- Opowiadanie: Realuc - Ostatnia pasterka, czyli za dużo uszek w barszczu

Ostatnia pasterka, czyli za dużo uszek w barszczu

Wraz z Silvą roz­po­czy­na­my por­ta­lo­wą za­ba­wę ad­wen­to­wą. Idąc za cio­sem, po­sta­no­wi­łem roz­po­cząć rów­nież świą­tecz­ny kon­kurs :)

Jest świą­tecz­nie choć mało we­so­ło. Ina­czej nie po­tra­fi­łem :(

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Ostatnia pasterka, czyli za dużo uszek w barszczu

Dło­nie za­czy­na­ją mi się pocić.

Ner­wo­wo gnio­tę w pal­cach ser­wet­kę. Udaję, że słu­cham ko­lej­nej opo­wie­ści ojca o Pierw­szej Woj­nie Ko­smicz­nej, w któ­rej brał udział. Kiwam ma­chi­nal­nie głową i uśmie­cham się sztucz­nie. Prze­la­tu­ję wzro­kiem po zastawionym stole, który sama przy­go­to­wa­łam. Nie mogę na­dzi­wić się ludz­kiej głu­po­cie w dwu­dzie­stym dru­gim wieku. A prze­cież sama biorę udział w tym cyrku.

Są man­da­ryn­ki, ma­ko­wiec, babka cy­try­no­wa, orze­chy i miód w sło­icz­ku. Zaraz roz­pocz­nie się spo­ży­wa­nie pierw­szej po­tra­wy. Jest rów­nież ubie­ra­na przez męża i córkę cho­in­ka, zdo­bio­na w tym roku srebr­ny­mi łań­cu­cha­mi i zło­ty­mi bomb­ka­mi. Jest wszyst­ko to, co ko­ja­rzy się ze świę­ta­mi, a prze­cież nie ma wśród nas już Boga, któ­re­go lu­dzie się wy­rze­kli. Nie ma krzy­ża na stole, nie ma kolęd, nie ma opłat­ka ani mo­dli­twy. Nie ma wszyst­kie­go tego, o czym opo­wia­da­li lub po­ka­zy­wa­li na fil­mach ro­dzi­ce. Jest za to wy­żer­ka i wódka. 

Tra­dy­cja na­kra­pia­na hi­po­kry­zją.

Mimo tego, jak co roku, przy­go­to­wa­łam wszyst­ko skru­pu­lat­nie. Aby nie za­wieść Tomka, Lilki, mamy i taty, wujka i ciot­ki, szwa­gra…

– Emi­lio, może już czas wnieść barsz­czyk? – Marek, brat męża, na­chy­la się nade mną. Czuję wódkę z jego ust, które zbli­żył do mo­je­go ucha.

– Wła­śnie, ko­cha­nie, czy to już nie czas na pierw­sze danie? – do­da­je Tomek, osa­czo­ny przez mamę i ciot­kę na dru­gim końcu stołu.

– Oczy­wi­ście. Już idę – od­po­wia­dam i udaję się do kuch­ni.

 

Barszcz z uszka­mi

 

Wszy­scy sie­dzą przy stole, za­czy­na­ją jeść. Pa­trzę na ta­lerz. Widzę krew. Pły­wa­ją­ce w czer­wo­nej cie­czy frag­men­ty ciała. Do­brze mi zna­ne­go ciała. Wy­obraź­nia wszyst­ko wy­ol­brzy­mia. Ko­lo­ry­zu­je. A ja chcę mieć to już tylko za sobą. Uno­szę lekko głowę. Mąż wle­pia we mnie nie­bie­skie oczy. Uśmie­cha się. Nie­by­wa­łe, jak on bar­dzo mnie kocha, mimo upły­wu tylu lat. Lilka już zja­dła. Jak na sze­ścio­let­nią dziew­czyn­kę jest nie­zwy­kłym ła­kom­czu­chem. Z po­wro­tem sku­piam się na swoim barsz­czu. Muszę za­nu­rzyć w nim łyżkę, choć na­pa­wa mnie to obrzy­dze­niem. Prze­cież jest wi­gi­lia. Bóg się nie na­ro­dził, bo go nie ma, ale po­tra­wy wi­gi­lij­ne wy­pa­da zjeść. Wy­star­czy, że będę za­cho­wy­wać się nor­mal­nie. Tylko tyle. Roz­gry­zam pierw­sze uszko, po­ły­kam.

Po­łknij skar­bie, nie wy­plu­waj.

Od­trą­cam z głowy wspo­mnie­nia. Zja­dam ko­lej­ne uszko.

Grzecz­na dziew­czyn­ka.

Jest ich zde­cy­do­wa­nie za wiele. Każdy kęs przy­no­si coraz wię­cej bólu. Każda ko­lej­na po­tra­wa zbli­ża mnie do pa­ster­ki. W końcu ta­lerz jest pusty, a ja z tru­dem po­wstrzy­mu­ję się od zwy­mio­to­wa­nia.

 

Żurek z grzybami i ziem­nia­ka­mi

 

Po­da­ję drugą po­tra­wę. Wszy­scy za­czy­na­ją łap­czy­wie jeść. Chwi­lę póź­niej roz­po­czy­na się zbio­ro­we wy­chwa­la­nie:

– Prze­pysz­ne, ko­cha­na, jak co roku – sło­dzi ciot­ka Te­re­sa.

– Naj­lep­szy na świe­cie żurek, skar­bie – mówi Tomek.

– Py­cho­ta, mamo! – ra­du­je się Lilka.

– Wy­bor­ne, Emi­lio. Wprost wy­bor­ne – do­da­je szwa­gier, pa­trząc na moje usta, które zbli­ża­ją się do kawałka ziemniaka na­bra­nego na łyżkę.

O, tak. Je­steś wspa­nia­ła. Brat jest szczę­ścia­rzem.

Gryzę, po­ły­kam. Nogi za­czy­na­ją drżeć, stopy ner­wo­wo wy­stu­ku­ją nie­zna­ny rytm. Zaraz trze­cie danie…

 

Pie­ro­gi z ka­pu­stą i grzy­ba­mi

 

– Ko­cha­nie, je­steś jakaś blada. Wszyst­ko w po­rząd­ku? – pyta Tomek. Kiwam tylko głową i za­bie­ram się za pie­ro­gi.

Już tego nie od­wle­kam. Tym razem znaj­dę w sobie od­wa­gę. Zro­bię to, co zro­bić po­win­nam już dawno temu.

Z tru­dem prze­ły­kam ostat­ni ka­wa­łek pie­ro­ga. Całe ciało już drży. Za­ci­skam szczę­kę i ukry­te pod sto­łem pię­ści.

– Po­zwól, że po­mo­gę. – Znowu na­chy­la się nade mną Marek. Jesz­cze niżej, jesz­cze moc­niej zio­nie od niego wódą. Jego za­nie­dba­na, skoł­tu­nio­na kozia bród­ka draż­ni moje od­sło­nię­te ramię. Droga ma­ry­nar­ka dzi­wacz­nie śmier­dzi. Ale tak to jest, jak ma się pie­nią­dze, a jest się ka­wa­le­rem. Zbie­ra puste ta­le­rze i od­no­si do kuch­ni. Cze­kam, aż wróci. Ledwo wsta­ję z krze­sła, aby pójść przy­szy­ko­wać ostat­nią po­tra­wę.

 

Karp w ga­la­re­cie

 

Zja­dam mały ka­wa­łek ryby, po czym ogła­szam:

– Je­stem pełna. Nie wci­snę już ani kęsa. 

Od­su­wam ta­lerz. Nad­szedł czas. Byle mieć to już za sobą. 

– Bra­cie, nie wy­mię­kaj, do rana da­le­ko! Naj­lep­sze­go!

Marek unosi kie­li­szek, Tomek, z tru­dem, czyni to samo. Nie wiem, która to już ko­lej­ka. Teraz do­łą­cza­ją jesz­cze wujek Ta­de­usz i mój oj­ciec.

Szko­da, że świę­ta są tylko raz w roku. Może prze­pro­wa­dzę się kie­dyś z Lon­dy­nu do Wro­cła­wia?

Wszy­scy zje­dli. Szwa­gier zrywa się z krze­sła i pyta re­to­rycz­nie:

– No to co, pa­ste­recz­ka?

Głowa Tomka bez­wład­nie dynda nad bla­tem. Sku­tecz­nie i szyb­ko go opił, jak co roku. Po­zo­sta­li zaś, rów­nież jak co roku, zo­sta­ną w domu.

– Jesz­cze da­le­ko do pół­no­cy – za­uwa­ża mój oj­ciec.

– A kogoż ob­cho­dzi pół­noc? Prze­cież ko­ścio­ły dawno zbu­rzo­ne, to i nie idzie­my na mszę, tylko napić się z są­sia­da­mi. Tra­dy­cja to tra­dy­cja. Emi­lio, ty oczy­wi­ście pój­dziesz ze mną, praw­da?

– Oczy­wi­ście, sko­czę tylko na se­kun­dę do kuch­ni – od­po­wia­dam, choć my­śla­mi je­stem już jakiś kwa­drans do przo­du. Wszyst­ko za­pla­no­wa­ne. Wszyst­ko przy­go­to­wa­ne. Tym razem będę od­waż­na. Tym razem to zro­bię.

 

Pa­ster­ka

 

Zjeż­dża­my windą z dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go pię­tra. Wy­cho­dzi­my na ze­wnątrz. Osie­dle, na któ­rym miesz­kam, znaj­du­je się tuż obok parku. Tam też bez słowa się uda­je­my. Nad gło­wa­mi prze­la­tu­je banda mło­dzie­ży na pod­nieb­nych sku­te­rach. Są zde­cy­do­wa­nie wyżej, niż ze­zwa­la­ją na to prze­pi­sy oraz ogra­ni­cze­nia me­cha­nicz­ne pro­du­cen­ta. Ale czego nie można obejść?

W parku jest pusto, cicho i ciem­no.

Trzę­sę się, mimo iż na ze­wnątrz jest dobre osiem stop­ni na plu­sie. Ostat­ni śnieg pa­mię­ta­ją je­dy­nie może jesz­cze moi ro­dzi­ce. Skrę­cam z bru­ko­wa­nej ulicz­ki w nie­wiel­ki za­gaj­nik. Wcho­dzę mię­dzy za­ro­śla i pię­trzą­ce się brzo­zy. Staję, cze­kam. Marek pod­cho­dzi. Po­wo­li, na­pa­wa­jąc się tą chwi­lą. Sły­szę jego chro­po­wa­ty, świń­ski od­dech. W końcu szep­cze pod­nie­co­ny:

– Nie muszę ci przy­po­mi­nać, abyś jutro za­po­mnia­ła o tej nocy tak samo, jak o każ­dej po­przed­niej, praw­da? Wie­rzę, że nadal ko­chasz córkę rów­nie mocno i nie chcia­ła­byś, aby coś jej się stało. Poza tym, tyle mi za­wdzię­cza­cie, mam rację? Pracę, miesz­ka­nie, dobrą szko­łę dla Lilki? Faj­nie jest mieć bo­ga­te­go szwa­gra, co nie?

– Skończ pie­przyć i rób, co masz robić – mówię sta­now­czo, zwal­cza­jąc ła­mią­cy się głos. Teraz albo nigdy. Teraz albo nigdy…

– Opuść spód­ni­cę – na­ka­zu­je Marek.

Roz­po­czy­na­my pa­ster­kę.

 

Rok póź­niej

 

 

Po­pra­wiam le­żą­cą przede mną ser­wet­kę.

Je­stem per­fek­cjo­nist­ką, co nie­raz do­pro­wa­dza mnie zresz­tą do szału. Słu­cham ko­lej­nej opo­wie­ści ojca o Pierw­szej Woj­nie Ko­smicz­nej, w któ­rej brał udział. Uśmie­cham się, uwiel­biam jego hi­sto­rie. Prze­la­tu­ję wzro­kiem po zastawionym stole, który sama przy­go­to­wa­łam. W końcu za­ak­cep­to­wa­łam ten cały cyrk. Uzna­łam, że oka­zji do spo­tkań w ro­dzin­nym gro­nie jest tak mało w dzi­siej­szych cza­sach, iż źle by­ło­by znisz­czyć ko­lej­ną. Poza tym, jeśli u kogoś Bóg po­zo­stał w sercu, nie­po­trzeb­ny jest krzyż na stole.

Tak więc są man­da­ryn­ki, ma­ko­wiec, babka cy­try­no­wa, orze­chy i miód w sło­icz­ku. Zaraz roz­pocz­nie się spo­ży­wa­nie pierw­szej po­tra­wy. Jest rów­nież ubie­ra­na prze­ze mnie, męża i córkę cho­in­ka, zdo­bio­na w tym roku błę­kit­ny­mi łań­cu­cha­mi i bia­ły­mi bomb­ka­mi.

Jak co roku, przy­go­to­wa­łam wszyst­ko skru­pu­lat­nie. Albo nawet jesz­cze le­piej, niż w po­przed­nich la­tach. Tym razem na­praw­dę się sta­ra­łam.

– Ko­cha­nie, czy to nie czas na barsz­czyk? – pyta Tomek. Pa­trzy na mnie z taką mi­ło­ścią, mimo tylu lat wspól­ne­go życia.

– Oczy­wi­ście, naj­wyż­szy czas! Już przy­no­szę.

Obok męża tra­dy­cyj­nie sie­dzi jego brat, Marek. Uśmie­cha się głup­ko­wa­to i pa­trzy pu­stym wzro­kiem na wia­do­mo­ści, wy­świe­tla­ne na prze­ciw­le­głej ścia­nie sa­lo­nu.

– Coś ty taki ma­ło­mów­ny i mało pi­ją­cy? Niepo­dob­ne to do cie­bie – za­ga­du­je brata Tomek.

– Mam po­waż­ne pro­ble­my z żo­łąd­kiem, chyba się czymś nie­daw­no za­tru­łem. W te świę­ta muszę od­pu­ścić sobie je­dze­nie i picie. A tak poza tym to wszyst­ko jest w po­rząd­ku – od­po­wia­da szwa­gier, nie zmie­nia­jąc przy tym mi­mi­ki twa­rzy. Jego głos jest nieco… inny.

Nikt jed­nak nie zwra­ca na to uwagi. Mąż wzru­sza tylko ra­mio­na­mi i sam na­le­wa sobie do kie­lisz­ka. Idę po barszcz. Z kuch­ni słu­cham wia­do­mo­ści:

– Mija już pół­to­ra roku od pre­mie­ry naj­now­sze­go mo­de­lu an­dro­ida T3X, a ten wciąż jest na szczy­tach wszel­kich list po­pu­lar­no­ści! Nie­za­wod­ny, nie­znisz­czal­ny, a do tego ta no­wa­tor­ska tech­no­lo­gia! Zresz­tą, dla tych któ­rzy jesz­cze ja­kimś cudem wstrzy­mu­ją się z za­ku­pem, po­słu­chaj­cie re­kla­my pro­du­cen­ta!

 

Masz dość swo­je­go sta­re­go an­dro­ida do­mo­we­go? Po­wta­rza­ją­cych się zdań wyrwa­nych z kon­tek­stu? Po­ty­ka­nia się o progi? Roz­bi­ja­nia ta­le­rzy? Nie­do­kład­ne­go sprzą­ta­nia? W końcu, masz dość tego sta­lo­we­go, su­ro­we­go de­si­gnu? Mamy dla cie­bie praw­dzi­wą re­wo­lu­cję! Naj­now­szy model an­dro­ida do­mo­we­go firmy Pear speł­ni wszyst­kie twoje ocze­ki­wa­nia. Za­pro­gra­mu­jesz go we­dług wła­sne­go wi­dzi­mi­się. Ale to nie wszyst­ko! Stwo­rzy­li­śmy uni­kal­ną tech­no­lo­gię ,,Jak żywy”! Umarł ktoś bli­ski? Roz­sy­pa­nie pro­chów w ko­smo­sie uwa­żasz za passe? Wy­sła­nie ciała na cmen­tarz na Mar­sie jest zbyt kosz­tow­ne? To nic! Teraz mo­żesz cie­szyć się obec­no­ścią bli­skiej ci osoby nawet po jej śmier­ci! Zgłoś się do nas nie póź­niej, niż dzień po zgo­nie, a my dzię­ki spe­cjal­nej tech­no­lo­gii stwo­rzy­my an­dro­ida T3X, który bę­dzie wy­glą­dał iden­tycz­nie, jak do­star­czo­ny przez cie­bie osob­nik.

WAŻNE!

Do ze­ska­no­wa­nia ciała, a co za tym idzie stwo­rze­nia ide­al­nej kopii, uży­wa­my tech­no­lo­gii, która nisz­czy żywe ko­mór­ki. Dla­te­go uży­wa­my jej wy­łącz­nie na nie­bosz­czy­kach. Nie zgła­szaj do nas ży­ją­cych ludzi!

Wię­cej in­for­ma­cji na ofi­cjal­nej stro­nie Pear.

Przy­szłość może być pro­sta!

 

Na­peł­niam ta­le­rze, uśmie­cha­jąc się pod nosem. Pa­trzę kątem oka na elek­trycz­ny nóż le­żą­cy na bla­cie.

Od pew­ne­go czasu jest moim ulu­bio­nym ku­chen­nym na­rzę­dziem.

 

Barszcz z uszka­mi

 

Wszy­scy sie­dzą przy stole, za­czy­na­ją jeść. Jem i ja. Ze sma­kiem, roz­ko­szu­jąc się każ­dym kęsem.

Pro­szę, nie rób tego! Jakoś ci to wy­na­gro…

Uśmie­cham się do ze­szło­rocz­nych wspo­mnień. Na­bie­ram ostat­nią łyżkę barsz­czu. Po­lu­bi­łam to danie. Po­lu­bi­łam świę­ta, choć są tylko dzi­wacz­ną hy­bry­dą prze­szło­ści. Je­stem szczę­śli­wa, kiedy widzę, że moja ro­dzi­na jest szczę­śli­wa.

Mąż opo­wia­da dow­ci­py ciot­ce Te­re­sie i wu­jo­wi Ta­de­uszo­wi. Ci śmie­ją się do roz­pu­ku. Sied­mio­let­nia Lilka roz­pa­ko­wu­je już pre­zen­ty pod cho­in­ką, gdyż cier­pli­wo­ści po mnie nie odzie­dzi­czy­ła. Mama prze­ko­nu­je tatę, aby wstrzy­mał się z dal­szy­mi opo­wie­ścia­mi przy­naj­mniej do kar­pia, a Marek…

Marek sie­dzi spo­koj­nie tak, jak sie­dział. Z jed­na­ko­wym uśmie­chem na twa­rzy. Nie robi żad­nych głupstw i gada to, co ma gadać.

Wszyst­ko dzia­ła, jak na­le­ży. W końcu co po­rząd­na firma, to po­rząd­na.

No, czas na żurek z grzybami i ziem­nia­ka­mi.

Koniec

Komentarze

Szybciutko się czytało. Faktycznie, niezbyt wesołe to opowiadanie, ale nie szkodzi. Ładny szorciak, podobał mi się Lekko szoknęłam po tym, co zaszło w parku… Brr… Powodzenia w konkursie!

Saro, dzięki za wizytę, cieszę się, że się podobało :) Wesołych Świąt jeszcze nie życzę bo trochę jednak wcześnie, więc przesyłam tylko pozdrowienia! :D

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Może i trochę ponuro, ale happy end jest. Zabrakło mi wyjaśnienia, dlaczego żurek z kiełbasą. Święta się połączyły?

Tradycja nakrapiana hipokryzją.

Ja bym napisała “zakrapiana”. Aż się prosi.

Babska logika rządzi!

Finklo, nic się nie połączyło, jeno siła tradycji i przyzwyczajenia tutaj działa. Czy u Ciebie co roku zmienia się zestaw świątecznych potraw? Z zakrapianiem masz świętą rację! Jutro to zmienię bo dziś już tylko telefon pod ręką. No i jak zawsze fajnie, że wpadłaś! ;)

Ale przecież żurek z kiełbasą to na wielkanoc, w wigilię tylko postne. I dwa rodzaje barszczu, jeden po drugim, to jednak dziwnie, wyżerka powinna być bardziej zróżnicowana smakowo.

U mnie potrawy wigilijne powolutku ewoluują. No i sporo zależy od gospodyni – w rodzinie na przykład tylko jedna robi kutię.

Babska logika rządzi!

Finklo, u mnie się jadło barszcz czerwony z uszkami a po nim żurek na grzybach z ziemniakami (u babci). Tym się inspirowałem i nie mi się z tym spierać ;)

Hmmm. Żurek na grzybach to jeszcze ujdzie. Ale nie na białej kiełbasie!

Babska logika rządzi!

Ponuro, ale z przewrotnym zakończeniem. Mnie z kolei zastanawia, jak bohaterka może tęsknić do, nazwijmy to, religijnej strony świąt, jeżeli sama nigdy ich osobiście nie zaznała, a zna tylko z opowieści rodziców i filmów. To trochę tak, jakby pokolenie Z wzdychało do lat 90-tych.

Ładne, zgrabne, z treścią – bibliotekowalne zdecydowanie.

Ostatnie, prawdziwe zimy pamiętają jedynie może jeszcze moi rodzice.

Mam wrażenie, że ja już nie pamiętam prawdziwej zimy, a oni tam mają XXII wiek! ;)

Może wystąpiła jakaś anomalia pogodowa w tym XXII wieku? :O 

Zdarza się. 

Finklo, ale kiełbasa to ważny ,,rekwkizyt" w tym tekście! Grzyby zburzą to i owo… :( Ale prześpię się z tym tematem :D Silvo, witaj współautorko szorcika adwentowego! ;) Wydaję mi się, że bohaterka nigdzie nie tęskni za religijną stroną świąt, jeno zauważa pewną, nazwijmy to, nieścisłość. Jest też pewne zdanie, które sugeruje, że może mieć Boga w sercu, a wtedy nie jest potrzebny krzyż na stole. Co do zimy to rzeczywiście w porównaniu do naszego dzieciństwa chociażby to jest lipa :( Teraz trochę sypło, A na święta pewnie będzie ciapa. Może rzeczywiście jutro zmienię, że nie pamięta śniegu (zamiast sformułowania prawdziwej zimy). Dzięki Silvo za komentarz, ahoj! ;)

Cześć :)

Wspaniałe opowiadanie. Napisane ładnym stylem, pełnym napięcia. Cały czas trzymasz czytelników w niepokoju i bardzo dobrze Ci się to udaje. Długość opowiadania jest akurat, ani nie nudzi, ani nie czuć niedosytu. Najbardziej w pamięć zapadło mi porównanie barszczu z uszkami do krwi… Mam nadzieję, że zapomnę o tym do wigilii ;).

Ciężko mi się to czytało, ale nie względu na styl, a treść opowiadania. Jak dla mnie to było zbyt emocjonalne, zbyt pesymistyczne. Ale już samo to, że opowiadane wywołało we mnie takie emocje, bardzo dobrze o nim świadczy. W dodatku cały ten smutek, emocjonalność nie jest nachalna, nie razi po oczach, a mimo to jest i przebija się przez cały tekst. Dawno nie czytałam nic, co by tak bardzo wryło mi się w pamięć.

Jedyne co, to rzeczywiście ten żurek z kiełbasą bardziej pasuje do Wielkanocy…

Powodzenia :)

Autor posłuchał Waszych rad i zmienił:

– żurek z kiełbachą na żurek z grzybami (czyli tak, jak było u mnie w domu)

– pamięć o prawdziwych zimach na pamięć o śniegu w ogóle.

 

Oluta, hej!

Niezwykle się cieszę z Twojego komentarza. Ale nie tyle z tego, że Ci się podobało (choć oczywiście również), co z faktu, że po Twojej opinii widzę, że choć u jednego czytelnika wywołałem zamierzone efekty. Masz odczucia dokładne do tych, które chciałem osiągnąć. 

 

W dodatku cały ten smutek, emocjonalność nie jest nachalna, nie razi po oczach, a mimo to jest i przebija się przez cały tekst. – Właśnie taki efekt starałem się osiągnąć! :)

 

Dawno nie czytałam nic, co by tak bardzo wryło mi się w pamięć. – No a tu już robię się czerwony :)

Żurek, jak wspomniałem wyżej, został zmodyfikowany :D

Pozdrawiam!

P.S. Mam nadzieję, że o tym barszczu to jednak zapomnisz ;)

Bardzo dobre, mocne opowiadanie. Ciekawie opisana relacja bohaterki do męża – od pierwszej sceny czułem niepokój, pomimo, że nie wiedziałem, co było źródłem niepokoju. W poczuciu przerażenia pomaga bohaterka, którą udało się tobie bardzo dobrze wykreować w zaledwie 10 000 słów. Przyszłość nie wygląda zbyt oryginalnie, ale nie musi, bo to krótka forma, wręcz na granicy szorta. 

elektryczny nóż

Do czego może służyć elektryczny nóż? ;D

'Cause nothin' lasts forever even cold november rain

Simeone, bardzo się cieszę, że i Ty poczułeś pewne emocje oraz że się podobało :) Z wizją przyszłości zawsze mam malutki problem pod tym względem, że bliżej mi sto razy do fantasy, mieczy i innych bajerów dawnych, niż do s-f. A jeśli coś nie jest moją mocną stroną, to uważam, że nie ma co kombinować. Po drugie, tak jak mówisz, tekst ma 10k znaków, a to oznacza, że w takiej objętości muszę skupić się na innych aspektach, czyniąc z wizji przyszłości jedynie dodatek/tło. Choć w zasadzie robot jest tutaj kluczowym dla fabuły elementem.

Co do noża – to taki, który sam kroi :D Coś jak piła do drewna. Włączasz, przykładasz do kloca, i tylko lekko napierasz. Nie musisz męczyć się tradycyjną piłą w tę i we w tę :) To taki mały smaczek/pstryczek do tego, że wszystko idzie w kierunku ciągłego ułatwiania życia. Często przesadnie lub niepotrzebnie.

Dzięki za komentarz, pozdrawiam! 

Ale czadowe grafiki :D Pozdrawiam!

Może rzeczywiście jutro zmienię, że nie pamięta śniegu (zamiast sformułowania prawdziwej zimy).

Ano, myślę, że teraz jest bardziej dobitnie :D

Sprytnie wstawiasz tropy wyjaśniające niedopowiedzenia. Zastanowiło mnie jak bohaterka oddała ciało do skanowania bez aktu zgonu czy czegoś innego, ale przypomniałem sobie scenkę z małolatami na skuterach z zerwanymi zabezpieczeniami i kończące ją zdanie, że wszystko można obejść i bach! ładnie się to dopięło. Barszcz porównany do krwi, sugeruje jasno, że coś krwawego nastąpi. No i ulubiony od pewnego czasu nóż elektryczny wyjaśnia, jak doszło do "zgonu". Wszystko się ze sobą uzupełni i jest na swoim miejscu. Przegląd potraw fajnie zawiesza akcję. Me gusta. Pozdrawiam

Lanied, Dzięki za komentarz! Fajnie, że dostrzegłeś te wszystkie sugestie i dopięcia :) I zrobiłeś to bezbłędnie! Jeszcze tylko dopowiem w sprawie noża, że tuż przed wyjściem na pasterkę, bohaterka mówi, iż musi przed wyjściem skoczyć tylko do kuchni. Pozdrawiam :)

Ech, tyle lat minęło, wojny kosmiczne i takie tam, a pewne rzeczy pozostają niezmienne. Już tylko z tego powodu nie brzmi to Twoje opko optymistycznie. Ratujesz się happy endem i tu może nie będę dociekać, co ona mu właściwie tym nożem zrobiła. Powiem tylko, że pierwsza wersja, czyli żurek z białą kiełbasą, była… bardziej wyrazista ;)

Niepokój udało Ci się dobrze zbudować i nie wpadłam na to, z czym on się wiąże. I to na pewno na plus.

Kliczek :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, cieszę się, że tu zawitałaś ;) Właśnie do tego zmierzałem – aby pokzazać, że pewne rzeczy zostają niezmienne lub tworzą się z nich hybrydy, ale mimo wszystko przetrwają jeszcze długo mimo upływu czasu. A co do kiełbasy… Tak, zdecydowanie była bardziej… wyrazista :D Ale jak mus to mus :P Dzięki i pozdrawiam! :)

Hej, Realuc!

Nie chciałabym, aby wszystkie świąteczne opka były optymistyczne, ale cholibka… Chociaż to pierwsze mogło być ;P Aż mi się jakoś nieprzyjemnie zrobiło, ale dużą tego częścią jest moja niezrozumiałość do tylu potraw w Wigilię – nigdy nie zrozumiem po co ;) U mnie zawsze tylko dwa dania i deserek (a to i tak za dużo!) Nie rozumiem tej tradycji, ale to ja.

Nie wpływa to na samą moją ocenę opka, bo wiem, że to normalne.

Podoba mi się, chociaż nie porwało.

 

Życzę jednak powodzenia w konkursie! :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Hej,

 

fajna historia, podobała mi się. W mojej opinii odpowiednio wyważyłeś wszystkie elementy historii – opis wigilii, nakreślenie bohaterów, scena w parku i klamra z wigilią następnego roku. Wyszło bardzo dobrze. A że nieco mrocznie? Zemsta na końcu nieco słodzi tę gorycz występującą w fabule.

 

Jeszcze drobiazg:

 

Ostatni śnieg pamiętają jedynie może jeszcze moi rodzice.

Jakieś duże nagromadzenie tych “przypuszczaczy”.

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie!

Martwe liście i brudna ziemia, kiedy Ciebie obok mnie nie ma

LanaVallen,

No nie potrafiłem zupełnie optymistycznego tekstu sklecić jak na zeszłoroczny świąteczny konkurs (choć wtedy też nie było do końca bajkowo). Jednakowoż, jak zauważyli inni, happy end jednak jakiś jest :)

Co do mnogości potraw – ja również nie jestem ich zwolennikiem. Użyłem jednak powszechnego podejścia do tematu. Ponoć do konkretnej liczby potraw, jakie powinny znaleźć się na stole, zalicza się wszystko, nawet te najmniejsze. Czyli również choćby mandarynki czy orzechy. Fajnie, że chociaż się podobało :)

 

Bas,

aż się lekko zdziwiłem, gdyż Twój komentarz ma w sobie coś za mało uwag :D

Ale miło, że Ci się podobało :) A co do wspomnianego przez Ciebie zdania to wiesz, że trzy razy do niego wracałem bo też mnie drażni? I jakoś tak nie znalazłem kompromisu raz, drugi, i zostawiłem… ale chyba jednak przebuduję, bo teraz drażni mnie jeszcze bardziej :P

Pozdrawiam!

 

aż się lekko zdziwiłem, gdyż Twój komentarz ma w sobie coś za mało uwag :D

Zdarza mi się czepiać, to prawda. Chyba do krasnodupków też miałem mało uwag :P

 

Edit: właśnie sobie czytam komentarze pod tymi krasnodupkami i odkopałem Twój komentarz: “…Pan mentosów obnażony” :D

Martwe liście i brudna ziemia, kiedy Ciebie obok mnie nie ma

xD

Alee ciężkie! 

Oczywiście mam na myśli tematykę, bo czytało się lekko. :P

Opisałeś, niestety, zatrważająco rzeczywisty obraz Wigilii w wielu domach. To było gorzkie, smutne – i udane, bardzo udane. Później doszedł do tego wątek kobiecego dramatu i to też wyszło prawdopodobnie. 

Pod koniec zrozumiałem te wszystkie wtrącenia bohaterki i to było dobre. 

Trochę się zaciąłem w momencie, gdy opisujesz androidy. Miałem poczucie, że wyskoczyły w opowiadaniu jak z kapelusza. Myślę, że dużo lepiej, jakby były już pokazane, albo wspomniane na samym początku. To by była taka broń, która w ostatnim rozdziale wystrzeli, a myślę, że twist i tak byłby zaskakujący. 

Tak czy inaczej fajne opko. 

Hej, Geki! Dzięki za komentarz, mogę się tylko radować z Twojej opinii. Co do androidów. Wiesz, że chwilę przed przeczytaniem Twojego komentarza o tym pomyślałem? ,,Mogłem w pierwszych scenach umieścić domowego androida starszego typu". Teraz nie chcę już tak ingerować w tekst, ale gdybym mógł, pewnie dopisał bym te parę zdań w tym temacie. Postaram się i Twoje opko przeczytać i skomentować jak najszybciej, pozdrowiam!

O, dobry pomysł. Albo przy stole mogliby się pokłócić o te najnowsze.

Babska logika rządzi!

Finklo, tak też i zrobię. Ale może już po zakończeniu konkursu :)

Bo to zła kobieta była. ;) Bardzo fajny tekst.

Ogi, dzięki za komentarz i cieszę się, że się podobało :) Pozdrawiam!

Hej, Geki! Dzięki za komentarz, mogę się tylko radować z Twojej opinii. Co do androidów. Wiesz, że chwilę przed przeczytaniem Twojego komentarza o tym pomyślałem? ,,Mogłem w pierwszych scenach umieścić domowego androida starszego typu". Teraz nie chcę już tak ingerować w tekst, ale gdybym mógł, pewnie dopisał bym te parę zdań w tym temacie

No, jurne jury (xD) migiem zalicza kolejne teksty konkursowe. :P

 

Postaram się i Twoje opko przeczytać i skomentować jak najszybciej, pozdrowiam!

Serdecznie zapraszam. :) 

 

Przez tekst się płynie, choć zdecydowanie nie jest on prosty. Wybrałeś dość trudną tematykę i wcale niełatwy temat, a mimo to jakimś cudem czuć tu święta, szczególnie w końcówce. Nie pozostawiasz złudzeń, co się wydarzyło, a jednak zaraz potem odbudowujesz bożonarodzeniową atmosferę z androidem i morderstwem w roli głównej. Dobry tekst.

Zostaw ten żyrandol.

Verus

Tak, wątek świątecznej zabawy rozpoczeliśmy z Silvą na wesoło, tak więc dla równowagi konkurs rozpocząłem z trochę innej beczki.

Miło, że Ci się podobało :)

Pozdrawiam!

Tak, wątek świątecznej zabawy rozpoczeliśmy z Silvą na wesoło, tak więc dla równowagi konkurs rozpocząłem z trochę innej beczki.

Ano, prawda, tamten był weselszy. :D Równowaga musi być!

Zostaw ten żyrandol.

Otóż to! ;)

“– Właśnie kochanie”; “– Przepyszne kochana” – dałabym przecinek przed “kochaniem” w obu przypadkach.

 

“– Opuść spódnicę – nakazuje Marek.” – A to nie wystarczy podnieść? Zimno w końcu było.

 

“Powtarzających się zdań urwanych z kontekstu?” – Wyrwanych.

 

“Dlatego używamy ją wyłącznie na nieboszczykach.” – Używamy kogo, czego? Jej.

 

“od pewnego czasu jest moim ulubionym[-,] kuchennym narzędziem.”

 

Brrr, nie tego się spodziewałam po świątecznym opowiadaniu. Straszny świntuch z tego szwagra. Tylko czy na pewno nikt się nie zorientował, co się stało? Członkowie rodziny widziani raz na rok to jedno, ale sąsiedzi, współpracownicy itp.? Bo chyba nie trzymała go w szafie, jeśli to dzięki kasie szwagra rodzina miała lepiej, szwagier musiał cały czas zarabiać, nie?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

joseheim, hej!

Twoje bystre oko zdołało jeszcze coś wypatrzeć, dzięki.

 

Tylko czy na pewno nikt się nie zorientował, co się stało? Członkowie rodziny widziani raz na rok to jedno, ale sąsiedzi, współpracownicy itp.? Bo chyba nie trzymała go w szafie, jeśli to dzięki kasie szwagra rodzina miała lepiej, szwagier musiał cały czas zarabiać, nie?

Gość był kawalerem, mieszkał sam. Nie jest powiedziane w jaki sposób zarabia/skąd ma tyle pieniędzy. Może inni na niego robią? Może spadek? Wiele możliwości. Poza tym nie ma również informacji o tym, że rodzina jest od niego finansowo uzależniona, tylko że sporo mu zawdzięczają jeśli chodzi o przeszłość – załatwienie pracy, mieszkania itd. A nawet jeśliby była, dodać androidowi do obowiązków robienie comiesięcznego przelewu nie byłoby raczej większym problemem. 

Oczywiście, mógłbym opisać wyjaśnienia do tego czy tamtego, jak bohaterka załatwiła tę czy tamtą kwestię, ale w takim tekście jak ten, o takiej objętości, nie widzę na to ani miejsca, ani potrzeby. I tak miałem wrażenie, że wyłożyłem na stół odrobinę na dużo. Że mogłem zakończyć na przytoczonym przez Ciebie zdaniu z nożem. 

Reasumując, rozumiem Twoje wątpliwości, jednak według mnie pewne rzeczy w tekście mogą, a czasem nawet powinny zostać nieco otwarte. 

Pozdrawiam! 

 

Sprawnie napisane, prosto a dosadnie wskazujesz, ze najprostsze ludzkie patologie są gdzieś ponad zmianami cywilizacyjnymi. Jest w tym coś przewrotnego, nawet w tym, ze koniec końców główna bohaterka nie tyle czuje częściowe uwolnienie, co nagle czuje się całkiem dobrze. Natomiast zastanawiające jest dlaczego firma skanująca nie przyuważyła przyczyny zgonu.

Gdzieś po drodze otwierający cudzysłów podmienił się na dwa przecinki.

Swoją drogą motyw wyjściowy trochę mi się skojarzył z “Artystką plastyczką” od Kam. Skojarzenie bardzo luźne, bo to jednak pod niemal każdym względem odmienne opowiadania zrealizowane w odmienny sposób. Ale gdzieś tam po drodze pojawia się uzależnienie kobiety od bogatego mężczyzny – stąd o tym wspominam. Warto rzucić przy okazji okiem.

 

Wilku, na wstępie wielkie dzięki za komentarz. 

Natomiast zastanawiające jest dlaczego firma skanująca nie przyuważyła przyczyny zgonu.

Myślałem jak rozwiązać tę kwestię. Stwierdziłem jednak, że nie chcę wciskać w tekst suchych wyjaśnień (choć zawsze można pokusić się o jakieś choćby wskazówki, wiem) i postawiłem na ogólne zdanie, cytuję:

Wszystko zaplanowane. Wszystko przygotowane. Tym razem będę odważna. Tym razem to zrobię.

Wiem, że nie ma konkretów, jednak z tego wynika, że bohaterka już od dłuższego czasu szykowała się do tego czynu, jak i że wszystko wcześniej zaplanowała i przygotowała. W jaki sposób? To już kwestia dopowiedzeń, czy zbędnych czy niezbędnych, myślę że kwestia indywidualna (tak samo jak w przypadku wspomnianej przez joseheim kwestii funkcjonowania w świecie androida).

Na wspomniane przez Ciebie opko rzucę okiem, bo miałem to zrobić już kiedyś, a gdzieś tam jednak umknęło w gąszczu zaplanowanych tekstów.

Pozdrawiam! 

Cześć, Realuc!

 

Mroczne i mocne zarazem. Zdecydowanie nie tego spodziewałam się po początku, ale nie znaczy, że nie podeszło. Lubisz chyba motyw z przerabianiem niewygodnym bohaterom ludzi na cyborgów lub sztuczną inteligencję, bo coś mi świta z jakiegoś wcześniejszego tekstu… W każdym razie przyjemnie się czytało.

Pozdrawiam

Cześć, oidrin!

Dzięki za komentarz ;) Dobrze, że podeszło!

A co do przerabiania, hmm… Trochę już tych tekstów było i sam nie pamiętam :P A w sumie, jak się tak zastanowię… Ze dwa teksty z podobnymi motywami rzeczywiście się znajdą :D

Pozdrawiam!

Realucu, choć – jak sam wyznajesz – masz problem z wizją przyszłości, to Twój obraz przyszłych świąt zupełnie o tym nie świadczy. Jest posępny, ale bardzo interesujący. ;)

Pierwszy raz w życiu spotkałam się ze zwyczajem serwowania dwóch zup i to nie do wyboru, co w wielu domach się praktykuje, ale podaniem ich jedna po drugiej.

 

 Nie po­dob­ne to do cie­bie… ―> Niepo­dob­ne to do cie­bie

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, cieszę się, że ten obraz przyszłych świąt okazał się interesujący :) A co do zup, cóż… u mnie (to znaczy u mojej babci) tak właśnie kiedyś podawano. Dlaczego? Nie mam pojęcia :D Ale z babcią sprzeczać się nie zamierzam ;)

No nie, Realucu, nawet nie sugeruję, abyś podważał decyzje babci. Rozumiem miejscowy regionalny zwyczaj i nie krytykuję go, a tylko wyraziłam zdumienie, jako że pierwszy raz się z nim spotkałam. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze napisane, ponure w treści i konkluzji (ulga i pogodzenie się ze światem dopiero w efekcie zbrodni). Konstrukcyjnie android w finale wskoczył troszkę od czapy: przydałby się foreshadowing przy pierwszej kolacji zamiast takiego ociupinkę deus ex machina, nomen omen :-) Budujesz portret nieprzyjemnej relacji na tle niektórych mało fajnych tradycji, przeplatając to kontrastem radości dziecka, jeszcze nie zmąconej harówką przedświąteczną i brudami dorosłych – bardzo na plus. Nie odczuwałem potrzeby wyjaśnienia wszystkich szczegółów, skupienie na wigilijnej kolacji i wybijanie rytmu daniami uważam za udany zabieg.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PsychoFish, hej!

Dzięki wielkie za komentarz i niezwykle się cieszę, że tyle aspektów opowiadania Ci się spodobało.

Konstrukcyjnie android w finale wskoczył troszkę od czapy…

Wiesz, troszkę się zgodzę. Już to ktoś również zauważył, po czym stwierdziłem, iż rzeczywiście jakieś delikatniusie naprowadzenie w pierwszej scenie by nie zaszkodziło. Może po zakończeniu konkursu dodam coś takiego, czemu nie :)

A tak w ogóle to powodzonka w konkursie i smacznej rybki jutro ;)

 

 

Tiaaa… smacznej rybki…

 

Dziękuję, nawzajem. Ja to raczej w ramach odrdzewianie, dla krotochwili świątecznej ;-) 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Każdy powód jest dobry ;)

Fajne, sprawnie napisane opowiadanie, które szybko się czyta. Podział akapitów na różne potrawy też ciekawy. Czytając go, czułam się niemal, jakbym oglądała zdjęcia w albumie z włączoną opcją odczytu wspomnień i uczuć (nie wiem dlaczego, ale tak miałam). A zmiana nastroju bohaterki jest wyraźnie odczuwalna – niemal sama poczułam ulgę ;)

Jedyne co mi troszkę zgrzytnęło to późne pojawienie się wzmianek o androidach, ale z drugiej strony podanie tej informacji w ten sposób też ma swoje zalety.

Kasjopejo, dzięki za komentarz i miłe słowa ;) Co do androida to jak już mówiłem: jakaś wcześniejsza wzmianka rzeczywiście by nie zaszkodziła. Pewnie niebawem dopiszę. Pozdrawiam!

Hej

Podobało mi się – dopiero wzmianka o androidach przy końcu, uświadomiła mi, że wcześniej nie było nic z fantastyki. Opowiadanie z jednej strony zaczyna się niewesoło, ale happy end jednak jest, no i dobrze, że bohaterce udało się to, co zaplanowała. Właściwie trochę mi zgrzytało, jakim bohaterka zdołała dokonać morderstwa, nie ponieść kary i jeszcze zamienić ciało na androida, ale co tam ;) Nie takie rzeczy się zdarzają.

Pozdrawiam

Zanais, hej!

Cieszę się, że Ci się podobało.

Nie takie rzeczy się zdarzają.

Otóż to ;) Przygotowywała się długo i się udało. A jak dokładnie załatwiła kwestie tego czy tamtego, to już osobne historie. Uznałem, że ich opowiedzenie nie jest niezbędne. Szerzej była zresztą już o tym dyskusja wyżej.

Dzięki za komentarz,

pozdrawiam

Tradycja nakrapiana hipokryzją.

A nie powinno być zakrapiana?

 

Fajny tekst, choć bardziej podoba mi się od strony formalnej niż przekonuje od strony zawartych w nim treści. Zabieg z podziałem na dania i wpisania wydarzeń w cykliczną tradycję z zamierzchłych czasów dobrze wybrzmiewa i nadaje przyjemnego rytmu opowiadaniu. Ton relacji, skupiony na szczegółach otoczenia, czynności jedzenia i reakcjach ciała Emilii jest chłodny, trochę beznamiętny, co dobrze pokazuje jej próbę emocjonalnego zdystansowania się od tego, co ją czeka. Bardzo fajnie to zestawienie języka i opisywanych nim wydarzeń wyszło.

Co do treści, dość szybko domyśliłam się wątku przemocy seksualnej i wytłumaczenie tej przemocy nie przekonuje mnie w 100 procentach (jest trochę zbyt uproszczone, ale rozumiem, że przy tej długości tekstu trudno byłoby się bawić nawet nie w pogłębienie samego wątku co poszerzenie kontekstu). Motyw androida – efektowny, tylko tu zastanawia mnie, w jaki sposób Marek-android funkcjonował przez cały rok, kiedy się nie widział z Emilią, która jak rozumiem, go zaprogramowała. Wydaje mi się, że ciężko byłoby się nie zorientować jego bliższej rodzinie, współpracownikom, kolegom, że coś jest nie tak, a Emilia z racji tego, że widywała się z prawdziwym Markiem tylko raz do roku raczej nie miała narzędzi/ wiedzy, żeby zaprogramować go w sposób przekonujący. Pozostaje też kwestia pieniędzy, skoro finansowo to Marek pomagał rodzinie Emilii, a domyślam się, że taki android, jak i jego obsługa na przestrzeni czasu, to raczej nie były małe pieniądze, w jaki sposób opłaciła tę usługę? Pozostaje jeszcze kwestia samego morderstwa i tego, że firma skanowała martwych ludzi – jeśli działali legalnie, to w jaki sposób udało się Emilii zeskanować Marka tak, aby nikt się nie dowiedział. A jeśli zrobiła jakiś przekręt np. z dokumentami zmarłego, to skąd miała na to kasę/ znajomości/ wiedzę itd. (bo jeśliby takie znajomości miała, to już wcześniej raczej byłaby w stanie rozwiązać problem molestowania).

Czytało się dobrze :-)

Dream big.

Hej, dogs! Wow, ależ komentarz obszerny. Dziękuję i cieszę się, że fajnie się czytało :) Co do wszystkich wspomnianych przez Ciebie wątpliwości i niejasności – jest to kwestia po części limitu, po części umyślnego zagrania. Chciałem się skupić na innych aspektach, a te o których mówisz pozostawić otwarte, do dowolnej interpretacji. Choć jesteś kolejną osobą, która wolałaby więcej konkretów. Teraz trochę zaczynam żałować, bo w sumie mogłem w paru miejscach wpleść jakieś wzmianki o tym, jak załatwiła kwestię tego czy tamtego. No ale jest jak jest, jeszcze raz dzięki za ten komentarz. Szczęśliwego Nowego Roku ;)

Cześć, Realuc. Jakoś ostatnio Twoje tytuły nie zachęcały mnie do lektury. Choć nie wiem dlaczego. :) Jednak w końcu przyszedł czas i na Ciebie. ;)

Jest całkiem nieźle, do bardzo nieźle zabrakło mi trochę spójniejszej logiki i wiarygodności. Brakująca logika to zbyt łatwe zabicie człowieka i zastąpienie go androidem, praktycznie bez żadnego wysiłku i problemu. Masz tu dla mnie zbyt duży skrót fabularny. Jeśli chodzi o wiarygodność – taki oprawca rzadko zadowala się atakiem na ofiarę tylko raz do roku. Owszem, to możliwe, jest też możliwe, że nie było to tylko raz w roku, dlatego chciałbym i tutaj zdanie, dwa, szerszego kontekstu.

Napisane dobrze. Czyta się szybko i sprawnie, do tego już mnie przyzwyczaiłeś. :)

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Cześć, Darcon.

Zaraza, również nie wiem, czemuż to tytuły Cię nie zachęciły. A jest to dla mnie sprawa zagadkowa podwójnie, gdyż tytuły są czymś, na punkcie czego mam małego bzika. Przykładam do nich sporą wagę. Ale każdemu nie dogodzisz, wiadomo :)

Co do skrótu fabularnego i wiarygodności… Widzisz, całkowicie świadomie uznałem, że jeśli opowiadanie ma być krótkie (zarówno za sprawą limitu konkursowego, jak i własnego postanowienia od tak) to muszę wybrać, na czym zamierzam się skupić. Uznałem w ten sposób, iż sprawy, o których piszesz, mogą zostać w pewien sposób otwarte. Że zostawię czytelnikowi wolną rękę jeśli chodzi o dopowiedzenie sobie pewnych sytuacji, dając np. jedynie wzmiankę, że bohaterka przygotowywała się do tego długo. To znaczy, że zapewne wszystko przygotowała. Że miała plan. Być może i znajomości i kontakty, które jej w tym pomogły. Teraz sobie myślę, że to jedno czy dwa zdania to może rzeczywiście za mało. Że można było dać trochę więcej informacji, które ową wiarygodność by podniosły, nie zostawiając przy tym tak dużego pola do spekulacji. Ale cóż, uznałem to po paru wcześniejszych komentarzach, a Twój tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. Innym razem pewnie bardziej postaram się wyważyć informacje/domysły.

Bardzo mnie cieszy, że Twego przyzwyczajenia i tym razem nie zaburzyłem ;)

Pozdrawiam.

 

Ja nie przykładam do nich dużej wagi. I niby nie zwracam na nie uwagi, ale jak widać, czasem się zdarza. Prędzej sprawdzam autora, gatunek i długość utworu. :) Choć wiem, że jest kilka osób, a może nawet więcej niż kilka, które rzeczywiście myślą solidnie nad tytułem. I faktycznie zdarzyło się kilka razy, że przyciągnął mnie tytuł, ale i tak nie jestem teraz w stanie wymienić jaki.

Że zostawię czytelnikowi wolną rękę jeśli chodzi o dopowiedzenie sobie pewnych sytuacji,

To się zgadza, ale w takim wypadku dałeś dwa zdania za dużo. Najlepiej gdybyś zostawił w domyśle, czy to w ogóle ona. Jeśli już wiemy, że to ona, to tak, jak mówisz, wolałbym dwa zdania więcej. Teraz mamy dysproporcję między tym, co się działo, a tym, jak zostało to rozwiązane. Rzeczywiście napisałeś, że długo się przygotowywała, ale gdzieś to zginęło w tej ilości tekstu poświęconej traumie i samym zdarzeniom.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, tak to czasem bywa, że chcąc dobrze stajemy w rozkroku, miast zrobić ten jeden krok w tę czy w tamtą stronę :) 

Oj, za dużo uszek w barszczu zdecydowanie… Podobał mi się zamysł świąt przyszłości w tak realnym wydaniu, choć dosyć przykry “obowiązek” z obleśnym szwagrem. Pokonanie problemu przez humanoidalną sztuczną inteligencję również jak najbardziej na plus. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

:)

Fajne :)

Przynoszę radość :)

:)

Nowa Fantastyka