- Opowiadanie: Filip - Gore gwiazda

Gore gwiazda

Serdecznie dziękuję wszystkim betującym za pomoc w doszlifowaniu opowiadania, zwłaszcza za wszystkie wyłapane błędy.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Gore gwiazda

Józek stał w sypialni, oparty o framugę drzwi i patrzył na śpiącą żonę. Na jego zmęczonej twarzy pojawił się łagodny, może nieco smutny, uśmiech. Westchnął głośno, jakby nie mógł pomieścić w piersi wszystkich swoich uczuć. Mieszanina miłości, strachu i nadziei buzowała w nim, tworząc wszelkie możliwe kombinacje. Dużo tego było, jak na jednego człowieka i jeden dzień.

 

Jego westchnienie obudziło Marię. Podniosła się i omal nie spadła z wąskiego, piętrowego łóżka, wpuszczonego w ścianę. Spojrzała na niego z uśmiechem. Wyglądała na bardzo zadowoloną.

 

– Cześć. – Głos miała zaspany i miękki, jak kołdra pod którą leżała. – Dawno wróciłeś?

– Dopiero co. Musieliśmy przeprogramować pompy. – Mężczyzna podszedł do lodówki i wyciągnął pastę z odżywczym wyciągiem.

– Zjedz coś normalnego. Mamy co świętować.

Kąciki ust drgnęły mu w nerwowym uśmiechu. Pokręcił głową.

– Nie ma mowy. Właśnie tym bardziej powinniśmy zrezygnować z prawdziwego jedzenia. – Zawiesił głos i przez chwilę ssał tubkę, myśląc nad czymś intensywnie. – I może poszukać mniejszego mieszkania. 

 

Maria wstała, nagle bardzo przytomna i zafrasowana. Objęła męża, ścisnęła go mocno, kładąc głowę na ramieniu.

– Ale trochę się cieszysz?

– Och, bardzo. Bardzo się cieszę – zapewnił, głaszcząc ją po włosach koloru ciemnej czekolady. – Po prostu…

– Redukcja – dokończyła grobowym głosem.

– Tak, Redukcja.

– Ale przecież mamy dość punktów – powiedziała pocieszającym tonem.

– Niby tak. Ale nigdy nie wiadomo.

– Dobrze, że to już ostatnia. Nie mogę uwierzyć, że zostanie nas pół miliarda.

– Plus jeden. – Józek wskazał na jej brzuch, jeszcze zbyt płaski, by podejrzewać, że ktoś siedzi w środku.

– Cieszę się, że Michała już nie obejmie.

– Michała?

– Czuję, że to będzie chłopak.

– Ale Michał? Myślałem raczej nad Frankiem.

– No to masz osiem miesięcy na przekonywanie mnie. – Uśmiechnęła się przekornie. – Więc ja bardzo poproszę kawałek prawdziwej szarlotki – powiedziała, po czym wróciła do łóżka, śmiejąc się.

Józek pomyślał, że naprawdę bardzo ją kocha.

 

Minęło upalne lato, podczas którego znów padły rekordy temperatur, przeszła jesień ze swoimi nawałnicami, by w końcu ustąpić miejsca czemuś, co niegdyś nazywano zimą. Był dwudziesty czwarty grudnia.

 

Zamiast kończyć przygotowania do wigilijnej kolacji, Józek pędził rowerem po jednej z głównych ulic, mijając rozświetlone srebrzystymi dekoracjami wieżowce. Zarówno one, jak i jezdnia, były praktycznie puste. Mężczyzna miał w głowie rozmowę, jaką pół godziny wcześniej przeprowadził z żoną, po którą musiała przyjechać karetka:

 

– Zabierają mnie na porodówkę. – Słyszał w jej głosie, jak ze wszystkich sił próbuje powstrzymać płacz.

– Co? Ale… to przecież za wcześnie. Nie mają jakichś leków?

– To już cztery… – Przerwał jej skurcz. Józek słyszał jęk bólu i krzyki położnej: "proszę oddychać! Oddychać, bo się dziecko nie dotlenia!". Czekał w napięciu na kolejne słowa żony.

– Uff, uff… cztery centymetry. Mówią, że to punkt bez odwrotu.

– …

– Jesteś tam?

Józek westchnął ciężko, jakby ktoś położył na jego piersi wielki głaz.

– Jestem. Kocham cię – wykrztusił w końcu.

– Cieszysz się trochę?

– Tak, po prostu…

– Wiem.

– Muszę tam pojechać.

– Wiem.

