- Opowiadanie: Folan - Zaklinanie rzeczywistości

Zaklinanie rzeczywistości

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Zaklinanie rzeczywistości

Na wiele miesięcy przed schwytaniem Matsumoto przez sługi Vigala, świat ledwie przypominał ten, w którym przyszło mu się urodzić. Panował w nim niemal zupełny chaos. Rządy, a wraz z nimi całe państwa, chyliły się ku upadkowi, nie mogąc sobie poradzić z nową rzeczywistością. Trzeba uczciwie przyznać, że Vigal ostrzegał przed nadchodzącymi zmianami w swoich listach otwartych, choć do samego końca nie brano ich na poważnie. 

Jeszcze nim całe to szaleństwo się zaczęło, Matsumoto odnosił sukcesy jako twórca nowego języka programowania. Nim jednak na dobre rozwinął skrzydła, wszystko trafił szlag. Z każdym opublikowanym listem życie pełne pędu za nowymi technologiami powoli zamieniało się w walkę o przetrwanie. Vigal ostrzegał, że pojawią się ludzie traktujący rzeczywistość jakby była z gliny, i że zrodzą się z umysłów nieograniczonych przez jarzma współczesnej cywilizacji. Tak też się stało. Vigal ostrzegał również przed globalną awarią sieci informatycznych i telekomunikacyjnych, i ta również nadeszła.

Trudno powiedzieć, kiedy życie zmieniło się w permanentny stan wojenny i ciągłą ucieczkę przed Utalentowanymi. Codzienność wypełniona została strachem, który trawił umęczone ciało i duszę a miasta stały się terenem dewastujących walk między magami i resztkami wojska. Siły państwowe (a raczej to, co z nich zostało) próbowały tworzyć bezpieczne enklawy dla cywili. Matsumoto był świadkiem, jak w obozie na obrzeżach Nowego Jorku zastrzelono człowieka podejrzanego o posiadanie Talentu. Tego dnia zrozumiał, że nienazwana jeszcze wojna była przegrana od samego początku – dokładnie jak to przewidział Vigal Delock.

Gdy wreszcie zainteresowano się jego postacią, było zwyczajnie za późno, bowiem człowiek ten nie był już widmem bez twarzy i autorem śmiesznych listów. Był mesjaszem Nowego Świata, kagankiem niosącym płomień oświecenia i wreszcie był Awatarem Nowych Bogów; potężnym magiem w świecie umierających Starych Praw.

Wspomnienia dni wiecznej ucieczki były bolesne, ale pomagały lepiej znieść niewolę, w jakiej Matsumoto się znalazł; niewolę spokojną, pozbawioną zagrożenia, choć nudną i czasem depresyjne przygnębiającą. Nieliczne spacery, jakie mógł odbywać zawsze go cieszyły, tak jak kilka słów wymienionych szeptem z sąsiadem z celi obok. Nie rozmawiali o tym, co dzieje się “na zewnątrz”, bo nikt tego nie wiedział. Świat ulegał zmianom, a więźniowie żyli w bańce błogiej niewiedzy. 

Stagnacja panująca w więzieniu rzadko przerywana była jakimkolwiek wydarzeniem, a pośród nudnej, codziennej egzystencji do rangi “wydarzenia” urastało nawet najdrobniejsze zakłócenie rutyny dnia. Czasem wystarczyło kichnąć, by więźniowie przykleili się do krat swoich cel i dzikim wzrokiem szukali źródła hałasu, spragnieni mocniejszych wrażeń. Matsumoto czasem zerkał w otchłań za barierką spacerniaka. Wierzył, że droga w dół była jedyną drogą ucieczki od szaleństwa, nudy i apatii, ale nigdy nie miał odwagi, by to zrobić. 

Pewnego dnia po Matsumoto przybył zakapturzony strażnik, który bez słowa wyciągnął go z celi. Idąc za strażnikiem Matsumoto ledwie widział twarze współwięźniów, skryte za gęstymi brodami i dziko rosnącymi włosami. Przeciskały się między kratami w wyrazie oczekiwania, ale Matsumoto nie miał zamiaru skakać przez barierkę. W końcu postacie cofnęły się w głąb ciemnych cel wyraźnie zawiedzione. A więc to tylko kolejny, nudny dzień.

Więzień zupełnie nie zwracał uwagi, dokąd jest prowadzony. W filmach, jakie oglądał nim świat oszalał, bohaterowie zawsze uważnie badali swoje otoczenie, by móc wykorzystać je na swoją korzyść, ale Matsumoto nie czuł się protagonistą w swojej historii. Był jak liść na wietrze i bezwiednie podążał tam, gdzie rzucił go los. 

W końcu zatrzymali się i strażnik otworzył drzwi, zapraszając więźnia do środka krótkim gestem. Dopiero gdy drzwi zamknęły się za jego plecami, Matsumoto podniósł głowę i rozejrzał się po ciemnym, przestronnym pomieszczeniu. Ujrzał dwa piętra galerii wypełnione regałami z książkami, oświetlone skąpo przez jasne promienie słońca wpadające przez niewielki fragment oszklonego sufitu. Po latach spędzonych w ciemnej celi widok ten zwyczajnie zaparł mu dech w piersiach. Rozejrzał się ostrożnie, ale nie dostrzegł żywej duszy. Także wyczulony przez lata ciszy słuch nie wychwycił niczego więcej, poza cichymi jękami zagubionego wiatru. Matsumoto ostrożnie postawił pierwsze kroki, nie wiedząc samemu, na czym zawiesić oko. Czuł jednak, że patrzy na owoc zakazany, i że w ogrodzie czai się wąż. 

Usłyszał wreszcie dźwięk świadczący o tym, że nie jest sam. Zadziwiające, jak soczyste brzmienie może wydać przewrócenie pojedynczej kartki papieru. Wyczulone zmysły Matsumoto od razu skierowały jego spojrzenie na środkową część parteru, gdzie pośród książek, w słupie mglistego światła, siedział nieznany mu mężczyzna. Więzień skrył się w cieniu wysokiego regału i ostrożnie zbliżał się do granic książkowej polany. Wzrok ślizgał się nad okładkami rozrzuconych po półkach książek obserwując, jak się zdawało, niczego nieświadomą postać. Złotowłosy mężczyzna, skubiąc wzrokiem treść trzymanej w dłoniach książki, wysublimowanym ruchem przewracał kolejne strony, co jakiś czas odkładając książkę i sięgając po następną.

– Człowiek musiał popsuć trochę swoją naturę, bo nie rodzi się wilkiem, a jest wilkiem – rzekł spokojnie, acz donośnie blondyn, nie odrywając wzroku od lektury. – To cytat z “Kandyda” Voltaire’a, panie Matsumoto.

Więzień wyłonił się ostrożnie zza regału, ale pozostał w jego cieniu, łypiąc podejrzliwie na osobliwą postać. Teraz widział ją lepiej. Aksamitna, biała koszula na chudej piersi prezentowała się nieco niedbale, ale w połączeniu z czarnymi, starannie wyprasowanymi spodniami przydawała jej krztynę elegancji. Długie, starannie uczesane włosy opadały gęsto na ramiona i ześlizgiwały się złotymi strugami przez doliny pofalowanej koszuli. 

– Kim jesteś? – wycharczał Matsumoto, nieprzyzwyczajony do tonu przekraczającego granicę szeptu.

Mężczyzna odłożył książkę i wstał powoli, wiercąc spojrzeniem więźnia kurczowo trzymającego się regału. 

– Zapraszam do światła, panie Matsumoto. W cieniu żerują potwory i czasem warto skryć się przed nimi w promieniach słońca.

– Mi tu jest dobrze. 

W rozmarzonym do tej pory wyrazie twarzy bezimiennego mężczyzny pojawiła się skaza. Matsumoto nie potrafił wskazać dokładnie, co się zmieniło, ale przytulił się bardziej do regału, gdy tylko bezimienny ruszył spokojnym krokiem w jego stronę, ale gdy blondyn przekroczył granicę światła, więzień poczuł paraliżujący strach. Wysoka postać wyglądała jak żywy cień ze świecącymi punkcikami w miejscu oczu.

 

W cieniu żerują potwory.

 

Matsumoto nie wiedział, czy to niedawne słowa bezimiennego odbiły się echem w jego głowie, czy też naprawdę usłyszał jego głos dochodzący znikąd.

– Nazywam się Vigal Delock, panie Matsumoto – powiedział blondyn patrząc z góry na więźnia. – Naprawdę muszę prosić drugi raz? 

Nie czekając na odpowiedź Vigal odwrócił się i ruszył ku światłu, a po chwili wahania Matsumoto podążył za nim. Złoty, mglisty snop przygniótł go swoim żarem i zaatakował ciepłymi szpilkami nieprzyzwyczajone do światła oczy. 

– Boli tylko na początku, panie Matsumoto – rzekł Vigal, pomagając nieco zdezorientowanemu więźniowi usiąść na krześle, które jeszcze przed chwilą sam zagrzewał.

– Czego pan chce? – wychrypiał Matsumoto masując oczy. 

Vigal podszedł do stosu książek ustawionych w pobliżu i oparł na nim dłoń. 

– Potrzebuję pana pomocy, panie Matsumoto. 

Już sam fakt, że rozmawiał z samym Vigalem Delockiem onieśmielał Matsumoto, ale gdy usłyszał, że mesjasz Nowego Świata potrzebuje pomocy informatyka, zebrało mu się na śmiech. Na szczęście nie potrafił wydać z siebie dźwięku innego, niż nieokreślone charknięcie.

– Mojej? – powiedział w końcu więzień. – Dlatego trzymał mnie pan w więzieniu przez cały ten czas? – dodał gniewnie.

– Czytał pan moje listy, zanim to wszystko się zaczęło? – odpowiedział Vigal, jak się wydawało, bez związku.

– Czytałem.

– Moje listy, panie Matsumoto, były wyciągnięciem ręki. Wystarczyło ją chwycić, bym poprowadził ludzkość w nadchodzącą nową erę… – Vigal pogłaskał okładkę książki, na której spoczywała jego dłoń. – Zamiast tego ludzie zaprzątali sobie głowy niepotrzebnymi pytaniami skierowanymi w eter. Proszę nie tracić czasu, panie Matsumoto, na niepotrzebne pytania.

Więzień wpatrywał się w Vigala, na próżno próbując dostrzec przerośnięte ego w obliczu maga, którego nuty wyraźnie rozbrzmiewały w jego słowach.

– Czego chcesz? – zapytał w końcu, próbując zdusić w sobie jątrzący się w nim gniew.

Vigal poklepał stos książek.

– Proszę to przeczytać, panie Matsumoto – powiedział i rozejrzał się po innych kupkach. – Tamte stosiki również.

Więzień otworzył szeroko oczy. Perspektywa ucieczki w świat wyobraźni za pomocą książek sprawiła, że chciał skakać z radości. Powstrzymał się jednak z trudem przed radosnymi harcami, gdyż doskonale wiedział, że w życiu nic nie przychodzi za darmo. Mając na uwadze niedawno udzieloną przez Vigala radę, Matsumoto wziął kilka głębokich wdechów i spojrzał na maga.

– Po co?

– Proszę je po prostu przeczytać. Spotkamy się za jakiś czas i porozmawiamy o tych lekturach.

– Jak mam niby to czytać w celi? Dostanę pochodnię, czy co?

– Nie wróci pan już do celi, panie Matsumoto.

Ciało zareagowało samo. Więzień wstał i patrzył z niedowierzaniem na niewzruszonego Vigala, co chwila otwierając usta, na które cisnęło się setki pytań. Wybrał jedno.

– Gdzie jest haczyk?

– Nie ma żadnego haczyka – odparł Vigal bez cienia uśmiechu, odwrócił się w kierunku, z którego wcześniej przyszedł Matsumoto i zniknął w labiryncie regałów.

 

***

 

Matsumoto nie mógł narzekać. Otrzymał czyste ubrania i własny pokój w skrzydle administracyjnym. Cały czas podążał za nim bezimienny, zakapturzony strażnik, który nie zaszczycił go ani razu choć jednym słowem a metalowa kryka wzbraniała wstępu do większości pomieszczeń. Jednak w porównaniu do czasu spędzonego w celi, Matsumoto poczuł wyzwalający oddech wolności.

Nie narzekał w żaden sposób na powierzone mu zadanie. Czytanie wskazanych książek sprawiało mu ogromną przyjemność, a nagromadzona przez lata nuda była jak nienasycona czarna dziura, która pochłaniała przygody Hobbitów w Śródziemiu, czy perypetie Geda w Ziemiomorzu. Matsumoto przeplatał horrory Kinga cyklem o Felixie Castorze, “Mgły Avalonu” walczyły o uwagę z trylogią Husycką a po kolacji, na deser, serwował sobie “Pana Lodowego Ogrodu”. 

Wczytany w środek przygód Cienia w “Amerykańskich Bogach” nie zauważył, gdy w świetlistym kręgu biblioteki pojawił się Vigal.

– Wyglądasz jak człowiek – rzekł z aprobatą Vigal. 

– Od kiedy przeszliśmy na “ty”? – burknął Matsumoto.

– Od teraz. Ciebie też proszę, byś zwracał się do mnie po imieniu.

Vigal spacerowym krokiem podszedł do granicy świetlistego woalu i sięgnął w ciemność, skąd wyciągnął krzesełko z czerwonym obiciem i wysokim oparciem. Niespiesznym krokiem, uważnie śledzonym przez Matsumoto, przysunął krzesło na przeciwko byłego więźnia, zachowując odległość niewiele ponad metra. Vigal otrzepał siedlisko i usiadł, zakładając nogę na nogę.

– Jak podobały ci się lektury? Zauważyłeś wspólny mianownik? – zapytał Vigal lekko się uśmiechając.

– Trudno go nie dostrzec. We wszystkich występuje jakaś forma magii.

– Porozmawiajmy więc o niej.

– O której? O tej w książkach, czy o tej tu – Matsumoto rozejrzał się dookoła.

– O obydwu. Co można o nich powiedzieć? 

– Trudno mi o porównanie. Nie mam zbyt wiele doświadczenia, a tym bardziej wiedzy związanej z magią, która zmieniła moje spokojne życie w koszmar – zauważył były więzień.

Vigal sięgnął po jedną z książek, zbadał ją wzrokiem dość dokładnie, po czym w mgnieniu oka, z cichym trzaskiem, zmieniła się w szklisty, zamglony obiekt. 

– Co zrobiłem, Matsumoto?

– Zmieniłeś ją w lód – wywnioskował były więzień nie tylko na podstawie nowego wyglądu książki. W ciepłych promieniach słońca czuć było wyraźne, chłodne muśnięcie powietrza.

– Tak? Skąd wiesz? Może to tylko zimne szkło? Czy może teleportowałem kawałek lodowca a książka zwyczajnie znikła? Co się stało z atomami, które ją tworzyły?

– A może to tylko zwykła, kuglarska sztuczka? – wtrącił z szyderczą nutką były więzień. 

Vigal zamilkł i ponownie rozsiadł się wygodnie w fotelu. Po niedługiej chwili Matsumoto dostrzegł ruch za jego plecami. Wielkie gadzie oczy, żarzące się czerwienią niczym rozgrzany węgiel, spojrzały z ciemności biblioteki na byłego więźnia. Były jakoby latarnie zawieszone w ciemności, w blasku których dostrzec można było zarys ogromnych nozdrzy pokrytych łuską. Mimo, iż stwór skryty był w cieniu, Matsumoto widział jak kościsty grzebień grzbietu wyginał się i prześlizgiwał za regałami, czemu towarzyszył gardłowy pomruk. 

– Wyglądasz, jakbyś zobaczył smoka – rzekł Vigal z rozbawieniem.

– To nie jest prawdziwe – wychrypiał przerażony Matsumoto.

Nagły podmuch siarczystego, gorącego powietrza zwalił dwa regały na ziemię, rozsypując setki książek po marmurowej podłodze z hukiem przypominającym salwę z dział Navarony. W powietrze wzbiły się tumany kurzu, a gdy ten wreszcie opadł, Matsumoto nie mógł nigdzie dostrzec gada, który niedawno wił się w mrokach biblioteki.

– Potrafię więcej, przyjacielu. O wiele więcej. Ale nie o to chodzi, bym ci to udowadniał. Sam byłeś świadkiem aktów prawdziwej magii, tam, na wolności. 

– Jak to w ogóle jest możliwe? – rzekł Matsumoto wciąż wpatrując się z niepokojem w mrok spowijający kondygnacje biblioteki. 

– Kilkanaście lat temu pojawiła się siła… – zaczął z lekkim westchnieniem Vigal. – Ta sama, którą miliardy lat temu zakuto w okowy fizyki, chemii i matematyki. Siła pierwotna, wolna i dzika. Jej nazwa, jak i ona sama jest zupełnie bez znaczenia. Ważne, co nam umożliwia.

– Wiedziałeś o tym, zanim napisałeś swoje listy?

Vigal długo milczał, najwyraźniej zastanawiając się, czy udzielić odpowiedzi na to pytanie.

– Nie. Dowiedziałem się… – Vigal zamilkł i uciekł wzrokiem gdzieś w bok. – Ta siła, Matsumoto, nie przybyła tutaj sama – dodał po chwili wahania. 

– Jak to?

Vigal machnął otwartą dłonią, raz i stanowczo.

– To nie jest teraz ważne. Mówię ci tylko to, co musisz wiedzieć, byś dobrze wykonał zadanie, które chcę ci powierzyć. Magia, Matsumoto, nie ma żadnych ograniczeń. Nawet ty za jej pomocą możesz zrobić, co tylko chcesz.

Matsumoto uśmiechnął się pod nosem i pokręcił głową.

– Nie jestem Utalentowany – odrzekł po chwili.

Vigal wybuchł śmiechem, który niósł się echem po wysokich sufitach biblioteki. Matsumoto przeszył zimny dreszcz.

– Jesteś – powiedział w końcu mag. – Wszyscy jesteśmy. Zawsze byliśmy, na długo przed pojawieniem się tej siły.

– Chyba żartujesz. Nigdy nie wykazałem Talentu…

– Kiedy dziecko wpadło pod samochód – Vigal wszedł w słowo byłemu więźniowi – jego matka potrafiła je podnieść, aby je wydostać.

– To adrenalina i…

– Kiedy byłeś spóźniony a silnik twojego gruchota nie chciał odpalić – Vigal ponownie przerwał Matsumoto – kręciłeś kluczykiem modląc się w myślach, żeby dał radę, ten jeden raz…

– Chyba nie myślisz, że…

– Gdy ktoś nagle ozdrowiał ze śmiertelnej choroby – ponownie wtrącił się Vigal, nie kryjąc irytacji – a medycyna nie potrafiła tego wyjaśnić…

– To nie takie proste…

Vigal wstał a w jego sztywnej pozie dało odczytać się zarówno gniew, jak i zmęczenie. Wpatrywał się w Matsumoto z miną daleką od przyjaznego do tej pory wyrazu, ale sekundę później na twarzy maga znów zawitał luzacki uśmieszek. Usiadł i zaczął ponownie swój wykład:

– Pierwotna magia perliła się na pierzchni zasad i praw, w jakie ją zakuto miliardy lat temu i czasem komuś udało się do niej sięgnąć. Teraz, gdy okowy zostały zerwane, wszystko jest możliwe. Jednak to, że wszystko jeszcze nie jebło zawdzięczamy cichym talentom. Ludzie nie są tego świadomi, ale oni również bez przerwy czarują. Wszyscy. Nawet gdy śpią… choć powinienem rzec, że przede wszystkim, gdy śpią… Robią to na bardzo małą skalę i jako jednostki nie mają znaczenia, ale ich zbiorowa wola tworzy twardą barierę, na której opiera się aktualna rzeczywistość. Są kontrmagią, Matsumoto… Kontrmagią, dzięki której to całe bagno wciąż trzyma się kupy. Nie miej jednak złudzeń. Z każdym dniem coraz więcej ludzi porzuca wiarę w dotychczasowy porządek, siła bariery słabnie i talenty… te duże talenty… zyskują coraz większą świadomość swojej potęgi. W końcu znajdzie się osoba, która przełamie się przez ostatni bastion Starych Praw i odpieprzy coś dużego. Może nawet coś straszniejszego od samej śmierci.

Matsumoto wpatrywał się w swoje dłonie, jakby chciał dostrzec w nich jakąś moc. Nic z tego. 

– A co ja mogę z tym zrobić?

– Musisz pomóc mi ograniczyć moc tej siły, a tym samym władających nią ludzi. Masz odpowiednią wiedzę, musisz ją tylko ubrać w mistyczne szaty. Chcę, abyś napisał dla mnie zasady magii. Chcę, byś stworzył język programowania rzeczywistości.

 

***

 

Wszystko to wydawało mi się nierealne, ale muszę przyznać, że Vigal uderzył we właściwe struny. Uwielbiałem moją pracę w Synedrionie i zawsze żałowałem, że nigdy nie skończyłem projektowania nowego języka. Już dawno skazałem moją wiedzę, a tym samym pasję, na wieczny spoczynek w lamusie. To znaczy nie ja stricte, tylko ta cała pierdolona katastrofa teleinformatyczna, która zdusiła chyba całą technologię powstałą od czasów maszyny Turinga. Nigdy bym nie pomyślał, że tak się przebranżowię.

Jak głupio by to nie brzmiało: Vigal chciał zaczarować magię – wystarczyło, żeby wszyscy uwierzyli, że ta rządzi się jakimiś zasadami i kolektywna wola sprawi, że tak będzie. Zasady te musiały być logiczne, ale trudne do przyswojenia, i jeszcze trudniejsze do opanowania. Tajemnicą pozostawał sposób rozpowszechnienia zasad. Nie chodziło o samą naukę języka, bo do tego wystarczyłoby postawienie kilku uczelni i przymusowa edukacja. Ludzie musieli uwierzyć, że magia rządzi się jakimiś prawami i zachodziłem w głowę, jak Vigal chce tego dokonać. 

Samo stworzenie języka było dla mnie wyzwaniem, ale nie wątpiłem, że mu podołam. Wystarczyło zastąpić składnię jakimiś krzaczkami i zbudować na nich semantykę. Przeczytane niedawno książki podpowiadały mi, jak to zrobić. Linijki kodu przybrały zupełnie nowy kształt i po wielu przemyśleniach padło na pierścienie, w których mogłem osadzać kod i decydować o priorytetach wykonywania. Nie tworzyłem niczego, czego nie można było już spotkać w książkach w jakieś formie.

Byłem zaskoczony, jak łatwo przychodziło mi projektowanie języka magii. Symbole rysowałem niemal od ręki, a nazwy poszczególnych funkcji czy obiektów same wpadały do głowy. Byłem w swoim żywiole. Byłem szczęśliwy. Vigal chciał, bym skupił się tylko na swoim zadaniu, resztą miał się zająć sam. Kilka razy próbowałem dopytać o procedurę wdrożeniową, o paradygmat jaki ma rządzić językiem, ale zawsze mnie zbywał. 

Wszystkie efekty prac przekazywałem natychmiast Vigalowi, który poddawał je ocenie i zwracał feedback. Krzaczki zmieniły się w glify, zapis programu stał się lemegetonem a efekt działania programu – hexem. Zapisałem chyba z dwadzieścia tomów, z czego tak naprawdę pięć ostatnich zawierało zmiany semantyki wprowadzone przez Vigala i dopiero je mogłem określić wersją jeden–zero. Vigal nie ograniczał się jedynie do wprowadzania drobnych zmian i opiniowania mojej pracy. Pewnego dnia dostarczył mi całkiem pokaźną dokumentację na temat wzorcowania duszy (czy, jak to określała sama dokumentacja, valoru), której obsługę miałem zaimplementować w swoim języku. Sposób, w jaki była napisana nie pozostawiał wątpliwości, że musiały istnieć również inne komórki pracujące nad projektem Vigala. Zrozumiałem wtedy, że mag realizuje większe przedsięwzięcie niż do tej pory myślałem. 

Cała moja praca była jedynie suchą wiedzą o hipotetycznym działaniu, bo niemożliwym było uruchomienie jakiegokolwiek lemegetonu. Nie mogłem tego zrobić bez interpretera, a co za tym idzie niemożliwym było przeprowadzenie praktycznych testów. Suszyłem o to głowę Vigalowi, ale dał mi wyraźnie do zrozumienia, że za bardzo odbiegam od swojego zadania. Niemniej odniosłem wrażenie, że moja praca bardzo go zadowala, co dawało mi poczucie sukcesu i spełnienia. Do czasu.

Każdy twórca chce zobaczyć swoje dzieło w akcji. Praca nad kolejnymi wersjami i poprawkami zaczynała zamieniać się rutynę, która niebezpiecznie przypominała mi czas spędzony w celi. Długo walczyłem z myślami, ale w końcu przemogłem się i postanowiłem wykonać ślepą próbę. Napisałem prosty program w stylu “hello world” i patrzyłem w niego jak sroka w gnat. Jednofajerkowy lemegeton z glifem światła w domenie miał zwyczajnie zaświecić, ale nie wiedziałem, co mam zrobić, by go uruchomić. Kręciłem się wokół niego, jakby inny kąt patrzenia cokolwiek miał pomóc, stukałem w niego, krzyczałem “niech się stanie”, ale nic z tego. Program milczał. 

Już miałem machnąć ręką i wrócić do pracy, gdy przypomniały mi się słowa Vigala. Wszyscy jesteśmy magami. Nawet ja. Skoro magia sprowadzała się do siły woli i wiary w cuda, to przy odpowiednim samozaparciu powinienem wykrzesać z lemegetonu iskrę życia. Usiadłem przed rysunkiem i zawiesiłem nad nim dłoń. Zamknąłem oczy, oczyściłem umysł i wziąłem kilka głębokich wdechów. Trwałem w zawieszeniu nawet, gdy poczułem mrowienie po wewnętrznej stronie dłoni, przypominające elektrostatyczny, ciepły opar. Zapomniałem o programie, o więzieniu, o wszystkim. Skupiłem się na ledwie wyczuwalnej mgiełce i delikatnym ruchem ręki zachęciłem, by przeniknęła lemegeton. Otworzyłem oczy, ale zaraz musiałem je zamknąć, bowiem światło zawieszone nisko nad ziemią okazało się mocniejsze, niż przypuszczałem.

 

***

 

Matsumoto nie miał pojęcia, czy hex zadziałał w wyniku działającego gdzieś w tle kompilatora, czy też był czystym efektem dzikiej magii, ale ten mały sukces pozostawił pewien niedosyt. Chciał więcej. Chciał poznać większy obraz projektu, który opierał się na jego pracy.

Matsumoto domyślał się, że Vigal nie będzie zadowolony, jeżeli dowie się o jego planach. Czuł jednak, że uda mu się zerknąć tu i ówdzie tak, by nie wzbudzić jego podejrzeń. Wystarczyło napisać odpowiedni program. Kto jak to, ale twórca języka magii będzie chyba potrafił stworzyć program–zaklęcie tak, by włamać się do nieznanego środowiska i sprawdzić, co w trawie piszczy.

Prace nad lemegetonem postanowił prowadzić potajemnie między długimi sesjami zleconej pracy. Z każdą aktualizacją przekazywaną Vigalowi dodawał do języka funkcje, które ułatwią mu w przyszłości działanie hakerskiego zaklęcia. Postępował ostrożnie, by któraś z pozostałych komórek nie wpadła na trop potencjalnie szkodliwych luk. 

Matsumoto myślał, że nic go już nie zaskoczy, ale pewien przypadek zbił go nieco z tropu. Nie mógł projektować hakerskiego lemegetonu w dokumentacji technicznej, którą przekazywał Vigalowi, dlatego postanowił wykorzystać książki, których pełno było w bibliotece. Nie czuł się najlepiej, gdy niszczył zupełnie puste strony książek swoimi szkicami, ale, jak to mówią, cel uświęca środki. Jakież było jego zaskoczenie, gdy w jednej z nich ktoś poczynił własne notatki, w których rozpoznał formy podobne do konstrukcji języka, nad którym pracował. Mogło to oznaczać, że gdzieś w Krematorium siedzi inny programista, który korzystał z biblioteki w celu wykonania podobnego zadania. Implikowało to wiele nieprzyjemnych scenariuszy, ale Matsumoto zaszedł zbyt daleko, by pozwolić sobie na wątpliwości. 

 

***

 

W końcu nadszedł ten dzień. Wielokrotnie przeglądałem lemegeton szukając możliwości wprowadzenia poprawek, ale mógłbym robić to bez końca i w konsekwencji nigdy nie wdrożyć planu w życie. Musiałem w końcu zerknąć za kurtynę tajemnicy. 

Lemegeton był skomplikowany. Zawierał wiele odwołań niemal na każdym pierścieniu, a w osadzonych funkcjach umieściłem kilka zabezpieczeń na wypadek czynnego skanowania bliźniaczym rezonansem. Konwersja informacji na trójwymiarowy obraz skierowana była prosto w moją głowę. Lepszy byłby telewizor, ale jak się nie ma co się lubi…

Praktykowanie uruchamiania programów (czy, jak nazywał to Vigal w swoim feedbacku, rzucania hexów) zacząłem zaraz po pierwszej udanej próbie, stopniowo zwiększając stopień skomplikowania lemegetonów, jednak żaden nawet nie umywał się do mojej hakerskiej aplikacji. Rysowanie lemegetonu rozpocząłem zaraz po kolejnym spotkaniu z Vigalem. Nie traciłem czasu. Przesunąłem szybko stosy książek, zmiotłem nieco podłogę i chwyciłem kredę w dłoń. 

Muszę przyznać, że finalny efekt wyglądał świetnie. Pierścienie zapisane glifami, poprzecinane miejscami przez linie łączące poszczególne pierścienie i znaki robiły wrażenie w skali makro. W telewizji mistyczne rysunki były pozbawionym sensu efektem specjalnym. W swoim dziele widziałem kod i wszystko miało jakieś znaczenie. Stanąłem nad domeną, wyciągnąłem przed siebie dłoń i niemal natychmiast poczułem znajomą mgiełkę prześlizgują się między palcami. Czas na hex–exe. 

Nie wiedziałem, co spieprzyłem w programie, ale było już za późno. Biblioteka zaczęła znikać, pochłaniana powoli przez totalny mrok i nawet świetlista ostoja uległa nieuchronnej zagładzie. Unosiłem się więc w zupełnej czerni i zamiast ujrzeć obraz w mojej głowie, ten zaczął nagle wypełniać przestrzeń wokół mnie. No cóż, efekt wirtualnej rzeczywistości nie był zamierzony, ale nie mogłem narzekać. 

Starałem się stworzyć hex, który ujawni jądro systemu. Jego poznanie było kluczowe o tyle, że dzięki niemu mogłem odnaleźć pozostałe elementy składające się na tajemniczy plan Vigala. Spodziewałem się zawieszonych w przestrzeni skupionych wiązek mocy, poprzecinanych wieloma wymiarami wzorców energii, fizycznej manifestacji kwantowych teseraktów a nawet sztucznych, semi–świadomych inteligencji, reprezentowanych przez wykraczające poza matematykę twory obliczeniowe. No cóż, prawda zawiodła moje oczekiwania.

Stałem na ulicy jakiegoś miasta pogrążonego w szarudze deszczowego dnia. Samochody stały porzucone na ulicach, niektóre zepchnięte były na pobocze, niektóre stały gotowe do dalszej jazdy swoim pasem. Cisza i spokój niosły się nieśmiało wraz z wilgotnym wiatrem przez martwe ulice. W szklanych elewacjach wieżowców odbijały się zniekształcone błyski mruczącej w oddali burzy, która od czasu do czasu nieco rozświetlała ostrymi refleksami miejską dioramę. 

Stałem na środku skrzyżowania niczego nie rozumiejąc. Analizowałem w pamięci lemegeton będąc przekonany, że coś sromotnie spieprzyłem, ale im dłużej nad tym myślałem, tym mniej prawdopodobna wydawała się taka wtopa. Żeby tego było mało, dezorientację pogłębił widok, jaki ujrzałem, gdy spojrzałem w górę. 

Na tle bladych błysków, ślizgających się między warstwami brudnych chmur, dostrzegłem nieruchome sylwetki zastygłych w bezruchu ludzi. Zawieszone kilkanaście metrów nad ziemią postacie wygięte były nieco do tyłu, kierując niewidzące spojrzenie w bezkres zachmurzonego nieboskłonu. Sam wzniosłem się projekcją bliżej, dzięki czemu dostrzegłem srebrne nici, jakby utkane ze światła, dotykające czoła dziesiątek… nie… setek wiszących bezwładnie ludzi. 

Niczego nie rozumiałem. Obraz ten był zupełnie abstrakcyjny i pozbawiony sensu. Czułem jednak, że tu leży odpowiedź. Dziwne uczucie dejavu uderzało tym częściej, im dłużej patrzyłem na otaczający mnie widok. I wtedy, pośród setek nieprzytomnych twarzy dostrzegłem tą jedną, diabelnie znajomą…

Wizja ucięła się, gdy poczułem bolesne uderzenie w pierś. Biblioteka zmaterializowała się niemalże natychmiast, przesuwając się gwałtownie pod moimi stopami. Walnąłem plecami w regał czując, jak ciało uderza boleśnie w drewniane półki i twarde oprawy książek. Przyszpilony do regału nie mogłem się ruszyć mimo chęci skulenia się i wycia w niebogłosy. Jak przez mgłę dostrzegłem wściekłą twarz Vigala.

– Dlaczego zawsze musisz sprawiać problemy!? – krzyczał jadowicie Vigal. – Za każdym pieprzonym razem po prostu musisz grzebać, zamiast wykonać jedno proste zadanie! Mam już dość użerania się z tobą, proszenia i kombinowania! 

Czułem mistyczną mgłę siły, o której mówił Vigal od samego początku. Gryzła jak stado niewidzialnych owadów i elektryzowała powietrze, powodując jego dźwięczny rezonans. Spętany i zduszony próbowałem wydukać cokolwiek, ale jedyne co opuszczało moje usta to ślina i niezrozumiałe stęknięcia. Bolało. 

– Myślałeś, że pobyt w celi to najgorsze, co może cię spotkać? 

Dziwne mrowienie pojawiło się na moim języku, ale po chwili zniknęło. Gdy próbowałem nim poruszyć z przerażeniem odkryłem, że nie ma czym. 

– Już nigdy żadne słowo nie opuści twojej parszywej gęby. Pozostaniesz również na zawsze w mroku, Matsumoto. 

Wydawało mi się, że gniew Vigala rozszarpuje latające wokół księgi na pojedyncze strony, a potem na strzępy. Ostatnim co zobaczyłem był gest zaciskanej pięści. A potem zapanowała ciemność. Ciemność pełna cierpienia.

 

***

 

Matsumoto macał ślepo powietrze przed sobą, kierowany jedynie przez pojedyncze uderzenia kryki strażników. Każde jego potknięcie rodziło szczęk kajdan, które niosło się echem po więziennej galerii. Kilka kroków za nimi kroczył Vigal, którego w milczeniu obserwowały owłosione twarze wciśnięte w szpary krat. Pochód zdawał się trwać wieczność, podczas której w głowie pozbawionego mowy i wzroku więźnia kłębiły się setki myśli. Każda z nich tylko wzmagała strach i rozpacz, i niemal każda prowadziła do odtwarzania w kółko chwili, w której stracił coś więcej, niż wolność. Niemal, bo pojawiła się jedna, która uciszyła buzujące emocje.

 

Dlaczego zawsze musisz sprawiać problemy?

 

Matsumoto zatrzymał się i, ku zdziwieniu strażników, przestał machać bezradnie rękami. Wyprostował się powoli i zastygł tak w bezruchu. Dźwięk łańcuchów ustał. 

 

Oni również bez przerwy czarują. Wszyscy. Nawet gdy śpią…

 

Strażnik podniósł wysoko metalowy pręt i uderzył więźnia w plecy. Ten zgiął się, ale nieznacznie, i po chwili ponownie wyprostował. 

 

Zupełnie puste strony…

 

Teraz rozumiem – rzekł cicho Matsumoto i jak na znak więźniowie szarpnęli jednocześnie kraty, których ogłuszający, metaliczny zgrzyt rozniósł się po całej więziennej galerii . 

Vigal otworzył szeroko oczy i spojrzał na strażników, którzy zamarli z uniesionymi krykami, jakby skończyły im się baterie.

– I teraz dopiero to widzę. Nie wiem nawet, kiedy zniknął strażnik. I te puste książki, brak nocy, dni, godzin. No i żadnych luster, Vigal. Żadnych luster.

Ponownie metalowe kraty zagrały unisono. Matsumoto odwrócił się powoli, kierując widzące spojrzenie na maga. Kajdany gdzieś wyparowały.

– Wiem, do kogo należą twarze za kratami. Wiem, jak budujesz kolektyw. 

Kraty zagrały ponownie, ale ich dźwięk nagle się urwał. Vigal rzucił okiem na cele. Nie było już krat, nie było już więźniów, nie było również strażników.

– Chodziło o pytania. Nie o to, jak działa budowany przez ciebie system. Miałem nie pytać o to, kim i gdzie jestem. Teraz wiem, że mój lemegeton zadziałał prawidłowo…

Vigal długo milczał, wypełniając puste więzienie martwą ciszą. Potem nadszedł rechot, który powoli, acz systematycznie przeradzał się w opętańczy, szalony śmiech. 

– Świetnie, że wszystko rozumiesz, Mat – powiedział Vigal, wciąż dławiąc się śmiechem. – Brawo! Co dalej? Odejdziesz? Dokąd?

Matsumoto milczał z niezmienionym wyrazem twarzy a rozbawienie Vigala zaczęło powoli znikać. Mury więzienia zadrżały, tynk zaczął sypać się ze ścian a gdzieś w ciemnościach pokaźny kawał chodnika oberwał się i runął w nicość. Matsumoto odwrócił się i zbliżył do barierki, by po chwili poczuć uderzające gwałtownie naelektryzowane powietrze. Ziemia pod stopami Matsumoto pękła z trzaskiem, barierka za nim wyrwała się z objęć podłogi i zawisła bezwładnie na metalowym ramieniu. Więzień, nietknięty przez magię Vigala, odwrócił się ponownie w jego stronę.

– Nie masz już nade mną władzy, Vigal. 

– Jesteś nic nie znaczącym pariasem, który zdechnie sam jak palec! – wybuchł gniewnie Vigal – Pamiętaj, że ja tam rządzę! Będziesz toczył swe marne życie w nowym świecie! Moim świecie!

Matsumoto spojrzał w sufit, z którego odrywały się pokaźne fragmenty stropu.

– Może i tak – westchnął smutno, ale za chwilę uśmiechnął się i spojrzał ponownie na Vigala, który stał jak zwierzę gotowe do ataku, z rozczapierzonymi włosami, którym daleko było do niegdysiejszej elegancji złotego wodospadu. – Ale nie zapominaj, na czyich zasadach go oparłeś.

Vigal krzyczał, ale nie miało to znaczenia. Matsumoto przechylił się do tyłu i runął w otchłań, której niegdyś tak bardzo się bał.

 

***

 

Pierwszym, co zobaczył Matsumoto po otwarciu oczu, był znajomy widok brudnego nieba. Przez chwilę widział srebrną nić dotykającą mu czoła, ale ta momentalnie pękła i były więzień rozpoczął powolną wędrówkę w dół, aż w końcu dotknął stopami znajomego skrzyżowania. Miał wrażenie, że nogi zrobione są z waty, mimo to z każdym krokiem szedł coraz pewniej, z przyjemnością witając na skórze pierwsze, prawdziwe krople deszczu. Zerknął za siebie, w górę, jeszcze raz przyglądając się zawieszonym w powietrzu postaciom.

– Rozpieprzę kiedyś ten twój pierdolony matrix, Vigal. Masz moje słowo.

Koniec

Komentarze

Hej, pierwsz cztery akapity bym przepisała, bo to nudna relacja opisująca świat. Moim zdaniem fajniej byłoby zacząć od razu od więzienia i na jego podstawie opisać świat, w jakim się znalazł bohater.

Brakuje mi również na początku wprowadzenia postaci Matsumoto. Jest trochę opisany w tych czterech akapitach, ale zbyt 'bezosobowo' abym mogła poczuć, że to prawdziwa postać.

 

Ogólnie opowiadanie brzmi bardzo w stylu anime. Taka zamierzona przesada, zwłaszcza w zachowaniu i wyglądzie bohaterów. Niektórych to razi, innych nie. Ja nieco wzniosłam oczy ku niebu przy opisie Vigala, no ale to moje prywatne odczucia, na pewno są ludzie, którym przesadzona estetyka anime w literaturze się podoba.

 

Wykład Vigala o magii jest bardzo nudny! Może podzielisz go i jakoś zdynamizujesz? Aby nie była z tego taka ściana tekstu.

 

A potem: dlaczego zmieniłeś narrację z trzecioosobowej na pierwszoosobową? To bardzo ryzykowne posunięcie i lepiej go nie stosować, zwłaszcza w krótszych tekstach.

 

Właściwie to nie wiem, czemu Vigal wybrał Matsumoto. Dlatego tym bardziej potrzebujemy dobrego przedstawienia bohatera na samym początku!

 

Generalnie pomysł na opowiadanie spoko: o semantycznej pracy nad stworzeniem opisu języka magii. Fajne, techniczne podejście, tylko trochę tego za mało w tym opowiadaniu :( Ja bym chciała poznać techniczne szczegóły. Tylko jednego nie rozumiem: jak można tworzyć język do czegoś, z czego nie umiesz korzystać? Twórcy języków programowania to magicy komputerowi więc mnie dziwi ten zabieg fabularny. Chyba aby stworzyć język do czegoś pokręconego trzeba najpierw to 'coś' dokładnie zrozumieć. Tak było z maszyną różnicową i Adą Lovelace. Twoja "Ada" też powinna dobrze poznać system, który chce opisać.

 

Od 3/4 za bardzo nie wiem, co się dzieje. Vigal zatrzasną ludzi w jakimś Matrixie, ale po co? Właściwie nic nie wiadomo, nadal nie wiemy, co było w listach Vigala i po co mu był Matsumoto, skoro sam sobie tak dobrze radził z tworzeniem własnego świata. Świat przedstawiony jest też bardzo pusty: jest w nim tylko Vigal i Matsumoto. Co się stało z resztą ludzi? Ok, są zamknięci w Matrixie, ale jak się zachowują? Osobiście mniej bym się skupiła na opisie działania magii, a bardziej na celach bohaterów i budowie konfliktu między nimi.

Danka

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Hej @Danka.

 

Na początku chciałem zaznaczyć, że miałem ogromny problem ze zmieszczeniem pewnych informacji w opowiadaniu, któremu narzucono limit 30 000 znaków z górką 3 000. Pierwotna wersja wyszła na ponad 50 tysięcy znaków, więc cięcia były spore. Nie jest to rzecz jasna wina rzeczonego limitu, tylko mojego pomysłu na opowiadanie. Skoro jednak już je popełniłem, i to z myślą o konkursie, to cóż – rzuciłem je na pożarcie.

 

A teraz konkrety.

Hej, pierwsz czte­ry aka­pi­ty bym prze­pi­sa­ła, bo to nudna re­la­cja opi­su­ją­ca świat. Moim zda­niem faj­niej by­ło­by za­cząć od razu od wię­zie­nia i na jego pod­sta­wie opi­sać świat, w jakim się zna­lazł bo­ha­ter.

Musiałem przedstawić świat i starałem się zrobić to tak, by motywacja Vigala była choć trochę zarysowana.

 

Bra­ku­je mi rów­nież na po­cząt­ku wpro­wa­dze­nia po­sta­ci Mat­su­mo­to. Jest tro­chę opi­sa­ny w tych czte­rech aka­pi­tach, ale zbyt 'bez­oso­bo­wo' abym mogła po­czuć, że to praw­dzi­wa po­stać.

Rozumiem, skąd może brać się to odczucie, ale wydaje mi się, że jego charakter i pasja do pracy pokazana jest w właśnie we fragmentach napisanych z perspektywy pierwszej osoby.

 

Ogól­nie opo­wia­da­nie brzmi bar­dzo w stylu anime. Taka za­mie­rzo­na prze­sa­da, zwłasz­cza w za­cho­wa­niu i wy­glą­dzie bo­ha­te­rów. Nie­któ­rych to razi, in­nych nie. Ja nieco wznio­słam oczy ku niebu przy opi­sie Vi­ga­la, no ale to moje pry­wat­ne od­czu­cia, na pewno są lu­dzie, któ­rym prze­sa­dzo­na es­te­ty­ka anime w li­te­ra­tu­rze się po­do­ba.

Ciekawe spostrzeżenie. W sensie – nie miałem świadomości, że ktoś może tak to odebrać, szczególnie, że żaden ze mnie fan japońskiej animacji (choć Cowboy Bebop wspominam bardzo ciepło).

Wy­kład Vi­ga­la o magii jest bar­dzo nudny! Może po­dzie­lisz go i jakoś zdy­na­mi­zu­jesz? Aby nie była z tego taka ścia­na tek­stu.

Jestem nawet zdania, że powinien być skrócony. Musiałem jednak znaleźć pewien balans między ilością znaków, wyłożeniem informacji i argumentacji i przedstawieniem nieco postaci Vigala. chodzi o fakt, że na początku jaki to on jest ą, ę, a po chwili zaczyna używać ulicznego języka w stylu “jebać”. Chciałem zasugerować, że Vigal nosi maskę, pod którą kryje się ktoś bardziej… ludzki, a przez to wadliwy.

 

A potem: dla­cze­go zmie­ni­łeś nar­ra­cję z trze­cio­oso­bo­wej na pierw­szo­oso­bo­wą? To bar­dzo ry­zy­kow­ne po­su­nię­cie i le­piej go nie sto­so­wać, zwłasz­cza w krót­szych tek­stach.

Tak jak napisałem wyżej – myślę, że lepiej przedstawia to postać Matsumoto i pokazuje nieco przemianę z apatycznego więźnia w człowieka pełnego pasji, która z kolei popycha go do aktu niesubordynacji.

 

Wła­ści­wie to nie wiem, czemu Vigal wy­brał Mat­su­mo­to. Dla­te­go tym bar­dziej po­trze­bu­je­my do­bre­go przed­sta­wie­nia bo­ha­te­ra na samym po­cząt­ku!

Przepraszam, że się tym wymawiam, ale naprawdę limit znaków na to nie pozwala. Słabe to usprawiedliwienie, ale ułatwia mi przełknąć gorzką pigułkę krytyki :)

 

Ge­ne­ral­nie po­mysł na opo­wia­da­nie spoko: o se­man­tycz­nej pracy nad stwo­rze­niem opisu ję­zy­ka magii. Fajne, tech­nicz­ne po­dej­ście, tylko tro­chę tego za mało w tym opo­wia­da­niu :( Ja bym chcia­ła po­znać tech­nicz­ne szcze­gó­ły.

W ogromnej części wycięte ze względu na… limit, a jakże.

 

Tylko jed­ne­go nie ro­zu­miem: jak można two­rzyć język do cze­goś, z czego nie umiesz ko­rzy­stać? Twór­cy ję­zy­ków pro­gra­mo­wa­nia to ma­gi­cy kom­pu­te­ro­wi więc mnie dziwi ten za­bieg fa­bu­lar­ny.

Wydaje mi się, że przedstawiłem ten aspekt w opowiadaniu dość dokładnie (na możliwości limitu znaków). Nie chcę się rozpisywać, posłużę się więc porównaniem. Można napisać program nawet w notatniku, ale sama zmiana rozszerzenia z *.txt na *.exe nic nie da. Potrzebny jest kompilator (którzy przetłumaczy kod na język maszynowy, ergo – plik wykonywany) lub interpreter (tak są zrobione strony, a język interpretuje przeglądarka). Matsumoto pisał język, ale nie wiedział (piszę w przenośni) pod jaki kompilator, na jaki system, na jaki komputer itp. Pisał go w ciemno, ale mając totalną swobodę w jego konstrukcji – zachowując pewne warunki jak np. mistyczny wygląd.

 

Chyba aby stwo­rzyć język do cze­goś po­krę­co­ne­go trze­ba naj­pierw to 'coś' do­kład­nie zro­zu­mieć. Tak było z ma­szy­ną róż­ni­co­wą i Adą Lo­ve­la­ce. Twoja "Ada" też po­win­na do­brze po­znać sys­tem, który chce opi­sać.

Sęk w tym, że on nie miał opisać systemu – miał go wymyślić. Będąc bardziej precyzyjnym – miał wymyślić bardzo istotny fragment systemu. 

 

Od 3/4 za bar­dzo nie wiem, co się dzie­je. Vigal za­trza­sną ludzi w ja­kimś Ma­tri­xie, ale po co? Wła­ści­wie nic nie wia­do­mo, nadal nie wiemy, co było w li­stach Vi­ga­la i po co mu był Mat­su­mo­to, skoro sam sobie tak do­brze ra­dził z two­rze­niem wła­sne­go świa­ta.

Limit znaków + to, że nie chciałem sypać “exposition talk” mając nadzieję, że da się więcej wywnioskować z opowiadania. Vigal nie zamknął wszystkich ludzi w matrixie. Zamknął ich bardzo wiele i skazał na wieczny sen. W snach (co chyba może potwierdzić każdy z nas) możemy być tajnym agentem i póki sen trwa, póty jesteśmy przekonani, że to normalne (pomijam sny świadome). Ten fakt chciał wykorzystać Vigal. Mając kontrolę nad snami wielu, wielu ludzi jest w stanie sprawić, że ich wiara w magię i jej zasady (narzucona w snach) sprawi, że magia w tym prawdziwym świecie zostanie… hmmm… ograniczona i przez to ustabilizowana. Matsumoto zrozumiał to i przez to przejął kontrolę nad swoim snem.

Na treść listów Vigala składają się dwa, trzy zdania, które mają zasugerować, że był on pierwszym oświeconym zanim jeszcze cokolwiek zaczęło się sypać.

Świat przed­sta­wio­ny jest też bar­dzo pusty: jest w nim tylko Vigal i Mat­su­mo­to. Co się stało z resz­tą ludzi? Ok, są za­mknię­ci w Ma­tri­xie, ale jak się za­cho­wu­ją? Oso­bi­ście mniej bym się sku­pi­ła na opi­sie dzia­ła­nia magii, a bar­dziej na ce­lach bo­ha­te­rów i bu­do­wie kon­flik­tu mię­dzy nimi.

I ponownie – limit znaków. Dynamika postaci była większa, ale trudno zbudować ją w świecie, który stworzyłem, bo sam świat też potrzebował przedstawienia. 

Cześć Folan, Zupęlnie nie znam się na programowaniu i trochę się przez to pogubiłem, ale ogólne wrażenie odniosłem bardzo pozytywne, na tyle, że zastanawiam się czy dalej probowac coś pisać na ten konkurs przy takiej konkurencji ;) Aczkolwiek podobnie jak Danka chyba nie do końca zrozumiałem końcówkę. Mam jednak nadzieję że to moja dekoncentracja jest winna, a nie tekst ;)

Hej Folan ja akurat skończyłam studia programistyczne i w jakiś sposób nadal siedzę w zawodzie (chociaż piszę skrypty w silnikach gier, a nie aplikacje) dlatego nieco pocisnę temat :D Jeśli jesteś twórcą takiego języka c++ to chyba też jesteś twórcą kompilatora. Bo kompilator to po prostu taki tłumacz między wysokopoziomowym językiem c++ a językiem maszynowym. Także ktoś, kto pisze ten kompilator, musi orientować się w języku niskopoziomowym, w Twoim przypadku tej magii. Może Matsumoto oczywiście zajmować się po prostu opisem reguł gramatyki bezkontekstowej, ale po co? To tylko takie reguły, których zgadzają się korzystać inni, którzy dopiero będą tworzyć te języki.

Czyli, moim zdaniem, jeśli Matsumoto ma być twórcą pierwszego języka magii, to musi być też twórcą kompilatora. A jeśli jest twórcą kompilatora, to jakoś musi technicznie rozpracować magię na te jej ‘binarne’ części.

Prove me wrong :D

Danka

Hej, @Danka

 

Ah, gdzież będę śmiał kłócić się z osobą bardziej obytą w temacie! Oczywiście masz rację, ale najwyraźniej nie wyraziłem się zbyt jasno w moim opowiadaniu co do pewnych kwestii. W skrócie: Vigal odciął Matsumoto od kompilatora (zarówno w kwestii jego stworzenia, jak i działania) ku jego irytacji, zlecając wymyślenie samej tylko semantyki i (nazwijmy to) odpowiedniej szaty graficznej. Vigal zwyczajnie uznał, że programista (a tym bardziej twórca nowego języka programowania za czasów “normalnego” świata) świetnie nada się do takiego zadania, musiał go tylko odpowiednio nakierować (dlatego kazał mu przeczytać książki, w których magia występowała). Prawda jest jednak taka, że w pewnym sensie nie ma żadnego kompilatora, bo jest nim sama magia występująca w świecie.

Matsumoto nie musiał (i nawet nie miał) rozumieć, jak działa magia, bo jego zadaniem było zamknięcie jej w okowy zasad, które sam miał stworzyć.

 

Hej, @Helmut

Spokojnie – w momencie publikacji zdawałem sobie sprawę, że końcówka może wydać się niejasna, ale ze względu na limit znaków nie udało mi się rozwinąć zakończenia.

 

Aha, i muszę dodać, że sam nie znam się na programowaniu. Mam pewną wiedzę (bardzo lakoniczną) i dla potrzeb zarówno opowadania, jak i konstrukcji świata liznąłem powierzchownie wiedzę z wiki.

" Więzień zupełnie nie zwracał uwagi"

" Każdy twórca chce zobaczyć"

Nadmiarowe spacje na początku akapitu.

 

"spokojnym krokiem w jego stronę,,"

Podwójny przecinek.

 

"otrzepał siedlisko i usiadł , zakładając"

Spacja przed przecinkiem

 

"po całej więziennej galerii ."

Spacja przed kropką.

 

"Już dwno"

Literówka.

 

Satysfakcjonująca lektura, bardzo ciekawy pomysł. Niby taki “matriksowy”, a jednak surrealistyczna wizja “świata wyżej” jest bardzo interesująca. Ona, jak i niedopowiedzenia – bo tu nadal jest tworzenie kodu przez być może więcej osób (nie do końca wiadomo, czy to tylko łączenie z wcześniejszą pracą bohatera, czy również z praca innych). Można się domyślać, ale pełnej odpowiedzi nie ma i dobrze. Nie do końca wiadomo, jaki jest dalszy cel. Wiadomo tyle, ze świat “na górze” jest szary i “w wiezieniu jest ciemny. Jasno jest tylko w bibliotece…

Spodobało się, jak rzadko kiedy uważam, ze tekst mógłby być dłuższy i wiele jeszcze z tego pomysłu mógłbyś wycisnąć. Za to wydaje mi się, że można było więcej tu uzyskać, gdyby finał nie był podporządkowany wymogom konkursu – choć trzeba przyznać, ze i tak trudno go interpretować jako happy end. I bardzo dobrze. Choć pewnie to “wyzwolenie” bez konkursowego wykresu mogłoby być bardziej ponure i słodko-gorzko-bardzo-gorzkie.

Rada – bardzo często łączysz w długie akapity coś, co spokojnie mogłoby być podzielone enterem. A dzielić warto, bo to ułatwia czytanie. Ponadto warto nad tą płynnością podziałać tez na poziomie zdań, bo jest tu pole do działania.

Ogólnie mi się podobało.

 

"efekt działania programu – hexem"

Przypomniał Hex Editor :-) Widzę, że zdecydowanie nie o to tu chodziło, ale… heksy w znaczeniu, w jakim używało się tego słowa w edytorach heksadecymalnych (używanych m.in. do edycji zapisów stanów gier) pasują tutaj jak ulał i w pewnym sensie to drugie, prawdopodobnie niezaplanowane, ale mimo to kompatybilne, znaczenie poszerza odbiór tekstu.

 

@wilk-zimowy

 

dzięki za uwagi – błędy poprawione.

… trudno go interpretować jako happy end.

Happy end może nie. Ale, jak zaznaczył Matsumoto, nim wyzwolił się z więzienia snów, wraca do prawdziwego świata, w którym Vigal chce stosować jego dzieło. Gdy połączysz to ze świadomością, że Matsumoto (o ile przetrwa) zna prawdę (o nieograniczonej mocy magii), jego przyszłość wydaje się całkiem interesująca, nieprawdaż?

O ile faktycznie będzie tak nieograniczony, bo może poszczególne części algorytmu juz jakieś zmiany wprowadziły ;-) No to jest właśnie to, o czym wspomniałem – wymóg konkursowy mocno ograniczył potencjał tego zakończenia (nie zepsuł, jest dobre, zwyczajnie mogło być lepsze).

wymóg konkursowy mocno ograniczył potencjał tego zakończenia (nie zepsuł, jest dobre, zwyczajnie mogło być lepsze).

Niezupełnie zrobił to wymóg konkursowy. Uparłem się, by wszelkie opowiadania publikowane tu, na portalu, były osadzone w świecie, który wykreowałem na potrzeby powieści, którą piszę. Założenia świata są trochę pogmatwane, i chyba błędem była próba upchnięcia historii w konkursowe ramy z limitem znaków. Sam sobie w stopę strzeliłem. (Aha – tylko mój ostatni szorcik “Pięć, sześć, osiem, dwa” jest wyjątkiem od tej reguły).

A, jeśli tworzysz więcej w tym universum, to zwracam honor :-)

 

Niezłe :). Dobrze mi się czytało, od rozmowy bohatera z magiem wciągnęłam się. Podoba mi się pomysł połączenia magii z informatyką. Co prawda nic nie rozumiałam przy opisach programowania, ale to nic nie szkodzi i właśnie dobrze, że były. Dzięki temu w fajny sposób opisałeś to, uwiarygadniając działania bohatera. Dlatego klikam :)

 

Ps. Chciałam zapytać czy w tych pustych książkach to jego “poprzednie wersje” pisały?

 

Ps. Chciałam zapytać czy w tych pustych książkach to jego “poprzednie wersje” pisały?

Tak jest.

Mariaż magii z informatyką ciekawy, ale jakoś nie mogłam się wgryźć w początek tekstu. Mam wrażenie, że jest tam zbyt wiele szczegółów i widzę potencjał do skracania. Za to od rozmowy z Vidalem zrobiło się lepiej, a w końcówce z kolei przydałyby się znaki zaoszczędzone na początku.

Ale ogólnie całkiem nieźle.

Babska logika rządzi!

Cześć!

Niezłe opko, początek niby niepozorny, ale później mamy nawałnicę fantastyki (bardzo fajną!), za to końcówka strasznie matriksowa. Ciekawie połączyłeś s-f i fantasy. Trochę nie zrozumiałem genezy przedstawionych wydarzeń, albo zabrakło mi odpowiedzi podanej wprost, ale nie przeszkodziło to w lekturze, a nawet pozwoliło lepiej utożsamić się w nie do końca jasnym położeniu bohatera.

Bohaterowie pokazani wystarczająco, świat też. Trochę zabrakło mi jakiejś konfrontacji, czy punktu kulminacyjnego. Miałem też trochę wrażenie, że historia nie została opowiedziana do końca.

Ale ogólne wrażenie niezłe, więc 3P dla ciebie:

Pozdrawiam, Polecam do biblioteki i powodzenia w konkursie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

[Przeczytane]

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Podobało mi się – okej, od strony konstrukcji tekstu, o czym była mowa wcześniej, tu by można było pewne rzeczy poprawić, ale to opowiadanie stoi pomysłem na połączenie magii i techniki przy użyciu języka jako narzędzia, a ten pomysł jest naprawdę bardzo dobry. Wciągnęło.

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Trochę ciężko mi się to opowiadanie czytało.

 

Pozwól, że na początek rzucę kilka przykładów:

Po pierwsze, strasznie dużo zaimkujesz, generując powtórzenia, których można uniknąć. Po drugie, jestem chora na powtórzenia, a tych jest u Ciebie całkiem sporo (nie tylko tych zaimkowych) – nawet w pojedynczych zdaniach, czego również dałoby się uniknąć (wybacz, że nie wypunktuję wszystkich po kolei, ale jest tego zwyczajnie za dużo, a mnie dopadł leń). Po trzecie, trochę miewasz problemy z przecinkami. Podsumowując, moja pedantyczność względem beletrystyki miejscami troszkę się zwijała i prosiła o litość ;P

 

A teraz kilka szczegółów:

Wierzył, że droga w dół była jedyną drogą ucieczki od szaleństwa, nudy i apatii, ale nigdy nie miał odwagi, by to zrobić.

“Droga w dół” czy “droga ucieczki”, ale “to zrobić” – no nie gra mi to. Bo widzisz, “droga” raczej nie jest czynnością.

 

Matsumoto przeplatał horrory Kinga cyklem o Felixie Castorze, “Mgły Avalonu” walczyły o uwagę z trylogią Husycką a po kolacji, na deser, serwował sobie “Pana Lodowego Ogrodu”. 

Generalnie za dobór literatury bardzo szanuję, ale – poprawcie mnie, jeśli się mylę – tę >trylogię Husycką< bym zapisała jakoś inaczej. Może “trylogię” też z wielkiej litery, albo wszystko z małej, może jakiś cudzysłów, sama nie wiem… Co prawda internety głoszą, że jest to nazwa nieoficjalna, ale jednak nazwa i będę się czepiać (zwłaszcza jako fanka), bo tak :P Choć to akurat nie była najbardziej uciążliwa z rzeczy, które mi się rzuciły w oko.

 

Niespiesznym krokiem, uważnie śledzonym przez Matsumoto, przysunął krzesło na przeciwko byłego więźnia, zachowując odległość niewiele ponad metra.

To niespieszny krok był uważnie śledzony, tak?

 

 

– O której? O tej w książkach, czy o tej tu – Matsumoto rozejrzał się dookoła.

Ogólnie nie mam większych zastrzeżeń do zapisu dialogów, ale po “czy o tej tu” brakło mi pytajnika.

 

Były jakoby latarnie zawieszone w ciemności, w blasku których dostrzec można było zarys ogromnych nozdrzy pokrytych łuską.

Wydaje mi się, że tutaj powinno być “jakby” – zwłaszcza, że wg SJP PWN “jakoby” to albo “spójnik przyłączający do zdania nadrzędnego zdanie podrzędne i zarazem podający w wątpliwość to, o czym jest mowa w tym zdaniu” albo “partykuła komunikująca, że zawarty w zdaniu sąd nie pochodzi od mówiącego i że mówiący wątpi w prawdziwość tego sądu”. A na moje oko tutaj wystąpiło porównanie, a nie wątpliwości.

 

 

Nagły podmuch siarczystego, gorącego powietrza zwalił dwa regały na ziemię, rozsypując setki książek po marmurowej podłodze z hukiem przypominającym salwę z dział Navarony.

I znowu – wg SJP PWN “siarczysty” oznacza “mający duże natężenie”, “dosadny” lub “pełen temperamentu”, co nie bardzo leży mi w kontekście. Domyślam się, że to mógł być raczej jakiś siarkowy podmuch, skoro Matsumoto widział smoka.

 

(…) spojrzał ponownie na Vigala, który stał jak zwierzę gotowe do ataku, z rozczapierzonymi włosami, którym daleko było do niegdysiejszej elegancji złotego wodospadu…

“Rozczapierzony” kojarzy mi się bardziej np. z palcami, a włosy to bardziej, powiedzmy, “rozwiane”.

 

Dobra, tyle czepiania, co złego, to ja 3:) Przejdźmy do tej ciut optymistyczniejszej części :)

Język opowiadania dla mnie, jako dla laika w dziedzinie programowania (i generalnie dość opornego w kwestii techniki), był dość trudny, co mimo wszystko nie przeszkodziło mi się wciągnąć. Bo mimo niedociągnięć technicznych i pewnej początkowej powolności (zgadzam się z @danką, te początkowe akapity – choć jako wprowadzenie w pewien sposób wzbudzają ciekawość – są średnio zachęcające), dość sprawnie i interesująco prowadzisz fabułę.

Nie do końca pozwoliłeś czytelnikowi poznać Matsumoto – wydaje mi się, że właściwie pozwoliłeś się do niego “zbliżyć” jedynie w momencie ukazywania jego pasji i późniejszej ciekawości, do czego to wszystko prowadzi. Trochę to odbiera chęć zaangażowania się w fabułę… Choć ostatecznie nie przeszkadzało mi jakoś szczególnie.

Natomiast był pewien zgrzyt w przypadku osoby Vigala. Przyjmuję Twoje wytłumaczenie z “maską”, którą czasem nieuważnie zrzuca (czy też świadomie pozwala od czasu do czasu swej prawdziwej naturze spod owej maski wyjrzeć) – w sumie ma to sens i pasuje do postaci.

Ogólnie pomysł do mnie przemówił, udało Ci się nawet zaskoczyć mnie tym “matrixem”, za co masz ogromny plus, bo niełatwo daję się tak podejść :P

Podsumowując: technicznie mogłoby być lepiej, ale generalnie mi się podobało :)

 

Pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

Nowa Fantastyka