- Opowiadanie: Gekikara - Jad zabija niepostrzeżenie

Jad zabija niepostrzeżenie

Tekst zrodzony w bólach syndromu pocovidowego (nie mylić z lenistwem), przycięty bezwzględnie zgodnie z Tarninowymi wytycznymi. 

Nawiązania do postaci prawdziwych, a tym bardziej fikcyjnych, są całkiem przypadkowe. :P

 

Serdecznie dziękuję betatesterom przede wszystkim za pomoc w wycięciu tego co zbędne! 

 

PS.: Gdyby drogie jury miało wątpliwości co do realizacji planu, służę wyjaśnieniami.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Jad zabija niepostrzeżenie

Piotr Parkiewicz był bliski śmierci.

Uciekał Alejami Jerozolimskimi w kierunku Dworca Centralnego, wypatrując drogi w ciemności. Za światło miał jedynie gwiazdy i skrzące śnieżne zaspy, których nie było znowuż aż tak wiele.

Nie zaprzątał sobie głowy subtelnymi różnicami w krajobrazie tej wersji Warszawy, ponieważ miał obecnie bardziej palący problem, mianowicie Coś, przed czym uciekał, dziękując w duchu za te wszystkie godziny treningu wydolnościowego i za najnowocześniejsze kompozyty polimerowe z jakich wykonano jego skafander, wytrzymałe a jednocześnie lekkie jak puch.

Śnieg chrzęścił pod ciężarem nadciągającego zagrożenia, trzask zgniatanego metalu i tłuczonych szyb rozlegał się, gdy Coś napotykało na swej drodze wraki porzuconych aut.

Kwantonauta dobiegł do przejścia podziemnego i ukrył się w ciemności. Miał nadzieję, że Coś kieruje się wzrokiem, a nie, dajmy na to, ciepłem wydzielanym przez ofiary. Żałował, że nie miał termowizora. Zrezygnowali z niego, ponieważ był zbędnym obciążeniem. Zbędnym!

Nawet broni mu nie dali… choć i tak nie zdałaby się na wiele.

Cisza.

Nie był pewien czy Coś odeszło, czy nie próbuje zakraść się do niego w ciemności, więc włączył dwie zamontowane po obu stronach hełmu latarki. Światło rozlało się mlecznym blaskiem po schodach.

Krzyknął z przerażenia.

Pędziły po suficie i ścianach. Drobne, patykowate odnóża bezgłośnie uderzające o betonową powierzchnię. Odwłoki kołyszące się w skomplikowanym rytmie kroków czterech par nóg. Dziesiątki, setki, tysiące par oczu połyskujących czernią w zalewającej tunel powodzi pajęczych korpusów. I wszystkie zwrócone ku niemu.

 

*

 

To musiał być jakiś błąd w obliczeniach. Mikroskopijna pomyłka nie do wychwycenia przy budowaniu modeli teoretycznych i tworzeniu symulacji. Jedna nieprzewidziana zmienna na granicy pomijalności.

I stało się.

Zamiast wylądować w paralelnej czasoprzestrzeni, w laboratorium Wydziału Fizyki Politechniki Warszawskiej, trafił ponad kilometr dalej, na sam środek Placu Zawiszy. Kiedy wróci i opowie im o tym, usiądą przy wykresach i zaczną się zastanawiać, dlaczego do tego doszło, aż w końcu uznają, że miał do czynienia z czymś w rodzaju kwantowego przesunięcia. Albo wymyślą jakąś inną nazwę, którą obudują niezrozumiałym fizycznym żargonem, żeby ukryć fakt, że kompletnie nie wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi.

Sprawdził atmosferę, rozeznał się w dziwnie opuszczonej okolicy. Nie słyszał pracujących silników aut, dzwoniących tramwajów, tupotu dziesiątek nóg, ujadania psów wyprowadzanych na spacer, sygnałów komórek. Mrok wyzierał z przeszklonych wnętrz biurowców, sklepowych witryn i okien bloków.

Piotr rozglądał się tylko wokół, nie mogąc obrać kierunku podróży. Ruszył dopiero, kiedy na dachu hotelu Sobieski dostrzegł Coś, co przycupnęło na szczycie kopuły.

Wtedy ucieczka w stronę dworca wydawała mu się dobrym pomysłem.

 

*

 

Kiedy gnał ciemnymi korytarzami opuszczonego dworca, kierując się nie tyle wzrokiem co zapisaną w pamięci mapą tego miejsca, studiował splot wszystkich decyzji i przypadków, przez które znalazł się tutaj.

Kolejny raz chciał coś udowodnić.

Marii, która zostawiła go niespełna rok temu. Władzom wydziału, które odrzuciły jego aplikację na studia doktorskie. Matce traktującej istnienie Piotra jak zło konieczne. Ojcu, który pewnego dnia spakował walizki, wsiadł do samochodu i odjechał, by nigdy już nie wrócić, porzucając żonę i pięcioletniego syna.

Wreszcie sobie samemu, którego obwiniał za większość życiowych porażek.

Siadając w fotelu w ciasnym pokoju wynajętej kawalerki, pijąc tanią whisky, odgrażał się, że jeszcze wszystkim pokaże. Aż przyszła jego szansa wyartykułowana ustami przyjaciela z czasów studiów.

Mógł zapisać się w historii jako pierwszy człowiek, który odbył podróż międzywymiarową. Niech Grzesiek bierze sobie cały naukowy blichtr i pieniądze z grantów – to on, Piotr Parkiewicz, będzie na ustach wszystkich. Kto dziś pamięta nazwisko szefa lotów NASA kierującego misją Apollo?

Tak właśnie myślał, kiedy się na to godził. To miała być jego nagroda, jego zwycięstwo a – okazało się – był to jego własny problem.

Biegł co sił, nie odwracając się, by sprawdzić, czy niesłyszalna pajęcza horda nadal go ściga. Nieoczekiwanie grunt uciekł mu spod nóg. Zamiast schodów, które powinny tam być, zastał pustkę, której tam być nie powinno.

Spadał.

 

*

 

Uderzył w dno przepaści.

Jakikolwiek ruch przychodził mu z trudem, ale i tak miał szczęście, że przeżył, bo spadał na tyle długo, aby zdążyć wykonać rachunek sumienia. Okazało się, że żałuje mnóstwa rzeczy. Kilkanaście metrów nad powierzchnią coś zaczęło spowalniać jego upadek. Wytracał prędkość z każdą kolejną przebitą warstwą pajęczyny – i to uratowało mu życie.

Usiadł z wysiłkiem, przezwyciężając ból promieniujący z lewej strony ciała. Oddychał z trudem i nie tylko z powodu obrażeń. Pajęczyna zapchała filtry, więc zmusił się by podnieść ręce i zdjąć hełm. Powietrze pachniało stęchlizną i miało metaliczny smak.

Nie, ten smak to była krew.

Latarki nadal działały i oświetlały okolicę, ale niewiele było tu do oglądania – jedynie ziemia i pajęczyna. Wzdrygnął się, kiedy pomyślał, ile zwierząt musiało pracować, by stworzyć tak ogromną sieć. W odpowiedzi na nagły ruch złamane żebra odezwały się bólem.

Wkrótce pojawiły się pająki.

Całe morze bezkręgowców różnych rozmiarów i fizjonomii, które łączył daleki, wspólny przodek, protoplasta wszystkich jadowitych ośmionogów. 

Otoczyły go, oblazły, owinęły siecią mimo desperackich prób odegnania. Kilka usiadło mu na twarzy, inne wplątały się we włosy, czuł ich odnóża w małżowinach usznych, kącikach ust, w pobliżu oczu.

Drżał.

– Czekałem – powiedział do niego obco brzmiący głos, który, o dziwo, dobiegał ze środka jego głowy.

Niewielki czarny pająk opuścił się na nici i zawisł tuż nad jego twarzą.

Piotr patrzył prosto w beznamiętne oczy zwierzęcia i zastanawiał się, czy stracił zmysły, czy pająk rzeczywiście się z nim porozumiewał.

 

*

 

Najpierw poczuł ból, kiedy kły jadowe przebiły skórę dłoni. Później miał wrażenie, że umiera, że jad wypala mu mózg neuron po neuronie, doprowadza krew do wrzenia i pożera kości, rozlewa się kwasem po gałkach ocznych, wręcz trawi duszę. Piotr wił się w konwulsjach, krew ciekła z jego ust.

Kątem oka dostrzegł w ciemności fragmenty ludzkiego szkieletu.

Dostrzegł.

W ciemności.

Potem czas się skończył.

Obraz najpierw zamigotał. Przez ćwierć sekundy Piotr widział nie to, co miał przed oczami, ale jakby prześwietlone zdjęcie tej sceny, utrwalone przez migawkę aparatu znajdującego się w miejscu jego głowy. Potem rzeczywistość ruszyła i – stop! – kolejne zdjęcie. Sekwencja powtórzyła się kilkukrotnie, a później świat się rozpikselował.

Gdyby Piotr Parkiewicz miał okazję przyjrzeć się temu zjawisku bez emocji – bo przecież rozpatrujemy je w kategorii zjawisk rzeczywistych a nie omamów – a przede wszystkim, gdyby każda komórka jego ciała nie cierpiała wówczas z bólu, doszedłby do wniosku, że rację mieli ci, którzy uważali, że rzeczywistość jest tylko hologramem, trójwymiarową projekcją bardziej złożonej struktury.

Po chwili miał też okazję zobaczyć ową strukturę, kiedy to przestrzeń zwinęła się w kształt nici, najpierw skłębionej, ale na pomoc ruszyły kolejne wymiary i wtedy ujrzał – tak! – całą, nieskończoną sieć splecioną ze światów, a on niczym pająk przechodził z jednej na drugą, pędził na ośmiu patykowatych nogach do miejsca, które go przyciągało.

Z każdą kolejną nicią nadciągały obrazy.

Wnętrze kościoła Świętej Anny. Maria w białej sukni obok niego. Opasły ksiądz recytujący słowa przysięgi…

Aula pełna ludzi. Piotr przy mównicy. Za nim tablica wielka od podłogi do sufitu i zapisana równaniami. Znajomymi a jednocześnie niezrozumiałymi. W trzecim rzędzie jego matka i ojciec z oczami pełnymi dumy…

Poranek. Mieszkanie. Jego własne ale jakby inne. Czystsze, urządzone ze smakiem (albo po prostu: urządzone). W lustrze w przedpokoju jego odbicie – odbicie kobiety. Złote kolczyki. Złoty naszyjnik. Złote pierścienie. Sroka wytatuowana na jej ramieniu…

Ciemność. Ciemność. Ciemność…

Studio telewizyjne. Piotr siedzący na kanapie w skafandrze kwantonautycznym. Po drugiej stronie stołu gospodarz programu a na szklanym blacie egzemplarz Time z Piotrem na okładce…

Szczyt budynku, jakieś trzydzieste piętro. Mężczyzna siedzący na skraju dachu, zapatrzony w sylwetkę Empire State Building oddaloną o kilka przecznic…

Wnętrze laboratorium Wydziału Fizyki Politechniki Warszawskiej. W drzwiach dwóch żołnierzy w brudnozielonych mundurach. Na ścianie obok zegara orzeł trzymający młot i sierp. 

– Tawarisz Parkiewicz, wsio w pariadkie?

 

*

 

Każdy, kto dokona czegoś spektakularnego jako pierwszy, staje przed niemniej wymagającym zadaniem, jakim jest opowiedzieć o tym pozostałym w taki sposób, by zrozumieli, a jeszcze lepiej: poczuli to co on. I dobrze jakby zamknął opis w jednym zdaniu, w innym wypadku nikt tego nie zapamięta.

Niemniej przekonać się o tym Piotr Parkiewicz nie miał okazji, ponieważ kiedy tylko otworzył oczy, zobaczył nad sobą twarz pielęgniarki.

– Proszę leżeć. Proszę…

– Muszę widzieć się z Grzegorzem Malickim – oznajmił wstając z łóżka. – Muszę opowiedzieć mu o wszystkim, co widziałem. Ile czasu minęło? Gdzie jest mój kombinezon? Mam tam…

Nagły zawrót głowy zmusił go, by usiadł.

– Niech pan nie wstaje, proszę się położyć – nalegała pielęgniarka. – Powiadomię doktora, że pan się obudził.

Kobieta wyszła, a po kilku minutach w drzwiach stanął wysoki mężczyzna łysiejący w zakolach tak, że włosy na czubku głowy tworzyły wąski półwysep, który wkrótce miał zostać odcięty od lądu.

– Obudziłeś się. Całe szczęście.

– Możemy zaczynać wywiad, wszystko pamiętam – powiedział Piotr, znów próbując wstać. – W obliczeniach musi być błąd, bo wylądowałem na Placu Zbawiciela. Całe szczęście, że nie wyrzuciło mnie kilometr nad ziemią. Nie uwierzysz, co ja tam…

Grzesiek położył dłoń na ramieniu kwantonauty, powstrzymując go od wyprostowania się.

– Musimy pogadać.

– No jasne, musimy pogadać, przecież…

– Nie rozumiesz. Od jutra projekt przejmuje wojsko. Przyślą swojego skoczka.

– Co?! – Piotr poderwał się z łóżka, ale ponownie zawirowało mu w głowie i klapnął na posłanie. – Nie mogą tego zrobić! Ja byłem pierwszy! Pierwszy! Gdzie mój skafander?

Doktor westchnął i zmarszczył czoło, przyjmując maskę cierpiętnika.

– Nigdzie nie byłeś pierwszy. Przeciążenie układu, nasza wina. Ledwie zrobiłeś się półprzezroczysty, a twoja lokalna grawitacja oszalała, kombinezon uległ niewielkim zniszczeniom, ale ciebie nieźle poturbowało. Na szczęście nie zniknąłeś, w niespełna sekundę było już po wszystkim, a ty leżałeś nieprzytomny. Przykro mi – odpowiedział, kierując się do wyjścia.

– To nieprawda. Gdzie jest mój skafander? Mam dowód.

– Sprawdziliśmy skafander. Niczego tam nie było – odpowiedział Malicki, już stojąc w drzwiach. – Idź do domu, odpocznij. Masz jeszcze tydzień do końca umowy, możesz przez ten czas zająć się sobą. Chyba rozumiesz, że nie możemy podpisać kolejnego kontraktu… Nic na to nie poradzę.

– Pierdol się – odparł Piotr Parkiewicz, zaciskając pięści.

 

*

 

To było do przewidzenia.

Nie pierwszy raz przyszło mu o włos minąć się z marzeniami. Zawsze brakowało trochę, ledwie odrobinę, by się udało. Czuł się jak mucha schwytana w sieć – mógł walczyć, próbować się oswobodzić, ale jedyne co był w stanie tym zdziałać, to przyspieszyć nieuchronny koniec.

– Skończ z tymi pajęczymi metaforami – zganił się, stając przed drzwiami mieszkania.

To wszystko, czego doświadczył… co wydawało mu się, że doświadczył, było takie realne. Nieprawdopodobne, sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, a kiedy to opowiedzieć, brzmiące jak senna fantasmagoria, ale jednak realne. W odróżnieniu od życia, które wiódł tutaj. Wizje dały mu nadzieję, że w tym wszystkim, co go spotyka, nie ma jego winy, że jest jedynie ofiarą okoliczności, a przecież te są zmienne.

Tymczasem wyszedł na durnia i znów wylądował na dnie. Sam. Bez pracy. Z butelką taniej whisky służącą za jedyną pociechę.

Światło zamigotało i przygasło.

– Tego mi jeszcze brakuje, żeby instalacja się spieprzyła – burknął i pociągnął łyk, nie bawiąc się w pozory, chociaż szklanka stała tuż obok. Miał już dość.

– Masz zamiar tylko tak siedzieć? Nic nie zrobisz? – zapytał głos w jego głowie, obcy a jednocześnie znajomy. To nie był odzew sumienia. Nie on myślał te słowa.

– Odwaliło mi – skonstatował Piotr, po czym wzruszył ramionami i znów przechylił butelkę.

Z cienia za szafą wyłonił się pająk.

– Ty nie istniejesz – dodał mężczyzna.

– Dlaczego więc ze mną rozmawiasz? – odparł pająk w taki sposób, w jaki zwykł się porozumiewać.

Piotr zerkał to na pająka, to na butelkę, to na własne ręce szukając na nich śladów… nie wiedział do końca czego. Czegokolwiek, co pozwoliłoby sądzić, że tkwi we śnie. Nic takiego nie znalazł, odstawił więc butelkę na stół. 

– Dobra, czego chcesz? – zapytał w końcu, uznawszy, że skoro widzi pająka, a ten do niego mówi, to zignorowanie sytuacji nic nie da.

– Zawarliśmy umowę, pamiętasz?

– I co mi z tego przyszło? – prychnął mężczyzna.

– Pomogłem ci – przypomniał stawonóg. – Nie obiecywałem nic ponad to. A ty obiecałeś coś mi.

– Że zabiorę cię ze sobą – wszedł mu w słowo Piotr. – I proszę, jesteś!

– Myślę, że możemy sobie jeszcze raz pomóc. – Pająk nie ustępował, a jego głos w głowie Piotra stawał się coraz bardziej natarczywy. – Ty mnie a ja tobie.

– Nie mam ochoty na… – Mężczyzna przerwał i złapał się za głowę. Głos pająka rozbrzmiewał w niej niczym dźwięk dzwonów odbijający się od ścian katedry.

– Wysłuchaj mnie – kontynuował pająk. – Widziałeś tamte światy. Inne wersje ciebie. Nie musisz tu tkwić. Razem możemy zabrać cię stąd. Pragniesz tego, prawda? Chcesz zająć miejsce innej wersji ciebie, dla której los był bardziej łaskawy.

Cisza.

Nagły brak dźwięków najpierw oszołomił Piotra, a kiedy już doszedł do siebie, zdecydował się rozważyć propozycję pająka (którego przecież być tutaj nie powinno, który najpewniej był przywidzeniem, wytworem odurzonego alkoholem, steranego umysłu) i postanowił pójść na układ.

– Co w takim razie proponujesz?

Zwierzęce oczy rozbłysły, a szczękoczułki ułożyły w pajęczą wersję uśmiechu.

 

*

 

Minęły trzy tygodnie i Piotr Parkiewicz uznał, że jest już gotów i nie chce dłużej czekać.

Obudziwszy się w okolicach popołudnia, doprowadził się do porządku po zarwanej nocy i wyszedł, by nie patrzeć przez cały dzień na te same cztery ściany.

– O, pan Piotr, uszanowanie! – przywitał go staruszek z parteru, kiedy mijali się w wejściu. – Jak pan się miewa?

– Nie najgorzej, panie Romanie, dziękuję – odpowiedział Parkiewicz, próbując uniknąć pogawędki, ponieważ całkiem inne sprawy zaprzątały mu głowę.

– W pana wieku, to jeszcze nie ma się co zepsuć – kontynuował staruszek, któremu zdawkowa odpowiedź wystarczyła za pretekst do rozmowy. – Ale nie narzekam, nie, nie. Przyjemniej człowiek cały i dycha jeszcze… A słyszał pan, że pani Jadzia, ta, co pod panem mieszkała, zaginęła? Już który tydzień rodzina jej szuka – rzucił pan Roman za odchodzącym Piotrem.

– To naprawdę wielka tragedia – odparł, nie mogąc pozbyć się staruszka, który postanowił dotrzymać mu towarzystwa w ogóle nie zadając sobie trudu by zapytać, czy Piotr Parkiewicz tego towarzystwa potrzebuje.

– Wielce się martwię, czy…

– Ja również, panie Romanie, ja również – rzucił Piotr na odchodne i ruszył żwawym krokiem w swoją stronę.

Zdawało mu się, że w tłumie przechodniów na skrzyżowaniu dojrzał kątem oka znajomą twarz. I w dodatku miał wrażenie, że jej właścicielka mu się przypatruje. Jednak kiedy odwrócił się w tamtym kierunku, już na nią nie natrafił.

– To nie mogła być ona – powiedział do siebie, ale inna jego część, ta pozbawiona zdrowego rozsądku (czyli: dominująca), nie mogła wyzbyć się przeświadczenia, że natknął się na kobietę z tatuażem, którą widział przedtem w jednej z innych wersji świata. – To absurd.

Szwendał się bez celu przez cały dzień i wrócił do mieszkania dopiero, gdy słońce skryło się za horyzontem. Nie zdjął butów, nie zapalił światła, nie usiadł na kanapie – włączył tylko nocną lampkę postawioną na stole, której nikłe żółte światło mieszało się w półmrok z cieniami zalegającymi w kątach i zakamarkach.

– Dziś – Piotr wypowiedział jedno słowo, jakby do siebie, nie odwracając się od lampki. Wiedział, że ten, do którego adresowane były te słowa, zaraz się pojawi i tak się stało w istocie. Z ciemności w rogu sufitu wyłonił się pająk. Nie był już jednak niewielkim stworzeniem. Teraz rozmiarami przewyższał człowieka.

– Dziś – odpowiedział pająk, pocierając nogogłaszczkami na myśl o posiłku.

 

*

 

Wyszli przez balkon, z którego rozciągał się widok na pogrążone w nocy miasto i górujący nad nim Pałac Kultury. Piotr stanął na barierce, a pająk przycupnął obok niego.

Pierwszy skoczył pająk, ciągnąc za sobą jedwabną nić, i po kilkunastu metrach lotu nad parkingiem wylądował na dachu sąsiedniego budynku. Nie oglądając się na swojego towarzysza, rozpędził się i znów skoczył, lądując na słupie wysokiego napięcia. Piotr Parkiewicz był tuż za nim. Biegł po pajęczej nici wykazując się mistrzowskim wyczuciem równowagi i niezachwianą pewnością każdego kroku kilkanaście metrów nad poziomem gruntu.

Mknęli niczym wiatr, pająk na przedzie, mężczyzna tuż za nim, poruszający się w jednym rytmie, przemykający nad ulicami, skradający się po dachach, aż dotarli na szczyt budynku Wydziału Fizyki, w którego piwnicach znajdowało się laboratorium znane tylko wąskiej grupie wtajemniczonych.

Dzięki oknu w dachu dostali się do środka. Później musieli tylko unikać kamer. Nie było to trudne. Nie dla pająka, który – mimo swoich rozmiarów – szedł po suficie ani Piotra, który poruszał się w ten sam sposób nic nie robiąc sobie z praw fizyki, podczas gdy czujne szklane ślepia wszystkowidzących maszyn skierowane były w kierunku podłogi.

Przemknąwszy przez hall i pokonawszy wąską, pogrążoną w ciemności – co nie stanowiło dla nich żadnej przeszkody – klatkę schodową, stanęli przed wejściem do laboratorium.

Dwie rzeczy okazały się wtedy zgoła odmienne od ich założeń.

Po pierwsze: nie musieli zadawać sobie trudu, by dostać się do środka, ponieważ drzwi pozostawały uchylone.

Po drugie: niepotrzebnie włamali się do budynku wydziału, ponieważ pomieszczenie, w którym przed trzema tygodniami znajdowało się laboratorium, było puste.

– Nie, nie, nie – powtarzał Piotr, z wybałuszonymi oczami obchodząc po raz wtóry pomieszczenie, jak gdyby sądził, że akceleratory cząstek powinny zaraz przestać być niewidzialne albo komora superpozycyjna pojawi się dzięki samej sile jego determinacji.

Światło rozbłysło, a wraz z nim pojawił się ogłuszający dźwięk.

Ktoś uruchomił alarm.

Piotr wypadł na korytarz i pognał schodami w górę, kryjąc za kapturem twarz przed szklanymi oczami kamer. Biegł na wskroś hallu, wprost ku kolejnym schodom, bliski celu, kiedy…

– Hej! Zatrzymaj się!

To krzyczał Staszek, ochroniarz na nocnej zmianie.

Piotr nie miał zamiaru usłuchać. W kilku skokach dopadł do schodów, już wspinał się na piętro, ale Staszek okazał się piekielnie szybki, a przy tym dość silny, by jednym pchnięciem pozbawić włamywacza równowagi.

– Piotr Parkiewicz! – krzyknął zaskoczony ochroniarz.

W tym samym momencie światła przygasły, pozwalając cieniom powrócić. Staszek nie odwrócił się, nie zadarł głowy, by zerknąć na zamontowane u sufitu lampy, był profesjonalistą. Za to Piotr widział, co się stało. Pająki. Dziesiątki małych pająków obsiadło jarzeniówki. Tyle wystarczyło, by zatrzeć granice między tym, co realne, racjonalne i uzasadnione, a wszystkimi czającymi się w ciemności lękami, sennymi zjawami i potworami zrodzonymi w wyobraźni bojaźliwych dzieci. Wystarczało, by z Piotra Parkiewicza – bezrobotnego włamywacza, stał się Piotrem Parkiewiczem – nocnym myśliwym.

Skoczył (choć zdawałoby się, że to anatomicznie niemożliwe z pozycji, w której się znajdował) i przylgnął do ściany, jak opętani przez złe duchy z horrorów o egzorcystach, wprawiając tym Staszka w osłupienie, bo widok ten był dla niego zbyt nieprawdopodobny, by zareagować inaczej. Strach przyszedł dopiero, kiedy Staszek zdążył już dokonać kalkulacji ryzyka i powinności, i wyszło mu, że w tej sytuacji przede wszystkim powinien uciekać, co było wnioskiem słusznym, ale spóźnionym. Piotr w mgnieniu oka wdrapał się na sufit i skoczył na swoją ofiarę. Kręgosłup Staszka pękł jak zapałka.

 

*

 

Kiedy fasada gmachu Wydziału Fizyki zmieniła kolory na czerwień i błękit policyjnych kogutów, Piotr Parkiewicz i pająk byli już w połowie drogi na szczyt sąsiedniego budynku, wysoko ponad głowami policjantów. Żaden z nich nie zadarł głowy tak wysoko. Jedynymi widzami oglądającymi ten nocny pokaz spaceru po linie były ptaki, całe chmary ptaków, które z jakiegoś powodu zgromadziły się na okolicznych dachach. A gdy mężczyzna i pająk zniknęli im z widoku, poderwały się do lotu, by dalej ich obserwować.

 

*

 

Nagły powiew zimna zbudził ze snu właściciela mieszkania na szóstym piętrze bloku przy Kruczej dwadzieścia osiem. Mężczyzna wstał i okrył kołdrą śpiącą obok kobietę. Ziewając i powłócząc nogami, poszedł do salonu, gdzie niedomknięte okno balkonowe musiało otworzyć się na oścież.

Mężczyzną tym był Grzegorz Malicki, doktor fizyki, specjalista od mechaniki kwantowej, pionier eksperymentalnej metody badań teorii mnogich wymiarów, umysł genialny i twardo stąpający po naukowym gruncie.

Tym większe było jego zdziwienie, kiedy prócz otwartego okna zastał w salonie nieproszonego gościa (o ile w tego typu okolicznościach zasadne jest użycie tego określenia).

– Gdzie jest maszyna? Gdzie skafandry? – zapytał skryty w ciemności włamywacz tonem nietolerującym zwłoki, którego doktor Malicki bez trudu rozpoznał po głosie, wszak przyszło im pracować razem przez dobre kilka miesięcy.

– Parkiewicz! – krzyknął i wyciągnął rękę ku włącznikowi światła, ale jego dłoń zamiast na plastikową powierzchnię natrafiła na coś porośniętego szczeciną i poruszającego się, przez co doktor Malicki wrzasnął ponownie, wydając nieartykułowany dźwięk.

– Gdzie jest wszystko? Gadaj! – nieproszony gość ponowił żądanie, a zza jego pleców wychynął inny pająk, nieprawdopodobnie, wręcz absurdalnie wielki, aż z natury przenikliwy umysł doktora nie mógł pojąć, jakim cudem takie monstrum zdołało ukryć się za średniej budowy mężczyzną. – Już!

Błysnęły ogromne kły pająka i gospodarz uznał, że lepiej odpowiedzieć na pytanie.

– Wojsko skonfiskowało sprzęt.

– Żeby go wykorzystać? Gdzie? – Piotr Parkiewicz nie ustępował.

– Żeby go zniszczyć – odparł doktor Malicki i instynktownie cofnął się o krok, ale atak nie nadszedł. Sądząc więc, że opowieść może go uratować, mówił dalej. – Po tobie pojawił się nie jeden, ale trzech żołnierzy, ochotników na kwantonautów. Szkolili ich na pilotów bombowców ponaddźwiękowych, więc to byli twardzi goście. Pierwszy ledwie zrobił się przezroczysty, tak, jak ty. Ale w przeciwieństwie do ciebie, on padł nieżywy. Na jego ciele znalazłem ślady macek, przedziwny artefakt rekombinacji kwantowej, tak wtedy myślałem. Drugi zniknął na chwilę. Przeżył, ale po powrocie myślał, że jest psem. Szczekał, rzucał się do nóg, nawet… nieważne. Trzeci. Ten zniknął na dłużej. Wrócił, wydawało się, normalny. Ale już po parunastu minutach zaczął bredzić, że pod Dworcem Centralnym jest jama, a w niej smok pilnujący skarbu. Przyjęliśmy to na karb niewielkiego uszkodzenia mózgu i silnego stresu, i poddaliśmy go obserwacji. Drugiego dnia stanął w płomieniach. Nie znaleźliśmy źródła ognia. To… był… – szanowanemu fizykowi podobne stwierdzenia nie chciały przechodzić przez gardło – …samozapłon. Potem wojsko uznało, że projekt nie może być kontynuowany ze względów bezpieczeństwa. To już koniec…

– Milcz! – Nie takiej odpowiedzi Piotr Parkiewicz oczekiwał. W jednej chwili cały misterny plan, w którym, można by stwierdzić, położył na szalę całe swoje życie, poszedł w drzazgi. – Co teraz, co teraz… – powtarzał do siebie, nie zważając na doktora Malickiego, który centymetr za centymetrem przesuwał się w kierunku sypialnianych drzwi.

– On ucieka – zauważył pająk, ale Piotr nie reagował, zaabsorbowany kontemplacją tego jak wszystko się spieprzyło.

– On ucieka – powtórzył pająk i w chwili, gdy Grzegorz Malicki miał już sięgnąć klamkę, jeden z czających się we wnętrzu mieszkania małych stawonogów spadł prosto na twarz doktora, a ten wrzasnął panicznie i stracił przytomność.

Piotr tymczasem postąpił w stronę balkonu, choć wołanie pająka w jego głowie nie ustawało (zdążył już do tego przywyknąć).

– Co tu się dzieje? Kto tu jest. – Usłyszał zaspany i nieprzyjemnie znajomy głos. – Boże, Grzesiek! – krzyknęła kobieta i objęła dłońmi twarz doktora Malickiego wyciągniętego jak długi na podłodze w salonie.

– Maria? – zapytał zaskoczony Piotr, choć to pytanie nie wymagało odpowiedzi. – Co ty tu… Ty z nim?!

Kobieta zwróciła zatroskane oblicze ku niemu, najpierw milcząc, przestraszona i zaskoczona, ale nie była kobietą, która łatwo poddaje się emocjom, więc szybko odzyskała trzeźwość umysłu.

– Piotr! Co tu robisz o takiej porze? – zapytała, ale zaraz coś innego przykuło jej uwagę. – Jezu, czym jest to… za tobą?!

– Mówiłaś, że nie ma nikogo, że musisz skupić się na sobie… Odeszłaś do niego, tak? Do niego?! – W Piotrze wzbierał gniew, zaciskał kurczowo pieści i marszczył czoło, a pająk nic już nie mówił, stał za nim w milczeniu, pocierał nogogłaszczkami i nie wiadomo było, co sobie myśli.

Maria już miała coś powiedzieć, jednak widok skłębionego cienia za plecami Parkiewicza pozbawił ją tej umiejętności. Mogła tylko z półotwartymi ustami przypatrywać się temu, czymkolwiek to było.

– Zaraz! – zawołał Piotr w chwili nagłego olśnienia. – To spotkanie w barze, oferta pracy… To twój pomysł? Twoja sprawka? To była… litość?! Odpowiedz!

– Piotr… ja… – słowa z oporem przeciskały się przez jej gardło, jakby każde było wbrew naturze, jakby każde sprawiało ból, aż łzy napływały do oczu. – Ja… Nie chciałam… cię skrzywdzić. Ja… – bełkotała, nie spuszczając wzroku z bestii.

– Ty! Ty! – Mężczyzna zbliżał się do niej i jednocześnie odsuwał od światła wpadającego z zewnątrz, i już sam był jak ten cień, jak zjawa, nie człowiek a upiór z przeszłości. – Ty… – Stanął tuż obok, spojrzał w pełne łez oczy kobiety.

Podniósł rękę.

Drżała.

Odwrócił się na pięcie i skoczył w stronę balkonu.

– Wracaj! Zabij! Widzieli nas! – Tornado pajęczych myśli, tym razem nie spokojnych jak wcześniej, ale dzikich, drapieżnych i pełnych żądzy, natarło na świadomość mężczyzny, aż zakręciło mu się w głowie i upadł na kolana.

– Zabij ich! Teraz!

– Nie musisz tego robić. – Kto to powiedział? Dźwięk dobiegał z zewnątrz, jednak nie z ulicy, tylko z poziomu dachów. – Nie słuchaj go. Możesz mu się oprzeć.

– Zabij! Nie czekaj! Zabij! – Pająk nie ustawał w żądaniach. – Mamy umowę!

Tak, mieli umowę. Wystarczyło, że Piotr zamknął oczy, a widział twarz pani Jadwigi, ochroniarza Staszka i wszystkich bezimiennych nocnych tułaczy, których pozbawił życia, by pająk mógł się pożywić. Nie, żeby dręczyły go wyrzuty sumienia, jednak nie lubił zabijania – robił to tylko, by osiągnąć cel (nie był przecież potworem!), a teraz wszystko straciło sens.

– Pewnie chce, żebyś ich zamordował. – Kontynuował głos zza okna. – Obserwowałam cię. Widziałam, czym jest twoja mroczna strona i jakie ma pragnienia. Nie musisz im ulegać. Możesz nad tym zapanować.

– Nie słuchaj! Zabij! Zabij tę, która mówi, a potem pozostałych! Jeśli nie…

– Może udawać, że ma nad tobą władzę, ale to część ciebie. Część ciebie.

– Już teraz! Zabij!

– Piotr… co się dzieje?

– Zabij!

– Nie! – Piotr Parkiewicz krzyknął i spojrzał najpierw na bliską obłędu Marię, potem na pająka, krążącego niespokojnie po całym pomieszczeniu, aż wreszcie przez okno, na zewnątrz, gdzie na wysokości balkonu, w połowie dystansu do hotelu po drugiej stronie ulicy, przecząc wszelkim prawom fizyki unosiła się w powietrzu postać, którą rozpoznawał.

Kobieta z wizji.

Do tego miała na sobie kwantonautyczny skafander.

Chciał zapytać kim ona jest, co tutaj robi, dlaczego mu pomaga, ale dostrzegł wtedy ruch na parapecie i na futrynach okien, i w rogach sufitu, i na podłodze. Pająki. Nadciągały pająki.

Dziesiątki jadowitych stawonogów rzuciły się w kierunku Piotra. Ale on nie czekał w miejscu, też skoczył, ale nie pod sufit, czy gdzieś, gdzie mógłby znaleźć punkt zaczepienia, tylko prosto przez balkon w kierunku lewitującej kobiety, a wszystkie pająki ruszyły za nim. Wtem odezwał się cały chór wron, gawronów, wróbli i gołębi. Ptasia armia starła się z pajęczą hordą. Przeraźliwy pisk wypełnił umysł Parkiewicza, byłby zemdlał w locie i najpewniej zabił się przy upadku, ale kobieta w skafandrze złapała go i odstawiła bezpiecznie na środek ulicy.

Z balkonu wypadł wielki, czarny kształt i wylądował kilka metrów od nich. Pędził w kierunku Piotra z podniesionymi kłami ociekającymi jadem. Unik nie wchodził w grę, Piotr zdążył jedynie podnieść rękę i krzyknąć.

Monstrualny pająk był o krok od jego dłoni, kiedy uderzył w niewidzialną barierę i rozpadł się na setki kawałków, małych czarnych pajączków, które rozbiegły się w pobliżu, poszukując kryjówek, zakamarków i szczelin.

Spadła na nie chmara wygłodniałych ptaków.

 

*

 

Na imię miała Petra, ale kazała nazywać się Sroką.

Tak jak Piotr, była kwantonautą – rzecz jasna w swoim świecie. Skoczyła tu, bo dostrzegła go w wizji, jakiej doznała przeglądając się w lustrze. Jakby zostali w jakiś sposób połączeni. Odszukała go kierowana przeczuciem i nie znała odpowiedzi na większość pytań, które jej zadawał.

Nie wiedziała, czym był pająk, choć nazywała go mroczną stroną Piotra, tak samo jak własną srokę. Miała teorię, że te zwierzęta odzwierciedlają ich najsilniejsze pragnienia i rodzą się w głębi umysłu, w pierwotnej strefie freudowskiego Id. W jej przypadku pragnieniem było posiadanie kosztownych, błyszczących przedmiotów, z którymi właściciele niekoniecznie chcieli się rozstawać (ale mówiła, że okrada tylko tych złych).

Dla Piotra, przywykłego do opisu świata językiem fizyki, argumentacja jej teorii była niesatysfakcjonująca.

Nie dowiedział się od niej zbyt wiele ponad to, że są inni, podobni do niego. To znaczy podobni do niego, jakim był wcześniej. Od tamtej nocy pająk nie pokazał się ani razu, a pajęcze moce zniknęły.

– On nie zginął, jest częścią ciebie – powiedziała Petra, kiedy siedzieli na parapecie wynajmowanego przez Piotra mieszkania i pogłaskała łepek sroki siedzącej na jej kolanach. – Z nami było podobnie. Najpierw chciała mnie wykorzystać, potem próbowałyśmy się zdominować, działać sobie na złość, aż wreszcie udało nam się znaleźć wspólny język. Teraz jesteśmy wręcz jak jeden organizm – próbowała go podnieść na duchu, kiedy tylko pojawiała się w jego świecie.

Tymczasem Piotr stawał się coraz bardziej milczący i wędrował gdzieś myślami.

– W jaki sposób wracasz do domu? – zapytał pewnej nocy, przerywając jej monolog o wyższości świata Petry, gdzie słońce dawało więcej ciepła, zapachy były bardziej intensywne i nawet gwiazdy zdawały się świecić jaśniej. – Ktoś cię sprowadzi? Ile czasu ci zostało?

– Moja technologia jest pod tym względem bardziej zaawansowana – odparła enigmatycznie i uśmiechnęła się półgębkiem.

– Tak jak we wszystkim, jesteście o krok przed nami? – zapytał, ale bez sarkazmu. Jego głos od pewnego czasu niemal nie wyrażał żadnych emocji.

– Yhy – potwierdziła i uderzyła palcem o tarczę sporych rozmiarów ni-to-kompasu ni-to-zegara na lewym nadgarstku.

– Jak to działa? – Zdecydował się zapytać, a Petra uznała, że nie miała powodów, by mu tego nie zdradzić.

– To jeszcze nic! – dodała. – Skafander jest elastyczny, z pewnością byś się w nim zmieścił. Może kiedyś… – przerwała, ponieważ poczuła za uchem nieprzyjemne swędzenie. Gdy podniosła rękę, by dotknąć tego miejsca, przebiegł po niej maleńki, czarny pająk i przeskoczywszy nad ptasimi dziobem, przysiadł na ramieniu mężczyzny.

– Jest tak jak mówiłaś – stwierdził Piotr z kamienną twarzą. – Przeszliśmy trudne chwile, ale udało nam się dogadać. Teraz jesteśmy niemal jak jeden organizm.

– Ty… – wycedziła przez zęby Petra. Jej twarz nie wyrażała gniewu, raczej… współczucie? – Pamiętaj, z wielką mocą wiąże się wielka… – nie dokończyła już tego zdania. Sroka siedzącą na kolanach międzywymiarowej podróżniczki rozpłynęła się w powietrzu, a kobieta padła na podłogę i Piotrowi nie dane było poznać jej ostatnich słów, ale nie uważał, by miały nieść w sobie istotny przekaz.

To co najważniejsze, leżało na podłodze. Skafander był kluczem do wszystkich możliwych światów – gdzie trawa jest bardziej zielona, los bardziej mu przychylny, a Maria bardziej stała w uczuciach.

Piotr Parkiewicz był pewien, że znajdzie jakiś dla siebie, urządzi się w nim, zdobędzie miłość, sławę i bogactwo, a potem – potem znajdzie sposób, by pozbyć się pająka. I już nie będzie zabijać. 

A pająk? Pocierał tylko nogogłaszczki, a szczękoczułki ułożył w pajęczą wersję uśmiechu i nie sposób było odgadnąć, co miał na myśli.

Koniec

Komentarze

To ja tylko króciutko:

To cios w moje serce, jako autora, który lubi opisy. :(

→ ale ja też lubię opisy! I u Ciebie je chwalę, patrz: “jak zwykle masz niektóre świetne zdania, metafory i opisy, czyli to co u Ciebie lubię, bardzo obrazowo piszesz, widać, że wyobraźnia tam pracuje :)” 

Opisy są super. Przekombinowanie zdań to co innego i to tłumaczyłam w moim pierwszym komentarzu. 

 

Przekonałem się przy tytule muszelki. 

→ ha ha ha :D no nie złość się już, w becie sobie pozwoliłam, w komentarzu publicznym bym tego nie pisała ;) Ale już dobrze, więcej tego nie zrobię i będę grzecznie trzymać moją rozpustę w karbach. 

 

To ja zamotałem (z premedytacją) w chronologii, ale może nie zaznaczyłem tego odpowiednio mocno. Dopisałem na ko iec parę słów i może teraz jest lepiej. 

→ aaa to miałam na początku taki trop interpretacyjny tylko go odrzuciłam, widzę, że niesłusznie, ale teraz jest już jasno i nie ma miejsca na wątpliwości. 

 

Ubolewam nad tym, ale limity Tarniny są nieubłagane. 

→ też nie cierpię limitów, ale rozumiem taką argumentację. Ma to sens i myślę, że dobrze wybrnąłeś. 

 

… ale ja to sobie wyobrażam tak, że Coś dopiero przy bliższym kontakcie zdecydowało, by przybrać kształt pająka. Z początku było nieokreślone. 

→ i spoko, ja niejasność Cosia mi pasuje, bo buduje nastrój, tak tylko pytałam. W ogóle początkowa gonitwa (jak już mówiłam) podoba mi się najbardziej. 

 

Interesujący tekst. Odszedłeś od schematu Kopciuszka, bo bohater nie jest tym dobrym. Ale zrobił się dzięki temu bardziej złożony. Zły Spiderman – to też stwarza pole do manewrów.

Fajna koncepcja… zwierzęcego totemu? Daimonionu?

na szklanym blacie egzemplarz Times z Piotrem na okładce…

Fotki ludzi na okładce ma Time.

– Jak Pan się miewa?

Dlaczego pan dużą?

Babska logika rządzi!

Dzięki Finklo za wizytę i pierwszego klika. :) 

Wygląda to trochę lepiej, bo dla wielu ilość komentarzy pod tekstem mogła być odstraszająca. XD

 

Interesujący tekst. Odszedłeś od schematu Kopciuszka, bo bohater nie jest tym dobrym. Ale zrobił się dzięki temu bardziej złożony.

Miło słyszeć. :) 

 

Zły Spiderman – to też stwarza pole do manewrów.

W tekście pojawia się nawert prawdziwy Spider-Man, ale wspomniany nienachalnie, bo nie chciałbym być tutaj posądzony o jakieś fanfiction. 

Ogólnie to jest tekst, który łatwo możnaby kontynuować. Chyba najłatwiej ze wszystkich, jakie napisałem dotychczas. 

 

Dzięki za uwagi, już poprawione. :) 

 

Fajna koncepcja… zwierzęcego totemu? Daimonionu?

Trochę tak, acz specjalnie nie używałem podobnego określenia, by nie budzić skojarzenia z Mrocznymi Materiami, które też nawiązują do tego. :) 

Wreszcie sobie samemu, którego obwiniał za większość życiowych porażek.

Tak na logikę, to wszystkie życiowe porażki, ale i sukcesy, są winą/zasługą bohatera, w każdym razie dopóki to on podejmuje decyzje i działania.

 

Siadając w fotelu w ciasnym dziennym pokoju wynajętej kawalerki, pijąc tanią whisky, odgrażał się, że jeszcze wszystkim pokaże.

Nadmiar epitetów zazwyczaj szkodzi tekstowi. “Wynajęty” spokojnie można wywalić, także informacja, że pokój jest dzienny wydaje się zbędna.

 

Usiadł z wysiłkiem, przezwyciężając ból promieniujący z lewej strony ciała.

Czyli bolało go… całe ciało? Lewa i prawa strona?

Po medycznemu, jeśli pacjent z zawałem ma ból w klatce piersiowej, to on może promieniować, np do żuchwy, czy do łopatki. Wtedy boli i klatka piersiowa i żuchwa/łopatka.

 

rozlewa się kwasem po źrenicach oczu

Po pierwsze źrenice w organizmie są tylko w oczach, więc imo oczy do wywalenia. Po drugie, źrenica to nic innego niż dziura w tęczówce – czy cokolwiek może rozlać się po dziurze (nie dołku)?

 

Czuł się jak mucha schwytana w sieć – mógł walczyć, próbować się oswobodzić, ale jedyne co był w stanie tym zdziałać, to przyspieszyć nieuchronny los.

Wydaje mi się, że w kontekście analogii do schwytanej muchy, należy tu zastosować cały frazeologizm “nieuchronny koniec”. Czy los może być nieuchronny?

 

Nie oglądając się na swojego ludzkiego towarzysza, rozpędził się

Nikt inny tam z nimi nie skakał, więc imo do wywalenia.

 

Kiedy fasada gmachu Wydziału Fizyki zmieniła kolory na czerwień i błękit [+za sprawą?] policyjnych syren, Piotr Parkiewicz i pająk byli już w połowie drogi

Mężczyzną tym był Grzegorz Malicki, doktor fizyki, specjalista od mechaniki kwantowej, pionier eksperymentalnej metody badań teorii mnogich wymiarów, umysł genialny i twardo stąpający po naukowym gruncie.

Tym większe było jego zdziwienie, kiedy prócz otwartego okna zastał w salonie nieproszonego gościa (o ile w tego typu okolicznościach zasadne jest użycie tego określenia).

– Gdzie jest maszyna? Gdzie skafandry? – zapytał tonem nietolerującym zwłoki skryty w ciemności mężczyzna,

Na moje cały czas tutaj jest jeden podmiot = Malicki. Także w didaskaliach, choć ich dalsza część sugeruje co innego. Zmieniłbym np. na “zapytał ów gość” albo “zapytał nieznajomy”, bo ten mężczyzna, użyty w kontekście innej osoby, wypada tu niefortunnie.

Ponadto niechlujny zapis didaskaliów; istotna jest kolejność: najpierw w jaki sposób ktoś coś wypowiada, potem kto to wypowiada i dopiero dalej cała reszta ozdobników.

 

Malicki wrzasnął ponownie, tym razem niepoddający się artykulacji dźwięk.

Wrzasnął dźwięk? Dziwnie to brzmi, napisałbym raczej: wrzasnął, wydając z siebie (epitety) dźwięk.

 

Przyjęliśmy to na karby niewielkiego uszkodzenia mózgu

Ten frazeologizm brzmi: kłaść coś na karb czegoś. Zatem powinien tu być inny czasownik i karb w liczbie pojedynczej.

 

małych czarnych pajączków, które rozbiegły się w pobliżu, poszukując kryjówek, zakamarków i szczelin, gdzie mogłyby się schować.

Ta informacja zawarta jest w słowie “kryjówka”.

 

Tyle mniej lub bardziej upierdliwego czepialstwa. :p

Podobało mi się. Początek z bardzo dużym potencjałem zasysającym. Zaczytuję się teraz w Cixinie Liu i chyba jestem bardziej podatny na SF, bo na co dzień nie wchodzi mi tak lekko. Tutaj bardzo fajnie połączyłeś wątki naukowe z lekką, przygodową akcją. Dużo się działo, fajnie to poplątałeś także z retrospekcjami czy faktami z życia postaci. Informacje pojawiały się w pakietach, odpowiedzi zastępowałeś nowymi pytaniami – bardzo smacznie się to wszystko rozkręcało.

Niestety później wchodzi wątek pająków, który moim zdaniem nieco odstaje od tego bardzo porządnego początku. Może spodziewałem się czego innego po wstępie, bo dostałem niekoniecznie sf, niekoniecznie nawet science. Na plus na pewno należy zaliczyć finał z fajnym twistem oraz że “spiderman” ostatecznie okazał się jednak zły (czyli taki raczej z niego Venom :p). Natomiast pomysł ten jako całość niczym nie zaskakuje, a te podbijane z początku napięcie i zaciekawienie gdzieś ulatują.

Najsłabszy element tej historii to dla mnie dialog zdradzonych kochanków. Okropnie, momentami wręcz niedorzecznie sztuczny.

Trochę się poczepiałem, ale tak ogólnie to czytało mi się przyjemnie. Klik do biblioteki się należy.

Pozdrawiam!

Na wstępie zapytam – dlaczego pająk?! Jedyny jakiego toleruję a nawet lubię to spiderman. Innych wprost nie znoszę. Ale mimo tego nie uciekłam (doceń to :P), ponieważ nieźle się czytało a i zaciekawiłeś mnie. Momentów z pająkami nie lubię, ale końcówka jest niezła – tak coś czułam, że będzie chciał wykorzystać Petrę. Fajnie wymyślona i poprowadzona akcja, dobrze napisane. No i sam pomysł z kwantowymi kosmonautami i połączeniem ich ze zwierzęcymi alterego udany. Daję klika.

MrBrightside, dzięki za opinię i uwagi. W zasadzie wszystkie – poza tym [za sprawą] – wprowadziłem do tekstu. :)

Niestety później wchodzi wątek pająków, który moim zdaniem nieco odstaje od tego bardzo porządnego początku. Może spodziewałem się czego innego po wstępie, bo dostałem niekoniecznie sf, niekoniecznie nawet science.

Widzisz, a wyszedłem od pająków i wymyślałem wstęp, który zaprowadzi bohatera do tego miejsca – dlatego nie zauważyłem takiego przeskoku. 

 

Na plus na pewno należy zaliczyć finał z fajnym twistem oraz że “spiderman” ostatecznie okazał się jednak zły (czyli taki raczej z niego Venom :p).

O tam zły od razu, po prostu szedł do celu – dosłownie – po trupach. :P

 

Najsłabszy element tej historii to dla mnie dialog zdradzonych kochanków. Okropnie, momentami wręcz niedorzecznie sztuczny.

Przeciez nikt nikogo nie zdradził.

Maria odeszła od Piotra rok wcześniej i można się domyślać, że nie widzieli sie w tym czasie. 

Także obydwoje sa zaskoczeni, że siebie widzą. Maria podwójnie, bo jeszcze widzi potwora w postaci gigantycznego pająka ukrytego w ciemności. Piotr za to uzmysławia sobie, że jego jedyny sukces (zatrudnienie jako kwantonautę) to wynik litości jej eks.

 

Trochę się poczepiałem, ale tak ogólnie to czytało mi się przyjemnie. Klik do biblioteki się należy.

Chociaż tyle. :)

 

Monique.M

Na wstępie zapytam – dlaczego pająk?! Jedyny jakiego toleruję a nawet lubię to spiderman. Innych wprost nie znoszę.

Też nie pałam sympatią do pająków i uwierz, pisanie fragmentów o nich jeżyło mi włos na karku. :P

 

Ale mimo tego nie uciekłam (doceń to :P), ponieważ nieźle się czytało a i zaciekawiłeś mnie. […] Fajnie wymyślona i poprowadzona akcja, dobrze napisane.

Miło słyszeć. :)

 

No i sam pomysł z kwantowymi kosmonautami i połączeniem ich ze zwierzęcymi alterego udany.

Tyle dobrego. :)

Gekikaro, to jest dobre, sprawne, lekkie w czytaniu, a jednak wiem, że Twoim warsztatem potrafisz więcej ;P

W każdym razie pomimo dobrych stron – pierwsza połowa opowiadania mogłaby być krótsza. Druga z kolei mogłaby być odrobinę bardziej uporządkowana i… jej finał, choć jest mroczny, właśnie z Twoimi umiejętnościami pisania mógłby bardziej realistycznie podkreślać toksyczność głównego bohatera.

No, marudzę, bo opowiadanie dobre, ale odnoszę do tego, na co się nastawiłem.

Swoją drogą mam tu jakieś odległe skojarzenia z jakimś starym opowiadaniem, nie pamiętam już czy Uznańskiego, czy Soullessa Kozakowskiego.

Sam pomysł – dobry i ciekawy. Ubranie go w lekką fabułę – także. Choć miejscami zbija z tropu, jak pierwsze skorzystanie z mocy (bieg po pajęczynie między blokami, skąd przy pierwszym teście taka odwaga?). Końcówka – w dobrym momencie twist, prosty, ale znakomicie obrazujący dlaczego akurat pająk. Swoją drogą ostro to sugeruje brak hamulców bohatera… A i można się zastanowić co działo się z żołnierzem, który nie wrócił.

Klik do biblioteki leci.

 

"na dachu hotelu Sobieski"

Odmiana się zgubiła.

 

"ruszył wartkim krokiem"

wartki krok?

 

"– Nie!  – Piotr Parkiewicz krzyknął"

Podwójna spacja.

 

EDIT: wychodziłoby na to, że pierwsze wizyty w innym wymiarze u każdego musza być najpierw w przestrzeni “potworów”?

To ja mam podobnie jak MrBrightside. Początek zasysał i zaraz pojawiły się oczekiwania, ale niestety dalej zainteresowanie spadło. Możliwe, że poszatkowanie tekstu pod limit nie wpłynęło na niego za dobrze, ale i tak nie jest źle. Wszystko się rozumie. Pod koniec robi się fajnie, akcja przyspiesza, coś się wyjaśnia. Ostatnie zdanie miodkowe. 

Mimo tych kilku (IMO) wad to całkiem przyjemny, rozrywkowy tekst.

Chyba wyszedłem na konkretnego wywrotowca, skoro dostawki spodobały mi się bardziej niż oryginalny pomysł. :x

W każdym razie, Gekikaro, jeśli zdecydujesz się kiedyś na tekst osadzony w nieco twardszym SF, przyprószony do tego akcją, jak tutaj, to bądź pewien, że na pewno zaglądnę. ;)

Chyba wyszedłem na konkretnego wywrotowca, skoro dostawki spodobały mi się bardziej niż oryginalny pomysł. :x

→ nope, nie jesteś sam, MrBrightSide :) Dokładnie moje odczucia jeśli chodzi o to opowiadanie. 

 

Geki szczegóły mojej opinii zna z bety, na głos powtórzę tylko to, co dla mnie było najfajniejsze: kreacja świata jak zwykle oryginalna, pomysł na kwantonautę skaczącego pomiędzy wymiarami mi się bardzo spodobał, moja ulubiona scena to te “migawki”, gdy Piotr widzi swoje różne wersje. 

Początek, ucieczka przed potworem po dziwacznej Warszawie bardzo obrazowa, słuchałam przy tym tego, co chyba wspomogło wyobrażenie sobie tej sceny i wczucie się w pogoń ;)

Wilku 

Gekikaro, to jest dobre, sprawne, lekkie w czytaniu, a jednak wiem, że Twoim warsztatem potrafisz więcej ;P

Dzięki i… dzięki. :P

Pisałem Koi w trakcie bety, że na pewno nie jest to moje najlepsze opowiadanie, trochę z powodu limitu, trochę z powodu zmęczenia, bo powstawało długo, długo (w przeciwieństwie do opka na konkurs świąteczny, które spisałem w jakieś 2-3 dni i jestem z niego bardziej zadowolony… choć tam też limit zagrał na niekorzyść – jakoś nie mogę się ostatnio w limitach zmieścić). 

W zamyśle miało być opowiadaniem akcji, bo wiesz, zazwyczaj moje opowiadania są jak ta niedziela z Balu wszystkich świętych. 

 

W każdym razie pomimo dobrych stron – pierwsza połowa opowiadania mogłaby być krótsza. Druga z kolei mogłaby być odrobinę bardziej uporządkowana i… jej finał, choć jest mroczny, właśnie z Twoimi umiejętnościami pisania mógłby bardziej realistycznie podkreślać toksyczność głównego bohatera.

Też myślę, że początek mógłby być krótszy (choć ludziom się podoba), ale… mnie też się podobał, aż żal było ciąć. 

Zastanawiam się też, czy gdyby podkreślić toksyczność, to twist nie stałby się przewidywalny. 

Poza tym Piotr wcale nie jest jakimś potworem, po prostu nie przebiera w środkach. :P

 

Choć miejscami zbija z tropu, jak pierwsze skorzystanie z mocy (bieg po pajęczynie między blokami, skąd przy pierwszym teście taka odwaga?

Przecież to nie pierwszy raz, kiedy z niej korzysta, tylko kiedy to widzimy. 

Przed tą akcją zabił już kilka osób i wtedy też korzystał z mocy. 

 

Swoją drogą ostro to sugeruje brak hamulców bohatera… A i można się zastanowić co działo się z żołnierzem, który nie wrócił.

Wszyscy wrócili, ale nie wszyscy żywi. :P

 

"na dachu hotelu Sobieski"

No właśnie zastanawiałem się, jak to odmienić, bo hotelu Sobieskiego też nie pasowało. 

 

wartki krok?

Wartki czyli szybki. U mnie na wsi się tak mówiło. :P

 

wychodziłoby na to, że pierwsze wizyty w innym wymiarze u każdego musza być najpierw w przestrzeni “potworów”?

To pytanie na kontynuację. :P

Ogólnie sporo z działania tego świata miałem obmyślone. I wyobrażałem to sobie tak, że podróż międzywymiarowa oddzielała tę mroczną stronę od człowieka. 

 

SaraWinter

To ja mam podobnie jak MrBrightside

Bo to była całkiem słuszna opinia. 

 

Możliwe, że poszatkowanie tekstu pod limit nie wpłynęło na niego za dobrze, ale i tak nie jest źle. Wszystko się rozumie

Samo cięcie nie przyniosło szkody, wręcz korzyść!, ale szkodę przyniosło pisanie z myślą, że już jest się poza limitem. 

 

Ostatnie zdanie miodkowe. 

Cieszę się, że zwróciłaś na to uwagę, bo zawsze głowię się nad ostatnimi zdaniami, żeby były taką kropką nad i. :) 

 

Podoba mi się. Może nie jest to najtwardsze science-fiction, bo w drugiej części cały czas miałam przed oczami Mroczne materie, ale podoba mi się taki miks. Twist ze złym spidermanem sprawił, że mi się uśmiechnęło, choć nie wiem, czy akurat na tym Ci zależało ;)

Ostatnio bardzo mnie cieszy, kiedy natykam się na lżejsze teksty, więc trafiłeś w punkt.

Kliczek :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

"na dachu hotelu Sobieski"

No właśnie zastanawiałem się, jak to odmienić, bo hotelu Sobieskiego też nie pasowało. 

Ja bym napisała: na dachu hotelu “Sobieski”.

Babska logika rządzi!

MrBrightside

W każdym razie, Gekikaro, jeśli zdecydujesz się kiedyś na tekst osadzony w nieco twardszym SF, przyprószony do tego akcją, jak tutaj, to bądź pewien, że na pewno zaglądnę. ;)

Szykuję tekst w nieco twardszym SF, ale nienjest nastawiony na akcję. 

 

Irko

Podoba mi się.

Miło. :) 

 

Może nie jest to najtwardsze science-fiction, bo w drugiej części cały czas miałam przed oczami Mroczne materie, ale podoba mi się taki miks

Takie ugotowane na półmiękko to sci-fi. 

 

Twist ze złym spidermanem sprawił, że mi się uśmiechnęło, choć nie wiem, czy akurat na tym Ci zależało ;)

A na czym innym mogłoby, pisząc lekki tekst nawiązujący do bohatera komiksów. 

 

Ostatnio bardzo mnie cieszy, kiedy natykam się na lżejsze teksty, więc trafiłeś w punkt.

Też miałem ochotę odetchnąć. :) 

 

Finkla

Ja bym napisała: na dachu hotelu “Sobieski”.

Jak znajdę gdzieś dwa wolne znaki, to dopiszę. :P

 

 

Cześć!

Spiderman (a może bardziej Venom) w futurystycznej Warszawie! Zacne, wciąga, i całkiem zgrabnie napisane. Niedoskonały bohater, kwantonauta, ucieczka przed pająkami. Schemat konkursowy chyba widzę, ciekawie go zinterpretowałeś. W koncepcji wieloświata i „zwierząt jako części naszej natury” odniosłem wrażenie, że inspirowałeś się Pullmanem – w każdym razie fajna koncepcja. To zdecydowanie na plus. Rodzima lokalizacja również przypadła mi do gustu, zwłaszcza motyw z politechniką i dworcem.

 

Z rzeczy, które jakoś mi trochę zgrzytały, to „dylematy filozoficzne” w sytuacjach zagrożenia życia. Ładnie je pokazałeś, oddając emocje, zarówno podczas ucieczki, jak i podczas rozmowy z byłą. Z mojej perspektywy (i skromnego doświadczenia) ludzie w sytuacjach zagrożenia życia raczej nie filozofują, nie rozpamiętują, ale raczej skupiają się na wariancie RWD (Ratuj Własną Du…). Zgadam się, pasuje to do fabuły i do tego, co pokazuje kultura masowa, ale jak dla mnie jest rażąco nierzeczywiste. Spotkanie z byłą w mieszkaniu „kierownika projektu”, ich rozmowa jest jakby oderwana od rzeczywistości (a może to efekt kwantowy… ?). Tu pająki załatwiły jej obecnego chłopaka, a ona jakby na spokojnie rozpamiętuje dawne miłostki!? Nigdy nie spotkałem kogoś, kto by się w podobnie stresującej sytuacji tak zachowywał. Dotykając czegoś, czego nie rozumiemy, i co w dodatku nam zagraża, działamy na zasadzie walcz albo uciekaj (albo zastygnij w bezruchu).

 

Z kwestii edycyjnych:

doktorskie

doktoranckie jest chyba poprawna formą

dobiegał z środka jego głowy.

ze

Wtem odezwał się cały chór wron, gawronów, wróbli i gołębi i ptasia armia starła się z pajęczą hordą. Przeraźliwy pisk wypełnił umysł Parkiewicza, byłby zemdlał w locie i najpewniej zabił się przy upadku, ale kobieta w skafandrze złapała go i odstawiła bezpiecznie na środek ulicy.

Strasznie dużo „i”, w innych miejscach tez się to czasem zdarza.

 

Tyle, 3P dla Ciebie: Pozdrawiam, powodzenia w konkursie i polecam do biblioteki!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Czołem, Gekikara!

Najpierw, za pozwoleniem, kilka poprawek i uwag:

 

Nie zaprzątał sobie głowy subtelnymi różnicami w krajobrazie tej wersji Warszawy, ponieważ miał obecnie bardziej palący problem, mianowicie Coś, przed czym uciekał, dziękując w duchu za te wszystkie godziny treningu wydolnościowego i za najnowocześniejsze kompozyty polimerowe z jakich wykonano jego skafander, wytrzymałe a jednocześnie lekkie jak puch.

 

Gdyby Piotr Parkiewicz miał okazję przyjrzeć się temu zjawisku bez emocji – bo przecież rozpatrujemy je w kategorii zjawisk rzeczywistych a nie omamów – a przede wszystkim, gdyby każda komórka jego ciała nie cierpiała wówczas z bólu, doszedłby do wniosku, że rację mieli ci, którzy uważali, że rzeczywistość jest tylko hologramem, trójwymiarową projekcją bardziej złożonej struktury.

 

Po chwili miał też okazję zobaczyć ową strukturę, kiedy to przestrzeń zwinęła się w kształt nici, najpierw skłębionej, ale na pomoc ruszyły kolejne wymiary i wtedy ujrzał – tak! – całą, nieskończoną sieć splecioną ze światów, a on niczym pająk przechodził z jednej na drugą, pędził na ośmiu patykowatych nogach do miejsca, które go przyciągało.

– Te trzy zdania są strasznie długie…

 

Kobieta wyszła, a po kilku minutach w drzwiach stanął wysoki mężczyzna łysiejący w zakolach tak, że włosy na czubku głowy tworzyły wąski półwysep, który wkrótce miał zostać odcięty od lądu.

– Słodkijezu, jak u mnie ;) Ale nigdy tak zręcznie bym tego nie ujął!

 

(czyli: dominująca)

– Bez wielokropka, nie wyszczególniamy

 

Dzięki oknie w dachu dostali się do środka.

– Dzięki oknu, albo przez okno

 

Skoczył (choć zdawałoby się, że to anatomicznie niemożliwe z pozycji, w której się znajdował) i przylgnął do ściany, jak opętani przez złe duchy z horrorów o egzorcystach, wprawiając tym Staszka w osłupienie, bo widok ten był dla niego zbyt nieprawdopodobny, by zareagować inaczej.

– Z tym zdaniem trzeba coś zrobić. Rozbić na dwa, a najlepiej skrócić o połowę wyrzucając zbędne ozdobniki w postaci Staszka i jego perpsektywy. No i "anatomicznie niemożliwe" nie gra. Niemożliwe z punktu widzenia anatomii.

 

przy Kruczej dwadzieścia osiem.

– Wydaje mi się, że w tym przypadku to jednak "Kruczej 28", ktoś bardziej biegły może potwierdzić? 

 

Przeżył, ale po powrocie myślał, że jest psem. Szczekał, rzucał się do nóg, nawet… nieważne.

– Dobre! :D

Oczywiście to wszystko drobiazgi. Opowiadanie wciąga, jest dowcipne (czasem może trochę zbyt pretensjonalne), akcja jest wartka, nagły zwrot na końcu zwłaszcza fajnie wszedł! Myślałem, że się z dziewczyną zejdą, będą razem podróżowac między wymiarami itd, a tu taki numer. Uwielbiam byc tak zaskakiwany! 

www.popetersburgu.pl

Cześć, krar!

 

W koncepcji wieloświata i „zwierząt jako części naszej natury” odniosłem wrażenie, że inspirowałeś się Pullmanem – w każdym razie fajna koncepcja.

Nie, a przynajmniej nie świadomie. Bo oglądam teraz Mroczne materie, więc coś tam w mózgu działa.:P

 

Rodzima lokalizacja również przypadła mi do gustu, zwłaszcza motyw z politechniką i dworcem.

Żebyś wiedział jak ubolewałem nad tym, że musiałem wyciąć opis jego trasy. :(

 

Z rzeczy, które jakoś mi trochę zgrzytały, to „dylematy filozoficzne” w sytuacjach zagrożenia życia. […] Zgadam się, pasuje to do fabuły i do tego, co pokazuje kultura masowa

W sumie sam sobie odpowiedziałeś. 

 

Tu pająki załatwiły jej obecnego chłopaka, a ona jakby na spokojnie rozpamiętuje dawne miłostki!?

On wrzasnął i zemdlał, Maria na początku żadnych pająków nie widziała. Potem zobaczyła jednego wielkiego i myślała, co powiedzieć, żeby ocalić skórę. :P

 

Dzięki za uwagi, poprawiłem trochę tekst. :)

 

Czołem, Krzysztof!

 

– Te trzy zdania są strasznie długie…

Żebyś wiedział, jakie były przed cięciami. 

 

Niemożliwe z punktu widzenia anatomii.

Spotkałem się ze zwrotem anatomicznie niemożliwe, choć oczywiście Twoja wersja brzmi bardziej poprawnie.

 

Opowiadanie wciąga, jest dowcipne (czasem może trochę zbyt pretensjonalne)

Jedną z dodatkowo punktowanych rzeczy w konkursie jest humor. :)

 

Myślałem, że się z dziewczyną zejdą, będą razem podróżowac między wymiarami itd, a tu taki numer. Uwielbiam byc tak zaskakiwany! 

Cieszę się, że się udało. I polecam się na przyszłość. :D

Cześć :)

Ciekawe opowiadanie. Pomysł na złego spider-mana świetny. Najbardziej podobała mi się ucieczka i samo zakończenie. Całość czyta się szybko, kiedy musiałam przerwać w połowie naprawdę byłam ciekawa, co dalej. Jedyny zgrzyt pojawił się, gdy ten pająk zaczął mówić. Początkowo miałam wrażenie, że nie pasuje to do konwencji science fiction, która była “mocna” na początku, ale tekst został tak ładnie napisany, że szybko się do tego przyzwyczaiłam. Stworzyłeś ciekawy świat i niejednowymiarowych bohaterów. 

Pozdrawiam :)

Interesujący tekst, sprawne połączenie kilku koncepcji w spójną całość. Najbardziej spodobała mi się pierwsza połowa, w której skupiasz się na splataniu światów i podróży do alternatywnej, niepokojącej rzeczywistości. Już same słowa kwantonauta czy skafander kwantonautyczny brzmią świetnie i budzą wyobraźnię. I mimo że na początku treść jest czasem poszatkowana na krótkie fragmenty, nie czuć tam chaosu czy zbyt dużych skrótów.

Trochę mniej przypadł mi do gustu opis problemów bohatera, szczególnie tych z pierwszej części tekstu. Opis sam w sobie może nie jest zły, ale jednak mam wrażenie, że czytałem bardzo podobne fragmenty już dziesiątki razy i trochę brakuje czegoś, co wyróżniłoby Twoją wersję. Ale to może być kwestia limitu, bo o ile ładnie się w nim zmieściłeś, to problemy bohatera wyszły typowo i dość banalnie. Ale cały czas mam na myśli głównie pierwszą część, bo kontakt z pająkiem fajnie zmienia kierunek przemyśleń.

Może jeszcze motyw nieudanego eksperymentu za bardzo skojarzył mi się z filmem „Kontakt”, ale to szczegół.

Zakończenie ciekawe, językowo bardzo dobrze, przez całość utrzymujesz uwagę czytelnika, zachowując odpowiednie tempo. W skrócie mówiąc: przyjemna lektura!

Hej, Gekikara

W porządku, dobry tekst. Umiejętnie napisany z mocnym motywem s-f. Ciekawy retelling, spodobało mi się przedstawienie Spidermana jako tego złego (a przynajmniej prawie złego).

Przyznam, że zachowanie Piotra czasem mnie raziło, jego naiwność względem międzywymiarowego pająka i podejście typu „cel uświęca środki”. Z drugiej strony może taki miałeś celowy zabieg, aby wykreować go na faceta, któremu najchętniej dałoby się w zęby przy najbliższej okazji. Jeśli tak, to u mnie wyszło :P

Zgodzę się z wcześniejszymi wypowiedziami, że pierwsza część wyszła najlepiej, a scena z Marią nieco dostaje od poziomu reszty tekstu, ale to drobnostki.

Klikać już nie muszę ;)

Pozdrawiam!

 

Dobre opowiadanie, ciekawy mialeś pomysł. Słowiański Parker jest jeszcze bardziej pechowy od oryginału, a i do kieliszka zagląda :)

Psychoanalityczny motyw dla mnie zdecydowanie na plus, zwłaszcza jeśli zestawić go z zakończeniem. Smutnym zakończeniem – to oczywiste, że Piotr nie odnajdzie prawdziwego szczęścia tam, gdzie się uda (nawet tam, gdzie trawa jest – czysto dosłownie, jeśli wierzyć Petrze – bardziej zielona). Co nie zmienia faktu, że jeśli trafi do świata, który nagradzać go będzie za życie w zgodzie z popędowa sferą osobowości, to ma szanse na satysfakcjonujacą egzystencję. Superego nawet nie piśnie. Puenta może mało bajkowa, ale pasująca do tekstu.

Pozdrawiam!

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Trudny do skomentowania tekst, bo to jeden z tych, które albo można zaopiniować jednym zdaniem albo porwać się na dłuższą analizę. Bardzo trudno tu o wariant pośredni. Taki, który będzie czymś więcej niż tylko zbiorem ogólników. Nie chcę Cię zostawiać z jednym zdaniem, a że na pełną analizę brakuje mi czasu, to będę musiał próbować jakoś zawrzeć to, co najistotniejsze, w pigułce.

Tekst dobry. Dobry i właściwie na tym mógłbym zakończyć cały komentarz, bo to jedno słowo bardzo wiernie oddaje moje odczucia z lektury.

A jednak potrzeba czegoś więcej.

Potrzeba czegoś więcej, bo co właściwie oznacza “dobry”? Ano oznacza z grubsza tyle, że czytelnik jest całkiem zadowolony, że nie doszukał się jakichś spektakularnych wpadek i czepów. Jednocześnie “dobry” nie wskazuje na zachwyt. Znaczy, albo czegoś zabrakło, albo czuć niedosyt.

Więc od początku. Pierwsza część, wprowadzająca czytelnika w całą historię, wydaje się przeciągnięta. Ona nie jest szczególnie efektowna, tempo jest jeszcze ciut leniwe. Można odnieść wrażenie, że to wprowadzenie jest ciut zbyt długie. Ale ja właśnie z premedytacją używam słów “wydaje się”, “można odnieść wrażenie”. Bo kiedy przyjrzeć się dokładniej, to raczej ta druga część wygląda na pospieszną i dlatego, jak sądzę, wprowadzenie może sprawiać wrażenie przeciągniętego.

Językowo jest OK, więc nie będę się długo rozwodził. Nie ma tutaj efekciarskich i usilnych serii fajerwerków językowych, ale jest bardzo przyjemny styl, z którego co jakiś czas wyłania się ładniejsze zdanie.

No i docieramy do drugiej części. Tej wyczekiwanej drugiej części, kiedy pomysł ma w pełni wybrzmieć. Kiedy fantastyka ma dojść do głosu, grać pierwsze skrzypce i zachwycać. Bo to właśnie ona wydaje się tu być główną bohaterką. Ona jest tym, co najbardziej ciekawi. Do Piotra – głównego bohatera – nic nie mam. Rzetelnie nakreślony bohater z konkretną charakterystyką, dobrze dopasowany do historii. Nie jest to natomiast taki rodzaj bohatera, który na dłużej zapadnie w pamięć. Tutaj, przynajmniej ja tak to widzę (z perspektywy czytelnika), ma królować motyw fantastyczny. Pomysł, który – poprzez historię bohatera – chcesz czytelnikowi zaprezentować.

Ten pomysł wypada całkiem nieźle, ale jednak zostawia niedosyt. Jakbyś nie zaprezentował mi go w pełni. Nie pokazał wszystkiego.

Powodem na pewno jest limit. Ale myślę, że nie tylko. Że zabrakło czegoś więcej. Jakiejś determinacji. Woli walki o tekst. Fascynacji pomysłem i takiej rozpierającej chęci pokazania go w całej okazałości. Jakbyś walczył nie tylko z limitem, ale i ze zmęczeniem? A może jakimś przesytem, czy zwyczajnie brakiem takiego pełnego przekonania do tej fantastycznej wizji. To czuć przy lekturze tekstu. I to sprawia, że lektura jest tylko (i aż) dobra.

Przy czym, warto to podkreślić, ja Ci nie zarzucam tutaj lenistwa, niechlujstwa, czy pisania na rympał. Bardziej chodzi o jakąś taką niemożność wyciśnięcia z pomysłu maksimum jego potencjału, która może wynikać z wielu powodów. Ta niemożność pojawia się często niezależnie od nas i w wielu przypadkach nie da się jej przezwyciężyć. Ona pozwala stworzyć tekst na dobrym poziomie, ale nie daje wycisnąć czegoś więcej. I właśnie o takim przypadku tutaj piszę. Inna rzecz, że może moje wrażenia są mylne.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Trudny do skomentowania tekst, bo to jeden z tych, które albo można zaopiniować jednym zdaniem albo porwać się na dłuższą analizę. Bardzo trudno tu o wariant pośredni. Taki, który będzie czymś więcej niż tylko zbiorem ogólników. Nie chcę Cię zostawiać z jednym zdaniem, a że na pełną analizę brakuje mi czasu, to będę musiał próbować jakoś zawrzeć to, co najistotniejsze, w pigułce.

To miłe… w sumie. :P

 

Tekst dobry. Dobry i właściwie na tym mógłbym zakończyć cały komentarz, bo to jedno słowo bardzo wiernie oddaje moje odczucia z lektury.

Biorę to za dobrą monetę. :)

 

A jednak potrzeba czegoś więcej.

Potrzeba czegoś więcej, bo co właściwie oznacza “dobry”? Ano oznacza z grubsza tyle, że czytelnik jest całkiem zadowolony, że nie doszukał się jakichś spektakularnych wpadek i czepów. Jednocześnie “dobry” nie wskazuje na zachwyt. Znaczy, albo czegoś zabrakło, albo czuć niedosyt.

Czyli autor skutecznie przekazał swoje odczucia. :D

 

Więc od początku. Pierwsza część, wprowadzająca czytelnika w całą historię, wydaje się przeciągnięta. Ona nie jest szczególnie efektowna, tempo jest jeszcze ciut leniwe. Można odnieść wrażenie, że to wprowadzenie jest ciut zbyt długie. Ale ja właśnie z premedytacją używam słów “wydaje się”, “można odnieść wrażenie”. Bo kiedy przyjrzeć się dokładniej, to raczej ta druga część wygląda na pospieszną i dlatego, jak sądzę, wprowadzenie może sprawiać wrażenie przeciągniętego.

Nad tym ubolewam.

Pierwszą część pisało mi się nad wyraz dobrze. Tak dobrze, że nie chciałem wycinać z niej niektórych zdań i informacji, które – wbrew pozorom! – sa bardzo istotne, żeby zorientowac się w fabule.

Drugą skróciłem, dzięki Koimeodzie z korzyścią dla tekstu, ale zimny oddech limitu na plecach spowodował, że już pierwsza wersja nie była “ciut leniwa” jak chciałem (bo kłania się autor, który ukochał sobie taki ciut leniwy styl pisania). Do tego kolejne cięcia musiały się niestety pojawić. 

 

Językowo jest OK, więc nie będę się długo rozwodził. Nie ma tutaj efekciarskich i usilnych serii fajerwerków językowych, ale jest bardzo przyjemny styl, z którego co jakiś czas wyłania się ładniejsze zdanie.

Czyli tak, jak planowałem. :)

 

Ten pomysł wypada całkiem nieźle, ale jednak zostawia niedosyt. Jakbyś nie zaprezentował mi go w pełni. Nie pokazał wszystkiego.

A żebyś wiedział!

 

Powodem na pewno jest limit. Ale myślę, że nie tylko. Że zabrakło czegoś więcej. Jakiejś determinacji. Woli walki o tekst. Fascynacji pomysłem i takiej rozpierającej chęci pokazania go w całej okazałości. Jakbyś walczył nie tylko z limitem, ale i ze zmęczeniem? A może jakimś przesytem, czy zwyczajnie brakiem takiego pełnego przekonania do tej fantastycznej wizji. To czuć przy lekturze tekstu. I to sprawia, że lektura jest tylko (i aż) dobra.

Przede wszystkim z limitem, trochę ze zmęczeniem materiału.

Gdzieś z 2/3 tekstu zorientowałem się, że wszystkiego nie dam rady pokazać – a plany były, oj były.

Ale od czego są kontynuacje? :)

 

Przy czym, warto to podkreślić, ja Ci nie zarzucam tutaj lenistwa, niechlujstwa, czy pisania na rympał. Bardziej chodzi o jakąś taką niemożność wyciśnięcia z pomysłu maksimum jego potencjału, która może wynikać z wielu powodów. Ta niemożność pojawia się często niezależnie od nas i w wielu przypadkach nie da się jej przezwyciężyć. Ona pozwala stworzyć tekst na dobrym poziomie, ale nie daje wycisnąć czegoś więcej. I właśnie o takim przypadku tutaj piszę. Inna rzecz, że może moje wrażenia są mylne.

Ja z kolei musze podkreślić, że ubóstwiam twoje komentarze.

Sonato, niemal przyprawiłaś mnie o zawał. :P

Oj, rzeczywiście motyw pająków łudząco podobny, nawet ze spadaniem! Jak nic porozumiewamy się telepatycznie, Gekikaro, bo to za dużo na przypadek. I to w ramach jednego konkursu!

Fajne jest to, że cały opowiadanie opiera się o wariację Petera Parkera w bardziej mrocznym wydaniu. Mamy nawet nieśmiertelne “Z wielką mocą…”. Ze scen niezłe wrażenie zrobiła na mnie walka pająków z ptasią chmarą – dobre to było.

Jednak sądzę podobnie jak wilk-zimowy – potrafisz lepiej, Gekikaro. Ten tekst wydał mi się jakiś taki chropowaty pod względem stylu, jakby pisany pospiesznie. Gwiazdkowy był pod tym względem gładszy i płynniejszy. Dobre fragmenty przeplatają się ze słabszymi (ta walka, o której wspomniałam, i rozmowa z Marią, o której pisał bodajże MrBrightside), a scena z włamaniem do laboratorium nie do końca chwytała moją uwagę. Dobrze się zaczęło, w środku niepokojąco zwolniło, by pod koniec, na szczęście, znów się trochę rozkręcić.

Zakończenie – okej, nie jest słodko, to mi się podoba. I bardzo w porządku jest motyw z “chowańcem” w pewien sposób odzwierciedlającym “mroczną stronę”.

Takie tam babole, które rzuciły mi się w oczy:

twoja lokalna grawitacja oszalała, kombinezon uległ niewielkim zniszczeniem

→ zniszczeniom.

– Wysłuchaj mnie – kontynuował pająk – Widziałeś tamte światy.

Zbrakło kropki po “pająk”.

– W Pana wieku, to jeszcze nie ma się co zepsuć

Czemu pana jest wielką literą?

ruszył wartkim krokiem w swoją stronę.

Za słownikiem PWN: wartki: 1. «szybko płynący», 2. «szybko się toczący». Czy nie chodziło ci przypadkiem o: żwawym krokiem?

 

P.S. A co do kwantonautów i ich osobliwych przypadków, polecam ci 2 odcinek 3 sezonu Black Mirror (Playtest – Wersja próbna). Sądzę, że spodobają ci się te motywy.

Cześć Silva, widzę, że przyszłaś się zemścić. :P

 

Oj, rzeczywiście motyw pająków łudząco podobny, nawet ze spadaniem! Jak nic porozumiewamy się telepatycznie, Gekikaro, bo to za dużo na przypadek. I to w ramach jednego konkursu!

Jak dwie połówki tej samej litrówki.

 

Fajne jest to, że cały opowiadanie opiera się o wariację Petera Parkera w bardziej mrocznym wydaniu. Mamy nawet nieśmiertelne “Z wielką mocą…”. Ze scen niezłe wrażenie zrobiła na mnie walka pająków z ptasią chmarą – dobre to było.

Fajnie, że zauważyłaś to nawiązanie. :)

 

Jednak sądzę podobnie jak wilk-zimowy – potrafisz lepiej, Gekikaro. Ten tekst wydał mi się jakiś taki chropowaty pod względem stylu, jakby pisany pospiesznie.

Pospiesznie to on był cięty. :P

Myślę, że głównie to wpłynęło na styl.

Co do tego, że potrafię lepiej – bez wątpienia, ale nie zawsze pisze się tak samo dobrze. Nie postawiłbym go w pierwszym rzędzie moich najlepszych tekstów, ale też nie czuję (jeszcze) ukłuć wstydu.

 

Dzięki za małą łapankę i polecajkę! 

 

Cześć Silva, widzę, że przyszłaś się zemścić. :P

A jakże. >:D Nie no, jestem osobą absolutnie pozbawioną chęci rewanżu. Naprawdę. Możesz mi wierzyć. ;))

Pospiesznie to on był cięty. :P

Myślę, że głównie to wpłynęło na styl.

A chciałam wspomnieć w komentarzu, że podejrzewam przycinanie jako głównego winowajcę. No niestety, też odczuwam ciężko ten limit.

Cześć, Gekikaro!

 

W sumie sporo już tu zostało powiedziane, więc postaram się nie powtarzać. Nie jestem jakąś wielką fanką super bohaterów, ale Spiderman w tym tekście przemawia do mnie jakoś bardziej niż ten z kinowego plakatu. Ale w sumie to, co mi się tu najbardziej podoba to tło, bo dobrze oddałeś klimat Warszawy i tego specyficznego światka naukowców.

I teraz rozumiem, o co chodzi z podkradaniem pająków.

Pozdrawiam

Pająki może nie są moimi ulubionymi zwierzątkami, ale nic przeciw nim nie mam, więc to, że stały się w pewien sposób bohaterami opowiadania, spodobał mi się, zwłaszcza że opisałeś rzecz jasno, zrozumiale, z pewną dozą dobrej jakości humoru, a w finale nieźle zaskoczyłeś.

Wykonanie całkiem niezłe, choć mogłoby być lepsze, jednakowoż lektura i tak dostarczyła mi wiele przyjemności. ;)

 

Za­miast scho­dów, które po­win­ny tam być, za­stał pust­kę, któ­rej tam być nie po­win­no. ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

Nie­naj­go­rzej, panie Ro­ma­nie, dzię­ku­ję… ―> Nie­ naj­go­rzej, panie Ro­ma­nie, dzię­ku­ję

 

Jed­nak kiedy od­wró­cił się tam­tym kie­run­ku… ―> Pewnie miało być: Jed­nak kiedy od­wró­cił się w tam­tym kie­run­ku

 

ko­mo­ra su­per­po­zy­cyj­na po­ja­wi dzię­ki samej sile jego de­ter­mi­na­cji. ―> Pewnie miało być: …ko­mo­ra su­per­po­zy­cyj­na po­ja­wi się dzię­ki samej sile jego de­ter­mi­na­cji.

 

Kiedy fa­sa­da gma­chu Wy­dzia­łu Fi­zy­ki zmie­ni­ła ko­lo­ry na czer­wień i błę­kit po­li­cyj­nych syren… ―> Nie wydaje mi się, aby policyjne syreny, poza wydawaniem donośnych dźwięków, miały moc barwienia fasady budynku.

Proponuję: Kiedy fa­sa­da gma­chu Wy­dzia­łu Fi­zy­ki zmie­ni­ła ko­lo­ry na czer­wień i błę­kit po­li­cyj­nych kogutów

 

okrył koł­drą śpią­cą obok ko­bie­tę, i zie­wa­jąc, po­włó­czył no­ga­mi do sa­lo­nu… ―> …okrył koł­drą śpią­cą obok ko­bie­tę i, zie­wa­jąc i po­włó­cząc no­ga­mi, poszedł do sa­lo­nu

 

dok­tor Ma­lic­ki wrza­snął po­now­nie, wy­da­jąc z sie­bie nie­ar­ty­ku­ło­wa­ny dźwięk. ―> Zbędny zaimek.

 

gdy Grze­gorz Ma­lic­ki miał już się­gnąć za klam­kę… ―> …gdy Grze­gorz Ma­lic­ki miał już się­gnąć/ chwycić klam­kę

 

Ko­bie­ta zwró­ci­ła swoje za­tro­ska­ne ob­li­cze ku niemu… ―> Zbędny zaimek.

 

Z bal­ko­nu wy­padł wiel­ki, czar­ny kształt i wy­ła­do­wał kilka me­trów od nich. ―> Co wyładował?

A może miało być: Z bal­ko­nu wy­padł wiel­ki, czar­ny kształt i wylądował kilka me­trów od nich.

 

tak samo jak swoją srokę. Miała swoją teo­rię… ―> Czy to celowe powtórzenie?

Jeśli nie, to w drugim zdaniu proponuję: Miała własną teo­rię

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, oidrin!

 

Nie jestem jakąś wielką fanką super bohaterów, ale Spiderman w tym tekście przemawia do mnie jakoś bardziej niż ten z kinowego plakatu. 

Lubię wszystko co fantastyczne, więc i superbohaterów, do tego wydaje mi się, że ich motyw – o ile wyeksploatowany w komiksie i bardzo powszechny w kinie – nieczęsto pojawia się w opowiadaniach, dlatego postanowiłem spróbować. :) 

 

Ale w sumie to, co mi się tu najbardziej podoba to tło, bo dobrze oddałeś klimat Warszawy i tego specyficznego światka naukowców.

Warszawy było więcej, ale odpadła w wycince. 

Gdyby nie to, to można byłoby wytyczyć dokładnie trasę, którą przebywa bohater. Swoją drogą mieszka w mieszkaniu, które kiedyś wynajmowałem. 

 

Halo, Reg :) 

 

Pająki może nie są moimi ulubionymi zwierzątkami, ale nic przeciw nim nie mam, więc to, że stały się w pewien sposób bohaterami opowiadania, spodobał mi się, zwłaszcza że opisałeś rzecz jasno, zrozumiale, z pewną dozą dobrej jakości humoru, a w finale nieźle zaskoczyłeś

Cieszę się, że tekst ma też swoich zwolenników, choć sam widzę w nim kilka wad. :) 

 

Czy to celowe powtórzenie?

Celowe, celowe. 

 

Poprawki, jak wiele poprawek… Ile to się człowiek uczy a i tak głupi pozostaje.

Dzięki za pokazanie, że muszę się jeszcze podleczyć z zaimkozy i za pozostałe uwagi, zwłaszcza o kogutach. Udało się wszystko poprawić i nawet zmieścić w limicie. :) 

 

 

Jak zwykle, Gekikaro, bardzo się cieszę, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Elementy pastiszu zawsze są mocną stroną Twoich tekstów, a tu ogranie mrocznej i przyziemnej wersji Spidermana wyszło bardzo udanie. Fajny pomysł na kwantonautów, generalnie tekst czytało mi się dobrze i przyjemnie. Plusem był dla mnie też fakt, że schemat konkursowy zrealizowałeś, czyniąc głównym bohaterem postać co najmniej wątpliwą moralnie. 

[Przeczytane]

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Elementy pastiszu zawsze są mocną stroną Twoich tekstów

Kurcze, nawet nie sądziłem, że tak często je stosuję.

Plusem był dla mnie też fakt, że schemat konkursowy zrealizowałeś, czyniąc głównym bohaterem postać co najmniej wątpliwą moralnie. 

Od tego właśnie wyszedłem, że przeciez ten schemat może działać równie dobrze w drugą stronę. :)

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Hej, Gekikaro!

Tyle tu już zostało powiedziane… No ale nie byłabym sobą! Więc parę luźnych uwag na wstępie ;)

 

O wężowych zdaniach już było z tego, co mi się rzuciło w oko, gdzieś powyżej, więc przytaczać nie będę. Faktem jest natomiast, że choć sama mam do ich płodzenia tendencję, odkąd publikuję na niniejszym portalu, bardziej zwracam na nie uwagę i staram się ciąć, w czym miał niejaki udział ten i ów Czytelnik xD

 

Po chwili miał też okazję zobaczyć ową strukturę, kiedy to przestrzeń zwinęła się w kształt nici, najpierw skłębionej, ale na pomoc ruszyły kolejne wymiary i wtedy ujrzał – tak! – całą, nieskończoną sieć splecioną ze światów, a on niczym pająk przechodził z jednej na drugą, pędził na ośmiu patykowatych nogach do miejsca, które go przyciągało.

Rozumiem, że w domyśle chodzi o przechodzenie z jednej nici na drugą, ale z ciągu zdania jednak do końca to nie wynika – choć wcześniej się owa nić pojawiła, to później była jednak sieć ze światów…

 

Obudziwszy się w okolicach popołudnia, doprowadził się do porządku po zarwanej nocy i wyszedł, by nie patrzeć przez cały dzień na te same cztery ściany.

To starsznie rozległe te “okolice” xD

 

– Dziś – Piotr wypowiedział jedno słowo, jakby do siebie, nie odwracając się od lampki. Wiedział, że ten, do którego adresowane były te słowa, zaraz się pojawi i tak się stało w istocie.

Wypowiedział jedno słowo, ale adresowane były te słowa, tak? :P

 

Piotr wypadł na korytarz i pognał schodami w górę, kryjąc za kapturem twarz przed szklanymi oczami kamer.

Zawsze kojarzyło mi się, że twarz kryje się pod kapturem, nie za – choć mogę się mylić.

 

Kiedy fasada gmachu Wydziału Fizyki zmieniła kolory na czerwień i błękit policyjnych kogutów, Piotr Parkiewicz i pająk byli już w połowie drogi na szczyt sąsiedniego budynku, wysoko ponad głowami policjantów. Żaden z nich nie zadarł głowy tak wysoko. Jedynymi widzami oglądającymi ten nocny pokaz spaceru po linie były ptaki, całe chmary ptaków, które z jakiegoś powodu zgromadziły się na okolicznych dachach. A gdy mężczyzna i pająk zniknęli im z widoku, poderwały się do lotu, by dalej ich obserwować.

No pięknie… A stawonóg to nie łaska? :P

 

Dobra, tyle z czepiania. Też nie lubię pająków, za to lubię o nich czytać – stanowią doskonały materiał na grozę w najczystszej postaci :D I fajnie Ci to poszło z tymi pająkami, fabularnie nie mam większych zastrzeżeń, bo nie :) Nawet jakiś zwrocik akcji na koniec, taki mniej spodziewany, więc niby skończyło się dobrze… Ale dla bohatera, którego w sumie ciężko tak do końca polubić, więc jest dobrze-niedobrze. Czyli elegancko, bo nie za różowo :D

Przeczytałam z zainteresowaniem. I z przyjemnością, bo sprawnie prowadzisz narrację. Może bez fajerwerków, ale nawet mnie wciągnęło i gładko poszło :)

 

Pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

Ach, wiem, co zapomniałam dodać: “błąd w obliczeniach” na początku jakimś sposobem przeczytałam jako “obłęd w oczach” i tak mnie ta pomyłka dobrze nastroiła… xD

Spodziewaj się niespodziewanego

Biedne pająki znowu dostają zły PR! :P Nie zrozum mnie źle, wszystko się zgrywa z klimatem, to tylko moje biadolenie, że pająki są zawsze te ZŁE. Czekam na moment, kiedy natknę się na dzieło, gdzie pająki są w porządku i nie chcą nikogo zjeść.

Opowiadanie na plus, czytało mi się dobrze. Jestem zauroczony imieniem i nazwiskiem głównego bohatera, szczególnie że zorientowałem się gdzieś dopiero w połowie, ale tym lepszy był efekt “olśnienia”.

Może nie po takie zakończenie czytałem, bo mnie zaskoczyło, ale to chyba dobrze. Na górkę plusów dorzucę jeszcze nietypową interpretację tematu konkursu.

Spider-man spider-manem, ale mi się opowiadanie kojarzyło z tym filmem (ale nie pod względem oceny!) :)

Jedna trzecia Spidermana w Warszawie

 

Primo: „Gdyby drogie jury miało wątpliwości co do realizacji planu, służę wyjaśnieniami.” Przepraszam Cię bardzo, co to ma być? Pogarda, czy niepewność? Tekst ma się bronić sam, jeżeli nie przekazuje tego, co chcesz przekazać, to jest błąd i tracisz punkty jak wszyscy. Nikogo nie możemy wyróżniać, in plus ani in minus. Jury nie gryzie (uczestników), nie ma obawy.

 

Secundo: mam z tym tekstem poważny problem. Otóż napisałeś go tylko do jednej trzeciej. Początek, pierwsze jedenaście tysięcy znaków, jest wyraźnie lepiej i staranniej napisany, niż reszta, im dalej, tym więcej błędów. Rozumiem, że chorowałeś, ale różnice są wyraźne, i to na wszystkich poziomach, prawie tak, jakby Twój zły bliźniak przejął klawiaturę. Trochę to upiorne, zważywszy na tematykę…

 

I tak: do jednej trzeciej i styl całkiem ładny, i fabuła obiecująca – a potem mnożą się błędy, pustosłowie, styl się rozłazi i rozłazi się fabuła. Kurczę, nawet metaforyka jest dobra – do jednej trzeciej tekstu! Klimat jest, arachnofobiczny nawet dla wielbicielki pająków – do jednej trzeciej. Nie wiem, szczerze mówiąc, co z tym wszystkim zrobić. Nie mogę nawet zaliczyć schematu fabuły, bo "coś, co zrobił wcześniej" jest tu przypadkiem (przypadkiem otarł się o Petrę), nie świadomym działaniem. Połączenie Piotra z Petrą jest przypadkowe, dlaczego mają być związani mocniej, niż którekolwiek inne dwie wersje "Parkowskiego"? Są błędy frazeologiczne, np. "działać sobie na złość" (to frankensztajnowska hybryda dwóch idiomów, powinno być "robić sobie na złość", albo "działać sobie na nerwy"), zdarza się błędne consecutio temporum.

 

No, i cóż. Może następnym razem.

 

Jeśli chodzi o elementy punktowane: sroka występuje jako tatuaż i ksywka Petry, smok – tylko w relacji z drugiej ręki i raczej jako ciekawostka, ptaki Petry ratują Piotra, ale o nich samych jest niewiele. W sumie: 5 punktów.

 

Gdybyś chciał przestudiować niepełny wykaz swoich błędów, poproszę o adres na priv.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Nano, dzięki za uwagi – nue wprowadzałem ich, bo termin konkursi był bliski, a i zajmowałem się innymi tekstamk, ale obiecuję się poprawić w bliżej nieokreślonej przyszłości. 

 

Timonie, cieszę się, że tekst ci się spodobał. :) 

 

Tarnino, jurorko ty moja!

 

Przepraszam Cię bardzo, co to ma być? Pogarda, czy niepewność? 

… ale wiesz, że cię lubię? 

 

Zupełnie nie trafiłaś w moje intencje. To ani pogarda (wut?), ani niepewność. To świadomość, że motyw konkursowy został potraktowany bardzo swobodnie i istnieje ryzyko nie zauważenia go na pierwszy rzut oka. Ale ja drugi już widać całkiem dobrze. 

 

Secundo: mam z tym tekstem poważny problem. Otóż napisałeś go tylko do jednej trzeciej. Początek, pierwsze jedenaście tysięcy znaków, jest wyraźnie lepiej i staranniej napisany, niż reszta, im dalej, tym więcej błędów. Rozumiem, że chorowałeś, ale różnice są wyraźne, i to na wszystkich poziomach, prawie tak, jakby Twój zły bliźniak przejął klawiaturę. Trochę to upiorne, zważywszy na tematykę…

W końcu ktoś zmęczył się czytaniem tego tekstu tak, jak ja jego pisaniem. :P

Nue mam wątpliwości, że to opowiadanie znajduje się w tek gorszej połówce moich tekstów. Napisany był przede wszystkim dlatego, że bardzo chciałem wziąć udział w twoim przedsięwzięciu.

 

Nie mogę nawet zaliczyć schematu fabuły, bo "coś, co zrobił wcześniej" jest tu przypadkiem (przypadkiem otarł się o Petrę), nie świadomym działaniem

Nie przypominam sobie warunku zamierzonego działania w wymogach konkursowych. Było "coś, co zrobił wcześniej" – i wydaje mi się, że to spełniłem. 

 

Jeśli chodzi o elementy punktowane: sroka występuje jako tatuaż i ksywka Petry

Występuje też jako jej zwierzęcy towarzysz. A inne praszki, w tym wrony, całkiem znaczną mają rolę. Czemu tak niecnie zostały sprowadzone do nieistotnego elementu? Spisek pajakolubów! 

 

Gdybyś chciał przestudiować niepełny wykaz swoich błędów, poproszę o adres na priv 

Nie gwarantuję, że tekst poprawię (a napewno nie szybko), ale bez wątpienia twoje uwagi mogą być cenną nauczką na przyszłość na przykład żeby uciekać od Tarninowych konkursów, więc podsyłam maila. 

 

… ale wiesz, że cię lubię? 

Ooooo… blush

To świadomość, że motyw konkursowy został potraktowany bardzo swobodnie i istnieje ryzyko nie zauważenia go na pierwszy rzut oka.

Wymówki, wymówki :D

W końcu ktoś zmęczył się czytaniem tego tekstu tak, jak ja jego pisaniem. :P

Podły :P

Napisany był przede wszystkim dlatego, że bardzo chciałem wziąć udział w twoim przedsięwzięciu.

Doceniam, ale muszę być w miarę możności obiektywna. Nie Ty jeden brałeś udział w konkursie.

Nie przypominam sobie warunku zamierzonego działania w wymogach konkursowych. Było "coś, co zrobił wcześniej" – i wydaje mi się, że to spełniłem. 

Coś, co zrobił, nie coś, co mu się przydarzyło. To nie jest oczywiste?

Występuje też jako jej zwierzęcy towarzysz.

Ale wymieniłam ją osobno: “ptaki Petry ratują Piotra, ale o nich samych jest niewiele”.

Czemu tak niecnie zostały sprowadzone do nieistotnego elementu? Spisek pajakolubów! 

A wiesz, że niektóre ptaki (wróblowe, krukowate chyba nie) karmią pisklęta pająkami? Paskudne pierzaste potwory XD

Nie gwarantuję, że tekst poprawię (a napewno nie szybko), ale bez wątpienia twoje uwagi mogą być cenną nauczką na przyszłość na przykład żeby uciekać od Tarninowych konkursów, więc podsyłam maila. 

Do niczego nie zamierzam Cię przymuszać, a do następnego konkursu już teraz zapraszam.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Nie przypominam sobie warunku zamierzonego działania w wymogach konkursowych. Było "coś, co zrobił wcześniej" – i wydaje mi się, że to spełniłem. 

Coś, co zrobił, nie coś, co mu się przydarzyło. To nie jest oczywiste?

Pozwolę sobie się wtrącić. Rozumiem, że ten warunek miał być analogią do kopciuszkowego pantofelka, ale tenże przecież zsunął się ze stopy przypadkiem, więc… w samym oryginale działanie nie było zamierzone ;)

I dlatego to zastrzegłam…

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Ooooo… blush

Nie zapominam tych, którzy (nie jacy :P) dają mi kakao. 

Doceniam, ale muszę być w miarę możności obiektywna. Nie Ty jeden brałeś udział w konkursie

No wiem, wiem. Nie próbuję tu żadnego przekupstwa. :P

Coś, co zrobił, nie coś, co mu się przydarzyło. To nie jest oczywiste?

A jak ktoś jest skazany za nieumyślne spowodowanie śmierci, to coś zrobił, czy mu się przytrafiło? 

 

Pozwolę sobie się wtrącić. Rozumiem, że ten warunek miał być analogią do kopciuszkowego pantofelka, ale tenże przecież zsunął się ze stopy przypadkiem, więc… w samym oryginale działanie nie było zamierzone ;)

 O to, to! Przykład był mylący! :D

Paskudne pierzaste potwory XD 

Nie wiem, czy karmią nimi młode, ale wymienione w opowiadaniu ptaki na pewno polują na pająki. :) 

Do niczego nie zamierzam Cię przymuszać, a do następnego konkursu już teraz zapraszam

Daj trochę oddechu. XD

To ja ciebie do mojego konkursu zapraszam! 

 

 

Nie zapominam tych, którzy (nie jacy :P) dają mi kakao. 

Przez żołądek do serca :)

A jak ktoś jest skazany za nieumyślne spowodowanie śmierci, to coś zrobił, czy mu się przytrafiło? 

Zrobił. Tylko skutki wyszły nieprzewidziane, ale coś jednak zrobił.

Daj trochę oddechu. XD

Sobie też muszę trochę dać, nie ma pośpiechu.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Aaaaa, pająki!!!! Nie lubię. Ale tekst mi się podobał, i to bardzo. Tak bardzo, że był na pierwszym miejscu na mojej liście najlepszych opowiadań. Scena po ugryzieniu pająka była super, jak z filmu Interstellar. Uwielbiam takie abstrakcje! I chociaż opko z trzymaniem się planu ledwo-ledwo, to jednak jakoś się obroniło. 

Ciekawa forma z umieszczeniem na początku scenek nielinearnie i podobało mi się, że fabuła zaczęła się od tego właśnie momentu, a wcześniejsze wydarzenia zostały pokazane w retrospekcjach. Interesującym eksperymentem było też ominięcie jednej scenki i opowiedzenie później w dialogach, że ona się wydarzyła, co dało opowiadaniu nutkę stopniowo odkrywanego sekretu – te elementy to zawsze jakieś przełamanie zwyczajnej formy opowiadania. 

Ptaki obserwujące Piotra i pająka zrobiły klimacik. 

Niektóre zdania mi się podobały ze względu na swoją “mądrość”, np. to: 

Wizje dały mu nadzieję, że w tym wszystkim, co go spotyka, nie ma jego winy, że jest jedynie ofiarą okoliczności, a przecież te są zmienne. 

I było też kilka bardzo ładnych, np. to: 

Tyle wystarczyło, by zatrzeć granice między tym, co realne, racjonalne i uzasadnione, a wszystkimi czającymi się w ciemności lękami, sennymi zjawami i potworami zrodzonymi w wyobraźni bojaźliwych dzieci. 

A to: 

Strach przyszedł dopiero, kiedy Staszek zdążył już dokonać kalkulacji ryzyka i powinności, i wyszło mu, że w tej sytuacji przede wszystkim powinien uciekać, co było wnioskiem słusznym, ale spóźnionym. 

Inaczej bym napisała to zdanie, tak żeby narracja była bardziej od strony Piotra, bo teraz można pomyśleć, że strach przyszedł właśnie do niego. Tam na końcu, jak Petra poczuła za uchem nieprzyjemne swędzenie – to samo, powinien być wg mnie cały czas punkt widzenia Piotra dla spójności narracji. 

Nagły brak dźwięków najpierw oszołomił Piotra, a kiedy już doszedł do siebie, zdecydował się rozważyć propozycję pająka (którego przecież być tutaj nie powinno, który najpewniej był przywidzeniem, wytworem odurzonego alkoholem, steranego umysłu) i postanowił pójść na układ. 

Ten fragment brzmi jak streszczenie, rozumiem, że limit, ale nieco wybiło mnie to z rytmu. 

Styl ładny, dobrze się czytało, ale zdarzały się błędy, poniżej ich przykłady: 

Wreszcie sobie samemu, którego obwiniał za większość życiowych porażek. 

Nie wiem, czy tak można powiedzieć, jakoś zgrzytnęło mi to zdanie. 

To miała być jego nagroda, jego zwycięstwo(+,) a – okazało się – był to jego własny problem. 

Oddychał z trudem i nie tylko z powodu obrażeń. 

To i chyba nie jest tu potrzebne? Teraz brzmi jakby oddychał z trudem i nie tylko=z czymś jeszcze, a chyba nie o to chodziło? Jeśli druga część zdania to dopowiedzenie, to potrzebny jest przecinek. 

to na własne ręce szukając na nich śladów… nie wiedział do końca(+,) czego. 

a szczękoczułki ułożyły w pajęczą wersję uśmiechu. 

Brakuje “się”. 

Jednak(+,) kiedy odwrócił się tamtym kierunku, już na nią nie natrafił. 

 Brakuje “w”. 

której nikłe żółte światło mieszało się w półmrok z cieniami zalegającymi w kątach i zakamarkach. 

Chodziło o w półmroku? 

przecząc wszelkim prawom fizyki(+,) unosiła się w powietrzu postać, 

Zdania składowe z imiesłowami zakończonymi na -ąc wymagają oddzielenia przecinkiem od innych zdań składowych. 

Ja przepraszam bardzo, że się wtrącę poza meritum, ale też się lubię poczepiać (a w tym wypadku nawet mam na to papier – i lubię się nim zasłaniać xD), więc…

A wiesz, że niektóre ptaki (wróblowe, krukowate chyba nie) karmią pisklęta pająkami?

Ale wiesz, Tarnino, że krukowate należą do wróblowych, tak? Bo z powyższego zdania to nie bardzo wynika… I teraz nie wiem, czy chodziło Ci o wróblowate (rodzina) – tylko pomyliłaś takson – czy o niektóre wróblowe (rząd), ale z wyłączeniem (”chyba”) krukowatych.

A poza tym to tak, dla krukowatych pajęczaki mogłyby być dość kłopotliwym – mało ekonomicznym, powiedzmy – pokarmem, ze względu na rozmiary jednych i drugich. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Dziękuję za uwagę xD

Spodziewaj się niespodziewanego

I teraz nie wiem, czy chodziło Ci o wróblowate (rodzina) – tylko pomyliłaś takson – czy o niektóre wróblowe (rząd), ale z wyłączeniem (”chyba”) krukowatych.

Kurtyzana, pokićkało mi się i byłam pewna, że krukowate do wróblowych nie należą. Mówiłam, że nie jestem alfą, omegą, ani żadną inną grecką literą? Ale co do pająków, to karmią nimi pisklaki te mniejsze wróblowe, zdaje się, przede wszystkim pospolite wróble.

Nie wiem, czym karmią krukowate :)

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Na szczęście czuwam! XD Nie mówiłaś… Ale odnotowane :P Owszem, wroble jakimiś pajunczkami, gonsieniczkami i innym robactwem jak najbardziej karmić mogą :) A krukowate to z reguły głównie na większym ścierwie (z przewagą padliny xD) żyją :D

Spodziewaj się niespodziewanego

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Witaj, Gekikaro!

 

Poniżej moje jurorskie notatki:

 

Jad zabija niepostrzeżenie (32994 znaków)

 

Ciekawa koncepcja kwantonautów. Trochę horroru, trochę dramatu psychologicznego, no i niejasny moralnie człowiek pająk. Do tego w styl wkrada się trochę pajęczego humoru. Trochę mam rozjazd pomniędzy tym co tekst zapowiada na początku a co oferuje w rozwinięciu, ale nie zawiodłem się na lekturze. Plan wykonany. Element punktowany jest zaczepiony i funkcjonalny. Fajne zakończenie, tytuł pasuje.

 

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nowa Fantastyka