 

Z zamyślenia wyrwał go klakson autonomicznej ciężarówki, pod którą omal nie wpadł. Z głośnym przekleństwem skręcił na chodnik i dalej na wielki plac z gładkich jak lustro, granitowych płyt. U szczytu placu stał onieśmielający swym ogromem gmach. Świetlisty napis głosił: "Urząd Zbawienia Ziemi". Józek przypiął rower, zdjął kask i ruszył w stronę drzwi wejściowych.

 

Mijał rzędy eleganckich, czarnych komór o opływowym kształcie, z przeszklonymi wejściami, dużych w sam raz na jednego człowieka. Ich widok sprawiał, że po plecach przechodziły mu ciarki, a pasta żywnościowa cofała się do przełyku. Miał wrażenie, że upłynęła wieczność, nim skrył się we wnętrzu Urzędu, wyłożonym miękkimi wykładzinami, boazerią z ciemnego drewna, z przyjemnym, ciepłym światłem, sączącym się z lamp.

 

Na interesujące go piętro wszedł schodami. Trochę po to, żeby nie tracić ani ułamka cennych punktów, a trochę, żeby się zmęczyć i choć przez chwilę nie myśleć o sytuacji. Podszedł do starej, niepasującej do reszty wnętrza, maszyny kolejkowej. Relikt przeszłości wypluł z siebie kartkę: "Pokój J15, numer 13". Józek rozejrzał się po korytarzu – był pusty. Po krótkiej chwili wywołały go głośniki.

 

Interesantów obsługiwała sztuczna inteligencja o absolutnie nijakiej twarzy, wyświetlanej na ściennym ekranie. Józek zasiadł w głębokim, miękkim fotelu i zwrócił się do monitora.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry, Józefie Ostrowski, wesołych Świąt. W czym mogę pomóc? – odezwał się komputer, niemal idealnie imitując ton głosu uprzejmego, spokojnego urzędnika.

– Chciałbym się dowiedzieć, jak wygląda moja sytuacja z punktami.

– Proszę, czekaj. – Generowana na monitorze twarz przybrała wyraz skupienia, po chwili spojrzała na Józka. – Obecnie masz na swoim koncie trzy miliony dwieście szesnaście tysięcy sto dwadzieścia osiem punktów. Daje ci to miejsce sto czterdzieści sześć milionów siedemset pięćdziesiąt tysięcy czterdzieste pierwsze podczas kolejnej Redukcji, z prawdopodobieństwem przeżycia na poziomie dziewięćdziesiąt dziewięć i dziewięćdziesiąt osiem setnych procenta.

– Dziękuję. Chciałbym już złożyć zeznanie za ubiegły rok. – Przyłożył rękę z chipem do czytnika.

– Doskonale. W ubiegłym roku wybierałeś jedzenie syntetyczne w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach, podróżowałeś pojazdami zeroemisyjnymi w stu procentach, dzieliłeś lokal mieszkalny o powierzchni dwunastu metrów kwadratowych z jeszcze jedną osobą, nie nabyłeś nowych urządzeń surowcochłonnych… – komputer monotonnie wymieniał kolejne składowe uzyskanych punktów przez kilka kolejnych minut. – …i nie zakłócałeś porządku publicznego. Gratuluję, nie jesteś obciążeniem dla planety. Czy chciałbyś przedłożyć kolejną sprawę?

 

Józek westchnął ciężko, gdy poczuł, jak kamień na piersi znów nabiera ciężaru.

– Tak. Chcę przekazać część swoich punktów.

– Niestety, wykorzystałeś już limit punktów do przekazania w obecnym cyklu.

 

Poczuł nagle pustkę, jakby całe powietrze uciekło mu z piersi. Faktycznie, w miarę możliwości użyczał ze swojej puli kilku bliskim osobom. Nie spodziewał się jednak, że dotarł do limitu. Zaczęły nim wstrząsać zimne dreszcze, żołądek podchodził do gardła. Tylko szok utrzymywał go w miejscu i nie pozwolił wybiec na oślep z pokoju.

 

– Nic nie można zrobić? – wykrztusił po dłuższej chwili, gdy udało mu się zwalczyć wzbierającą rozpacz.

– Po osiągnięciu limitu, punkty można przekazać jedynie w trybie nadzwyczajnym.

– Och. – Zapomniał o tej możliwości. Nie dodało mu to może otuchy, ale otworzyło jakąś furtkę. Nie był już zupełnie bezsilny.

– Dziękuję zatem. Do widzenia.

Józek wstał i wyszedł, kurczowo ściskając w dłoni numerek kolejkowy, jak tonący trzyma rzuconą mu linę. Choć nie, to nie byłoby dokładne porównanie. Raczej jak tonący, któremu rzucono jadowitego węża. 

 

Wyszedł na plac i spojrzał na zegarek – dochodziła piętnasta, zaczynało się ściemniać. Nieśpiesznie, ze wzrokiem wbitym w niebo i rękoma w kieszeni, podszedł do najbliższej komory o czarnych, gładkich ścianach, siadł na ziemi naprzeciwko i spojrzał na swoje odbicie. 

 

Trwał tak w bezruchu, gniotąc w dłoniach bilet kolejkowy. Zerkał co chwilę na komunikator, ten jednak milczał. Miał ogromną ochotę poradzić się żony, nim podejmie decyzję. Mieli jeszcze tyle do przegadania, do przeżycia. Ale czuł, że nie może obarczać jej tą odpowiedzialnością. Jeśli miał pomóc, musiał wziąć to na siebie, cokolwiek zdecyduje. Niebo robiło się coraz bardziej granatowe, komunikator milczał.

 

Józek wpadał już w dziwny letarg i nawet nie przeszkadzały mu zziębnięte, zdrętwiałe kończyny, gdy lampka urządzenia w jego ręku się zaświeciła. Ekran rozbłysnął i jego oczom ukazał się najpiękniejszy widok, jaki dane mu było ujrzeć. Żona przytulała do piersi śpiącego, pomarszczonego noworodka z rzadkimi włosami, jeszcze zlepionymi wodami płodowymi. Wyglądał jak stary, bardzo brzydki człowiek, lecz Józek nie mógł oderwać oczu. Maria wyglądała, jakby przeżyła straszne chwile, ale w tym momencie uśmiechała się do kamery i w jej twarzy dostrzegł szczęście, jak w owym pamiętnym dniu przed kilkoma miesiącami. Obraz krótkiego filmiku się zapętlił.

 

Mężczyzna poczuł, jak po policzkach spływają mu łzy. Spojrzał na bilet. "Pokój J15, numer 13" – pomyślał. – "Niech i tak będzie". Napisał na komunikatorze kilka słów. Zapewnienia o miłości, bez tłumaczenia się z decyzji. Następnie wyłączył urządzenie i wszedł do czarnej komory.

 

W środku zastał zaskakującą wręcz ciszę. Mógł usłyszeć krew płynącą w swoich żyłach i bicie serca. Świat zewnętrzny widział jak zza przydymionego szkła. Gdy sztuczna inteligencja wykryła jego obecność, opuściła dotykową konsolę, która rozbłysła błękitnie.

"Przekazanie punktów" – Józek wybrał odpowiednią opcję. "Michał Ostrowski, syn Marii" – z wielkim trudem wpisał w odpowiednią rubrykę. Coraz mocniej dochodziło do niego, co zaraz zrobi. Miłość, żal, tęsknota, strach znów buzowały w jego piersi, niemal pozbawiając przytomności. Sporo, jak na jednego człowieka i jeden dzień. Józek spojrzał na przycisk zatwierdzający procedurę. Wyciągnął rękę.

 

Zapłonął wraz z pierwszą gwiazdką na granatowym niebie.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie zrobiło na mnie ogromne wrażenie, (zresztą, tak samo jak zeszłoroczne). Napisane jest pięknym językiem, ale to historia bohatera jest tym, co porusza. Dziękuję za tę historię.

Zgłaszam do biblioteki, oczywiście.

 

Świetna historia. Udało ci się stworzyć bohatera, którego się rozumie i kibicuje mu się przez cały czas. W dodatku świat, w którym dzieje się akcja opowiadania jest bardzo ciekawy, zachęca do rozmyślań. Aż się przyłapałam na tym, że zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy to źle, że gdyby świat poszedł właśnie w takim kierunku… Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Poza tym na uznanie zasługuje to, że w tak krótkim tekście udało Ci się umieścić tyle informacji o nim. 

Powodzenia :)

Powtórzę mój streszczony komentarz z bety bo przy drugim czytaniu wrażenia jest to samo. Podobało mi się. Zaciekawiasz od początku wizją świata i sprawnie ją pokazujesz przez pryzmat wydarzeń, które nam przedstawiasz. Od początku czułem, że nad historią ciąży jakieś smutne fatum, a i tak końcówka wydała mi się dosyć mocna.

A ponieważ uwagi z bety były raczej kosmetyczne, klikam.

 

Jeszcze przyjrzałbym się tym dwóm zdaniom bo pierwsze trochę dziwnie mi zabrzmiało, a w drugim wydaje się czegoś brakować:

 

Na interesujące go piętro wszedł schodami.

 

Faktycznie, w miarę możliwości użyczał ze swojej puli kilku bliskim osobom.

Mam mały problem z tym opowiadaniem. Jego siłą jest kumulacja uczuć i niedopowiedzeń, jednak od strony fabularnej jest prostą ekstrapolacją naszej rzeczywistości.

Wagę przechylają jednak zdjęcia i scenografia. 

Chciałem przez to powiedzieć, że jest pięknie napisane.

jak kołdra, pod którą leżała

zbędny przecinek 

 

Sporo, jak na jednego człowieka i jeden dzień.

Tu też. 

 

– Och, bardzo. Bardzo się cieszę – zapewnił, głaszcząc ją po włosach koloru ciemnej czekolady. – Po prostu…

Niby prosty, krótki opis, a bardzo mi się spodobał 

 

– Och. – Zapomniał o tej możliwości. Nie dodało mu to może otuchy, ale otworzyło jakąś furtkę. Nie był już zupełnie bezsilny.

Chyba już wiem co się stanie.

 

Zapłonął wraz z pierwszą gwiazdką na granatowym niebie.

I stało się. 

 

 

To bodajże trzecie opowiadanie konkursowe w klimatach postapo/bliska przyszłość/dystopia jakie przeczytałem – i z tych trzech moim zdaniem najlepsze 

W oszczędnych słowach, nie czarując nas opisami, nie serwując rozwlekłych wyjaśnień, odmalowales szczegółowy obraz świata. Jeśli traktować twój tekst jako wizję przyszłości, to jako całość zaprezentowal nam więcej niż suma jego poszczególnych elementów. To naprawdę coś. 

Duża w tym zasługa stylu. Oszczędny, kameralny, współgra z fabułą, pozwala przepłynąć przez nią. Bo czyta się tego szorta naprawdę dobrze. 

I chociaż można się dość wcześniej domyśleć, gdzie nas tekst powiedzie, a przed zakończeniem wręcz nabrać pewności, to i tak jest to bardzo dobra historia. 

 

P. S. 

Pod koniec myślałem, że jeszcze nas zmaltretujesz psychicznie, że bohater zginie w komorze, a po chwili system pokaże informację, że brak w bazie Michała Ostrowskiego i okaże się, że Maria nadała mu imię Franek, tak, jak chciał mąż. To by było dopiero wstrząsające, tylko bardzo, bardzo smutne. 

 

Mam mały problem z tym opowiadaniem. Jego siłą jest kumulacja uczuć i niedopowiedzeń, jednak od strony fabularnej jest prostą ekstrapolacją naszej rzeczywistości.

To można napisać o co drugim dystopijnym tekście. :) 

Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze. Cieszę się, że się podobało.

Odnosząc się do post scriptum Gekikary – nie chciałem tak zupełnie dołować czytelnika. Uważam, że w opowiadaniu świątecznym powinien być przynajmniej jakiś promyk nadziei, więc taka ofiara nie mogła okazać się daremną. :)

Cześć, Filip!

 

Wrzucę komentarz z bety, bo moje odczucia zdecydowanie się nie zmieniły.

Bardzo smutne i jednocześnie nie przesadnie czułostkowe opowiadanie. Czyli takie jak lubię. Konstrukcyjnie i językowo jest dobrze i ciekawie, chociaż z lekką nutką goryczy. To mówiąc, oddalam się po klika.

Pozdrawiam

Hej, Filip :)

Piękne, kameralne, wręcz ciasnawe opowiadanie, z prostą, acz świetnie napisaną fabułą. Bez przesadnego “świątecznego” klimatu. Jak dla mnie naprawdę udane konkursowe opowiadanie to takie, które spełnia wszystkie jego założenia, ale jednak spokojnie może być osobnym bytem. Tak jest tutaj. 

 

 

Józek stał w sypialni, oparty o framugę drzwi i patrzył na śpiącą żonę.

Zbędny przecinek. 

 

– Więc ja bardzo poproszę kawałek prawdziwej szarlotki. – powiedziała, po czym wróciła do łóżka, śmiejąc się.

Zbędna kropka.

 

Był 24 grudnia.

“Był dwudziesty czwarty grudnia”

 

 

Podoba mi się świat przedstawiony, jest bardzo prawdziwy. Redukcja oznacza przesiedlenie? Jeśli tak to gdzie? Na mniej przyjemną planetę, czy chodzi po prostu o eksterminację? Świetny pomysł z przydzielaniem punktów.

 

Powodzenia w konkursie! :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Cześć!

Opowiadanie przeczytałem, i spodobało mi się, choć po końcówce mam mocno mieszane uczucia.

Sam tekst ładnie napisany, bez zgrzytów, szybko i sprawnie wprowadzasz czytelnika w dystopijny świat przyszłości. Punkty, bezemisyjność , tajemnicza Redukcja. Świetnie też oddajesz emocje i punkt widzenia bohatera. Poczciwego, zakochanego rowerzysty starającego się ratować świat, ale nie ten wielki, tylko ten mały. Zamknięty na dwunastu metrach kwadratowych. Sugestywnie ukazujesz też bezduszność systemu – liczenie punktów, rozmowy z wypranym z uczuć AI. To wszystko zdecydowanie na plus. Fabułę również skonstruowałeś ciekawie, trzyma w napięciu, dosłownie do ostatniego zdania.

Tylko to zakończenie… W zasadzie jedyną rzeczą, jaka mi w tekście nie podeszła to postawa bohaterów. Kochają się, są małżeństwem, i pomimo mrocznego widma Redukcji zdecydowali się na dziecko. Ok, miłość, młodość… jeszcze ujdzie. Ale ta końcówka. Oto człowiek bez słowa sprzeciwu, po cichu, ledwie dowiedziawszy się o tym, że został ojcem, postanawia pokornie poświęcić się, by Żona i dziecko mogli żyć!? Co na tym zyskają? Punkty się kiedyś skończą, a kto to dziecko później wychowa i nauczy życia? AI, gumisie, muminki?

Nie, wychowa je samotna matka, zrobiona w pewnym sensie w wała przez kochanego męża, który nawet nie raczył poinformować jej zawczasu o swoim sprytnym planie. Bez patosu, bez fajerwerków, po cichu, nie mając zapewne nawet czasu na żałobę czy refleksję. Bohaterstwo powiecie. Może z jednej strony tak, ale jak dla mnie to zwykła ucieczka od odpowiedzialności. Naważyłem piwa i nie mam już pomysłu, życie przytłoczyło, pojawiły się trudności. A co mi tam, samobój! Przynajmniej żona punkty dostanie, więc nawet nie zapytam jej o zdanie… To ma być właściwa relacja między dorosłymi, którzy decydują się założyć rodzinę!?

I gdzie tu jest jakaś forma sprzeciwu, buntu czy walki. Jak baran na rzeź, z nadzieją, że syn dostanie punkty. Każdy system można złamać. Przeciwko każdemu choremu systemowi można się zbuntować, i to daje rezultaty. Żeby nie szukać daleko popatrzmy choćby na historie xx wieku.

Tekścik zacny, porządnie napisany, ale pokazana w nim postawa karygodna jak dla mnie. W pewnym sensie propaguje “spontan” i następujące po nim uciekanie przed odpowiedzialnością. Dwie ludzkie cechy, które wg. mnie są istotniejszymi z przyczyn “całego zła” w pięknym otaczającym nas świecie.

Pozdrawiam!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Oidrin – dzięki za komentarz i raz jeszcze za betę. :)


LanaVallen – dziękuję. Cieszę się że się podobało.


Krar85 – Dziękuję za wizytę. Aż trochę jestem dumny, że opowiadanie zdołało wywołać taki komentarz, to jest, odnoszący się do "ważnych spraw".

Spróbuję jednak wziąć głównych bohaterów w obronę. Moim zdaniem, jeżeli coś mogli zrobić lepiej, to właśnie odłożyć decyzję o dziecku na jeszcze kilka miesięcy. Pośpieszyli się, zakładając, że ciąża będzie niepowikłana i potrwa, ile trzeba. Nie wzięli pod uwagę możliwości wcześniactwa. Także jeśli jakiś brak w planowaniu, odpowiedzialności miałbym dostrzec, to raczej w tym momencie.

Tym niemniej nie wykazali się kompletnym brakiem przewidywania. Wszak większość ciąż kończy się jednak w okolicy czterdziestego tygodnia. Ponadto żyją w świecie dość opresyjnym, zwłaszcza w kwestii zaludnienia planety, toteż czynnik "buntu" też mógł tu zagrać.

Co do postępowania Józka po porodzie. Cóż, sytuacja dla niego wyglądała tak: moja żona i ja mamy dość punktów. Nasze dziecko, którego oboje chcieliśmy i oboje kochamy, nie ma żadnych. Jedyny sposób na ocalenie go (w obrębie systemu), to oddanie życia. A system jest przytłaczająco potężny i sprawny.

Wychodząc z chrześcijańskiej definicji miłości (a uważam, że w konkursie świątecznym jest ona całkiem na miejscu), oddanie życia, żeby dziecko mogło żyć było logicznym wyborem. Nawet jeśli oznacza to trudniejsze życie.

Co do braku konsultacji z żoną, faktycznie nie było to dojrzałe. Józek wykazał się pychą, uważając że jest w stanie podjąć tę decyzję sam. Pozbawił przy tym niejako żonę podmiotowości. Tu na jego obronę mam tylko to, że powodowała nim litość. W swoim mniemaniu przejął na siebie całą odpowiedzialność za decyzję, co z założenia miało oszczędzić Marii ewentualnych wyrzutów sumienia.

Nie zgodzę się natomiast, że było to proste "strzelenie samobója", i że decyzja przyszła mu łatwo. Wydaje mi się, że rozterki bohatera i jego trud nakreśliłem dość wyraźnie. Może jednak niewystarczająco. W takim razie śpieszę zapewnić, że decyzja o zakończeniu swojego istnienia nie była dla niego prosta. Prawdopodobieństwo zaś udanego buntu przeciw zastanemu systemowi ocenił jako bardzo niskie. A na szali było życie całej rodziny. Nie podjął tego ryzyka i nie uważam, żeby zasługiwał na potępienie z tego akurat powodu.

Na koniec przyznam jeszcze, że nad niektórymi z tych spraw dopiero teraz zastanowiłem się głębiej, więc niektóre rzeczy wyjaśniam niejako retrospektywnie.

Raz jeszcze dziękuję i zapraszam do dyskusji.

Offtop się trochę robi, ale niech będzie…

Dziękuje za obszerne doprecyzowanie, ale nie czuje się przekonany.

Trochę zbyt mało wiem o założeniach przedstawionego świata, ale wydaje mi się, że w świecie, w którym “ludzi jest za dużo”, i bywają Redukcje, nie wzięcie pod uwagę wcześniactwa jest niezłym spontanem. Może niech się jakieś dziewczyny wypowiedzą. Generalnie, z moich doświadczeń, kobieta planując macierzyństwo mocno stawia (przynajmniej chwilowo) na stabilność i bezpieczeństwo.

Wychodząc z chrześcijańskiej definicji miłości (…)

Nie widzę tu tego. W koncepcji chrześcijański (tej wersji którą znam przynajmniej) wartością najwyższą jest zbawienie, a nie życie biologiczne. A tu nie ma o tym słowa. Samobój jest grzechem sporego kalibru (świadomym odrzuceniem sporego daru bożego), jednym z najcięższych chyba. Jest oczywiście coś takiego, jak oddanie życia za kogoś, tak, ale dla mnie postawa bohatera trochę się w to nie wpasowuje. Gdyby bohater przykładowo przyjechał do szpitala, i tam był zmuszony przez kogoś podjąć wybór, to tak, to jest oddanie życia. Jeżeli poddał by się bezdusznej woli innych, albo został zmuszony, wtedy to nie on na końcu podejmował by decyzję. Ale jeżeli z własnej woli i inicjatywy decyduje się wejść do kapsuły, nawet nie rozmawiając o tym z partnerką… sorry, dla mnie to samobój.

A brak sprzeciwu jest też de facto dołożeniem swojej cegiełki do tego wypaczonego systemu. Posłuszeństwo jednostki buduje system, bunt osłabia system, bo zmusza do przeznaczenia zasobów na przezwyciężenie buntu. 

Mam świadomość, że mój punkt widzenia może być trochę kontrowersyjny, ale mam wrażenie, że mamy od najmłodszych lat (szkoła, historia, także kultura masowa) ładowany do głów stereotyp gloryfikowania postawy “poświęcenia się” dla kogoś. Niestety często bez jakiejkolwiek refleksji, do czego to w dłuższej perspektywie prowadzi. Oraz dlaczego ktoś decydował (lub musiał) się poświęcić.

Tak ja to widzę.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Zatem kończąc offtop. Raz jeszcze dzięki za komentarz i krótką dyskusję. Ciekawe spojrzenie i fajnie było przemyśleć koncepcję raz jeszcze

Pozdrawiam.

krar, 

nie widzę w tekście spontanicznej reakcji na ciążę. Jest radość, ale też lęk i obawy. 

A co do buntu, to wydaje mi się, że zarówno decyzja o dziecku, jak i samobójstwo właśnie są buntem przeciwko systemowi. Józek żył zgodnie z założeniami systemu, miał dość punktów, żeby czuć się bezpiecznie. System go chronił. A on decydując się na śmierć właśnie się zbuntował. Wydaje mi się, że każde samobójstwo jest rodzajem buntu, sprzeciwu.

Ponadto, powiedziałabym, że w jego wykonaniu był to bunt podwójny, bo przerzucił punkty na syna, czyli podarował prawo do życia osobie, której system żyć nie pozwolił. 

pozdrawiam;-)

No, niezłe święta wymyśliłeś swoim bohaterom. Musieli Ci okropnie podpaść…

Interesujący tekst, bardzo ciekawy dylemat moralny stawiasz przed bohaterem.

System też ciekawy, chyba ma potencjał. Sama nie wiem, co sądzić o tych punktach naliczanych za każdą pierdołę. Pewnie zmierzamy w tym kierunku.

Babska logika rządzi!

Nie wchodzić w dyskusje offtopowe… nie wchodzić w dyskusje offtopowe… fail!

 

Filip, Olciatka

Mówiąc o spontanie maiłem na myśli sytuację, że ludzie w takiej sytuacji, w takim świecie decydują się na posiadanie dzieci.

Jeśli samobójstwo było formą buntu, to przez system zaplanowaną w pewnym sensie, wszak AI samo o tym wspomniało, a kapsuły były chyba w tym samym budynku. Dla mnie samobójstwo to nie bunt, a zwykła ucieczka. Gdy jest się w sytuacji trudnej, jedni wybierają konfrontację, a inni ucieczkę. Jak dla mnie bohater uciekł w śmierć. Chociaż też za mało też w sumie wiem o koncepcji świata, by dywagować, ale dywaguję ;-)

Dla mnie buntem byłby wyjście poza gotowe schematy przygotowane przez aparat opresyjny. Coś, co zmusiło by system do działania, albo zwróciło uwagę innych na problem. Skończyło by się pewnie i tak samo, ale to system (czyli koniec końców człowiek, który systemem kieruje, albo go napisał) musiałby jakoś świadomie zadziałać, by do tego doprowadzić. Z punktu widzenia systemu wygląda to tak: bohater sam rozwiązał “problem”, który z Marią uprzednio wygenerowali (że tak to nieładnie nazwę). Sprawa zamknięta.

 

Pozdrawiam! I zgłaszam… do biblioteki, bo się wkręciłem w temat (i pomysły w głowie kiełkują)

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Rozumiem krar, chodzi Ci o to, że nie zrobił nic wykraczającego poza możliwości systemu. I tu rzeczywiście masz rację:-) nie złamał zasad, fakt. Pozdrawiam

Smutne opowiadanie. Udało Ci się sprawnie i sugestywnie przedstawić swoją dystopię. Choć można było przypuszczać, w którą stronę potoczą się wypadki, tekstu nie czytałem z obojętnością. Duża w tym zasługa ładnego stylu. Spodobała mi się też rozmowa ze sztuczną inteligencją. Główny bohater, choć na tle społeczeństwa miał być z czego dumny, i tak okazał się jedynie odległym od czołówki numerem, podobnie jak miliony ludzi przed nim i za nim. Ciekawe jak wygląda pierwsza setka tej listy. 

Polecam do biblioteki, pozdrawiam!

Zacznę od kwestii technicznej. Chyba nie rozumiem, czemu tekst jest podzielony właśnie tak, a nie inaczej. Na przykład te dwa pierwsze odstępy na samym początku – taka przerwa sugerowała mi zmianę sceny, ogólnie jakiś przeskok czy zmianę perspektywy, ale nie; wszystko poznajemy niejako poprzez tego samego bohatera i wszystko dzieje się jedno po drugim. I podobne przerwy są w wielu miejscach opowiadania. Nie wiem, czy to tak miało być, a ja nie ogarnęłam znaczenia?

Natomiast co do samego opowiadania. Jest ładnie napisane, smutno, bez popadania w zbytni dramatyzm – to mi bardzo przypadło do gustu. Dobry pomysł na świat i konsekwentnie zrealizowany. Było wiadomo, że dobrze ta historia się nie może skończyć, ale nie piszę tego jako zarzut – po prostu przez całość tekstu odczuwało się taki swoisty brak nadziei i pogodzenie się z losem.

Nie wiem, czemu jeszcze nie wylądowało w bibliotece – dołożę się klikiem.

krar85 poruszył ciekawy wątek. Ogólnie przypomniał mi się pewien film, niestety tytułu nie pamiętam, w którym występował nieco podobny motyw. Było o związku kobiety z niepełnosprawnym mężczyzną, gdzie pod koniec on postanowił dokonać eutanazji, aby “nie być ciężarem” dla partnerki. (Przynajmniej tak pamiętam, możliwe, że coś mylę.) Oczywiście, bez uzgadniania tego z nią w żaden sposób. Pojawiło się sporo opinii, że postąpił egoistycznie – przecież ona była zakochana i chciała ułożyć sobie z nim życie, a on arbitralnie podjął decyzję, że będzie jej lepiej bez niego. Tutaj mamy podobną sytuację i też myślę, że żona bohatera została nie za ładnie potraktowana.

Klimatyczne opowiadanie :) Bardzo ciekawa, a jednocześnie nieciekawa przyszłość. Ekologia posunięta wręcz do granic absurdu (co jest bardzo na plus). Prośby, sugestie i edukacja nie pomagają? To załatwmy sprawę prawem i nakazami. Na pewno się to dobrze skończy…

No i czego to facet nie zrobi, żeby móc wybrać imię dla syna ;)

Dziękuję serdecznie za wszystkie komentarze. :)

Ładnie ukazana dystopia, świat przedstawiany jako dość ponura karykatura bieżących trendów

 

Prosta, idąca jak po sznurku fabuła z przewidywalnym finałem ma jednakże swoisty ładunek emocjonalny. I to ten ładunek sprawia, że kliszowość rodzicielskiego poświęcenia nie uwiera tak bardzo, jak by mogła.

 

Sprawnie napisane. Dziękuję za lekturę!

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Mnie się podobało :)

Uniwersum nakreślone tak kameralnie, że sporo pozostawiłeś wyobraźni czytelnika. Widziałam świat, w którym władzę przejęła sztuczna inteligencja i na swój pozbawiony uczuć sposób próbuje ten świat ratować. Próba buntu w takiej rzeczywistości może się skończyć śmiercią nie tylko bohatera, ale całej jego rodziny, bo jak sztuczna inteligencja to w domyśle także permanentna inwigilacja i nie ma dokąd uciec.

Jeśli chodzi o omówienie sprawy z żoną, to zabrakło mi tu trochę informacji, ile właściwie bohater ma czasu. Jeśli jego syn ma zero punktów, to pewnie niedużo. Zresztą, z jednej strony taka decyzja za plecami żony nie podoba mi się, myślę, że wolałabym wiedzieć i w takiej decyzji partycypować. Jednak z drugiej strony to się łatwo mówi, siedząc wygodnie na sofie. W rzeczywistości zmęczona, przerażona kobieta musiałaby decydować, kto ma umrzeć – syn czy mąż. Sama w grę raczej nie wchodzi, bo sztuczne jedzonko dla malca pewnie generowałoby mnóstwo ujemnych punktów.

Jednym słowem nieźle udało Ci się przedstawić moralne dylematy ojca.

Kliknęłabym, ale nie potrzebujesz :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Szczególny jest świat, który stworzyłeś i szczególną sytuację opisałeś – poruszającą i smutną.

I tylko nie potrafię pojąć tego, że Józek w tak ważnej sprawie nie porozumiał się z Marią. Skąd jego przekonanie, że podjął jedynie słuszną decyzję…

 

Męż­czy­zna pod­szedł do lo­dów­ki i wy­cią­gnął pastę z od­żyw­czym wy­cią­giem. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Męż­czy­zna pod­szedł do lo­dów­ki i wyjął pastę z od­żyw­czym wy­cią­giem.

 

Urzę­du, wy­ło­żo­nym mięk­ki­mi wy­kła­dzi­na­mi… ―> Jak wyżej.

Proponuję: …Urzę­du, wyścielonym mięk­ki­mi wy­kła­dzi­na­mi

 

Wy­glą­dał jak stary bar­dzo brzyd­ki czło­wiek, lecz Józek nie mógł ode­rwać oczu. Maria wy­glą­da­ła, jakby… ―> Jak wyżej.

Proponuję: Wy­glą­dał jak stary bar­dzo brzyd­ki czło­wiek, lecz Józek nie mógł ode­rwać oczu. Maria sprawiała wrażenie, jakby

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst podobał mi się. Bardzo żywo przedstawiłeś swoją wizję świata. Koncepcja niby dosyć prosta, bo domyślałam się od początku, że tak się właśnie może skończyć, ale mimo wszystko przyjemność z lektury była. No i wizja przyszłości przykra, ale idealnie wpisała się w tematykę konkursu.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka