- Opowiadanie: Katy - 22019 znaków

22019 znaków

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

22019 znaków

Od autorki: w zamyśle miał to być horror matematyczny . Pisałam to w 2005 roku na jakiś konkurs, nie pomnę jaki.

 

@

 

W środę moje życie zamieniło się w przestrzeń metryczną.

 

Brzmi to beznadziejnie i niewiarygodnie, wiem. Ale co poradzić, kiedy tak się właśnie stało?

 

Poszedłem na randkę z Oleńką, moją dziewczyną. Myślałem, że będzie jak zawsze, ale cóż, nie było. Po kinie udaliśmy się na spacer do parku, bo zwykle włóczyliśmy się po parku i gadaliśmy niemal do północy, ale tym razem miało stać się inaczej. Oleńka zatrzymała się przy pierwszej wolnej ławce. Nawet ja czułem, że święci się coś niedobrego. Przejęty, nie zapamiętałem, jak zaczęła.

 

– Michał, zrozum, proszę, posłuchaj… Myślę, że coś jest między nami nie tak. Jesteśmy z innych przestrzeni metrycznych, z innych składowych spójności… Jesteśmy jak wierzchołki, pomiędzy którymi nie ma krawędzi…– Oleńka studiuje matematykę i nie brakowało jej talentu do wiązania poezji z matematyką, a matematyki z życiem. Zwykle te metafory wydawały mi się zabawne, ale kiedy mówiła tak serio…

 

Oj, długo, długo biegłem do domu. Nie miałem ochoty wsiadać do tramwaju i obserwować ludzi, ich min, uśmieszków, nie chciałem, żeby widzieli moje zmieszanie, upokorzenie i gniew.

 

Każdy inny mężczyzna na moim miejscu urżnąłby się do nieprzytomności, ale nie ja. W środę mieliśmy kolokwium z analizy matematycznej. Wypiłem trzy piwa, ale bez właściwych efektów, w lodowce nie było więcej, portfel świecił pustkami. Usiadłem przy biurku i machinalnie zabrałem się do nauki. Nawet nieźle mi szło, po piwach każde twierdzenie i każda całka wydawały się takie jasne… Może to wpływ piwa z Biedronki o nazwie „jasne mocne"? Przesiedziałem tak całą noc, dopóki nie przepaliła się żarówka w lampce. Potem poszedłem się umyć, zauważyłem, że już 6.15, usiadłem przy biurku….

 

Kiedy się ocknąłem, była 7.15.

 

I właśnie wtedy zrozumiałem, że moje życie zamieniło się w przestrzeń metryczną.

 

@

 

– Co to jest, Michał? – zapytał mnie kolega, współlokator.

 

Fakt, wyglądało dziwnie. Brystol 100 na 70 centymetrów zdobił wielki graf, z mnóstwem wierzchów, krawędzi, numerów i oznaczeń. Wielki kolorowy poster…

 

– A co to takiego? – zapytałem kolegę.

 

– Nie widzisz? Całe popołudnie spędziłeś tworząc to „dzieło"… To graf połączeń komunikacyjnych w naszym mieście.

 

– Jak to?

 

– Pismo jest twoje.

 

– To prawda.

 

– Fajnie ci to wyszło, tylko po co to robisz?

 

– Nie wiem. Nawet nie wiedziałem, kiedy to rysowałem…

 

@

 

Śniły mi się funkcjonały liniowe. Sen był przyjemny, funkcjonały dryfowały w jakichś dziwnych przestrzeniach liniowych, wszystkie bazy cumowały na swoich miejscach… W ogóle, stwierdziłem, lubię takie sny. O wiele bardziej niż te o dziewczynach, marzeniach i lataniu.

 

@

 

W piątek poszedłem do psychologa. Chyba było ze mną coś nie tak. Pod dziekanatem długo wisiała kartka o poradni dla studentów, więc postanowiłem skorzystać z okazji i właśnie tam się udałem.

 

– Co pana sprowadza? – zapytała młoda, ładna pani psycholog

 

– W mojej pamięci są punkty nieciągłości. Moje życie stało się przestrzenią metryczną… – powiedziałem uczciwie

 

– Może to pan nieco rozwinąć? Dlaczego pan tak uważa?

 

– Bo wie pani – zacząłem tłumaczyć – Funkcje mają czasem takie punkty…Prawostronna i lewostronna granica nie są sobie równe. A pamięć to funkcja czasu i paru innych parametrów… Nie wiem nawet, czy skończonej ilości… To w gruncie rzeczy funkcja wielu zmiennych… Ma dość nieokreślone granice…

 

– Niech pan jeszcze opowie… – zauważyłem, że wprawiłem panią psycholog w osłupienie. Tak, to rzeczywiście kompromitacja tłumaczyć, co to znaczy, że funkcja jest ciągła.

 

– Moje życie jest przestrzenią metryczną, a ja nie umiem do końca zdefiniować metryki. Nie mam pojęcia, jak wyglądają w niej kule… Nie umiem udowodnić warunku trójkąta… Nie wiem, jak określać funkcje…

 

– Trzeba przyznać, że pana problemy są dość niecodzienne – kontynuowała młoda psycholożka. – Może powinien pan o nich porozmawiać z innym matematykiem?

 

– Wiem, że te zagadnienia są nietrywialne – wyznałem szczerze – Rozmowy mi nie pomogły…

 

– W pana sytuacji być może konieczna byłaby konsultacja psychiatryczna. Może źródłem pana złego samopoczucia są jakieś poważniejsze zaburzenia w funkcjonowaniu mózgu?

 

– Tak, wiem, funkcje mają oscylację, w niektórych miejscach mogą zachowywać się nieco dziwnie, ale przecież… One nie przestają być funkcjami…

 

– Niech pan mi powie, ale szczerze: kiedy pan ostatnio jadł? Kiedy pan spał? Gdzie pan mieszka? – pani psycholog zaczęła, nie wiedzieć czemu, okazywać zniecierpliwienie.

 

– Jadłem obiad w wydziałowej stołówce. Przespałem całą noc, wstałem o siódmej, mieszkam w akademiku. Nie przyszedłem jednak tutaj rozmawiać z panią o takich banalnych rzeczach, tylko o moich problemach!

 

@

 

Psycholog mi nie pomógł, a ja czułem się coraz bardziej jak funkcja uwikłana, która żadną miarą nie może się rozwikłać, ani względem iksa ani względem igreka.

 

Nie było ze mną dobrze, ale inni tego nie rozumieli. Próbowałem rozmawiać, spotykałem się z odmową i śmiechem. A przecież to nie było śmieszne. Jeszcze tydzień temu wydawałem się normalnym studentem informatyki. Chodziłem na wykłady, notowałem, miałem problemy takie jak wszyscy: nienapisany program, nieoddane w terminie zadania, zjeść obiad, przedłużyć sesję, przespać się, rzuciła mnie dziewczyna, wykładowca jest głupi. Nie szukałem niczego ponadto. Ale „ponadto" spadło na mnie samo.

 

W końcu, w okolicach poniedziałku rano, wykończony bezsenną nocą, zrozumiałem, że niewykluczone, że istotną część odpowiedzialności, za to, co się ze mną dzieje ponosi moja dziewczyna. Może mnie przeklęła, rzuciła matematyczną klątwę?

 

Dręczony niepokojem, poszukałem komórki, wybrałem numer Oleńki i czekałem. Na karcie zostało mi 2 złote i sześćdziesiąt siedem groszy, obiecałem mamie, ze zadzwonię pod koniec tygodnia, ale przecież są sprawy ważne i ważniejsze. Oleńka nie odbierała, włączyła się poczta głosowa, zniknęło mi z konta siedemdziesiąt groszy. Próbowałem dalej, też bezskutecznie. Na jej miejscu pewnie nie odbierałbym telefonu.

 

Zastanowiłem się. Istniała jeszcze jedna droga, bardziej bezpośrednia. Pojechać do niej do domu.

 

Ocknąłem się w autobusie, z trzecim tomem podręcznika Fichtenholza na kolanach, z długopisem w jednej ręce, kartką z jakimś dowodem w drugiej. Pismo na kartce bez wątpienia należało do mnie, więc przeraziłem się nie na żarty. Kiedy ja to pisałem, co to właściwie jest? I skąd mam tego Fichtenholza?

 

Popatrzyłem przez okno, na dworze zapadł już zmrok. Zegarek: piąta po południu. Co robiłem między porankiem a piątą? Nie mogłem sobie przypomnieć.

 

Wysiadłem na tym przystanku, na którym zwykle wysiadałem, kiedy odwiedzałem Oleńkę. Niby wszystko się zgadzało: słup z ogłoszeniami stał na swoim miejscu, drzewa też były te same, i oczywiście ten sam niewielki supermarket.

 

Oleńka mieszkała w ładnej dzielnicy jednorodzinnych domków, w większości przedwojennych. Po obu stronach szerokiej ulicy rosły drzewa, a ich gałęzie ponad jezdnią tworzyły coś w rodzaju alei. Patrzyłem w górę, w niebo, i usiłowałem doszukać się w układzie gałęzi jakiejś regularności, jakiejś fraktalnej struktury.

 

Dom Oleńki mieścił się pod numerem 37. Doszedłem do miejsca, gdzie powinien stać, i – możecie mi wierzyć albo i nie – zrozumiałem, że dom zniknął. Między numerem 36 i 40 nie znalazłem niczego poza brudnym podwórkiem.

 

Przeszedłem jeszcze raz całą ulicę. Numeracja domów zaczynała się od zera, i nie odkryłem wśród tych numerów ani jednego nieparzystego. 0, 2, 4, 6, 8… Same liczby modulo 2. Domy oznaczone liczbami podzielnymi przez czwórkę stały po jednej stronie ulicy, te z numerami podzielnymi tylko przez dwójkę po drugiej. Obszedłem ulicę chyba pięć razy, tak samo wszystkie sąsiednie. Ogrodnicza 37 zdawała się wyparować z powierzchni świata.

 

@

 

O szóstej dziesięć rano zorientowałem się, że jadę dokądś autobusem. Było zupełnie ciemno, zaspani ludzie usiłowali się uczyć albo czytać. Starszy pan, który siedział naprzeciwko mnie, drzemał. Ja sam na kolanach trzymałem otwartą książkę Rudina do analizy matematycznej.

 

Po kilku minutach wysiadłem. Rozpoznałem przystanek Oleńki. Nadal nie wierzyłem, że jej dom tak sobie, zwyczajnie, ot tak, wyparował. Przeszedłem cała ulicę. Zauważyłem, że zniknęła czterdziestka. Domy zostały teraz ponumerowane od zera, ale modulo 3. 0, 3, 6, 9, 12… Domy z numerami podzielnymi przez szóstkę po jednej stronie, z numerami podzielnymi tylko przez trójkę po drugiej. „Może przestawiono numerację?" – zastanowiłem się. Dom Oleńki wydawał mi się zawsze charakterystyczny: odnowiony, z czerwoną dachówką, metalowym, kutym płotem… Na całej ulicy nie znalazłem jednak takiego domu.

 

@

 

Współlokator pożyczył mi swoją komórkę, ale Oleńka nadal nie odpowiadała. Przerażało mnie to wszystko. Jeśli numery domów będą się zmieniać tak, jak zmieniały się dotąd, to dom Oleńki zobaczę dopiero za miesiąc, w końcu trzydzieści siedem to liczba pierwsza.

 

A w miesiąc to już całkowicie zwariuję…

 

W mojej pamięci punktów nieciągłości robiło się więcej i więcej. Coraz częściej budziłem się w nocy, wcale nie w łóżku, tylko przy biurku, przede mną leżała matematyczna książka, ołówek, jakieś dowody, notatki… Nie rozumiałem, co się ze mną dzieje, w snach podróżowałem po przestrzeniach topologicznych, zamieniłem się w funkcję, albo w operator liniowy całkujący po igrekach…

 

Punkty nieciągłości w mojej pamięci ze zbioru przeliczalnego miary Lebesgue'a zero zmieniły się w zbiór całkowicie nieprzeliczalny i na dodatek gęsty. Czasami wydawało mi się, że są nie są nawet punkty, tylko długie odcinki wycięte z r do ntej potęgi. Na początku stany, kiedy traciłem pamięć, trwały co najwyżej godzinę, teraz zdarzały się takie dni, kiedy tylko o dwóch godzinach z całej doby mogłem powiedzieć z całą pewnością, co w ich trakcie robiłem. Bałem się kłaść do łóżka, bo zwykle nie miałem pojęcia gdzie się obudzę. Bałem się opuszczać akademik, bo równie dobrze mogłem ocknąć się na zajęciach na politechnice i w samolocie do Stanów. Bałem się siebie i własnej nieobliczalności, świadomy tego, że nikt mi nie pomoże. Jeździłem raz po raz na Ogrodniczą, ale numery doszły na razie tylko do szesnastki modulo i od paru dni nie chciały ruszyć się do przodu. 0, 16, 32, 48… Trzydziestki siódemki jak nie było, tak nie było.

 

Koledzy z akademika śmiali się ze mnie, i nawet usiłowali żartować z mojej niecałkowitej poczytalności. „Wiesz, że w nocy biegałeś nago po naszym piętrze, drąc się <>. Spytaj Piotra, on to potwierdzi." Nie śmieszyły mnie jakoś takie wygłupy.

 

@

 

W sobotę Alek, mój współlokator zabrał mnie na dyskotekę. Stwierdził, że skoro wszystkie środki zawiodły, z pewnością nie zaszkodzi mi prymitywna zabawa, poczuję się lepiej, jeśli wyżyję się w tańcu.

 

Terapia okazała się nieskuteczna, bo najbardziej na dyskotece podobała mi się wielka świecąca kula, którą zawieszono u sufitu. Siedziałem pod ścianą, piłem piwo i liczyłem pole kuli – ogromnie pociągał mnie kształt może niezbyt foremnej, za to trudnej matematycznie i geometrycznie kuli. Zacząłem sobie wyobrażać, co się stanie, kiedy kulę przeniesiemy do Rn, i tam zaczniemy liczyć pole, objętość, zrobimy rzutowanie… Wtedy podeszła do mnie jakaś dziewczyna i spytała czy nie zatańczę. Odpowiedziałem machinalnie: tak. Na taniec rzecz jasna nie miałem zbytniej ochoty.

 

Coś musiałem szeptać dziewczynie do ucha, więc zacząłem nawijać o kuli, pospiesznie tłumacząc całkowe zależności. Dziewczyna udawała najpierw zachwyconą, a potem nie kryła zdegustowania.

 

– Michał… – powiedziała w końcu. Nie mam pojęcia skąd znała moje imię – Wyjdźmy na chwilę… Tak tu duszno…

 

Opuściliśmy więc budynek dyskoteki. Dotąd nie wiedziałem, że można wyjść tyłem, na pustą, smutną ulicę zabudowaną secesyjnymi kamienicami.

 

– Michał – powiedziała błagalnie, i obróciła w moją stronę ładną twarz, twarz Oleńki – chodźmy na spacer.

 

Ulica kończyła się na nadbrzeżu, zaraz za nią zaczynał się most. Poszliśmy wąskim chodnikiem i zatrzymaliśmy się na środku mostu. Staliśmy chwilę, razem, blisko siebie. Właśnie zacząłem zastanawiać się, dlaczego przęsła mostu się nie zarwą, i jak sprytnie inżynierowie wyliczyli wszystkie siły, bo obiekt ten miał niezwykłą, lekką, wydawałoby się nawet: ażurową konstrukcję…

 

– Wróćmy już, zimno się robi – cofnęliśmy się, poszliśmy tą drogą, którą przyszliśmy.

 

Na chwilę zatrzymaliśmy się przy wejściu do dyskoteki…

 

– Michał – wyszeptała. Miała twarz i głos Oleńki.

 

Spokojnie, metodycznie zaczęła się wspinać po ścianie najbliższej kamienicy. Nie przeszkadzały jej ani szpilki, ani krótka, dyskotekowa spódnica. Palce, zakończone długimi, wypielęgnowanymi paznokciami z łatwością znajdywały na nierównej ścianie dogodne miejsca do chwytu. Patrzyłem oniemiały, nie wiedziałem, co mam robić.

 

– Oleńka – obudziłem się – Oleńka, wytłumacz mi to wszystko…

 

Nie słuchała celowo, albo po prostu nie dosłyszała słów. Wspięła się na dach, pomachała mi ręką, po czym zniknęła gdzieś wśród strychów i dachówek.

 

Pomachałem jej i wróciłem do budynku dyskoteki.

 

Nie wiem, jak to się stało, ale o siódmej piętnaście ocknąłem się w akademiku, a przede mną leżała kartka z napisem „r(7, 7)", czyli wyliczona kolejną liczbą Ramseya.

