- Opowiadanie: Perrux - Tępoludki z planety ETA-9

Tępoludki z planety ETA-9

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Tępoludki z planety ETA-9

Pamiętam dzień, w którym postanowiłem, że zostanę naukowcem. Wbrew pozorom nie wiąże się to z jakąś wielką, wzbudzającą zachwyt historią. Po prostu ojciec przyleciał z supergalaktycznej, ważnej-jak-nie-wiadomo-co konferencji i wypowiedział do mnie dwa proste słowa: „Zostaniesz naukowcem”.

Z początku myślałem, że rodzice uważają mnie za mądrego gościa, albo marzą o świetlanej przyszłości dla jedynego syna. Później, gdy z niechęcią zaczynałem golić mleko spod nosa, stopniowo docierały do mnie ich prawdziwe intencje. Ciągle gadali o Rudolfie, Leosi, Rózi, Zygfrydzie i kilku innych dzieciakach. Jak to niby dobrze się uczą, jak wielką dumą napawają swoich przodków, jak często ludzie z naukowego światka chwalą się smarkaczami. Co tu dużo mówić – starzy w końcu pozazdrościli łebskich potomków i postanowili, że ich syn też musi w przyszłości stać się wielkim profesorem.

Oczywiście nie potrafiłem przeciwstawić się woli rodziców, dlatego po prostu pogodziłem się z losem. Kolejny jajogłowy w rodzinie? Proszę bardzo.

Wtedy właśnie zacząłem pracować nad najróżniejszymi koncepcjami. Optymalizacja generatorów tuneli nadprzestrzennych, komercjalizacja wind orbitalnych, wzmocnienie barier obronnych. Tematów było całkiem sporo i każdy kończył się równie spektakularną katastrofą – nie udało się znaleźć promotora. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że ścisłowiec ze mnie żaden, a wszystkie moje koncepcje to tylko pseudonaukowe twory rozbudzonej wyobraźni. Pozostała więc jedna droga kariery – humanista.

Zainteresowania natychmiast poszybowały w stronę analiz socjologicznych, komunikacji międzyludzkiej i rozwoju prymitywnych ras. To ostatnie okazało się później strzałem w dziesiątkę. Cel bowiem był jeden, prosty i klarowny od samego początku – napisać pracę tak doskonałą, by zostać włączonym do międzygwiezdnego gremium badaczy. I przy okazji spełnić marzenia. Oczywiście nie moje.

Może nie miałem głowy pełnej doskonałych wizji, ale jedna okoliczność wybijała mnie spośród innych aspirujących badaczy – nadziani rodzice. To oni nakierowali mnie na temat pracy, to oni kupili planetę ETA-9 wyłącznie do mojej dyspozycji. To w końcu oni załatwili mi dostawę tępoludków – najnowszego tworu grupy biotechników, który otwierał zupełnie nieznane drogi do prowadzenia eksperymentów. Bo jak tu badać prymitywne rasy, skoro są we Wszechświecie tak rzadkie i cenne jak ślady empatii w zachowaniu moich szanownych rodzicieli?

Ale wróćmy do ETA-9. Żałujcie, że nie możecie zobaczyć tego wspaniałego globusa orbitującego gdzieś pośrodku ekosfery czerwonego karła. Świat archipelagów. W skrócie – prawdziwa perełka warta fortunę. Ale na co nie stać wybitnych naukowców? Rodzice długo myśleli nad zakupem, ale w końcu nie pożałowali synowi spełnienia marzeń.

Dobra, planeta już jest, to co dalej? Prymitywna rasa, którą można byłoby obserwować. Tu sprawa okazała się trudniejsza, ale znajomości ojca w końcu przyniosły rozwiązanie. Gdzieś w sąsiedniej galaktyce zespół biotechnologów stworzył „człowieka ekspresowego” – zwykłego ludka o niewielkiej inteligencji, ale z jedną bardzo ciekawą właściwością: proces życia takiej istoty przebiegał dziesięciokrotnie szybciej. Jak to jest nosić ciążę przez miesiąc, osiągać pełnoletniość w wieku dwóch lat, a umierać nie przeżywając nawet dekady? Dla nas wszystkich to coś dziwnego. Dla tępoludków – norma. W dodatku te śmieszne istoty łatwo było produkować z wybranym zestawem cech i parametrów.

Miałem już planetę i prymitywną rasę, brakowało więc jedynie planu. Tutaj nie dopuściłem już rodziców do pomocy. I to nie dlatego, że inni zazdrościli mi nadzianych przodków, podważając przy tym kompetencje (ludzi zawsze miałem w najgłębszym poważaniu). Program eksperymentu postanowiłem ułożyć sam, bo zwyczajnie sprawiało mi to radochę. Zresztą chciałem stać się wybitnym naukowcem, więc wypadało w końcu zdecydować się na trochę cholernej samodzielności.

Ale wróćmy do planu. W największym uproszczeniu brzmiał następująco: tworzymy kilka grup tępoludków (każda z innymi możliwościami i cechami charakteru), rozrzucamy je po archipelagu ETA-9, a później obserwujemy i spisujemy pełne spektrum społecznych relacji. Najpierw rozwój w obrębie jednej społeczności, później pierwsze kontakty z sąsiednimi wyspami, pierwsze relacje handlowe, pierwsze sojusze, pierwsze wojny. Od początku cywilizacji aż po jej koniec – nieważne, czy spowodowany naturalnym wymarciem, czy może wsparty małą apokalipsą zrzuconą przez boga-badacza, którym postanowiłem zostać z niekrytym zapałem.

 

***

 

Zaczęło się zgodnie z planem – starannie przygotowane grupy tępoludków zostały rozsypane po dziesiątkach wysepek. Osobiście dopilnowałem, żeby każdą ze społeczności obdarzyć wcześniej odpowiednimi „parametrami inicjalnymi”. Jak już bawić się w boga, to bez ograniczeń. Jedni dostali kilka bonusowych punktów IQ, inni twardsze mięśnie, jeszcze inni dodatkową szczyptę agresji. Parametrów było naprawdę sporo i – uwierzcie mi – ustaliłem je dla każdej grupy z pełną kontrolą i świadomością, oczywiście w celu osiągnięcia optymalnej wartości naukowej. A że to eksperyment życia – nie było miejsca na przypadek czy losowość.

Przez pierwszych kilka dni praktycznie nie spałem. Podkrążone oczy, wlepione w ekrany monitorów, nieustannie pochłaniały nowe obrazy z dziesiątek wysp. Ludki szybko stały się moją nową pasją. Zresztą, słowo „szybko” mógłbym tutaj powtarzać w nieskończoność. Nawet nie wiem, kiedy zaczęli tworzyć między sobą pierwsze struktury społeczne, wybierać przywódców, korzystać z zasobów przydzielonej im wysepki. Z początku różnice między grupami tępaków były niewielkie, ale rychło doczekałem się unikalnych i kompletnie niespodziewanych zdarzeń.

Przykład? Proszę bardzo: na jednej wyspie grupka ludków, którym przypisano zbyt duże pragnienie władzy, ni stąd, ni z owąd wprowadziła system na wzór czasów dawno (i słusznie) minionych. Komunizm. Oczywiście nikt nie paradował z czerwoną flagą, nikt nie stawiał pomników Lenina, nikt nie dzielił dóbr po równo na wszystkich obywateli. Wysepką zawładnęła zgraja mądrali, ciągle nadających o konieczności heroicznej pracy i rozwoju społecznego. O równości, o wspólnocie, o własności wspólnej. Zdawało się, że większość szarych obywateli nie dostrzegała przyczyn biedy toczącej wyspę niedługo później. Zgodnie bali się zauważać, że ze wspólnych magazynów – pilnowanych rzecz jasna przez władze – regularnie znikają produkty wszelakiego typu.

Takich unikalnych wysp pojawiało się z czasem więcej. Ale to jeszcze nic. Wkrótce przyszedł czas na rewolucję. Jeden z tępoludków z wysokim „parametrem poznawczym” wyskrobał z drewna niewielką łódź. Coś, czego ETA-9 jeszcze nie widziała.

Jeśli mam być szczery, nie dostrzegałem wtedy nadchodzącej katastrofy. Zamiast obserwować stan zdrowia pierwszych podróżników, skupiłem całą uwagę na nawiązywanych między wyspami kontaktach i niezwykłych spotkaniach, które zdarzały się niemal każdego dnia. Podróżniczy szał szybko rozlał się na cały archipelag, a ja cieszyłem się jak dziecko, nie spuszczając przemęczonych oczu z ekranów obserwacyjnych.

Dopiero po kilku dniach zaczęli umierać pierwsi podróżnicy, a przyrost naturalny strzelił ku dołowi. Wtedy też eksperymentem po raz pierwszy zainteresowało się Międzygwiezdne Biuro Etyki – tym burakom nie spodobał się fakt, że inteligentne byty padają w cierpieniu „wykraczającym poza wszelkie granice moralności”. No cóż, choroba oceaniczna musiała być cholernie bolesna, bo ludki wyły tak okropnie, że do dzisiaj w snach zdarza mi się słyszeć krzyki.

Z początku nie miałem z tym problemu. Jeśli mam być szczery, obserwowałem to cierpienie z niekrytym zaciekawieniem. Dopiero wezwani na miejsce twórcy tępoludków zepsuli mi humor. Okazało się, że choroba morska to wynik błędu genetycznego, którego w żaden sposób nie byli w stanie naprawić. A co za tym idzie – każdy kontakt między wyspami kończył się tragicznie dla całej załogi łajby.

Jak każdy rozsądny bóg, planowałem zaradzić tej sytuacji. Chciałem wprowadzić samoloty, globalną komunikację radiową, bezzałogowe kontenerowce do transportu dóbr między wyspami. Nic z tego. Dowiedziałem się, że szok technologiczny zburzyłby wiarygodność całego eksperymentu.

To wtedy nadeszło załamanie. Niech wam będzie, przyznam się – płakałem jak małe dziecko, zastanawiając się, w jaki sposób obwieścić rodzicom zmarnotrawienie ich kilkuletniej pensji. Planowałem też opuścić galaktykę i zająć się zwykłą pracą w jednym z milionów szarych światów.

Tak, cel mojego istnienia właśnie przestał istnieć. No bo jak tu zostać naukowcem, skoro brakuje i wybitnego umysłu, i kupy szmalu, który mógłby te braki zamaskować? Przecież rodzice po takiej porażce nie podarowaliby mi już nawet grosza.

Co tu dużo mówić – po prostu się poddałem, uznając, że przegrałem życie.

 

***

 

W końcu spakowałem manatki i postanowiłem wylecieć w nieznane. W sumie nie miałem innego wyjścia – tępoludki padały na potęgę, Biuro Etyki węszyło coraz bardziej, a rodzice kazali mi radzić sobie z problemami samemu. W skrócie: pełna porażka.

Amuża spotkałem zupełnie przez przypadek, gdzieś w terminalu stacji tranzytowej. Siedziałem ze spuszczoną głową, dzierżąc w dłoni bilet do sąsiedniej gromady galaktyk. Jak to się stało, że wpadłem tam na przyjaciela z przedszkola? Nie wiem. Jak to możliwe, że gość okazał się uznanym naukowcem? Też nie mam pojęcia. Ciekawszy jest temat, na który zeszła nasza rozmowa po wymianie grzeczności i wspomince starych dziejów.

– To powiedz mi jeszcze, Amuż, nad czym teraz pracujecie? – rzuciłem, chcąc przerwać niezręczną ciszę zrodzoną w wyniku narzekania na moje ostatnie niepowodzenia. – Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że spoczęliście na laurach?

– Na laurach? A skądże! – Amuż wręcz podskoczył z ekscytacji. – Teraz tworzymy już tylko smoki.

Prychnąłem i pokręciłem głową.

– Ty się nie śmiej, bo wbrew pozorom projekt jest poważny – dodał.

Z naburmuszoną miną sięgnął po omnifon i zaczął czegoś szukać. Po chwili przed oczami pojawił mi się hologram wielobarwnego stwora przypominającego bestie z filmów fantasy. Gdybym nie był żałosnym wrakiem człowieka, najpewniej uśmiechnąłbym się na widok tej dziwnej istoty.

