- Opowiadanie: RogerRedeye - Stajenny

Stajenny

Opo­wia­da­nie jest po­kło­siem kon­kur­su, całkiem niedawno prze­pro­wa­dzo­ne­go na pew­nym por­ta­lu z oka­zji ubie­gło­rocz­ne­go Hal­lo­we­en.  Uzna­łem, że jest na tyle dobre, że warto je nieco roz­wi­nąć i gdzieś wy­słać. No i zapukałem do drzwi “Hi­ste­rii”, w któ­rej ta opo­wieść uka­za­ła się wczoraj, w stycz­nio­wym nu­me­rze.

Link do pobrania całego numeru →  http://tiny.pl/rjxn3

W “Histerii” jest to pierw­szy mój tekst, który, jak sądzę, jest kla­sycz­nym hor­ro­rem. Po­przed­nie, a było ich sporo, mocno ocie­ra­ły się o hor­ror, mniej albo wię­cej na­sy­ci­łem je grozą, ale kla­sycz­ny­mi hor­ro­ra­mi jed­nak nie były.

In­te­re­su­ją­ce, czy “Sta­jen­ny” do­cze­ka się druku w ko­lej­nym tomie “The best of Histeria”.  Może...

Spo­koj­nej lek­tu­ry o tym, co wy­da­rzy­ło się w pew­nym dwo­rze, po­ło­żo­nym na pół­noc­nych ru­bie­żach York­shi­re.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Stajenny

 

– Chłop­cze, masz za luźne ban­da­że… – Wach­mistrz z wy­raź­ną dez­apro­ba­tą po­krę­cił głową. – One ni­cze­go nie ta­mu­ją. Z ran krew i ropa ci ciek­ną. Twoja suk­ma­na i por­t­ki są tak za­pa­sku­dzo­ne, że le­piej nie gadać, a śmier­dzisz jak klo­aka trę­do­wa­tych. Kimże je­steś i co tu wła­ści­wie ro­bisz?

Męż­czy­zna prze­niósł wzrok na roz­le­głą pręgę pod grdy­ką chło­pa­ka. Szra­ma wy­glą­da­ła wy­jąt­ko­wo pa­skud­nie. 

Po­zo­sta­li człon­ko­wie od­dzia­łu dra­go­nów, li­czą­ce­go tuzin jeźdź­ców, w mil­cze­niu pa­trzy­li na chu­de­go jak tyka mło­dzie­niasz­ka. Wy­ro­stek sie­dział na ławie pod ścia­ną bu­dyn­ku zro­bio­ne­go z bali, ma­ją­ce­go sze­ro­kie wrota, wy­glą­da­ją­ce­go jak staj­nia. Roz­glą­da­li się też po dużym dzie­dziń­cu, oko­lo­nym licz­ny­mi za­bu­do­wa­nia­mi. W żad­nym oknie nie oca­la­ła nawet jedna szyba.

Konie chra­pa­ły nie­spo­koj­nie, krę­ci­ły się, jakby chcia­ły po­kłu­so­wać w inne miej­sce. Może dziw­ny fetor, prze­sy­ca­ją­cy po­wie­trze i za­ty­ka­ją­cy noz­drza, spo­wo­do­wał taką re­ak­cję wierz­chow­ców. Jed­nak mocne ścią­gnię­cie wodzy i gło­śne prze­kleń­stwa jeźdź­ców szyb­ko zmu­si­ły je do po­słu­szeń­stwa.

– Je­stem sta­jen­nym, zwę się Wil­liam Haw­kes. – Mło­kos moc­niej na­cią­gnął na głowę sfa­ty­go­wa­ny, mocno zru­dzia­ły kasz­kiet. Może chciał ukryć licz­ne stru­py, po­kry­wa­ją­ce skórę czasz­ki. – Ano, tam, gdzie było trze­ba, za­ło­ży­łem zna­le­zio­ne szar­pie, ale po­lu­zo­wa­ły się, bo ob­ra­że­nia nadal mnie palą, dla­te­go po nich się dra­pię…

– Dobrą ro­bo­tę mia­łem, panie ofi­ce­rze – dodał po chwi­li. – Je­dze­nia nie bra­ko­wa­ło, ale teraz…

Nie­spo­dzie­wa­nie gło­śno chlip­nął.

– Nie je­stem ofi­ce­rem. – Wach­mistrz zręcz­nie ze­sko­czył z sio­dła. – To za­ję­cie dla dżen­tel­me­nów, a ja nie mia­łem szczę­ścia takim się uro­dzić.

Mocno schwy­cił swo­je­go wa­ła­cha za uzdę, bo ten naj­wy­raź­niej też chciał nie­zwłocz­nie opu­ścić miej­sce po­sto­ju.

– Po­wiedz mi zatem, Wil­lia­mie, co tu się dzie­je? – kon­ty­nu­ował męż­czy­zna w mun­du­rze ze srebr­ny­mi szew­ro­na­mi na rę­ka­wach. – Do­sta­łem pilne za­da­nie prze­pro­wa­dze­nia re­ko­ne­san­su. Za mną po­dą­ża resz­ta szwa­dro­nu. Mam jutro zdać ka­pi­ta­no­wi re­la­cję i, jakem John Ro­berts, uczy­nię to, choć­bym miał wy­rzy­gać be­be­chy od tego smro­du. 

Splu­nął na zie­mię.

– Wszy­scy mó­wi­li, że to przez ten cmen­tarz… – Haw­kes wska­zał pal­cem na nie­od­le­głe wzgó­rze po­ro­słe brze­zi­ną. – Wy­cho­dzą tam z mogił ja­kieś stwo­ry, które ata­ku­ją ludzi. Z na­szym dwo­rem też się roz­pra­wi­ły, ale mnie tylko po­ha­ra­ta­ły. Na­sze­go dzie­dzi­ca do­pa­dły w sy­pial­ni i już żywy z ich zę­bisk nie wy­szedł…

Chło­pak kaszl­nął, jakby dłuż­sze mó­wie­nie spra­wia­ło mu trud­ność.

– Za­bi­ły też wielu in­nych ludzi. Teraz nie ma kto po­cho­wać tych nie­szczę­śni­ków – kon­ty­nu­ował po chwi­li.

Ro­berts wzru­szył ra­mio­na­mi. Pod­niósł rękę, jakby chciał po­pu­kać się pal­cem w czoło, ale zaraz ją opu­ścił. Siłą woli po­wstrzy­mał się od po­gar­dli­we­go gestu.

– Nie chcesz mi chyba po­wie­dzieć, że zmar­li wsta­ją z gro­bów? – Szy­der­czo za­śmiał się. – Kie­dyś to na­stą­pi, ale do­pie­ro w dniu Sądu Osta­tecz­ne­go… – sta­ran­nie się prze­że­gnał – …który obej­mie wszyst­ko, a nie tylko pół­noc­ną ru­bież York­shi­re, gdzie się znaj­du­je­my. Po pro­stu jakaś dziw­na banda gra­su­je w oko­li­cy. Nasz re­gi­ment szyb­ko wy­pra­wi tych ło­trów na tam­ten świat, gdzie ich miej­sce.

Męż­czy­zna strzep­nął pa­proch z bry­cze­sów i ro­zej­rzał się.

– Przy­go­to­wać biwak na dzie­dziń­cu! Zo­sta­je­my tu na noc! – za­ko­men­de­ro­wał. – Weź­cie deski z resz­tek tego ogro­dze­nia, po­rąb­cie je i roz­pal­cie z nich dwa ogni­ska! Nie wła­zić mi do bu­dyn­ków, prze­cież wie­cie, dla­cze­go wszę­dzie tak cuch­nie! Upać­ka­cie sobie trze­wi­ki po­zo­sta­ło­ścia­mi po tru­po­szach i wasze buty będą do wy­rzu­ce­nia! Pa­mię­taj­cie o zna­le­zie­niu miej­sca, żeby przy­wią­zać konie!

Ro­berts prze­szedł kilka kro­ków i owi­nął cugle swo­je­go gnia­do­sza na słu­pie par­ka­nu.

Za­pa­no­wał zgiełk. Dra­go­ni pra­co­wa­li spraw­nie, wpra­wie­ni w urzą­dza­niu po­lo­we­go obo­zo­wi­ska. Ktoś stu­kał to­por­kiem, dwóch jeźdź­ców ści­na­ło kor­de­la­sa­mi suchą trawę, która miała po­słu­żyć za roz­pał­kę. Konie wresz­cie uspo­ko­iły się. Za­ję­ły się żu­ciem ob­ro­ku z wor­ków, przy­wią­za­nych do ich głów.

Wach­mistrz usiadł obok Haw­ke­sa i wy­god­nie wy­cią­gnął nogi. Prze­cią­gnął pal­cem po nosie.

– Czemu nie dałeś stąd dra­pa­ka? To dziw­ne… – za­py­tał nie­spo­dzie­wa­nie i wbił wzrok w twarz chłop­ca. – Dla­cze­go zo­sta­łeś, hę?

– A gdzież bym po­szedł? – W gło­sie Wil­lia­ma za­brzmia­ło nie­kła­ma­ne zdu­mie­nie. – Nie mam dokąd, bo je­stem sie­ro­tą… Tutaj przy­naj­mniej mo­głem wy­god­nie spać i cze­kać na pomoc. Ten smród mi nie prze­szka­dza, dawno już przy­zwy­cza­iłem się… Ja­kieś je­dze­nie też się trafi. Idzie żyć…

– Nadal idzie żyć… – po­wtó­rzył z dziw­nym na­ci­skiem. W gło­sie za­brzmia­ła taka in­to­na­cja, jakby sam szcze­rze dzi­wił się wy­po­wie­dzia­nym przez sie­bie sło­wom.

– Bie­da­czy­sko z cie­bie… Nie­szczę­sna ofia­ra tych pod­łych dra­bów… Masz szczę­ście, że usze­dłeś z ży­ciem – mruk­nął Ro­berts i do­kład­nie dwa razy wy­smar­kał nos.

Wi­docz­nie wy­ja­śnie­nie Wil­lia­ma cał­ko­wi­cie prze­ko­na­ło wach­mi­strza, który w dal­szym ciągu pró­bo­wał usu­nąć z dróg od­de­cho­wych strasz­li­wy fetor, prze­sy­ca­ją­cy wiel­ki po­dwó­rzec.

 

***

 

Na­de­szła pora po­sił­ku. Jeden z ka­wa­le­rzy­stów miał przy­tro­czo­ny do sio­dła me­ta­lo­wy gar­nek, a wszy­scy po­zo­sta­li faski wy­peł­nio­ne żoł­nier­ski­mi wik­tu­ała­mi, w tym ka­wał­ka­mi mięsa. W ciągu dwóch kwa­dran­sów przy­go­to­wa­no ob­fi­ty obiad. Kło­pot spra­wia­ło zdo­by­cie wody, bo w po­ło­żo­nej w rogu dzie­dziń­ca stud­ni pły­wał trup, ale dra­go­ni szyb­ko zna­leź­li kry­sta­licz­nie czy­sty stru­mień.

Wach­mistrz jadł z me­naż­ki go­rą­cą kaszę, suto okra­szo­ną gu­la­szem.

– Wil­lia­mie, dla­cze­go twier­dzisz, że to wszyst­ko przez ten cmen­tarz? – za­py­tał w prze­rwie mię­dzy jed­nym a dru­gim kęsem. – Prze­cież to tylko miej­sce po­chów­ku…  

Haw­kes też otrzy­mał por­cję żoł­nier­skiej stra­wy. Pa­ła­szo­wał ją z wy­raź­ną przy­jem­no­ścią, bar­dzo wolno, de­lek­tu­jąc się każ­dym ko­lej­nym kęsem, jakby przy­po­mi­nał sobie za­po­mnia­ny smak je­dze­nia.

Otarł usta.

– Za­le­ży, jakie… – od­po­wie­dział po­waż­nym tonem i po­ki­wał głową. – Na nasz cmen­tarz przy­wo­żo­no trupy z kilku hrabstw. Były to ciała mor­der­ców, gwał­ci­cie­li, zbó­jów i in­nych okrut­ni­ków… Mówi się, że ich duchy msz­czą się za do­zna­ne za życia krzyw­dy. Nie wszyst­kich osą­dzo­no spra­wie­dli­wie. Byli wśród nich cał­ko­wi­cie nie­win­ni lu­dzie…

Oczy wy­rost­ka dziw­nie bły­snę­ły. Nagle za­ci­snął wargi.

Wach­mistrz po­now­nie wzru­szył ra­mio­na­mi. Ze sma­kiem ob­li­zał cy­no­wy wi­de­lec.

– Tere – fere kuku, strze­la chło­pię z łuku. Bajdy dla pro­sta­ków, ta­kich jak ty – sko­men­to­wał od­po­wiedź sar­ka­stycz­nym tonem.  

Odło­żył puste już na­czy­nie, pie­czo­ło­wi­cie wy­tarł chu­s­tecz­ką dło­nie i wyjął z we­wnętrz­nej kie­sze­ni mun­du­ru cy­ga­ro. Uśmiech­nął się, ob­wą­chał przed­miot i lekko za­czął ugnia­tać go pal­ca­mi. Naj­wi­docz­niej przed uda­niem się na spo­czy­nek chciał jesz­cze odu­rzyć się dymem ni­ko­ty­no­wym.  

Na­dej­ście zmierz­chu spo­wo­do­wa­ło, że zro­bi­ło się znacz­nie chłod­niej. Może dla­te­go odór roz­kła­da­ją­cych się zwłok nie dusił już gar­deł.

– Po dro­dze spe­ne­tro­wa­li­śmy wspo­mnia­ny przez cie­bie ob­szar – kon­ty­nu­ował Ro­berts nie­dba­łym tonem, ugnia­ta­jąc zwi­tek ty­to­niu. – Przy­zna­ję, roz­le­gły, ale nic szcze­gól­ne­go… Za­pusz­czo­ny, za­ro­śnię­ty traw­skiem i po­krzy­wa­mi, zo­sta­ło tylko parę krzy­ży. Cóż, pew­nie znowu za­ko­pią tam ja­kie­goś mor­der­cę albo fał­sze­rza…

Roz­bły­snę­ła głów­ka siar­ko­wej za­pał­ki. 

– Nie, na pewno ist­nie­je zu­peł­nie inne wy­tłu­ma­cze­nie tej spra­wy. Cał­ko­wi­cie od­mien­ne. – Wach­mistrz za­cią­gnął się głę­bo­ko.

Za­ję­ty pa­le­niem cy­ga­ra, nie do­strzegł, że pręga na szyi Wil­lia­ma na­brzmia­ła i po­czer­wie­nia­ła. Nie zwró­cił uwagi na to, że mło­dzie­niec za­czął zgrzy­tać zę­ba­mi, moc­ny­mi i spi­cza­sty­mi, przy­po­mi­na­ją­cy­mi kły.

Ro­berts od­wró­cił się do swo­ich to­wa­rzy­szy.

– Ka­pra­lu, wy­znacz­cie żoł­nie­rzy do peł­nie­nia warty przy wjeź­dzie na dzie­dzi­niec! Duchy to głu­pa­wa ima­gi­na­cja wie­śnia­ków, ale przed praw­dzi­wy­mi zbó­ja­mi le­piej się za­bez­pie­czyć! Zmie­niaj­cie się co go­dzi­nę, żeby wszy­scy się wy­spa­li! Macie mój ze­ga­rek, tylko uwa­żaj­cie na niego! 

Wach­mistrz wy­cią­gnął z kie­sze­ni okrą­gły, srebr­ny cza­so­mierz i prze­ka­zał go szpa­ko­wa­te­mu żoł­nie­rzo­wi.

– No, wszyst­ko za­ła­twio­ne – ucie­szył się Ro­berts i roz­dmu­chał czu­bek cy­ga­ra. Było jesz­cze dość dłu­gie, ale słabo się ża­rzy­ło. – Jutro prze­szu­ka­my cały teren i od­naj­dzie­my tę bandę rze­zi­miesz­ków. Ukry­wa­ją się pew­nie w la­sach i wą­wo­zach. Udają zmar­twych­wstań­ców, żeby nas prze­stra­szyć, ale ich do­pad­nie­my. Kat bę­dzie miał sporo ro­bo­ty, a tu­tej­sze cmen­ta­rzy­sko znowu się za­peł­ni… 

Pod­ofi­cer, za­ję­ty trze­pa­niem derki i koca, które miały po­słu­żyć za po­sła­nie, po raz ko­lej­ny nie zwró­cił uwagi na za­cho­wa­nie Wil­lia­ma.

Nie spo­strzegł, że ten zdjął swój sfa­ty­go­wa­ny kasz­kiet i że z czub­ka jego głowy po­sy­pa­ły się grube ka­wał­ki skóry wraz z wło­sa­mi. Wy­glą­da­ło to, jakby Haw­kes gnił za życia. Nie za­uwa­żył, że twarz Wil­lia­ma na chwi­lę zmie­ni­ła się w ob­li­cze bar­dzo sta­re­go czło­wie­ka, wy­krzy­wio­ne w gry­ma­sie za­ja­dłej nie­na­wi­ści. 

Nie zdzi­wi­ło go też to, że sta­jen­ny od­szedł bez słowa bar­dzo śpiesz­nym kro­kiem, jakby przy­po­mniał sobie, że o czymś za­po­mniał.

Ro­berts uznał, że mło­dzie­nia­szek skoń­czył wresz­cie po­si­łek i na­je­dzo­ny do syta idzie szy­ko­wać sobie ja­kieś po­sła­nie.

 

***

 

Szturm na­stą­pił zaraz po pół­no­cy, gdy dra­go­nów ogar­nął głę­bo­ki sen. Grupa po­sta­ci, przy­po­mi­na­ją­cych bez­cie­le­sne upio­ry, prze­sko­czy­ła przez ogro­dze­nie i za­ata­ko­wa­ła żoł­nie­rzy. Prze­gry­za­li im krta­nie, a dra­go­ni umie­ra­li jeden po dru­gim.

Pierw­szy po­legł war­tow­nik znaj­du­ją­cy się przy bra­mie. Nawet nie zdą­żył krzyk­nąć. Może nawet nie wie­dział, że umie­ra, bo drze­mał na sto­ją­co, opar­ty o musz­kiet. Srebr­ny ze­ga­rek, prze­wie­szo­ny przez nad­gar­stek żoł­nie­rza, upadł w kępę po­krzyw. Któ­ryś z rze­zi­miesz­ków sta­ran­nie zdep­tał cenny przed­miot.

Na­stęp­nie idący na czele chu­dzie­lec wbił się zę­bi­ska­mi w szyję Ro­bert­sa. Wach­mistrz krzy­czał. Pró­bo­wał wy­cią­gnąć z po­chwy sza­blę, ale wtedy na­past­nik z nie­ludz­ką wręcz siłą wci­snął mu w gar­dło kasz­kiet, cał­ko­wi­cie ta­mu­jąc od­dech. Ro­berts za­char­czał i padł mar­twy. Z ust wy­sta­wał mu da­szek  na­kry­cia głowy, zru­dzia­łe­go od desz­czy i śnie­gów.

Wil­liam wy­tarł dło­nie o trawę po­ra­sta­ją­cą dzie­dzi­niec, a potem za­brał swoją czap­kę.

Pa­trzył na trupa i kiwał głową, z któ­rej znowu po­sy­pa­ły się płaty skóry.

– Sporo lat temu po­wie­si­li mnie za fał­szo­wa­nie su­we­re­nów, a ja tylko wy­ko­ny­wa­łem po­le­ce­nia dzie­dzi­ca i nie wie­dzia­łem, o co cho­dzi. Są­dził mnie wła­śnie pan tych wło­ści… Ta­kich jak ja na cmen­ta­rzu leży wielu… Żoł­nie­rze two­je­go re­gi­men­tu, wach­mi­strzu, wle­kli mnie, jesz­cze chłop­ca, na eg­ze­ku­cję, a potem wrzu­ci­li do dołu… O tam! – ode­zwał się Wil­liam, jakby pro­wa­dził przy­ja­ciel­ską po­ga­węd­kę, i dło­nią wska­zał brze­zi­no­wy pagór. 

– Nie wiem, dla­cze­go wra­ca­my do świa­ta ży­wych jako duchy – kon­ty­nu­ował nie­śpiesz­nie, jakby z cze­goś się zwie­rzał. – Ale ja i moi to­wa­rzy­sze cie­szy­my się z tego. Nie ro­zu­mie­my, czemu mamy tak mocne zęby i szpo­nia­ste dło­nie. Nie wiemy, kto spo­wo­do­wał tę zmia­nę… Ale na pewno do­brze nam ona służy.

Chło­pak znowu po­ki­wał głową.

– Są spra­wy, o któ­rych takim, jak ty, głu­pim mę­dr­kom, nawet się nie śniło… – dodał po chwi­li. – I nigdy ich nie zro­zu­mie­ją.

Jeden z bez­cie­le­snych upio­rów kilka razy mach­nął ręką. Wy­glą­da­ło to na po­na­gla­ją­cy gest, wzy­wa­ją­cy do opusz­cze­nia dzie­dziń­ca. Kilka in­nych zjaw wy­ko­ny­wa­ło nie­ty­po­we za­ję­cie: od­wią­zy­wa­ło konie. Sły­chać było gwar gło­sów, przy­po­mi­na­ją­cy szum list­ków brzo­zy przy sła­biu­teń­kim wie­trze:

– Ko­ni­ki nie­win­ne… Niech cho­ciaż tro­chę na­cie­szą się wol­no­ścią… Zwie­rząt­ka prze­cież są nie­win­ne…

Uwol­nio­ne wierz­chow­ce na­tych­miast ru­szy­ły cwa­łem i rżały ra­do­śnie. Cie­szy­ły się, że na­resz­cie opu­ści­ły znie­na­wi­dzo­ny przez nie dzie­dzi­niec. Kilka z nich prze­bie­gło obok daw­ne­go sta­jen­ne­go, który śle­dził je wzro­kiem.

– A moje rany to stare ślady po mę­kach ze śledz­twa i eg­ze­ku­cji… – wes­tchnął cięż­ko Haw­kes, a potem od­wró­cił się. – Do­ko­na­łem po­msty i wresz­cie będę mógł od­po­cząć wie­ku­istym snem… – cią­gnął, idąc w stro­nę to­wa­rzy­szy. – Wra­ca­my na swoje miej­sca…

Niebo było bez­chmur­ne. Księ­życ w pełni świe­cił bar­dzo jasno. Gdyby ktoś żywy zna­la­zł­by się w po­bli­żu, mógł­by do­strzec grupę bez­cie­le­snych po­sta­ci, żwawo zmie­rza­ją­cych w stro­nę brze­zi­no­we­go pa­gór­ka. Wy­da­wa­ło się, że z każ­dym kro­kiem upio­ry roz­pły­wa­ją się w po­wie­trzu. Roz­my­wa­ły się coraz bar­dziej, aż w końcu znik­nę­ły.

Na dzie­dziń­cu po­ro­słym traw­skiem po­zo­sta­ło trzy­na­ście tru­pów z roz­ora­ny­mi gar­dła­mi. Jeden z nich miał sze­ro­ko roz­war­te usta, jakby, mimo tego, że był mar­twy, nadal pró­bo­wał coś wy­krzy­czeć.

 

27 paź­dzier­ni­ka 2020 r. Roger Re­deye

 

Jako ilu­stra­cję wy­ko­rzy­sta­łem obraz Pio­tra Mi­cha­łow­skie­go „Sta­jen­ny z ko­niem”

Źró­dło ilu­stra­cji ->

http://www.pinakoteka.zascianek.pl/Michalowski/Michalowski_bio.htm 

Koniec

Komentarze

Cześć, Rogerze!

 

Mocny szorciak. Lubię motyw z zemstą za grobu, sprawdzają się zawsze w takiej konfiguracji. I ta miłość bohatera do zwierząt też jest zgrabnym smaczkiem. Językowo chyba mamy trochę inny styl/gust, ale do poprawności nie mam się za bardzo jak przyczepić. Ogólnie przyjemna lektura.

Pozdrawiam

Oidrin dzięki za przeczytanie i komentarz. Cóż, zadania konkursowe na innym portalu było takie, że w tekście musiało wystąpić chyba z pięć elementów, w tym jeden z nich był wyborem bohatera. Był też limit znaków. No więc, wystąpiły, a bohaterem został stajenny. Między innymi elementem wyboru było miejsce akcji: stał się nim dziedziniec. Reszta była już prosta, chociaż nie powiem, że banalnie prosta…Później też było prosto, tekst należało nieznacznie rozwinąć, żeby wszystko dla czytelnika było jasne.

Co do języka narracji: jak tak piszę. Nie za bardzo gustuję w narracji, przesyconej tylko wspólczesnie używanymi wyrazami. No i trochę uproszczeń dołożyła “histeryczna” korekta. Cały czas zastanawiałem się i nadal zastanawiam nad użytym w tekście wyrazie “sukmana”. Alternatywą była “kapota”. Ale doszedłem do wniosku, że sukmany mogły zawędrować do Anglii, chociaż jest to element stroju środkowo-eueropejskiego. No i zostawiłem.

A o uwolnieniu koni napisałem specjalnie…

Może nie publikowałbym tutaj tego tekstu, ale znalazłem wyśmienitą ilustrację, obraz Michałowskiego, który, moim zdaniem, świetnie konweniuje z opowieścią. Miałem całość, więc zamieściłem tutaj opowiadanie.

Pozdrówka.

 

Lubię horrory, a tu znalazłam stosowny nastrój, tajemnicę i makabryczne wydarzenia. Co prawda aparycja Williama i bliskość cmentarzyska podpowiadały ostateczne rozwiązanie, ale też doskonale budowały stosowną atmosferę.

Wykonanie mogłoby być lepsze, ale mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym móc zgłosić opowiadanie do Biblioteki.

 

Twoja suk­ma­na i por­t­ki są tak za­pa­sku­dzo­ne… ―> A może: Twoja kurtka i por­t­ki są tak za­pa­sku­dzo­ne

Ponieważ nieco dalej wspominasz, że chłopak ma na głowie kaszkiet, kurtka wydaje mi się tu odpowiedniejszym strojem, zwłaszcza że oczy mojej wyobraźnie nijak nie potrafią zobaczyć angielskiego stajennego w sukmanie.

 

pod ścia­ną bu­dyn­ku zro­bio­ne­go z bali… ―> Wydaje mi się, że budynki raczej się wznosi, nie robi, więc może: …pod ścia­ną bu­dyn­ku wzniesionego z bali

 

Pa­ła­szo­wał ją z wy­raź­ną przy­jem­no­ścią, bar­dzo wolno, de­lek­tu­jąc się każ­dym ko­lej­nym kęsem… ―> Widzę tu sprzeczność.

Za SJP PWN: pałaszować pot. «jeść szybko i z apetytem»

 

Ze sma­kiem ob­li­zał cy­no­wy wi­de­lec. ―> Mam wrażenie, że kaszę z gulaszem łatwej jeść łyżką, nie widelcem.

 

Tere – fere kuku, strze­la chło­pię z łuku. ―> Tere-fere/ Tere fere kuku, strze­la chło­pię z łuku. Za SJP PWN: tere-fere, tere fere pot. «bzdury, głupstwa»

 

Gdyby ktoś żywy zna­la­zł­by się w po­bli­żu… ―> Gdyby ktoś żywy zna­la­zł­ się w po­bli­żu… Lub: Jeśli ktoś żywy zna­la­zł­by się w po­bli­żu

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tere fere kuku jest bardzo ciekawym zwrotem, chyba już co nieco zapomnianym. Ciekawe, że dawniej był to wyraz terefere. Teraz albo tere fere, albo tere-fere. Ale to kuku jest znane i podawane w słownikach. A że w tekście jest półpauza miast średnika? Ano, Word teraz tak kształtuje pisownię. Dawniej były myślniki, teraz myślników niet, jeno półpauzy się ostały.

Pewnie, że wachmistrzowi chodziło o to, że Hawkes opowiada wierutne głupstwa. A to znane zakończenie o babie, strzelającej z łuku, co nieco zmodyfikowałem. Całość tworzy piękny idiom.

Proszę się zapoznać z wybitnym filologiem -> http://doroszewski.pwn.pl/haslo/tere%20fere/

Znam inne znaczenie czasownika “pałaszować”, czyli zajadać ze smakiem, z apetytem, i mowy nie ma o tym, że robi się to szybko. W tym zdaniu użyłem celowego podkreślenia , że William pałaszuje ze smakiem, i specjalnie napisałem, że wolno, jakby przypominał sobie smak jedzenia. Ano, bo William tak naprawdę był stajennym, ale już nie źył wiec mógl już nie pamiętać smaku kaszy suto okraszonej gulaszem…

Link → http://doroszewski.pwn.pl/haslo/pa%C5%82aszowa%C4%87/

A kurtka kompletnie nie pasuje do opowieści, jako że za bardzo współczesna jest. Sukmana już prędzej, chociaż faktycznie, w Anglii mogła być mało znana. Ale na pewno Hawkes za życia pochodził z gminu, a strjami i ubiorami gminu mało się zajmowano.  

Proszę się zapoznać z wybitnym filologiem -> http://doroszewski.pwn.pl/haslo/tere%20fere/

Ależ ja nie neguję znaczenia tego, co mówi wachmistrz, jeno nieprawidłowy zapis rzeczonego zwrotu.

 

A kurtka kompletnie nie pasuje do opowieści, jako że za bardzo współczesna jest. I już.

Kurtka, już w dość odległych wiekach, była częścią munduru i tak zresztą zostało do dzisiaj, więc trudno zgodzić się ze zdaniem, że jest to słowo zbyt współczesne. I tym razem, w tej kwestii, ja podeprę się Twoim ulubionym słownikiem: https://sjp.pwn.pl/doroszewski/kurtka;5445203.html

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie wyglądało na przewidywalne, ale w końcówce trochę zamieszałeś, wydobyłeś się z utartych kolein. Historia chłopaka ciekawa, dobrze wyszła.

I technicznie też całkiem dobrze.

Babska logika rządzi!

Nie za bardzo rozumiem, co oznacza zwrot “ utarte koleiny”, jeżeli idzie o horror… Ale rzeczywiście, o czym napisałem, jest to chyba mój pierwszy klasyczny horror, i napisałem go tak, jak chciałem. No i jest stosunkowo krótki. Pozostałe teksty, publikowane w “Histerii” i w “OkoLicy Strachu” jednakowoż klasycznymi horrorami na pewno nie były. W tym opowiadaniu bardzo zadowolony jestem też ze zdania, które na końcu wypowiada Hawkes, że są sprawy, o których takim jak ty, głupim mędrkom, nawet się nie śniło…. Niezłe zastosowanie i przetworzenie znanego powiedzenia bardzo znanego filozofa, ale o tym Hawkes naturalnie nie wie.

Technicznie na pewno bardzo dobrze, no bo zacząłem co nieco zwracać uwagę na ewentualne literówki, brak spacji albo niepotrzebne spacje, a poprzednio nie przywiązywałem do tego zbytniej wagi, wychodząc z założenia, że robotę wykona korekta. I wykonywała.

Dal nowych czytelników: dla porównania moich tekstów grozy link do tekstu drukowanego w “OkoLicy Strachu”, zamieszczonego i tutaj → https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/22792

Zadziwiające, chociaż może i nie, że nie znalazł się on jeszcze w bibliotece.

Bywa…

PS. Coś mi się wydaje, że “Silamaris” dostał mocnej zadyszki. Tak jest w istocie?

Utarte koleiny w horrorze. No, jest taki typ opowieści – przyjeżdża grupa z zewnątrz, słyszy o nadnaturalnych zjawiskach, nie wierzy, zostaje przez nie przetrzebiona. Bardzo ograny schemat, dobrze, że się z niego wyłamałeś.

Doba po publikacji, raptem trzy czytelniczki, a Ty się dziwisz, że nie ma biblioteki? Ja od dłuższego czasu nie klikam, jeśli Autor ma pióro, ale sam ostatnio nie dał żadnego klika.

Już od chyba roku brakuje mi czasu na “Silmaris”, więc nic nie powiem.

Babska logika rządzi!

Nie, mi chodziło o “Móżdżek…”. jakby na to nie patrzeć, to tekst drukowany, a nie o “Stajennego”. Ale łaska czytelników na pstrym koniu jeździ. Po prostu tekst mógł się nie podobać, i tyle.

“Silmaris” to chyba naprawdę ma ostrą zadyszkę, ale wcale nie jest wyjątkiem. “Szortal” się skończył, na chwilę po przerwie się odbudował, i skończył się ponownie, wygląda na to, że definitywnie. Podobnie jest z “QFantem”, ale nie tylko. “Histeria” takoż przechodzi na cykl dwumiesięczny. Chyba, po prostu, era e-zinów, długo trwająca, minęła.

Ciekawe, że magazyny drukowane też robią bokami… Koniec z “OkoLicą Strachu”, a szkoda.

Powodzenia w pisaniu i publikowaniu.

Gratuluję publikacji i oczywiście klikam bibliotekę :) Bardzo dobry, wyjątkowo klimatyczny na swój sposób klasyczny horror udało Ci się stworzyć :) Treść przewidywalna, ale nie do końca :), co też odbieram na plus. Jak tu u Ciebie, dobrze się czytało.

Dzięki za komentarz. Opowieść skonstruowałem bardzo klasycznie, to prawda, zachowując jedność czasu, miejsca i akcji. Zakończenie… Na to też zwróciła uwagę Finkla. Jak na horror, rzeczywiście jest nietypowe, ale jednak logiczne. Duchy zwyciężają, odnoszą sukces, osiągają swój cel. Wydaje mi się, że jest podwójnie nietypowe, bo po udanym szturmie bez namysłu uwalniają konie. Okazuję ludzkie uczucia…

Ktoś złośliwy powiedziałby wachmistrzowi, że trzeba było pilnować, żeby żołnierze nie spali na warcie. Ale nikt nie ocalał i nikt nie mógł pisnąć o tym nawet słówka. A sam Roberts spał sobie słodko, bo nie wierzył, że to sprawka przybyszów z nieodległego cmentarza, usytuowanego na brzezinowym pagórze. A o tym wyraźnie mówił William. Bywa…

“Histeria” już prowadzi nabór do marcowego numeru, można wykorzystać okazję → https://www.facebook.com/events/2802319013431449/

Pozdrawiam.

Cześć,

 

Nie jestem fanem zombie, żywych trupów, ani wszelkiej maści ożywieńców, a tu mamy do czynienia z podobnym przypadkiem. I tym bardziej miło się zaskoczyłem, bo opowiadanie przeczytałem z zaciekawieniem. Owszem, pewnych rzeczy można się domyślać już na początku, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Spodziewałem się sieczki, może jakiegoś jednego ocalonego, a tu krótka piłka, kawalerzyści do piachu. Nietypowe i w swej nietypowości interesujące. 

 

Pozdrawiam!

Właśnie tak… “Stajenny” na pewno jest horrorem klasycznym, wykorzystującym literacki sztafaż tego typu opowieści, ale jednak horrorem w sumie nieszablonowym. Ale naturalnie ten efekt osiągnąłem instynktownie – po prostu miałem taki pomysł, no i go rozwinąłem. A rozwiązanie zagadki jest podane, opowiada o tym William, tyle że Roberts traktuje tę opowieść jako bajdę i głupawy wymysł prostaków. A na końcu Hawkes z ulgą stwierdza, że wreszcie dopełnił pomsty… On, ale i na pewno też jego towarzysze. Ciekawe, że w starej polszczyźnie, jeszcze słowiańskiej, wyraz pomsta oznaczał karę za zabójstwo. Ale, pisząc, o tym nie myślałem.

A, jeżeli idzie o nieumarłych, powiedzmy, zombie, też napisałem dla “Histerii” tekst utrzymany w tej konwencji, ale na pewno nietypowy. Jest i tutaj → https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/22167

Dzięki za komentarz. Miło, że tekst podobał się.

Pozdrówka.

Dobry tekst, fajnie napisany i bardzo klimatyczny, choć faktycznie niezbyt zaskakujący. Naprawdę zgrabne opisy – łatwo wyobrazić sobie na ich podstawie paskudną wioskę, fetor, a nawet rannego stajennego.

Zostaw ten żyrandol.

Cóż, jednych tekst jednak zaskoczył, a innych nie… Z horrorami chyba jest tak, że mają swój schemat. Mi osobiście nie odpowiada na przykład motyw, że w lodówce tworzy się pleśń, zaczyna żyć własnym życiem i wtedy zaczyna się… Dziać. Czytałem takie opowiadanie, i to bardzo dobrze napisane. Tworząca się dziwna istota może mieć inną przyczynę powstania, ale w sumie motyw jest identyczny. Nie mówiąc o tym, że gdzieś pojawia się/żyje zło. Fantasy też ma swoje schematy, koleiny, znane i wielokrotnie wykorzystywane.

Starałem się, i to świadomie, napisać tę opowieść maksymalnie realistycznie. A dobro nie zwycięża, przybysze zostają wysieczeni, a właściwie zagryzieni. To jest na pewno istotna różnica.

Ale każdy z nas, czytelników, ma swój gust, upodobania, ogląd opowieści i to jest najzupełniej oczywiste. Ja, na przykład, niespecjalnie gustuję w s-f.

Dzięki za przeczytanie i komentarz. Pozdrawiam.

 

Jasne, gusta są różne. Ja horrorki lubię bardzo różnych typów i nawet tutaj pewna schematyczność mi niezbyt przeszkadzała.

 

Starałem się, i to świadomie, napisać tę opowieść maksymalnie realistycznie. A dobro nie zwycięża, przybysze zostają wysieczeni, a właściwie zagryzieni. To jest na pewno istotna różnica.

A to też mi się podobało, prawda. Spodziewałam się jakiejś walki, jakiegoś cienia nadziei, że “ci dobrzy” przetrwają. A tu wszystko poszło tak prosto i szybko – fajny zabieg.

Zostaw ten żyrandol.

Doskonale, w sumie opłacało się startować w tym konkursie i konsekwentnie wykorzystać dalej ówczesny pomysł.

Pozdróweczka.

Kurde… Przecież to jest historia, która pomimo prostego pomysłu i prostej fabuły ma wszelki możliwy potencjał do uczynienia jej mroczną, klimatyczną i duszną. Naprawdę.

A poległa na dość “zwykłym” języku, czasem nawet nieadekwatnym. Nie w jakimś miejscu i nie technicznie. Technicznie jest ok, po prostu jakoś się tego nie czuje, a jednocześnie ma się wrażenie, że wcale tak wiele do tego “czucia” brakowało.

Co ciekawe nawet końcówka, niby “kojąca”, ma w sobie jakiś mrok, który też można było “podkręcić”.

No widzę bardzo dobrze rozplanowany schemat i czuję trochę żal, że brakło szczegółów.

Na Twoim miejscu, Rogerze, zachowałbym to opowiadanie w jakimś folderze “wrócić w przyszłości” i za jakiś czas spróbowałbym je uczynić właśnie mroczniejszym, bardziej zderzającym beztroskę żołnierzy z pojawiającym się później dramatem i potem “uspokojeniem” w finale.

 

 

" – Nie chcesz mi chyba powiedzieć"

Nadmiarowa spacja przed akapitem.

 

"jednym a drugim kęsem. – Przecież to tylko"

"Mówi się, że ich duchy"

"dłonią wskazał brzezinowy pagór"

Podwójne spacje.

 

Cóż, w sumie powyższa opowieść powstała, bo miałem chęć rozszerzyć tekst konkursowy. Pisanie na konkurs ma tę wadę, że jest limit znaków. I w tym konkursie też tak było, a limit był oczywiście skąpy. Ponadto wtedy wpadłem na pomysł wysłania poszerzonego tekstu do “Histerii”, no i nieco gonił mnie termin.

Ale nie wiem, czy koniecznie trzeba byłoby “podkręcać” tę opowieść. Może tak, ale znowuż wtedy byłby zarzut, że jest zbytnio patetyczna, może nawet pompatyczna. Sztampowa… Szkoda, że skończyła się “OkoLica Strachu”, gdyby nadal ukazywała się, pewnie jeszcze nieco poszerzyłbym tekst i nadał mu jeszcze bardziej mroczny charakter i właśnie tam wysłał. A tak, kolejne opowiadanie grozy znowuż prześlę do “Histerii”, a może do “Esensji”.

W tym tekście jest tak, że sceptyk, zdroworozsądkowiec, zwykły żołnierz, chociaż podoficer, spotyka się z czymś dla niego niezrozumiałym i niewyobrażalnym. I traktuje opowieść Williama, który podaje mu rozwiązanie zagadki jak na tacy, jako bajdę i zwykłą głupotę. Bardziej interesuje się smakiem kaszy z gulaszem i paleniem cygara…

“Literówki” naturalnie pousuwam. Ciekawe, że “histeryczna” korekta ich nie dostrzegła, ale jest ich ledwie kilka.

Dzięki za przeczytanie i komentarz. Pozdrówka.

PS. Zbędne spacje pousuwałem.

Zarzut mógłby i być, tylko pytanie czy lepiej średnie dla wszystkich, czy może “dla mniejszości bardzo dobre, dla większości zbyt patetyczne”? Dobrej odpowiedzi nie ma, bo tak naprawdę zależy od autora. Zresztą patetyczność nie jest jedynym kierunkiem, tu o wiele bardziej prosi się mieszanka grozy z perspektywą “zwykłego życia”.

A co do limitu… Ja bym skrócił, zagęścił. Ale ja to ja, ze swoim “reporterskim” poglądem na czytanie ;-) Po prostu to jest tekst, który można by zmienić w dwie sceny, ze strasznym momentem przejścia pomiędzy nimi – i wtedy krótka forma sprzyja. Lub zmienić w trochę melancholijną opowieść z przerywnikiem na rzeź pośrodku – i wtedy sprawdzi się długa forma.

 

 

Niezłe, podobało mi się :) Reprodukcja na początku sprawiła, że myślałam, że opowieść pójdzie w innym kierunku i zdołałeś mnie zaskoczyć. Jest klimacik, dobrze przedstawione spotkanie sceptyka z zombii. Szczególnie podobała mi się jego ślepota, już sama rana na szyi Williama, powinna dać żołnierzowi, nawykłemu do ran, do myślenia, a ten nic. Spodobało mi się zakończenie, fakt, że duchy wygrały. Może sprawił to fakt, że puściły wolno konie ;)

Generalnie, masz we mnie zadowolonego czytelnika i klikana dowód :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Wilku-zimowy, może tak, a może nie… Z doświadczenia wiem, że oceny czytelnicze są bardzo różne, niekiedy diametralnie rozbieżne. Każdy ma swój gust. Dla mnie interesujące jest to, że jeszcze wkleiłem tekst na inny portal (ilustracja bez zmian), ale to portal recenzowany, i najpierw tekst zostanie oceniony, a potem opublikowany. Wkleiłem, bo chciałem poznać szersze spektrum opinii. Niewątpliwie po publikacji zamieszczę tutaj w kolejnym komentarzu link.

Dzięki za ciekawą opinię.

Irka_luz, dzięki za komentarz. Kilku komentatorów powyżej też zwróciło uwagę na te elementy. Roberts, pyszałek w sumie, traktował sprawę prosto, a ona wcale nie była prosta… Więc zginął z podkomendnymi, ale William mówi wyraźnie, że to żołnierze tego regimentu wlekli go na egzekucję, a potem wrzucili do dołu cmentarnego. 

W sumie najbardziej zadowolony jestem ze zdania, wypowiadanego na końcu przez Hawkesa. On nie wie, kto jemu i pozostałym dał taką moc, kto wyposażył ich w mocne kły i szponiaste dłonie, ale cieszy się z tego, bo może dopełnić pomsty. I to zdanie daje odpowiedź na pytanie, dlaczego on i jego towarzysze nadal żyją i mszczą się, a to jest właśnie problem wielu horrorów. 

