- Opowiadanie: fizyk111 - Przygody pana Alfreda i jego przyjaciółki Elizy

Przygody pana Alfreda i jego przyjaciółki Elizy

Wracam z taką, trochę odważną bajeczką.

Nigdy nie pisałem bajek.

Czy przeczytalibyście ją swoim kuzynom/dzieciom/wnukom?

 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Przygody pana Alfreda i jego przyjaciółki Elizy

Pan Alfred siedział przy kominku, pykając swoją ulubioną fajeczkę i popijając jaśminową herbatkę.

Ubrany był w ciepły szlafrok, a na stopach miał równie ciepłe kapcie.

Naprzeciwko niego siedziała gromadka maluchów z otwartymi pyszczkami. Tak, nie przesłyszeliście się, powiedziałem “pyszczkami”, bo maluchy były małymi krecikami, a Pan Alfred był wiekowym kretem o posiwiałym ze starości futerku i pooranym zmarszczkami pyszczku. Posiadał on pewną umiejętność, która czyniła go sławnym wśród wszystkich młodych krecików na całej Podmokłej Łące. Potrafił opowiadać.

Oczywiście, będąc kretem, Pan Alfred nie mógł pykać fajeczki ani grzać się przy kominku, zażywał jednak swoich krecich przyjemności, których wy nie potrafilibyście zrozumieć. Bo czyż grzebanie pyszczkiem w brudnej ziemi albo wybieranie przetrawionych listków z kozich bobków wydałoby się wam równie atrakcyjne? Pozostanę więc przy tych ludzkich porównaniach, ale pamiętajcie, że Pan Alfred był polnym kretem.

 

***

 

Gromadka krecich dzieci z niecierpliwością oczekiwała na opowieść. Ich niecierpliwość była tym większa, iż po raz pierwszy przybyły do jego norki dzieci Pani Luizy i Pani Emilii. Pan Alfred upił łyk herbaty, pociągnął kilka razy fajkę, puścił trzy fajkowe kółka i zapytał:

– Czy chcecie, moje dzieciaczki, usłyszeć opowieść o tym jak Pan Alfred poznał Panią Elizę?

Odpowiedziały mu zachwycone piski nie tylko nowych słuchaczy, ale również starszych maluchów, była to bowiem ulubiona opowieść wszystkich kretów w całej Podmokłej Łące. Panu Alfredowi wydało się nawet, że usłyszał radosne popiskiwanie obu Opiekunek. Pyknął raz jeszcze z fajeczki i rozpoczął opowieść:

 

– Musicie wiedzieć, że Pan Alfred zawsze był ciekawy świata i skory do wędrówek w nieznane. Tamtego pamiętnego lata musiał jednak powstrzymać swoje chęci, aby wraz ze swoją żoną Oliwią opiekować się dość licznym potomstwem. Tej wiosny Pani Oliwia urodziła piątkę przepięknych, przeuroczych kreciątek, które nieustannie domagały się jedzenia. Lato jednak przyszło gorące i suche. Wszystkie ziemne robaki uciekły z okolicy, a ulubione korzonki były łykowate i nie nadawały się do karmienia malutkich krecików. Pewnego dnia Pan Alfred powiedział do żony:

– Moja droga Oliwio, nasze dzieci od długiego już czasu nie zaznały smaku dżdżownicy, czy nawet białego robaka. Pamiętasz tego wędrownego szczura, który poprzedniej jesieni opowiadał o miejscu obfitującym w dorodne rosówki?

– Pamiętam. – Pani Oliwia poruszyła kilka razy wąsikami, potwierdzając słowa małżonka. – Mówił że trzeba iść daleko wzdłuż strumyka, w stronę w którą płyną wszystkie liście i patyczki.

– Postanowiłem więc udać się w to miejsce, aby przynieść dzieciom najwspanialsze przysmaki z naszej łąki.

Powiedziawszy to, Pan Alfred zaczął szykować się do dalekiej wyprawy w poszukiwaniu dorodnych dżdżownic. Zabrał ze sobą tyle prowiantu, ile mógł zmieścić w małym podróżnym plecaczku i zaczął kopać korytarz biegnący trochę w dół, a trochę w kierunku strumyka. Od czasu do czasu wychodził na powierzchnię i wystawiał czuły nosek do góry, aby zorientować się, czy podąża w dobrym kierunku. Za każdym razem pozostawiał po sobie piękny kopczyk świeżej, wilgotnej ziemi lśniącej czernią i wilgocią. Odpoczywał wtedy trochę i mrużąc oczy przed oślepiającymi promieniami słońca chłonął odgłosy i zapach zewnętrznego świata. Były one bardzo egzotyczne i dużo bardziej intensywne niż te spotykane pod ziemią. Najbardziej uwielbiał zapach wodnych kwiatów – kaczeńców i nenufarów. Lubił też słuchać śpiewu skowronków i rechotania żab. Rozkoszując się zapachami i dźwiękami świata na powierzchni musiał jednak być czujny i uważnie nasłuchiwać, czy nie zbliżają się wrogowie.

Łatwo było uciec przed wydrą czy bocianem, te duże niezgrabne stworzenia słychać było ze znacznej odległości. Najgroźniejsze były bezgłośne, drapieżne ptaki sunące bezszelestnie ponad łąką – sowy w nocy, jastrzębie i pustułki w dzień.

Chłonąc zapach kwiatów i śpiew ptaków wsłuchiwał się w rozmowy polnych myszy i chomików, które mając świetny wzrok, potrafiły ostrzec całą łąkę przed zbliżającym się z góry niebezpieczeństwem.

Tego dnia łąka była spokojna i Pan Alfred mógł nacieszyć swoje zmysły do woli. Odważył się nawet wyjść z kopczyka, aby wykąpać się w świeżej rosie, która w obfitej ilości zebrała się w rozłożystych liściach chrzanu. Pokrzepiony na duchu i ciele udał się w dalszą podróż. Pracowicie i cierpliwie przesuwał silnymi łapkami wilgotną ziemię za siebie, poszukując przysmaków. Konsekwentnie ignorował pojedyncze ślady małych dżdżownic i innych niewielkich, podziemnych stworzeń.

W miarę zbliżania się do strumienia grunt stawał się coraz bardziej pulchny, wilgotny i tłusty. Ku swej radości, coraz częściej spotykał ślady rosówek. Wyczuwał też coraz bardziej aromatyczne i smakowite zapachy nieznanych mu korzeni. Aż wreszcie nadeszła ta cudowna chwila, gdy usłyszał nad sobą przedzierającą się w pobliżu dorodną dżdżownicę. Rzucił się w tym kierunku zapamiętale kopiąc i drąc ziemię twardymi, długimi pazurami. Rosówka nie miała szans, była zbyt powolna. Chwycił ją mocno zębami i zaczął ciągnąć i ciągnąć z całych sił, aż wreszcie dżdżownica pękła, a Pan Alfred z impetem potoczył się w głąb korytarza. Niezrażony rzucił się ponownie w pogoń, złapał uciekiniera i tym razem wyciągnął robaka w całości. Pożywił się do syta, a pozostałą część wpakował do plecaka. Potem podążył śladem zdobyczy i wkrótce odnalazł gniazdo pełne młodziutkich różowych dżdżownic, które prawie całkowicie wypełniły jego sporych rozmiarów plecak. Zmęczony i zadowolony ze zdobyczy Pan Alfred postanowił odpocząć w tym miejscu, które wydawało się być całkowicie bezpieczne.

I rzeczywiście, nie niepokojony przez nikogo, zapadł w spokojny, pełen cudownych zapachów sen. Gdy się obudził, ciekawość i pragnienie powiodły go ku powierzchni. Kopiąc pracowicie, przesuwał się w górę, wyrzucając na zewnątrz coraz to nowe zwały ziemi, aby w pewnym momencie natknąć się na nieznany sobie, bardzo aromatyczny korzeń. Obwąchał go dokładnie i podrapał pazurami. Woń, która wydobyła się z wnętrza, była obezwładniająca. Pan Alfred nigdy w życiu nie spotkał nic wspanialszego. Ostrożnie polizał czubek pazura, aby zaraz potem łakomie wgryźć się w słodki, pyszny miąższ.

Kiedy nasycił już głód, pragnienie i łakomstwo, wypełnił wszystkie wolne zakamarki plecaka znalezionym właśnie przysmakiem i już miał się udać w drogę powrotną, gdy naszła go myśl, że chciałby jednak zobaczyć, jak wyglądają te korzenie na powierzchni.

Gdy wydostał się na zewnątrz, wystawiając ostrożnie nos z czubka kopczyka, zaczął nasłuchiwać i chłonąć zapachy. Szum drzew i śpiew ptaków brzmiały podobnie jak na łące, ale ziemia była cicha i spokojna. Nie słyszał figlujących myszy ani żartujących żab, nie słyszał przemykających jaszczurek ani wędrujących rzędów mrówek. Nie usłyszał też futrzastego potwora o ostrych pazurach i jeszcze ostrzejszych zębach, które niespodziewanie rozharatały mu kark. Szczęśliwie zdołał umknąć w głąb korytarza, zanim kocur zaatakował ponownie.

Z plecakiem pełnym przysmaków Pan Alfred powędrował z powrotem do rodzinnej norki. Pomimo bólu, jaki sprawiało mu przekopywanie nowych korytarzy, cieszył się bardzo na myśl o tym, jaką radość sprawi dzieciom i jak dumna będzie z niego Pani Oliwia. Dotarł tam bez większych przygód, a dostarczone zapasy pozwoliły całej rodzinie na beztroskie życie przez długi czas.

 

Nadszedł jednak taki dzień, w którym Pani Oliwia odkryła, że zapasy przyniesione przez męża zaczynają się kończyć. Tego też wieczora, gdy uśpiła już ostatnie z kreciątek, zaparzyła jaśminowej herbatki, którą rozlała do dwóch filiżanek. Jedną z nich podała Panu Alfredowi, który siedział wygodnie w fotelu, wpatrując się w ogień buzujący w kominku. Z drugiej filiżanki pociągnęła mały łyczek aromatycznego naparu, po czym odstawiła ją na stoliczek. Usiadła mężowi na kolanach i odezwała się w te słowa:

– Kochany mężu, zdobyte przez ciebie w bohaterski sposób zapasy już się kończą i trzeba nam zdobyć nowe. – Przytuliła się do Pana Alfreda, czule drapiąc go obiema łapkami po plecach.

Pan Alfred, który po powrocie z wyprawy ciągle odczuwał ból w karku rozharatanym ostrymi, kocimi pazurami, westchnął cokolwiek z przesadą, bowiem ostatnimi czasy nieco się rozleniwił. Ponieważ był jednak odpowiedzialnym mężem i ojcem, dobrze wiedział, że musi ponownie wybrać się po zapasy pożywienia. Zamierzał właśnie o tym powiedzieć Pani Oliwii, ale ona odezwała się pierwsza.

– Kochany Alfredzie, nasza spiżarnia już prawie świeci pustkami. Postanowiłam, że to ja tym razem wybiorę się po pokarm dla dzieci. Ja również chciałabym skosztować tych świeżych, słodkich korzonków, które nam przyniosłeś. A ty, mój mężu, w tym czasie mógłbyś do końca wyleczyć swoje rany, ciągle nie jesteś przecież w pełni zdrowia.

– Ależ żono moja – zaprotestował Pan Alfred. – Nie mogę pozwolić, abyś opuściła nasze gniazdko i pozostawiła dzieci.

Protest ten jednak był cokolwiek słaby i niezbyt przekonujący, co Pani Oliwia skwapliwie wykorzystała, podkreślając w dalszych słowach, jak dobrym jest ojcem i jak wspaniale opiekuje się dziećmi. Pan Alfred w końcu wyraził zgodę, aby pozostać w domu i podczas nieobecności żony mieć pieczę nad potomstwem. Pani Oliwia spakowała do plecaczka tyle prowiantu, ile mogła zabrać ze spiżarni, aby nie brakło na wyżywienie dzieci i wyruszyła, kopiąc korytarz biegnący trochę w dół, a trochę w kierunku strumyka.

 

To właśnie wtedy, oczekując na powrót żony, Pan Alfred rozwinął w sobie umiejętność opowiadania. Opiekując się gromadką niesfornych i nic niewiedzących o świecie małych kreciątek, musiał dzielić swój czas na zdobywanie marnych skrawków jedzenia w czasie, gdy maluchy spały i opiekę nad nimi, gdy spać nie chciały.

Pewnego razu w pogoni za dorodnym okazem robaka zapuścił się bardzo daleko. Robak zdołał uciec, a Pan Alfred wrócił do norki późno i był bardzo zmęczony i zły. W dodatku małe kreciki już dawno się obudziły i rozpełzły po okolicznych korytarzach tak, że bez odpoczynku musiał ruszyć na ich poszukiwanie. Pierwszego z nich Pan Alfred znalazł bardzo szybko i przyprowadził do norki, narzekając przy tym głośno.

– Ja tu się staram, aby wam złapać jakiegoś robaka, który byłby chociaż trochę tłustszy od zeszłorocznego korzenia jagodzin, a wy małe łobuziaki, rozłazicie się po całym kretowisku za nic sobie mając starania ojca.

Umieścił pierwszego malucha w kojcu. Grożąc mu pazurem, nakazał aby siedział tu bez ruchu czekając aż znajdzie pozostałych i wyruszył na dalsze poszukiwania gderając tak, że echo niosło jego słowa po wszystkich krecich korytarzach.

– Wracać mi tu do norki, małe nieusłuchane kreciki – krzyczał Pan Alfred w głąb korytarzy – wystarczy was zostawić na chwilę, a już rozłazicie się po całej łące, jak te larwy i robale. Jak ten, nie przymierzając dzisiejszy wstrętny okaz, który wydłubał sobie korytarze w gęstej glinie i na głos śmiał się z tego, jak wolno się przez nią przekopuję. Nooo, mam cię urwisie – wykrzyknął Pan Alfred, gdy odnalazł drugie dziecko. – Marsz natychmiast do norki.

– A złapałeś tego robaka w glinie? – zapytał mały krecik.

– Jakiego znowu robaka, zmykaj natychmiast do domu. – Pan Alfred dźgnął syna pazurem.

Mały krecik pomknął w stronę norki, aby po chwili zatrzymać się i zapytać.

– Ale opowiesz czy złapałeś tego robaka?

Pan Alfred chciał pogrozić krecikowi pazurem, a może nawet porządnie go dźgnąć, nie zdążył jednak tego zrobić, ponieważ z drugiej strony rozległy się głosy.

– Opowiedz, tato.

– Złapałeś tego robala?

– A co to jest glina?

Pan Alfred westchnął ciężko.

I wiecie co? Odpowiedział na te, i wszystkie następne pytania, a od tego wieczora małe kreciki już nie uciekały, tylko grzecznie czekały na tatę i jego opowieści.

 

Dzień płynął za dniem, zapasy w spiżarce kurczyły się w zastraszającym tempie, a Pani Oliwia ciągle nie wracała. Pan Alfred nie miał już wprawdzie problemu z pilnowaniem małych kreciątek, bo te zawsze grzecznie czekały na niego i jego nową opowieść, ale coraz bardziej martwił się o swoją żonę. W dniu, w którym zorientował się, że zapasów wystarczy tylko na trzy posiłki, postanowił wyruszyć na poszukiwania Pani Oliwii i pożywienia dla małych kreciątek.

Gdyby nie maluchy, Pan Alfred przebyłby drogę do terenów obfitujących w smakołyki bardzo szybko. Podążał bowiem wykopanymi przez Panią Oliwię tunelami, które ciągle jeszcze nie zapadły się w sobie. Musiał jednak od czasu do czasu wykopać małą płytka norkę, w której mogły odpocząć kreciątka. Z każdym noclegiem Pan Alfred z niepokojem obserwował kurczące się zapasy. Aż wreszcie, tego dnia, gdy pozostała już tylko ostatnia porcja jedzenia, poczuł zapach, który dobrze pamiętał z poprzedniej wyprawy – słodki i aromatyczny. Nakazał dzieciom, aby nie ruszały się z tego miejsca i czekały, aż wróci, a sam w pośpiechu zaczął przedzierać się w stronę, z której dochodziły smakowite zapachy. Nie zwracał przy tym uwagi ani na czyhające niebezpieczeństwa, ani nawet na intensywne odgłosy przedzierającej się nad nim dżdżownicy. Ochłonął dopiero wtedy, gdy usłyszał głos:

– Nie idź tam, krecie. Tam śmierć. Tam biały pył. Nie idź.

Pan Alfred ochłonął z zapamiętałego przekopywania się i ogarnął zmysłami otoczenie. Wyczuł dużą, smakowitą rosówkę tuż obok siebie i instynktownie rzucił się w jej kierunku. Udało mu się złapać i odgryźć sam koniuszek, wystający z ziemi. Dżdżownica uciekła, wołając ciągle:

– Nie idź tam, nie jedz białego pyłu, tam śmierć, nie idź…

Pan Alfred rozważał przez chwilę, czy gonić rosówkę, czy też podążać w kierunku pysznych korzonków, które na pewno nie będą uciekać i zdecydował się na to drugie rozwiązanie. Powrócił do kopania, narzekając głośno swoim zwyczajem.

– Do czego to doszło, na tej Podmokłej Łące, że nawet dżdżownica przestała się bać kreta i ostrzega go przed śmiercią. Hej, ty, rosówka, słyszysz mnie? – Pan Alfred wcale nie oczekiwał odpowiedzi, a jednak ją usłyszał.

– Słyszę cię, krecie. Chyba cała Łąka cię słyszy, tak się wydzierasz.

– Czemu ty się nie boisz? Czemu ostrzegasz, wiedząc, że mogę cię zjeść? Masz ty w ogóle jakieś imię, czy mam do ciebie mówić rosówka? – Pan Alfred trochę się zasapał i przerwał na chwilę swoją przemowę, nie przestając jednak zawzięcie kopać. Gdy był już blisko pożywnych korzonków, natknął się na przeszkodę, która zagradzała stary korytarz.

– Nie idź dalej, nie jedz białego proszku, dżdżownice też nie żyją, mam na imię Eliza – mówiła monotonnym głosem dżdżownica.

Pan Alfred w tym czasie przekopywał się wokół zagradzającego mu drogę martwego kreta, aby po chwili zobaczyć dużą stertę smakowitych korzonków, pokrytych białym proszkiem. W głowie dźwięczał mu głos dżdżownicy „nie jedz białego proszku”, ale sterta pysznego pożywienia przywiodła mu na myśl pięcioro malutkich głodnych kreciątek. W tej chwili zapomniał o ostrzeżeniach Elizy i rzucił się po pożywienie. Na drodze leżał jednak martwy kret, o którego ciało potknął się i upadł, boleśnie uderzając się w zraniony przez kocura kark. Gdy ból minął i Pan Alfred otworzył oczy, zobaczył przed sobą martwy, acz piękny jak zawsze ryjek Pani Oliwii. Łzy same napłynęły mu do oczu. Nie wiedział co zrobić. Zakręcił się wkoło, a potem podszedł i przytulił się na długą chwilę do swojej ukochanej żony.  

Gdy obeschły łzy i zaczął ponownie widzieć świat wokół siebie, zobaczył leżące dookoła martwe ciała mieszkańców Podmokłej Łąki. Był tam chomik Barnaba, pajęczyca Magnifelia, myszy z Dużego Pagórka i wielu innych, których Pan Alfred nie znał z imienia. Zrozumiał, że Pani Eliza mówiła prawdę i nie zwlekając ani chwili dłużej wyruszył z powrotem do swoich dzieci, nawołując po drodze to Panią Elizę dzięki której ciągle żył, to swoje dzieci do których dzięki niej mógł wrócić.

Gdy dotarł do miejsca, w którym pozostawił swoje dzieci, najpierw uradował się widząc je wszystkie zbite w gromadkę w głębi małej norki. Chwilę potem, gdy żadne z nich nie ruszyło się, aby go przywitać, jego małe krecie serduszko zamarło z trwogi, bo wyobraził sobie, że maluchy są równie martwe jak Pani Oliwia. Najszybciej jak mógł, zbliżył się do nich i odetchnął z ulgą. Były słabiutkie, ale żyły i cichutko popiskując, domagały się jedzenia. Pan Alfred zapłakał po raz drugi tego dnia, nie miał bowiem nic, czym mógłby nakarmić swoje dzieci. W skrajnej rozpaczy, postanowił zrobić to, co potrafił najlepiej – zaczął opowiadać im o mamie, która wybrała się na poszukiwanie pysznych korzonków, o mieszkańcach Podmokłej Łąki, którzy umarli otruci białym proszkiem i o Pani Elizie, która uchroniła go od śmierci, dzięki czemu mógł powrócić i opowiedzieć im ostatnią w życiu opowieść.

– Panie Alfredzie. – Znajomy głos wydawał się dobiegać zewsząd. – Panie Alfredzie, wiem, jak mogłabym pomóc.

Pan Alfred nie był pewien, czy mu się to śni, czy rzeczywiście ktoś do niego mówi. Czuł przytulone do siebie maleńkie ciałka, ledwo oddychających, śpiących krecików. Rozejrzał się dookoła i zobaczył wyglądającą z góry głowę dorodnej dżdżownicy. Pomyślał, że gdyby ją złapał, mógłby nakarmić swoje dzieci i może nawet dotrzeć z powrotem do domu. Tylko co potem – pomyślał – co za różnica, czy umrą tutaj, czy trochę dalej stąd. Po chwili dotarł do niego sens słów, które usłyszał.

– Czy naprawdę może nam pani pomóc, Pani Elizo?

– Jeśli tylko obieca pan, Panie Alfredzie, że mnie nie zje, to mam pewien pomysł – odpowiedziała dżdżownica.

– Nie zjem pani. – Pan Alfred przypomniał sobie całą historię i to, ile zawdzięczał Pani Elizie. – Sądzę, że od dzisiaj nie będę już zjadał dżdżownic, ani innych mieszkańców Podmokłej Łąki.

Pan Alfred najpierw zamyślił się głęboko, a potem zaczął opowiadać o sobie co jak wiemy, przychodziło mu z łatwością i sprawiało przyjemność słuchającym.

– Do tej pory byłem zwykłym kretem, który postępował tak, jak krecia tradycja nakazuje. Znalazłem krecicę, która mi się spodobała i o którą walczyłem z innymi kretami. Gdy już nikt nie chciał mi jej odebrać, ożeniłem się z nią i urodziły nam się przepiękne kreciątka. Dbałem o nie, jak tylko mogłem. Codziennie przynosiłem im świeże robaki, a jak się dało to i dorodne dżdżownice. Moją pasją było poznawanie świata. Wyruszałem więc czasem na dalekie wyprawy, z których przynosiłem swojej rodzinie niespotykane przysmaki i cudowne opowieści o okolicznych krainach i stworzeniach. Pani Oliwia nie była jednak zwykła krecicą, ona też chciała poznawać świat i ja to rozumiałem. Wyruszyła więc pewnego dnia na pierwszą swoją wyprawę. Wyruszyła moim śladem, aby przynieść dzieciom niezwykłego smaku korzonki. Wyruszyła sama, a ja znalazłem ją martwą, pośród innych martwych stworzeń. I tak sobie myślę, tak rozważam w swoim wnętrzu, czy musimy umierać. I znajduję odpowiedź, że tak, że musimy, ale przecież nie chcemy. I tak samo chcemy żyć my krety, jak i wy dżdżownice.

Pan Alfred zamilkł. W maleńkiej przestrzeni tymczasowej norki słychać było słabe oddechy małych kreciątek i sapanie zmęczonego długą przemową kreta.

– Pani Elizo? – odezwał się po długiej chwili Pan Alfred. – Ten pani pomysł, co to było?

– Dżdżownice są bardzo żywotne – odpowiedziała dżdżownica. – No wie pan, można im oderwać kawałek, a on po krótkim czasie odrośnie, to pomyślałam sobie, że gdyby pan, Panie Alfredzie mnie nie zjadł, to pana dzieci mogłyby się nakarmić kawałkiem mnie. No, mogły by mnie troszeczkę nadgryźć od strony ogonka.

Pan Alfred z radością przystał na propozycję Pani Elizy. Co więcej, obiecał, że już nigdy nie będzie zjadał innych mieszkańców Podmokłej Łąki, zrozumiał bowiem, że życie jest równie ważne dla małych kreciątek, jak i dla małych dżdżowniczek czy białych robaczków.

 

***

 

Pan Alfred wydłubał wygasłe ziółka z fajki i wrzucił je do płonącego kominka. Potem nabił ją ponownie i zapalił. Pykając raz po raz, otoczył się błękitną, aromatyczną chmurą dymu. Żaden ze słuchających go krecików nie odważył się przerwać zapadłej nagle ciszy.

Stary kret stuknął kilka razy fajką w obrzeże kominka. Po chwili z góry posypało się kilka grudek ziemi i w powstałym otworze ukazała się dorodna dżdżownica. Zsunęła się na dół, wpełzła po oparciu fotela i owinęła się wokół szyi Pana Alfreda na kształt ciepłego, wełnianego szala.

– A to, moje dzieciaczki, jest właśnie Pani Eliza. – Takimi oto słowami zakończył swoją opowieść Pan Alfred, który jak dobrze wiecie, nie mógł wiedzieć co to jest wełniany szal, był bowiem tylko polnym kretem.

Koniec

Komentarze

No cóż, Fizyku, dawno już wyrosłam z bajek, a na pewno z takich, które są przeznaczone dla dzieci młodszych. Nie umiem też odpowiedzieć na pytanie zadane w przedmowie, albowiem nie mam dzieci ani wnuków. Tuszę, że Twoją ciekawość w tej materii zaspokoją czytelnicy z progeniturą.

Mogę tylko powiedzieć, że historię Pana Alfreda czytało się nieźle, mimo że wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

wy­sta­wiał swój czuły nosek do góry… ―> Czy zaimek jest konieczny? Wszak nie wystawiałby cudzego noska

 

prze­su­wał sil­ny­mi łap­ka­mi wil­got­ną zie­mie za sie­bie… ―> Literówka.

 

za­pa­mię­ta­le kopic i drąc zie­mię… ―> Literówka.

 

I rze­czy­wi­ście, nie­nie­po­ko­jo­ny przez ni­ko­go… ―> I rze­czy­wi­ście, nie­ nie­po­ko­jo­ny przez ni­ko­go

 

bar­dzo aro­ma­tycz­ny ko­rzeń. Ob­wą­chał go do­kład­nie i po­dra­pał pa­zu­ra­mi. Aro­mat, który wy­do­był się z wnę­trza, był obez­wład­nia­ją­cy. Pan Al­fred nigdy w życiu nie spo­tkał nic wspa­nial­sze­go. Ostroż­nie po­li­zał czu­bek pa­zu­ra, aby zaraz potem ła­ko­mie wgryźć się w słod­ki i aro­ma­tycz­ny miąższ. ―> Nadmiar aromatów.

Proponuję: …bar­dzo aro­ma­tycz­ny ko­rzeń. Ob­wą­chał go do­kład­nie i po­dra­pał pa­zu­ra­mi. Woń która wy­do­była się z wnę­trza, była obez­wład­nia­ją­ca. Pan Al­fred nigdy w życiu nie spo­tkał nic wspa­nial­sze­go. Ostroż­nie po­li­zał czu­bek pa­zu­ra, aby zaraz potem ła­ko­mie wgryźć się w słod­ki i pyszny miąższ.

 

Kiedy na­sy­cił swój głód, pra­gnie­nie i ła­kom­stwo… ―> A może wystarczy: Kiedy na­sy­cił głód, pra­gnie­nie i ła­kom­stwo

 

Szum drzew i śpiew pta­ków były po­dob­ne jak na łące, ale zie­mia była cicha i spo­koj­na. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Szum drzew i śpiew pta­ków brzmiały po­dob­ne jak na łące, ale zie­mia była cicha i spo­koj­na.

 

Z dru­giej fi­li­żan­ki po­cią­gnę­ła mały ły­czek aro­ma­tycz­ne­go na­pa­ru, po czym odło­ży­ła ją na sto­li­czek. ―> …po czym odstawiła ją na sto­li­czek.

Z odłożonej filiżanki wylałaby się cała zawartość.

 

i ode­zwa­ła się w te słowa. ―> Tu postawiłabym dwukropek: …i ode­zwa­ła się w te słowa:

 

czule dra­piąc go oboma łap­ka­mi po ple­cach. ―> …czule dra­piąc go obiema łap­ka­mi po ple­cach.

Za SJP PWN: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/kiedy-obiema-kiedy-oboma;12770.html

 

opie­ku­je się dzieć­mi. Pan Al­fred w końcu dał się upro­sić. Zgo­dził się po­zo­stać w domu i opie­ko­wać się dzieć­mi… ―> Siękoza.

 

Ochło­ną do­pie­ro wtedy, gdy usły­szał głos. ―> Ochło­nął do­pie­ro wtedy, gdy usły­szał głos.

 

bo­le­śnie ude­rza­jąc się w zra­nio­ny przez ko­cu­ra bark. ―> Wcześniej napisałeś: …które nie­spo­dzie­wa­nie roz­ha­ra­ta­ły mu kark. –> Co kocur okaleczył Panu Alfredowi – kark czy bark?

 

to swoje dzie­ci, do któ­rych dzię­ki niej mógł wró­cić. Gdy do­tarł do miej­sca, w któ­rym po­zo­sta­wił swoje dzie­ci… ―> Powtórzenie.

 

Czuł przy­tu­lo­ne do niego ma­leń­kie ciał­ka… ―> Czuł przy­tu­lo­ne do siebie ma­leń­kie ciał­ka

 

Tylko co potem – po­my­ślał – co za róż­ni­ca, czy umrą tutaj, czy tro­chę dalej stąd. ―> Może: Tylko co potem – po­my­ślał. Co za róż­ni­ca, czy umrą tutaj, czy tro­chę dalej stąd.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: Zapis myśli bohaterów

 

Moją pasja było po­zna­wa­nie świa­ta. ―> Literówka.

 

obie­cał, ze już nigdy nie bę­dzie zja­dał… ―> Literówka.

 

Po chwi­li z góry po­sy­pa­ło się kilka gró­dek ziemi… ―> Po chwi­li z góry po­sy­pa­ło się kilka grudek ziemi

Fizyku, bój się bogów! I sprawdź, co to gródek!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki reg za łapankę i miłe słowo. smiley

Poprawione wszystko oprócz siękozy – zajmę się nią wieczorem.

Bardzo proszę, Fizyku. Cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

A w rzeczonym zdaniu: …jak wspaniale opiekuje się dziećmi. Pan Alfred w końcu dał się uprosić. Zgodził się pozostać w domu i opiekować się dziećmi przez czas potrzebny na wyprawę. – zauważyłam jeszcze powtórzenie, które, przy okazji likwidacji siękozy, też wyeliminowałam. Wyszło mi takie coś:

jak wspaniale opiekuje się dziećmi. Pan Alfred w końcu wyraził zgodę, aby pozostać w domu i, przez czas potrzebny na wyprawę, mieć pieczę nad potomstwem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytam w nocy, bo mnie zaciekawiłeś pytaniem, czy przeczytałbym to swoim dzieciom. Stay tuned ;)

 

A póki co, mam skojarzenie z emitowaną na BBC Cbeebies bajką “Rolly Mo Show”, o krecie czytającym bajki swojej siostrzenicy i dwóm myszom o dziwnie lovecraftowych imionach Yugo i Migo (Yuggoth i Mi-Go) ;)

Known some call is air am

@Reg – Dzięki wielkie za sugestię – siękoza wyleczona. smiley

@Outta – Stoję dostrojony i czekam. laugh

I w ten niekonwencjonalny sposób, mnie także udało się coś wyleczyć! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Siema! Jestem ponownie, jak obiecałem. Na początek kilka uwag, a potem odniosę sie do treści, OK? To lecimy :)

 

Tamtego pamiętnego lata musiał jednak powstrzymać swoje chęci, aby wraz ze swoją żoną Oliwią opiekować się dość licznym potomstwem. Tej wiosny Pani Oliwia urodziła piątkę przepięknych, przeuroczych kreciątek, które nieustannie domagały się jedzenia. Lato jednak przyszło gorące i suche.

Powiem szczerze, że się tutaj potknąłem trochę. Bo piszesz najpierw “tamtego lata” a potem “tej wiosny” i zgubiłem czas, w którym dzieje się ta opowieść. Dopiero po chwili wszystko wróciło na swoje miejsce, jednak może dałbyś radę to przeredagować?

 

Pewnego dnia Pan Alfred powiedział do swojej żony.

Zaimek. Potrzebny?

 

Od czasu do czasu wychodził na powierzchnię i wystawiał czuły nosek do góry, aby zorientować się. czy podąża w dobrym kierunku.

A tutaj się niepotrzebna kropka wkradła.

 

Rozkoszując się zapachami i dźwiękami świata na powierzchni, musiał jednak być czujnym i uważnie nasłuchiwać czy nie zbliżają się wrogowie.

Może zwykłe “czujny” wystarczyłoby, zamiast “czujnym”?

 

potrafiły ostrzec całą łąkę przed zbliżającym się z nieba niebezpieczeństwem.

Nie brzmi mi to dobrze. Gdyby “nieba” zastąpić słowem “góry”?

 

Chwycił ją mocno zębami i zaczął ciągnąć i ciągnąć z całych sił, aż wreszcie dżdżownica pękła, a Pan Alfred z impetem pokulał się w głąb korytarza.

Potoczył? Poturlał? Bo pokulał to jakoś dziwnie brzmi :)

 

Potem podążył śladem zdobyczy i wkrótce odnalazł gniazdo pełne młodziutkich różowych dżdżownic, które prawie całkowicie wypełniły jego dość sporych rozmiarów plecak. Zmęczony i zadowolony zdobyczą Pan Alfred postanowił odpocząć w tym miejscu, które wydawało się być całkowicie bezpieczne.

Przekreślone usunąłbym. A pogrubione zmieniłbym na “Zmęczony i zadowolony ze zdobyczy”.

 

Szum drzew i śpiew ptaków brzmiały podobne jak na łące, ale ziemia była cicha i spokojna.

Literówka.

 

Pan Alfred, który po powrocie z wyprawy, ciągle odczuwał ból w karku rozharatanym ostrymi, kocimi pazurami, westchnął cokolwiek z przesadą, bowiem ostatnimi czasy cokolwiek się rozleniwił.

Powtórzenie, które mnie nieco razi. A właśnie słowo “nieco” mogłoby zastąpić drugie “cokolwiek” :)

 

– A złapałeś tego robaka w glinie? – zapytał mały krecik?

Pytajnik numer dwa do usunięcia.

 

Podążał bowiem tunelami wykopanymi przez Panią Oliwię, które ciągle jeszcze nie zapadły się w sobie. Musiał jednak od czasu do czasu wykopać mała płytka norkę, w której mogły odpocząć małe kreciątka.

W podkreślonym zdaniu mieszasz podmiotami. Po zmianie szyku, byłoby to zdanie bardziej czytelne: “Podążał bowiem wykopanymi przez Panią Oliwię tunelami, które ciągle…”

Pogrubione do zmiany na “małą, płytką”. A przekreślone do usunięcia, bo jak “kreciątka” to wiemy, że małe.

 

Udało mu się złapać i odgryźć nam koniuszek, wystający z ziemi.

Tu coś nie gra.

 

Gdy był już blisko pożywnych korzonków, natknął się na przeszkodę, która zagradzał stary korytarz.

Zagradzała.

 

le sterta pysznego pożywienia przywiodła mu na myśl pięcioro malutkich głodnych kreciątek.

Aliteracja. Chociaż w bajkach one nie rażą, ale wskazuję na wszelki wypadek :)

 

Pan Alfred wydłubał wygasłe ziółka z fajki i wrzucił je do płonącego kominka. Nabił ponownie fajkę i zapalił. Pykając raz po raz, otoczył się błękitną, aromatyczną chmurą dymu. Żaden ze słuchających go krecików nie odważył się przerwać zapadłej nagle ciszy.

Stary kret stuknął kilka razy fajką w obrzeże kominka.

Powtórzenia. Może drugą fajkę zastąpić słowem “cybuch”? A “zapadłej” zmieniłbym na “zaległej”.

 

Oczywiście uwagi w większości subiektywne, nie musisz nanosić wszystkich poprawek. Zastanów się nad nimi i wybierz te, które uważasz za słuszne.

 

A teraz co do fabuły. Bajka ma być edukacyjna. I ta w zasadzie jest, tylko nieco makabryczna się robi, w momencie w którym pani Eliza proponuje zjadanie swojego ciała kreciątkom. To nie jest złe, o nie, ale trochę creepy ;) Martwe krety, chomik Barnaba, pajęczyca i reszta stosu ciał też dreszczogenne, szczególnie dla dzieci. Ale bajeczka w sumie fajna i nie miałbym nic przeciw przeczytaniu jej mojemu sześciolatkowi, bo drugi syn, jedenastoletni, to już na bajki tego typu jest za duży. Prawdę rzekłszy, to te wspomniane creepy motywy sprawiłyby w przypadku mojej młodszej latorośli, że bajka bardziej by go zaciekawiła :D

Morał też jest – żyj i pozwól żyć innym. Dla mnie OK.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Q

Known some call is air am

Dzięki Outa za uwagi, większośc z nich już uwzględniona.

Dzięki również za opinię, która odbieram bardzo pozytywnie. Fajnie też, że dałeś informacje co do targetu, bo ja jestem w wieku “przejściowym”. Zapomniałem już jak moje dzieci dziećmi były, a wnuków jeszcze nie ma. wink 

Cześć Fizyku!

 

Bardzo sympatyczne opowiadanie z mądrym przesłaniem, do przeczytania dzieciom, ale dorosłym też całkiem przyjemnie się przyswaja. Czasami mam wrażenie, że jest trochę spore nagromadzenie okołokreciego źródłosłowu, niemniej to ważny motyw w tekście, więc nie ma co przesadzać z czepialstwem. Tylko ten fragment poniżej wydaje się być trochę nadmiernie ukrecony XD.

 

Pan Al­fred był wie­ko­wym kre­tem o po­si­wia­łym ze sta­ro­ści fu­ter­ku i po­ora­nym zmarszcz­ka­mi pyszcz­ku. Po­sia­dał on pewną umie­jęt­ność, która czy­ni­ła go sław­nym wśród wszyst­kich mło­dych kre­ci­ków na całej Pod­mo­kłej Łące. Po­tra­fił opo­wia­dać.

Oczy­wi­ście, będąc kre­tem

Jednak powiem szczerze, że w tych czasach potrzeba trochę dziecęcej fantazji i bajkowości, żeby się uśmiechnąć, więc kupiłeś mnie całością. Polecam do biblioteki i pozdrawiam.

Oidrin, bardzo dziękuję za miłe słowa. 

Cieszę się, że twoim zdaniem przyjemność z czytania mogą czerpać również starsi. Jeśli ma to być również lekarstwem na współczesność, to moja radość jest podwójna.

Ukrecony, kojarzy mi się z ukwiecony i jakoś nie za bardzo mam ochotę go od-. Ale wiem o co Ci chodzi i na pewno masz rację. smiley

To dobrze, że opinię odbierasz pozytywnie, bo ja pozytywnie odbieram Twój tekst :)

Czyli jest pozytywnie ;)

Known some call is air am

Dzieciom w rodzinie bym raczej nie czytała, bo wydają się za duże.

Zgadzam się, że zjadanie żywej rosówki jest creepy. I to chyba nie jest tak, że można odgryźć ogonek, bo to niepotrzebna część mnie. Po przekrojeniu na pół obie części będą żywe i samodzielne.

Ale poza tym sympatyczna historyjka.

Babska logika rządzi!

Czytało się dobrze, zgrabnie napisana bajeczka. Symbioza kreta i Elizy nieco makabryczna, ale w końcu to bajka, a tam nie takie rzeczy się dzieją. Nie mam w najbliższym otoczeniu potencjalnych odbiorców, ale myślę, że tekst może przypaść dziatwie do gustu :) Polecam do biblioteki.

 

Rzuciło mi się w oczy takie powtórzenie: 

gdy dotarł do miejsca, w którym pozostawił swoje dzieci, najpierw odetchnął z ulgą, widząc je wszystkie zbite w gromadkę w głębi małej norki. Chwilę potem, gdy żadne z nich nie ruszyło się, aby go przywitać, jego małe krecie serduszko zamarło z trwogi, bo wyobraził sobie, że maluchy są równie martwe jak Pani Oliwia. Najszybciej jak mógł, zbliżył się do nich i odetchnął z ulgą.

Pozdrawiam!

Odpowiadając na pytanie zawarte w przedmowie: nie, nie przeczytałabym mojemu dziecku takiej bajki. Ma cztery latka i wolę nie czytać mu o umierających zwierzętach. 

Generalnie opowiadanie zaczęło się sympatycznie, ale potem raz, że pewnych szczegółów wydało mi się za dużo, dwa, że jednak ten wątek z martwą panią kretową i połową łąki załatwioną przez biały proszek (który w sumie nie wiem, czym jest?) wydaje mi się mało bajkowy, trzy, że morał z kretem-weganinem wydaje mi się deczko zbyt łopatologiczny. No ale każdemu co kto lubi.

 

„pociągnął kilka razy fajkę” – Nie wydaje mi się to poprawnym sformułowaniem. Ale nie znam się na fajkach…

 

„Pewnego dnia Pan Alfred powiedział do swojej żony[-.+:]

 

„Odpoczywał wtedy trochę i mrużąc oczy przed oślepiającymi promieniami słońca, chłonął odgłosy i zapach zewnętrznego świata.” – Albo wtrącenie wydzielone przecinkami z obu stron, albo wcale.

 

„Były one bardzo egzotyczne i dużo bardziej intensywne niż te[-,] spotykane pod ziemią.”

 

„Rozkoszując się zapachami i dźwiękami świata na powierzchni[-,] musiał jednak być czujnym i uważnie nasłuchiwać[+,] czy nie zbliżają się wrogowie.

 

„Kiedy nasycił już głód, pragnienie i łakomstwo, wypełnił wszystkie wolne zakamarki plecaka[-,] znalezionym właśnie przysmakiem i już[-,] miał się udać w drogę powrotną…”

 

„Pan Alfred, który po powrocie z wyprawy[-,] ciągle odczuwał ból w karku rozharatanym ostrymi, kocimi pazurami…”

 

„Pan Alfred w końcu wyraził zgodę[+,] aby pozostać w domu i[-,] podczas nieobecności żony mieć pieczę nad potomstwem.”

 

„Pewnego razu w pogoni z dorodnym okazem robaka…”– za

 

„Pierwszego z nich Pan Alfred znalazł bardzo szybko[-,] i przyprowadził do norki…”

 

„a wy[+,] małe łobuziaki, rozłazicie się po całym kretowisku[+,] za nic sobie mając starania ojca.”

 

„Jak ten, nie przymierzając[+,] dzisiejszy wstrętny okaz”

 

„Nooo, mam cię urwisie – wykrzyknął Pan Alfred, gdy odnalazł drugie dziecko.” – Skoro wykrzyknął, to brakuje wykrzyknika.

 

„Mały krecik pomknął w stronę norki, aby po chwili zatrzymać się i zapytać[-.+:]

 

„– Opowiedz[+,] tato.”

 

„Musiał jednak od czasu do czasu wykopać mała płytka norkę, w której mogły odpocząć kreciątka.” – małą

 

„ Z każdym noclegiem[-,] Pan Alfred z niepokojem obserwował kurczące się zapasy.”

 

To brzmi, jakby pani kretowej nie było wiele dni, co najmniej tydzień czy coś, podczas gdy podróż pana kreta nie wydawała się tak dłużyć… W sensie, że odczucie mam takie, jakby mąż bardzo późno wyruszył na poszukiwania żony.

 

„Aż wreszcie, tego dnia, gdy pozostała już tylko ostatnia porcja jedzenia” – Czepialstwo: „Już tylko ostatnia” to za dużo grzybków w barszczu. Pozostała ostatnia porcja jedzenia w zupełności by wystarczyło.

 

„Ochłonął dopiero wtedy, gdy usłyszał głos[-.+:

 

„Wyczuł dużą, smakowitą rosówkę, tuż obok siebie i instynktownie rzucił się w jej kierunku.” – I znowu, albo wtrącenie wydzielone przecinkami z obu stron, albo wcale.

 

„– Nie idź dalej, nie jedz białego proszku, dżdżownice też nie żyją, mam na imię Eliza. – Monotonnym głosem mówiła dżdżownica.” Zły zapis dialogu. →

– Nie idź dalej, nie jedz białego proszku, dżdżownice też nie żyją, mam na imię Eliza – mówiła dżdżownica monotonnym głosem.

 

„Zrozumiał, że pani Eliza mówiła prawdę i nie zwlekając ani chwili dłużej, wyruszył z powrotem do swoich dzieci, nawołując po drodze to Panią Elizę…” – Znowu kwestia wtrącenia, a poza tym zdecyduj się, czy jest to pani Eliza, czy Pani Eliza.

 

„Najszybciej jak mógł[-,] zbliżył się do nich i odetchnął z ulgą.”

 

„Były słabiutkie, ale żyły i cichutko popiskując, domagały się jedzenia.” – jw. z wtrąceniem.

 

„:Sądzę, że od dzisiaj nie będę już zjadał dżdżownic[-,] ani innych mieszkańców Podmokłej Łąki.” – No, ofiarnie zdechnę z głodu i moje dzieci też ;p

 

„zaczął opowiadać o sobie, co jak wiemy[-,] przychodziło mu z łatwością i sprawiało przyjemność słuchającym.”

 

„Wyruszyła moim śladem[+,] aby przynieść dzieciom niezwykłego smaku korzonki.” – Czemu szyk przestawny?

 

„jak i dla małych dżdżowniczek[-,] czy białych robaczków.”

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

@Finkla – dzięki za kliczka i cieszę się, że sympatycznie było podczas czytania.

@Adam_c4 – Dzięki za polecajke. Zgadzam się, ze nie takie rzeczy się dzieją w bajkach. Powtórzenie opanowane. smiley

@Joseheim – Pokłony wielkie za te wszystkie przecinki. Dzięki za raz, dwa, trzy – bardzo wartościowe uwagi. Po raz kolejny zderzam się z problemem czytelnika, który nie siedzi w mojej głowie – krety są szkodnikami i co bardziej wrażliwi posiadacze ogródków zabijają je wszelkimi dostępnymi metodami.

Pokazałaś mi również, że risercz warto zrobić nawet wtedy, gdy jest się przekonanym o swojej wiedzy. Ja mianowicie byłem przekonany, że krety są wszystkożerne, co okazało się nie być prawdą. W związku z tym, moja cięta odpowiedź na Twój sarkastyczny komentarz “No, ofiarnie zdechnę z głodu i moje dzieci też ;p” brzmi: “  , “.

Dzięki za przeczytanie i komentarz. smiley

Zawsze do usług, jeśli chodzi o marudzenie ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Cześć.

No, jakoś tak mam wątpliwości, czy moja czteroletnia córa byłaby kontent ;)

Może po minimalnych przeróbkach, żeby było mniej creepy.

Czytało się, oczywiście, bardzo dobrze i na pewno jest to nieźle napisana bajka :)

 

Wiesz z czym mi się to skojarzyło – i to sam nie wiem dlaczego?

S. King: Szkoła przetrwania (Szkieletowa załoga).

 

Może warto byłoby zmienić podejście? I pójść zdecydowanie mocniej w stronę Szkoły Przetrwania? :-D

Dzięki Silvan za komentarz.

Wygląda na to, że target tej bajki ma tak między 6 a 10 lat.smiley

Czytało się, oczywiście, bardzo dobrze i na pewno jest to nieźle napisana bajka :)

Cieszę się i dziękuję raz jeszcze.

S. King: Szkoła przetrwania

Nie znam, ale zapisuję w kajeciku.

Hmm, symbioza kreta i rosówki nieco makabryczna. Chociaż z drugiej strony, wilk też zjada babcię i to na żywca, więc w sumie czemu nie ;) Podobnie, motyw zmarłej matki też jest obecny w wielu bajkach. Ty przynajmniej nie zafundowałeś kreciątkom złej macochy ;)

Przypuszczam, że dzieciaki łyknęłyby tę bajkę łatwiej niż dorośli.

Czytało się dobrze.

Kliczek :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Bardzo dziękuję Irko za komentarz i kliczka.

Osobiście też uważam, że Disney to ciepłe kluchy. devil

 

Całkiem niezła baja, podobało mi się jak trochę tą historię brałeś w nawias raz czy drugi i puszczałeś oko do czytelnika (w sensie że niby pyka tą fajeczkę, ale przecież nie pyka, bo jest kretem). Czytało się płynnie i szybko, więc klikam.

Ogólnie bajka chyba mogłaby spodobać się dzieciom, aczkolwiek mam wątpliwości co do motywu z jedzeniem Elizy :)

Dzięki wielkie Edwardzie za bibliotekę.

Miło mi, że dobrze się czytało i w ogóle. laugh

 

Podobało mi się. Bajka mądra, z ciekawie dobranymi postaciami, miejscami nieco gorzka, ale ostatecznie z pozytywnym przekazem.

Dziękuję Zygfrydzie za miłe słowa. Cieszę się, że przypadło Ci do gustu. smiley

Hejka!

 

Czemu ty się nie boisz? Czemu ostrzegasz, wiedząc, że mogę cię zjeść? Masz ty w ogóle jakieś imię, czy mam do ciebie mówić rosówka? – Pan Albert trochę się zasapał i przerwał na chwilę swoją przemowę, nie przestając jednak zawzięcie kopać.

→ Pan Alfred. 

 

Łzy same napłynęły do mu do oczu. Nie wiedział co zrobić.

→ nadprogramowe “do”

 

!Spoiler Alert!

No może już zbyt wielu bajek nie oglądam/czytam, ale tutaj historia Pana Alfreda mnie zaciekawiła. Wyprawa do dżdżownice, by nakarmić rodzinę, samotne wyruszenie w podróż jego żonki, która niezbyt najlepiej niestety skończyła, no i głodne kreciątka – no ciekawiło jak to się skończy. No satysfakcjonujące zakończenie, nie przesłodzone, lecz z morałem. 

No ja tu nie będę marudził – podobało mi się, choć w pewnej chwili myślałem, że instynkt w końcowym fragmencie karmienia, może zaważyć nad losem Pani Elizy – dobrze jednak, że nie. Albo już w ostatniej scenie kiedy owija mu się wokół szyi i chap! :D Nie no… 

Pozdro!

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

NearDeath, wielkie dzięki za takie fajne podsumowanie. Bardzo mi się miło zrobiło. Pozdro też! smiley

Hej, Fizyku.

 

Odpowiadając na Twoje pytanie – nie. Bajka jest trochę za mało bajkowa dla dzieci. Fragmenty, które najbardziej mi doskwierały:

Oczywiście, będąc kretem, Pan Alfred nie mógł pykać fajeczki ani grzać się przy kominku, zażywał jednak swoich krecich przyjemności, których wy nie potrafilibyście zrozumieć. Bo czyż grzebanie pyszczkiem w brudnej ziemi albo wybieranie przetrawionych listków z kozich bobków wydałoby się wam równie atrakcyjne?

A dlaczego nie może pykać fajki? Po to właśnie są bajki, gdzie wszystko jest możliwe.

 

Za każdym razem pozostawiał po sobie piękny kopczyk świeżej, wilgotnej ziemi lśniącej czernią i wilgocią.

 

Tego dnia łąka była spokojna i Pan Alfred mógł nacieszyć swoje zmysły do woli. Odważył się nawet wyjść z kopczyka, aby wykąpać się w świeżej rosie, która w obfitej ilości zebrała się w rozłożystych liściach chrzanu.

A czy właśnie nie z tego powodu wyruszył, że ziemia była sucha i bez robaków? Wszystkie uciekły, a tu odchodzi kawałek i ziemia mokra.

 

W dniu, w którym zorientował się, że zapasów wystarczy tylko na trzy posiłki, postanowił wyruszyć na poszukiwania Pani Oliwii i pożywienia dla małych kreciątek.

To jest fajne, dzieci myślą prosto, nie kiedyś, nie mało, nie dużo, bo to brzmi abstrakcyjnie i jest niepoliczalne, ale właśnie trzy posiłki.

 

Panie Alfredzie mnie nie zjadł, to pana dzieci mogłyby się nakarmić kawałkiem mnie. No, mogły by mnie troszeczkę nadgryźć od strony ogonka.

No, nie. Zjedz mnie kawałek? Tylko w Shreku przeszedł piernik torturowany maczaniem w mleku i odłamywaniem kawałka ciastka, ale żeby kogoś prawdziwego, żywego – zjadać po kawałku? Horror.

Nie podobał mi się jeszcze biały proszek, który kojarzę jednoznacznie.

 

Bajki to trudna sprawa, nawet bardzo. W Twojej brakuje mi prostoty, która cechuje bajki i trochę nie pasowały mi powyższe fragmenty. Tylko chyba nikt nie napisał od razu bajki doskonałej, więc podsumowując, powiem, że jest całkiem nieźle. :) Machnąłbyś jeszcze kilka i kto wie. :)

 

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nowa Fantastyka