– Co to ma niby być, do cholery? Tylko mi nie mów, że przygotowujecie żywą scenografię do jakiegoś…

– Jaką scenografię? – Amuż wykrzywił usta i pokiwał groźnie palcem. – To półinteligente stworzenie, byt w całości naukowy.

Mimowolnie pomyślałem o tępoludkach, w końcu je też można byłoby określić mianem „półinteligentnego bytu naukowego”. Najwyraźniej coraz więcej biotechnologów pracowało nad prymitywnymi istotami, dającymi się łatwo wykorzystać do najróżniejszych celów.

– Do czego potrzebne wam te stwory? – zapytałem.

Odpowiedział, wzbudzając we mnie trochę zachwytu i trochę zazdrości. Projekt zakładał stworzenie wielce sparametryzowanych istot latających, bazujących na pielęgnacji swoich skarbców – miejsc, w których będą gromadzić wszelakie dobra. Wypracowany w laboratorium instynkt miał ponoć na celu nie tylko budowanie twierdz z cennymi przedmiotami, ale też handel zebranym majątkiem.

Nie muszę chyba wspominać, że wtedy uznałem ten pomysł za szalony i kompletnie pozbawiony sensu. Ale z drugiej strony – kto bogatemu zabroni? Naukowcy w całym Wszechświecie zajmowali się przecież coraz to bardziej absurdalnymi tematami, a jedynym wrogiem na ścieżce niecodziennych badań było Międzygwiezdne Biuro Etyki. Biuro, na które postanowiłem wyżalić się koledze zaraz po tym, gdy opowiedział o szczegółach planowanych eksperymentów.

– Parszywe mendy! – Amuż poczerwieniał na myśl o agentach stojących na straży etyki. – Niech tylko spróbują wejść z buciorami w moje badania!

– Te ścierwa myślą, że moralność coś jeszcze znaczy – dodałem, nakręcając się coraz bardziej. – W nowoczesnym świecie nie ma miejsca na etykę. Nauka, postęp i rozwój. Tylko to powinno być wspierane.

– Nauka, postęp i rozwój – powtórzył Amuż i przechylił kubek z resztą zimnej herbaty.

Właśnie wtedy wpadłem na najwspanialszy pomysł w historii świata. Wprowadzenie samolotów na ETA-9 zburzyłoby ponoć wiarygodność eksperymentu. A co, gdyby zamiast latających maszyn wrzucić na planetę żywe istoty z wielkimi skrzydłami? Co, gdyby każda z wysp otrzymała swój prywatny transportowiec i komunikator, fruwający w powietrzu i zionący ogniem?

Amuż z początku nie krył sceptycznego nastawienia. Przede wszystkim bał się agentów MBE, argumentując, że smoki nie wyszły jeszcze z fazy produkcji. Że wciąż toczą się prace nad ich zdolnościami bojowymi i poziomem agresji.

Najpierw próbowałem go przekonać. Później prosiłem. Na końcu postanowiłem zniżyć się do błagań.

Zanim rozeszliśmy się, dał słowo, że spróbuje przekonać kolegów z zespołu badawczego. Ale niczego nie był w stanie obiecać.

 

***

 

Całe moje przyszłe życie zależało teraz od naukowców pracujących nad smokami. Postanowiłem póki co nie podejmować żadnych kroków i grzecznie czekać na odpowiedź. Koczowałem na stacji tranzytowej już czwarty dzień, gdy nadeszła wiadomość od Amuża: „OK, ale będę miał jeden warunek. Odezwę się później”.

Zanim omnifon odebrał przychodzące holopołączenie, zdążyłem już przebiec rundkę zwycięzcy. Okiem przeciętnego podróżnika czekającego na przylot grawitopromu wyglądałem jak psychol krążący w podskokach po hali i szczerzący się do przypadkowych ludzi.

– Miło cię widzieć! – krzyknąłem, gdy tylko przed oczami pojawiła się sylwetka starego znajomego. – Wiedziałem, że mogę na…

– Czekaj, najpierw warunek – przerwał Amuż. – Pod żadnym, absolutnie ŻADNYM pozorem nie ustawiaj atrybutu militarnego. Agresja każdego smoka ma być ustawiona na zero!

Zbladłem, ale tylko po to, by za chwilę odzyskać uśmiech. Ten skubaniec mnie zaskoczył, nigdy bym nie przypuszczał, że stać go na tak stanowczy ton. Najwyraźniej ze zdolnościami militarnymi stworów coś było nie tak, a on bał się odpowiedzialności za ewentualne szkody.

– Jasne, nie ma problemu – odpowiedziałem, unosząc kciuk i marszcząc podbródek. – Smoki są potrzebne do transportu towarów i komunikacji. Żadne walki nie wchodzą w grę.

Rozmówca wyraźnie odetchnął. Po chwili pospieszył z wyjaśnieniami:

– Chodzi o Biuro Etyki i Biuro Bezpieczeństwa. Wspominałem już chyba, że parametry bojowe są we wczesnych testach alfa i mogą okazać się niestabilne? Sam rozumiesz, bez licencji możemy beknąć za potencjalne nieszczęście.

Wzmianka o Biurze Bezpieczeństwa dała mi do myślenia. W końcu wiedziałem, że agenci, powszechnie nazywani bezpiecznikami, angażowani są wyłącznie w sprawy najwyższej wagi. Ale zaraz wszelkie wątpliwości uleciały, bo musiałem spędzić kilka minut na głupich obietnicach i jeszcze głupszych podziękowaniach.

Kilka chwil później z niekrytą radością zniszczyłem bilet do sąsiedniej gromady galaktyk i wziąłem pierwszy grawitoprom odlatujący w kierunku centrum operacyjnego na orbicie ETA-9.

 

***

 

Dwie doby. Tyle zajęło mojemu zespołowi opracowanie metody wykorzystania stworów. Zaczęło się od potwierdzenia, że fruwające bestie nie zostaną potraktowane jako element zaburzający wiarygodność eksperymentu. Tutaj na szczęście wszyscy byli zgodni: smoki to żywe organizmy, dlatego nie ma mowy o nagłym skoku technologicznym zesłanym na tępaków. W skrócie mówiąc, mogliśmy bez problemów wprowadzić je już w trakcie eksperymentu, a żaden z jajogłowych nie powinien podważyć takiej decyzji.

Później przyszła pora na ciekawsze dyskusje, bo musieliśmy wypracować tak zwany „Plan zagospodarowania istot latających”. Trzeba było zachować ostrożność, bo ponoć MBE chciało uzyskać wgląd w dokument. Skończyło się na prostych zasadach zakładających zesłanie po trzy bestie na każdą z wysp.

Pierwszą konfigurację smoka nazwaliśmy komunikadragonem. Wiem, głupia i stanowczo zbyt długa nazwa, ale takiej zażyczył sobie przedstawiciel ekipy, która stworzyła gady, tak więc nikt nie odważył się kwestionować propozycji. Jak sugeruje tytuł, bestia miała jeden cel: przekazywanie wiadomości między wyspami. Prosty program wgrany w czip kontrolny smoka wzbudził w nim instynkt gromadzenia wszelakich słów pisanych na glinianych tabliczkach. Gdy tabliczki wylądują już w skarbcu, pozostanie jedynie handel z tępoludkami władającymi smoczą karmą.

Tak, dokładnie – smoczą karmą. Po kilku modyfikacjach bestie miały przestać tolerować zarówno mięso, jak i rośliny. W ten sposób do przeżycia niezbędne stawało się pozyskiwanie specjalnej karmy, a co za tym idzie – handel z tępakami.

Ale mniejsza o to, przejdźmy do drugiego smoka, bo ten od początku wydawał mi się najciekawszy. Miał po prostu latać po bezludnych wyspach i pozyskiwać surowce. Po co? Żeby otworzyć drogę do nowej odsłony handlu i konkurencji. Czy smoki zaczną iść w monopol na konkretny minerał, nie targając do skarbca niczego innego? A może zorientują się w cenach i w oparciu o ilość otrzymanego w zamian pokarmu zaczną szukać najcenniejszych złóż? Możliwości było dużo więcej, a wartość naukowa eksplosmoków mogła okazać się bezcenna. Tak, eksplosmoków… Fajne, nie? Bo mój pomysł.

Trzeci rodzaj stworów, gadokrążcy, odpowiadał z kolei za transport najróżniejszych towarów między wyspami w ramach pośrednictwa umów barterowych. Brzmi jak coś skomplikowanego, ale zapewniam, że półmózga gadzina posiadała wystarczająco inteligencji, by zrealizować to zadanie.

Chyba nie muszę wspominać, jak wielką dumą napawał mnie ten plan. Nie dość, że mogłem teraz dokończyć eksperyment na tępakach, to jeszcze wszystko wskazywało na to, że zbiorę laury za pierwsze w historii badanie z wykorzystaniem smoków. Amuż, ten pieprzony naiwniak, zdawał się tego nawet nie zauważać.

 

***

 

Minęło wiele lat, nim uświadomiłem sobie niedoskonałość planu. Handel kwitł, rozwój trwał, a pokolenia mijały. Praca naukowa utknęła jednak w martwym punkcie, a ja marnowałem czas na obserwacje bez skutku.

Jak można opisywać prymitywne społeczeństwa, skoro nie toczą walk? Zresztą pokojowe nastawienie tępaków już od lat mnie nużyło. I doskonale wiedziałem, że przełamać nudę mogłaby jedynie wojna. Problem w tym, że zaraz po wysłaniu gadów na ETA-9, zespół pracujący nad smokami porzucił projekt. A więc nigdy nie dostałem zmodyfikowanych bestii, posiadających stabilny moduł militarny.

Pewnego dnia doszedłem do wniosku, że bez konfliktów moja praca nie ma sensu. I – jak gdyby nigdy nic – podniosłem atrybut agresji wszystkich smoków z zera do pół procenta.

Zadziałało perfekcyjnie. Jeden z gadów zabił innego, co wywołało lawinę niechęci napędzającą konflikt między wyspami. Tępaki nie były wcale takie tępe. Szybko zauważyły, ku mojej wielkiej radości, że ich smoki rozwinęły zdolności militarne. I zaczęły te zdolności wykorzystywać.

Obserwowałem przejawy niechęci, utrudnienia w handlu, zbrojne smocze wypady, a nawet przejmowanie skarbców. Wartość naukowa wzrosła w miesiąc bardziej niż w ciągu ostatniego pięciolecia.

I gdyby tak podsumować całe moje życie – to właśnie wtedy byłem najszczęśliwszym człowiekiem. W końcu nie ma nic bardziej pasjonującego od wojen prowadzonych przez prymitywną rasę. W dodatku taką, której jesteś właścicielem.

Rok później mogłem w zasadzie zakończyć badanie i oddać pracę recenzentom. Miałem już wszystko. Od pierwszych kontaktów, przez rozkwit handlu, po wyniszczające konflikty. Wiedziałem, że nikt nigdy nie zbadał tak kompleksowo zachowań prymitywów. Tyle tylko, że nie chciałem zakończyć eksperymentu.

Bo przecież tępaki wciąż się tłukły. Jak mógłbym przerwać coś tak pięknego?

 

***

 

W tym miejscu muszę się do czegoś przyznać: zbyt długo pozostawałem ślepy. Niby widziałem ekspresowy rozwój smoków, niby patrzyłem na wskaźniki spadku populacji, niby czułem powszechne zmęczenie wojną bijące z ETA-9. Ale nie chciałem zrozumieć, że to wszystko zaszło już za daleko. Oczywiście nie żałuję ani minuty spędzonej na obserwacji militarnych działań, bo przecież robiłem to w imię nauki, a tępoludki nie należą do istnień, którym należałoby współczuć. Problem leżał raczej w błyskawicznym rozwoju potworów.

Tak, potworów. Na tym etapie eksperymentu tylko w ten sposób można było nazywać smoki. To, że wolały przejmować obce skarbce i nękać tępaków z wrogich wysp, nie stanowiło jeszcze problemu. Ba, cieszyłem się z takiego obrotu sprawy, analizując procesy społeczne w obliczu zagrożenia.

