- Opowiadanie: ogi89 - Zdążyć przed czasem

Zdążyć przed czasem

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy, Użytkownicy V

Oceny

Zdążyć przed czasem

Rozejrzałem się po gabinecie. Nie przypominał pomieszczenia, na którego widok byłem przygotowany. Chyba poczułbym się lepiej, gdyby było standardowo – zimne, białe ściany, odpadający tynk gdzieś w okolicach ich łączenia z sufitem, jakaś stara paprotka na parapecie, do tego biurko pamiętające poprzednią epokę i siedzącego za nim doktora. Powinien być w trochę poszarzałym już kitlu, z wystającą paczką papierosów z kieszeni, a do tego obowiązkowo ze stetoskopem przewieszonym u szyi.

Ale było inaczej.

– Nie mam dla pana najlepszych informacji przed świętami – powiedziała młoda, radosna kobieta z włosami spiętymi w kucyk.

Popatrzyłem na nią, ale jej nie widziałem. Spodziewałem się tego. Brzuch bolał mnie już od kilku miesięcy. W sieci wyczytałem chyba wszystko, co mogłem, zanim udałem się do lekarza. Według wujka Google powinienem już nie żyć. Jednak łudziłem się, że to może nic poważnego.

– Ile? – szepnąłem w końcu.

– Spokojnie, w dzisiejszych czasach możemy wszystko odwrócić.

Wiedziałem, że nie możemy. Nie należałem do kasty, która miała zapewnione bezpłatne leczenie.

– Słyszał mnie pan? – jej brwi nieco się uniosły.

Nie słyszałem. Zacząłem snuć plany na najbliższe dni.

– Ile? – powtórzyłem.

Wzruszyła ramionami. Zrozumiała, że nie ma do czynienia z pogodnym idiotą.

– Nie chciałabym bawić się w proroka. Jestem tylko lekarzem.

– Wiem, ale proszę spróbować – dodałem jej otuchy.

Podrapała się po jędrnej skórze czoła, po czym położyła obie dłonie na nieskazitelnie czystej szybie, która służyła za blat stołu.

– Zależy jak pan zdecyduje – zawahała się. – Jeśli wdrożymy leczenie…

– Nie wdrożymy, dobrze pani wie, że nie należę do grupy, której przysługuje.

– Ale, zawsze istnieje inna droga. – Sięgnęła do regału za swoimi plecami. Poszperała trochę w teczkach, aż w końcu położyła jedną przed moimi oczami.

Spojrzałem na nią, później na teczkę. Wielkie litery poinformowały mnie o zawartości: ALTERNATYWNA DROGA.

– Chodzi o jakąś alternatywną drogę leczenia? – spytałem.

– Niejako. – Zwilżyła krwistoczerwone, gorące usta. – Alternatywa polega na tym, że w przypadku, kiedy nie mamy możliwości pobrania pieniędzy z ubezpieczenia za usługi, możemy rozważyć inny rodzaj zapłaty.

Nie rozumiałem, o co może chodzić. Sięgnąłem po broszurę. Czytając nie wierzyłem, że to dzieje się naprawdę. Kilka razy podniosłem wzrok i chciałem złapać kontakt z lekarką. Za każdym razem odwracała się do okna.

– Rzeczywiście to robicie?

Kobieta uśmiechnęła się i wstała nachylając się do mnie, odsłaniając przy tym obfite piersi, wylewające się z nieco za ciasnego biustonosza. Mimowolnie opuściłem wzrok. Musiała to zauważyć, bo pochyliła się jeszcze mocniej. Pomyślałem, że lituje się nad umierającym, młodym facetem.

– Robimy to i wiele innych rzeczy, które pozwolą przetrwać naszym pacjentom. – Podała mi dłoń, dając tym samym do zrozumienia, żebym opuścił gabinet. – Kiedy podejmie pan decyzję, proszę zadzwonić. Numer pan zna, ale na wszelki wypadek proszę wziąć moją wizytówkę.

 

***

 

Mijałem zdecydowanie za dużo uśmiechniętych ludzi. Normalnie nie zwracałbym na to uwagi. Wtedy denerwowało mnie wszystko. Zastanawiałem się, co bardziej – czy to, że jestem chory, czy to, jaką dostałem propozycję.

Zamyśliłem się i potrąciłem starszą kobietę, trzymającą pod pachą torbę świątecznych zakupów. Przeprosiłem oraz pomyślałem, że i ja powinienem coś kupić przed kolacją.

 

***

 

Ściągałem właśnie zabłocone buty, kiedy podeszła do mnie i objęła swoimi zawsze ciepłymi ramionami. Kochałem to. Wtedy dotarło do mnie, że nie mogę tego stracić. Nie mogę stracić jej, nie mogę stracić naszego kochanego dziecka i psa, który właśnie wiercił się koło moich nóg.

Zakręciło mi się w głowie, a brzuch nieprzyjemnie zabulgotał. W ostatnim miesiącu schudłem parę kilogramów. Judyta nie zdążyła jeszcze zauważyć. Była przekonana, że to efekt ćwiczeń. Tak zresztą powiedziałem. Udałem, że w końcu zacząłem porządną redukcję. Rzeczywiście, chodziłem częściej do siłowni, gdzie mogłem w spokoju zadręczać się swoimi myślami.

– Siadaj, już wszystko gotowe – powiedziała Judyta, ściągając ze mnie szalik i kładąc go następnie na półce w przedpokoju.

Wszedłem do salonu. Mały siedział już na swoim dostawionym krzesełku. Na stole czekała gorąca zupa. Z kuchni pachniało pierogami i kompotem wigilijnym z suszu. Po policzku spłynęła mi łza, którą szybko wytarłem. Nie chciałem, by cokolwiek zobaczyła. Wtedy podjąłem decyzję, nie mogłem ich zostawić. Podszedłem do Judyty, która zdążyła wrócić do kuchni. Objąłem ją od tyłu. Zbliżyłem głowę do jej szyi. Wyczułem cynamonowy zapach perfum. Nie spodziewała się tego, co zaraz miałem jej powiedzieć. Chciałem wyznać całą prawdę. Doradzić się, jak zawsze do tej pory to robiłem. W każdym życiowym wyborze, to ona pomagała mi podjąć decyzję. Otworzyłem już usta, by zacząć, ale wtedy odwróciła się i pocałowała mnie. Przymknąłem oczy. Poczułem jej smak. Brzuch przestał na chwilę boleć. Przytuliła się do mnie i całowała delikatnie. Kochałem ją za to i za wiele innych rzeczy. Nie mogłem jej tego zrobić. Tę decyzję musiałem podjąć sam. Otworzyłem oczy i popatrzyłem na nią. Również na mnie spojrzała. Powiedziałem tylko, że ją kocham. Mrugnęła do mnie odkrywając biały uśmiech i obróciła się wracając do przyrządzania ryby. Nie chciałem jej puścić. Jeszcze raz przytuliłem się do jej pleców. Oczy miałem już wilgotne od łez. Westchnąłem tylko i pomyślałem, że muszę zacząć zachowywać się jak facet. Facet dbający o swoją rodzinę. To jedyny rozsądny wybór. Puściłem ją w końcu, wyszedłem na korytarz i szybko ubrałem z powrotem buty oraz kurtkę. Przekręciłem zamek i wyszedłem na klatkę.

 

***

 

 Podjechałem ostatnim tramwajem. Wielki gmach szpitala przytłoczył mnie na chwilę i na moment zacząłem mieć wątpliwości. Czy na pewno dobrze postępuję?

 – Wchodzi pan? – Z rozmyślań wyrwał mnie głos ratownika medycznego. – Mamy zaraz wigilię w sali na dole, dla wszystkich. Skoro pan już jest, może pan dołączy?

 Spojrzałem na niego i nie potrafiłem nawet zdobyć się na uśmiech. Wszedłem przed nim do środka. Nawet tu czuć było gotujący się barszcz. Chciałem zdążyć zanim wszyscy zejdą na wieczorne spotkanie. Ruszyłem do windy, ale była na samej górze. Przyspieszyłem kroku i dotarłem schodami na czwarte piętro. Podbiegłem do gabinetu, drzwi były uchylone. Lekarka nie usłyszała, że wszedłem do środka. Najwidoczniej była już po swojej zmianie, bo nie miała na sobie białego fartucha, ale beżową marynarkę.

 – Dzień dobry, albo nawet wieczór – powiedziałem podchodząc do szklanego blatu.

 Poprawiła kocie okulary, które zsunęły jej się na nos. Zdziwiła się na mój widok, na pewno.

– Szybko podjął pan decyzję, ale to dobrze. – Spojrzała na zegarek. – Zdążymy przed kolacją.

– Czy wcześniej powinienem się jakoś przygotować? Przyznam, że przeglądając broszurę, nie zdążyłem doczytać żadnych szczegółów.

– Spokojnie. Nie ma żadnych, specjalnych wymagań. Jedyne, o co muszę zapytać – czy ktoś poza panem wie?

– Tak.

Głośno westchnęła.

 – Kto?

 – Pani.

Zmierzyła mnie wzrokiem. Pokręciła wesoło głową, przez co kucyk radośnie podskakiwał.

– To dobrze, że humor pana nie opuścił. Według mnie postępuje pan odpowiedzialnie. To w końcu obopólna korzyść. W sumie, to nawet potrójna. Proszę na to spojrzeć w ten sposób, pana rodzina dalej będzie pana miała, my będziemy mogli dzięki panu rozwijać naukę, a pan…

 – No, właśnie, a co ja? – wtrąciłem.

– Pan przysłuży się medycynie. A ponadto, będzie pan mógł w spokoju zasnąć, wiedząc, że pana rodzina będzie miała opiekuna.

 Miałem za dużo pytań, których nie chciałem zadać. Wiedziałem, że im więcej będę rozumiał, tym gorzej dla mnie. Z folderu wynikało, że zajmowali się tym już od paru lat, dlatego ryzyko nie było duże.

– Czy mój klon na pewno będzie zdrowy? – spytałem przerywając ciszę.

– Spokojnie, komórki macierzyste będą pochodzić od pana w celu nadania takiego samego wyglądu, ale w kwestiach zdrowotnych posłużymy się komórkami z naszej bazy. Dzięki temu odpowiednik będzie wolny od chorób.

– A co z charakterem? Jego przecież nie możecie sklonować?

– Niech się pan tym nie przejmuje. Nie zajmujemy się tym od wczoraj. Mamy program, za pomocą którego pobieramy odpowiednie neurony mózgowe, odpowiedzialne między innymi za cechy charakteru. Może pan nie wierzyć, ale jesteśmy w stanie odtworzyć nawet typowe dla pana zachowania czy tiki nerwowe, o ile pan takie ma.

– A dźwięk głosu?

 – Naprawdę, niepotrzebnie pan się zadręcza. Będzie dobrze, proszę jedynie podpisać stosowne dokumenty i przejdziemy do sali zabiegowej.

 – A co stanie się ze mną?

 – Ma pan do wyboru dwie opcje. Pierwsza, której nie polecam, polega na tym, że zostaje pan u nas do momentu śmierci. Niestety nie możemy pana leczyć, a nawet podać prymitywnej morfiny, dlatego będzie pan cierpiał. Druga, zalecana ze względów psychologicznych, to szybki koniec. W momencie ukończenia klonu, pana już nie będzie.

 Sięgnąłem po papiery. Było na nich więcej gwiazdek i drobnego druku niż treści właściwej. Nie miałem czasu na rozterki. Podpisałem bez czytania. Odłożyłem długopis na stół, a lekarka sięgnęła po dokumenty i schowała je do teczki, kładąc na blat. Wcisnęła guzik, którego do tej pory nie zauważyłem i rozległ się nieprzyjemny dźwięk. Był to pisk, osiągający z każdą sekundą wyższą tonację, aż w końcu ucichł. Lekarka zaprosiła mnie ruchem ręki do wyjścia z gabinetu. Na wprost stał dmuchany Mikołaj z podświetloną czapką. Szliśmy przez długi korytarz docierając do drzwi na jego końcu. Pod oknem stała sztuczna choinka z mrugającymi światełkami. Przy niej stał mężczyzna wpatrujący się w jej czubek.

Kobieta poprosiła mnie, abym poczekał i usiadł na krześle. Sama weszła do gabinetu, ale za chwilę z niego wyszła.

– Przed panem jest jeszcze jedna osoba.

– On? – spytałem wskazując wzrokiem w kierunku choinki.

– Tak, proszę poczekać, wejdę do środka, to nie potrwa długo.

Zniknęła ponownie za drzwiami. Usiadłem i starałem się nie myśleć o niczym. Mężczyzna przy choince nagle odezwał się bez odwracania w moim kierunku.

– Co panu jest?

Początkowo nie wiedziałem, że mówi do mnie.

– Słyszy pan? – powtórzył.

Nie chciałem z nikim rozmawiać. Z drugiej strony pomyślałem, że może dzięki temu uniknę niepotrzebnego rozmyślania.

– Rak.

– Rozumiem. To, zdaje się, dobry powód. Myśli pan, że dobrze robi?

Pożałowałem, że wszedłem w tę rozmowę. Ostatnie czego mi było trzeba, to egzystencjalne rozterki na parę minut przed śmiercią.

– A panu co dolega?

Obrócił się i podszedł do mnie. Przekroczył moją strefę komfortu, zbliżając się na odległość kilkunastu centymetrów. Poczułem się niezręcznie.

– Mnie nic. Jestem zupełnie sam. Ale widzi pan, mam już swoje lata. Nie chcę ot tak umrzeć.

Rzeczywiście, musiał być przed siedemdziesiątką.

– Ale skoro jest pan zdrowy, może pan jeszcze długo pożyć.

– Co mi z tego życia, kiedy nie mam nikogo. Dla kogo mam żyć?

Uśmiechnął się i położył dłoń na moim ramieniu. Poczułem przyjemne ciepło.

– Przychodzę za każdym razem, kiedy trafia tu ktoś taki jak pan. A, że przed nami święta, myślę, że okazja jest ku temu wyjątkowo dobra. Proszę pamiętać o jednym. Możemy żyć jedynie w taki sposób, jakby miało nie być jutra, pewnego dnia tak zresztą się stanie. Pytanie czy faktycznie chce pan, żeby dla pana jutra już nie było?

Nie rozumiałem, o czym do mnie mówi. Żarówka, która przed chwilą oświetlała tę część korytarza, spaliła się. Z gabinetu wyszła moja lekarka.

– Pana kolej – powiedziała do mojego towarzysza.

Wstał, ciągle się uśmiechając.

– Widzę, że nawet nam zdarzają się nieprzewidziane sytuacje. – Wskazała na lampę.

Ze środka dobiegł dźwięk podłączanej aparatury. Przez cienką szparę między drzwiami a podłogą coś błysnęło. Następnie, wszystkie żarówki na całym korytarzu zgasły. Lekarka machinalnie sięgnęła do kieszeni i wyjęła telefon. Włączyła latarkę, oświetlając otaczającą nas ciemność. Nie zdążyłem zapytać, co się dzieje. Po chwili światła ponownie się zaświeciły. Nawet przepalona żarówka nad naszymi głowami mocno rozświetliła hol.

– Kto następny? – spytał człowiek wystawiając głowę zza drzwi.

 Przełknąłem ślinę. Zacząłem się bać. Plusem było to, że nie myślałem o Judycie ani o synku. Za bardzo niepokoiłem się sytuacją. Wszedłem do środka. W kącie stał mężczyzna, z którym rozmawiałem przed chwilą na korytarzu. Podszedłem do niego, mimo że nie miałem takiego zamiaru. Wyciągnął do mnie rękę i pociągnął mnie w swoją stronę. Lekarze zastygli w bezruchu. A ja wirowałem z tym dziwnym, starszym facetem. Wydawało mi się, że lekko unosiliśmy się nad ziemią, ale popatrzyłem na swoje stopy. Stały na podłodze. Nic nie mówiliśmy, ale słyszałem, że mówił do mnie. Opowiadał o mojej żonie, o moim synu, nawet o moim psie. Mówił, że nikt nie będzie w stanie mnie zastąpić, a już tym bardziej kalka mojej osoby. Spytałem go, nic nie mówiąc, kim jest. Nie odpowiedział. Powiedziałem jeszcze raz, że jestem chory i nikt nie chce mnie leczyć. Odparł, żebym o tym nie myślał. Dał mi do zrozumienia, że mogę umrzeć, ale czy tak się stanie, nie zależy już ode mnie.

 

***

 

Przed oczami zobaczyłem Judytę, która stała przy oknie z telefonem w dłoni. Pies nie dawał jej spokoju, ciągle liżąc jej gołe stopy. Dotknąłem swojej twarzy, ale nie czułem, że ją dotykam. Podszedłem do niej i chciałem przytulić. Ręka przeniknęła przez jej ciało.

 

***

 – Jest pan gotowy? – spytał lekarz, który wpuścił mnie do gabinetu.

Położyłem rękę na jego ramieniu. Tym razem napotkała opór i zatrzymała się na jego barku. Popatrzył na mnie i delikatnie zdjął ją z siebie.

– Nie, rezygnuję – powiedziałem opuszczając pokój.

– Nie może pan! – Lekarka zaszła mi drogę. – Podpisał pan dokumenty.

Zapomniałem o tych cholernych papierach. Nie zdążyłem odpowiedzieć, kiedy ponownie zgasły wszystkie światła.

– Co tu się dzisiaj dzieje! – krzyknęła upuszczając telefon.

W oddali zauważyłem ciepłe, czerwone światło. – Czapka Mikołaja! – pomyślałem i pobiegłem w jego stronę.

– Stać! – krzyknęła kobieta, ale bez telefonu nie odważyła się ruszyć za mną.

Dobiegłem do światła, faktycznie był tam Mikołaj, który stał przed gabinetem lekarki. Bez zastanowienia nacisnąłem na klamkę. Ani drgnęła. Kopnąłem drzwi, tym razem się udało. Porwałem teczkę ze stołu. Wybiegłem z powrotem na korytarz i puściłem się pędem schodami do wyjścia, potykając się na ustawionych przy ścianie krzesłach. Zdziwiony spostrzegłem, że piętro niżej było normalne oświetlenie. Zwolniłem i zszedłem na sam dół. Korytarze były już prawie puste, wszyscy zmierzali do sali, w której za chwilę miała rozpocząć się wigilia.

 

***

– Gdzie byłeś? – odezwała się Judyta, gdy ściągnąłem kurtkę i odwiesiłem ją na haczyk.

– Długa historia.

Podeszła do mnie i objęła mnie w pasie. Brzuch wydał niebezpieczny dźwięk. Usłyszała go.

– Wszystko w porządku? – spytała, gdy zgiąłem się z bólu.

– Nie, nic nie jest w porządku – powiedziałem prostując się. W środku poczułem przyjemne ciepło, a ból ustąpił. Pytanie na jak długo. – Ale w problemach jest jedna dobra rzecz. Same nie znikną, więc można je spokojnie odłożyć do jutra.

Koniec

Komentarze

Hej,

 

interesująca historia, podoba mi się i zgłaszam do biblioteki.

 

Pierwsza decyzja bohatera wydaje mi się zbyt pochopna i to jeszcze podjęta w wigilię, hmm…. Być może warto też by było nieco bardziej zdemonizować szpital i panią doktor, dodać trochę “zła”. Dobrym pomysłem, w mojej opinii, byłoby również postawienie więcej przeszkód w zrezygnowaniu z umowy.

A skoro już o pani doktor mowa, to, moim zdaniem, postacie kobiece zostały potraktowane bardzo stereotypowo, Judytka – ciepła kochająca do rany przyłóż i doktor – o gorących ustach i obfitym biuście biuście, taki wamp.

Jakiś fajny twisty w końcówce też podbiłby atrakcyjność tekstu – może np. bohater wróciłby do domu, nie zdając sobie sprawy, że jest klonem? Może uciekałby, wydawałoby mu się, że anulował umowę, a tak naprawdę spełniłaby się ona co do joty?

 

Tak wiem, czepiam się nieco. Mimo wszystko uważam, że to dobry tekst. Podoba mi się pomysł z klonem, postać Mikołaja i sama wymowa utworu. Święta to magiczny czas i warto wtedy zapomnieć o problemach :)

 

Pozdrawiam!

 

 

Che mi sento di morir

Dzięki za zainteresowanie. Jest to w ogóle pierwsza moja styczność z szeroko pojętą fantastyką, tak że wskazówki mile widziane.

Odnośnie rozwinięcia tematów – szpitala, powrotu do domu itp. – zgadzam się, ale niestety przekroczyłbym wymaganą ilość znaków, więc nie rozpisywałem się, aby mieć możliwość spięcia klamrą całości ;)

Jeszcze raz dzięki.

 

Serdeczności.

Hej,

Przyzwoicie napisane opowiadanie. Brakuje w nim tylko tego “czegoś”, co nadałoby mu konkretności. Zarysowujesz problem, ale on zamiast trafić na interesujące rozwiązanie, w gruncie rzeczy się rozwiewa, co sprawia, że jako czytelnik nie poczułem satysfakcji z lektury. Jeśli wolno mi się jeszcze przyczepić, to czuję tu trochę wodolejstwo. Trafiają się zbędne zdania, od których tekst niepotrzebnie puchnie, a tę przestrzeń można byłoby zagospodarować czymś innym.

Tym niemniej, debiucik okej.

Hail Discordia

Dzięki za przeczytanie. Faktycznie, też czułem lekki niedosyt już po napisaniu, że można było rozwinąć pewne kwestie, ale jak pisałem wcześniej – trochę jednak ogranicza górna ilość znaków. Odnośnie wodolejstwa – staram się przeważnie w swoich tekstach opisywać historie w taki sposób, żeby łatwiej poczuć ich klimat, ale chylę czoła, bo jasne, że nie każdemu musi to pasować.

Dzięki za informację zwrotną.

Hej, ogi89!

 

Zaczęło się fajnie, tajemniczo. Dalej, moim zdaniem, tekst jest ciut przegadany. Ma też duże bloki tekstu, które czyta się dość trudno. I jak już zauważył japkiewicz, znajduje się tam kilka zdań, które spokojnie można wyciąć. 

Jeśli mogę coś doradzić, to proponuję, żebyś więcej “pokazywał”, a mniej wchodził bohaterom do głowy. ;) Np. kiedy bohater się denerwuje, niech obgryza paznokcie, trzęsie się, no coś w tym stylu. Takie obrazowe przedstawianie emocji działa na czytelnika. Chociaż i tak nie jest z tym źle, bo np. panią doktor tak przedstawiasz (odwraca się do okna itp.)

Przyjrzyj się też zapisom dialogów. Masz tam kilka błędów. Poniżej link do portalowego poradnika

 

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

 

I jeszcze jedno, co mnie osobiście trochę mierzi: opisywanie rzeczy takimi, jakimi nie są. U ciebie jest to opis gabinetu. Kiedy opisujesz, jak ten gabinet nie wygląda, ja nadal nie wiem, jak wygląda, a przez ten opis mam w głowie obraz gabinetu, który nie istnieje, a jest tylko oczekiwaniem. Idąc dalej, ten właściwy obraz się wyłania (szklany blat itp.), ale chyba można tak już od początku, a jeszcze lepiej upchnąć niepostrzeżenie między akcją a dialogami, co częściowo zrobiłeś. :)

Sam pomysł z klonami ciekawy. Moim zdaniem jednak, to wszystko dzieje się zbyt szybko. Takie decyzje w jeden dzień? ;)

 

Widzę potencjał. Skoro jest to Twoja pierwsza styczność z fantastyką, zostań u nas dłużej. Zachęcam! :)

 

Powodzenia w konkursie! 

Fajny, intrygujący wątek z alternatywną drogą leczenia, przyznam, że przeczytałam z zainteresowaniem i chciałam wiedzieć, co będzie dalej, jakąż to propozycję lekarka mu złożyła. Dialogi napisane zgrabnie i żywo. Chociaż mam problem z głównym bohaterem, trochę trudno go polubić, jest taki niespójny ( zawsze się radzi żony, ale nie w tym przypadku; jest przywiązany do rodziny, ale to ktoś musi mu to uświadomić etc). No i doceniam optymizm, cieszę się, że tak to się skończyło :)

Pozdrawiam!

Pozwól, że trochę pomarudzę nad stylistyką, bo mam dziś dobry dzień na redagowanie… wszystkiego.

 

Chyba poczułbym się lepiej, gdyby było standardowo – zimne, białe ściany, odpadający tynk gdzieś w okolicach ich łączenia z sufitem, jakaś stara paprotka na parapecie, do tego biurko pamiętające poprzednią epokę i siedzącego za nim doktora. Powinien być w trochę poszarzałym już kitlu, z wystającą paczką papierosów z kieszeni, a do tego obowiązkowo ze stetoskopem przewieszonym u szyi.

Z kontekstu wynika, że biurko pamięta poprzednią epokę i doktora. Następne zdanie traktuje jednak o owym doktorze… Do reszty bardziej pasowałoby mi tu “i siedzący za nim doktor”.

 

Alternatywa polega na tym, że w przypadku, kiedy nie mamy możliwości pobrania pieniędzy z ubezpieczenia za usługi, możemy rozważyć inny rodzaj zapłaty.

Trochę przegadane to zdanie: polega na tym, że wtedy, kiedy coś czegoś z czegoś za coś… Pomyślałabym nad poprawieniem tego na coś bardziej strawnego. Na dodatek wkradło się powtórzenie. A jak już jesteśmy przy powtórzeniach, to:

Pod oknem stała sztuczna choinka z mrugającymi światełkami. Przy niej stał mężczyzna wpatrujący się w jej czubek.

Kobieta poprosiła mnie, abym poczekałusiadł na krześle. Sama weszła do gabinetu, ale za chwilę z niego wyszła.

– Przed panem jest jeszcze jedna osoba.

– On? – spytałem wskazując wzrokiem w kierunku choinki.

– Tak, proszę poczekać, wejdę do środka, to nie potrwa długo.

Zniknęła ponownie za drzwiami. Usiadłem i starałem się nie myśleć o niczym.

 

Wszedłem do salonu. (…) Przekręciłem zamek i wyszedłem na klatkę.

Przełknąłem ślinę. (…) Dał mi do zrozumienia, że mogę umrzeć, ale czy tak się stanie, nie zależy już ode mnie.

^Wspomniane przez Sarę bloki tekstu, które mnie też rażą. Pierwszy akapit spokojnie można podzielić na trzy, drugi na dwa.

 

– Dzień dobry, albo nawet wieczór

Czyli “dzień dobry” albo “dzień wieczór”, tak? Gdyby było “dobry dzień, albo nawet wieczór”, to bym się zgodziła, ale tak – zgrzyta.

 

Poprawiła kocie okulary, które zsunęły jej się na nos.

Zasadniczo okulary nosi się na nosie właśnie. No chyba że miała je na czole i się zsunęły…

 

Spokojnie, komórki macierzyste będą pochodzić od pana w celu nadania takiego samego wyglądu, ale w kwestiach zdrowotnych posłużymy się komórkami z naszej bazy.

“Komórki macierzyste będą pochodzić od pana w celu…” – nie. “Komórki macierzyste pobierzemy od pana w celu…” – lepiej.

 

W momencie ukończenia klonu, pana już nie będzie.

W tym kontekście chyba raczej “klona”; “klonu” bardziej się z drzewem kojarzy.

 

Odłożyłem długopis na stół, a lekarka sięgnęła po dokumenty i schowała je do teczki, kładąc na blat.

Kładąc – na czym? → na blacie. Co nie zmienia faktu, że “chować do teczki, kładąc na blacie” brzmi trochę naciąganie.

 

Poza tym trochę problemów z zapisem dialogów (tu też Sara zwróciła uwagę i nawet podlinkowała poradnik, więc powtarzać się nie będę) i niekiedy z przecinkami (bywają i brakujące, i nadprogramowe).

 

No, ponarzekałam (wybacz czepialstwo – mam nadzieję, że na nim skorzystasz), teraz plusy dodatnie :)

Mimo niedociągnięć całkiem sprawnie piszesz, przyjemnym językiem. Dobrze się czytało. Wciągnęło mnie, pomysł interesujący i nieźle zrealizowany. Nawet zakończenie pozytywne, jak na świąteczną historię przystało. I fajnie dopięte. Czyli generalnie – jest dobrze.

 

Pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

Dziękuję za komentarze i za pochylenie się nad opowiadaniem (mimo obecnej sytuacji, trudno pewnie znaleźć czas na przeczytanie).

SaraWinter

Rzeczywiście, może lepiej byłoby mniej skupiać się na wchodzeniu bohaterom do głowy, choć zawsze mam wrażenie, że wtedy łatwiej utożsamić się z takim osobnikiem, niż gdyby poprzestać jedynie na opisie tego, co się dzieje, ale w przypadku ograniczonej liczby znaków, na pewno nie zaszkodziłoby się bardziej skupić na akcji niż na rozkładaniu psychiki na czynniki pierwsze, racja.

Dzięki za podrzucenie poradnika!

 

chalbarczyk

Dzięki!

 

NaNa

Dzięki za uwagi redakcyjne! Fajnie, że chciało Ci się tak szeroko opisać mankamenty, to cenne wskazówki :)

PS “Dzień dobry wieczór”, to po prostu zasłyszane gdzieś określenie, które wiadomo – nie jest poprawne, ale traktuje je jako rodzaj powiedzonka. A okulary zsuwające się z nosa – jasne – nosi się je na nosie, ale gdy się zsuwają niżej, to w sumie też na nos, a nie np. na usta ;) Masz rację – powinno być napisane pewnie coś w rodzaju: “zsunęły jej się z nosa” – dzięki.

Dzięki wszystkim. :)

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzieńdobrywieczór :)

Albo “zsunęły się na czubek nosa” ;)

Cóż, lubię się czepiać (choć nie zawsze znajduję na to czas, a szkoda…). Cieszy mnie, kiedy na coś się to przydaje :D Polecam się!

Spodziewaj się niespodziewanego

Cześć:) 

Przyjemne opowiadanie. Kibicowałam bohaterowi. Fabuła mnie interesowała, zwłaszcza ciekawiło mnie to, co takiego zaproponował mu lekarz. Co prawda zakończenie, jak już ktoś wspominał, można by rozbudować. Wydawało się trochę urywane. za to świat bardzo mnie zaciekawił chętnie przeczytałabym o nim coś więcej. W dodatku, zwłaszcza pod koniec, czuć świąteczny klimat. 

Ode mnie kliczek :)

Pozdrawiam :)

 

Cześć,

 

Mam mieszane uczucia co do tego tekstu. Niby ogrywasz motyw tragedii i cudu okołoświątecznego w ciekawy sposób, jednak tak jak Sara widzę tu trochę dużo waty słownej, zwłaszcza w opisach pani doktor, które hm… zapowiadałyby mi nieco inną oś wydarzen niż to, co w tekście następuje.

Niemniej to nie tak, że mi się nie podobało. Twist i motyw Mikołaja są zdecydowanie największymi zaletami konstrukcyjnymi tego tekstu, a miłość do rodziny przedstawiona jest też w sposób usprawiedliwiający taki, a nie inny obrót sprawy. Podsumowując, czytało się przyjemnie i z lekkim poczuciem ciepełka świątecznego.

Pozdrawiam

Mi się podobało. Przyjemnie się czyta, no i pozytywne zakończenie. To lubię.

Zaczyna się smutno i poważnie, idzie sobie aż do metafizycznego doświadczenia i…

 

No właśnie. Brakuje mi tak naprawdę zamknięcia. Niby jest, ale w wydaje się sprowadzać do zawieszenia głównego wątku. W kulminacji bohater zmienia decyzję pod wpływem niejasnego zdarzenia, ale poza wspólnie spędzoną z rodziną wigilią nic z tego nie wynika.

Dotykasz w krótkim tekście problemu tożsamości, nieuchronności śmierci i rozterek związanych z jej wpływem na najbliższych, budujesz spleenowy klimat na bezsilności protagonisty wobec dokuczającej mu choroby – to wyszło nadzwyczaj udanie. Finałowa decyzja wydaje się jednak taka… Niepewna? Nazajutrz przecież znów wszystko wróci. 

Technicznie: warto poćwiczyć pisanie tej samej treści krócej, być może dosadniej lub w bardziej skondensowany sposób. Część opisów niepotrzebna (wejście do domu) lub niejasna (mężczyzna wszedł, po chwili proszą protagonistę, mężczyzna stoi w kącie – zmusiło mnie do kilkukrotnego przeczytania sceny i nadal nie byłem pewny, o co w niej chodzi; początkowy opis gabinetu). 

 

Poważne tematy, klimat jest, pisz dalej!

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Olutaoidrin nartrof

Dziękuję za komentarze i za cenne wskazówki.

 

PsychoFish

Bardzo dziękuję za pochylenie się nad tekstem i poświęcenie czasu na rady. 

Dzięki.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to nie jest opowiadanie o świętach, a raczej o trudnych przemyśleniach i przeżyciach związanych z podejmowaniem bardzo ważnych decyzji. Zapowiedziana wspólna kolacja w szpitalu, nadmuchany Mikołaj i sztuczna choinka są tylko dekoracjami mającymi przekonać czytelnika, ale moim zdaniem, ten zabieg się nie powiódł.

Wolałabym, żeby Zdążyć przed czasem było pozbawione świątecznej otoczki, bo podejrzewam, Ogi, że wtedy mógłbyś przedstawić sprawę w znaczenie ciekawszy i pełniejszy sposób.

Wykonanie, delikatnie mówiąc, pozostawia nieco do życzenia.

 

ze ste­to­sko­pem prze­wie­szo­nym u szyi. ―> …ze ste­to­sko­pem zawieszonym na szyi.

 

– Sły­szał mnie pan? – jej brwi nieco się unio­sły. ―> – Sły­szał mnie pan? – Jej brwi nieco się unio­sły.

Tu znajdziesz wskazówki. Jak poprawnie zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

Zwil­ży­ła krwi­sto­czer­wo­ne, go­rą­ce usta. ―> Skąd pacjent wiedział, że usta lekarki są gorące?

 

a brzuch nie­przy­jem­nie za­bul­go­tał. ―> Brzuch nie bulgocze, bulgotać może coś w brzuchu.

 

Do­ra­dzić się, jak za­wsze do tej pory to ro­bi­łem. ―> Po­ra­dzić się/ Poprosić o radę, jak za­wsze do tej pory to ro­bi­łem.

Można coś doradzić komuś, ale nie można doradzić się.

 

szyb­ko ubra­łem z po­wro­tem buty oraz kurt­kę. ―> Z czego wcześniej rozebrał buty i kurtkę, i w co je teraz ubrał???

Butów i kurtki, tak jak żadnej odzieży, nie można ubrać! Można je włożyć, założyć, przywdziać, ubrać się w nie, wystroić się, ale można ich ubrać!

Za ubieranie odzieży grozi sroga kara – trzy godziny klęczenia na grochu, w kącie, z twarzą zwróconą do ściany i z rękami w górze!

 

Prze­krę­ci­łem zamek i wy­sze­dłem na klat­kę. ―> Można przekręcić klucz w zamku, ale nie wydaje mi się, aby można przekręcić zamek.

 

 Po­pra­wi­ła kocie oku­la­ry, które zsu­nę­ły jej się na nos. ―> Raczej: Po­pra­wi­ła kocie oku­la­ry, które zsu­nę­ły się niemal na czubek nosa.

 

– Spo­koj­nie. Nie ma żad­nych, spe­cjal­nych wy­ma­gań. Je­dy­ne, o co muszę za­py­tać – czy ktoś poza panem wie? ―> Unikaj dodatkowych półpauz w dialogu, bo zapis staje się mniej czytelny.

 

Po­ża­ło­wa­łem, że wsze­dłem w tę roz­mo­wę. ―> Raczej: Po­ża­ło­wa­łem, że podjąłem tę roz­mo­wę. Lub: Po­ża­ło­wa­łem, że dałem się wciągnąć w tę roz­mo­wę.

 

Przez cien­ką szpa­rę mię­dzy drzwia­mi a pod­ło­gą… ―> Masło maślane – szpara jest cienka/ wąska z definicji.

Wystarczy: Przez szpa­rę mię­dzy drzwia­mi a pod­ło­gą

 

Włą­czy­ła la­tar­kę, oświe­tla­jąc ota­cza­ją­cą nas ciem­ność. Nie zdą­ży­łem za­py­tać, co się dzie­je. Po chwi­li świa­tła po­now­nie się za­świe­ci­ły. Nawet prze­pa­lo­na ża­rów­ka nad na­szy­mi gło­wa­mi mocno roz­świe­tli­ła hol. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za poświęcony czas i za cenne uwagi.

Bardzo proszę, Ogi. Miło mi, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, nie przekonało mnie.

Stosujesz dość ograne klisze. Wszystko rozgrywa się dziwnie szybko. Dzisiaj decyzja, pół godziny później zabieg. Nasza ochrona zdrowia tak nie działa…

Bohater najpierw decyduje się na klonowanie. Potem rozmawia chwilę z kimś i zmienia zdanie. Ale teraz rozwiązanie, które na początku mu się w ogóle nie podobało, wydaje się fajne, bo spędzi święta z rodziną.

– Spokojnie, komórki macierzyste będą pochodzić od pana w celu nadania takiego samego wyglądu, ale w kwestiach zdrowotnych posłużymy się komórkami z naszej bazy. Dzięki temu odpowiednik będzie wolny od chorób.

No to czyje DNA w końcu miałby klon? Albo rybka, albo akwarium. Co znaczą kwestie zdrowotne?

Babska logika rządzi!

Tekst jest napisany na dosyć prostym schemacie, gdzie bohater idzie na tak zwaną "rzeź", jest mamiony i niby dla dobra rodziny chce ją porzucić. Schemat prosty i często wykorzystywany, w samym opowiadaniu nie ma niczego niezwykłego poza nieznajomym. I to trochę ratuje tekst. Osobiście przeczytałam bez przykrości, ale też bez większych zachwytów.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka