- Opowiadanie: SaraWinter - Czerwone motyle nad Atlantykiem

Czerwone motyle nad Atlantykiem

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Czerwone motyle nad Atlantykiem

Motyle leciały nisko, tuż nad falami, które beznamiętnie rozbijały się o pomarańczowe klify. Naila siedziała na skraju skalnej półki, obserwując kruche stworzenia, nie rozumiejąc, skąd się wzięły nad zimnymi wodami oceanu. Po drugiej stronie Atlantyku, który dzielił dwa światy, miała kogoś, z kim pragnęła być. 

– Aleksander, Aleksander… – śpiewała cichutko, a jego imię unosiło się na skrzydłach motyli. – Zanieście mnie tam, maleńkie stworzenia…

Kołysała się w rytmie nuconej melodii, wypatrując końca rozległego oceanu, który niegdyś wydawał się jej mniejszy niż jezioro, lecz większy od stawu. 

Lato się skończyło, a razem z nim wojna, która zabrała rodzinę Naili, miasto i cały znany jej świat. Tylko Aleksander pozostał przy życiu, ale teraz był daleko od jej warg i oczu, za linią horyzontu. 

Kiedy wiatr zerwał się gwałtownie, przynosząc ze sobą chłodniejsze powietrze, sukienka Naili poderwała się, odsłaniając szczupłe uda. Czerwone motyle niespokojnie latały wokół dziewczyny, jakby chciały ostrzec ją przed nagłymi podmuchami. 

– Skoro wiejesz stamtąd, nie możesz być zły – szepnęła, jeszcze raz spojrzała w niebo i z zamkniętymi oczami skoczyła.

Strach dotknął ją dopiero, gdy dotkliwy ból rozlał się po ciele, a w płucach zabrakło powietrza. Wzrokiem szukała słońca, którego białe światło rozszczepiało się w wodzie, tworząc niby jasną mgłę. Wyciągnęła ku górze otoczoną bąbelkami dłoń, sięgając powierzchni, jednocześnie walcząc z pokusą pójścia do nieba. Głębia ciągnęła ją w dół, jednak w żyłach Naili wciąż płynęła krew.

Czerwone motyle ukradły Nailę śmiercionośnym falom i zabrały ją do wyżłobionej w skale jaskini. Naila kolejny raz w życiu doświadczyła cudu ocalenia. 

– Nie pozwolicie mi zginąć, co? 

Motyle w odpowiedzi zatrzepotały skrzydłami, po czym odleciały strzec oceanicznych odmętów. Ale zawsze, w pewien osobliwy sposób, były blisko dziewczyny. 

 

Naila wróciła do pokrytego kurzem miasta. Jej krótka sukienka szybko wyschła na wietrze i w palącym słońcu. 

Małe brudasy szukały czegoś w ruinach, wśród odłamków szkła, które niegdyś zdobiło najwyższe piętra wieżowców. Niejedno dziecko przez nieuwagę straciło kawałek ciała, a nawet życie. Przynajmniej mięsożerne ptaki miały się dobrze. 

Naila poszła do człowieka, który winien był jej przysługę. 

– Myślisz, że jak oddałaś mi się za darmo, to ja cię za darmo przewiozę?! – Starszy mężczyzna splunął jej w twarz. – Płać, albo zdychaj! 

Dziewczyna wiedziała, że poławiacze krabów mieli wyruszyć na drugą stronę Atlantyku, gdzie wojna wyrządziła najmniej szkód, a okruchy życia i rozbite miasta dało się jeszcze poskładać.

Pod osłoną ciemności udała się do portu, gdzie znalazła schronienie w jednej z podniszczonych łodzi, która przez pół wieku była tylko pomnikiem wytartych wspomnień.

Wczesnym rankiem, nim ostre światło zajrzało jej w oczy, wskoczyła do wody i trzymając się pokrytego solą łańcucha, czekała aż odpłyną. 

 

Czerwone motyle fruwały niespokojnie nad Atlantykiem.

– A te czego tu? – Poławiacz krabów ze złością wymachiwał rękami. 

– Uspokój się, stary głupcze, bo łódź nam przewrócisz! – Jeden z towarzyszy upomniał wariata.

Odbili od brzegu i wypłynęli na szerokie wody, ryzykując tym minione życie, oczekując nowego za oceanem. 

Gęste chmury formowały się na niebie. Naila z trudem ukrywała swoją obecność, choć obłok niesfornych motyli nieco jej to ułatwiał. Kilka godzin później, kiedy znaleźli się z dala od lądu, ocean stał się ich wrogiem. Kołysał łodzią, przywodząc poławiaczy o utratę zmysłów, falami i strachem mocząc im spodnie. 

– Głupcy! 

Naila miała wrażenie, że słyszy drwiący głos, dobiegający zza burzowych chmur. 

Czerwone motyle, nietknięte przez wiatr, deszcz i ocean, uniosły ją, kiedy łódź przechyliła się, wyrzucając z siebie ludzi. Naila zdążyła dostrzec zdziwienie w oczach mężczyzny, który wcześniej odmówił jej pomocy. Tłuczony po twarzy przez fale, krztusząc się, wyciągał dłoń ku anielsko pięknej dziewczynie. Ten jeden raz ujrzał w dziwce anioła, lecz za późno już było na modlitwy.

 

Naila tym razem nie chciała dać się pochłonąć głębi. Ominąwszy zielone wyspy, księżycowe stożki wulkanów i atole, jakby ich nie zauważając, motyle zaniosły Nailę na ziemię człowieka, który po wojnie zabrał ze sobą niewinne serce dziewczyny. 

Naila sfrunęła z nieba niczym anioł, wśród trzepotu delikatnych jak puch motylich skrzydeł. Kraina ta była pustynną równiną. Dziewczyna nie tak ją sobie wyobrażała. Przysypane piachem połamane drzewa, zerwane dachy wysokich domów, okrągłe krzewy z lekkością unoszące się nad luźnym gruntem.

– Za późno – szepnęła Naila, zanim motyle postawiły ją na wydmie. – Nie znajdę Aleksandra. 

Nie poddała się jednak. Znalazła go po kilkudniowej wędrówce, cierpiąc przy tym z głodu i pragnienia. Za swoje ciało dostawała nasączony pomyjami chleb. Pewnego ranka, po burzy piaskowej, policzyła motyle, które na tej obcej ziemi, nie odstępowały jej o krok. Czternaście.

– Naila? 

Dziewczyna usłyszała znajomy głos. Zrzuciła z siebie pierzynkę z motylich skrzydeł i rzuciła się mężczyźnie na szyję. 

– Co tu robisz, Naila? Jak się tu dostałaś? – pytał zaskoczony Aleksander, odpychając ją słowami i gestem.

– Musiałam cię znaleźć, kochany! Przyniosły mnie motyle! 

Aleksander zostawił ją pewny, że zwariowała i wrócił na pole po bitwie, gdzie nieustannie odkopywano budynki przykryte górami piasku.

 

Naila siedziała na plaży, pogrążona w myślach. Słone łzy spływały jej po policzkach. Pociągając nosem, liczyła czerwone motyle. Piętnaście. O jeden więcej niż wczoraj. Nie sądziła, że Aleksander również złamie jej serce.

Ocean szumiał tak spokojnie, wręcz kojąco. Naila wstała, rozebrała się i jak Bóg ją stworzył, dała się pochłonąć falom. 

Ciągnęło ją w dół, a ona czuła, że tylko w tym miejscu jej głowa może odpocząć. Serce zostawiła na powierzchni. 

Nim odpłynęła do wolności na dnie Atlantyku, zdążyła usłyszeć stłumiony przez wodę odgłos wybuchów. 

 Nie przeżył nikt, do kogo Naila mogłaby wracać z głębin oceanu. Po wojnie ostatecznej zostały już tylko czerwone motyle o kształtach złamanych serc.

Koniec

Komentarze

Hej :)

 

Bardzo nastrojowy i melancholijny szort. Motyw z motylami bardzo mi się spodobał, choć mam pewne zastrzeżenie. Dlaczego te motyle jej pomagały? Dlaczego akurat jej? Jak rozumiem, było ich trzynaście – czyimi złamanymi sercami były? Jej rodziny? Potem widzi czternastego motyla, który dołączył do chmary. Czy on ma symbolizować kogoś jej bliskiego, kogo serce też zostało złamane? Bo z tekstu wynikałoby, że piętnasty motyl, który pojawia się w końcówce, symbolizuje złamane serce Naili. Chyba, że czegoś nie zrozumiałem.

Poniżej garść uwag, z których część jest dość subiektywna.

 

– Aleksander, Aleksander… – śpiewała cichutko, a imię jego unosiło się na skrzydłach motyli.

Zmieniłbym szyk z “imię jego” na “jego imię”.

 

Kołysała się w rytmie nuconej melodii, wypatrując końca rozległego oceanu, który niegdyś wydawał się jej mniejszy niż jezioro, lecz większy od fosy. 

Tutaj nie podoba mi się sformułowanie “koniec oceanu”. Nie lepiej byłoby “wypatrując odległego brzegu”, czy coś w tym stylu?

 

Czerwone motyle niespokojnie latały wokół dziewczyny, jakby chciały ostrzec ją przed nagłymi podmuchami wiatru. 

Przekreślone usunąłbym, wiemy o podmuchy czego chodzi.

 

– Skoro wiejesz stamtąd, nie możesz być zły – szepnęła, jeszcze raz spojrzała w niebo i z zamkniętymi oczami skoczyła.

Strach dotknął ją dopiero, gdy dotkliwy ból rozlał się po ciele, a w płucach zabrakło powietrza. Wzrokiem szukała słońca, którego białe światło rozszczepiało się w wodzie, tworząc niby jasną mgłę.

A tutaj się zgubiłem. Moim zdaniem zbyt ostre przejście. Skoczyła, nic, jest głęboko pod wodą i brakuje jej powietrza. Może dodać jakieś zdanie przejściowe obrazujące moment wpadania do wody?

 

Głębia ciągnęła ją dół, jednak w żyłach Naili wciąż płynęła krew.

Zjadło Ci “w” przed słowem “dół”.

 

po czym odleciały strzec oceanicznych odmętow.

Literówka.

 

Naila wróciła do przykrytego kurzem miasta.

Może lepiej “pokrytego”?

 

Niejedno dziecko przez nieuwagę straciło kawałek ciała, a nawet życie.

Dziwnie brzmi to tracenie kawałków ciała. Przeredagowałbym albo sparafrazowałbym.

 

która przez pół wieku była tylko pomnikiem wytartych wspomnień.

Bardzo ładne zdanie. Pomnik wytartych wspomnień, yep, poetycka profeska :)

 

Czerwone motyle, nietknięte przez wiatr, deszcz i ocean, uniosły ją, kiedy łódź przechyliła się, wyrzucając z siebie ludzi.

Ja nie wiem, czy to “wyrzucając” jest odpowiednim słowem. Ja bym raczej użył czegoś jak “strącając” albo pokrewnego.

 

Naila zdążyła zobaczyć zdziwnie w oczach mężczyzny, który wcześniej odmówił jej pomocy.

Aliteracja i literówka.

 

Ominąwszy wulkaniczne wyspy, księżycowe stożki wulkanów i atole,

Powtórzenie, zbyt blisko.

 

Podciągając nosem, liczyła czerwone motyle.

Pociągając.

 

Cięgnęło ją w dół, a ona czuła,

Literówka.

 

A po wojnie ostatecznej zostały już tylko czerwone motyle o kształtach złamanych serc.

Ładnie spuentowane. Zamiast twistu i łupnięcia, spokojne wyciszenie. Takie zakończenia opowiadań mają swój urok, szczególnie w przypadku tekstów nacechowanych melancholią.

 

Podsumowując: podobało mi się.

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Cześć, Outta Sewer!

 

Przede wszystkim dziękuję za łapankę. Tekst powstał pod wpływem chwili (a raczej muzyki ;)), pisany był w nocy, trochę mi, jak widać, umknęło. Serdeczne dzięki! 

Większość poprawiona, a to, co muszę rozwiązać (koniec oceanu, kawałki ciał), przemyślę i poprawię później. 

 

– Skoro wiejesz stamtąd, nie możesz być zły – szepnęła, jeszcze raz spojrzała w niebo i z zamkniętymi oczami skoczyła.

Strach dotknął ją dopiero, gdy dotkliwy ból rozlał się po ciele, a w płucach zabrakło powietrza. Wzrokiem szukała słońca, którego białe światło rozszczepiało się w wodzie, tworząc niby jasną mgłę.

A tutaj się zgubiłem. Moim zdaniem zbyt ostre przejście. Skoczyła, nic, jest głęboko pod wodą i brakuje jej powietrza. Może dodać jakieś zdanie przejściowe obrazujące moment wpadania do wody?

 

Przyjrzę się jeszcze temu fragmentowi, choć wydawało mi się, że “dotkliwy ból” kojarzy się z uderzeniem w powierzchnię i to wystarczy.

 

Bardzo ładne zdanie. Pomnik wytartych wspomnień, yep, poetycka profeska :)

 

Ładnie spuentowane. Zamiast twistu i łupnięcia, spokojne wyciszenie. Takie zakończenia opowiadań mają swój urok, szczególnie w przypadku tekstów nacechowanych melancholią.

 

Dziękuję za miłe słowa. 

 

Bo z tekstu wynikałoby, że piętnasty motyl, który pojawia się w końcówce, symbolizuje złamane serce Naili. Chyba, że czegoś nie zrozumiałem.

 

Dobrze zrozumiałeś, chociaż pewnie pojawią się różne interpretacje. Ale jesteś bardzo blisko. Zauważ, że poławiacze krabów nie mają swoich złamanych serc. Są przedstawieni jako niezbyt dobrzy ludzie. Naila ma tych motyli aż piętnaście, przy czym ostatni pojawia się po tym, jak Aleksander ostatecznie odtrąca miłość dziewczyny. 

 

Cieszę się, że się podobało. 

 

Pozdrawiam! :) 

Obawiam się, że nie rozumiem symboliki czerwonych motyli. Zakończenie sugeruje, że każdy z nich oznacza złamane serce, ale to nie wyjaśnia, dlaczego ratują Naili życie, a potem nagle przestają, skąd się wziął ten czternasty itd. Pod względem technicznym jest dobrze. Nieliczne literówki i inne drobne potknięcia, które wyłapał już Outta Sewer. Od siebie dorzucę tylko jedno:

 

– Uspokój się, stary głupcze, bo łódź nam przewrócisz! – Jeden z towarzyszy upomniał wariata.

Zapisałbym to w ten sposób: – Uspokój się, stary głupcze, bo łódź nam przewrócisz! – upomniał wariata jeden z towarzyszy.

 

Uwagi do komentarza Sewera:

 

Dziwnie brzmi to tracenie kawałków ciała. Przeredagowałbym albo sparafrazowałbym.

A ja zostawiłbym jak jest.

 

Ja nie wiem, czy to “wyrzucając” jest odpowiednim słowem. Ja bym raczej użył czegoś jak “strącając” albo pokrewnego.

Jak dla mnie to słowo jest jak najbardziej odpowiednie. Rozhuśtana łódź potrafi wyrzucić z siebie człowieka jak z katapulty.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Cześć!

Smutne rozważania o miłości. Dziewczyna szukająca ukochanego dostaje motylą eskortę, która przenosi ją za ocean. Jak się później okazuje, sama w końcu do niej dołącza (tak zrozumiałem). Mam trochę problem z jej ukochanym, dziwi się i zostawia ją, by odkopywać resztki miasta zasypane piaskiem… musze o tym trochę pomyśleć, bo póki co nie do końca wiem, co to znaczy. Nie do końca tez ogarniam motyw z “oddawaniem” się bohaterki. Trochę mi to stoi w sprzeczności z jej poszukiwaniami ukochanego, z którym tak niewiele ją łączy (jak się na koniec okazuje).

Pozdrawiam! 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Ja to w ogóle na początku myślałem, że ten jej ukochany za oceanem jednak nie żyje, a motyle są pośmiertną manifestacją jego miłości do Naili. Kleiło mi się to, bo one ją ratowały i jej pomagały, a melancholijny nastrój opowiadania też podpowiadał mi tragizm na końcu tekstu.

To, że poławiaczom brak złamanych serc, bo nie są dobrymi ludźmi ogarnąłem. Ale nadal mnie męczy ten czternasty motyl. Czyj on jest? Bo zakładam, że poprzednie trzynaście należało do dobrych ludzi bliskich dziewczynie, którzy zginęli podczas wojny.

Known some call is air am

Cześć,

 

podobnie jak Outta, podoba mi się pomysł, ta swoista melancholia budowana przez tekst i motyle, które okazują się złamanymi sercami. Podoba mi się :)

 

Co do wykonania, pozostawia we mnie niedosyt. Wydaje mi się, że symbolika pomieszana jest w tekście zbyt mocno z prozą życia, trochę się to dla mnie gryzie. Dodatkowo ten motyw kilkukrotnego oddawania się mężczyznom, mam z tym problem.

 

Oprócz wskazanych już przez poprzedników zgrzytów mam jeszcze ten:

Swoje serce zostawiła na powierchni

“Powierzchni”.

 

Exit light

Trochę taki melancholijny tekst. Rzekłbym nawet, że depresyjny. Ale ogólnie czyta się dobrze. Koncepcja ciekawa.

Życie jest zbyt krótkie, aby czytać słabe książki...

Hej, Bolly! :)

 

Zakończenie sugeruje, że każdy z nich oznacza złamane serce, ale to nie wyjaśnia, dlaczego ratują Naili życie, a potem nagle przestają, skąd się wziął ten czternasty itd.

 

Cóż, jest tu małe pole do interpretacji. Po tym, jak Naila wchodzi do oceanu, następuje wielki wybuch, wojna ostateczna. Naila nie miałaby już do czego wracać. Czas ludzi na Ziemi dobiegł końca.

Dziękuję z alekturę i komentarz.

 

krar85,

 

Tobie również dziękuję. Dziewczyna nie miała czym płacić. Poza tym, czy wszyscy postępują logicznie? Mało na świecie szaleńców? ;) Nikt nie jest czarny albo biały. W swoich opowiadaniach staram się pokazywać ludzi z różnymi “usterkami”, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydają się krystalicznie czyści. 

 

 

Outta

 

Czyj on jest? Bo zakładam, że poprzednie trzynaście należało do dobrych ludzi bliskich dziewczynie, którzy zginęli podczas wojny.

 

Ostatni motyl pojawia się po spotkaniu z Aleksandrem. Czyli można się domyślać, że jest ich tyle, ilu ludzi złamało Naili serce. 

 

 

BasementKey, hej! 

 

Co do wykonania, pozostawia we mnie niedosyt. Wydaje mi się, że symbolika pomieszana jest w tekście zbyt mocno z prozą życia, trochę się to dla mnie gryzie. Dodatkowo ten motyw kilkukrotnego oddawania się mężczyznom, mam z tym problem.

 

A kto normalny, kierujący się moralnością, nie miałby z tym problemu? ;) 

 

Amadeus

 

Dziękuję za wizytę i komentarz! 

 

Pozdrawiam, Panowie!

 

<rozgląda się za paniami> ;)

<rozgląda się za paniami> ;)

Oto i Rohan odpowiada na wezwanie! Czy tam Gondor. Czy cośtam. Pani znaczy się.

przynosząc ze sobą chłodnejesze powietrze

→ chłodniejsze.

Wyciągnęła otoczoną bąblekami dłoń

→ bąbelkami.

światło rozszczepiało się w wodzie, tworząc niby jasną mgłę

Wiem, że chodziło o niby mgłę, ale po przeczytaniu tego zdania zaczęłam się zastanawiać, jak coś może być niby jasne.

Czerwone motyle ukradły Nailę smiercionośnym falom

→ śmiercionośnym.

Pociągając nosem, liczyła czerwone motyle. Piętanście.

→ Piętnaście.

Językowo – bardzo mi się spodobało, opisy są piękne, rzekłabym – poetyckie. Cały tekst wydaje mi się przez to delikatny, i… no, wiem, że autora/autorkę może niekoniecznie zadowoli takie określenie, ale bardzo kobiecy. A jednocześnie to piękno na poziomie języka przeplata się z “brudem” w warstwie fabuły – ci poławiacze krabów, wojna, bieda i tak dalej. Ten kontrast przypadł mi do gustu.

Motyle zinterpretowałam sobie trochę inaczej – że one tak jakby “wykluwają” się z bólu bohaterki w najgorszych momentach jej życia i nieustannie towarzyszą. Wtedy fakt, że ratują jej życie, byłby całkiem przewrotny, choć nie wiem, na ile moja interpretacja jest zgodna z intencjami autora/ki.

Jeśli mam jakiś problem z tekstem, to są dwie rzeczy, które nie do końca łapię. Pierwsza, to że motyle tak po prostu przeniosły ją za Atlantyk, gdy tonęła łódź, ale gdy sama wskakiwała fale, to odstawiały ją na brzeg. To pytanie typu “czemu orły nie zaniosły hobbitów do Mordoru”, ale jednak zastanawia mnie, czemu wcześniej nie pomogły, skoro było to dla nich takie proste. No i druga rzecz – czemu pod koniec nie pomogły wcale?

I może trochę brakuje mi kontekstu podczas spotkania z ukochanym. Tak wyglądała ich rozmowa, że nie wiem, czy wierzyć bohaterce, że faktycznie się w sobie kochali.

Ogólnie tekst kupił mnie językiem, więc polecę do biblioteki.

Witam Panią :)

 

Błędy poprawione. Chyba czas na wizytę u okulisty. O.o

 

Motyle zinterpretowałam sobie trochę inaczej – że one tak jakby “wykluwają” się z bólu bohaterki w najgorszych momentach jej życia i nieustannie towarzyszą.

 

Podoba mi się taka interpretacja. Coś w tym jest. 

 

Pierwsza, to że motyle tak po prostu przeniosły ją za Atlantyk, gdy tonęła łódź, ale gdy sama wskakiwała fale, to odstawiały ją na brzeg. To pytanie typu “czemu orły nie zaniosły hobbitów do Mordoru”, ale jednak zastanawia mnie, czemu wcześniej nie pomogły, skoro było to dla nich takie proste. 

 

Może wcześniej ich o to nie prosiła i nie wiedziała, że mogą? Jeśli dobrze pamiętam, to Gandalf o orłach wiedział, moim zdaniem strasznie spierdzielił sprawę, ale bez tego przecież nie byłoby opowieści. xD

 

No i druga rzecz – czemu pod koniec nie pomogły wcale?

 

Po ostatecznym wybuchy nie miałaby po co wracać na Ziemię, gdyżświat ludzi przestał istnieć. 

Może kiedyś rozbuduję ten tekst, żeby był bardziej zrozumiały… 

 

I może trochę brakuje mi kontekstu podczas spotkania z ukochanym. Tak wyglądała ich rozmowa, że nie wiem, czy wierzyć bohaterce, że faktycznie się w sobie kochali.

 

Ona jego na pewno, skoro podjęła się wpyrawy przez Atlantyk, by go zobaczyć.

 

Ogólnie tekst kupił mnie językiem, więc polecę do biblioteki.

 

Dziekuję! :)

Cześć :) 

Piękne opowiadanie. Bardzo spodobał mi się nastrojowy, melancholijny styl. Na początku co prawda motyle trochę mnie irytowały, były trochę zbyt łopatologiczne, ale po kilku akapitach się do nich przyzwyczaiłam. Jedyne co, rozbudowałabym zakończenie, jej wędrówkę po tym, jak tam przyleciała i ogólnie spotkanie z Aleksandrem. 

Pozdrawiam :)

 

 

Cześć, Oluta!

Dziękuję za odwiedziny, komentarz i miłe słowa. 

Cóż, miało być zwięźle, wyszło może zbyt zwięźle. Dzięki za opinię. 

 

Pozdrawiam. :)

 

Bardzo melancholijny, momentami wręcz poetycki tekst. Stworzyłeś autorze fajny nastrój, pełen nieodpowiedzeń klimat świata po nieznanej zagładzie. A do tego wszystkiego wplotłeś nienachalny wątek miłosny. Lubię takie podejście, przypomina mi odrobinę najlepsze dokonania Harlana Ellisona. Może zakończenie mogłoby trochę bardziej chwytać za serce, ale i tak jest nieźle.

Bardzo dobrze mi się czytało. Spieszę nominować do Biblioteki :)

Cześć Anonim:-) bardzo ładne opowiadanie. Spokojne, delikatne, przyjemne językowo:-) niektóre zdania są naprawdę klimatyczne. Ciekawa symbolika czerwonych motyli. Jednak muszę przyznać, że nie kupuję Aleksandra. Z tekstu zrozumiałam, że łączyło ich uczucie. A gdy ona go odnalazła, to odwrócił się na pięcie i odszedł? Rozumiem, że wojna, to czemu twierdzi, że jest wariatką? Tu mi coś zgrzyta. Pozdrawiam serdecznie

Miło się czytało, ale zbyt wiele tu niejasności i sytuacji magiczno-onirycznych, skutkiem czego nie potrafię rozróżniać, co snem i marzeniem pozostaje, a co dzieje się naprawdę. Motyle ładne, ale też mocno symboliczne, takie nierealne.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć!

Naila siedziała na skraju skalnej półki, obserwując kruche stworzenia, nie rozumiejąc, skąd się wzięły nad zimnymi wodami ocean

Nie podobają mi się te hasające grupami “ące”. ;-)

– Aleksander, Aleksander… – śpiewała cichutko, a jego imię unosiło się na skrzydłach motyli. – Zanieście mnie tam, maleńkie stworzenia

Tak się zastanawiam…

Czy to nie jest czasem tak, że w radiu grała muzyka i komuś nagle przyszedł pomysł na tekst? Bo przy tym śpiewaniu właściwie od razu mi się nasunęło na myśl skojarzenie z pewną piosenką. :-)

 

Ładnie napisane. Może poza tym grupami “ący”, bo więcej niż jedno w zdaniu w mojej opinii nie brzmi dobrze. Pomysł ciekawy, bo w sumie łączysz takie elementy, które pozornie nie do końca do siebie pasują. Z jednej strony subtelność, motyle, z drugiej strony bohaterka będąca dziewczyną negocjowalnej cnoty. Elementy więc niby do końca do siebie nie pasują, ale to połączenie akurat wypada bardzo fajnie.

Z jednej strony to niewesołe życie dziewczyny, pewne realia, w których musi się odnaleźć zostają pokazane w sposób subtelny (a przecież często przy takich okazjach brnie się w bezpośredniość, żeby za wszelką cenę, poprzez wulgarność i paskudztwa, “sprzedać” dane realia), z drugiej dzięki takiemu, a nie innemu pomysłowi na bohaterkę tekst staje się czymś więcej niż tylko przyjemną słowną malowanką.

Połączenie elementów więc fajne. Jeśli chodzi o historię, ciut jednak zbyt krótka i nieoczywista. Trochę czułem się tak, jakby ktoś mnie wrzucił we fragment jakiejś historii, który ma zachęcić do przeczytania reszty.

