zwie­rzę za­mru­cza­ło, zwę­zi­ło po­wie­ki i de­li­kat­nie roz­war­ło pysz­czek. ―> Nie nożna zwęzić powiek, chyba że operacyjnie. Pewnie chodziło Ci o to, że zwierzątko patrzyło przez szparę utworzoną przez zmrużone powieki.

Proponuję: Zwie­rzę za­mru­cza­ło, zmrużyło po­wie­ki i de­li­kat­nie roz­war­ło pysz­czek.

 

pod­bie­ga­ły do tru­cheł i wbi­ja­ły w nie swoje spi­cza­ste zęby. ―> Zbędny zaimek.

 

było je­dy­nie kosz­mar­nym senem. –> Literówka.

 

Spoj­rza­łem w pęk­nię­te, brud­ne lu­stro. Le­d­wie do­strze­ga­łem sie­bie w lu­strze, ale mru­żąc po­wie­ki, do­strze­głem scho­dzą­cą… ―> Czy to celowe powtórzenie?

A może w drugim zdaniu: Le­d­wie do­strze­ga­łem w nim sie­bie, ale mru­żąc po­wie­ki zobaczyłem scho­dzą­cą

 

jak­bym wypił z pięć kie­lisz­ków whi­sky… ―> …jak­bym wypił z pięć szklaneczek whi­sky

 

i cze­ka­łem aż na­mok­ną mi ubra­nia. ―> …i cze­ka­łem aż na­mok­nie mi ubra­nie.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie to ubranie.

 

czy je­dy­nie zmę­cze­nie, głód i dyn­da­ją­cy nad nami sznur spra­wił, że… ―> Piszesz o trzech czynnikach, więc: …czy je­dy­nie zmę­cze­nie, głód i dyn­da­ją­cy nad nami sznur spra­wiły, że…  

 

Do­sko­na­le zda­wa­łem spra­wę, że nie mogę dłu­żej cze­kać. ―> Tu chyba miało być: Do­sko­na­le zda­wa­łem sobie spra­wę, że nie mogę dłu­żej cze­kać.

 

Sze­dłem wolno, pod­pie­ra­jąc się na kiju. ―> Sze­dłem wolno, pod­pie­ra­jąc się kijem.

Podpieramy się czymś, nie na czymś.

 

Przy­nio­słem do domu mar­twe­go kota. […] Po­ło­ży­łem zwło­ki na pod­ło­dze i wrza­sną­łem: ―> Martwy kot to nie zwłoki.

Za SJP PWN:  zwłoki «ciało zmarłego człowieka»

 

Zmie­ni­łem ubra­nia. ―> Zmie­ni­łem ubra­nie.

 

i wszę­dzie ta­rza­ły się zbu­twia­łe li­ście. ―> Raczej: …i wszę­dzie walały się zbu­twia­łe li­ście.

 

Wy­nio­słem je­dy­nie zwło­ki kota… ―> Wy­nio­słem je­dy­nie zewłok/ truchło kota

 

W sumie to nie do końca wi­dzia­łem, w jakim celu zgo­dzi­łem się na to spo­tka­nie… ―> Chyba miało być: W sumie to nie do końca wi­edzia­łem, w jakim celu zgo­dzi­łem się na to spo­tka­nie

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg – przede wszystkim niezmiernie Ci dziękuję za wyłapanie licznych błędów, wszystkie poprawiałam. Na usprawiedliwienie mogę jedynie dodać, że opowiadanie jest sprzed roku i teraz staram się pisać staranniej, tylko, tylko problem w tym, że chyba zatraciłam już zdolność pisania ;) Tak czy inaczej, bardzo Ci dziękuję.

Dobrze, że chociaż treść się spodobała :) 

Pozdrawiam ciepło.

Dziękuję, Katiu72, pozdrawiam także. :)

Pecunia non olet

Bardzo proszę, Katio, i jak zwykle cieszę się, że uznałaś uwagi za przydatne.

I nie wydaje mi się, abyś straciła zdolność pisania, bo zdolności chyba się nie traci. Rozumiem jednak, że możesz czuć potrzebę zrobienia sobie dłuższej lub krótszej przerwy w pisaniu, by potem, już w pełni sił i ochoty, zaskoczyć nas kolejnym znakomitym opowiadaniem. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka