- Opowiadanie: Realuc - Nie dotrzymasz słowa, Apoloniuszu

Nie dotrzymasz słowa, Apoloniuszu

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Nie dotrzymasz słowa, Apoloniuszu

1 listopada

2099 roku

 

 

Jesienne liście w jedną noc zdążyły zasypać czarną, marmurową płytę grobu.

Bezdomny zgarnął je do reklamówki i kucnął. Brudną opuszkę palca przytknął do złotej ramki zdjęcia, na którym widniała uśmiechnięta twarz żołnierza w mundurze. Spojrzał na zdobiony krzyż. Przeklął Boga w myślach po czym z trudem rozprostował schorowane kolana. Roztarł zziębnięte dłonie i rozejrzał się. 

Nikogo.

Na Szewską pójdzie żebrać później. Albo dopiero jutro. W ten dzień jeszcze trochę pokręci się po wojskowym cmentarzu. Może spędzi nawet na nim cały dzień. W końcu kiedy ma mieć większą nadzieję na to, że ktoś przyjdzie, jak nie pierwszego listopada. Zaszył się pod starym klonem. Rozejrzał raz jeszcze.

Nikogo.

Nikt nie odwiedza jego własnego grobu. 

 

 

 

7 maja

2092 roku

 

 

– Tato, zagrajmy jeszcze jeden mecz!

Chłopiec zdjął okulary do konsoli i błagalnie uczepił się nogawki ojca.

– Alek, naprawdę muszę już iść. Lecę ratować świat, pamiętasz? Takie sprawy nie mogą zaczekać, a nasz mecz może. Jak tylko wrócę, to rozłożę cię dziesięć do zera.

– Chciałbyś!

Mężczyzna pocałował syna w czoło i udał się do pokoju córki. Zajrzał przez lekko uchylone drzwi. Po pokoju spacerowali hologramowi bohaterowie z jej ulubionego serialu. Zapukał nieśmiało i zapytał:

– Mogę?

Cisza. Wszedł, wyłączył odcinek i usiadł na łóżku obok nastoletniej dziewczyny. Jej twarz niczego nie wyrażała. Była nieruchoma i obojętna, choć dobrze wiedział, że pod tą maską wiele się dzieję.

– Nie zamierzałaś się ze mną pożegnać? – zapytał w końcu.

Skorupa pękła szybko i łzy natychmiast zmoczyły rękaw koszuli. Długo płakała w ramię ojca, nim zdołała wydobyć z siebie pierwsze słowa:

– Nie znoszę cię! Dlaczego nam to robisz?

– Lenka…

Tam jest ważniejsze, niż tu?

Przytulił ją jeszcze mocniej, bo tylko tyle mógł zrobić. Miała już piętnaście lat, a on nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Słów, dzięki którym by go zrozumiała.

– Wróć szybko – powiedziała jeszcze i wyszła z pokoju.

Stanął przed drzwiami wyjściowymi. Zarzucił wielką, skórzaną torbę na ramię i czekał. Choć żegnał się już z nią niejeden raz, wiedział, że przyjdzie. Jeszcze ten jeden raz spojrzeć mu w oczy. Tak na wszelki wypadek.

Przyszła.

Oparła głowę o pierś męża. Zaplotła ręce na jego twardych, wyrzeźbionych plecach. Wyszeptała:

– Tym razem nie opuść urodzin Lenki.

– Zdążę, obiecuję. Kocham cię, Saro.

– Ja ciebie również, Mika. Ja ciebie również.

 

 

 

6 grudnia

2099 roku

 

 

Tam jest ważniejsze, niż tu?

Słowa córki, mimo upływu lat, wciąż uporczywie wędrowały w myślach. A najgorsze w tym wszystkim było to, że i dziś nie wiedziałby, co ma na nie odpowiedzieć.

– Proszę bardzo. – Jakiś grubas przebrany za Mikołaja niespodziewanie wręczył Mice cukierek. Ten wziął zapakowaną w sreberko krówkę, ale chwilę później wręczył pierwszemu napotkanemu dziecku. Mimo oburzenia matki, dziewczynka zabrała cukierek nie zwracając uwagi na wygląd bezdomnego i rzekła:

– Dziękuję. Masz brodę jak Mikołaj ale chyba zgubiłeś gdzieś strój.

– Racja. Pewnie wypadł mi z sań, jak leciałem dziś w nocy do Krakowa. Miłego dnia, ho ho ho – odpowiedział Mika ignorując szarpiącą córkę kobietę. Zdążył już zobojętnieć na to, jak postrzegają go ludzie.

Na rynku tłumnie, jak to przed świętami. Minął świąteczny jarmark, na którym w tym roku królowały psy-roboty. Zgarnął z kurtki sztuczny śnieg, którym sypały drony i wlazł we Floriańską. Trzeba było zdobyć kilka monet. W czasach, gdzie namacalny pieniądz niemal zniknął z obiegu, zadanie to nie było takie proste. A konkurencja przecież niemała. Przez pierwszy rok, gdy był do tego zmuszony, czuł się jak najgorsze ścierwo. Przez drugi i kolejny, pałał do siebie odrazą i miał wrażenie, że ludzie patrzą na niego jak na wijącą się na chodniku glistę. Jeden na tysiąc przeniósłby na trawę, reszta, mniej lub bardziej świadomie, rozdeptałaby robala. Teraz? Teraz robił już to zupełnie machinalnie i traktował jak rutynową czynność, która nie wzbudzała żadnych emocji.

Rozsiadł się na kartonie pod ścianą salonu nowej marki papierosów, które to ponoć w ogóle nie szkodzą. To było dobre miejsce. Wielokrotnie musiał obić niejedną mordę innych żebraczy, którzy uzurpowali sobie prawo do tego rejonu, aby w końcu dali spokój. Owinął się kocem, choć wcale nie musiał, gdyż miał naprawdę porządną kurtkę, tak samo jak resztę ubioru. Brudne, śmierdzące, ale spełniające swoją rolę ciuchy. W końcu parę lat temu zbierał na nie kilka miesięcy.

Pierwsza moneta zabrzęczała w słoiku. Nawet nie zdążył dostrzec, kto z tego pędzącego tłumu ją wrzucił. Satysfakcja z każdego podarunku była o tyle duża, iż wiedział, że zbiera na szczytny cel. Nie na wódę, a na coś, co miało w końcu uleczyć jego duszę i ciało. Jeśli dobrze pójdzie, to zdąży jeszcze w tym wieku.

Szczelniej owinął się kocem i zaczął udawać, że trzęsie się z zimna.

 

 

 

10 maja

2092 roku

 

 

– Buldogi na ryje i wpierdalamy gaz przez okna. Wasza trójka głównym wejściem, reszta obstawia tył. Jasne? I nie puszczać mi żadnych dronów, biedaki! W okolicy pełno gwiazdojebów.

– Tak jest, mamo!

Jeep zatrzymał się na obrzeżach Al Ajban. Mika wylazł zaraz za generałem, zanurzając podeszwy wojskowych buciorów w piachu. W oddali widać było podniebną dzielnicę Dubaju. Przy niej taki Kraków wydawał się ulepioną z gliny wioską. Gdy cała ósemka była gotowa, ruszyli wydmami w stronę pierwszych zabudowań. Skryci pod płaszczem nocy, jeden za drugim, z karabinami w pogotowiu. Mika zrównał się na moment z dowódcą.

– Apoloniuszu, szybka akcja i wracamy, prawda? Tym razem nie ściemniałeś?

– Generale, kurwa! Jesteśmy na misji, Mika. Poza tym, gdzie znowu się tak spieszysz? Żona nigdzie nie ucieknie.

– Lena ma urodziny czternastego. Muszę na nich być.

– A ty kim w końcu jesteś, hę? Bohaterem narodowym czy pieprzonym tatusiem dmuchającym balonowe kucyki? Skup się na misji. Jak się wszystko uda, zdążysz jeszcze nawet upiec jej tort.

– No i to rozumiem, Apo… to znaczy, generale.

Wślizgnęli się pomiędzy pierwsze domy. Białe ściany nie były najlepszym kamuflażem, dlatego szybko przebiegli za starą ciężarówkę. Apoloniusz wskazał na niski budynek na rogu niewielkiego placu. Odczekali, aż bezpański kundel zniknie z pola widzenia, ruszyli.

Akcja była szybka.

Założyli maski, rozdzielili się. Przez uchylone szyby poleciały granaty gazowe. Mika z trójką kompanów obstawili tyły. Przycupnęli za ceglanym murkiem, mierząc w wąskie drzwi. Szybko jednak dostali sygnał na chipowe nadajniki, że sytuacja jest już ogarnięta. Mika wyłamał kopniakiem lichy zamek i wparował do środka jako pierwszy. W oparach gazu dojrzał leżącego na ziemi mężczyznę, kobietę oraz dwójkę dzieci. Chłopiec i dziewczynka. Chwilę później kieszonkowy dron o wdzięcznej nazwie wchłaniacz, szybko zrobił swoje, pozbywając się z pomieszczenia skutków rzuconych granatów. Żołnierze ściągnęli maski i przyjrzeli się uśpionym.

– Typ nie wygląda na nowego Bin Ladena. Raczej na indyjskiego Janusza – stwierdził Mika.

– A Lurczewski wyglądał wam na takiego, kto w dwa tysiące siedemdziesiątym wywoła wojnę z Wielką Rosją? No właśnie.

Apoloniusz wyciągnął gnata, stanął nad leżącym mężczyzną i powiedział pełen powagi:

– Słuchajcie mnie teraz uważnie. Ten oto gość pracował dla IA nad nową wersją atomówki świetlnej. Wbrew ugodom. Oficjalnie. Nieoficjalnie był tylko szarym pracownikiem wojskowych laboratoriów. Niekiedy jednak sytuacja wymaga ofiar. Musicie to wiedzieć, bo jestem z wami szczery. Zawsze. A mówię to teraz, bo nie chciałem, aby przed misją rozpraszało kogoś rzępolenie sumienia.

Generał wypuścił na wolność kolejny kieszonkowy dron, tym razem taki, który potrafi wywołać zaprojektowane wcześniej hologramy niedające się odróżnić od rzeczywistych przedmiotów. I tak mały robot szybko włożył w leżące ciała, również te dziecięce, karabiny. Rozsypał na podłodze łuski a na stole kartki wypełnione arabskim pismem. Dodał jeszcze parę istotnych szczegółów i czekał na finał, aby uwiecznić wszystko zdjęciami. 

– To wszystko to był teatrzyk? Mogliśmy równie dobrze zaparkować pod drzwiami i wpaść tutaj z pistoletami na wodę? Po co to wszystko? – Mika nie mógł uwierzyć w to, czego jest świadkiem.

– Mika, daj spokój. Wykonuję tylko rozkazy, tak jak i wy. Koncerny szykujące przeniesienie świata komunikacji z ulic w przestworza potrzebują pewnych surowców, które są w tych rejonach. Ich członkowie to w tym momencie najbogatsi i najbardziej wpływowi ludzie na świecie. Rządy pracują dla nich, nie odwrotnie. A my pracujemy dla rządu. Nie mamy w tej hierarchii prawa głosu. Jak się zatem już domyślacie, wywołanie wojny jest pretekstem do położenia łap na jakimś zasranym paliwie przyszłości, które będzie zasilało latające autka. Historia dobrze znana, prawda? Nie nam to roztrząsać, zakończmy robotę i…

– Zakończmy robotę? Tak po prostu? Nie sądziłem, że można tak bardzo się pomylić co do człowieka, którego zna się od dziecka. Człowieka, który zastąpił ojca i wychował nie tylko na żołnierza, ale na kogoś pełnego zasad. Do człowieka, za którego dałbym sobie uciąć rękę, a nawet dwie, że do pewnych rzeczy się nie posunie. Mówisz, że nie mamy wyjścia? Że musisz zastrzelić tych niewinnych ludzi, podstawić fałszywe dowody ich zbrodni i wykonywać rozkazy tych z góry? Dobrze. Ale ja w takim razie pierdolę taką górę, pierdolę takie rozkazy, i pierdolę ciebie, Apoloniuszu.

Mika rzucił na podłogę karabin. Generał nie odpowiedział, założył tłumik. Reszta milczała. Cztery strzały, jeden po drugim.

Koniec misji.

 

 

13 maja

2092 roku

 

 

Marszałek Orchowski i generał Apoloniusz siedzieli po jednej stronie stołu, po drugiej zaś siedział Mika. Trzymał na blacie skute dłonie, nerwowo gniotąc palce.

– Wiesz, dlaczego tu jesteś? – zapytał marszałek.

– Tak. Bo Wojsko Polskie okazało się sprzedajną kurwą, która zdejmuje kieckę przed amerykańcami. Myślałem, że te czasy już minęły. Myliłem się i czeka mnie kara. Ciekaw jestem tylko, co wymyślicie za tę niesubordynację.

– Mika, posłuchaj… – zaczął Apoloniusz.

– W dupie mam twoje słowa! Byłeś przyjacielem mojego ojca. Razem walczyliście z Wielką Rosją. Umarł ci na rękach. Wychowałeś jego dziecko jak swoje. A teraz siedzisz po drugiej stronie barykady, próbując wmówić temu dziecku, że to, czego je uczyłeś przez całe życie, to jednak były bajeczki dla naiwnych. Chcę tylko wrócić na urodziny córki, to wszystko. Porozmawiać z rodziną. Potem mnie zamknijcie, zróbcie co chcecie.

– Są pewne problemy. – Pomarszczona twarz Orchowskiego dziwacznie się wykrzywiła. – Po pierwsze, zależy nam tylko na jednym. Mianowicie na tym, abyś siedział cicho. A tego zapewnić na żaden sposób nam nie jesteś w stanie. Po drugie, twoja córka mogłaby się przestraszyć widząc na swojej imprezie zombie, bowiem w mniemaniu jej jak i twojej rodziny, od jakiś trzech godzin jesteś trupem. Miny to przecież zdradzieckie kurwy.

– Skurwysyny!

Mika rąbnął pięściami o blat, a pilnujący dron szybko uspokoił go paralizatorem.

– Walczyłem o ciebie, Mika! – Oczy Apoloniusza zrobiły się wilgotne. – Pamiętasz, co ci kiedyś powiedziałem? Pozwoliłem umrzeć twojemu ojcu, ale póki żyję, nie pozwolę umrzeć tobie. I słowa dotrzymałem, bo zawsze go dotrzymuję. Chcieli cię zabić, tu, dziś, na miejscu. Ale zrobiłem, co mogłem.

– Chcę zobaczyć moją rodzinę. Po tych wszystkich latach służby należy mi się chociaż to. Nie możecie mi zabrać tego prawa. Nie możecie.

– To niemożliwe. – Głos marszałka był przez cały czas jednakowo suchy i beznamiętny. – Jak mówiłem, jesteś trupem. Twoja rodzina straciła mieszkanie, gdyż to dostałeś od państwa w czasie służby, a ta, jak wiesz, już się skończyła. Ale spokojnie. Otrzymają inne, z dala od tego zatłoczonego miasta ze srającymi wszędzie gołębiami. Nie zobaczą zwłok, bo też rozczłonkowane ciało nie jest przyjemnym widokiem. Ale tą kwestią również się nie martw. Zadbamy o piękny grób na wojskowym cmentarzu, wszystko według zasad. Będą cię mogli odwiedzać. Ty również dostaniesz mieszkanie, nową tożsamość, a nawet nowy wygląd. W końcu zbliżamy się do dwudziestego drugiego wieku. Zaczniesz nowe życie. A jeśli będziesz próbował coś kombinować, dowiemy się o tym od razu, gdyż od dziś masz w sobie coś, dzięki czemu każdy twój krok oraz każde słowo będzie nam dobrze znane. Możesz być wdzięczny swemu przyjacielowi, w innym przypadku mógłbym zakończyć tę wypowiedź na pierwszym wypowiedzianym zdaniu.

– Prędzej zamieszkam na ulicy niż cokolwiek od was przyjmę. Nigdy się siebie nie wyrzeknę. 

– To już twoja wola. Szkoda, że nie udało się jeszcze opracować czegoś, co usuwałoby pamięć. Byłoby o wiele mniej zachodu z tym wszystkim, prawda? A teraz koniec gadki.

Mika osunął się na oparcie krzesła, uśpiony niespodziewanie przez dron.

 

 

31 grudnia

2099 roku

 

 

Tego poranka odwiedził swój grób po raz ostatni. Wtedy też zrozumiał w końcu, dlaczego przychodził tu każdego dnia.

Choć żona i dzieci zamieszkali gdzieś daleko, przez pierwszy rok często odwiedzali cmentarz. Nie musiał się ukrywać bo i tak by go nie poznali. Chodził więc tam i z powrotem, przyglądając się ich łzom, których z każdym dniem było coraz mniej. Nigdy nie odważył się odezwać słowem, nie pomyślał nawet, aby spróbować się ujawnić. Wiedział, że mogło przynieść to więcej złego niż dobrego. Niech myślą, że umarł w chwalebnej misji ratowania świata. Niech myślą, że był bohaterem. Niech myślą, że jest teraz w lepszym miejscu. Tak jest lepiej. Łatwiej.

W kolejnych latach pojawiali się nad grobem coraz rzadziej, aby w bieżącym roku nie zjawić się nawet pierwszego listopada. Zapomnieli o nim? Stał się obojętny? A może coś złego się wydarzyło? Ta niewiadoma przynosiła najgorszy rodzaj bólu.

W ten ostatni dzień grudnia również szedł na cmentarz z nadzieją ich zobaczenia. Z nadzieją zobaczenia chociaż jednego znicza, w którym pali się mały płomyczek.

Pokrywa grobu okazała się jednak pusta i zimna.

Stał nad swą mogiłą jeszcze długo, aż w końcu podszedł do niego zakapturzony mężczyzna. Wręczył mu niewielką paczkę i liścik:

 

Fajerwerki. Należy się piętnaście tysięcy, wedle umowy. Szczęśliwego nowego roku.

 

Mika przekazał facetowi reklamówkę pełną pieniędzy. Rozeszli się bez słowa.

Potem szybko znalazł się w podziemnym pociągu do Warszawy, tak więc nie mógł już zobaczyć, jak jego grób odwiedza małżeństwo z malutkim dzieckiem. Kobieta wyciągnęła z torby duży znicz, zapaliła wkład, położyła na marmurowej płycie. Na wieku zawiesiła jeszcze drewnianą tabliczkę z napisem:

 

Twoja Lenka.

 

 

*

 

Warszawa szykowała się do sylwestra.

Mika również przygotował już swoje fajerwerki. Zgrabnie zamocował je pod kurtką, przy pasie. Stał przed willą samotnego emeryta, marszałka Orchowskiego i patrzył, jak ten snuje się po pięknie urządzonym salonie. 

 Nagle przed oczami ukazała mu się twarz dawnego przyjaciela. Przyjaciela, któremu w jakiś sposób nawet wybaczył. W pewnym stopniu zrozumiał. Na pewno pomogła w tym zrozumieniu wiadomość, którą otrzymał od samego Apoloniusza. Przekazał ją Mice niby przypadkowy człowiek na ulicy. W niej generał opisał, jak to marszałek groził mu i jego rodzinie, kiedy wykazał niechęć do wykonania pamiętnej akcji w Al Ajban. Jak był uwiązany na jego smyczy, wybierając zło tylko dlatego, aby ocalić bliskich.

Po tym zdarzeniu Mika zaplanował swoją ostatnią misję. 

Podszedł pod drzwi. Nacisnął dzwonek. Otworzył staruszek z obwisłymi, pomarszczonymi policzkami i wysapał:

– Nie mam pieniędzy, won łajzo!

Mika uśmiechnął się pod skołtunioną brodą, położył palec na mechanizmie odbezpieczającym i rzekł, choć wcale nie do Orchowskiego:

– Nie dotrzymasz słowa, Apoloniuszu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Cześć, Realucu!

Przepełnione emocjami opowiadanie z ciekawym pomysłem na nowoczesne podejście do życia po śmierci. Szkoda tylko, że takie to życie samotne, prawda? Historię mimo pocięcia na flashbacki i migawki z teraźniejszego życia bohatera czytało się bardzo dobrze, bez zgrytów, co i jak czy kto jest kim. Podoba mi się też jak w taki nienachalny sposób oddajesz atmosferę Krakowa w trakcie jarmarków świątecznych – w sumie podobnie to zapamiętałam. Co nie do końca zagrało to chyba w części, gdzie opisuejsz feralną akcję mógłbyś pokusić się o troszkę więcej szczegółów budujących klimat innego oraz samej akcji. Niemniej to może też być kwestia gustu chyba. Za nutkę nieprzesadniej melancholii i pierwszy powiew klimatów świątecznych będzie klikane. 

Podzrawiam

Oidrin, witaj! ;) Dzięki za pierwszy komentarz. Co do świątecznych jarmarków Krakowskich to osobiście omijam je już jak tylko mogę. Co roku to samo na stoiskach plus tłum ludzi. Tylko dronów i psów-robotów brak :P Zbliża się powolutku grudzień więc postanowiłem, że nieśmiało świąteczne akcenty wplotę. A co do wspomnianej akcji, cóż. Ostatnio jakoś mi odbiło na punkcie dynamiki, krótkich acz znaczących opisów itp. Zapewne czasami zdarzy mi się z tym przesadzić :( Pozdrawiam

Ojtam, przesadzić od razu, to taka luźna sugestiawink. Najważniejsze, że całość kompozycji grała, a coś dodać czy ująć można zawsze. 

Prosta historia. Mocno grasz emocjami. Prawie za mocno, jak na mój gust.

No, ale to bardzo nieładnie, kiedy państwo (albo jakaś reprezentująca je instytucja) zostaje dziwką. To chyba przemówiło do mnie najmocniej.

Babska logika rządzi!

Hej Finklo! Cieszę się, że się zgadzamy, gdyż ja również uważam, że to nieładnie. Ble. Fuj. Dzięki, że wpadłaś! ;)

Realucu, walnąłeś mnie tą historią prosto w łeb. Walnąłeś naprawdę mocno.

W krótkich żołnierskich słowach opisałeś zdarzenie, po przeczytaniu którego już żadne doniesienie o działaniach na misjach nie będzie w stanie mnie przekonać, że to, co się tam dzieje, dzieje się ku chwale i z myślą o lepszym jutrze.

Cóż, pozostaje mi udać się do klikarni. ;)

 

Choć że­gnał się już z nią nie jeden raz, wie­dział, że przyj­dzie. ―> Choć że­gnał się już z nią niejeden raz, wie­dział, że przyj­dzie.

 

któ­rzy uzur­po­wa­li sobie tej rejon… ―> …któ­rzy uzur­po­wa­li sobie prawo do tego rejonu

 

po­ło­że­nia łap na ja­kimś za­sra­nym pa­li­wie przy­szło­ści, który bę­dzie za­si­lał la­ta­ją­ce autka. ―> Paliwo jest rodzaju nijakiego, więc: …po­ło­że­nia łap na ja­kimś za­sra­nym pa­li­wie przy­szło­ści, które bę­dzie za­si­lało la­ta­ją­ce autka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć!

 

Intrygujące opko, napisane sprawnie, z przesłaniem. Polska kolejnego przełomu wieków, drony sypiące śniegiem, robo-psy, s-f jak się patrzy. Luzik. Dom bohatera z tymi wszystkimi hologramami – no w końcu to prawie 22 wiek. Tylko ci żołnierze… jacyś tacy mało wojskowi. I ich zachowanie trochę też. Bohater z rodziną, ok, to gra, potem pożegnanie. Natomiast późniejsza akcja…

Generalnie, żołnierze planują co i jak zrobią (nawet w polskim wojsku) przed zadaniem, nie w trakcie. Również po to, by uniknąć takich sytuacji. Poza tym, nikt raczej nie wysyła na robotę generała i gościa, którego on “wychował”. Zwłaszcza na takie zadanie. Do takiej roboty raczej wybierasz takich, co nie mają obiekcji, również po to, by uniknąć takich sytuacji, jak opisana. Profil osobowości bohatera kompletnie nie pasuje to tego, do czego został wykorzystany. 

Rozumiem, co chciałeś przekazać w tekście, i ten pomysł całkiem mi się podoba, ale motyw z akcją wojaków jest pod to strasznie naciągnięty jak dla mnie. I jak dla mnie to przyćmiewa resztę. Tyle.

 

Z kwestii edycyjnych:

Wielokrotnie musiał obić niejedną mordę innych żebraczy, którzy uzurpowali sobie tej rejon, aby w końcu dali spokój.

Powinno być “ten”

Przez uchylone szyby poleciały granaty gazowe.

Okna brzmiało by chyba lepiej

 

Pozdrawiam!

 

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

reg, jakkolwiek głupio to zabrzmi, bardzo się cieszę z faktu, iż udało mi się walnąć Ciebie w łeb :D Tym tekstem, rzecz jasna ;) Błędy poprawione (kurczę, jak sobie przypomnę, jak ze trzy lata temu pod moim tekstem wypisywałaś dłuuugą ścianę poprawek, a teraz tylko tyle – najlepsze odzwierciedlenie rozwoju :)). No i dziękuję za wizytę w klikarni ;)

 

krar85, wielkie dzięki za komentarz. Rozumiem Twoje rozterki dotyczące działań wojska. Nie chciałem tego wątku zbytnio rozciągać i wgłębiać się w szczegóły przygotowawcze tejże akcji. To, że generał mówi przed wysiadką co mają robić, to nie znaczy że przedstawia plan po raz pierwszy. Zwyczajnie, skrótowo go przypomina. Przecież mieli ze sobą maski itd. więc już wcześniej wiedzieli, jaki jest plan działania. Profil bohatera… w tym aspekcie myślę, że chyba większość żołnierzy (taką mam nadzieję) służy jednak z dobrym nastawieniem i słusznymi racjami z tyłu głowy. Jasne, że mogli wziąć zwykłych szaraków, ale byłoby to mniej wiarygodne. Kiedy oficjalnie akcja ma wielką wagę, wysyła się najlepsze oddziały i najlepszych dowódców. A ta dwójka była nierozłączna do pewnego czasu. Tak ja to widzę, choć jak mówiłem, rozumiem Twój punkt widzenia. Dzięki raz jeszcze za wszystkie spostrzeżenia :)

Pozdrawiam!

Hej! Tak, koncepcja opowiadania i historia podobają mi się zdecydowanie, problematyka też. Wykonanie też niezłe, natomiast obiekcje mam właśnie do pokazanego wojska. Wojsko to nie przyjaźń, to nie rodzina. Wojsko to wojsko. Z tego co widziałem, to niewielu ludzi do wojska faktycznie idzie (chociaż są i tacy, i bardzo dobrze), większość do wojska raczej przed czymś niestety ucieka. Do takiej akcji, tak mi się przynajmniej wydaje, nie wyznaczasz typa, który ma rodzinę i dzieci. To jest tak jakby marnowanie pieczołowicie szkolonego człowieka, i ryzykowanie powodzenia całej operacji.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Realucu, o walnięciu napisałam nie w ramach skargi, a raczej jako zadowolona czytelniczka. A skoro walnięcie i Tobie sprawiło radość, obojgu nam pozostaje tylko się cieszyć. Mam nadzieję, że w międzyczasie opanujesz jeszcze kilka różnych ciosów, którymi powalisz czytelników na kolana. ;)

I życzę Ci dalszego tak skutecznego rozwoju, bo nie ukrywam, że zdecydowanie wolę skupić się na tekście, niż na wyłapywaniu usterek. ;)

Jak to dobrze, że klikarnia jest tak blisko, w dodatku czynna całą dobę, także w niedzielę i święta! ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

krar85, niby rozsądnie prawisz, jednak z drugiej strony mogli myśleć, że ktoś tak całkowicie oddany wojsku, kto każde wezwanie i wyjazd traktuje w pewnym sensie wyżej niż rodzinę, wychowany przez generała, nigdy się temu wojsku nie sprzeciwi, nawet mimo własnych poglądów. Także patrzę na sprawę w dwojaki sposób. I cieszę się, że poza tą kwestią tekst Ci się spodobał ;)

 

reg, na ringu pisarskim spędzam większość wolnych chwil (choć tych ostatnio mało i brakuje czasu na czytanie innych tekstów :( ) więc myślę, że opanuję jeszcze kilka skutecznych ciosów. A i może zdarzy się kiedyś jakiś nokaut, kto wie…

;)

Na pewno się zdarzy, wszak trening czyni mistrza! ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poruszasz ciekawą problematykę, bardzo dużo tu emocji – co dla mnie stanowi wartość dodaną :) – sama historia też mi się podoba. Poza tym dobrze mi się czytało. Gdzieniegdzie dodałabym chyba przecinki, ale z pewnością nie jestem specjalistką od interpunkcji :) Na plus też opis Krakowa. Klikam bibliotekę :)

O, Katiu, hej! Jakoś tak dawno Cię nie widziałem (nie czytałem znaczy) :) Miło, że dostrzegłaś tyle plusów. Przecinku zaś stanowią jedną z moich słabszych stron, więc pewnikiem można wcisnąć w niejednym miejscu :o Dzięki i pozdrawiam!

Cześć Realuc :)

 

Przeczytałem Twoje opowiadanie z prawdziwą przyjemnością. Prosta historia, proste przesłanie, emocji w sam raz – jakoś nie odczułem ich nadmiaru, co gdzieś się przewinęło w komentarzach. Lubię takie opowiadania. Choć kocówka nie zaskoczyła, bo od momentu, w którym Mika idzie żebrać i rzuciłes tym zdaniem:

 

Nie na wódę, a na coś, co miało w końcu uleczyć jego duszę i ciało. Jeśli dobrze pójdzie to zdąży jeszcze w tym wieku.

podejrzewałem, że na końcu bohater wywrze jakąś zemstę, zabije się i zabierze ze sobą któregoś z mocodawców – tyle, że stawiałem na Apoloniusza.

Podobałosię :)

 

Polecam do biblioteki i pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Outta, cześć!

Wielkie dzięki, że zajrzałeś, przeczytałeś i poleciłeś :)

Wiesz co Ci powiem? Ja też z początku stawiałem na Apoloniusza :D Ale zmieniłem nieco koncepcję, i jak widać, słusznie, bo choć ociupinkę zaskoczenia to wprowadziło ;)

Obiecuję zajrzeć w tym tygodniu do Twojego elektycznego!

Pozdrawiam, 

Rl

Hej, Realuc!

Mocne opko. Podobało mi się. Jednak raczej językowo, bo fabuła dosyć ograna. Podałeś ją jednak w fajnej formie – niby nie lubię skaczącej chronologii, ale pierwszy raz od dawna nie doznałam z tego powodu chaosu i poczucia, że było to niepotrzebne i wprowadzające nieład. Z początku pomyślałam, że bohater jest duchem/jest niewidzialny i to też byłoby ok, ale to, że jest teoretycznie martwy, uderza mocnej. 

 

Jak tylko wrócę[+,] to rozłożę cię dziesięć do zera.

 

Jeśli dobrze pójdzie[+,] to zdąży jeszcze w tym wieku.

 

Po drugie, twoja córka mogłaby się przestraszyć widząc na swojej imprezie zombie, bowiem w mniemaniu jej jak i twojej rodziny, od jakiś trzech godzin jesteś trupem.

 

Albo zastąp “bowiem” słowem “ponieważ/bo”, albo “w mniemaniu jej, jak i twojej rodziny bowiem, od jakiś trzech…”, bo inaczej jest niepoprawnie ;)

 

 

Powodzenia w dalszym pisaniu! :)

 

Ps. Dobry, mocny tytuł. Przyciąga uwagę! 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

LanaVallen, hej!

Wiesz, ja też nie jestem zwolennikiem skaczącej chronologii. W tej historii była ona jednak konieczna, więc spróbowałem. I cieszę się, że nie wprowadziłem tym samym chaosu. Dzięki za przecinki i szczególiki, zaraz ogarnę ;)

No i w ogóle dzięki za komentarz, Tobie również życzę powodzenia w pisaniu ;)

Ps. Mam bzika na punkcie tytułów więc często myślę nad nimi równie długo co nad fabułą całego tekstu albo i dłużej :D

Pozdrawiam 

Wiesz, ja też nie jestem zwolennikiem skaczącej chronologii. W tej historii była ona jednak konieczna, więc spróbowałem.

Hah, a ja lubię, bo wymusza to na mnie większe skupienie na tekście. Tyle, że nie jestem pewien czy sam bym potrafił to zrobić :) Pewnie nie, chociaż taka forma, jaką Ty przyjąłeś – jakby konkretne co do daty logi, nie wydaje się tak trudna i może kiedyś spróbuję.

 

Mam bzika na punkcie tytułów więc często myślę nad nimi równie długo co nad fabułą całego tekstu albo i dłużej

Mam tak samo. Czasem mam fajny we własnym mniemaniu tytuł, a potem doklejam do niego fabułę dopiero :)

Known some call is air am

Outta, tak właśnie było z tym tekstem! Ni z gruchy ni z pietruchy w głowie zabrzmiał ten tytuł, a dopiero później powstała do niego fabuła :)

Tytuł dobry, właśnie on mnie tu ściągnął :) Zastrzeżenia mam, jak przedpiścy, do sceny z akcją wojskową – no chłopaki nie zachowują się jak w wojsku, tylko jak na jakiejś nastoletniej ustawce ;)

Z zastrzeżen bardziej ‘oryginalnych’ – na początku nastoletnia córka ogląda tv przyszłości w postaci hologramów, wszędzie latają drony, ale znicz to wyciąga z torby osobiście i go zapala? Podczas gdy już dziś mamy ‘wieczne znicze’ LED? Niby mało istotny fragment, ale sprawił, że zwątpiłam w tę wizję przyszłości.

Poza tym, podobał mi się pomysł z ‘uśmierceniem’ bohatera, jego plan na zemstę i przedstawienie wojska jako sprzedajnej dziwki ;) (tu akurat jakoś zdziwiona ani zszokowana nie jestem, wręcz skłonna jestem uwierzyć, że podobne sytuacje – wojskowi z politycznych powodów wrabiają niewinnych ludzi – miewają u nas miejsce).

Hej, Bella! Cieszę się, że tytuł Cię przyciągnął i że coś prócz niego się jednak spodobało ;) Akcja wojskowa, hm… który element/elementy przypominają nastoletnią ustawkę? A co do znicza to dlatego, że tata był tradycjonalistą, to i córa tradycyjnego znicza dała :P Poza tym, czekanie na płomyk ognia jest jakoś bardziej emocjonalne niż na leda :D Dzięki za uwagi, pozdrawiam!

Cześć :)

Ciekawy pomysł na opowiadanie. Przede wszystkim udało Ci się wykonanie, przez tekst dosłownie się płynie, całość jest klimatyczna i ciekawa. Fabuła trzyma się kupy, zaciekawia już od początku. Najpierw co prawda przeszkadzało mi ciągłe sprawdzanie tych dat, ale to pewnie dlatego, że ogólnie mam niechęć do dat. Z drugiej strony, tak, jak pisał Outta, to wymusza skupienie, więc może i dobrze. 

Zakończenie pasuje do tekstu, chociaż – i tu znowu moje prywatne odczucie – spodziewałam się czegoś, bo ja wiem, oryginalniejszego? Trudniejszego? Myślałam, że może wykombinuje jakiś sposób na to, żeby spotkać się z córką, albo znajdzie jakiś sens w życiu. Samobójstwo jest takie… łatwe i przez to do końca nie potrafię polubić bohatera. Myślałam, że będzie go stać na coś więcej.

Ale sam tekst, nie patrząc na moje odczucia, został napisany bardzo zgrabnie i ładnie. 

Pozdrawiam :)

 

Oluta, hej!

Też wolałbym, aby bohater znalazł inne wyjście. Ale niestety, w całej tej historii takie zakończenie uznałem za najbardziej odpowiednie. Choć nie wiadomo, czy nie był na granicy zmiany decyzji, zauważ. To nadzieja zobaczenia przy swoim grobie bliskich była czymś, co go podtrzymywała przy życiu. W przedostatniej scenie nie doczekał się nikogo. Być może, gdyby poczekał jeszcze parę minut i zobaczył córkę, zmieniłby decyzję. 

Ale stało się jak się stało. Tak czy siak, cieszę się, że podobało Ci się wykonanie oraz fabuła. Dzięki za komentarz i pozdrawiam ;)

Hej,

 

fajna, ciekawa historia. IMHO, masz dryg do takich mocnych historii, dobrze Ci one wychodzą yes

 

Jeżeli chodzi o zemstę, stawiałem na Apoloniusza, wydawało mi się, że tytuł też nawiązuje do mszczenia krzywd. No i pewnie łatwiej dla “tych złych”jednak byłoby zabić bohatera na początku (skoro formalnie już nie żył) niż pozwolić mu dojrzewać do wyrównania rachunków. Nie wyłapałem też jak udało się bohaterowi ominąć te zabezpieczenia, które miał niby wszczepione. No czeeeeeepiam się, wybacz wink

 

I na koniec jeszcze kilka drobiazgów:

W czasach, gdzie namacalny pieniądz niemal zniknął z obiegu, zadanie to nie było takie proste.

“w których”, “kiedy”.

 

A tego zapewnić na żaden sposób nam nie jesteś w stanie.

“w żaden”.

 

uśpiony niespodziewanie przez dron.

“drona”. Dlaczego by nie odmienić?

 

 

Pozdrawiam!

Exit light

Hej, Baz! Przyjmuję Twe czepialstwo na klatę :D A jeśli chodzi o konkrety to: Tytuł nawiązuje do obietnicy, jaką kiedyś Apoloniusz złożył bohaterowi (że póki żyje nie da go zabić). Bohater robi kaput samoczynnie, więc tym samym sprawia, że Apo nie dotrzymuje slowa.To również wiąże się z tym, że zamiast zwyczajnie go zlikwidować, ulegają prośbą generała i zostawiają przy życiu w takiej formie. A o zabezpieczeniach nie zapomniałem. Zauważ, iż jest mowa że będą śledzić jego kroki oraz podsluchiwac. Z gościem, który załatwił mu bombę, spotykał się na cmentarzu (czyli tam, gdzie łaził każdego dnia więc nie mieli podejrzeń) oraz nie odzywają się do siebie tylko wymieniają karteczką. No, chyba tyle jeśli chodzi o wyjaśnienia ;) Dzięki za komentarz i sorry za ten ciąg, komórka :( Pozdrawiam!

No dobra, fajnie się wybroniłeś :) Widzisz, jakoś tego nie powiązałem, przyznaję. Ździebko więcej tego rodzaju wyjaśnień w fabule by mnie zadowoliło ;)

Exit light

laugh

To zacznę od czepów ;) Generała na taką akcję raczej nie wyślą, jakiś major zupełnie by wystarczył. I skoro był dla bohatera jak ojciec, to powinien przewidzieć, co się stanie, że chłopak zaprotestuje. I wydawało mi się, że oni mają wcześniej zadanie rozpisane w najdrobniejszych szczegółach. Improwizuje się wtedy, gdy coś idzie nie tak, i w tym kierunku bym poszła.

Ale pozy tym dobre, mocne opko. Nie przesadziłeś z emocjami, choć walisz mocno. Czyta się płynnie, przeskoki w czasie mnie osobiście nie przeszkadzają. Dobre zakońzenie. Też obstawiałam, że celem będzie Apoloniusz, więc zaskoczyłeś.

Mi się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, część! Może i racja z tymi czepami, choć w sumie to przyszłość, pewne kwestie mogły się zmienić :P (tak tak, winny się tłumaczy :D) No ale najważniejsze, że mimo tego Ci się :) Dzięki wielkie za komentarz i do zaś!

No niestety, Realucu, tym razem zupełnie nie podeszło mi Twoje opowiadanie. Pierwszy zarzut dotyczy wizji przyszłości (u progu XXII wieku). Spójrz wstecz, na lata odległe od naszych o 70 lat. To był rok 1950, technika, obyczaje, tło społeczne, cały świat był zupełnie inny. U Ciebie za 70 lat ludzie nadal będą używali określenia „Janusze"? Będą wspominali Bin Ladena? Na ulicach będą reklamy papierosów? Po ulicach będą szlajały się bezpańskie kundle? W użyciu będą skórzane torby? W obiegu wciąż będzie gotówka? Dzieciaki będą grały na konsolach z okularami? Jeśli za cały postęp techniczny mają robić drony sypiące sztucznym śniegiem i seriale w holowizji, a cała nowoczesna technika pola walki to fikuśne drony w kieszeni żołnierzy, to ja zupełnie nie wierzę w taką przyszłość końca XXI wieku. Poza tym, że nie ma tu nic oryginalnego, to jest bardzo archaiczne wyobrażenie przyszłości i do tego stworzone bez polotu i wyobraźni (oraz wiarygodności).

Zostawmy jednak światotwórstwo, spójrzmy na Twoją historię. Fabuła, którą nam prezentujesz to zestaw kalk z filmów akcji/wojennych klasy C. Honorowy wojak, „zdradzony” przez przyjaciela/opiekuna zastępującego ojca (którego był przyjacielem ze służby). Zły oficer, zły rząd, źli Amerykanie w tle. Za wszystkim stoją interesy koncernów. Facet (mógłby go zagrać Nicholas Cage z miną zbitego spaniela albo gruby Steven Seagal) nie chce brać udział w zabijaniu niewinnych cywili, generał (co on robi na takiej misji, nawet nie pytam, bo to serio absurd) wciska mu gadkę (zazwyczaj serwowaną na koniec filmu klasy C) tłumaczącą kto za tym stoi i dlaczego. Okazuje się potem, że Ci Źli szantażowali jego rodzinę. A za wszystkim stoi… Marszałek, który bierze osobiście (sic!) udział w przesłuchaniu wojaka i gada sobie z szantażowanym generałem i ocalonym wojakiem, jak kumpel z kumplami.

Dalej akcja toczy się w sposób, jaki nie wpadłby do głowy nawet scenarzystom tego filmu z Seagalem. Nie zabijają wojaka. Nie usuwają mu pamięci. Według Autora łatwiej jest (sic!) zmienić wygląd wojaka i wczepić mu chipa, żeby go śledzić przez resztę życia [A wszystko to dla szantażowanego generała, bo poprosił o to…].

Wojak nie pójdzie do prasy ani do swojej rodziny. Między innymi dlatego, że rodzinie powiedzieli, że on nie żyje. A jak wiadomo, jak tak powiedzą to jakbyś nie żył… On woli zresztą, żeby rodzina myślała, że jest bohaterem, który zginął na misji, a nie bohaterem, który zachował się honorowo, narażając życie… Więc nasz wojak, który dostał od tych Złych chatę i nowe życie, ląduje jednak na ulicy i żebrze. Żebrze, żeby uzbierać kilkanaście tysięcy gotówki (sic!) na materiał wybuchowy (jakiś pas Szahida). Podobno zajmuje mu to całe lata… Wojak, komandos, facet z doświadczeniem z misji, nie potrafi sklecić materiału wybuchowego… Nie kupi/ukradnie pistoletu, nie weźmie noża z kuchni, ołówka, kamienia, tylko przez kilka lat zbiera na bombę, którą wysadza siebie i staruszka Marszałka… Nie pytajcie dlaczego. To pewnie miało jakiś ukryty sens i znaczenie… Nikt nie wie kim on jest (bo gdyby mieli sprawdzać DNA, to przecież i on mógłby swoim DNA potwierdzić prawdzwią tożsamość) i się nie dowie, więc taka śmierć jest chyba pozbawiona sensu?

Aha. Nasz wojak zagląda czasem na cmentarz i mija się z córką. I to przeważa i pcha go do ostatecznego kroku (bo nie przyszli na cmentarz w Sylwestra???). Wcześniej, żyjąc w tym samym mieście nigdy nie próbuje kontaktować się z rodziną. Ani z prasą/kimkolwiek i wyjaśnić co się stało. Wolał żyć bez rodziny… Bo ci Źli wszystko widzieli. Ale nie widzieli jak kupuje materiał wybuchowy (bo sprytnie pisał na kartkach zamiast mówić na głos?) i idzie do Marszałka… Nieważne. 

Postacie. Jako bohater filmu klasy B/C Mika pewnie by się sprawdził. Podobnie jak reszta papierowych postaci. Kochająca żona, która dostaje swoje 5 sekund na ekranie, tęskniąca córka (kolejna kalka z nieobecnością wojaka na urodzinach dziecka), Zły Marszałek z koncernami w tle, przełożony zastępujący ojca, który łamie zasady (ale tylko z powodu szantażu). Cała ekipa żywcem wzięta z tysięcy podobnych historyjek z Hollywood. I tak też się zachowują, gadają i na tyle są wiarygodni i prawdziwi.

Dialogi. Przyznam, że dawno nie czytałem tak sztucznej, napuszonej i infodumpowej gadki rodem z filmów z Michaelem Dudikoffem, jak ta poniżej:

– Mika, daj spokój. Wykonuję tylko rozkazy, tak jak i wy. Koncerny szykujące przeniesienie świata komunikacji z ulic w przestworza potrzebują pewnych surowców, które są w tych rejonach. Ich członkowie to w tym momencie najbogatsi i najbardziej wpływowi ludzie na świecie. Rządy pracują dla nich, nie odwrotnie. A my pracujemy dla rządu. Nie mamy w tej hierarchii prawa głosu. Jak się zatem już domyślacie, wywołanie wojny jest pretekstem do położenia łap na jakimś zasranym paliwie przyszłości, które będzie zasilało latające autka. Historia dobrze znana, prawda? Nie nam to roztrząsać, zakończmy robotę i…

– Zakończmy robotę? Tak po prostu? Nie sądziłem, że można tak bardzo się pomylić co do człowieka, którego zna się od dziecka. Człowieka, który zastąpił ojca i wychował nie tylko na żołnierza, ale na kogoś pełnego zasad. Do człowieka, za którego dałbym sobie uciąć rękę, a nawet dwie, że do pewnych rzeczy się nie posunie. Mówisz, że nie mamy wyjścia? Że musisz zastrzelić tych niewinnych ludzi, podstawić fałszywe dowody ich zbrodni i wykonywać rozkazy tych z góry? Dobrze. Ale ja w takim razie pierdolę taką górę, pierdolę takie rozkazy, i pierdolę ciebie, Apoloniuszu.

Na koniec kilka przykładowych wątpliwości. Dlaczego Marszałek jest Orchowski a generał tylko Apoloniusz? Dlaczego rodzinom bohaterów wojennych odbiera/zamienia się mieszkania? Po co Apoloniusz właściwie tłumaczy żołnierzom swój niecny plan już na miejscu akcji? Dlaczego nie wysłali tam ludzi pozbawionych skrupułów i wątpliwości? Serio w niemal XXII wieku trzeba użyć drona na miejscu wydarzeń, żeby umieścić na scenie wydarzeń elementy typu karabiny i łuski i potem zrobić zdjęcie???? Nie mogli tego wszystkiego spreparować w piwnicy w Koluszkach? Dlaczego to Polacy wywołują dla Amerykanów wojnę w Dubaju? Jak zabicie fałszywego „terrorysty” ma wywołać wojnę? Itd.

Ogólnie postępowanie Marszałka nie trzyma się kupy. Nie zabija wojaka, ale robi sporo, żeby go uciszyć, mówi nawet, że nie może uciszyć, ale uciszy, ale też da się zabić itd. no i słucha próśb generała, którego szantażuje itd. Nie prościej było zabić wojaka????? Nie prościej było wysłać tam po prostu zaufanych badassów?

Komentarz jest surowy, dlatego dałem sobie spokój z wytykaniem potknięć technicznych. Podam tylko kilka przykładów.

 

"Nikt nie odwiedza jego własnego grobu" 

 

– po co to "własnego"? 

 

W ten ostatni dzień grudnia również szedł na cmentarz z nadzieją ich zobaczenia.

 

– dziwny szyk końcówki zdania.

 

Miny to przecież zdradzieckie kurwy.

– Skurwysyny!

(a generał wtedy:

– Chuje!)

 

Mimowolnie zaśmiałem sie w tym momencie. Niezamierzenie wyszedł Ci dobry skecz (lepszy od tego: Ale ja w takim razie pierdolę taką górę, pierdolę takie rozkazy, i pierdolę ciebie, Apoloniuszu).

 

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie… wiedziałem, że piszesz tutaj chyba najdogłębniejsze komentarze, ale tym razem i tak mnie wmurowałeś. I chciałbym Ci powiedzieć, że równie mocno je ubóstwiam, co nienawidzę. 

Ubóstwiam, gdyż wylewają uzdrawiający kontener zimnej wody, który otwiera oczy na wiele spraw.

Nienawidzę, gdyż bez ogródek zrównujesz z ziemią coś, co z pozoru autorowi nie wydaje się przecież takie złe. 

ALE! Najgorsze (najlepsze?) w tym wszystkim jest to, że w większości aspektów masz chyba rację. Nie będę więc wkraczał w polemikę dotyczącą konkretnych, wytkniętych przez Ciebie wątków. Może nie ze wszystkim się w pełni zgadzam, pewne rzeczy może zbyt dogłębnie rozbierasz (wyłącznie w moim mniemaniu), jednak całościowo chylę czoła przed Twą wnikliwością i skrupulatnością przy rozdrabnianiu tekstu na części pierwsze, a nawet pół pierwsze. 

No i cóż mogę jeszcze rzec… Którymś tam tekstem (tekstami) udało mi się Ciebie zadowolić jako czytelnika, tym wręcz odwrotnie. Ale tak to już bywa, że reżyser zrobi raz lepszy, raz gorszy film. Czasami skupi się zbyt mocno na pewnych kwestiach, zapominając o innych – tak było w tym przypadku. Nie mówiąc o tym, że co jednemu spasuje, inny wyjdzie z seansu oburzony. Swoją drogą w ostatnim czasie często jestem świadkiem dość sporych różnic w ocenach różnych tekstów (nie tylko moich, nie tylko na tym portalu). Dochodzi czasami do dość skrajnych wręcz sytuacji, że nie byle kto zachwala jakieś dzieło, a ktoś inny z kolei beszta je z błotem. Niby to oczywiste, że ile czytelników, tyle opinii, ale jakoś tak od pewnego czasu jestem często świadkiem takich skrajnych recenzji. Ale to w zasadzie tak się tylko trochę wyżaliłem z własnych przemyśleń. 

Reasumując. Uznaję Twój obszerny komentarz za wielce pomocny, w wielu (w większości) miejscach słusznie krytykujący, i cóż… Następnym razem wrzucę mniejszy bieg i dopracuję to i owo, i jeśli starczy odwagi, również wrzucę tekst w dzień Twego dyżuru :D

Dzięki za poświęcony czas, marasie. 

 

 

Pamiętam kilka Twoich opowiadań, Realucu, które były dobre, choć może nie wszystkie skomentowałem. Masz pełne prawo nie zgadzać się z moimi uwagami i przemyśleniami o tekście. I bronić go do upadłego. Ale zwyczajnie uważam, że to opowiadanie jest słabsze od innych Twoich dzieł (moim zdaniem). Kalki, kalki, kalki i stereotypy na tle bardzo słabo wyobrażonej przyszłości 2090 lat.

Co do różnicy w ocenie tekstów, masz oczywiście rację. Co komentarz to inna opinia, widać to dobrze na przykładzie sporej części opowiadań nominowanych przez czytelników i odrzucanych potem przez Lożę. W samej Loży są bardzo odmienne gusta. I o to chodzi. O różnicę spojrzeń, odbioru, wrażeń itd. Tylko naprawdę zajebiste teksty zdobywają aplauz większości czytelników (ale i tak zawsze znajdzie się kilku malkontentów).

Nie wiem, czy piszę dogłębne komentarze i czy otwierają one oczy na jakieś sprawy, ale pamiętaj, że to tylko subiektywne opinie randomowego mr.marasa z internetu. Jeśli zgadzasz się z niektórymi moimi spostrzeżeniami, to świadczy dobrze o mnie i o Tobie. O mnie, bo widocznie nie walę tylko farmazonów, o Tobie, bo potrafisz spojrzeć na swój tekst z boku i dostrzec, że ma nie tylko zalety… 

Ale widzisz, Realucu, ja piszę naprawdę szczerze i bez owijania w bawełnę, co myślę o utworze i nawet liczę się z tym, że taka szczerość nie przyniesie mi sympatii osób, które potem przecież komentują moje opowiadania. Ale dzięki temu one również nie będą się patyczkowały z moimi tekstami i równie szczerze wypunktują ich słabizny i mielizny. A przynajmniej na to liczę.

Jesteśmy tu po to, żeby się od siebie uczyć. Pisarz wie, że dobrze pisze, bo ludzie kupują jego książki a recenzenci je chwalą. My możemy liczyć tutaj na siebie nawzajem, bo pochwały usłyszymy pewnie od rodziny i znajomych. Ale głaskanie po głowach do niczego nas nie doprowadzi.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Słusznie prawisz, marasie, dlatego nie mam już wiele do dodania. Zgadzam się w pełni z tym co piszesz i jeszcze raz tylko powtórzę, że dla mnie Twoje komentarze są bardzo wartościowe i doceniam włożoną w nie pracę. No nic, trzeba zbierać siły na nowy rok aby więcej taki randomowy mr.maras nie miał okazji do tylu słów krytyki ;) Pozdrawiam!

Koncepcja opowiadania jest dobra. Motyw zemsty jest tak wdzięczny, że przynajmniej raz w życiu każdy powinien napisać choć jedno takie odpowiadanie;) Oczywiście, co do mankamentów tekstu Mr.M nie myli się ani trochę. Logika, spójność, płynność dialogów (pompatycznie i przesadziście) robią swoje… Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny:)

Blacktomie, jak pisałem wyżej, po zastanowieniu z więszkością uwag Mr.M się zgadzam. Choć zazwyczaj staram się analizować tekst pod wieloma płaszczyznami, tutaj za bardzo skupiłem się na wspomnianej przez Ciebie koncepcji i pewnych aspektach z nią związanych, mimochodem zostawiając w tyle inne, również istotne. Więc wyszedł taki chyba nierówny mecz, w którym mamy dobre i słabe zagrania.

Tak czy siak, fajnie, że kocepcyjnie uznałeś tekst za dobry :)

Pozdrawiam Czwartkowego Dyżurnego :)

Nowa Fantastyka