A reszty nie ma. :D

Jasne, ten tekst broni się jako opowiadanie zamknięte. To, co musiało w nim zostać zawarte, można tu znaleźć. Resztę powinno się zbudować z niedopowiedzeń i własnej interpretacji. Tym nie mniej, ciut to jednak zbyt krótkie, żeby mogło zostać w pamięci na dłużej. Lepiej działa jako wprawka, albo tekst, który ma dostarczyć Anonimowi jakiegoś materiału poglądowego, jak opowiadanie o takiej konstrukcji i takim pomyśle może zostać odebrane.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Hej, kolejni czytelnicy! 

 

Belhaju

 

Dziękuję za miłe słowa. Cieszę się, że udało mi się stworzyć taki nastrój. I za polecajkę w Bibliotece dziękuję! 

 

Olciatko

 

również dziękuję. Co do Aleksandra… No taki trochę z niego chyba serduszkowy brzydal był. Albo ona sobie coś ubzdurała…

 

Widzę, że za dużo niejasności. Meh…

 

Reg

 

i Tobie również dziękuję! Czekałam na Twoją wizytę. Motyle są tu jedynym fantastycznym tworem, bez nich powstałoby romansidło. <myśli>

Ale, skoro miło się czytało, to już dla mnie duży sukces. :)

 

O, pan CM! :)

 

Czy to nie jest czasem tak, że w radiu grała muzyka i komuś nagle przyszedł pomysł na tekst?

 

Tak było, ale chyba masz na myśli inną piosenkę. Dej link. Zobaczymy. :D

Może spróbuję napisać jakiś tekst, w którym nie będzie ani jednego “-ącego”? Przyjrzę się temu. Dzięki! 

 

A reszty nie ma. :D

 

Nie ma, bo bumło i nie ma nic. xD

Cóż, to miał być taki niedopowiedziany tekst, ale chyba przesadziłam. :<

 

W każdym razie:

Wszystkim czytelnikom dziękuję za uwagi. Dzięki nim chyba mam pomysł na to, jak rozbudować to opowiadanie (i to bardzo ;)). Widzę, co się Wam podobało, a co nie i nad czym jeszcze muszę popracować. Jestem wdzięczna za Wasze komentarze. smiley

 

Pozdrawiam, Sara. ;)

Heh, odanonimizowałaś się :) A byłem ciekaw autorstwa.

Known some call is air am

Hej, Outta!

Nie ukrywam, że na Twój komentarz już chciałam odpisać coś w stylu “ojej, dziękuję :D”, ale Ty byś się chyba od razu pokapował, kto jest autorem. xD

 

Pozdrawiam! :)

Cześć Sara, to pierwszy Twój tekst, który miałam przyjemność przeczytać, więc nie mogłam się domyślić autorstwa:-) raczej nie czytam anonimowych tekstów, ale do Twojego zachęcił mnie piękny tytuł:-) pozdrawiam serdecznie

O, to fajnie, że tytuł okazuje się zachęcający. Zdaję sobie sprawę, że anonimowe teksty są raczej omijane (też rzadko do takich zaglądam). A ten tekst jest zupełnie inny od poprzednich. A nawet pokuszę się o stwierdzenie, że każdy z moich tekstów opublikowanych na portalu jest inny. Wciąż szukam odpowiedniej ścieżki. :)

 

Pozdrawiam!

Nie ukrywam, że na Twój komentarz już chciałam odpisać coś w stylu “ojej, dziękuję :D”, ale Ty byś się chyba od razu pokapował, kto jest autorem. xD

Ojej, rzeczywiście, mogłoby tak być :)

 

Ale jak już nie jesteś incognito, to napiszę raz jeszcze: bardzo przyjemny szort, podobałosię :)

Known some call is air am

Bardzo proszę, Saro, fajnie, że przestałaś być anonimowa. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Saro!

 

Szorty, które zostawiają pozytywny, frapujący niedosyt są zawsze w cenie, a niełatwo coś takiego napisać. Ładnie mieszasz tu prozę życia z poetyckim językiem, a przesadzenie w którąkolwiek ze stron też gryzłoby w zęby. Ale nie gryzie, tylko tak trochę musuje pod językiem. W sensie klimat tego opowiadania raczej ma szansę pozostać w pamięci, choć sama historia jest dość prosta. Nie grasz jednak na emocjach w sposób mocno oczywisty, co – jak dla tego czytelnika – jest zdecydwanym plusem. Dorzucam się do wniosków o bibliotekę.

Podrawiam

Jeszcze raz dzięki, Outta! :)

 

Reg, daninimowiłam się, bo nie mogłam swobodnie z Wami dyskutować. :D

 

Hej, oidrin!

 

Miło, że zajrzałaś. :)

Ładnie mieszasz tu prozę życia z poetyckim językiem, a przesadzenie w którąkolwiek ze stron też gryzłoby w zęby.

 

Taki był zamysł. A raczej czuj-czuj. ;) Bo szczerze mówiąc, dużo nad tym opkiem nie myślałam. Po prostu poszło. I może powinno trochę dłużej pokisić się na dysku, ale ostatnio miałam wrażenie, że im dłużej nad czymś siedzę, tym gorzej mi to wychodzi. Więc wrzuciłam eksperymentalnie. ;)

 

I hej! Twój komentarz też mi się podoba. Ładnie to wszystko ujęłaś. :)

 

Pozdrawiam i dzięki za polecajkę.

 

Tak było, ale chyba masz na myśli inną piosenkę. Dej link. Zobaczymy. :D

Nie ma tak łatwo. :D

Daj swój, a ja Ci powiem, czy o tym myślałem. ;-)

Może spróbuję napisać jakiś tekst, w którym nie będzie ani jednego “-ącego”? Przyjrzę się temu. Dzięki! 

Przy nich jest ważne, żeby nie mnożyć ich w jednym zdaniu. One same w sobie nie są złe, tylko nagromadzone blisko siebie, zwłaszcza w jednym zdaniu, brzmią już trochę meh. ;)

Nie ma, bo bumło i nie ma nic. xD

Cóż, to miał być taki niedopowiedziany tekst, ale chyba przesadziłam. :<

Atakujecie mnie tymi niedopowiedzeniami…

Nie można było wyłożyć wprost? ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Nie ma tak łatwo. :D

Daj swój, a ja Ci powiem, czy o tym myślałem. ;-)

 

 Ale ja chciałam pierwsza. :<

:p

 

Nie można było wyłożyć wprost? ;-)

 

Można, ale przy tak prostej historii, to albo by mi powstał infodumpowy susz, albo jakieś wielkie coś. O.o 

Ale przez te wszystkie komentarze to ja mam teraz zamiar powstać taaaakie wielkie coś. Wielkie w sensie objętościowo wielkie. xD

 

Poetycko, onirycznie, nastrojowo… Spodobały mi się Twoje czerwone motyle. Jak dla mnie dużo w Twoim tekście symboliki, sporo emocji i bardzo dużo niedopowiedzeń, które sprawiają, że opowiadanie nabiera dodatkowej magii. Bardzo dobrze się czytało.

Klikam bibliotekę :)

 Ale ja chciałam pierwsza. :<

:p

Ale ja jestem tu gościem. O gości trzeba dbać. ^^

Ale przez te wszystkie komentarze to ja mam teraz zamiar powstać taaaakie wielkie coś. Wielkie w sensie objętościowo wielkie. xD

Jakbyś potrzebowała bety, to mam parę nowych, fajnych narzędzi tortur. ;-)

Polecam się. :-)

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Katiu, miło Cię tu widzieć.

 

Cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało. Dziękuję za kliczka! 

Pozdrawiam cieplutko! :)

 

CM,

 

Ale ja jestem tu gościem. O gości trzeba dbać. ^^

 

 

To żeś mnie zagiął. O.o

Dobra, masz tę piosenkę: 

 

https://www.youtube.com/watch?v=-3b6hDCIeDk

 

 A Ty o jakiej myślałeś? ;)

 

Jakbyś potrzebowała bety, to mam parę nowych, fajnych narzędzi tortur. ;-)

Polecam się. :-)

 

Oooo… Ok, a to może być ciekawe. :p Dziękować! Zapamiętam sobie. ;)

 

Hej, Saro :)

Szort zdecydowanie należący do tych pięknych, jednak cały czas spodziewałam się czegoś więcej. Więcej wymaganej nastrojowości i klimatu. Czegoś co mogłoby i mnie złamać serce. A spodziewałam się tego ze względu użytych motyli (piękny pomysł swoją drogą!) i z powodu początku, który to przygotowuje mnie na coś smutno-pięknego, bo tekst jest ładnie napisany. Jednak potem jakoś wszystkie emocje uleciały. Może gdybyś napisała jeszcze trochę… Moim zdaniem nie sprawdził się szort w opowiadanej przez ciebie historii – czasem dobrze jest coś zostawić wyobraźni czytelnikom, lecz w tym przypadku chciałabym poznać historię tej niezwykłej dziewczyny (i jej niezwykłych motyli) trochę bardziej ;)

Wiem, że mogłoby być więcej głębi, bo widać, że potrafisz świetnie pisać. Po prostu czegoś mi zabrakło. Czuję niedosyt.

Jednak wielki plus za sam pomysł, początek i tytuł.

 

Powodzenia w dalszym pisaniu! :) 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Ktoś tu czytał Marqueeeeeza :> Chociaż mówiłaś, że Stu lat samotności nie? A jednak te motyle…

 

Barwna wizja, oryginalny pomysł, szczypta świeżości – znalazłam w twoim opowiadaniu rzeczy, które bardzo cenię w prozie. Językowo może bez szału, ale pomysł i jego wykonanie sprawiły, że czytałam z zaciekawieniem do końca. Realizm magiczny ci służy, Saro.

 

Ciekawy tytuł.

 

Szkoda, że tekst to takie maleństwo. Chciałabym więcej :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Ładny, melancholijny tekst.

Przez moment zastanawiałem się czy bohaterka nie jest jakąś zjawą błąkającą się po świecie, nieświadomą tego, że nie żyje. Potem jednak odrzuciłem tą interpretację, a przynajmniej dosłownie, bo nadal kobieta może wydawać się przezroczysta, przez nieszczęścia które je spotkały (i ja mam w głowie, że to nie tylko to złamane serce, a ogólnie przebywanie w tym niezbyt przyjaznym świecie).

Napisane gładko i sprawnie. Jedyna rzeczy którą potencjalnie bym zmienił to nagłość zakończenia. Wydaje mi się, że jeszcze kilka tysięcy znaków bym dołożył do opowiadania :).

 A Ty o jakiej myślałeś? ;)

Jak zobaczyłem to “Aleksander, Aleksander…” to od razu mi się skojarzyło z “Alejandro, Alejandro”. ;-)

Oooo… Ok, a to może być ciekawe. :p

No dla mnie na pewno. :D

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Hej, LanaVallen! :)

 

Szort zdecydowanie należący do tych pięknych, jednak cały czas spodziewałam się czegoś więcej. Więcej wymaganej nastrojowości i klimatu. Czegoś co mogłoby i mnie złamać serce.

 

Nie chciałam przedramatyzować. ;)

 

czasem dobrze jest coś zostawić wyobraźni czytelnikom, lecz w tym przypadku chciałabym poznać historię tej niezwykłej dziewczyny (i jej niezwykłych motyli) trochę bardziej ;)

 

Wincyj! Wincyj! ;) Nie jesteś jedyna. Pomysł mam. Czy dam radę spiąć tyłek i napisać to porządnie, raz jeszcze, od początku i duuużo dłużej? Daliście mi do tego motywacyjnego kopniaka. <3

 

Powodzenia w dalszym pisaniu! :) 

 

Dziękuję i pozdrawiam! 

 

O, Kam_mod

 

Bardzo się cieszę, że zajrzałaś. 

 

Ktoś tu czytał Marqueeeeeza :> Chociaż mówiłaś, że Stu lat samotności nie? A jednak te motyle…

 

Jakoś w tygodniu skończyłam “Miłość…”, a “Sto lat..” mam w kolejce. Ale może, podświadomie, po rozmowie o Marquezie, gdzieś w główce latały te motyle. :)

Przyznaję, że bardzo mnie Twój komentarz uradował, Kam. Wiem, że szału ni ma, ale dałaś mi pozytywnego kopa. :)

 

Szkoda, że tekst to takie maleństwo. Chciałabym więcej :)

 

Myślę, że da się coś zrobić. :) 

Raz jeszcze dzięki! <3

 

Edwardzie, dzień dobry! :)

Dziękuję za wizytę i komentarz!

 

(i ja mam w głowie, że to nie tylko to złamane serce, a ogólnie przebywanie w tym niezbyt przyjaznym świecie).

 

To Twoja interpretacja jest w punkt. Ale żeby nie było aż tylu niejasności i dowolności w interpretacji, to faktycznie należy ten tekst rozwinąć. 

 

Jedyna rzeczy którą potencjalnie bym zmienił to nagłość zakończenia. Wydaje mi się, że jeszcze kilka tysięcy znaków bym dołożył do opowiadania :).

 

O, kolejny wniosek. ;)

Przyjmuję wyzwanie! :D

 

CM,

 

Jak zobaczyłem to “Aleksander, Aleksander…” to od razu mi się skojarzyło z “Alejandro, Alejandro”. ;-)

 

xD

No, faktycznie podobne. :D

 

Smutne, melancholijne, z twistem.

 

We mnie ten Aleksander w połączeniu z morzem skojarzył się z mitami wokół Aleksandra Wielkiego i jego siostry – nimfy morskiej, ale to skrzywienie zawodowe ;) W rezultacie odkopywanie budynków na polu po bitwie wzięłam za wykopaliska archeologiczne…

http://altronapoleone.home.blog

Cześć, drakaino. 

 

Miło mi, że zajrzałaś i za ciekawy komentarz dziękuję. 

A taka interpretacja też fajna. 

 

Pozdrawiam, 

trzymaj się ciepło! 

Baśń taka smutna, fabularnie dość prosta.

Dwa razy udało Ci się mnie zaskoczyć, raz gdy w sielankowej scenie dziewczyna patrząca w morze nagle rzuca się ze skał. Drugi raz w scenie z poławiaczem krabów, kiedy okazuje się, ze nasza zakochana panna, wcale nie jest taka niewinna.

 

Wtedy na to w ogóle nie zwróciłem uwagi, bo scenę zdominowało gburowate zachowanie poławiacza, ale teraz, już z perspektywy czasu, to zastanawiam się, jako to było z tą jej miłością, skoro oddawała się innym.

 

Ogólnie dość ładnie piszesz. Miałaś wizję motyli i ich analogię do serca, a fabułę właściwie potrzebowałaś tylko po to, by ubrać tę wizję w słowa.

 

Dwie sugestie od strony warsztatowej:

 

1) Ogranicz użycie imiesłowów, szczególnie w zdaniach, gdzie jeden już masz.

Naila siedziała na skraju skalnej półki, obserwując kruche stworzenia, nie rozumiejąc,

Taką konstrukcję zdania widziałem w tym szorcie kilka razy i nie wydała mi się atrakcyjna.

 

2) Częściej stosuj podmiot domyślny. Bardzo dużo masz tej Naili, nie wszędzie jest potrzebna. Czasem wystarczy żeński zaimek, czasem zamiennik.

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Ładne to było, smutne. Dałabym postapo w tagach, bo od razu mi się tak skojarzyło, a i z Twoich komentarzy wynika, że trafnie :)

Motyle kojarzą mi się z ludźmi, których w jakiś sposób straciła, jakby był to jakiś sposób pocieszenia, wynagrodzenia jej straty. Na końcu dołącza do nich Aleksander, bo odtrącenie też jest stratą.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Chrościsko!

 

Fajnie, że udało się zaskoczyć, chociaż to akurat nie było planowane. :D

 

to zastanawiam się, jako to było z tą jej miłością, skoro oddawała się innym.

 

Przyznaję, że tu przydałoby się więcej wyjaśnień, głębszy profil psychologiczny bohaterki, bo że oddaje się za jedzenie i picie, to chyba za mało. 

 

Bardzo dziękuję za rady odnośnie pisania! :)

 

Hej, Irka_Luz

 

Miło, że zajrzałaś. A faktycznie, postapo pasuje. 

 

Motyle kojarzą mi się z ludźmi, których w jakiś sposób straciła, jakby był to jakiś sposób pocieszenia, wynagrodzenia jej straty. Na końcu dołącza do nich Aleksander, bo odtrącenie też jest stratą.

 

Bardzo dobrze! :)

Dzięki za wizytę i komentarz.

 

Nowa Fantastyka