- Opowiadanie: RheiDaoVan - Pojednanie przez szkarłat (1/2)

Pojednanie przez szkarłat (1/2)

Swego rodzaju wstępem do "Pojednania..." jest "Zastępczy Ratownik".

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Pojednanie przez szkarłat (1/2)

1.

 

Światła latarń rozmazywały się na mokrym bruku złocistymi plamami. Mżyło. Maleńkie, zimne kropelki osadzały się na skórze, włosach i ubraniu, tworząc wokół idącej postaci migotliwą poświatę. Remek wcisnął zlodowaciałe ręce do kieszeni skórzanej kurtki. Zakaszlał i splunął śliną. Parszywy dzień, pomyślał.

Snuł się po zaułkach ludzkiego miasta odliczając minuty do końca warty. Jeszcze niecała godzina i wróci do przytulnej kwatery, w której czekała na niego butelka porządnego wina, pędzonego przez jego brata.

Podmuch chłodnego wiatru szarpnął czarnymi włosami. Remek zadygotał z zimna. Zatrzymał się na chwilę, wyciągnął papierosa. Mocował się chwilę z zapalniczką, nim udało mu się przypalić.

– Hej, przyjacielu – zachrypiał męski głos gdzieś z lewej.

Remek obrócił się w tamtą stronę. Pod ścianą, owinięty w masę brudnych łachmanów i szmat siedział stary człowiek. Szczerzył w uśmiechu spróchniałe zęby. Czarne oczka lśnił spod krzaczastych, siwych brwi.

– Nie masz przypadkiem jednego papierosa dla nędzarza?

Remek uśmiechnął się pod nosem. Podał mu całą paczkę i zapalniczkę, a po chwili dorzucił jeszcze kilka banknotów.

– Obiecaj, że wydasz na bimber – powiedział na odchodnym, odprowadzany dobrodziejstwami i radosnym rechotem starego.

Coś zamigotało mu przed oczami. Drobne, złote iskierki.

Nim zdążył zareagować, coś ukuło go w szyję. Przed sobą zobaczył wykrzywioną w upiorny uśmiechu białą jak mleko twarz i lśniące, czarne oczy. Wycharczał coś niezrozumiałego. Jego ciało zalała najpierw fala gorąca, potem zimna, a potem chodnik podniósł się i z impetem uderzył go w twarz.

***

Tarya była zadowolona. Młody chłopak, który jeszcze tydzień temu starannie planował samobójstwo wychodził na prostą. Wysprzątał malutką kawalerkę, w której mieszkał z bratem, zadzwonił do rodziców w Anglii, pogodził z przyjacielem, z którym pokłócił się dawno temu i właściwie nie wiadomo o co. Odwiedził nawet grób dziewczyny, którą tak bardzo kochał, a którą wyzwał od dziwek i szmat, gdy dowiedział się o jej puszczalskich skłonnościach.

Wszystko było w jak najlepszym porządku i Tarya mogła z czystym sumieniem spuścić go z oka.

Wyciągnęła ze szmacianej torby czerwoną teczkę i spojrzała na dane kolejnego klienta. Dziewczyna, lat dwadzieścia cztery. W wyniku akcji Oddziału Szturmowego przeciw Shadree, straciła męża i roczną córeczkę. Raport okraszony był dwoma zdjęciami. Z jednego uśmiechała sie do niej drobna, ładna blondynka o zielonych, wesołych oczach. Z drugiego straszyła blada zjawa, z podkrążonymi oczami i pustym spojrzeniu. Biedactwo.

Tarya pokręciła głową. Cholerni Wojenni w ogóle nie przejmowali się ofiarami w ludziach. A powstającymi przez to Odpryskami tym bardziej. Ale dlatego byli oni, Ratownicy.

Przejrzała się w szybie wystawowej, wygładziła kremową sukienkę, uśmiechnęła do siebie. Wiedziała, że jej nastrój musi udzielić się tej biednej kobiecie, że musi nawiązać z nią kontakt. Już miała odchodzić, gdy za sobą zobaczyła bladą postać. Nie zdążyła się odwrócić, nie zdążyła nawet krzyknąć, gdy patykowate, ale niezwykle silne palce zacisnęły się na jej gardle. Czarne paznokcie boleśnie wbijały się w skórę. Tarya szarpała się z całych sił, próbowała krzyknąć, ale zdało się to na nic. Zrobiło się jej ciemno przed oczami a potem nie było już niczego.

***

Hanaha był w dobrym nastroju. Momoa, młody chłopak z Oddziału Techników, wyglądający jakby właśnie przyjechał z Jamajki, był całkiem niezłym rozmówcą. O ile nie był na haju. Wtedy pieprzył takie głupoty, że nic tylko usiąść i dławić się ze śmiechu.

Wracali właśnie z kina. Momoa wyciągnął go na jakiś durny ludzki film, z chamskimi żartami i masą wybuchów. Hanaha musiał przyznać, że całkiem nieźle się bawił.

Zatrzymali się przed przejściem dla pieszych. Chłopak tłumaczył mu właśnie zawiłość wszechświata gestykulując zawzięcie rękoma.

I wtedy ją zobaczył. Niską, karykaturalnie chudą dziewczynę stojącą po drugiej stronie ulicy. Długie białe, poskręcane włosy otaczały niesamowicie bladą twarz, w której lśniły bezdenne, idealnie czarne oczy, bez białek czy tęczówek.

Hanaha zgrzytnął zębami. Cholerna Shadree. Istota z Granicy Mroku, żywiąca się śmiercią. A raczej emocjami, które jej towarzyszyły – bólem, strachem, desperacją, żalem, nienawiścią, a także satysfakcją i podnieceniem. Wszystkim, co mogła wywołać. W dodatku większość Shadree wykazywała sadystyczną przyjemność w zabijaniu. Oddziały walczyły z nimi od lat, próbowały wytępić lub choćby zagonić tam, skąd przyszli, ale wszystko wskazywało na to, że tkwią w impasie. Bo Shadree trudno było znaleźć w fazie ludzi, zwłaszcza tych działających samodzielnie. Zbrojny wypad w Granice Mroku też był niemożliwy. Nikt z Lawrenów nigdy nie przeżył przejścia, nie ważne z którego był Oddziału i jakie szkolenia przeszedł.

A teraz Hanaha stał wśród ludzi myśląc gorączkowo jak działać. Taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć, wiedział to aż nazbyt dobrze. Ale nie mógł ot tak wejść w międzyfazę, w której była Shadree. Nie mógł zniknąć sprzed ludzkich oczu ot tak. Pyk i nie ma go. Za dużo papierkowej roboty i tłumaczenia się przed Komisją. Urzędnicy i tak wiedzieliby swoje. Zapewnie usłyszałby, że niepotrzebnie wprowadzał zamieszenie. Zwłaszcza ostatnio Hanaha miał uraz do bliższych kontaktów z gryzipiórkami.

Nieobecne spojrzenie z echem szaleństwa Shadree prześlizgnęło się po nim , jak po pozostałych ludziach. Dobrze, może go nie rozpoznała. Wyglądała na niezbyt rozgarniętą.

– Momoa – mruknął cicho do gadającego wciąż chłopaka. Ten zamilkł w półsłowa. – Shadree przed nami. Może być nieprzyjemnie, więc znajdź sobie bezpieczne miejsce. Wiem, że niedługo będziesz brał udział w akcjach jako zabezpieczenie, ale teraz po prostu odpuść.

Momoa skinął głową i sięgnął po skręta.

– To… na razie, panie komandosie. – Zasalutował żartobliwie i odszedł szurając sandałami.

Zielone.

Hanaha ruszył swobodnym krokiem patrząc przed siebie. Kiedy był tuż przed białowłosą, ta spojrzała na niego przytomnym nagle wzrokiem i wyszczerzyła w nieprzyjaznym uśmiechu ostre, małe ząbki.

Kątem oka wychwycił błysk czegoś srebrnego. Srebrnego i niewątpliwie śmiertelnie niebezpiecznego. Nie musiał widzieć, by wiedzieć co za cholerstwo miała przy sobie Shadree. Nazywali to Srebrnym Wiatrem. Broń, która działa we wszystkich fazach i międzyfazach. Cholerny wynalazek Shadree.

Zadziałał instynktownie. Wszedł w międzyfazę, złapał dziewczynę za rękę i brutalnie ją wykręcił. Dziewczyna szarpała się dziko, klnąc w swoim szeleszczącym języku. Jak na takie chucherko miała sporo siły. Ale nie na tyle, by wyrwać się komandosowi. Widać to nie było zaplanowane spotkanie. Albo polowała na kogoś innego, albo on zobaczył ją, nim zdążyła się na niego zasadzić.

Coś błysnęło w powietrzu. Drobne złote iskierki wybuchały tuż przed oczami Hanahy.

– Tak się bawić nie będziemy – warknął. – Takimi iluzjami mam sobie Badaczy albo Ratowników, nie Wojennego – dodał i przygniótł dziewczynę do ziemi. Założył metalowe linki na chude nadgarstki, mając serdecznie gdzieś, czy dziewczyna porani sobie ręce. Nie miał przy sobie nic innego, co nadawałoby się na prowizoryczne kajdanki.

– Bądź grzeczna – poradził stawiając Shadree na nogi. Dokładnie w tym samym momencie przejechał przez nich czerwony samochód. Hanaha nawet nie drgnął. Szkolenia z działań w międzyfazie były najdłużej wałkowanymi ze wszystkich. Nauczył się ignorować przenikających przez niego ludzi i przedmioty. Co ciekawe przenikać przez niego mogły tylko przedmioty, które się poruszały. Ściany, podłoga, latarnie, ławki i wszelkie inne nieruchome rzeczy były dla niego tak samo materialne, jak w normalnej fazie. Ciekawostką były drzwi, bramy i furtki, które jako wejścia działy w międzyfazie jak gęsta galareta, przez którą dało się przejść.

Shadree cały czas klęła z pasją, ale przestała się już szarpać. Albo nie miała siły, albo doszła do wniosku, że to i tak nie ma sensu. Hanaha sięgnął do kieszeni i wyłowił z niej granatowy płaski kryształ. Kolejny cudowny wynalazek, tym razem Lawrenów.

– Do najbliższej Jednostki Strażników – powiedział do lśniącej tafli.

– Strażnik czwartego stopnia, Guerra Seg Masan melduje się – zachrzęścił kryształ kobiecym, nieco znużonym głosem. – Zidentyfikuj się.

Krzywy uśmiech wykrzywił twarz Hanahy. Zidentyfikuj się. Jak formalnie.

– Hanaha Grax, oficer Oddziału Szturmowego. Mam tu młodą Shadree i pomyślałem, że będziecie zaintere….

– Młodą Shadree? – przerwała mu.

-Tak – potwierdził.

– Zaraz zjawi się ktoś od nas – poinformowała go i nim zdążył cokolwiek powiedzieć – rozłączyła się.

Hanaha westchnął ciężko. Właśnie dlatego nie przepadał za Strażnikami z dyspozytorni. Byli… dziwni. Zawsze miał wrażenie, że rozmawia z maszyną, a nie żywą osobą.

Spojrzał na Shadree. Dziewczyna kiwała się na boki, wodząc po ludziach nieobecnym wzrokiem. Skóra na nadgarstkach była mocno poobcierana.

– Zginiesz – zasyczała nagle. – Zginiesz jak tamci.

– W twoich snach, marzeniach i innych bajkach, maleńka – odpowiedział zastanawiając się jakich "tamtych" miała na myśli Shadree.

***

– Ilu?! – syknął przez zaciśnięte zęby Wraxa Garmaran, dowódca Oddziału Jastrzębi, specjalistów od wywiadu i obserwacji.

– Dwudziestu jeden. W ciągu dwóch dni – odpowiedziała Rami, jego zastępca. – Dziewięciu jednego, dwunastu drugiego dnia.

Siedziała na fotelu patrząc uważnie na swojego zwierzchnika, nerwowo przechadzającego się po gabinecie. Dawno nie widziała go tak zdenerwowanego. – I cztery nieudane ataki na Wojennych – dodała po chwili.