Gorzej, że te paskudne bestie rozwijały swój wachlarz militarny z dnia na dzień, stając się w końcu narzędziami zagłady. Na tyle groźnymi, by ściągnąć uwagę tych zacofańców z Międzygwiezdnego Biura Etyki. Wspominałem już chyba, że agenci tego średniowiecznego biura za nic mieli wartość naukową mojej wielkiej rozprawy. Ciągle przysyłali jakieś pisma, jak to niby nie podoba im się traktowanie tępoludków przez mój zespół. A przecież byłem właścicielem tych istot! Czemu miałbym się hamować?!

Ignorowałem więc kolejne pouczenia i groźby, aż w końcu się doigrałem. Nasłali na mnie Biuro Bezpieczeństwa Układu, a jak powszechnie wiadomo, z bezpiecznikami nie ma już żartów. Weszli z butami do obserwatorium i przez miesiąc gapili się w ekrany. A wszystko po to, by wpisać smoki z ETA-9 na listę zagrożeń międzyplanetarnych. Debile. Twierdzili niby, że gady zioną kulami tak olbrzymiej mocy, że jeszcze trochę i mogą zniszczyć cały glob. „Dalszy rozwój tych istot niesie ryzyko wielkich wybuchów, w wyniku których planeta w obecnym stanie może przestać istnieć, wyrzuciwszy materię w przestrzeń układu”. Chcieli zamknąć mój prywatny folwark, bo potencjalne zniszczenie globu zaburzyłoby niby grawitację, destabilizując orbity innych kulek i w konsekwencji zsyłając niebezpieczeństwo na ludność zamieszkującą pozostałe planety układu.

Nie muszę chyba wspominać, że uważałem takie uwagi za kompletne bzdury, a agentów za czubków, którzy zwyczajnie się na mnie uwzięli. Całą winą obarczałem rzecz jasna MBE. Na szczęście wciąż miałem wpływowych rodziców po swojej stronie i skutecznie hamowałem działania bezpieczników.

Do czasu. Pewnego pięknego ranka dowiedziałem się, że wydali nakaz aresztowania mojej osoby. Ot tak zablokowali całe centrum tranzytowe, odcinając mi drogę ucieczki. Spanikowałem. Cały mój zespół dobrowolnie poddał się woli agentów, zostawiając mnie samego w parciu ku naukowej chwale. Na horyzoncie widniały teraz trzy rzeczy: zakaz publikacji rozprawy, przerwanie eksperymentu i lata spędzone w więzieniu. Wygnanie i zapomnienie.

Nie będę kłamał – rozważałem zakończenie mojego marnego żywota. Ale tylko przez chwilę, bo przypomniałem sobie o istnieniu pewnej wyspy na ETA-9, niezamieszkałej i względnie bezpiecznej. Przed rozpoczęciem badania wszyscy eksperci zgodnie odradzali budowę centrum operacyjnego na samej planecie. Raz: obecność boga w pobliżu tępoludków mogłaby wpłynąć negatywnie na ocenę pracy naukowej. Dwa: prymitywne społeczeństwa mogły w każdej chwili wymknąć się spod kontroli, a wtedy zagrożone stałoby się bezpieczeństwo obserwatorów.

Ale ja oczywiście uparłem się i na wszelki wypadek wybudowałem obserwatorium w podziemiach jednej z bezludnych wysp. Jak się teraz okazało, ta decyzja uratowała mi tyłek.

Zanim bezpieczniki zdołali mnie dopaść, wykradłem jeden z lądowników i wskazałem kurs wprost na targaną wojnami ETA-9. Przyznam, że w drodze na dół, nie kryjąc podniecenia, wciąż powtarzałem słowa: „I co teraz, agenturo?”.

Wiedziałem, że nie odważą się ruszyć za mną.

 

***

 

Centrum obserwacyjne na dole okazało się znakomitym miejscem do kontynuowania badań. Co z bezpiecznikami? Mieli związane ręce. Po pierwsze, interwencja niosła ze sobą ryzyko rozjuszenia latających po świecie gadów, a ich moc ponoć już na tym etapie groziła zniszczeniem planety. Po drugie, skontaktowałem się ze stacją na orbicie, łżąc, że sam dysponuję ładunkiem zdolnym zachwiać strukturą globu. Pewnie domyślali się, że nie mówię prawdy. Ale co z tego? Mieli na dole szaleńca straszącego zniszczeniem planety. To dawało mi pewność, że nie zdobędą się na odwagę, by zaatakować obserwatorium. Na broń biologiczną nie zgadzało się z kolei MBE, które uważało tępoludków za inteligentne byty.

Pracowałem. Na obserwacjach mijały mi kolejne godziny, później dni, wreszcie tygodnie. Działo się dokładnie to, na co w głębi serca liczyłem – szaleństwo smoków rosło, wojny wyniszczały jak nigdy dotąd, a ja nie pamiętałem już, kiedy ostatnio trafił mi się nudny dzień. Myślałem wtedy, że moja rozprawa badawcza jest już w całości kompletna.

Ale nie miałem racji. To, co zdarzyło się w kolejnych dniach, przerosło bowiem moje najśmielsze oczekiwania. Smoki oszalały do reszty, a ich moc bojowa zaczęła rosnąć lawinowo. To z kolei wzbudziło w tępoludkach uczucie zrozumienia.

Tak, widzieli nadchodzącą apokalipsę i zdawali się rozumieć swoje beznadziejne położenie. Z każdym kolejnym dniem zwyczajnie przestawali angażować się w konflikt. Zaczynali żyć chwilą, spotykać się, rozmawiać, bawić, śmiać. Zachowywali się tak, jakby świat wokół przestał istnieć, a wojna opuściła na zawsze ETA-9.

„Społeczeństwo w dobie zagłady”. Tak nazwałem ostatni rozdział mojej pracy, który dopełniał dzieła obserwacji tępoludków. Od zesłania na wyspę, przez rozwój handlu, po wojnę i widmo nieuchronnej apokalipsy. A wszystko w kontrolowanych warunkach, z prymitywnym społeczeństwem nieświadomym faktu, że są tylko częścią wielkiego eksperymentu.

Kończąc ostatni rozdział, zawyłem z zachwytu. Czy którykolwiek naukowiec przeprowadził kiedyś tak kompleksowe badanie społeczeństwa we wczesnej fazie rozwoju? Oczywiście, że nie. Ta odpowiedź zapowiadała rzecz jasna pasmo sukcesów. Bo trzeba zrozumieć, że w tak rozwiniętym świecie naprawdę trudno opublikować coś, co nie zostało już dawno przerobione gdzieś w jednej z tysięcy odległych galaktyk.

No właśnie, odległych galaktyk. Zaraz po zakończeniu pracy zdecydowałem się na ewakuację. Wykorzystałem do tego trzy czynniki: obniżoną czujność bezpieczników, skupienie całej uwagi agentury na powstrzymaniu katastrofy i fakt posiadania bogatych, wpływowych rodziców.

Tydzień później siedziałem już w willi oddalonej tysiące parseków od rozpadającej się ETA-9. Dokonywałem ostatnich szlifów przed wysłaniem rozprawy do pierwszej recenzji.

 

***

 

Arghag-4. Mój nowy dom. Tutaj nie sięgają wpływy Międzygwiezdnego Biura Etyki. Tutaj nie zapuszczają się bezpieczniki. Tutaj nauka stoi na pierwszym miejscu, spychając moralne rozterki na margines.

Właśnie mija dekada od publikacji dzieła mojego życia. Prezydium Układu ma odznaczyć mnie Złotym Krukiem Zasługi, a informacje o najbardziej złożonym eksperymencie społecznym w historii sięgają najdalszych zakątków Wszechświata. Niektórzy wręcz twierdzą, że kompleksowy opis zachowania prymitywnych ras pozwolił nam wszystkim lepiej zrozumieć odkrywane cywilizacje.

O smokach nikt już nie pamięta. ETA-9 dawno zmieniła się w bezładną masę kosmicznego gruzu. Tylko tępoludki ocalały.

Oczywiście nie te, które zamieszkiwały moją planetę. Teraz tępaków produkuje się już wszędzie, niemal seryjnie. W jakich celach? Najróżniejszych. Badania, żywa siła robocza, rozrywka. Zwłaszcza to ostatnie – bo kto by nie chciał choć przez chwilę poczuć się bogiem, wynajmując planetę z cywilizacją tępoludków i zsyłając na nich cokolwiek, na co przyjdzie mu ochota?

O ile praca naukowa dała mi spełnienie, to właśnie dzięki ludkom stałem się miliarderem. Do dziś korporacje płacą mi za reklamę tych marnych istot, korzystając ze statusu celebryty, który przyległ do mnie już lata temu.

Koniec

Komentarze

Ciekawe podejście, chociaż wydaje mi się, że bohater nie startuje jako ktoś na dnie – ci dziani rodzice brużdżą. Nie polubiłam narratora, ale pewnie nie planowałeś, że podbije serca publiczności.

Czytało się jednak przyjemnie.

Mając planetę i prymitywną rasę, pozostał do stworzenia plan.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że jeszcze niestworzony plan miał planetę.

Babska logika rządzi!

Finklo, masz rację, bohater na początku wcale nie jest na dnie. Trafia tam dopiero w kolejnym fragmencie i od tego miejsca zaczyna się schemat zgodny z konkursowymi założeniami.

Dzięki za komentarz, nieszczęsny podmiot oczywiście poprawię :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Cześć Perrux,

 

Ciekawy pomysł, czytało się przyjemnie, trochę mi tylko brakowało jakiejś zaskakującej puenty, ale wiadomo, że to nie obowiązek :)

Hej, Perruxie!

 

Podoba mi się bardzo mieszanka eklektyczna, którą raczysz tu czytelnika. Smoki, naukowcy, planety do zagospodarowania – niby parę różnych bajek, ale u ciebie gra i buczy. Na pewnym poziomie pozwalasz nam też sympatyzować z bohaterem, który mimo wyraźnego uprzywilejowania w życiu postanawia coś jednak w nim robić. Z rzeczy, które może nie do całkiem mnie usatysfakcjonowały hmm… przejście między rozwiązaniem akcji a zakończeniem mogłoby być ciut dłuższe, ale czy to konieczne? W sumie nie wiem. Tak jak jest czytało się naprawdę dobrze, więc daję polecajkę.

Pozdrawiam

 

 

Ciekawy pomysł na symulację. Podobało mi się i zaskoczyło to, że wtrąciłeś tam smoki, nie spodziewałem się tego. Czytało się przyjemnie, bo tekst jest napisany gładko i sprawnie.

Trochę mi zgrzytnęło zakończenie. Bo bohater to w sumie niespecjalnie miły gość (choć z drugiej też chyba nie jest za szczęśliwy), a ostatecznie kończy tam gdzie kończy. Wiem, że to bardzo życiowe, ale jednak, liczyłem na co innego :)

 

I jeszcze podobały mi się te zdania:

I przy okazji spełnić marzenia. Oczywiście nie moje.

 

I jeszcze kilka uwag do Twojej rozwagi:

Tak, cel mojego istnienia właśnie poszedł się kroić.

To kroić mi trochę nie pasowało.

Szybko zauważyły, ku mojej wielkiej radości, że ich smoki zyskały nowe moce. I zaczęły te moce wykorzystywać.

Czy to były moce? Czy raczej jakieś atrybuty?

Zanim bezpieczniki zdołali

A nie powinno być zdołały?

Dzięki za lekturę i komentarze ;) Cieszę się, że przyjemnie się czytało.

 

Helmut, jeśli chodzi o zaskakującą puentę, coż… nie sposób się nie zgodzić, tutaj postawiłem bardziej na inne elementy.

 

Oidrin, mieszanka rzeczywiście dość szalona i dzięki temu proces pisania był interesujący dla autora ;) Jeśli chodzi o sympatyzowanie z bohaterem, tutaj pewnie trochę zależy od czytelnika (Finkla np. napisała coś odwrotnego), ale cokolwiek by o tej postaci nie powiedzieć, na pewno może wzbudzać różne emocje. Zbyt szybkie przejście między rozwiązaniem akcji i zakończeniem? Jak tak teraz na to patrzę, coś w tym może być. Przemyślę, czy nie dodać kilku zdań, chociaż to tekst konkursowi, więc większej rewolucji nie będę już robił.

 

Edwardzie, Twoja uwaga dotycząca zakończenia jest dla mnie naprawdę ciekawa. Bo o ile dokładnie rozumiem, dlaczego Ci zgrzytnęło, to… taki był plan. W przypadku tej konkretnej historii nie chciałem dostarczać zakończenia, na które czytelnik liczył. Wiem, złośliwy autor ze mnie ;)

Dużą zaletą tekstu jest pomysł na coś w rodzaju “pożenienia” science-fiction z fantasy. Z jednej strony obca planeta, z drugiej smoki. Trochę pokażesz obcego świata, jednocześnie, dzięki tym elementom fantasy, nie jesteś tak ograniczony jak w samym science-fiction. Tu, w razie potrzeby, możesz sobie trochę ponaciągać fakty i nic złego się chyba nie stanie. A sama opowieść stanie się bardziej “kolorowa” i mniej przewidywalna.

Nie będę więc ukrywał, że pomysł na tekst wypada bardzo obiecująco i mocno zachęca do lektury. Nieco gorsze wrażenie robi forma podania samej historii. To opowiadanie jest bowiem w gruncie rzeczy właśnie… opowiadaniem. ;-)

Brzmi absurdalnie jako zarzut, nie?

A jednak, próbując w taki właśnie sposób opowiedzieć całą historię, trzymasz czytelnika na dystans. W przypadku takiej koncepcji na tekst widziałbym dwa rozwiązania: albo piszesz w taki sposób, by czytelnik mógł w jakiś sposób naprawdę pobyć na tej planecie i przyjrzeć się wydarzeniom “bezpośrednio” (główny bohater jest dla czytelnika kimś w rodzaju “przewodnika” po historii; Twój przewodnik dużo gada i opisuje, ale ni cholery nic nie chce pokazać). Albo tworzysz coś w rodzaju narratora-gawędziarza, który opowie o wszystkim ze swadą, nutką humoru, bezpośredniości, stworzy jakąś formę “porozumienia” z czytelnikiem, gdzie rzeczywiście poczuję, że ten gość opowiada mi ciekawą historię.

Bo tutaj to jest taka historia bohatera w pigułce. A że narrator-bohater ma taką, a nie inną charakterystykę, to też jednak wszystko staje się jakąś formą relacji. Trochę szkoda, bo inny sposób opowiedzenia tej historii mógł jeszcze podnieść wartość tekstu.

Tym nie mniej samo opowiadanie generalnie oceniam pozytywnie. Jak pisałem, fajny miks gatunków, widać też, że masz konkretny pomysł na rozwój historii na planecie. To potrafi zaciekawić, nawet przy takiej formie opowieści.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzięki za komentarz, CM. Fajnie, że całość wychodzi na plus.

A że opowiadanie jest opowiadaniem? Wszystko wina Tarniny! Mogła dać limit 150 tysięcy znaków i wtedy zbudowałbym całą historię „od środka” ;) A tak bardziej poważnie – rozumiem zarzut i nawet się go w pewnym stopniu spodziewałem, jednak nie znalazłem innej drogi na przedstawienie całej historii w założonym limicie. Najlepszą opcją, jak wspomniałeś, pewnie byłby narrator-gawędziarz, ale nie jestem pewien, czy czuję się aktualnie na siłach, by wykreować gawędziarza na poziomie.

Ostatecznie stwierdziłem, że w opowiadaniu poniżej 30 tysięcy znaków przyjęta metoda narracji ma jeszcze rację bytu, mając przy tym świadomość, że to nie jest optymalny sposób snucia opowieści ;)

Cześć Perrux:-)

bardzo fajny pomysł! Przede wszystkim podoba mi się określenie „człowiek ekspresowy”, naprawdę ciekawe te tępoludki. Podoba mi się zabawa w boga, tworzenie świata, dodawanie różnych cech tępoludkom, by zbadać ich zachowanie i relacje. 

W intrygujący sposób przedstawiłeś samego naukowca, rozpieszczonego, egoistycznego, ale jakże zdeterminowanego:-) 

Ja tu nawet dostrzegam podwójny schemat. Pierwsze wyjście z opresji w momencie, gdy spotyka kolegę od smoków i zaczynają współpracę, a drugie, to ucieczka na wyspę. 

Fajnie to wyszło, z humorem. 

polecam do biblioteki i pozdrawiam

Cześć, Olciatko!

Szczególnie cieszy mnie, że “człowiek ekspresowy” się spodobał, bo mam w planach zupełnie inne opowiadanie z wykorzystaniem tępoludków. Na koniec historii okazuje się, że zyskują popularność we Wszechświecie, więc dlaczego z nich nie skorzystać? ;) Ale to jeszcze trochę, na razie muszę zamienić na słowa jakieś pół miliona innych pomysłów ;) W każdym razie, tam bohater (ktokolwiek nim zostanie) będzie miał już z ludkami o wiele bardziej bezpośredni kontakt.

Co do schematu, masz rację – bohater dwukrotnie wychodzi z tarapatów. Kolega od smoków dotyczy pierwszego zaznaczonego fragmentu, a ucieczka na wyspę drugiego: “protagonista w tarapatach otrzymuje pomoc pod określonym warunkiem; łamie warunek udzielenia pomocy i w rezultacie traci wszystko; ale dzięki czemuś, co zrobił wcześniej, odzyskuje to z nawiązką”.

Dzięki za wizytę ;)

Ciekawa, dość straszna historia. Podoba mi się sylwetka podszytego sadyzmem naukowca, który racjonalizuje swoje zbrodnie. Na moje oko wyszedł Ci bardzo spójny antybohater. Styl narracji, który użyłeś, też mi do niego pasuje – w opowieści skupia się na ważnych dla siebie detalach, nie szczędzi pogardy względem słabszych albo tych, którzy mogą mu zaszkodzić, drży przed kompromitacją. Byłem autentycznie ciekaw jak poradzi sobie z problemami, które ściągnęła na niego wybujała ambicja i brak skrupułów.

Polecam do biblioteki, pozdrawiam!

Biedne tępoludki ;)

Fajny pomysł, udało Ci się wcisnąć tu i smoki, i skarby, i nawet coś krukowatego się pojawia. Tarnina będzie zachwycona :)

Dobrze się czyta, choć mam wrażenie, że limit ścisnął Cię jak gorset i nie pozwolił do końca rozwinąć skrzydeł. Ale pomysł był na tyle ciekawy, że i tak przeczytałam z zainteresowaniem.

Głównego bohatera polubić się nie da, więc kibicowałam raczej tępoludkom.

A tak w ogóle strasznie gorzki obraz ichniejszego środowiska naukowego Ci wyszedł.

Mi się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Powitał i podziękował za kolejne komentarze.

 

Adamie, podoba mi się, w jaki sposób określasz bohatera ;) CM wspomniał wyżej, że do takiego typu narracji bardziej pasuje narrator-gawędziarz (i w 100% się z nim zgadzam), jednak gawędziarskie zdolności chyba nie do końca pasują do gościa, którego sobie tutaj wymyśliłem. Narracja pewnie na tym straciła, ale cieszę się, że udało się w jakimś stopniu zbudować wiarygodność tego nieszczęsnego osobnika.

 

Irko, właśnie wszedłem na portal, żeby skomentować Twój tekst, a tu pojawiasz się z wizytą u mnie ;) Strasznie gorzki obraz tamtejszego środowiska naukowego? Oj tak. Powstał między innymi po to, by dołożyć trochę goryczy do konkursu, balansując słodycz wprowadzoną przez takie opka jak to Twoje ;D

Co do limitu, z jednej strony masz oczywiście rację (sam chętnie przedstawiłbym historię “od środka”), ale ja widzę też plusy. Pierwszy raz w życiu musiałem dostosować narrację do limitu i napisać ścisły plan (z podziałem na fragmenty wraz z liczbą znaków), więc na pewno konkurs posłużył mi przy okazji jako ciekawe ćwiczenie :) 

Pierwszy raz w życiu musiałem dostosować narrację do limitu i napisać ścisły plan (z podziałem na fragmenty wraz z liczbą znaków), więc na pewno konkurs posłużył mi przy okazji jako ciekawe ćwiczenie :)

Ja z reguły w takich momentach piszę, jak leci, a potem płaczę i tnę ;)

 

Irko, właśnie wszedłem na portal, żeby skomentować Twój tekst, a tu pojawiasz się z wizytą u mnie ;)

 

Czekam niecierpliwie :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Perruxie!

Przyznam, że zwarte bloki tekstu z początku zniechęciły mnie do lektury, ale okazało się, że napisałeś to w umiejętny sposób i nie nudziłem się.

Przez większość opowiadania miałem nadzieję, że narratora spotka zasłużona kara, uczucie to wzrosło pod koniec (masowy morderca to mało powiedziane). Zamiast tego, wzbogacił się, sprzedając biedne tępoludki kolejnym sadystom. Życiowe, ale smutne ;)

Trochę mnie zastanawiała cena planet, bo wynika, że każdy co majętniejszy obywatel mógłby mieć jakąś na własność, ale co tam.

Czytało się nieźle, tylko bohatera bym zamordował :)

Sonato, taką piesokalipsę to ja rozumiem ;)

 

Zanaisie, wiem, że bloki tekstu nie zachęcają, dlatego udało mi się wrzucić cały jeden dialog ;D W takim formacie na więcej nie mogłem sobie niestety pozwolić.

Z tymi planetami to mogłoby być trochę jak z wyspami – mimo ograniczeń na Ziemi ci bogatsi i tak zawsze mogą sobie prywatną wyspę wykupić. Wiem, trochę inna skala, ale idea chyba nie jest kompletnie abstrakcyjna.

A bohater, no cóż… miało być słodkie zakończenie z happy endem. Chciałem przełamać to założenie konkursowe i poczęstowałem przyjemnym zakończeniem nie czytelnika, a narratora ;) Mówisz, że byś go zamordował? W sumie nie jest najgorzej, bo przynajmniej nie wyszedł bezbarwny i wzbudził pewne emocje. Dzięki za lekturę i komentarz!

Ale ci fajnie wyszła ta wariacja na temat historyjki o złowrogim szalonym naukowcu! Tylko ten twój to nie żaden geniusz (może poza tym, że jest geniuszem w kombinowaniu…), tylko nadambitna miernota ze środkami na koncie i sumieniem o wartości ujemnej :D. Wygrywa ten tekst na pierwszoosobowej narracji i niewiarygodnym narratorze, a im lżejszy ton i im bardziej lekceważące opinie narratora o przedmiotach jego eksperymentu, tym efektowniej wychodzi kontrakt między tym, co narrator mówi sam o sobie, a tym, co sobie o nim myśli czytelnik. Dobra robota, jeden z najciekawszych dla mnie tekstów w konkursie, także dlatego, że nietypowo i oryginalnie realizuje jego założenia.  

Dzięki za wizytę, ninedin :) Cieszę się, że bohater i narracja przypadły do gustu. Mam tylko nadzieję, że twierdzenia w stylu “bohater opowiadania zawsze ma w sobie coś z autora” w przypadku mojego tekstu nie są trafne ;)

 

“Nadambitna miernota ze środkami na koncie i sumieniem o wartości ujemnej”

Ładnie napisane, podoba mi się ta charakterystyka.

[Przeczytane]

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

"Tak, cel mojego ISTNIENIA właśnie przestał ISTNIEĆ." – urocze powtórzenie :P Jeszcze mnie zastanowiło "ZBIJANIE laurów"… Ale tak poza tym to się nie ma do czego przyczepić. Bardzo ciekawy pomysł i całkiem nieźle się czytało :) Pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

Anet, Nana, dzięki za wizytę ;)

 

Powtórzenie i zbijanie laurów już poprawione :)

Nowa Fantastyka