- Opowiadanie: Folan - Pięć, sześć, osiem, dwa

Pięć, sześć, osiem, dwa

Je­stem typem, który nie umie pisać zwię­złych, krót­kich hi­sto­rii. Dla­te­go po­sta­wi­łem sobie za cel na­pi­sać wresz­cie coś krót­kie­go, by wyjść ze swo­jej stre­fy kom­for­tu i spraw­dzić, czy po­do­łam wy­zwa­niu.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Pięć, sześć, osiem, dwa

– I znowu to samo. – Cięż­kie wes­tchnie­nie sie­dzą­cej w fo­te­lu ko­bie­ty wy­bu­dzi­ło Fran­ka z transu. 

Stał w ga­bi­ne­cie swo­jej żony, gdzie wciąż uno­sił się za­pach jej per­fum, trzy­ma­jąc otwar­ty album ze zdję­cia­mi. Na sta­rej fo­to­gra­fii młody jesz­cze Frank jedną ręką obej­mo­wał ro­ze­śmia­ną Rose a w dru­giej trzy­mał od­zna­kę, którą dum­nie skie­ro­wał w obiek­tyw. Zdję­cie wy­ko­na­no zaraz po zło­że­niu przy­się­gi, ona miała czer­wo­ną suk­nię, on po­li­cyj­ny mun­dur. Miał wra­że­nie, że mi­nę­ły setki lat od tam­te­go mo­men­tu. Wtedy nie my­ślał, że nie­opie­rzo­ny kra­węż­nik za­mie­ni się w de­tek­ty­wa z wy­dzia­łu za­bójstw.

– Co? – mruk­nął nieco zdez­o­rien­to­wa­ny.

– Ucie­kasz we wspo­mnie­nia, za­miast zająć się pracą, Frank.

De­tek­tyw od­wró­cił się nie­chęt­nie, spo­glą­da­jąc na zwło­ki sie­dzą­ce na ka­na­pie. Twarz de­na­ta za­mie­ni­ła się w krwi­sty pół­mi­sek wy­peł­nio­ny strzę­pa­mi mięsa w wy­ni­ku sa­mo­bój­cze­go strza­łu z po­li­cyj­nej strzel­by. Przy­naj­mniej tak są­dził Frank po wstęp­nych oglę­dzi­nach. Mokra plama krwi na po­dziu­ra­wio­nym śru­tem su­fi­cie i strzel­ba, wciąż spo­czy­wa­ją­ca mię­dzy no­ga­mi de­na­ta, opo­wia­da­ły oczy­wi­stą hi­sto­rię. 

– Kim ty w ogóle je­steś? – za­py­tał Frank, prze­no­sząc za­mglo­ne spoj­rze­nie na nie­zna­jo­mą ko­bie­tę. – Urzę­da­sem z “we­wnętrz­ne­go”?

Istot­nie tak wy­glą­da­ła. Czar­ny ża­kiet na bia­łej bluz­ce za­pię­tej pod szyję, czar­na spód­ni­ca się­ga­ją­ca do kolan i czar­ne buty na ob­ca­sach. Wy­glą­da­ła, jakby miała się za chwi­lę udać na po­grzeb, co pod­kre­śla­ła blada cera i mocno pod­krą­żo­ne, ale czuj­ne oczy za­mknię­te w zło­tych opraw­kach oku­la­rów wsu­nię­tych wy­so­ko na nos.

– Wyżej.

– Pro­ku­ra­tor?

– Wyżej.

– Cho­le­ra – mruk­nął zmar­twio­ny Frank. Je­że­li była z “fe­de­ral­nej”, wdep­nął w gówno. W sumie spra­wa wy­glą­da­ła jak gówno. Trup po­li­cjan­ta w domu jego byłej żony, któ­re­go toż­sa­mo­ści mógł się tylko do­my­ślać, choć od­po­wiedź na­su­wa­ła mu się sama. 

Rose już dawno roz­wio­dła się z Fran­kiem, wy­mie­nia­jąc go na młod­szy model, któ­rym oka­zał się Jake, jego (nie­gdyś) bli­ski przy­ja­ciel. Razem uczęsz­cza­li do szko­ły po­li­cyj­nej, razem wy­sta­wia­li man­da­ty za złe par­ko­wa­nie i nie­oby­czaj­ne za­cho­wa­nia. Byli dla sie­bie wspar­ciem w trud­nych chwi­lach w życiu, ale jak się pew­ne­go dnia oka­za­ło, Jake wspie­rał rów­nież żonę Fran­ka, słu­żąc czymś wię­cej niż tylko ra­mie­niem, na któ­rym mogła się wy­pła­kać.

– Wiem, że źle to wy­glą­da.

– Tu nie cho­dzi o to, jak to wy­glą­da, Frank.

– Nie mia­łem z tym nic wspól­ne­go, młoda – wark­nął Frank.

– Młoda? – Urzęd­nicz­ka par­sk­nę­ła z nie­do­wie­rza­niem i po­pra­wi­ła oku­la­ry. – Róż­nie mnie już na­zy­wa­no, ale młoda? – do­da­ła pod nosem.

– Czego ode mnie chce­cie? – Frank odło­żył album na swoje miej­sce i pod­szedł bli­żej trupa. 

Na swój spo­sób wy­glą­dał spo­koj­nie. Sie­dział z głową (a ra­czej tym, co z niej zo­sta­ło) skie­ro­wa­ną w sufit i z rę­ko­ma swo­bod­nie spo­czy­wa­ją­cy­mi bo bo­kach. Wy­glą­dał, jakby drze­mał. 

– Praw­dy. 

De­tek­tyw spio­ru­no­wał ją wzro­kiem.

– Praw­dy? Praw­da jest taka, że po­świę­ci­łem wy­dzia­ło­wi całe swoje życie, mał­żeń­stwo i zdro­wie. My­śli­cie, że za­ry­zy­ko­wał­bym swoją ka­rie­rę w tak głupi spo­sób? – wska­zał dło­nią na de­na­ta.

– Nie mnie to oce­niać, Frank. I nie trak­tuj mnie jak wroga. Je­stem tu, żeby ci pomóc.

Fran­ka iry­to­wał jej for­mal­ny ton, sło­mia­ne włosy spię­te w for­mal­ny kok, nogi ob­le­czo­ne w for­mal­ne poń­czo­chy i wresz­cie jej pro­sta, sztyw­na i (a jakże) for­mal­na po­zy­cja w fo­te­lu. 

– Jasne – par­sk­nął Frank roz­glą­da­jąc się po po­miesz­cze­niu. 

Rose tro­chę tu prze­me­blo­wa­ła od cza­sów jego wy­pro­wadz­ki, ale zmia­ny nie były wiel­kie. Przy drzwiach wciąż stała jego palma, która pięk­nie wy­ro­sła pod czułą opie­ką byłej żony a z bi­blio­tecz­ki wciąż mógł wy­cią­gnąć ulu­bio­ne po­zy­cje nie pa­trząc na grzbiet z ty­tu­łem. Znik­nę­ło za to nie­wiel­kie biur­ko z IKEI, na któ­rym miał zwy­czaj roz­kła­dać lap­top i ślę­czeć no­ca­mi nad ak­ta­mi pro­wa­dzo­nych spraw. Stał tam teraz nie­wiel­ki kufer za­my­ka­ny na klucz.

– Je­że­li chce­cie mnie oskar­żyć, mu­si­cie zro­bić to ofi­cjal­nie.

– Nikt nie chce cię o nic oskar­żyć. Ocze­ku­ję je­dy­nie szcze­ro­ści z two­jej stro­ny.

– Czyli to nie­ofi­cjal­ne prze­słu­cha­nie.

Urzęd­nicz­ka wes­tchnę­ła, za­my­ka­jąc na chwi­lę zmę­czo­ne oczy i mach­nę­ła dło­nią lek­ce­wa­żą­co.

– Je­że­li chcesz tak to na­zwać, pro­szę bar­dzo. Uwierz, że za­le­ży mi na szyb­kim roz­wią­za­niu two­jej spra­wy.

– Nie ma żad­nej “spra­wy”, młoda. To było sa­mo­bój­stwo.

– A jed­nak wciąż tu je­ste­śmy. Wciąż sta­wiasz opór. – Urzęd­nicz­ka po­krę­ci­ła z nie­do­wie­rza­niem głową. – Mu­sisz wresz­cie zro­zu­mieć… Mia­łeś klu­cze, Frank…

– Od swo­jej byłej żony. Sama mi je dała – prze­rwał jej Frank, czu­jąc peł­za­ją­ce oskar­że­nie. 

– I po­ja­wi­łeś się tu, w jej domu, w jej ga­bi­ne­cie. Po co?

– Nie można od­wie­dzić już sta­rej mi­ło­ści? – Tym razem Frank po­zwo­lił sobie na oka­za­nie lek­ce­wa­że­nia, co pod­kre­ślił do­dat­ko­wo głu­pim uśmiesz­kiem. Po­skut­ko­wa­ło, bo usta ko­bie­ty skrzy­wi­ły się gniew­nie, ale szyb­ko zmyła ten wyraz z twa­rzy.

– Wie­dzia­łeś, że nie ma jej w domu o tej go­dzi­nie.

Uśmiech znikł natychmiast z twarzy Franka.

– Co to ma do rze­czy?

– Jak to co? – zdzi­wi­ła się szcze­rze urzęd­nicz­ka. – Na­praw­dę muszę łą­czyć krop­ki za cie­bie, Frank? 

– Nie po­do­ba mi się, dokąd to zmie­rza. Żądam ad­wo­ka­ta.

– Ty je­steś swoim ad­wo­ka­tem.

– Nie igraj ze mną, młoda.

Ko­bie­ta wsta­ła i, chwy­ta­jąc opraw­ki obu­rącz, zdję­ła oku­la­ry, które odło­ży­ła de­li­kat­nie na ma­ho­nio­wy blat biur­ka. Bez oku­la­rów jej pod­krą­żo­ne oczy wy­da­wa­ły się jesz­cze bar­dziej zmę­czo­ne. Zbli­ży­ła się do Fran­ka stu­ka­jąc ob­ca­sa­mi o drew­nia­ne pa­ne­le.

– Praca od­ci­snę­ła na tobie swoje pięt­no – po­wie­dzia­ła czule, gdy się do niego zbli­ży­ła. – Ro­zu­miem to. Wi­dzia­łam to już setki razy.

Z tak bli­ska Frank mógł zo­ba­czyć, jak ane­micz­nie blada jest sto­ją­ca przed nim ko­bie­ta. Było w niej coś po­cią­ga­ją­ce­go. Nie wie­dział, czy spra­wił to jej głos, czy też brak oku­la­rów nieco ją uczło­wie­czył, jakby złote opraw­ki były za­sło­ną, którą na chwi­lę zrzu­ci­ła; maską skry­wa­ją­cą jej nie­po­ko­ją­ce pięk­no. 

Nawet sie­dzą­cy na ka­na­pie trup nie po­tra­fił ze­psuć gęst­nie­ją­cej at­mos­fe­ry.

– Ko­cha­łem ją – po­wie­dział nagle Frank. – Nadal ko­cham Rose, a Jake… – Głos nieco mu się za­ła­mał. – Jego zdra­da bo­la­ła rów­nie mocno, co jej. Ale to nie ich wina. Praca mnie po­chło­nę­ła. Wie­dzia­łem, że do­ko­na­łem wy­bo­ru i po­go­dzi­łem się z tym. 

– Na pewno?

– Jake po­wie­dział­by wam to samo. 

– Gdy­by­śmy mogli, na pewno byśmy go spy­ta­li. 

– Bar­dzo śmiesz­ne – burk­nął Frank.

De­tek­tyw wbił spoj­rze­nie w okno, za któ­rym widać było ośle­pia­ją­cy, cie­pły blask. W zu­peł­nej ciszy pa­nu­ją­cej w po­ko­ju sły­szał tylko swój cięż­ki od­dech.

– Je­dy­ne, co mu­sisz zro­bić, to prze­stać krę­cić się w kółko. – Ko­bie­ta prze­rwa­ła ciszę ak­sa­mit­nym gło­sem. – Praw­da cię wy­zwo­li. Obie­cu­ję. 

Twarz Fran­ka tę­ża­ła z każdą se­kun­dą na­ra­sta­ją­ce­go w nim gnie­wu. W końcu dał dwa szyb­kie kroki do przo­du i chwy­cił młodą urzęd­nicz­kę za ra­mio­na.

– Ile razy mam ci to po­wta­rzać? – Jego palce za­ci­snę­ły się moc­niej. – To było sa­mo­bój­stwo. Nie za­bi­łem go! Nie za­bi­łem Jake’a!

Mimo ko­bie­cej kru­cho­ści Frank nie do­strzegł, by ja­ki­kol­wiek gry­mas bólu czy prze­ra­że­nia wykrzywił jej twarz. 

– To nie jest Jake, Frank – po­wie­dzia­ła sucho.

– Co?

Ko­bie­ta spojrzała powoli na zwło­ki, Frank po chwili wahania zrobił to samo. Złota od­zna­ka spla­mio­na krwią ry­so­wa­ła wy­raź­nie swe kon­tu­ry w bla­sku cie­płe­go świa­tła.

– Pięć, sześć, osiem, dwa – wy­mam­ro­tał de­tek­tyw pod nosem.

Frank zwol­nił chwyt i minął urzęd­nicz­kę, nie­mal do­ska­ku­jąc z miej­sca do bi­blio­tecz­ki, skąd na­tych­miast wyjął album. 

– Frank? – Bez­i­mien­na urzęd­nicz­ka zbli­ży­ła się po­wo­li do de­tek­ty­wa, który wpa­try­wał się tępo w swoje zdję­cie z dnia za­przy­się­że­nia.

– Pięć, sześć, osiem, dwa – mam­ro­tał cicho, jak w tran­sie.

– Frank? O Boże… – Bla­do­li­ca usia­dła zre­zy­gno­wa­na w fo­te­lu. – I znowu to samo…

Koniec

Komentarze

  Folanie, kropka w tytule jest błędem, Usuń ją.

 

– Młoda? – urzędniczka parsknęła z niedowierzaniem i poprawiła okulary. ―> – Młoda? – Urzędniczka parsknęła z niedowierzaniem i poprawiła okulary.

Przyjrzyj się też dialogom. Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Regulatorzy

 

Poprawione, tak jak i całość (mam nadzieję).

OK, Folanie. Niebawem przeczytam. 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zrozumiałam tylko, że tytułowe cyfry to numer odznaki policyjnej Franka, poza tym, przykro mi, Folanie, ale nie wiem, co tam się wydarzyło. Nic mi się kupy nie trzyma.

 

Czar­ny ża­kiet na bia­łej ko­szu­li za­pię­tej pod koł­nie­rzyk… ―> Czar­ny ża­kiet na bia­łej bluzce za­pię­tej pod szyję

Kobiety – choć zdarza się, że przywdziewają koszule – noszą zazwyczaj bluzki.

Kołnierzyk, w zależności od głębokości dekoltu, wcale nie musi znajdować się pod szyją.

 

w zło­tych opraw­kach oku­la­rów ze­tknię­tych wy­so­ko na nos. ―> Co to znaczy, że oprawki okularów były zetknięte wysoko na nos?

 

Fran­ka iry­to­wał jej for­mal­ny ton, jej sło­mia­ne włosy spię­te w for­mal­ny kok, jej nogi ob­le­czo­ne w for­mal­ne poń­czo­chy i wresz­cie jej pro­sta, sztyw­na i (a jakże) for­mal­na po­zy­cja w fo­te­lu. ―> Domyślam się, że powtórzenia są celowe, ale czy konieczne są wszystkie zaimki?

Jaki kok nazywamy formalnym?

 

mógł wy­cią­gnąć ulu­bio­ne ty­tu­ły nie pa­trząc na brzeg z ty­tu­łem. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …mógł wy­cią­gnąć ulu­bio­ne pozycje nie pa­trząc na grzbiet z ty­tu­łem.

 

Znik­nę­ło za to jego nie­wiel­kie biur­ko z ikei… ―> Znik­nę­ło za to jego nie­wiel­kie biur­ko z IKEI/ Ikei

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

> Co to znaczy, że oprawki okularów były zetknięte wysoko na nos?

Okulary można różnie ustawić na nosie – trochę niżej, żeby patrzeć znad oprawek, można je też je ułożyć jak najbliżej nasady nosa. Miało to podkreślić formalny charakter postaci.

Jaki kok nazywamy formalnym?

Taki, w którym brak jest wyrafinowania, gdzie włosy nie układają się w sposób ozdobny. Prosty, twardy, praktyczny, niesugestywny.

 

Resztę sugestie zastosowałem, bo wydały się odpowiednie.

nie wiem, co tam się wydarzyło. Nic mi się kupy nie trzyma.

Zabawne. Myślałem, że jestem zbyt dosłowny w przekazie i nawet usunąłem nieco treści, która brzmiała jak wciskana na siłę ekspozycja.

 

SPOLIERY! SPOLIERY! SPOLIERY!

 

Bardzo dużo podpowiedzi ukryłem w tekście. Blada, ubrana jak na pogrzeb urzędniczka reprezentuje śmierć. Gdy Frank pytał o to, kim jest, urzędniczka odpowiedziała, że postawiona jest wysoko, ale nie chciałem przeskoczyć pewnego progu, bo wtedy byłoby bardzo oczywiste, kim jest. Blada, wręcz chorobliwie blada i “ubrana jak na pogrzeb” było wystarczającą podpowiedzią w kontekście wydarzeń i więcej informacji podanych na tacy równałoby się obrazie inteligencji czytelnika. Już sam fakt, że siedzą w pokoju z trupem powinien wydać się dziwny, odrealniony. Dodajmy do tego brak użycia słowa “słońce” przy opisie światła, zupełną ciszę oraz pytania urzędniczki, które MIAŁY brzmieć jak przesłuchanie w sprawie śmierci ofiary, ale w praktyce były próbą uświadomienia Frankowi, co się z nim dzieje. W tekście pojawia się zarys charakteru Franka, który przekładał pracę nad żonę, ale jednocześnie wciąż ją kochał. Niby pogodził się ze zdradą (jej i przyjaciela), ale nie potrafił tak naprawdę nigdy się z tym pogodzić. Przyszedł do swojego starego domu i popełnił samobósjtwo w mundurze, który nosił w dniu zaprzysiężenia, gdy był szczęśliwy. Po śmierci jednak nie potrafi “przejśc dalej” – utkwił w pętli, co chyba dobrze pokazują początkowe i końcowe słowa urzędniczki.

 

Dodajmy do tego fakt, że Frank wybrał śmierć. Dlatego zasugerowałem, że wydała mu się w pewnym momencie pociągająca. 

 

Oku­la­ry można róż­nie usta­wić na nosie – tro­chę niżej, żeby pa­trzeć znad opra­wek, można je też je uło­żyć jak naj­bli­żej na­sa­dy nosa. Miało to pod­kre­ślić for­mal­ny cha­rak­ter po­sta­ci.

Folanie, jestem okularnicą od ponad pięćdziesięciu lat i wiem, że można nosić szkła, ale nie mam pojęcia, co to znaczy, że  okulary były zetknięte wysoko na nos… Pierwszy raz zetknęłam się z takim określeniem i po prostu nie wiem, z czym one były zetknięte, ale dziękuję za wyjaśnienia.

 

Tak to jest, Folanie, kiedy czytelnik nie ma dostępu do myśli piszącego. To, co dla Ciebie jest jasne i oczywiste, mnie jawi się jako mało czytelne podanie treści. Cóż, przyjęłam, że w pokoju byli policjant i urzędniczka, w której w ogóle nie widziałam śmierci, a na kanapie trup. W ogóle nie przyszło mi do głowy, że Frank i trup są jednym. Po Twoich wyjaśnieniach dojrzałam, że z ciałka szorta wyłaniają się kikutki rączek i nóżek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

(będą spoilery)

 

Na szczęście zdążyłam przeczytać tekst przed Twoim ostatnim komentarzem, Folanie, jako że podczas mojej lektury jeszcze go nie było – bo niewątpliwie jest to wielki spoiler, który odebrałby mi sporo przyjemności z lektury. Może warto to jakoś oznaczyć? Dla przykładu, ja lubię wpierw przejrzeć na szybko komentarze, zanim zacznę czytać, więc stosowny tag by mnie ostrzegł.

No to teraz do treści. Kobietę odczytałam jako kogoś w stylu urzędnika anielskiej biurokracji albo jakąś szaloną inkarnację św. Piotra, robiącą swoiste przesłuchanie umarłej duszy aby zdecydować, czy zasługuje na niebo, czy też należy skierować ją gdzieś niżej. Natomiast teraz, po przeczytaniu wyjaśnień muszę stwierdzić, że wcale nie odniosłam wrażenia, jakby kobieta starała się na cokolwiek naprowadzić bohatera. Ba, żądała od niego “prawdy”, której ten wyraźnie nie był świadom, więc czego oczekiwała? Nagłego olśnienia? A co do pętli – hm, nie wiem, jak Frankowi udawało się zapomnieć o własnym samobójstwie, gdy już się o nim dowiadywał.

Dodajmy do tego fakt, że Frank wybrał śmierć. Dlatego zasugerowałem, że wydała mu się w pewnym momencie pociągająca. 

Daleki strzał. Nie skojarzyłabym tego w ten sposób.

@regulatorzy

Pierwszy raz zetknęłam się z takim określeniem i po prostu nie wiem, z czym one były zetknięte, ale dziękuję za wyjaśnienia.

Żeby nie było – wciąż mam mieszane uczucia do tego słowa, ale naprawdę wolałem go użyć niż opisywać ich dokładną pozycję. Z określeniem tym spotkałem się parę razy, ale z jakiegoś powodu zapamiętałem je jako “zatknięte”. Dodatkowo wciąż myślę, czy nie powinno być “z(a/e)tknięte wysoko na nosie”. Niezbyt to mądre z mej strony stosować określeń, których sam do końca nie jestem pewny, ale kto nie ryzykuje, ten szampana nie pije.

 

Ciężko mi znaleźć balans między ekspozycją, a pozostawieniem czytelnikowi pola do interpretacji.

@Silva

Może warto to jakoś oznaczyć?

Masz rację – zaznaczyłem.

wcale nie odniosłam wrażenia, jakby kobieta starała się na cokolwiek naprowadzić bohatera.

SPOLIERY! SPOLIERY! SPOLIERY!

 

Zrobiła to (w domyśle) całkiem bezpośrednio w jednej z pierwszych pętli. Wyszło jak wyszło i z każdą kolejną pętlą próbowała innego podejścia. Uwierz, że Śmierć (aczkolwiek twoje interpretacje postaci też są prawidłowe, bo Śmierć jest tu niejako tylko ideą) jest coraz bliżej celu. Kiedyś Frank zrozumie.

Ba, żądała od niego “prawdy”, której ten wyraźnie nie był świadom, więc czego oczekiwała?

Frank jest człowiekiem sprzeczności. Kocha pracę i przez nią stracił miłość swego życia. Niby się z tym pogodził, ale nie do końca, skoro coś mu do łba (nomen omen) strzeliło i się zabił. To samo ty się samobójstwa. Popełnił je, ale tak naprawdę nie wiedział do końca, czego chce. Prawdą, której oczekiwała Śmierć, był fakt, że a) Frank się zabił i że b) tak naprawdę tego nie chciał. 

A co do pętli – hm, nie wiem, jak Frankowi udawało się zapomnieć o własnym samobójstwie, gdy już się o nim dowiadywał.

Jak wyżej – odrzucał tą “prawdę”, uciekał we wspomnienia.

Prawdę powiedziawszy, podejrzewałam literówkę, ale okulary zatknięte wysoko na nos też, moim zdaniem, wyglądają nie najlepiej.

A może: …w złotych oprawkach okularów wsuniętych wysoko na nos.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A może: …w złotych oprawkach okularów wsuniętych wysoko na nos.

Przekonałaś mnie :).

Jak wyżej – od­rzu­cał tą “praw­dę”, ucie­kał we wspo­mnie­nia.

Rzeczywiście, na początku ogląda fotografię. Jakoś mi się to nie zazębiło, nie “kliknęło” od razu. Ogólnie szorciak przyzwoity, ale może rzeczywiście przydałyby się jakieś wyraźniejszy tropy, mocniej zaznaczona pętelka. Ale z tym poczekałabym na inne opinie. W końcu mogę być po prostu mało kumata ;D

Hej,

 

kurde, no niby wszystkie klocki są na miejscu, ale ja też nie skumałem :P

 

Szorcik bardzo fajny, wszystko tutaj zagrało, niezły twist na końcu, naprawdę mi się podoba :)

 

Jeszcze drobiazg:

bo usta na twarzy kobiety skrzywiły się gniewnie, ale szybko zmyła ten wyraz z twarzy.

Powtórzenie, te “usta na twarzy” mnie rażą, może by zmienić?

 

Pozdrawiam!

Exit light

Przekonałaś mnie :).

Miło mi, Folanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Powtórzenie, te “usta na twarzy” mnie rażą, może by zmienić?

Oczywiście, poprawione.

Siema :)

 

Fajne. Gdzieś tak w momencie, kiedy pani powiedziała, że jest kimś wyżej, przyszło mi na myśl, że koleś nie żyje. A to podsunęło mi dalsze intrpretacje, których potwierdzenia szukałem w tekście i uśmiechałem się za każdym razem, kiedy takie potwierdzenie odnajdywałem. W momencie, w którym pani informuje, że trupem nie jest Jake, ogarnąłem, że to Frank i przyszło mi na myśl, że to miejsce może być czyśćcem. A skoro Frank jest w czyśćcu, to naturalną wydała mi się pętla na końcu, żeby nie było nielubianego happy endu i Frank dalej się męczył, zamiast zrozumieć swój błąd. I pętlę dostałem, nie rozczarowałeś mnie :)

Tyle, że moja czyśccowa interpretacja, w której Frank raz za razem przeżywa ten sam moment, aby w końcu dostrzec prawdę i wyzwolić się, nie współgra z Twoimi wyjaśnieniami w komentarzach :/ Tę panią bardziej widziałem jako anielską urzędniczkę (bladolica jest, c’nie?), doglądającą duszy w czyśćcu z rozkazu boskiego, aby naprowadzić ją na ścieżkę oświecenia (ciepłe światło za oknem, zwiastujące, że na zewnątrz [poza czyśćcem i pętlą], czeka coś cudownego i wystarczy wyjść) i przywrócić na łono niebios. A ten album ze zdjęciami jako punkt startowy pętli i słowa pani (O Boże… – Bladolica usiadła zrezygnowana w fotelu. – I znowu to samo…) zasugerowały mi, że Frank jest wyjątkowo oporny w dochodzeniu do prawdy i ona ma już dosyć bo wzywa imię pańskie :)

No, ale to moja interpretacja. Tak czy owak, polecam do biblioteki, bo szorciak ciekawy i dał mi frajdę w warstwie odnajdywania znaczeń :)

 

Poniżej garść uwag do rozważenia:

 

Przynajmniej tak sądził Frank po wstępnych oględzinach. Mokra plama krwi na podziurawionym śrutem suficie i strzelba, wciąż spoczywająca między nogami denata, opowiadały oczywistą wręcz historię. 

Przekreślone usunąłbym.

 

Przy drzwiach wciąż stała jego palma, która pięknie wyrosła pod czułą opieką jego byłej żony a z biblioteczki wciąż mógł wyciągnąć ulubione pozycje nie patrząc na grzbiet z tytułem. Zniknęło za to jego niewielkie biurko z IKEI, na którym miał zwyczaj rozkładać laptop i ślęczeć nocami nad aktami prowadzonych spraw.

Pierwsze zostawiłbym, drugie usunąłbym, bo wiemy, że to jego była żona a nie pani urzędniczki. Trzecie też wywaliłbym, bo w dalszej części zdania dostatecznie oddajesz to, żeby czytelnik zrozumiał, że to biurko było jego, a nie jego byłej żony.

 

 

– Od swojej byłej żony. Sama mi je dała – przerwał jej Frank, czując pełzające oskarżenie. 

 

Znów to samo. Wiemy, że to jego była zona. I co oznacza “czucie pełzającego oskarżenia”? A konkretnie to “pełzające” mi nie pasuje.

 

– Nie można odwiedzać już swojej starej miłości?

Jedno z pogrubionych usunąłbym. Choose wisely :)

 

Tym razem to Franka opuścił rozbawiony wyraz.

A to brzmi dziwnie. Niby wiemy, że chodzi o wyraz twarzy, ale jednak dziwnie…

 

Mimo kobiecej kruchości wyczuwalnej pod palcami, Frank nie dostrzegł, by jakikolwiek grymas bólu czy przerażenia wstąpił na jej twarz. 

Zastanów się, czy to podkreślone jest Ci potrzebne. Ja bym wywalił. Zaś co do pogrubionego, to znów brzmi dziwnie. Jeszcze się nie spotkałem z “wstąpieniem emocji na czyjąś twarz”.

 

Kobieta skierowała wzrok na zwłoki, Frank podążył jej śladem.

Ale fajny tonguebreaker ;) Ale Frank wcale nie podążył jej śladem, a skierował jedynie wzrok, tam gdzie ona. To jest IMHO do przeróbki.

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Wszystko poprawione.

Tyle, że moja czyśccowa interpretacja, w której Frank raz za razem przeżywa ten sam moment, aby w końcu dostrzec prawdę i wyzwolić się, nie współgra z Twoimi wyjaśnieniami w komentarzach :/

Jak najbardziej współgra. Ja nazwałem urzędniczkę Śmiercią, ale zwróć uwagę, że nie pada nigdy jej imię (dodatkowo specjalnie dałem jej wypowiedź: “Różnie mnie już nazywano, ale młoda?”), bo to miała być postać uniwersalna i przystępna dla wielu kultur i w praktyce może być każdym – haronem, św. Piotrem, duchem świętym – jak zwał tak zwał.

(ciepłe światło za oknem, zwiastujące, że na zewnątrz [poza czyśćcem i pętlą], czeka coś cudownego i wystarczy wyjść)

dokładnie to chciałem pokazać.

 

Frank utknął w jakimś miejscu między życiem a śmiercią, a raczej między śmiercią a dalszą drogą. Czyściec, limbo, brzeg styksu… Celowo starałem się unikać nazw sugerujących konkretne mitologie czy religię. Nawet odniesienie się do boga na nic nie wskazuje, bo bogów było wielu, natomiast Jezus był dość konkretną postacią i gdyby powiedziała “ O Jezu…”, byłby klops.

Jak najbardziej współgra.

A, to spoko :) Multi kulti dla niezawężania odbioru.

 

dokładnie to chciałem pokazać.

To się cieszę, że udało mi się rozgryźć zamysł autorski bez nadinterpretacji :)

Known some call is air am

Cześć!

Z początku nie zrozumiałem, bo starałem się znaleźć racjonalne wytłumaczenie, ale nic się nie kleiło. Dopiero po looknięciu na komentarze oświeciło mnie, że mamy tu wytłumaczenie bardziej nadprzyrodzone, i wtedy cos nie cos stało się jasne.

Napisane poprawnie, obrazowo przedstawiasz emocje bohatera, zmęczonego życiem detektywa rozwodnika, krok po kroku wprowadzając czytelnika w jego historię. Zakończenie smutne, ale i dające nadzieję.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Krarze, jaką nadzieję dostrzegasz w końcówce? Ja nie dostrzegam tego promyczka, niestety :/

Exit light

Krarze, jaką nadzieję dostrzegasz w końcówce? Ja nie dostrzegam tego promyczka, niestety :/

Dołączam się do pytania. Nadzieja zawsze jest, pętla kiedyś może się przerwie, ale w tym utworze promyka nadziei nie zawarłem.

Nadziei jest tu sporo:

 

1.Po śmierci jest coś – jakaś rzeczywistość

2.Ta rzeczywistość nie wygląda tak źle, wszak facet palnął sobie w głowę a nadal po tym pokoju spaceruje, rozgląda się, myśli, no i ma głowę ;-)

3.Przybywa do niego ktoś ‘z góry’ (choć nie wiemy w jakim celu), czyli jakaś góra istnieje i ma do niego po śmierci jakąś sprawę, albo cos do zaoferowania

 

Przynajmniej te trzy elementy, choć może znajdzie się i więcej.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Bardzo ciekawa interpretacja :) Do przemyślenia, czy zawsze lepiej, żeby było coś, choćby nie wiem jak złe? Lepiej czuć coś niż niczego nie czuć?

Nie wiem, czy bohater jest w takiej dobrej sytuacji, w końcu z jakiegoś powodu palnął sobie w łeb, a zakładam, że zrobił to dlatego, żeby nie czuć bólu i poczucia marności swojego życia. A tymczasem, dalej jest w tym samym pokoju, w iluzji tego samego życia. Może kiedyś wyjdzie z tego pokoju, a może nie. Może po wyjściu coś dobrego go spotka, a może nie :)

Exit light

No niestety, albo miałem kiepski dzień, albo starzeję się szybciej niż mi sie wydawało, bo ja też nie zrozumiałem po lekturze zamysłu Autora i dopiero spoilery w komentarzach wyjaśniły mi sens tekstu.

Pociesza mnie myśl, że nie jestem odosobnionym przypadkiem i w sumie, to również Autor powinien wyciągnąć z tego naukę – nawet dobry pomysł można skopać, jeśli nie sprzeda się go wystarczająco zrozumiale. Owszem, fajnie jest liczyć na inteligencję czytelnika i często Autorzy przeginają w drugą stronę, traktując odbiorców jak idiotów i wykładając za dużo kawy na ławę. Ale jednak w powyższym przypadku chyba po prostu nie wszystko zadziałało tak, jak życzył sobie Autor.

Owszem, po wyjaśnieniach zaczynamy dostrzegać wskazówki podrzucone w fabule, ale za Chiny nie widzimy ich w trakcie lektury (piszę my, bo imię tych zdezorientowanych, Legion). Owszem zaczyna się to wszystko od słów "Znowu to samo" ale tej pętli nie widzimy, bo jest chyba za bardzo okrojona na wejściu i na wyjściu. Nie dostrzegłem w bladej urzędniczce Śmierci (nawet o niej nie pomyślałem, bo to zdawało się pewnie moim zwojom mózgowym zbytnio oklepane) itd. Raczej podejrzewałem jakieś machloje z czasem i domyślałem się, że na fotelu siedzi jakaś inna wersja Franka, ale nie złożyłem tego w tak proste rozwiązanie, że to duch Franka patrzy na własne zwłoki (bo nie pamięta po śmierci co sobie zrobił?). Zmarłych, którzy nie wiedzieli, że nie żyją, widziałem już np. w "Innych" lub "Szóstym zmyśle", ale tutaj spodziewałem się bardziej jakiegoś motywu fantastycznego, a nie rodem z horroru.

Cóż, szkoda.

Warsztatowo jest dobrze i czytało się Twoje opowiadanie, Folanie, z przyjemnością, ale niestety czym bliżej byłem końca, tym z większym niepokojem spoglądałem ile tekstu zostało do finałowego twista, wyjaśniającego zamysł Autora. I zostałem jak ten głupi po napisie koniec z niepewnością i WTF wypisanym na twarzy. Może powinienem przeczytać raz jeszcze i dać drugą szansę swoim zwojom mózgowym, ale poszedłem na łatwiznę i przeczytałem komentarze. Ok. Jest tutaj pomysł (jak pisałem wyżej pomysł dosyć znany), jest nawet małe zaskoczenie itd., ale tekst traci niestety na za daleko posuniętej niejasności i niestety sama wiara Autora w klarowność fabuły nie wystarczy.

Może tak. Ja dam klika, Folanie (bo poza wspomnianym zgrzytem dobrze napisałeś tę historię), a Ty pomyślisz nad wstawieniem jakiegoś zdania lepiej naprowadzającego kolejnych czytelników na sens tekstu ;).

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mnie też, niestety, w zrozumieniu pomogły komentarze… ale tak po za tym bardzo dobrze mi się czytało :) A kiedy już wszystko do mnie dotarło, zaczęłam spoglądać na Twój tekst jeszcze bardziej pozytywnie :) Podoba mi się pomysł, warsztat też na plus. Klikam bibliotekę :)

Naprawdę niezły szort. A gdybym go zrozumiał w całości od razu (co doczytałem w komentarzach) byłbym jeszcze bardziej ukontentowany. Niemniej jednak sprawnie poprowadzona historia, którą szybko i przyjemnie się czyta. Pomysł choć nienowy, to dobrze rozegrany, a jak doczyta się kilka smaczków które zawarłeś (np. że pociąga go urzędniczka bo wybrał to co wybrał) to jest jeszcze lepiej.

Jednak i ja dołączam się do opinii, że fajnie jakby dodać jedno lub dwa zdania naprowadzające. Tymczasem klikam.

W pierwszym momencie nie zrozumiałam, a ponieważ nie lubię nie rozumieć, to zaczęłam główkować. Wyszło mi, że facet z rozpieprzoną głową, to sam bohater, a to oznaczałoby, że urzędniczka to anioł, który ma go przenieść dalej. Trochę się co do niej pomyliłam, choć byłam blisko ;)

Problem w tym, że to IMO nie wynika z tekstu, to było raczej jedyne logiczne wyjaśnienie tego, co przeczytałam.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzięki wszystkim za komentarze. Z ich ogółu wynika, iż byłem za bardzo… kryptyczny i faktycznie wypadałoby dodać kilka zdań lepiej obrazujących sytuację. Jeżeli wyjaśnienie autora dopiero pomaga w ogóle zrozumieć historię, to nie jest dobrze.

 

Pozdrawiam!

Gdzie tam, wyjaśnienie autora? Toż Irka i ja napisaliśmy Ci, że dojść do pewnych wniosków można samemu. Choć rzeczywiście, przyjęcie pewnej hipotezy już na początku pomaga w odnajdywaniu kolejnych śladów później, wraz z czytaniem tekstu.

 

Problem w tym, że to IMO nie wynika z tekstu, to było raczej jedyne logiczne wyjaśnienie tego, co przeczytałam.

Czyli jednak w jakimś niewielkim, podyktowanym doszukiwaniem się logicznych rozwiązań, stopniu wynika :)

Known some call is air am

Czyli jednak w jakimś niewielkim, podyktowanym doszukiwaniem się logicznych rozwiązań, stopniu wynika :)

To raczej wiara w inteligencję autora, w to, że dokądś zmierza. Tym bardziej, że opko warsztatowo dobre.

 

Może gdyby poczarować coś przy tym fragmencie:

– Nie ma żadnej “sprawy”, młoda. To było samobójstwo.

– A jednak wciąż tu jesteśmy. Wciąż stawiasz opór. – Urzędniczka pokręciła z niedowierzaniem głową. – Musisz wreszcie zrozumieć… Miałeś klucze, Frank…

– Od swojej byłej żony. Sama mi je dała – przerwał jej Frank, czując pełzające oskarżenie. 

– I pojawiłeś się tu, w jej domu, w jej gabinecie. Po co?

Tu jest wprost oskarżenie, zwraca uwagę czytelnika na bohatera jako sprawcę. Ale jeśli bohater nie jarzy, że to własne zwłoki ogląda, to właściwie powinien się zastanawiać skąd się tam wziął. Tymczasem on przyznaje, że przylazł i wygląda na to, że przed śledczymi. Można domniemywać, że sam zadzwonił po gliny.

Oczywistą rzeczą jest, że takiej sprawy nikt mu nie przydzieli, więc musiał usłyszeć przez radio, czy cuś. Nie pamięta, ale zwala na szok.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej.

Dobrze napisane, finał zrozumiałem, chociaż nie zaskoczył mnie ani pozytywnie, ani negatywnie. Zabrakło mi klimatu, ciężaru opowieści. Prowadzisz narrację bardzo zbliżoną do rzeczywistej. Z jednej strony to dobrze, z drugiej za mało, żeby wzbudzić większe emocje. Ciągłe naciski urzędniczki, by Frank powiedział prawdę bardziej irytują niż wzbudzają tajemnicę. Całościowo szort jest dopięty, tylko wiesz, to nie jest jakaś bomba. Być może w ogóle w takową nie celowałeś.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nowa Fantastyka