Wraxa skinął tylko głową. Dwudziestu jeden martwych Lawrenów. W tak krótkim czasie. To nie był przypadek, tylko zorganizowana akcja Shadree. A oni niczego nie dostrzegli. Żaden Jastrząb nie zauważył niczego podejrzanego.

Nic.

Zero.

Żadnych cholernych przesłanek do wszczęcia dodatkowych obserwacji. A teraz było za późno. Usiadł za biurkiem przymknął oczy.

– Niech Jastrzębie przejdą w fazę ludzi. Wszystkie, które nie mają zadań tutaj – powiedział po dłuższym milczeniu. – Chcę mieć raporty Strażników do dwóch tygodni wstecz i zeznania Wojennych, którzy zostali zaatakowani.

Rami skinęła głową, wstała i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

***

Granatowy kryształ zachrzęścił metalicznie. Wraxa odebrał.

– No? – rzucił zachrypniętym, niewyspanym głosem. Kiedy ostatnio spał? Nie pamiętał.

– Szefie, mamy ich – zameldował Frexas. – To grubsza akcja. Mamy kilka punktów.

– Dobrze. Złóżcie raporty. Wieczorem czeka mnie rozmowa z innymi dowódcami.

 

2.

 

Ludzie kłębili się na przystanku autobusowym, niecierpliwie wyczekując choćby hałaśliwego, rzężącego Ikarusa. Wdychali przy tym spaliny samochodów, które poruszały się systemem zerojedynkowy – hamulec, pierwszy bieg, hamulec, pierwszy bieg. I tak w kółko, od jednych świateł do drugich. Godziny szczytu w wielkim mieście nie należały do najprzyjemniejszych. Na pewno nie dla ludzi. Dla Shadree były niemal idealne. Więcej ofiar, więcej zamieszania, więcej zabawy.

Dayo Aziza usiadła na stopniu u stóp pomnika. Wyciągnęła pudełko zapałek, postukała paznokciem w tekturkę. Spojrzała w stronę sześciopiętrowego, kremowego budynku, sąsiadującego ze szklanym kolosem.

Czekała.

Gdzieś tam, ukryci w cieniu drzew i załomów budynków siedzieli przyczajeni komandosi ze Szturmówki, gotowi wkroczyć w każdej chwili oraz ubezpieczający ich snajperzy, pieszczotliwie nazywani Niespodziejkami.

Dayo wyjęła jedną zapałkę.

Czekała.

Zerknęła na schematyczny rysunek jaszczurki wytatuowany na wierzchu lewej dłoni. Uśmiechnęła się samymi kącikami ust. Niewiele Oddziałów mogło poszczycić się własnym symbolem. A ona miała zaszczyt należeć do jednego z najlepszych. Będąc jedną z najmłodszych osób biorących udział w akcjach w terenie, miała czym się chwalić.

Słuchawka w uchu zachrzęściła nieco, by zaraz odezwać się głosem Laxa Murre, jednego z trzech Jastrzębi:

– Do wszystkich: cel w zasięgu. Odpalaj, Płomyczku. – Drugie zdanie skierowane było do Azizy.

– Chłopaki, po akcji zapraszam na pieczeń z dzikiego ptactwa – odparowała z krzywym uśmiechem, pocierając główkę zapałki o draskę. Zapachowi siarki towarzyszył śmiech kilkunastu mężczyzn pobrzmiewający w słuchawce.

– Fire in the hole – szepnęła, patrząc na drgający płomyk.

– Oglądasz za dużo… – Resztę zdania zagłuszyła eksplozja na szesnastym piętrze budynku ze szklanymi ścianami.

Ludzie obrócili się w stronę wybuchu jednocześnie, jak na rozkaz. Parę osób wrzasnęło, więcej stało z rozdziawionymi ustami nie pojmując co właściwie się stało. Biurowce nie wybuchają ot tak! I na pewno nie powinno być aż tyle szarego, duszącego dymu, prawda? Prawda. Aziza była osobiście dumna z tej iluzji. A nie była to łatwa sprawa. Im więcej ludzi, tym trudniej stworzyć spójny obraz.