Pozdrawiam.

Bardzo zręcznie napisany horror, klimatyczny i odpowiednio – taki właśnie powinien być. Przeczytałem całość z przyjemnością (2 razy, gdy tylko opublikowałeś i teraz).

Motyw żywych wcale oryginalny być nie musi, moim zdaniem i tak wyszło Ci to dobrze.  Przyjemna lektura.

Zgłoszę ostatni głos do biblioteki, bo opowiadanie jest tego warte.

Pozdrawiam ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Dzięki za komentarz, cieszę się, że tekst się podobał. Pierwszą wersję, czyli konkursową, napisałem tak z rozpędu… Ta natomiast, poszerzona, powstała też szybko, bo łatwo rozszerza się, uzupełnia i poprawia tekst już istniejący. Czy to oznacza, że najlepiej jest pisać “z rozpędu”? Chyba nie, byłby to jednak przedwczesny i nieuzasadniony wniosek…

Pozdrówka.

…a mi w sumie nie przeszkadzało, że tekst “szedł” utartym trybem. Czytało się szybko i znośnie, trochę za dużo tych wyjaśnień na koniec, ale to, że puenta nie jest zaskakująca nie jest dla mnie jakimś minusem – wcale zaskakiwać nie musi, nawet przy tak krótkim tekście. Trochę bym z tego przegadanego końca wyrzucił, bo tak za bardzo kawa na ławę, ale ogólne wrażenie bardzo na plus.

Dla innych puenta była zaskakująca… Ale takie odczucie jest normalne, bo każdy czytelnik odbiera tekst, opowieść, inaczej, i jednych coś w niej zaskakuje, innych nie, a jeszcze innych irytuje.

Natomiast co do nieco przegadanej końcówki: nie wydaje mi się, żeby tak było. Mama zwyczaj, zasadę, zamykania narracji do końca i wyjaśniania tropów. Tutaj jest podobnie, chociaż oczywiście nie do końca. Sądzę, że czytelnikowi to się należy. Pamiętam pewne opowiadanie Dukaja, w którym bardzo więcej niż dobrze, zarazem tajemniczo nawiązano akcję, tekst został dobrze napisany, ale finał był taki, iż wyjaśnieniem było stwierdzenie: a to demon musiał być… I szlus, alias koniec. No i końcówka spotkała się z bardzo ostrą krytyką, moim zdaniem słusznie.

Ciekawe, że kiedyś wprowadzony prze mnie na ten portal wyraz “przegadany.przegadane” – wtedy istniał i gdzie indziej był stosowany – bardzo dobrze tutaj się przyjął.

Dzięki za przeczytanie i komentarz.

Pozdrówka.

Muszę powiedzieć, że typowe dla Ciebie tempo i mocno opisowe zdanie pasują do tego tekstu idealnie. Napięcia i strachu tutaj nie poczułem – zbyt mocno idziesz schematem, by mnie zaskoczyć – ale sam tworzony klimat dawnej Anglii z elementami zombie wychodzi tu sprawnie i wciąga bez reszty.

Tak więc to bardzo przyjemny koncert fajerwerków, mocno klimatyczny.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ciekawe, że musiałem wcześniej tylko wybrać elementy fabuły, no i potem trzeba było tylko coś z nich stworzyć…

Generalnie angielski “klimat”. jeżeli idzie o narrację, bardzo mi odpowiada. Dość dobrze go znam. Można go wykorzystać do wielu celów, na przykład do przedstawienia postaci literata i malarza, którzy biorą główny udział w sporej operacji szpiegowskiej, tworząc nowe listy kochanków…

A ta historia tutaj → https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/14454

Miło, że tekst się podobał.

Dzięki za przeczytanie i komentarz.

Pozdrówka.

Pamiętam pewne opowiadanie Dukaja, w którym bardzo więcej niż dobrze, zarazem tajemniczo nawiązano akcję, tekst został dobrze napisany, ale finał był taki, iż wyjaśnieniem było stwierdzenie: a to demon musiał być… I szlus, alias koniec. No i końcówka spotkała się z bardzo ostrą krytyką, moim zdaniem słusznie.

Nie wiem o jakie opowiadanie Dukaja chodzi, ale zupełnie się nie zgadzam co do zasady. Dlatego mnie właśnie ta przegadaność Twojego zakończenia tak razi, że programowo – jestem czemuś takiemu przeciwny. Zakończenie może być zamknięte lub otwarte – ale powinno jednak zostawiać pewną dozę swobody czytelnikowi – a nie łopatą przez łeb, masz tu, jeśli nie zrozumiałeś… Jeszcze nie rozumiesz? To masz łopatą przez łeb jeszcze raz!

 

Ciekawe, że kiedyś wprowadzony prze mnie na ten portal wyraz “przegadany.przegadane” – wtedy istniał i gdzie indziej był stosowany – bardzo dobrze tutaj się przyjął.

 

Nie wiedziałem ani o tym, że Ty tu ten wyraz wprowadziłeś, ani, że się dobrze przyjął, ani, że z jakichś powodów nie był wcześniej tu używany. Jestem tu od bardzo niedawna, pojawiam się sporadycznie i nie znam panujących tu zwyczajów – ale jeśli jest to prawdą, to gratuluję.

Ta dyskusja, zresztą dość wątła, ledwie parę wypowiedzi, odbyła się jeszcze na starym portalu. Wyraz był jeszcze nieznany, a może tylko nieużywany, ale na innych portalach miał prawo obywatelstwa i był szeroko stosowany w komentarzach. A teraz, przy “histerycznej”korekcie tego tekstu, chciano w jednym z początkowych zdań czasownik “pokłusować” zmienić na “przekłusować”, ale na takową zmianę się nie zgodziłem. Tak jest z korektą, nie zawsze uwagi korektora/ki są trafne.

Cóż, każdy ma inny literacki gust i wyobrażenia… Jednemu odpowiada bardziej wyrazisty sposób zakończenia narracji, a drugi woli puścić wodze fantazji. Też ładny, stary wyraz “wodza/e”. Ale koni teraz jak na lekarstwo, niestety, ciurkiem tylko traktory i traktory… Signum temporis, ot co.

Pozdróweczka.

Nowa Fantastyka