 

@

 

Z kolokwium z całek dostałem szóstkę, co wcale nie przeszkodziło mi zawalić „sprawdzianiku" z Javy, i „teściku" z C++. Do tego nie wiedziałem, że projekt programistyczny trzeba było oddać tydzień temu, więc na liście, wywieszonej przy pokoju młodego, czepialskiego magistra figurowałem jako „nieoddane, niezaliczone". Pan od całek powiedział mi, że nigdy jeszcze nie widział tak ładnego, zwięzłego dowodu dla „tego trudnego twierdzenia". Był przekonany, że dowód jest dobrze przeprowadzony, i powiedział, że skonsultuje to jeszcze z kolegami. Wstawił mi 25 punktów na 20 możliwych, i prosił, żebym pojawiał się na kole studenckim i u niego na dyżurach. Uprzejmie podziękowałem.

 

@

 

Znowu pojechałem pod dom Oleńki. Pojechałem, to chyba źle powiedziane, obudziłem się w autobusie, minutę przed właściwym przystankiem. Pierwszym numerem, na jaki natknąłem się na Ogrodniczej po zerze była trzydziestka szóstka. Miałem nadzieję, że chwila, kiedy dotrę do domu Oleńki, jest już blisko, ale – jak zauważyłem po chwili – na drugiej stronie ulicy stała osiemnastka. Znowu się zawiodłem. Znowu się pomyliłem.

 

I znowu wracałem wpatrzony we fraktalną strukturę gałęzi…

 

@

 

Właściwie nie wiem, co działo się ze mną przez tamte dwa tygodnie. Świadomość odzyskałem tylko dwa razy. Ocknąłem się w kuchni, o trzeciej w nocy. Ewidentnie coś piekłem na patelni. Kuchnię wypełniał czarny dym. Ciemny przedmiot na patelni miał chyba być grzanką…

 

Coraz częściej nie wiedziałem, czy jestem funkcją, przestrzenią liniową czy tylko wierzchołkiem w grafie.

 

Po raz drugi odzyskałem świadomość na uczelni. Profesor oddawał właśnie cząstkowe egzaminy. Miałem problem, żeby przypomnieć sobie, że coś podobnego pisałem, ale mniejsza z tym. Oddawanie pamiętam dość świadomie, ale też bardzo niewyraźnie.

 

– Panie Michale – powiedział profesor – panie Michale, jeśli będzie się pan rozwijał w takim tempie, w jakim się pan rozwija, za rok skończy pan studia, za dwa będzie doktorat, a za trzy habilitacja… Wróżę, że szybko zostanie pan profesorem. – uśmiechnął się – Przy pana zaangażowaniu i pracowitości pewnie udowodni pan po drodze kilka z tych hipotez, co do których prawdziwości lub nieprawdziwości matematyka jeszcze nie wie…

 

Obejrzałem swoją pracę. „Teoria miary i całki, egzamin częściowy numer jeden, Michał Kubiak", 10 punktów za dodatkową wiedzę, 20 za oryginalny dowód. Nic z tego nie rozumiałem.

 

@

 

Obudziłem się w środku nocy. Było mi zimno, leżałem na czymś twardym i bolały mnie wszystkie kości. Dopiero po chwili zorientowałem się, że spałem na chodniku. Spojrzałem na zegarek. Czwarta nad ranem, kryzysowa pora, jeśli chodzi o zimno.

 

Zacząłem skakać i tańczyć, żeby się rozgrzać. Nie pomagało. Na przemian: albo szczękałem zębami albo przez resztę ciała przechodziły dreszcze. Przebiegłem się, rozejrzałem po okolicy. Tak, poznałem Ogrodniczą.

 

Na ulicy stały teraz jedynie trzy domy, aleja dziwnie się skróciła. Chciałem dostać się do przystanku, ale nie dałem rady opuścić ulicy. W którą stronę bym nie biegł, wracałem do punktu wyjścia.

 

Zrozpaczony, ale rozgrzany, usiadłem na chodniku i zacząłem płakać. Jak długo mogłem tak żyć, nie wiedząc, co się ze mną dzieje, poszukując czegoś, czego ewidentnie nie ma, co nie istnieje, co wyparowało? Nie chciałem, żeby moje życie było przestrzenią metryczną, nie chciałem żyć jako wierzchołek w grafie. Nie chciałem nigdy, nigdy więcej, śnić o falkach. Miałem już dość.

 

Nagle wyrósł przede mną dom numer 37. Taki właśnie, jakim go zapamiętałem. Kuty artystycznie płot i nowa dachówka. Wstałem. Pięć razy sprawdziłem numer i nacisnąłem guziczek przy furtce. Pewnie się domyślacie, że nikt nie odpowiedział, nie otrzymałem żadnego odzewu.

 

Przeskoczyłem więc płot. Zaskakująco łatwo mi to poszło, jakbym stał się lekki, leciuchny niczym piórko. Rzeczywiście spodnie na mnie wisiały. Pasek zapięty był na ostatnią dziurkę, a spodnie i tak wydawały się zbyt obszerne. Podobnie koszula i kurtka, w których musiałem wyglądać jak w worku na kartofle z wyciętą dziurą na głowę i dziurami na ręce. Czy zawsze tak wyglądałem? Chyba nie…

 

Przeszedłem przez ogród. Rodzina Oleńki posiadała psa, małego czarnego pitbula płci żeńskiej o imieniu „Kruszynka". Psa nigdzie nie dostrzegłem.

 

Podszedłem do drzwi domu i zadzwoniłem. Znowu milczenie. Właściwie to już powinien był włączyć się alarm antyzłodziejowy. W okresie, kiedy jeszcze chodziłem z Oleńką, zdarzyło mi się raz, w Walentynki, skakać w nocy przez płot, bo chciałem przykleić po zewnętrznej stronie okna pokoju Oleńki kartkę – niespodziankę. Alarm, który się wówczas włączył obudził nie tylko Oleńkę, ale i rodzinę, i całą okolicę. W życiu tak szybko nie biegłem…

 

Żadnego alarmu, żadnego odzewu, w ogóle, jakby w domu nie przebywał aktualnie nikt albo jakby nikt tam nie mieszkał. Zacząłem się bać. Przecież na dom numer trzydzieści siedem czekałem od przeszło miesiąca.

 

Walnąłem w drzwi pięścią. Nic. Zabolała mnie ręka. Drzwi były pewnie antywłamaniowe, drewno po jednej stronie, drewno po drugiej, calowa blacha w środku. Walnąłem jeszcze raz. Na knykciach zostały krwawe ślady. Trzymałem guzik dzwonka włączony tak długo, że aż palce nie ścierpły od trzymania. Ostatecznie, pomyślałem, ona musi znajdować się w środku. Nawet, jeśli miałbym awansować do rangi włamywacza.

 

Najbliższe okno, dlaczego te szyby są podwójne, a każda gruba na pięć milimetrów? I te paskudne żaluzje antywłamaniowe… Obszedłem cały dom, i znalazłem w końcu jedno okno, lekko uchylone, co prawda żaluzja została spuszczona do połowy, ale żaluzja nie wydała mi się w tym wypadku największą przeszkodą. Z trudem, bo z trudem, i po omacku, nurkując w oknie kotłowni dałem radę w końcu ją podnieść. Wróciłem jeszcze raz do wejścia domu. A nuż ktoś się obudził, otworzył?

 

Przed domem stała Oleńka, niewinna, w puchatych kapciach na nogach, koszuli nocnej i filigranowym szlafroczku.

 

– Michał… – powiedziała i spojrzała na mnie smutno.

 

Rzuciłem się w jej stronę, ale w momencie, kiedy powinienem był jej dosięgnąć, zniknęła. Wierzcie mi albo nie wierzcie, spotkało mnie w ciągu ostatniego miesiąca tyle osobliwych sytuacji, że przestałem się dziwić. Runąłem jak długi na brukowany podjazd.

 

@

 

Nie wiem, jak pokonałem wszystkie przeszkody, zamek w drzwiach kotłowni, Kruszynkę na korytarzu i antyzłodziejowe zabezpieczenia na schodach. Trafiłem ostatecznie do pokoju Oleńki, do miejsca, do którego tak lubiłem wracać. Drzwi były uchylone, wszedłem po cichu, na palcach. Oleńka spała, jasne włosy rozrzucone na poduszce, miękka kołdra w blade, niebieskie kwiatki.

 

– Oleńka – wyszeptałem. – Oleńka, obudź się…

 

Obudziła się, przeciągnęła. Z przerażeniem spojrzałem na jej drobne, długie, półprzezroczyste ręce.

 

– Ach to ty, Michał… – wyszeptała, podniosła się i usiadła na łóżku.

 

– Oleńka, czy powiesz mi prawdę? Jaką klątwę na mnie rzuciłaś, jak się z niej uwolnić? Czy nienawidzisz mnie aż tak bardzo? – wyjąkałem

 

– Niczego nie rozumiesz? Och Michał, Michał, to nie ja rzuciłam klątwę, czasami tak jest, to nie moja wina… Michał, nie chciałam cię skrzywdzić naprawdę nie chciałam… Ja… – powiedziała i rozpłakała się, a drobne, maleńkie, widmowe łzy płynące z jej oczu…

 

– Zdarza się – kontynuowała – że słowa wypowiedziane w złą godzinę, że takie słowa… Że mają dużą moc… Że mogą się ziścić. Że nawet to, o czym się myśli, a czego się nie powie…

 

Wtedy wydało mi się, że zrozumiałem. Poczułem nagle wstręt do tej szczupłej dziewczyny, do tego pokoju pełnego akademickich podręczników. Myślałem, że zemdleję, że zacznę wymiotować. Nie pamiętałem zresztą, czy w ciągu ostatniego tygodnia coś jadłem.

 

– Tak, to prawda, byłam bezmyślna, ale nie życzyłam ci źle… Takie klątwy są jak obosieczny miecz, nie wmawiaj sobie, że mnie to nie dotknęło, że nie muszę cierpieć tak, jak cierpisz ty… Za mocno cię zraniłam, a ty za mocno to przeżyłeś… Przecież to nie pozostaje obojętne, ani dla tego, co zadaje ranę ani dla tego, co ją otrzymuje… Michał… – przestała płakać. Dziecinna Oleńka, wielbicielka matematyki, w koszuli nocnej i kapciach królikach przeszła przez pokój, w kierunku okna. Na dworze świtało.

 

Oleńka podniosła do końca antywłamaniową żaluzję, dotąd spuszczoną tylko do połowy. Przekręciła klamkę i otwarła okno na całą szerokość. Zdjęła kapcie, klęknęła na parapecie i rzuciła się w dół.

 

Nie spadła. To znaczy najpierw trochę spadła, a potem nagle zaczęła się unosić, wyżej i wyżej, chudziutka, przezroczysta, oniryczna. Wydawało mi się, że widzę skrzydła, ale nie mam pewności, czy istotnie je widziałem. Pomachała mi ręką, i zniknęła gdzieś tam, gdzie zaczynał się różowy, blady świt zimowy, gdzie niebo łączyło się z polami.

 

Stałem na chodniku między domem numer 36 a domem numer 40.

 

@

 

Niektóre grafy mają cykl. Są nawet różne typy cykli: cykle Eulera, cykle Hamiltona… Ogólnie, cykl polega na tym, że wraca się do tego miejsca, z którego się wyszło. Czy domyślacie się, co było dalej?

 

W środę, o 7.15 rano obudziłem się na krześle przy biurku, z głową opartą na „Wstępie do topologii" i ołówkiem zaciśniętym w dłoni. Zrozumiałem wtedy, że moje życie zamieniło się w przestrzeń metryczną.

 

Koniec

Komentarze

Miał to być "horror matematyczny" - matematyczny jest, ale co do horroru to nie jestem pewien ;)

Jak dla mnie to jest nawet odrobinę humorystycznie (chyba to cecha inżyniera, że go śmieszy jak ktoś tłumaczy ciągłość funkcji...), za to mocno surrealistycznie, dobra puenta. I ta 37, od razu mi się wydała mocno nieszczęśliwa, taka słabo złożona ;)

Ogólnie to może nie są szczyty Twoich możliwości, ale chyba zwyczajnie nie miały być.

jeśli chodzi o matematyczny punt to nie zrozumiałam ani słowa :P

W trzeciej linijce tekstu 'Myślałam' w wykonaniu faceta.

Był przekonany, że dowód jest dobrze, dobrze co? ;)

w złą godzinę, ze takie słowa. kropka nad 'z' gdzieś się zapodziała

Opowiadanie dość oryginalne, choć czytałem już kiedyś napisane w podobnej konwencji. Czegoś mi w nim brakuje i chyba chodzi o opisy wewnętrznych przeżyć chłopaka - a w zasadzie ich brak. Myślę, że opowiadanie zyskało by dużo jako horror, gdyby bardziej skupić się właśnie na tym.

Sygnaturka chciałaby być obrazkiem, ale skoro nie może to będzie napisem

Tak się zastanawiam, czy koleżanka dojrzała już logo strony... 

Tak się zastanawiam, czy koleżanka dojrzała już logo strony...
Najwyraźniej, w dalszym ciągu nie.

Mam wrażenie, że przeczytałam fragment z dziennika studenta matematyki, który zbyt dużo czasu spędza nad książkami i rzeczywistość matematyczna miesza mu się ze światem realnym.

Ta historia nie była zbyt straszna, paradoksalnie za dużo matematyki w tym „horrorze matematycznym”, te wszystkie funkcje liniowe, całki, grafy i co tam jeszcze. Jestem humanistką i nie dość, że guzik z tego rozumiem, to na dodatek guzik mnie to obchodzi.

Zgadzam się z przedmówcami, ten horror przez język jakim go okrasiłaś był całkiem zabawny, ta cała matematyczna poetyka, brzmiała nieco dziwacznie, trochę irytująco, ale pasowała do bohatera.

Puenta była fajna, reszta historii nieco miej mi się podobała.

Bez przeginki Mortycjan, przecież to opowiadanie jak najbardziej łapie się pod konwencję.

Sygnaturka chciałaby być obrazkiem, ale skoro nie może to będzie napisem

@Snow
Tyle w tym fantastyki, co w "Pięknym Umyśle"...

@Snow
zmieniłam.
@Kali
toż zdanie na wstępie ma ostrzegać: HUMANISTO, NIE WCHODŹ TU!
@Mortycjan&&Beryl
No tu się akurat nie czepiajcie. To jest fantastyka.
@ALL
Miało być zabawne :P

@Mortycjan
Absolutnie się z toba nie zgadzam. Jedyną zbieżność jaką widzę z "Pięknym Umysłem" to główny bohater znający się na matematyce, a zresztą nie dokońca, bo Nash był ekonomistą.

Sygnaturka chciałaby być obrazkiem, ale skoro nie może to będzie napisem

@Mortycjan&&Beryl
No tu się akurat nie czepiajcie. To jest fantastyka.


Lol? Gdzie? Studentowi się coś uroiło w główce i to już niby jest "element fantastyczny"?

@Snow
Jedyną zbieżność jaką widzę z "Pięknym Umysłem" to główny bohater znający się na matematyce, a zresztą nie dokońca, bo Nash był ekonomistą.
Oboje mieli urojenia/chorobę psychiczną/cośtam, przy czym są to rzeczy jak najbardziej realne. 

Mortycjan,
bo dla Ciebie jak nie ma smoków, mieczy albo statku kosmicznego to już nie fantastyka co nie?
Gdzie tu jest że mu się coś uroiło? Czy życie może zatoczyć krąg jak w tym opowiadaniu, wrócić do punktu wyjścia? Bo ja myslę, że raczej nie?

Smoki, miecze, i statki kosmiczne to w większości wyczerpana konwencja... ale to moja opinia.

Co do tego, droga koleżanko, to się nie zgodzę ;) .  Może smoki, to i tak, ale statki kosmiczne i miecze, to naprawdę jeszczę obszerny materiał do wykorzystania, chociaż może już nieco mniej poczytny.
Samo opowiadanie jest... Na pewno nie jest dla mnie, bo jestem humanistą :P . Ale przecież nie jest najgorsze i nie widzę powodów do czepiania się, literówki się zdarzają, a że temat jest dość oryginalny, to nic. Przecież nie ma zakazu wstawiania na stronie takich treści, a na siłę nikt tego czytać nie musi. Jak komuś się nie podba, niech odpuści.

@Katy
Ustalmy fakty. 
Chłopak opisuje (pomijam już kompletną nielogiczność formy... Bo co to właściwie jest? Pamiętnik? I dla kogo?) coś co MYŚLI, że się wydarzyło. Owe wydarzenia dotyczą tego, że pomieszało mu się w głowie z nieznanego powodu czy też doznał "klątwy". My (czytelnicy - bo przecież do nas się zwraca...) te wynurzenia czytamy. Na "końcu" okazuje się, że wrócił do "początku". Pytanie - skąd pewność, że to wszystko, o czym pisze (pomiędzy domniemanym końcem i początkiem), naprawdę się wydarzyło? Bo IMO zachodzi tu prawdopodobieństwo... tak, dajmy na to, ze 100%... że on to sobie wszystko zmyślił/uroił/jest chory/etc. Jeśli takie same zapiski przedstawiłby Ci pacjent szpitala psychiatrycznego, to naturalnie przyjmujesz jego "wspomnienia" za fakt? 

Strzeliłaś sobie w stopę narracją pierwszoosobową. 
0 fantastyki. Kthxbye. 

Mortycjan wiem że mnie nie znosisz.
Konwencja szaleństwa i zapisków szaleńca jest znana w fantastyce (ksiązki Dicka np).
Ja rozumiem gdyby to była obyczajowa historia, mógłbyś się przyczepiać, fakt, ale tutaj NIE JEST.

Mortycjan wiem że mnie nie znosisz.
Nie znoszę mainstreamu i jakiejkolwiek niefantastyki, a nie Ciebie. 
I to niestety jest obczajowa historia. Jeśli mamy opowiadanie w formie zapisków szaleńca, to na końcu/w trakcie/gdziekolwiek/ znajdzie się jakieś potwierdzenie wspominanych przez niego wydarzeń.
Np. człowiek "wzięty" przez UFO udziela wywiadu dziennikarzowi, a na koniec pada sakramentalne wyznanie w stylu "czasami miewam myśli, że to się w ogóle nie wydarzyło... A potem zaglądam do szuflady i widzę ten cholerny chip, który wykroiłem sobie z tyłka miesiąc temu." 

No i widzisz problem bierze sie z rozbieznosci pomiedzy spojrzeniami na literature.
Moim zdaniem ksiazki sie dziela na dobre i zle a wg Ciebie na fantastyke i niefantastyke....

Myślę, że zarzucany brak fantastyki w tekście to czepialstwo. W założeniu, jak pisze Katy miał to być horror, problem polega na tym, że ten horror nie straszy. Więc ani to horror, ani fantastyka, ani science fiction.

Gdyby Katy w opowiadaniu użyła powiedzmy tylko jednego „motywu matematycznego” np.: liczby 37. Jej braku, powtarzalności czy czegoś w tym rodzaju, wtedy czytelnik poczułby grozę, jakoś wczuł się w atmosferę i wtedy byłby to horror. Natomiast tutaj, przez specyficzną narrację mamy poczucie, że śledzimy przemyślenia nie do końca zdrowego na umyśle geniusza.

Poza tym, jak sądzę większość osób czytających to opowiadanie to humaniści i przez tego rodzaju narrację przekaz wydaje się mętny i niezrozumiały. Jak bełkot chorego na umyśłe geniusza. 

 

Moim zdaniem ksiazki sie dziela na dobre i zle a wg Ciebie na fantastyke i niefantastyke....
Już nie chcąc odnosić się do dyskusji przerobionej między tobą, a Mortycjanem, dodam tylko:
To jest portal o tematyce fantasy. Akurat najmniej ważne jest to, czy Mortycjan dzieli literaturę tak, czy inaczej. To nie jest portal ogólnoliteracki, więc jakieś pretensje, że ktoś nie lubi niefantastyki i dlatego mu się nie podoba są bezzasadne.

Mój ulubiony temat do dyskusji :P
@ beryl - to NIE jest portal o tematyce fantasy. To jest portal o tematyce fantastycznej. A fantastyka to fantasy, s-f, ale i realizm magiczny, ale i antyutopia, i horror, i steampunk. Jeżeli kwalifować fantastykę najprościej, jako dzieła, które zawierają pierwiastek fantastyczny, to to opowiadanie jak najbardziej ten warunek spełnia (no przynajmniej moje życie nigdy nie zamieniło się w przestrzeń metryczną, i podejrzewam, że żadnego z was również nie).

@Mortycjan - w jednym z tematów hyde-parku stwierdziłeś, że - cytuję:

Mnie nigdy nie obchodzą własne wrażenia, a wyłącznie prawda - że tak powiem - obiektywna. Czyli wrażenia/zamysł/itd. autora.

Tu akurat masz okazję skonfrontować swoją opinię z autorką. A zamysł autorki jest taki, że napisała opowiadanie fantastyczne. I, co więcej, nie pozostawia czytelników w zawieszeniu "to prawda, czy nieprawda", tylko jednoznacznie stwierdza, jak jest. A ty się kłócisz, że to nie fantastyka, że facet po prostu zwariował. To kto ma rację, według twoich zasad?

A wcześniej:

1. Autor jest od pisania.
2. Czytelnik jest od czytania.
I koniec.
To, o czym dzieło mówi, jakie przesłania niesie itd. leży TYLKO I WYŁĄCZNIE w gestii autora. Jeśli czytelnik powiedziałby mi "nic mnie nie obchodzi co ty sobie myślałeś autorze, ja wiem lepiej o czym to jest", no to cóż... idiota czy nadinterpretator? Ja jednak obstaję przy idiocie.

Hmmm...

beryl - to NIE jest portal o tematyce fantasy. To jest portal o tematyce fantastycznej.
Tak, tak. Pomyliło mi się. Zresztą ja ogólnie wolę nazywać cały gatunek, jak i jego podgatunek fantastyką, bo nie lubię angielskich form. Akurat tutaj się zdarzyło.
Co do tego opowiadania - może i swoje elementy fantastyczne ma, oddajmy mu to. Ale ja pisałem w odnośni do tego co napisała Katy. My jesteśmy tutaj dla fantastyki. I tyle.
Ale z tym "pierwiastkiem" fantastycznym to bym uważał. Ty masz taki na to pogląd, Dreammy, ja mam nieco inny. Nie wystarczy kropla.

Teraz coś o samym opowiadaniu.

