- Opowiadanie: adam_c4 - To już początek

To już początek

Uff. Dzięki sugestiom betujących niemal pół opowiadania napisałem od nowa. Olciatko, krarze85, serdecznie dziękuję Wam za cierpliwość i wszelką pomoc.

Myślę, że tekst, choć w sposób nietypowy, realizuje założenia narracyjne konkursu.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

To już początek

– Wsta­waj!

Otwo­rzy­łem oczy.

– No, wsta­waj, mówię!

Usia­dłem na łóżku, pró­bu­jąc zła­pać kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią.

– Wy­spał się kró­le­wicz?!

Ostre szturch­nię­cie w bok spra­wi­ło, że się po­de­rwa­łem.

– Nie rób tak! – Ton mo­je­go głosu pa­so­wał bar­dziej do nie­śmia­łej proś­by niż do żą­da­nia.

– Ruchy! – Marta, wciąż za­wi­nię­ta w koł­drę, utkwi­ła we mnie wy­cze­ku­ją­ce spoj­rze­nie.

– Kawa czy her­ba­ta?

– Jedno i dru­gie.

– O, a to cie­ka­we.

– Coś ty po­wie­dział?!

– Nic, nic.

Po­sze­dłem do kuch­ni. Wsta­wi­łem wodę, wy­grze­ba­łem z kre­den­su fi­li­żan­ki i pusz­ki. Potem usia­dłem za sto­łem i, tak jak każ­de­go ranka, ob­ser­wo­wa­łem wy­ła­nia­ją­ce się zza bu­dyn­ków słoń­ce. Za­wsze sma­ko­wa­łem tę chwi­lę, de­lek­to­wa­łem się każdą se­kun­dą. De­lek­to­wa­łem się? Nie, byłem ra­czej jak pu­styn­ny tu­łacz, któ­re­mu wpadł w ręce na­par­stek wody.

– Długo mam cze­kać?! – Krzyk z sy­pial­ni wień­czył krót­ką chwi­lę wol­no­ści.

– Mi­nut­ka! – od­krzyk­ną­łem. Na­peł­ni­łem fi­li­żan­ki i wró­ci­łem do sy­pial­ni.

– Dzi­siaj mają być na tacy – usły­sza­łem. W parze błę­kit­nych oczu pło­nę­ła złość.

Kiedy mi­nu­tę póź­niej kła­dłem tacę na po­ście­li, przez twarz mojej żony prze­biegł gry­mas. Le­d­wie zdo­ła­łem się od­su­nąć – ciecz za­la­ła pod­ło­gę, się­gnę­ła za­słon. Por­ce­la­na roz­trza­ska­ła się w drob­ny mak.

– Po­sprzą­taj! – padł roz­kaz.

Ru­szy­łem do kuch­ni po ścier­kę i zmiot­kę, ale usły­sza­łem:

– Albo nie! Póź­niej się tym zaj­miesz! Chodź­my na spa­cer.

Zrzu­ci­łem z sie­bie pi­ża­mę, po czym wy­cią­gną­łem z szafy ko­szu­lę i spodnie. Po­spiesz­nie je za­ło­ży­łem.

– Która? – za­py­ta­łem.

– Może być ta w czar­ne gro­chy.

Wy­do­by­łem su­kien­kę spo­śród in­nych, za­wie­szo­nych na drąż­ku, ubrań.

– Usiądź.

Żona za­sto­so­wa­ła się do mojej proś­by.

– O, po­patrz sobie! – syk­nę­ła, uno­sząc kikut nogi. Mruk­ną­łem coś w od­po­wie­dzi. Potem ścią­gną­łem z niej ko­szu­lę nocną i po­mo­głem za­ło­żyć su­kien­kę.

Dzi­siaj nie ka­za­ła się cze­sać. Się­gną­łem po uprząż. Prze­pa­sa­łem wątłe ciało i spraw­dzi­łem dwu­krot­nie, czy do­brze za­pią­łem klam­ry.

Marta nie prze­sta­wa­ła mówić, za­rzu­ca­jąc mi brak bie­gło­ści. Ruchy, które po­wta­rza­łem co­dzien­nie od zbyt dawna, uwa­ża­ła za po­wol­ne i nie­pre­cy­zyj­ne. W końcu przy­war­łem do niej ple­ca­mi i za­rzu­ci­łem paski na ra­mio­na. Wsta­łem, pod­no­sząc nie­milk­ną­cy cię­żar.  

Mam na imię Marek. Żo­na­ty, bez­dziet­ny. Polak z Kra­ko­wa. Z za­wo­du byłem ta­pi­ce­rem, z za­mi­ło­wa­nia maj­ster­ko­wi­czem. Dawno temu pro­wa­dzi­łem nie­źle pro­spe­ru­ją­cą firmę me­blar­ską.

Od czte­ry­stu dzie­więt­na­stu lat prze­by­wam w czyść­cu, gdzie po­ku­tu­ję za grze­chy, które zdą­ży­łem po­peł­nić w ciągu pół­wie­cza ziem­skiej eg­zy­sten­cji.

Je­stem nie­wol­ni­kiem mojej żony Marty, która postanowiła wcielić się w naj­gor­szą wer­sję samej sie­bie. Swoim za­cho­wa­niem nie­ustan­nie pró­bu­je do­pro­wa­dzić mnie do sza­leń­stwa. Ale sza­leń­stwo, po­dob­nie jak śmierć i wiele in­nych luk­su­sów, leży poza za­się­giem tych, któ­rzy tu tra­fia­ją.

Nie­któ­rzy twier­dzą, że moja po­ku­ta nie jest taka zła:

– Ow­szem, srogo cię po­ka­ra­ło – przy­znał kie­dyś Hel­mut, który tra­fił do czyść­ca pro­sto z osiem­na­sto­wiecz­nej Ba­wa­rii. – Ale mogło być go­rzej. Przy­naj­mniej nic cię nie boli. Weź taką panią Ste­ven­son! Wiesz, jak ona cier­pi?

Pani Ste­ven­son, pod­sta­rza­ła hra­bian­ka, za­wsze miała na sobie tonę bi­żu­te­rii; złote kol­czy­ki, pier­ścion­ki, bran­so­le­ty. Pre­cjo­za te w nie­ocze­ki­wa­nych mo­men­tach na­grze­wa­ły się albo od­wrot­nie – sta­wa­ły się lo­do­wa­to zimne. W obu przy­pad­kach ko­bie­ta wrzesz­cza­ła, nie­rzad­ko pa­da­jąc na zie­mię i bijąc w nią pię­ścia­mi. Hel­mut z pew­no­ścią uwa­żał, że jego kara też jest gor­sza od mojej; prze­śla­do­wa­ło go ptac­two. Stale krą­ży­ły nad nim kruki i wrony, by od czasu do czasu – po­je­dyn­czo lub całą chma­rą – przy­stę­po­wać do ataku. Dzio­by i pa­zu­ry każ­de­go dnia orały skórę, na któ­rej na­stęp­ne­go ranka nie było śladu ska­le­czeń.

Ostroż­nie prze­stą­pi­łem przez próg i za­mkną­łem za sobą drzwi. Miesz­ka­li­śmy na par­te­rze trzy­pię­tro­we­go bu­dyn­ku. Oprócz nas ulo­ko­wa­no w nim jesz­cze kil­ko­ro in­nych grzesz­ni­ków. Co cie­ka­we – tylko jedną ro­dzi­nę. I to nie mał­żeń­stwo. Mru­kli­wy oj­ciec i jego syn spę­dza­li całe dni za za­mknię­ty­mi drzwia­mi. Nigdy nawet nie zdra­dzi­li mi swo­ich imion. Nie mia­łem po­ję­cia, na czym po­le­ga­ła ich po­ku­ta.

Tylko raz za­mie­ni­łem z ojcem parę zdań. Było to z piętnaście lat temu, kiedy do miesz­ka­nia na­sze­go są­sia­da spod piąt­ki, pana Kra­me­ra, spro­wa­dził się jakiś mło­dzie­niec. Ozna­cza­ło to, że far­ciarz Kra­mer nas opu­ścił.

Ru­szy­łem chod­ni­kiem w stro­nę parku. Na bez­chmur­nym nie­bie, jak każ­de­go dnia, świe­ci­ło słoń­ce – ogrom­na, blada ża­rów­ka. Szare ulice były pełne po­kut­ni­ków. Wy­mie­nia­li­śmy po­wi­tal­ne gesty.

Pan Ibu­shi krą­żył już po par­ko­wej alej­ce. Przez lata my­śla­łem, że bied­ny sta­ru­szek, kie­ro­wa­ny jakąś dziw­ną uprzej­mo­ścią, po pro­stu nie śmie przy­znać, że nasze to­wa­rzy­stwo mu nie od­po­wia­da i tylko dla­te­go godzi się na wspól­ne spa­ce­ry. Myliłem się. Pewnego razu wyznał, że ciągłe narzekanie mojej połowicy traktuje jako urozmaicenie własnej pokuty, dodatkową karę, dzięki której prędzej opuści czyściec. Nie su­ge­ro­wa­łem mu, że być może tru­dzi się na darmo; zży­łem się z fa­ce­tem, nie chcia­łem go od sie­bie od­stra­szyć. Z dru­giej stro­ny, gdyby nie roz­mo­wy z panem Ibu­shim, moja co­dzien­ność by­ła­by jesz­cze trud­niej­sza do znie­sie­nia, co z kolei mo­gło­by prze­ło­żyć się na skró­ce­nie wyroku, który ciążył na mnie…

Cóż. Nie wie­dzia­łem, jak to dzia­ła. Nikt nie wie­dział.

– Dzień dobry! – Zrów­na­łem krok z Ja­poń­czy­kiem. Od­po­wie­dział uśmie­chem. Bałem się, że pew­ne­go dnia Marta na­ka­że mi ze­rwać tę zna­jo­mość. Pan Ibu­shi nie­rzad­ko bywał wzglę­dem niej prze­uro­czo zło­śli­wy. Tak jak wtedy, kiedy zre­du­ko­wał ją do roli bo­że­go do­pu­stu. Moja żona nie po­zo­sta­ła mu wów­czas dłuż­na:

– Jak się za­rzy­na­ło chiń­skich jeń­ców?

– Z całym sza­cun­kiem, droga pani, ja oso­bi­ście ni­ko­go nie za­bi­łem.

– Z wy­jąt­kiem sa­me­go sie­bie.

– Fakt, droga pani. Z wy­jąt­kiem sa­me­go sie­bie.

– Co trze­ba mieć w gło­wie, żeby roz­pła­tać sobie brzuch nożem?

– Mie­czem, droga pani. To kwe­stia serca. W sercu trze­ba mieć honor.

– A we łbie baj­zel!

I tak dalej.

Dzi­siaj, od słowa do słowa, pan Ibu­shi za­czął wspo­mi­nać to­kij­ską wio­snę. Kre­ślił ob­ra­zy ni­czym wy­traw­ny poeta, jego barw­ny język po­zwo­lił mi prze­nieść się do sadów peł­nych kwit­ną­cych wiśni. Marta nie­ustan­nie mu prze­ry­wa­ła, glę­dząc o swoim ki­ku­cie.

Kątem oka do­strze­głem, że w naszą stro­nę idzie pół­dia­blę. Kiedy sta­nę­ło na ścież­ce, ocze­ku­jąc aż się do niego zbli­ży­my, po ple­cach prze­biegł mi dreszcz; czu­łem się nie­swo­jo, ile­kroć skrzy­dla­te, po­nu­re isto­ty znaj­do­wa­ły się w po­bli­żu. A wi­dząc, że anioł czyść­co­wy ma in­te­res do któ­re­goś z nas, za­nie­po­ko­iłem się.

Cho­dzi­ło o mnie; bez słowa wrę­czył mi zło­żo­ną kart­kę pa­pie­ru i od­szedł. Czym prę­dzej od­czy­ta­łem wia­do­mość, która brzmia­ła:

 

Twoja kara do­bie­gła końca. Jutro wy­cho­dzisz.

 

Gdy­bym tylko mógł, z pew­no­ścią bym ze­mdlał. Za­miast tego usia­dłem ostroż­nie na brzegu po­bli­skiej ławki i scho­wa­łem twarz w dło­niach. Marta żą­da­ła, abym po­wie­dział, co chcia­ło pół­dia­blę i dla­cze­go usia­dłem, skoro wcale mi nie ka­za­ła. Się­gną­łem za głowę, prze­ka­zu­jąc jej kart­kę. Pan Ibu­shi, z cha­rak­te­ry­stycz­nym dla sie­bie spo­ko­jem, stał z boku i cze­kał. W końcu cie­ka­wość wzię­ła górę; na­chy­lił się i prze­czy­taw­szy dwa krót­kie zda­nia wrza­snął, ła­piąc się za głowę.

Ży­wio­ło­wa re­ak­cja kogoś, kto za­wsze trzy­ma emo­cje na wodzy, przy­ku­ła uwagę oto­cze­nia; szyb­ko zgro­ma­dzi­li się wokół nas cie­kaw­scy. Takie zbie­go­wi­ska przy­cią­ga­ły z kolei uwagę pół­dia­bląt. Nie mia­łem ocho­ty na to, aby któ­reś tutaj przy­szło i za­czę­ło nas roz­ga­niać. Dla­te­go, nie na­my­śliw­szy się długo, oznaj­mi­łem:

– Jutro wy­cho­dzę!

A potem wy­szar­pa­łem kart­kę spo­mię­dzy pal­ców Marty i wrę­czy­łem ją pierw­szej z brze­gu oso­bie. Wsta­łem, prze­ci­sną­łem się przez onie­mia­łą ciżbę i ru­szy­łem w stro­nę domu.

Moja to­wa­rzysz­ka mil­cza­ła jak za­klę­ta, kiedy szyb­kim kro­kiem prze­mie­rza­łem ulice. Pod czasz­ką krą­ży­ły mi dzie­siąt­ki pytań, z oczu pły­nę­ły łzy. Wpa­dłem do miesz­ka­nia, po­sa­dzi­łem Martę na ka­na­pie w sa­lo­nie i po­bie­głem do kuch­ni na­sta­wić wodę. Pra­gną­łem oblać tę oka­zję, uświet­nić ją her­ba­tą, choć sam nie mo­głem pić. Chcia­łem, żeby to Marta się na­pi­ła. Wie­dzia­łem, że to dziw­ny po­mysł, ale i tak mu ule­głem.

Wró­ci­łem do sa­lo­nu z fi­li­żan­ką her­ba­ty. Żona przy­ję­ła ją bez­wied­nie, nie pod­no­sząc na mnie wzro­ku. Przyj­rza­łem się twa­rzy, którą nie­gdyś po­ko­cha­łem a potem znie­na­wi­dzi­łem; do oczu znów na­pły­nę­ły mi łzy. Otar­łem je, po czym za­py­ta­łem:

– Prze­czy­ta­łaś?

– Tak – od­par­ła. W jej gło­sie nie było wyż­szo­ści ani po­gar­dy.

– Ży­czysz sobie cze­goś?

– Nie. Zo­staw mnie.

Smu­tek. Tak, po raz pierw­szy od prze­szło czte­rech stu­le­ci wi­dzia­łem ją smut­ną.

Nie po­tra­fi­łem się cie­szyć, byłem w zbyt wiel­kim szoku, który nie mijał. Resz­tę dnia prze­sie­dzie­li­śmy w sa­lo­nie, każde za­to­pio­ne we wła­snych my­ślach. Takie sy­tu­acje się nie zda­rza­ły – zwy­cza­jo­wo przez cały dzień, od świtu po zmierzch, za­ję­ty byłem wy­ko­ny­wa­niem roz­ka­zów.

W końcu nad­szedł wie­czór i uda­li­śmy się na spo­czy­nek. Kiedy ścią­ga­łem z niej ubra­nie, Marta nie wy­ma­chi­wa­ła swoim ki­ku­tem. Nie­ru­cho­ma i cią­gle mil­czą­ca, od­wra­ca­ła głowę tak, abym nie mógł spoj­rzeć jej w oczy. Co z nią bę­dzie? Co sta­nie się teraz, kiedy pójdę dalej?

Ta tro­ska była szcze­ra. Mar­twi­łem się o ko­bie­tę, z którą spę­dzi­łem tro­chę szczę­śli­wych i bardzo wiele nie­szczę­śli­wych lat. Pró­bo­wa­łem coś po­wie­dzieć, ale słowa uwię­zły mi w gar­dle.

Nie po­sprzą­ta­łem ba­ła­ga­nu w sy­pial­ni. Za­po­mnia­łem, choć chwi­lę wcze­śniej mia­łem to na myśli. Chyba nie­świa­do­mie chcia­łem spro­wo­ko­wać Martę do ja­kiejś re­ak­cji. Na próż­no. Wy­da­wa­ło mi się, że tej nocy nie zmru­żę oka, ale chwi­lę póź­niej już spa­łem.

Obu­dzi­ło mnie klep­nię­cie w po­li­czek. Nie­mal wrza­sną­łem, kiedy zo­ba­czy­łem przy łóżku pół­dia­blę. Przy­ło­ży­ło palec do ust, na­ka­zu­jąc ciszę, a na­stęp­nie wrę­czy­ło mi zło­żo­ną na pół kar­tecz­kę – wy­glą­da­ła iden­tycz­nie jak ta, którą do­sta­łem wczo­raj. Wy­tę­ży­łem wzrok, by od­czy­tać jej treść w świe­tle księ­ży­ca.

 

Czy ona też ma iść?

 

Wia­do­mo, kogo do­ty­czy­ła treść py­ta­nia. Pół­dia­blę stało nade mną, ocze­ku­jąc od­po­wie­dzi. Po­wo­li ski­ną­łem głową. A potem bły­ska­wicz­nie za­sną­łem.

Obu­dzi­łem się póź­niej niż zwy­kle. Po­de­rwa­łem się na równe nogi i ścią­gną­łem koł­drę na pod­ło­gę.

Łóżko było puste.

Prze­szu­ka­łem całe miesz­ka­nie. Ani śladu Marty. Bły­ska­wicz­nie się ubra­łem i wy­bie­głem na ulicę. Jak na złość nie do­strze­głem żad­ne­go pół­dia­blę­cia – choć na­iw­nym było za­kła­dać, że udzie­lą mi wy­ja­śnień, w tam­tej chwi­li mia­łem to gdzieś; zwy­czaj­nie mu­sia­łem wie­dzieć, co stało się z Martą… i dla­cze­go nic nie stało się ze mną.

Ru­szy­łem pędem w stro­nę parku, igno­ru­jąc po­wszech­ne zdu­mie­nie. Tutaj wie­ści szyb­ko się roz­cho­dzi­ły; dzi­siaj mia­łem być już tylko krze­pią­cym wspo­mnie­niem. No i po raz pierw­szy wy­sze­dłem z miesz­ka­nia w po­je­dyn­kę.

Z da­le­ka do­strze­głem pana Ibu­shie­go. Krzyk­nął na mój widok.

– Prze­cież mia­łeś… – Gło­śno prze­łknął ślinę. – A gdzie Marta? Co się stało?

Do­tar­ło do mnie, że wczo­raj nawet się z nim nie po­że­gna­łem. Gdyby wszyst­ko po­to­czy­ło się tak, jak miało się po­to­czyć, za­koń­czył­bym ponad stu­let­nią zna­jo­mość bez jed­ne­go słowa. Ta mało przy­jem­na myśl, oprócz roz­cza­ro­wa­nia wła­sną po­sta­wą, przy­nio­sła coś jesz­cze. Do­pie­ro w tam­tej chwi­li, kiedy sta­łem na par­ko­wej alej­ce, uświa­do­mi­łem sobie, że przez te wszyst­kie lata nie spo­tka­łem ni­ko­go, komu ogło­szo­no by, że czas jego od­siad­ki do­bie­ga końca. Lu­dzie po pro­stu zni­ka­li. Za­wsze.

Kiedy stresz­cza­łem wy­da­rze­nia ostat­nich go­dzin, do­ko­ła mnie, tak jak po­przed­nie­go dnia, ze­brał się spory tłu­mek. Dla­te­go co naj­mniej kil­ku­na­stu przy­pad­ko­wych słu­cha­czy do­wie­dzia­ło się wprost z moich ust o noc­nej wi­zy­cie anio­ła.

– Wzię­to ją za­miast cie­bie – wszedł mi w słowo jakiś mą­dra­la.

– Kto to po­wie­dział?! – wark­ną­łem, roz­glą­da­jąc się. Wszy­scy ucie­ka­li wzro­kiem, nikt się nie przy­znał. – Co to zna­czy, że wzię­to ją za­miast mnie?! Niby czemu?

– Je­stem pe­wien, że wszyst­ko się wy­ja­śni – rzekł pan Ibu­shi. Ten jego słyn­ny ,,spo­kój ducha” po­tra­fił być wku­rza­ją­cy.

– Pew­nie, że się wy­ja­śni! – krzyk­ną­łem. – Dzi­siaj miało mnie tu nie być! Tym­cza­sem kogo nie ma? Mojej słod­kiej sa­dyst­ki!

Wszy­scy aż syk­nę­li. Nie­po­chleb­ne wy­ra­ża­nie się o bliź­nich stanowiło jedną z nie­wie­lu przy­jem­no­ści, która była tu moż­li­wa, a któ­rej pil­nie się wy­strze­ga­no.

– No co?! Co was tak dziwi?! Co?!

Ja­poń­czyk zła­pał mnie za dłoń. Dawał do zro­zu­mie­nia, żebym się przy­mknął, zanim po­wiem coś, czego będę ża­ło­wał. Jego roz­są­dek, pod­szy­ty tro­ską, roz­ju­szył mnie jesz­cze bar­dziej.

– A ty co, do cho­le­ry?! – wrza­sną­łem, wy­ry­wa­jąc rękę. – Też uwa­żasz, że ,,jej kara do­bie­gła końca”?! Jaka kara?! Ona miała tu pie­przo­ne wa­ka­cje, prze­cież sam wiesz! To ja tutaj cier­pię! Ja! No co?! Nie wolno gło­śno mówić praw­dy?!

W ob­le­ga­ją­cym mnie tłu­mie wy­bu­chło po­ru­sze­nie, głowy wszyst­kich za­czę­ły zwra­cać się w jedną stro­nę. Spie­szy­ło ku nam pół­dia­blę.

– Ej! – krzyk­ną­łem wy­bie­ga­jąc mu na spo­tka­nie. – Co tu się wy­pra­wia?!

Wprost nie zno­si­łem tych wy­ro­śnię­tych, skrzy­dla­tych dup­ków. Nie tylko ja – wszyst­kim dzia­ła­li na nerwy. Wszel­kiej maści proś­by, groź­by i za­ża­le­nia zby­wa­li tą samą śpiew­ką: ,,Czyń swoją po­ku­tę”. Oprócz tego wzy­wa­li do po­rząd­ku, jeśli ktoś w ich opi­nii za­cho­wy­wał się ,,nie­god­nie”. A gdy czło­wiek usi­ło­wał wejść z nimi w dia­log, to zwy­czaj­nie mil­cze­li albo – w osta­tecz­no­ści – od­ga­nia­li na­trę­ta mach­nię­ciem ręki.

Pół­dia­blę ścią­gnę­ło nisko brwi i już otwie­ra­ło usta, by wy­rzu­cić z nich denną re­pry­men­dę, ale nie dałem mu na to szan­sy:

– Od­po­wia­daj! – Na­par­łem obu­rącz na umię­śnio­ny, po­ma­rań­czo­wy tors. Nie zro­bi­ło to więk­sze­go wra­że­nia na prze­wyż­sza­ją­cym mnie o głowę anie­le. Po­pchną­łem go po raz drugi i tym razem cof­nął się o krok. – Dla­cze­go cią­gle tu je­stem?! Obie­ca­li­ście, że dziś wy­cho­dzę!

– Uspo­kój się! – za­grzmiał anioł. W in­nych oko­licz­no­ściach jego głos wpra­wił­by mnie w drże­nie. Za­ci­sną­łem pię­ści. Mia­łem ocho­tę przy­wa­lić w tę pięk­ną buźkę.

– Bawi was to? – syk­ną­łem. – Ro­bi­cie sobie ze mnie jaja?! Co?

– Uspo­kój się – po­wtó­rzy­ło pół­dia­blę, tym razem nie pod­no­sząc głosu. A potem, niewiarygodne, od­wró­ci­ło się do mnie ple­ca­mi. Chcia­ło tak zwy­czaj­nie sobie pójść!

– Stój! – Zła­pa­łem je za ło­kieć i po­cią­gną­łem. Przez chwi­lę nie ustę­po­wa­ło. Kiedy w końcu ule­gło, na po­wrót sta­jąc do mnie twa­rzą, rów­no­cze­śnie chwy­ci­ło mnie za koł­nierz i unio­sło dobry metr nad zie­mię.

– Pie­przę cię! – wrza­sną­łem. – Mam gdzieś… waszą za­sra­ną łaskę! Pie­przę to wszyst­ko! Pie­przę Bog…

Zdą­ży­łem jesz­cze po­my­śleć, że prze­ho­lo­wa­łem. A potem wszyst­ko po­grą­ży­ło się w mroku.

 

***

 

Kiedy od­zy­ska­łem przy­tom­ność, ude­rzy­ła mnie myśl, że umar­łem. Zu­peł­nie jak przed czte­ry­stu dzie­więt­na­sto­ma laty.

Obu­dzi­łem się wtedy w obcym miesz­ka­niu i choć wciąż byłem w swoim ciele, nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że opu­ści­łem padół łez. Że po­sze­dłem gdzieś… ,,dalej”.

Ob­sta­wia­łem, rzecz jasna, pie­kło.

Na moje szczę­ście, nie wy­lą­do­wa­łem aż tak nisko. Roz­po­czą­łem nowe życie ze świa­do­mo­ścią, że bez wzglę­du na to, jak wiele cierpień jeszcze mnie czeka, to z każdym dniem będę się zbliżał do upragnionego celu.

Tym razem zna­la­złem się na dnie.

Le­ża­łem na ulicy. Nagi i zmar­z­nię­ty. Z tru­dem pod­nio­słem głowę i ro­zej­rza­łem się; do­ko­ła rosły wy­so­kie, po­grą­żo­ne w cie­niu bu­dyn­ki. W po­wie­trzu wi­ro­wa­ły ciem­ne płat­ki śnie­gu, które za­le­ga­ły na chod­ni­kach i oblepiały ściany blo­ków. Nie mo­głem od­dy­chać, wszyst­ko cuch­nę­ło dymem i czymś, co ko­ja­rzy­ło się z pa­lo­nym pla­sti­kiem. Prze­su­ną­łem dło­nią po chod­ni­ku i pod­nio­słem ją do twa­rzy. Do­tar­ło do mnie, że z chmur sypie się po­piół.

– No, je­steś! – Po­wi­tał mnie obcy głos.

 W jed­nej chwi­li już byłem na no­gach, a w na­stęp­nej truch­ta­łem przed sie­bie. Po­ga­niał mnie stwór, który, jak się do­my­śla­łem, stanowił tutejszy odpowiednik pół­dia­blę­cia. Ude­rzy­ło mnie, jak nie­spra­wie­dli­wym było na­zy­wa­nie ich w ten spo­sób; anioły w czyśćcu nie miały w sobie nic dia­bel­skie­go. W prze­ci­wień­stwie do stra­szy­dła, gnającego mnie jak ogłupiałą owcę – skórę miało jed­no­li­cie czer­wo­ną i po­kry­tą chro­sta­mi. Skrzy­dła nie przy­wo­dzi­ły na myśl go­łę­bia, a nie­to­pe­rza; krzy­we kości ob­cią­gnię­te błoną.

– Nie prze­sta­je­cie mnie za­dzi­wiać! – za­sy­czał demon. – Durne, ga­da­ją­ce małpy.

Ku­li­łem się, bro­dząc przez zaspy po­pio­łu. Mróz był okrut­ny. Od czasu do czasu mi­ja­łem ja­kichś ludzi – ko­bie­ty i męż­czyź­ni, w róż­nym wieku, byli tak samo nadzy i zmar­z­nię­ci jak ja. Nie­któ­rzy z nich mnie za­cze­pia­li; chcie­li wie­dzieć, skąd się tu wzią­łem, albo gdzie się uro­dzi­łem. Inni wy­bu­cha­li hi­ste­rycz­nym, prze­zna­czo­nym dla moich uszu, śmie­chem. Ukrad­kiem roz­glą­da­łem się na boki – mia­sto, do któ­re­go tra­fi­łem, było nie­koń­czą­cym się gąsz­czem iden­tycz­nych, roz­sta­wio­nych w rów­nej od­le­gło­ści bu­dyn­ków. Od czasu do czasu, przez wycie wia­tru, do­cie­ra­ły do mnie krzy­ki, pła­cze i obe­lgi.

Nagle ru­ną­łem jak długi – opraw­ca wy­mie­rzył mi cios mię­dzy ło­pat­ki. Kiedy znów po­dźwi­gnął mnie z ziemi, sta­ną­łem twa­rzą przed wej­ściem do jed­ne­go z bu­dyn­ków. Nie wy­róż­niał się on ni­czym spo­śród po­zo­sta­łych blo­ków. 

Upa­dły anioł zbli­żył do mnie swoją szpet­ną gębę. Przy­po­mi­na­ła te­atral­ny re­kwi­zyt, który ktoś długo trzy­mał nad ogniem. A potem oblał kwa­sem.

– Znasz opo­wiast­kę o de­mo­nie i słu­pie? – za­py­tał. Jego od­dech prze­raź­li­wie cuch­nął. – Mówią, że jeden ksiądz za­py­tał raz de­mo­na, czy chciał­by być w nie­bie… Znasz to, czy nie?! – wrza­snął. Za­mkną­łem oczy i po­krę­ci­łem głową. Kon­ty­nu­ował więc:

– Demon od­parł że gdyby po­zwo­lo­no mu objąć słup na­je­żo­ny gwoź­dzia­mi i roz­po­cząć wspi­nacz­kę, nie wa­hał­by się ani chwi­li. A gdyby opadł z sił tuż przed celem i runął z po­wro­tem do pie­kła, na­tych­miast spró­bo­wał­by po­now­nie…

Cze­ka­łem na pu­en­tę. Para czar­nych, psich oczu prze­wier­ca­ła mnie na wylot.

– Kle­cha kła­mał – usły­sza­łem. – Ale przy­pad­kiem się nie mylił. Jakim wiel­kim trze­ba być głup­cem, aby do­bro­wol­nie od­rzu­cić łaskę? Je­steś naj­lep­szym przy­kła­dem na to, że nie za­słu­gu­je­cie na wolną wolę. Durne, ga­da­ją­ce małpy.

Drzwi do bloku otwar­ły się gwał­tow­nie. Pa­nu­ją­ca za nimi ciem­ność po­rwa­ła mnie do sie­bie.

Kiedy od­wa­ży­łem się ode­mknąć po­wie­ki, uj­rza­łem sie­dzą­ce­go przy biur­ku męż­czy­znę. Nocna lamp­ka wy­do­by­wa­ła z mroku zna­jo­me kształ­ty. 

To ten wie­czór?

,,Dobry Boże, nie rób mi tego. Nie rób tego, bła­gam. Prze­stań, pro­szę, prze­stań…”

Stuk – klap. Stuk – klap. STUK – KLAP…

Po­wta­rzal­ny dźwięk na­ra­stał, aż w końcu roz­legł się tuż obok. Marta stała na progu. Pró­bo­wa­łem się ru­szyć, ale nie mo­głem. Usi­ło­wa­łem krzy­czeć, ale moje usta po­zo­sta­wa­ły za­mknię­te.

,,Za­wróć! Odejdź stąd! Nie! NIE!”.

Kule ortopedyczne poszyły w ruch: stuk – klap, stuk – klap. Już była na środ­ku po­ko­ju. Twarz, po­grą­żo­na w pół­cie­niu, wy­ra­ża­ła smu­tek. Jego miej­sce szyb­ko za­ję­ła le­piej mi znana złość.

– Co ty ro­bisz?! – syk­nę­ła.

Męż­czy­zna nie zwra­cał na nią uwagi. Od­da­ny swemu za­ję­ciu, po­chy­lał się nad biur­kiem.

Stuk – klap. Za­wi­sła mu nad ra­mie­niem jak sęp.

– Co ty, do cho­le­ry, ro­bisz?! – po­no­wi­ła py­ta­nie.

Męż­czy­zna odło­żył na­rzę­dzie, które trzy­mał w dłoni.

– Nie twój za­sra­ny in­te­res – od­parł.

Choć byłem niemy, w my­ślach wrzesz­cza­łem na całe gar­dło; pró­bo­wa­łem za­głu­szyć tych dwoje, za­to­pić ich słowa w morzu ja­ło­wych roz­ka­zów. To na nic. Wszyst­ko co mó­wi­li, do­cie­ra­ło do mnie z kry­sta­licz­ną wy­ra­zi­sto­ścią.

– Je­steś śmiesz­ny, wiesz? – rzu­ci­ła Marta. Na po­twier­dze­nie tego wnio­sku wy­bu­chła krót­kim śmie­chem.

– A ty ża­ło­sna – od­parł jej mąż.

Od­par­łem ja.

– Zo­staw to! – Po­wró­ci­ła do ostre­go tonu. – Po co to ro­bisz? Po co?

Nie od­po­wie­dział. Pil­nie śle­dzi­łem jego… moje ruchy. Się­gną­łem po mło­tek.

– Za­bie­ram to. – Marta pu­ści­ła jedną z kul i się­gnę­ła ku biur­ku.

Za­re­ago­wa­łem gwał­tow­nie.

– Zo­staw! – Po­wstrzy­ma­łem żonę, ła­piąc ją za nad­gar­stek.

– Ty świ­nio! Szma­cia­rzu! – krzy­cza­ła, usi­łu­jąc się wy­rwać. Kiedy jej się udało, wy­mie­rzy­ła mi celny po­li­czek.

– Prze­stań!

– To przez cie­bie!

– Wyjdź stąd!

– To twoja…

– Wyjdź!

– … wina! Twoja!

– Za­mknij się!

– Twoja wina!

To, co na­stą­pi­ło potem, zdą­ży­łem od­two­rzyć ja­kieś kil­ka­set ty­się­cy razy. Jeśli roz­gry­wa­ją­ca się przede mną scena była wier­nym za­pi­sem rze­czy­wi­sto­ści, wy­cho­dzi­ło na to, że wspo­mnie­nie, które nie­ustan­nie po­wra­ca­ło do mnie w czyść­cu, ule­gło znie­kształ­ce­niu.

Żyłem w prze­ko­na­niu, że wszyst­ko trwa­ło jakąś se­kun­dę, może dwie. Ode­pchną­łem Martę, ale niezbyt mocno. Sko­czy­łem na równe nogi i się­gną­łem po mło­tek, który, jak się oka­za­ło, zdą­żył wy­paść mi z dłoni.

Głu­che pla­śnię­cie. Jak ka­wa­łek su­ro­we­go mięsa pa­da­ją­cy na ku­chen­ny blat. Kiedy stra­ci­ła rów­no­wa­gę, po­my­śla­łem nawet, że udaje, że od­gry­wa ko­lej­ny te­atrzyk. Ob­ser­wu­jąc to wszyst­ko po raz drugi, z innej per­spek­ty­wy, nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że cze­goś ta­kie­go nie da­ło­by się za­grać. Ru­nę­ła na par­kiet razem ze swo­imi ku­la­mi.

Po pro­stu nad nią sta­łem, cały czas ści­ska­jąc mło­tek. W końcu wyrwałem się z odrętwienia i ru­szy­łem ku drzwiom. Chcia­łem we­zwać pomoc, na­praw­dę. Wie­dzia­łem nawet, co po­wiem, dzwo­niąc pod numer alar­mo­wy; pla­no­wa­łem za­cząć roz­mo­wę od przy­zna­nia się do tego, że praw­do­po­dob­nie za­bi­łem żonę.

Ob­cho­dząc ciało Marty, sam pa­dłem na zie­mię, sa­piąc i ści­ska­jąc się za lewe ramię. Moim ostat­nim ziem­skim wspo­mnie­niem był ból w ło­mo­czą­cym sercu i widok szyb­ko przy­bli­ża­ją­cej się pod­ło­gi. Oka­za­ło się, że ostat­nie chwi­le na tam­tym świe­cie nie za­pi­sa­ły się w mojej pa­mię­ci; mu­sia­ło minąć parę minut, nim w końcu, po wy­trwa­łej walce o każdy od­dech, prze­sta­łem się ru­szać.

Na biur­ku leżał karm­nik. Miał zająć miej­sce sta­rej, prze­gni­łej budki, którą lata wcze­śniej wie­sza­łem na drze­wie pod okiem Krzy­sia. To był jego po­mysł. Bał się, że zimą ptaszki będą głodować.

Mój syn nie do­cze­kał pierw­sze­go śnie­gu.

– Chcę prze­stać ist­nieć – po­pro­si­łem. – Bła­gam, Boże. Po­zwól mi nie ist­nieć, do­brze?

Lamp­ka na biur­ku zga­sła. Po­my­śla­łem, że zlitowano się nade mną i speł­nio­no moją proś­bę. A potem znów stra­ci­łem świa­do­mość.

 

***

 

Naj­pierw do­tarł do mnie za­pach, któ­re­go nie czu­łem od wie­ków: kwit­ną­ca trawa i polne kwia­ty. Le­ża­łem na ziemi i mia­łem nad sobą niebo – błę­kit­ny prze­stwór, po któ­rym pły­nę­ły ob­ło­ki. Czym prę­dzej usia­dłem. Byłem na łące. Czu­łem pa­da­ją­ce na twarz pro­mie­nie słoneczne, do moich uszu do­bie­ga­ły pta­sie trele.

– Marek!

Po­de­rwa­łem się jak opa­rzo­ny. Nie wie­rzy­łem wła­snym oczom.

Marta miała na sobie białą su­kien­kę, którą na­tych­miast roz­po­zna­łem; no­si­ła ją, kiedy za­czę­li­śmy się spo­ty­kać. Wiatr roz­wie­wał włosy mojej… na­rze­czo­nej?

Sta­ną­łem przed olśnie­wa­ją­co pięk­ną, młodą ko­bie­tą.

– Czy to ty?

Za­miast od­po­wie­dzieć, wzię­ła mnie w ra­mio­na.

– To nie jest złu­dze­nie, praw­da? – wy­szep­ta­łem py­ta­nie ła­mią­cym się gło­sem.

– Nie – od­par­ła. – Nie jest.

Utkwi­łem wzrok w mojej dłoni. Sam od­cień skóry wska­zy­wał na to, że rów­nież od­młod­nia­łem.

– Czy my znowu mamy po dwa­dzie­ścia lat? – za­py­ta­łem.

– Na tyle wyglądamy. – Marta od­su­nę­ła się i zlu­stro­wa­ła moją twarz. – Przy­stoj­niak z cie­bie.

– Nic nie ro­zu­miem – wy­szep­ta­łem. – Jakim cudem tu tra­fi­łem? Co się stało? Prze­cież byłem na samym dnie. A ty? Za­bra­no cię z czyść­ca za­miast mnie, a to ozna­cza… że na­praw­dę je­ste­śmy w nie­bie? Ale…

Marta przy­ło­ży­ła palec do ust, na­ka­zu­jąc mi się uci­szyć.

– Chodź, przej­dzie­my się. – Wy­cią­gnę­ła dłoń.

Ru­szy­li­śmy ścież­ką, wzdłuż któ­rej rosły ja­bło­nie. Ga­łę­zie ugi­na­ły się od doj­rza­łych owo­ców.

– To nie byłam ja – rze­kła w końcu Marta. – Tam, w czyść­cu.

– Jak to? – Sta­ną­łem jak wryty.

– Czy­ściec to dziw­ne miej­sce. – Uko­cha­na po­cią­gnę­ła mnie za rękę, chcia­ła kon­ty­nu­ować spa­cer. – Jest czymś zu­peł­nie innym niż niebo czy pie­kło. Można po­wie­dzieć, że w za­sa­dzie nie ist­nie­je.

– A… – już otwie­ra­łem usta, by zgło­sić sprze­ciw, ale ugry­złem się w język.

– Świat, w któ­rym po­ku­to­wa­łeś… a w za­sa­dzie cier­pia­łeś, wziął się z cie­bie i na­le­żał tylko do cie­bie. Był wy­kwi­tem two­je­go su­mie­nia.

– Nie­moż­li­we! – za­pro­te­sto­wa­łem. Znów chcia­łem przy­sta­nąć, ale jakoś się po­wstrzy­ma­łem. – To by zna­czy­ło, że nic… i nikt, kogo tam spo­tka­łem, tak na­praw­dę nie ist­nia­ło? I że sam wy­my­śli­łem sobie taką karę? Ale to nie­praw­da!

Bez­wied­nie pu­ści­łem dłoń Marty i kon­ty­nu­owa­łem wywód, ge­sty­ku­lu­jąc:

 – Prze­cież każ­de­go dnia bła­ga­łem o ko­niec kary! Już po ty­go­dniu czu­łem, że mam dość, że od­po­ku­to­wa­łem! Ża­ło­wa­łem za każdy naj­mniej­szy grzech!

Znów się za­trzy­ma­łem. Choć minęło wiele lat, czas nie zacierał mojego czynu. Mia­łem przed sobą uko­cha­ną osobę, którą za­bi­łem.

– Przez te wszyst­kie lata – szep­ną­łem – nigdy cię nie prze­pro­si­łem. Cie­bie, czy ra­czej… jak twier­dzisz, two­je­go wy­obra­że­nia. Tego, z któ­rym żyłem w czyść­cu.

Marta mil­cza­ła, pa­trząc mi pro­sto w oczy. Nie po­tra­fi­łem od­gad­nąć, co kryło się za jej spoj­rze­niem. Nie było su­ro­we, ale nie wy­ra­ża­ło też apro­ba­ty. Jakby na coś cze­ka­ła. Na prze­pro­si­ny? Nie, chyba nie. Mimo to wy­du­ka­łem:

– Prze­pra­szam.

Za­brzmia­ło to ża­ło­śnie słabo. Spu­ści­łem wzrok.

– Odkąd tu tra­fi­łam – rze­kła Marta – co­dzien­nie przy­glą­da­łam się twoim zma­ga­niom. Dziel­nie zno­si­łeś po­ku­tę, którą sam sobie za­da­łeś. – Drob­na dłoń pogładziła mój policzek.

– Ale ja cią­gle nie ro­zu­miem, czemu tu je­stem – przy­zna­łem. – Chcia­łem, na­praw­dę z ca­łe­go serca chcia­łem, od­wró­cić się od Boga, od­rzu­cić jego łaskę. Wtedy, kiedy my­śla­łem, że wzięli cie­bie za­miast mnie, szcze­rze tym wszyst­kim wzgar­dzi­łem!

– Wiem. Rze­czy­wi­ście go od­rzu­ci­łeś. To miała być twoja ostat­nia próba. On chciał się prze­ko­nać, czy doj­rza­łeś do tego, aby pójść dalej. Tak, jak żal i skru­cha oka­za­ne w chwi­li śmier­ci po­zwo­li­ły ci tra­fić do czyść­ca, tak gniew i pycha, które za­wład­nę­ły tobą po moim znik­nię­ciu, strą­ci­ły cię do pie­kła.

– A jed­nak je­stem tutaj! – krzyk­ną­łem. – Dla­cze­go?!

Marta ro­ze­śmia­ła się. Tro­chę mnie to zde­ner­wo­wa­ło. Za­le­ża­ło mi na od­po­wie­dzi, nie chcia­łem, by py­ta­nie zo­sta­ło zbyte śmie­chem.

Do­pie­ro po chwi­li zauważyłem, że Marta spo­glą­da na coś, co do­strze­gła za moimi ple­ca­mi. Od­wró­ci­łem się.

Stał tuż za mną.

Bez wa­ha­nia po­rwa­łem go w ra­mio­na i przy­tu­li­łem naj­moc­niej, jak tylko mo­głem.

– Prze­pra­szam. To moja wina – za­łka­łem.

– Nie, wcale nie – od­po­wie­dział Krzyś. – To nie była twoja wina. Ani wina mamy.

– Po­wi­nie­nem to prze­wi­dzieć, je­chać ostroż­niej. Po­wi­nie­nem… – Uko­cha­na za­mknę­ła mi usta po­ca­łun­kiem. Ten po­ca­łu­nek koń­czył cier­pie­nie, pie­czę­to­wał bo­le­sną prze­szłość. Na za­wsze od­dzie­lał od wy­pad­ku, w któ­rym moja żona stra­ci­ła nogę a nasz syn życie.

– Jakiś czas temu coś mi wy­znał – szep­nę­ła Marta.

– Kto? – za­py­ta­łem, ocie­ra­jąc łzy.

– On. Bóg.

Prze­biegł mnie dreszcz.

– Roz­ma­wia­łaś z nim?

– Każdy roz­ma­wiał. Z tobą też za­mie­ni słów­ko czy dwa, mo­żesz być pe­wien. – Prze­krzy­wi­ła głowę i po­sła­ła mi jeden ze swo­ich zło­śli­wych uśmie­chów. Kie­dyś, zanim praw­dzi­we kłót­nie zdo­mi­no­wa­ły naszą co­dzien­ność, wy­mie­nia­li­śmy po­dob­ne uszczy­pli­wo­ści.

– Śmiej się, śmiej, mała szel­mo. Sama pew­nie trzę­słaś por­t­ka­mi!

– Nie – od­par­ła, głasz­cząc Krzy­sia po czu­pry­nie. Spo­waż­nia­ła. – Nie bałam się. Nie ma czego.

W se­kun­dzie po­ją­łem. Jakby ktoś za­pa­lił świa­tło pod moim ciem­nym cze­re­pem.

– To ty? – wy­krzy­cza­łem py­ta­nie. – To dzię­ki tobie tu je­stem?

Marta wes­tchnę­ła.

– To nie tak. Ow­szem, po­szłam go bła­gać, by ci od­pu­ścił. Po­wie­dzia­łam, że po­peł­ni­łeś błąd, ale że… no, że kręcą się tutaj więk­sze ga­gat­ki od cie­bie. Ale to w grun­cie rze­czy nie miało zna­cze­nia. Wiesz, co mi wy­znał? To tylko kwe­stia czasu. Ko­niec koń­ców wszy­scy tu tra­fią. Ro­zu­miesz?

– Wszy­scy?

– Tak. Wszy­scy.

– Nawet ci… stam­tąd?

– Tak.

Naszą uwagę przy­ku­ło stado saren, które prze­bie­gło przez ścież­kę.

– Je­steś do­brym czło­wie­kiem – po­wie­dzia­ła Marta, a ja po­czu­łem, że tracę od­dech. – Nie za­słu­ży­łeś na to, żeby tam sie­dzieć.

– Dzię­ki.

– Do usług. – Marta wspar­ła głowę na moim ra­mie­niu. – Chodź­my w końcu! Muszę po­ka­zać ci to i owo.

Sko­ło­wa­ny i szczę­śli­wy jak jasna cho­le­ra, ru­szy­łem z moją ro­dzi­ną oglą­dać raj, który, jeśli wie­rzyć w to, czemu nie chcia­łem dać wiary, był nam pi­sa­ny już w chwi­li na­ro­dzin.

Koniec

Komentarze

Interesujące podejście do konkursu.

Czyściec to rzadko spotykana sceneria, więc wypada dość oryginalnie.

Pod koniec robi się straszliwie słodko, tylko brykających jednorożców brakowało do kompletu. Ale Twoja wizja ma swój urok.

Babska logika rządzi!

Cześć, Finklo! Dziękuję za klika.

Fakt, końcówka jest słodka jak Rafaello na łyżce miodu, ale co tam. Należało im się :)

Pozdrawiam!

Miód to przy tym jest wytrawny. ;-)

Babska logika rządzi!

Miód to przy tym jest wytrawny. ;-)

O, to aż tak? No dobra – na łyżce nutelli. A Rafaello to jednak chałwa w wiórkach kokosowych :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Cześć Adam,

 

Cóż mogę powiedzieć, bardzo przyjemnie się czytało :) Ciekawie zinterpretowałeś zadany temat. Jeżeli czegoś mi zabrakło to dokładniejszych opisów czyśćca i piekła, ale i tak był odczuwalny pewien specyficzny klimat.

 

Gratuluję i pozdrawiam

Cześć, Helmucie! Dziękuję za wizytę i podzielenie się opinią :) Pozdrawiam!

Faktycznie oryginalne podejście do konkursu. Dobrze się czytało, klimacik czyśćca i piekła nieźle oddany. W niebie było mi trochę za słodko, ale co mi tam, święta idą :)

Kliczek :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Irko! Cieszę się, że moje podejście do konkursu uważasz za oryginalne :) Dziękuję za klika!

Dobry tekst, na pewno różni się od innych konkursowych. Fajnie zbudowałeś wszystkie trzy „przestrzenie”: czyściec, piekło i niebo – w każdym przypadku oddajesz najważniejsze cechy. Czyśćcowi poświęcasz najwięcej miejsca i dzięki temu wypada najciekawiej. A że końcówka jest słodka? Cóż, według mnie wpisuje się w wyobrażenie nieba i ładnie realizuje konkursowe założenie dotyczące zakończenia.

Jeden z lepszych tekstów o tej tematyce, które ostatnio czytałem.

Cześć!

Moją opinię znasz z bety. Miałem tam jakieś zastrzeżenia koncepcyjne, ale oryginalności i nieszablonowego pomysłu nie sposób odmówić. Brakuje trochę tej rozmowy z Bogiem na końcu, ale to tu jesteś tu autorem

Pozdrawiam i zgłaszam do biblioteki!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć, Perrux! Dziękuję za miłe słowa i zgłoszenie tekstu do biblioteki. Cieszę się, że Ci się spodobał!

Pozdrawiam!

 

Witaj, krarze85! Prawda, nie skorzystałem z wszystkich Twoich rad, ale te, które wziąłem pod uwagę, z całą pewnością uczyniły to opowiadanie lepszym. Jeszcze raz bardzo dziękuję za betę!

Pozdrawiam!

Ciekawy, oryginalny pomysł. Dobre wykonanie, czytało się płynnie. Końcówka może nieco przesłodzona, w stosunku do reszty tekstu, ale z drugiej strony wpisuje się to w konkursowe zasady.

Fajne było to, że podobnie jak w tym świątecznym opowiadaniu, od razu wprowadzasz czytelnika w akcję i szybko go angażujesz (a przynajmniej ja miałem takie wrażenie). Myślę, że to ważne aby przykuć uwagę :)

Podsumowując podobało mi się i klikam :)

 

Jeszcze dwa drobiazgi do Twojej rozwagi:

 

ogromnie wiele nieszczęśliwych lat

Może po prostu bardzo wiele?

– Wzięto ją zamiast ciebie

Z jakiegoś powodu mi nie pasowało to Wzięto. Może lepiej wzięli?

Witaj, Edwardzie! Cieszę się, że zajrzałeś, dziękuję za klika!

Fajne było to, że podobnie jak w tym świątecznym opowiadaniu, od razu wprowadzasz czytelnika w akcję i szybko go angażujesz

O, właśnie na tym mi zależało :)

 

Twoje sugestie wezmę pod uwagę. Dzięki raz jeszcze i pozdrawiam! 

 

No chciałem napisać coś oryginalnego w komentarzu, ale nie ma co próbować na siłę. Podobał mi się motyw czyśćca, zakończenie mocno słodkie, ale ujdzie. Dobrze prowadzisz akcję, nie ma czasu się nudzić, wszystko jest na swoim miejscu.

Pozdrawiam

Cześć, Zanais! Dziękuję za opinię, cieszę się, że sposób, w jaki poprowadziłem akcję, przypadł Ci do gustu. Pozdrawiam!

Czyściec pomysłowy, choć cały koncept nieba i piekła – taki, jaki jest przedstawiony w opowiadaniu – zdaje mi się mało sensowny. Wychodzi na to, że nieważne, czy się dobrze zrozumiało własne błędy, grunt to mieć znajomych tam, gdzie trzeba, i trafi się wyżej…

Interesująca wizja – pokutnicy mieszkający w mieście, po sąsiedzku. To było fajne.

Cześć, Silva! Cieszę się, że zajrzałaś!

Wychodzi na to, że nieważne, czy się dobrze zrozumiało własne błędy, grunt to mieć znajomych tam, gdzie trzeba, i trafi się wyżej…

Choć wstawiennictwo Marty pomogło Markowi, kiedy spadł na samo dno, to w gruncie rzeczy nie było mu niezbędne, by wydostać się z piekła. Ostatecznie – jak wszyscy inni – i tak trafiłby do nieba. A że oszczędzono mu kolejnych cierpień? Myślę, że na to zasłużył: osoba, względem której popełnił najcięższy grzech w swoim życiu, potrafiła mu wybaczyć. Poza tym czyściec, tak jak go sobie wymyśliłem w tym opowiadaniu, jest rodzajem kary, którą grzesznik wymierza sam sobie (według nie do końca uświadomionego, może wręcz wypartego, poczucia winy). Wynika z tego, że Marek szczerze, w głębi duszy, sumienia, nieświadomości, żałował swojego czynu. Inaczej nie skazałby samego siebie na dłuuugie lata w czyśćcu.

Pozdrawiam!  

Cześć, Adam!

 

Trochę nie wiem, czy Twój czyściec to nie bardziej piekło, ale ciekawie tam wszystko urządziłeś. Nie do końca rozumiem te nazwijmy to religijne subtelności w sensie, czy tak ten sponsoring by działał, ale powiem, że dobrze to tłumaczysz. Dużym plusem opowiadania jest przejrzystość układu graficznego, co współgra z dynamizmem akcji i pomaga (przynajmniej ludziom z moimi fiksacjami) gładko przebrnąć przez tekst. Styl też pozwala swobodnie płynąć z tekstem.

Pozdrawiam

Witaj, oidrin!

Nie do końca rozumiem te nazwijmy to religijne subtelności w sensie, czy tak ten sponsoring by działał, ale powiem, że dobrze to tłumaczysz.

Wizja jest ,,autorska” i, tak po prawdzie, z lekka bluźniercza z punktu widzenia doktryny katolickiej, zgodnie z którą czyściec nie jest miejscem pozornie bezsensownego cierpienia i zupełnego oderwania od Boga, który zostawia grzeszników pod nadzorem mrukliwych aniołów.

Cieszę się, że tekst czytało się gładko :) Dziękuję i pozdrawiam!

Pogodny i sympatyczny, wbrew początkowemu nastrojowi tekst. No, przyznam, wzruszyłam się. Bardzo się dobrze czytało. 

Witaj, ninedin!

No, przyznam, wzruszyłam się.

Bardzo mnie to cieszy :)

Dziękuję, pozdrawiam!

Przyszłam tu nie, żeby się czepiać (jak mam w zwyczaju), ale przeczytać dla przyjemności i się nie zawiodłam :D Fajnie, lekko prowadzisz narrację, czyta się przyjemnie, może tylko to stanięcie “twarzą przed wejściem do jednego z budynków” troszkę mnie wybiło z rytmu, ale nie na długo. Ogólnie bardzo plastyczna wizja każdego z poziomów, na dodatek bardzo przekonująco zbudowana.

Mimo cukierków na końcu podobało mi się :) Dobra robota!

Pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

Cześć, NaNa!

Przyszłam tu nie, żeby się czepiać (jak mam w zwyczaju), ale przeczytać dla przyjemności i się nie zawiodłam :D

Miłe :)

Dziękuję za wizytę, pozdrawiam!

[Przeczytane]

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Przyjemnie się czytało :)

Przynoszę radość :)

Dziękuję za kolejną wizytę, Anet :) Cieszę się, że lektura była przyemna, pozdrawiam!

Po pierwszych opisach skojarzyło mi się z opisem Tartaru, jaki kiedyś przeczytałam, szczerze mówiąc. Generalnie czytało się płynnie. Dobry tekst. ;) 

Nigdy nawet nie zdradzili mi swoich imion. Nie miałem pojęcia, na czym polegała ich pokuta.

Pewnie na spędzaniu z sobą czasu. :p 

 

Cześć, Draconis. Cieszę, się, że czytało się płynnie i że uważasz tekst za dobry. Dziękuję, pozdrawiam!

Pewnie na spędzaniu z sobą czasu. :p 

Też tak myślę ;)

Nowa Fantastyka