– Ruchy! – wydarł się Hogx, dowódca grupy szturmowej.

Dwadzieścia par ciężkich butów załoskotało o chodnik, dwadzieścia cieni zniknęło w budynku.

Dayo z niecierpliwością wpatrywała się w szesnaste piętro. Czekała albo na ich wyjście, albo na słowa któregoś Jastrzębia lub Niespodziejki. Ci jednak cały czas meldowali: Nic nie widać. Brudne pole. Komandosi, zgodnie z regulaminem, zachowywali ciszę.

Dayo rozejrzała się ukradkiem. Nie mogła odstawać zachowaniem od ludzi. Zaklęła i ruszyła biegiem za tłumem. Po co ci durnie tam biegli? Eksplozja, ale fajnie! Popatrzmy z bliska! Zero instynktu samozachowawczego.

– Kurwa mać! – zatrzeszczała słuchawka wybitnie nieregulaminowo, a potem nastała cisza, przerywana seriami z automatów.

Dayo odpaliła nerwowo zapałkę. Patrzyła na płomyk, aż ten zaczął lizać jej palce.

– Wycofujemy się! – wydarł się nagle Hogx. – Zasrana pułapka. Odwrót! Mają Widmo. Aziza, zasłona z ognia, usmażymy skurwieli. Jastrzębie na pozycjach. Niespodziejki osłaniać wychodzących!

– Przyjąłem – rozległo się z kilku gardeł jednocześnie.

Dayo zatrzymała się na chodniku pod budynkiem. Rozbite szkło chrzęściło pod butami. Zadarła głowę i znieruchomiała na ułamek sekundy. Z szesnastego piętra wystawał długi, ruszający się ogon wyglądający jak szkielet obleczony mleczną, półprzeźroczystą galaretą. Widmo. Shadree ściągnęły cholerne Widmo. Sięgnęła do torby, wymacała małą chropowatą kulkę.

– Odpalam za trzy, dwa, jeden… – Ścisnęła kulkę i budynek stanął w płomieniach. Z wnętrza wydobył się upiorny wrzask konającego Widma. Widać komandosom udało się je usidlić w ludzkiej fazie.

Po chwili na chodnik wypadła Szturmówka. Jeden, trzech, pięciu, dziewięciu, piętnastu, osiemnastu… Nie naliczała więcej.

– Wracamy – wycharczał Hogx. – Mamy rannych, a pozostałym…pozostałym już nie pomożemy.

Sięgnęła do kieszeni bojówek. Wymacała palcami malutką kryształową czaszkę, przymocowaną do paska cienkim, ale mocnym łańcuchem i aktywował ją. Świat zawirował nieco, rozmazał się i po chwili znowu ustabilizował. Dayo wróciła na teren odprawy Oddziałów.

***

Pięciu. Tylu Wojennych zginęło podczas sześciu zorganizowanych akcji. Jedenastu odniosło na tyle poważne rany, że znalazło się w Oddziale Szpitalnym. Nienajlepiej. Shadree coś kombinowali, sprawdzali ich przygotowanie, sposób działania.

Hanaha ze złością spojrzał na poharataną rękę. Bark rwał go tępym, irytującym bólem, w głowę wwiercała się wielka śruba. Miną dwa tygodnie nim pozwolą mu wrócić do służby. A i tak mogło być gorzej. Dobrze, że mieli ze sobą Salamandrę, inaczej sami musieliby wykańczać Widmo.

Przeniósł ponure spojrzenie na puste łóżko w rogu sali, przykryte czerwonym prześcieradłem. Szkarłat, kolor wojskowej żałoby. Jeszcze godzinę temu leżał na nim Momoa, który zabezpieczał jedną z akcji. Pierwsza zbrojna, rutynowa zdawałoby się, akcja. A teraz oglądał świat z drugiej strony.

Hanaha miał do siebie żal. To on załatwił Technicznemu przydział do misji. Chłopak tyle razy wspominał, że marzy mu się udział w jednej z nich… Hanaha sprawdził jego papiery. Wszystkie szkolenia miał w porządku, egzaminy praktyczne zdane na najlepszych wynikach. Za tydzień dostałby przydział z urzędu… No właśnie. Za tydzień.

A teraz pozostał po nim mundur i torba, w której miał swój sprzęt i jakieś osobiste pierdoły.

Komandos przymknął oczy. Do chrzanu. Kurwa, jak bardzo chciało mu się zapalić.

 

3.

 

– Krwawe sukinsyny! – wrzeszczała z pasją Muria, rzucając raportem o biurko. – Bezwzględne, nieczułe, mające wszystkich i wszystko gdzieś, krwawe sukinsyny! Czy oni się w ogóle przejmują, zastanawiają choćby co się dzieje kiedy zakończą swoje akcje? Swoje cholernie ważne zadania?! Wojenni, psia ich mać!

Nutt słuchał wywodu dziewczyny jednym uchem. Takie wybuchy gniewu zdarzały się jego przełożonej coraz częściej. Z jednej strony był w stanie zrozumieć jej zdenerwowanie i oburzenie. Działania Oddziałów Wojennych niejednokrotnie kończyły się ofiarami w ludziach, a sami Wojenni zdawali się tym rzeczywiście nie przejmować. Robili co im kazano i wracali do siebie, odpadki, Odpryski, zostawiając im – Ratownikom. Tak widziała to Muria. Niestety nie tylko ona. Większość Ratowników widziała Wojennych jako bezwzględne maszyny do zabijania wyzbyte jakichkolwiek uczuć. I stąd chyba ta pożałowania godna akcja "Zastępczy Ratownik".

Bladą twarz wykrzywił grymas przypominający gorzki uśmiech. Co za debil to wymyślił.

Niby intencje były jasne. Losowo wybrani Wojenni z różnych Oddziałów mieli odbyć krótkie praktyki u Ratowników, a potem podzielić się obserwacjami i doświadczeniami ze znajomymi. Mieli zająć się Odpryskami – ludźmi, w których ich misje wyryły trwały ślad. Ślad, który doprowadził ich do skrajnej rozpaczy po śmierci bliskich lub manii szukania sprawiedliwości, najczęściej z siekierą w dłoni.

Jednak na tym wątpliwe plusy się kończyły. Akcja nie była jawna, Wojenni traktowali tymczasowe przeniesienia jako karę lub czas na rekonwalescencję po gorszej akcji. Trudno było im się dziwić. Treść urzędowych pism była wręcz żałosna, Nutt czytał niektóre z tłumaczeń. Było coś o wewnętrznym spokoju, współodczuwającej istocie, zrozumieniu uczuć innych osób. Nic tylko siąść i płakać.

Wojenni byli beznadziejnymi Ratownikami, ale większość z nich naprawdę się starała. W miarę swoich skromnych możliwości na tym polu. Na przykład komandos ze Szturmówki, którego imienia nie pamiętał, postanowił udawać anioła. Dzięki prostej iluzji ludzie widzieli na jego placach śnieżnobiałe skrzydła i od razu inaczej się zachowywali. Wojenny dostał za to oficjalną reprymendę, bo takie zagrywki były zakazane, ale Nutt uważał, że dla kogoś z kompletnie innym powołaniem to była jedyna w miarę skuteczna metoda.

Bo niby jak ma się zachowywać taki komandos? To długo szkolona maszyna do zabijania, a nie chusteczka do wycierania łez i smarków. Mieli uczucia, Nutt doskonale o tym wiedział, bo nie raz spędzał czas u Szpitalnych, pomagając przy rannych. Widział, jak zachowywali się w wolnym czasie, pocieszali nawzajem, milczeniem żegnali poległych. Słuchał ich żartów i historii. Problem w tym, że te uczucia nie miały prawa wziąć nad nimi górę. Nie podczas akcji. Bo w smutnym rachunku korzyści i strat, życie dowolnego Wojennego warte było więcej, niż przypadkowego człowieka, który nawet nie zdawał sobie z sprawy z ich istnienia.

Nutt odnosił wrażenie, że jest jednym z nielicznych Ratowników, który miał tego świadomość.

– Muria, daj spokój – powiedział po chwili. – Oni wykonują swoją pracę, my swoją. Jasne, że teraz jest akcja za akcją, przez co jest więcej Odprysków, ale kilka dni temu Shadree zabili ponad dwudziestu naszych, w tym Ratowników. To była zorganizowana akcja. Wojenni musieli odpowiedzieć. Po ich stronie też są straty…

– Musieli odpowiedzieć, jasne, ale nie w taki sposób!

A w jaki?, miał ochotę spytać, ale wiedział, że to bez sensu. Muria wiedziała swoje i koniec. Ludzie byli dla niej najważniejsi.

Granatowy kryształ zachrzęścił metalicznie. Nutt przyłożył go do ucha. Zmarszczył brwi.

– Już idę – powiedział cicho.

– Szpitalni wzywają cię do Wojennych, co? – W głosie Murii było pełno jadu. Nutt zastanowił się przelotnie, czy kobieta kiedykolwiek rozmawiała z którymś z Wojennych, pomijając dowódców Oddziałów. Szczerze w to wątpił.

-Tak, Muria – odpowiedział cicho i zamknął za sobą drzwi.

***

Nutt z oddali dostrzegł komandosa. Średniego wzrostu facet siedział na balustradzie paląc papierosa. Lewa ręka, od barku po dłoń była zabandażowana. Krótkie blond włosy sterczały na wszystkie strony, szarpane wiatrem. Mężczyzna pocierał kciukiem krótką bródkę, patrząc przed siebie ponuro. Miał na sobie czarny podkoszulek, spodnie od munduru i charakterystyczne, ciężkie buty. Nutt miał wrażenie, że już go kiedyś widział.

– Można? – spytał niepewnie, wskazując miejsce obok komandosa. Ten zerknął na niego, przeniósł spojrzenie na wyszyty na piersi symbol Ratownika z sektora samobójców. Suchą, przystojną twarz wykrzywił krzywy uśmiech. Skinął głową. Nutt nieco niezdarnie wdrapał się na balustradę, cały czas czując na sobie wzrok Wojennego. I wtedy go olśniło. To był ten, który miał pecha zostać wylosowanym do akcji "Zastępczy Ratownik", ten od skrzydeł.

-Nutt Raza – przedstawił się wyciągając rękę.

– Hanaha Grax. – Wojenny miał silny uścisk. – Widziałem cię u Szpitalnych. Oberwałeś podczas swojej roboty?

Większość Ratowników w tym momencie by się oburzyła. Nutt – nie. Wiedział doskonale, że nie była to jakaś specjalna złośliwość, a próba przełamania lodów.

– Nie, pomagam im. A tobie zdarzyło się oberwać, gdy u nas byłeś?

Hanaha spojrzał na niego uważniej, po chwili wyszczerzył w drapieżnym uśmiechu mocne zęby.

– Tak, raz. Trampkiem w twarz. Chcesz? – podsunął paczkę papierosów. Nutt pokręcił przecząco głową. Grax przypalił, zaciągnął się. – Wiem, po co tu jesteś. Sektor samobójców obsługuje nie tylko Odpryski, ale też Lawrenów. W tym nas, Wojennych. Przysłali cię, byś sprawdził, czy nie chcę targnąć się na swoje życie. A więc nie, nie mam myśli samobójczych. Jestem rozgoryczony, przygnębiony, może nieco wkurwiony i zły na siebie, ale podczas akcji czasami się ginie. Niestety, taka jest brutalna prawda tego świata. Ryzyko zawodowe, tak to się chyba nazywa.

Nutt przyglądał się ukradkiem komandosowi. W szarych oczach co raz dostrzegał żywsze iskierki. Skinął głową. Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu patrząc w pogodne niebo.

– Nietypowy z ciebie Ratownik, wiesz? – odezwał się wreszcie komandos. – Widziałem jak kilku z was "pocieszało" innych Wojennych. Cały czas pieprzyli im jakieś optymistyczne głupoty, że trzeba wypatrywać jakichś kolorowych motylków, cieszyć się ciepłymi promieniami słońca… Normalnie boki zrywać. Traktowali ich jak jakieś pieprzone panienki.