Podobała mi się "matematyczna" forma, czytało mi się miło, chociaż z funkcjami i ciągami rozstałam się już jakiś czas temu. W ogóle moim zdaniem matematyka i jej nieskończone przestrzenie ciągle czekają na wykorzystanie przez pisarzy fantastyki. Ale zgadzam się z przedmówcami - ten horror nie straszy i nazwanie opowiadania horrorem jest pomyłką. Przynajmniej mnie nie przestraszył. Na tle innych Twoich opowiadań jest to tekst z gatunku "taki sobie", przegadany, myślę że nawet nieznaczne skrócenie go wyszłoby mu na dobre.
Pozdrawiam ;)

@Dreammy
Jak już chcesz mnie cytować, to przynajmniej zrozum, o czym pisałem. A dyskusja dotyczyła tego, czy czytelnik może wkładać w usta autorowi rzeczy, o których nie mówił/pisał, a nie gatunków. Ehh... czytanie ze zrozumieniem, coraz mniej popularna umiejętność... 

@Mortycjan
Problem w tym, że uparcie twierdzisz, że w tym opowiadaniu są rojenia schizofrenika, a autorka twierdzi, że to są 'prawdziwe' wydarzenia. Domy naprawdę znikały, duchy naprawdę odlatywały.

Sygnaturka chciałaby być obrazkiem, ale skoro nie może to będzie napisem

Więc cytując Cię dalej:
Pytanie - skąd pewność, że to wszystko, o czym pisze (pomiędzy domniemanym końcem i początkiem), naprawdę się wydarzyło?

Jak dla mnie właśnie wydaje Ci się, że lepiej od autorki wiesz, co się wydarzyło, że nic fantastycznego się nie stało. I nie spierałabym się z Tobą, gdyby wcześniej autorka nie stwierdziła właśnie, że to, co się przydarzyło bohaterowi, zdarzyło się "naprawdę". Ty prezentujesz prawdę czytelnika, Katy - prawdę autora. No i kto ma rację?

A dyskusja dotyczyła tego, czy czytelnik może wkładać w usta autorowi rzeczy, o których nie mówił/pisał, a nie gatunków

Akurat tutaj wydawać by się mogło, że gatunek zależy od interpretacji ;) I tu się zgodzę z berylem, że... tak naprawdę to każdy ma rację i jej nie ma. Bo tak naprawdę to ile badaczy, tyle klasyfikacji fantastyki. A nawet więcej, ile czytelników, tyle klasyfikacji. I chyba nie ma co się spierać, która lepsza, która gorsza.

Dziękuję wszystkim za komentarze :)

Nawet jeżeli niektóre są tylko komentarzami do komentarzy? :P

Dziwne to opowiadanie. Mnóstwo urojeń, mnóstwo "matematycznego surrealizmu" - cięzko było się w tym połapać, choć od razu zaznaczam, że z matematyką rozstałem się już dawno, a z niektórymi pojęciami się nie spotkałem w ogóle. Rozumiem zamysł, ale, jak już wspomnieli przedmówcy, przydałoby się więcej horroru, a mniej matematyki.

@Eferelin: ale czemu? jest całe mnóstwo historii gdzie jest duzo horroru a mało matematyki a ja chciałabym być oryginalna :P
A tak serio to chciałam, żeby ten tekst był właśnie taki - że świat bohatera jest zrozumiały tylko dla niego samego... albo nawet niezrozumiały dla niego.

acha, a tak w ogóle to myslę, że w całym nurcie sci-fi matematyka jest raczej słabo wykorzystana. O ile fizyka i nauki przyrodnicze doczekały się wielu zainspirowanych to matematyka niekoniecznie... ciekawe dlaczego?

@Katy: jak najbardziej popieram eksperyment horroru matematycznego (powiew świeżości przydałby się praktyczne każdemu gatunkowi literackiemu), jednak wydaje mi się, że powinny być zachowane właściwe proporcje.
Oryginalność jest jak najbardziej wskazana, ale nie zmienia to faktu, że przedstawione spojrzenie musi być zrozumiałe również dla czytelnika. Czytelnik nie musi wcale utożsamiać się z zaproponowaną wizją ani poglądami, ale powinien być w stanie ogarnąć rozumem, co w ogóle czyta, inaczej nie poczuje żadnych emocji, nastroju opowiadania, nie pojmie przesłania tekstu, a sama lektura będzie dla niego tylko męcząca.

Być może przedstawiona wizja jest przerażająca, ale jeśli większość śmiertelników zupełnie nie rozumie jej niuansów, to w konsekwencji nie może się w nią wczuć i poczuć grozy, którą starasz się przekazać. Tak mi się przynajmniej wydaje.

zachęciło mnie "horror matematyczny" - i, imo bardzo na plus. Ta masa odniesień do matematyki, moim zdaniem, jest bardzo dobra (fakt, że nie jest to tekst dla tzw. humanistów), wprowadza klimat oraz niepewność, czy to tylko paranoja geniusza czy chłopak faktycznie znalazł się w innej przestrzeni matematycznej. Dialog z psycholożką na temat definicji funkcji - boski. Generalnie, że tak powiem, "spełnił" się w dyskusji pod tekstem ;)
Absolutnie się nie zgadzam, że tekst nie kwalifikuje się do fantastyki - jak dla mnie zgrabne s-f, właśnie ze względu na obecność matematyki i przedstawienie tej innej (równoległej?) przestrzeni metrycznej w której bohater się znalazł. Zarzucanie tekstowi "niefantastyczności" imo świadczy o braku wyobraźni i zamknięciu się w kanonie, że "jedyną nauką wykorzystywaną w s-f ma być fizyka i jej pochodne w postaci astronomii i już, bo TAK".
Z uwag technicznych - stanowczo za dużo wielokropków.
Ode mnie - 5.

pozdrawiam,
B


Nowa Fantastyka