– Niewielu Ratowników was lubi – wyjaśnił Nutt ze smutnym uśmiechem. – Dla większości jesteście tępymi maszynami do zabijania, które nie mają uczuć. Rzadko który chce z wami współpracować. Widzisz, ja po prostu wychodzę z prostego założenia, że ktoś musi walczyć z Shadree. Gdyby ktoś wpadł na pomysł kampanii "Zostań Zastępczym Wojennym", i to ja zostałbym wylosowany do tego, to chyba bym się zapłakał. Nie żartuję. A gdyby jeszcze kazano mi strzelać do Shadree to całkiem prawdopodobnie zsikał bym się w gacie.

Hanaha parsknął śmiechem, ale zaraz spoważniał.

– Czekaj… powiedziałeś: wylosował? – spytał z dziwną chrypką w głosie.

Nutt zaklął w myślach, ale było już za późno.

– Tak, wylosował. To była tajna akcja, która miała pokazać wam co dzieje się z Odpryskami. Uświadomić, że wasze akcje odciskają niekiedy trwały ślad, którym trzeba się zająć i tym podobne. Mówiłem, że nie macie najlepszej opinii.

– A wasze ostatnie działania tylko utwierdzają nas w naszych przekonaniach – odezwał sie chłodny, kobiecy głos, tak dobrze znany Nuttowi.

Muria stała za nimi w wojowniczej pozie. Ratownik doszedł do wniosku, że kobieta ma chyba po prostu alergię na czarne mundury. Widział jak drobne usta otwierają się, by wyrzucić z siebie tyradę dotyczącą biednych ludzi, ostatnich ofiar i zarobionych Ratowników, ale Hanaha był szybszy.

– To był twój pomysł? Ta posrana akcja? – spytał lodowato komandos. – No to, kurwa, gratuluję pomysłowości. Naprawdę. Na co liczyłaś? Że nie będziemy podejmować działań jeśli będzie istniało ryzyko strat w ludziach, bo wzruszymy się losem Odprysków? Tak? To może od razu dajmy się wyrżnąć Shadree, bo oni działają głównie wtedy, gdy są wśród ludzi i to w ich fazie! Ja pierdole. – Hanaha pokręcił głową i zaczął się śmiać. Ponuro, gorzko, bez wesołości. Nutt z niepokojem obserwował gwałtowną zmianę nastroju. – Kurwa, wy naprawdę macie nas za bandę krwawych skurwysynów– powiedział wreszcie Hanaha. -Mam szansę na jakąś nagrodę w konkurencji na największego skurwiela?

Nutt spodziewał się wszystkiego. Wybuchu gniewu, istnego tajfunu słów, krzyków i przekleństw. Fukania, złorzeczenia i szydzenia, a przede wszystkim pieklenia się i wrzasków. Tymczasem Murię zatkało. Nutt nie mógł powstrzymać myśli, że to za to komandosowi należy się nagroda. Do tej pory nikomu się to nie udało.

Tymczasem Hanaha zszedł z balustrady i nieśpiesznie ruszył ku wyjściu.

 

Koniec

Komentarze

O wiele lepiej bez skrzydełek.
Jutro poczytam dokładniej.

Bardzo dobre :)

Witam
brakuje mi wstępu który wprowadził by mnie w całą akcję (chyba ze pominąłem jakie wczesniejsze twoje opowiadanie)
wprowadzasz czytelnika od razu w wielowątkową akcje. mam wrażenie jakbym czytał książke od środka.
po za tym sama akcja i fabuła mogła by byc fajna. czekam na rozszerzenie
pozdrawiam:)

Dziękuję :)

No, akcja się rozwija… Jutro zajrzę do następnej części. Po poprzedniej obstawiałam trochę inaczej, ale podobnie. :-)

Babska logika rządzi!

Choć przeczytałam Zastępczego ratownika, Pojednanie przez szkarłat nie wydało mi się przejrzyście napisanym opowiadaniem. Lekturę dodatkowo utrudniają liczne błędy i usterki. :(

Skończywszy część pierwszą, nieśpiesznie ruszam ku drugiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka