- Opowiadanie: prosiaczek - Nieskończona poczwarka

Nieskończona poczwarka

Miałem napisać, czym jest ten tekst, ale uznałem, że nie będę osadzał czytelnika w żadnym kontekście. Niech pryzmatem będą wasze doświadczenia. Czy słaby, czy dobry – niech sam wam powie.

 

Zatem...

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy V

Oceny

Nieskończona poczwarka

Ka­san­dra, dzień 404

 

Wciąż się prze­oble­kam, choć zrzu­ca­nie ko­lej­nych warstw przy­cho­dzi mi z coraz więk­szym trudem. Piszę te słowa, mając świadomość, że zo­sta­ło nie­wie­le do uzu­peł­nie­nia. Nie cho­dzi tylko o oko­licz­no­ści, w któ­rych się zna­la­złam, ale także o wy­ni­ka­ją­ce z pew­nych po­wo­dów za­ła­ma­nie ner­wo­we, roz­prze­strze­nia­ją­ce się z nie­ustę­pli­wo­ścią po­dob­ną do po­chła­nia­ją­cej pod­wod­ne mia­sto cho­ro­by. Z każ­dym dniem od­da­lam się od rów­no­wa­gi psy­chicz­nej, na chy­bo­tli­wej łódce od­pły­wam od wyspy roz­sąd­ku ku otwar­tym wodom oce­anu sza­leń­stwa. Cza­sa­mi wmawiam sobie, że mogło być go­rzej.

Marne pocieszenie dla serca z wielką dziurą. Poza tym, kogo pró­bu­ję oszu­kać? Prze­cież nie kogoś, kto nigdy nie prze­czy­ta tego dzien­ni­ka. Je­stem w sy­tu­acji bez wyj­ścia. Ty­sią­ce me­trów pod po­wierzch­nią wody. Znu­żo­na ab­so­lut­nym mro­kiem. Słowa w ni­czym nie po­mo­gą, nie mają siły spraw­czej.

Na tym chyba za­koń­czę pi­sa­nie.

Tylko co in­ne­go mia­ła­bym robić za­mknię­ta w tej prze­klę­tej me­ta­lo­wej kuli? 20 000 mil pod­mor­skiej że­glu­gi prze­czy­ta­łam już sześć razy, za­wsze po­ło­wicz­nie lub czę­ścio­wo, i wię­cej nie za­mie­rzam, gdyż ostat­nim razem za­trzy­ma­łam się za­le­d­wie pięć stron przed ostat­nim sło­wem. Idea po­zna­nia fi­na­łu wzbu­dza we mnie sta­now­czy sprze­ciw.

Nie mogę nawet roz­pro­sto­wać kości. Dwa kroki do przo­du i dwa do tyłu, i tak w kółko, bo na wię­cej nie mam miej­sca. Boli mnie szyja. Serce gubi rytm. Ugrzę­złam. Mi­ga­ją­ce na czer­wo­no lamp­ki nie po­zwa­la­ją za­po­mnieć, nawet kiedy w po­zy­cji em­brio­nal­nej kładę się spać – kar­min, z czę­sto­tli­wo­ścią nie­zmien­ną od bli­sko mie­sią­ca, prze­świe­tla po­wie­ki i draż­ni mózg niby czer­wo­na płach­ta byka. Nic dziw­ne­go zatem, że cza­sa­mi ude­rzam w nie dło­nią, głów­nie z bez­sil­no­ści, po­nie­waż złość się wy­pa­li­ła, po­zo­stał lęk osa­czo­ne­go zwie­rzę­cia, wy­ni­ka­ją­cy być może z nie­spo­koj­nych snów o krwi­stej sce­ne­rii, w które prę­dzej czy póź­niej za­pa­dam, za­wsze z na­dzie­ją, że już na za­wsze. A potem cała ze­sztyw­nia­ła budzę się i ob­se­syj­nie myślę, co na­pi­sać. I w kom­pul­sji piszę. Znam ter­mi­no­lo­gię, mogę się nią okre­ślić. Ucha­rak­te­ry­zo­wać. Na­ło­żyć psy­cho­de­licz­ny ma­ki­jaż i wyjść na scenę ab­sur­du. Sądzę, że to w akcie au­to­de­struk­cji swoje imię okra­si­łam na­uko­wą no­men­kla­tu­rą, jakby „Ka­san­dra” nie wy­star­czy­ło, aby spro­wa­dzić na sie­bie za­gła­dę. Byłam więc po­nad­to pa­ra­no­icz­na i nar­cy­stycz­na.

Pa­trząc zaś na moje imię, na­le­ży za­uwa­żyć, że to ide­al­ny przy­kład efek­tu au­re­oli.

Au­re­ola jest kołem.

Po­dob­nie jak wszyst­ko, co mnie ota­cza, nie ma końca.

Chi­cho­czę.

Żeby wi­dzieć mniej mi­ga­ją­cych na czer­wo­no lam­pek, sia­dam na fo­te­lu tyłem do kon­so­li ste­row­ni­czej. Zimna kra­wędź wbija mi się w plecy, ale nie zwra­cam uwagi na tę drob­ną nie­do­god­ność. Muszę tylko pły­cej od­dy­chać. Oczy­wi­ście, jak widać, skrzęt­nie no­tu­ję nawet ten fakt. Je­stem obu­do­wa­na me­cha­ni­zma­mi obron­ny­mi. W kon­tek­ście au­to­de­struk­cyj­nych za­pę­dów je­stem zatem pa­ra­dok­sem.

Trud­no po­wie­dzieć, ile mam jesz­cze czasu, lecz, jak wspo­mnia­łam, gnębi mnie prze­świad­cze­nie, iż prze­sy­pa­ły się już nie­mal wszyst­kie zia­ren­ka w klep­sy­drze. Ta pew­ność spra­wia, że czuję ścisk w gar­dle, dla­te­go coraz czę­ściej za­miast uwiecz­niać ko­lej­ne chwi­le bez­na­dziei – czło­wiek lubi sycić się wiarą o wła­snej, choć­by sym­bo­licz­nej, nie­śmier­tel­no­ści – my­śla­mi cofam się w prze­szłość, gdy każda sy­tu­acja, jak­kol­wiek za­zwy­czaj nie­ła­twa, po­sia­da­ła, a przy­naj­mniej zda­wa­ła się po­sia­dać wiele po­ten­cjal­nych roz­wią­zań. Za­sta­na­wiam się, czy je­że­li po­stę­po­wa­ła­bym ina­czej, teraz nie sie­dzia­ła­bym tak da­le­ko od domu, daw­ne­go życia, przy­krych obo­wiąz­ków, ru­ty­ny oraz kro­pel szczę­ścia, za któ­rym ża­ło­śnie tę­sk­nię.

Dla­te­go, tym razem na­praw­dę, prze­sta­ję pisać. Jest coś jesz­cze, co mogę z po­wo­dze­niem robić w tej cia­sno­cie. Za­mie­rzam przej­rzeć dzien­nik, po­nie­waż wiem, że utrwa­li­łam w nim błęd­ne de­cy­zje. Mam szcze­rą na­dzie­ję, iż gdzieś po­śród ty­się­cy słów, po­grze­ba­ne dziw­ny­mi wy­da­rze­nia­mi, kryje się źró­dło mej po­raż­ki.

Nawet jeśli tak jest, wiem, że, z pew­nych oso­bli­wych wzglę­dów, i tak do niego nie dotrę.

Ale o tym póź­niej.

Może…

Ru­chem przy­po­mi­na­ją­cym kraba mosz­czą­ce­go się w mule od­wra­cam się do kon­so­li. Świa­tło czer­wo­nych lam­pek bły­ska w bu­la­ju. Za każ­dym razem, na uła­mek se­kun­dy, widzę w nim wtedy sie­bie. Sie­dzę nie­ru­cho­mo, sku­lo­na, chuda i nie­zgrab­na. Pa­trzę po­dejrz­li­wie. Cza­sa­mi wstrzą­sa mną dreszcz – z zimna czy ze stra­chu, nie mam po­ję­cia.

No­tat­nik kładę na ko­la­nach i wy­bie­ram dzień, od któ­re­go za­cznę. Mam wgra­ne­go lek­to­ra – czyta Au­drey Hep­burn – więc za­my­kam oczy i na samym dnie oce­anu za­ta­piam się we wspo­mnie­niach.

 

 

Ka­san­dra, Dzień 1

 

Mi­nę­ły czte­ry mie­sią­ce od na­stą­pie­nia Ci­śnie­nio­wej Ka­ta­stro­fy. Lu­dzie jesz­cze się trzy­ma­ją, lecz je­stem prze­ko­na­na, że nie po­trwa to długo, prze­cież skraj­nie nie­ko­rzyst­ne wa­run­ki śro­do­wi­sko­we prę­dzej czy póź­niej muszą prze­kro­czyć zdol­no­ści ad­ap­ta­cyj­ne czło­wie­ka. U nie­któ­rych już do­strze­gam pro­dro­my za­ła­ma­nia – mniej od­zy­wa­ją się na radiu albo mówią jed­no­staj­nym tonem. Albo w pu­stej we­soł­ko­wa­to­ści śmie­ją się z byle po­wo­du. Tylko że ostat­nio mam w dupie ludzi, nie ob­cho­dzi mnie, czy są szczę­śli­wi, czy cier­pią. Nie przyj­mu­ję no­wych pa­cjen­tów, nawet jeśli w ich oczach widzę bez­brzeż­ną de­pre­sję. Część, z uśmie­cha­mi na twa­rzach, cof­nę­ła się emo­cjo­nal­nie, sku­szo­na słod­ki­mi mi­ra­ża­mi uciecz­ki w in­fan­ty­lizm. Kto wi­dział do­ro­słe­go męż­czy­znę prze­bra­ne­go za kil­ku­let­nie­go chłop­ca i śpie­wa­ją­ce­go szkol­ne pio­sen­ki? Nie­waż­ne, mam to gdzieś. Do­szłam do za­baw­ne­go wnio­sku, że w trak­cie swej ka­rie­ry em­pa­tią kar­mi­łam wła­sny ego­izm. Teraz liczę się tylko ja.

Wła­śnie w związ­ku z tym nie po­tra­fię za­po­mnieć Pa­cjen­ta 407, przez któ­re­go moje życie jest jakby lu­strza­nym od­bi­ciem umie­ra­ją­ce­go mia­sta. Eg­zy­sten­cją bez przy­szło­ści. Gdy po­ja­wił się Dominik, inni w prze­ra­ża­ją­co szyb­kim tem­pie stra­ci­li na wy­ra­zi­sto­ści, wy­bla­kli, zgu­bi­li kon­tu­ry.

A ja, choć sądzę, że nie ma dla mnie przy­szło­ści, wciąż idę do przo­du. Bo on – Dominik – jest bio­lu­mi­ne­scen­cyj­ną me­du­zą w mro­kach nie­skoń­czo­nej toni.

Do­brze, dość tej ża­ło­snej po­ezji. Jeśli to czy­tasz, kim­kol­wiek je­steś, nie chcę wy­wo­łać u cie­bie tor­sji. Przy­naj­mniej tyle ci za­osz­czę­dzę, gdyż zawód jest nie­unik­nio­ny.

Do rze­czy.

Cho­dzę spać za­wsze o dzie­sią­tej w nocy, więc po­sta­no­wi­łam, że dzien­nik będę uzu­peł­niać każ­de­go dnia go­dzi­nę wcze­śniej. Przed chwi­lą wró­ci­łam do asce­tycz­nie urzą­dzo­ne­go miesz­ka­nia. Wzię­łam zimny prysz­nic, nie do­su­szy­łam wło­sów. Skub­nę­łam ko­la­cję, po czym chwy­ci­łam sto­ją­cą na półce w przed­po­ko­ju opróż­nio­ną do po­ło­wy bu­tel­kę miodu pit­ne­go w ze­sta­wie z niską szklan­ką i oży­wio­na ru­szy­łam przez roz­iskrzo­ny świa­tłem ma­tecz­nik. Moje po­trze­by są mi­ni­mal­ne, więc dwa po­ko­je i kuch­nia wy­glą­da­ją tak, jakby nie­daw­no ktoś się stąd wy­pro­wa­dził, w po­śpie­chu za­po­mi­na­jąc za­brać nie­wiel­ką część do­byt­ku. Bor­do­we, pi­ko­wa­ne ścia­ny nada­wa­ły wnę­trzu cie­pła. Wszę­dzie leżą książ­ki – kil­ka­na­ście nie­do­czy­ta­nych po­wie­ści. Ze sto­li­ka z wy­rzu­tem pa­trzy na mnie oko; po­rzu­co­ny szkic. Wi­dząc go, wzdy­cham; wcią­gam w płuca pły­ną­cy z kuch­ni za­pach ćwiart­ki tosta, teraz zim­ne­go, sztyw­ne­go. Rzu­ca­ją­cy ko­ra­lo­wą po­świa­tę ścien­ny zegar w kształ­cie mątwy wska­zy­wał dzie­wią­tą wie­czór. Naj­wyż­szy czas, go­dzi­na wy­bi­ła. Na­la­łam dwa cen­ty­me­try miodu i wgra­mo­li­łam się do fo­te­la pod­wie­szo­ne­go na środ­ku sa­lo­nu. Kokon bujał się, dla­te­go mu­sia­łam uwa­żać, aby nie roz­lać nek­ta­ru. Przez pokój prze­le­cia­ła wiel­ka ćma, która od ty­go­dnia to­wa­rzy­szy­ła mi każ­de­go wie­czo­ra, i która w tej chwi­li spo­czę­ła na ścia­nie na­prze­ciw­ko. Uło­ży­łam się w po­zy­cji pół­le­żą­cej, włą­czy­łam elek­tro­nicz­ny no­tat­nik, upi­łam ma­lut­ki łyk miodu i tak oto czas prze­szły prze­oblekł się w te­raź­niej­szość.

Mi­nę­ły czte­ry mie­sią­ce od Ci­śnie­nio­wej Ka­ta­stro­fy. Ale to już na­pi­sa­łam. A potem chcia­łam pod­jąć jeden z te­ma­tów, które wy­da­wa­ły mi się ważne, jed­nak za­miast tego upi­łam ko­lej­ne dwa łyki al­ko­ho­lu i za­czę­łam roz­wo­dzić się nad tym, co i o któ­rej robię w miesz­ka­niu; takim a takim, jak­bym nie mogła po­wstrzy­mać się przed opi­sem wa­run­ków lo­ka­lo­wych. I wła­śnie w tym mo­men­cie do­cho­dzę do wnio­sku, że wi­docz­nie in­ne­go wyj­ścia nie ma – trud­no uchwy­cić sens wy­da­rzeń, po­mi­ja­jąc ducha oko­licz­no­ści. Myślę, że to tak, jakby w te­atrze za­bra­kło sce­no­gra­fii.

Wątki na­to­miast…

Mój pod­opiecz­ny, pa­cjent 407.

Pi­sa­nie ni­niej­sze­go dzien­ni­ka.

Moja bez­na­dziej­nie do­sko­na­ła pa­mięć.

Zatem przez chwi­lę po­rząd­ku­ję je w gło­wie – wcale nie chro­no­lo­gicz­nie, gdyż uwa­żam, że czas nie po­wi­nien sta­no­wić o szyku w sztu­ce sil­nie uwa­run­ko­wa­nej emo­cja­mi – które wszyst­kie zdają się wście­kle rów­no­waż­ne. Za­uwa­żam przy tym swą śmiesz­ność, nie poj­mu­jąc, jak w tym dur­nym dzien­ni­ku mogę wi­dzieć co­kol­wiek kunsz­tow­ne­go.

Nie po­tra­fię sen­sow­nie za­cząć, piszę, żeby pisać, lecz cho­ciaż nadal nie usta­lam ko­lej­no­ści tego, co na­stą­pi, do­zna­ję olśnie­nia a pro­pos tego, od czego po­win­nam za­cząć. Al­ko­hol ude­rza do głowy, spra­wia, że kokon staje się mniej na­ma­cal­ny, miód roz­ja­śnia prze­szłość, w któ­rej po­now­nie się za­nu­rzam, choć nie­ste­ty jej nie osła­dza.

Każ­de­go dnia wsta­wa­łam rano i je­cha­łam po­zio­mą windą do Ośrod­ka, żeby przez dzie­sięć go­dzin wy­ko­ny­wać ba­da­nia i testy, ana­li­zo­wać wy­kre­sy skła­do­wych oso­bo­wo­ści, prze­pro­wa­dzać ob­ser­wa­cje oraz roz­mo­wy z pa­cjen­ta­mi.

Pa­cjent numer 407, Dominik Shak, wzbu­dzał po­wszech­ną nie­chęć oraz wy­ni­ka­ją­cy z niej silny opór ca­łe­go per­so­ne­lu Ośrod­ka. Myśl o spo­tka­niu z tym nad­zwy­czaj wy­so­kim, nie­przy­stęp­nym czło­wie­kiem na­pa­wa­ła mnie nie­po­ko­jem, lecz jed­no­cze­śnie prze­peł­nia­ła eks­cy­ta­cją, ra­do­ścią wręcz, bo­wiem nigdy wcze­śniej nie zaj­mo­wa­łam się przy­pad­kiem tak zło­żo­nym, nie­jed­no­znacz­nym i trud­nym. Poza tym…

Do­tknę­łam dło­nią gład­kich drzwi; roz­su­nę­ły się z sze­le­stem, uka­zu­jąc wnę­trze ską­pa­ne w przy­tłu­mio­nej zie­le­ni. Ro­zej­rza­łam się na boki, spraw­dza­jąc, czy nikt nie idzie ko­ry­ta­rzem – wciąż nie mo­głam przy­wyk­nąć do nie­na­tu­ral­nej ciszy, która ogar­nę­ła Ośro­dek po czę­ścio­wym za­la­niu mia­sta – i we­szłam do ma­łe­go po­ko­ju, gdzie na łóżku, opie­ra­jąc się o ścia­nę, sie­dział męż­czy­zna. Wi­dząc swoją ne­me­zis, po­wo­li wstał, nie­znacz­nie się uśmie­cha­jąc, a mi przez głowę prze­mknę­ło, że to ra­czej świa­tło­cień tak za­grał na jego po­cią­głej twa­rzy, gdyż Dominik znany był z po­wścią­gli­wo­ści. Zro­bił w moją stro­nę czte­ry do­sko­na­le wy­mie­rzo­ne kroki. Serce szyb­ciej mi za­bi­ło. Za­trzy­mał się w od­le­gło­ści pół metra, jak zwy­kle za­cho­wu­jąc sza­cu­nek dla mojej stre­fy kom­for­tu. Po­czu­łam kwa­śny za­pach, gdy się ode­zwał:

– Witam, pani dok­tor.

– Cześć, Dominik.

– Jaki mamy dzi­siaj dzień?

– Z pew­no­ścią dobry.

– Też tak sądzę.

Splótł ra­mio­na za ple­ca­mi, a ja ledwo po­wstrzy­ma­łam się przed zro­bie­niem kroku w tył.

– Nie spo­dzie­wa­łem się tak pręd­kiej wi­zy­ty – dodał bez­na­mięt­nie.

Zegar wska­zy­wał ósmą rano.

– Zmia­na pla­nów – od­par­łam, sta­ra­jąc się za­brzmieć bez­tro­sko.

– Fakt, nie po­wi­nie­nem mieć ocze­ki­wań. W końcu pani plany za­wsze ule­ga­ją prze­kształ­ce­niom.

Shak gar­bił się tak mocno, że pra­wie zrów­ny­wał się ze mną wzro­stem. Od­no­si­ło się przez to wra­że­nie jego szcze­re­go za­in­te­re­so­wa­nia roz­mów­cą, jed­nak wy­star­czy­ło spoj­rzeć w wy­łu­pia­ste, za­wil­głe oczy, aby zro­zu­mieć, iż jest to złud­na im­pre­sja. Wzro­kiem prze­cze­sy­wał inną rze­czy­wi­stość. Może był prze­bie­gły?

– Każdy ma swoje od­chy­le­nia – za­uwa­żył z lekką do­miesz­ką ser­decz­no­ści w za­zwy­czaj neu­tral­nym tonie. Ką­ci­ki cien­kich jak ży­let­ka usta le­ciut­ko się unio­sły. – Po­ja­wia­ła się pani o róż­nych po­rach, to jest mię­dzy go­dzi­ną dwu­na­stą oraz sie­dem­na­stą. Nigdy nie była pani punk­tu­al­na jak szwaj­car­ski ze­ga­rek, jeśli wolno za­uwa­żyć.

Nie zro­zu­mia­łam, skąd ta uwaga, więc uda­łam, że szu­kam cze­goś waż­ne­go w dzien­ni­ku obiek­tów.

– Pro­szę wy­ba­czyć, czy­tam sporo ksią­żek – mówił dalej – stąd moja wie­dza. Po­dob­no były naj­so­lid­niej­sze. Chyba, że się ze­psu­ły. Wtedy za­czy­na­ły pra­co­wać w bez­sen­sow­ny spo­sób. Na przy­kład za­miast po­łu­dnia wska­zy­wa­ły ósmą rano.

Zi­gno­ro­wa­łam tę ewi­dent­ną za­czep­kę, od­ru­cho­wo no­tu­jąc sto­sow­ną uwagę w dzien­ni­ku. Dominik wcze­śniej nie za­cho­wy­wał się w ten spo­sób, acz­kol­wiek, jak to się nie­gdyś mó­wi­ło na po­wierzch­ni, jedna ja­skół­ka wio­sny nie czyni. Wie­dzia­łam też, że Shak cier­pi na po­waż­ne za­bu­rze­nia i wcale nie czyta ksią­żek. Ta czyn­ność go prze­ra­sta.

– Od sze­ściu ty­go­dni jest pani w gor­szym na­stro­ju. Od jed­ne­go na­to­miast znacz­nie czę­ściej mnie pani od­wie­dza. Po­przed­nie wi­zy­ty trwa­ły nie­ca­łe pół go­dzi­ny. Obec­ne zaj­mu­ją nawet pół­to­rej.

Nie­spo­dzie­wa­na spo­strze­gaw­czość Dominika spra­wi­ła, że po­czu­łam się nie­swo­jo. Tym bar­dziej, że sta­nął na pal­cach i za­czął się lekko bujać w tył i przód. Mia­łam ir­ra­cjo­nal­ną ocho­tę zła­pać go i przy­tu­lić.

– Czy te dwa fakty mają zwią­zek? – za­py­tał.

Scho­wa­łam dzien­nik, prze­tar­łam oczy. Wi­docz­nie nie­świa­do­mie mu­sia­łam jakoś od­nieść się do jego słów, bo szyb­ko dodał:

– Pro­szę nie cza­ro­wać. Cho­dzi o pani ob­ni­żo­ny na­strój oraz częst­sze wi­zy­ta­cje w po­ko­ju numer osiem.

– Nie ro­zu­miem – mruk­nę­łam, po czym od­wró­ci­łam się i wy­szłam na ko­ry­tarz. – Chodź. Czeka nas kilka ru­ty­no­wych badań.

Dominik ru­szył, po­włó­cząc no­ga­mi. Szedł pół metra za mną, przez ciszę, chłód, naj­wy­raź­niej wciąż nie zda­jąc sobie spra­wy z mar­two­ty daw­ne­go świa­ta.

– Trud­no nie za­uwa­żyć, że miesz­kam w po­ko­ju numer osiem – drą­żył temat. – Je­że­li nie chce pani za mną pra­co­wać, za­wsze są inne obiek­ty, praw­da?

Sły­sząc, jakim mia­nem okre­śla resz­tę pod­opiecz­nych, mi­mo­wol­nie przy­spie­szy­łam.

– Nie lubi mnie pani – stwier­dził swo­bod­nie. – Za­pew­ne z ko­le­ga­mi na­zy­wa­cie mnie jesz­cze go­rzej. Mó­wi­cie… Po­je­ba­niec? Świr?

Czu­jąc nagły żar na po­licz­kach, wes­tchnę­łam, sta­ra­jąc się, żeby z płuc mimo wszyst­ko wy­do­stał się dźwięk moż­li­wie pro­tek­cjo­nal­ny. Za­miast tego za­brzmia­łam nie­mal przy­ja­ciel­sko.

– Dominik, gdyby tak było, nie za­le­ża­ło­by mi tak bar­dzo, żeby ci pomóc.

Prze­mil­czał to, a mnie ude­rzy­ło, że po­tra­fię tak kła­mać. Chcia­łam pomóc nie jemu, lecz sobie. Pra­gnę­łam, żeby zo­stał w Ośrod­ku. Dominik pra­co­wał wcze­śniej na po­wierzch­ni, w pod­wod­nym mie­ście miał kon­trakt, który wy­gasł, w związ­ku z czym z dniem wy­pi­su wy­pły­nął­by na po­wierzch­nię. Po pro­stu by od­szedł.

Na roz­wi­dle­niu skrę­ci­łam w prawo. Ka­wa­łek dalej mru­ga­ła żółta lamp­ka sali badań. Za­trzy­ma­łam się przed wej­ściem.

– Mogę za­ło­żyć zna­czą­cą po­pra­wę stanu? – za­py­ta­łam, nie­udol­nie sta­ra­jąc się ukryć na­dzie­ję, że bę­dzie ina­czej.

Dominik ba­daw­czo prze­chy­lił głowę. Po­my­śla­łam, że przy­po­mi­na bio­in­ży­nie­ryj­ną kom­bi­na­cję psy­cho­pa­ty i sępa.

– Na pod­sta­wie kon­kret­nych prze­sła­nek? – Tym razem na­praw­dę się uśmiech­nął.

– Za­no­to­wa­łeś fakty, które jesz­cze nie­daw­no umknę­ły­by two­jej uwa­dze.

– Do­brze pani wie, że to nie­praw­da.

Shak pod­czas roz­mo­wy rzu­cił kie­dyś, że je­dy­nie pod­czas na­szych spo­tkań po­tra­fi wy­jąt­ko­wo do­brze funk­cjo­no­wać, ale pa­trząc w wy­łu­pia­ste, nie­obec­ne oczy, uzna­łam to za bzdu­rę. Teraz, wi­dząc czę­ścio­wą re­mi­sję, pod­da­łam się ro­sną­ce­mu lę­ko­wi i za­pra­gnę­łam uwie­rzyć w tamto za­pew­nie­nie.

– Chodź­my.

Do­tknę­łam dło­nią drzwi i wkro­czy­li­śmy w grynsz­pa­no­wą pasz­czę. Sala badań nie przy­po­mi­na­ła żad­nej innej czę­ści Ośrod­ka, pra­cow­ni­cy twier­dzi­li, że wy­ła­my­wa­ła się zeń sty­li­stycz­nie, moim zda­niem w ogól­ne nie pa­so­wa­ła do mia­sta. Już kon­trast mię­dzy ko­ry­ta­rzem a tym miej­scem był zbyt wiel­ki, jakby sala zo­sta­ła stwo­rzo­na nie przez czło­wie­ka, lecz ro­zum­ny ocean. Pro­fe­sor Ben­net żar­to­wał, że pra­cu­jąc w niej, czuje się ni­czym w pasz­czy Le­wia­ta­na, który za­mie­rza­jąc po­żreć lub oka­le­czyć mia­sto, prze­li­czył się i utknął tak na wieki, wcze­pio­ny w nie stu­me­tro­wy­mi szczę­ka­mi.

– Po­wie­dzia­łeś, że dziś jest dobry dzień – prze­rwa­łam mil­cze­nie. – Mógł­byś roz­wi­nąć tę myśl?

– To pani słowa.

– Wy­krę­casz się?

– Wręcz prze­ciw­nie. Cho­dzi o ge­ne­zę. Za­uwa­ży­łem, że pani na­strój, w ostat­nich dniach zły, dziś uległ znacz­nej po­pra­wie. Udzie­li­ły mi się dobre emo­cje. Mam na­dzie­ję, że nasze spo­tka­nie tego nie ze­psu­je.

Nie od­po­wie­dzia­łam, prze­mie­rza­jąc cia­sną prze­strzeń wsłu­cha­na w roz­le­ga­ją­ce się ze­wsząd dzie­siąt­ki drob­nych bzy­czeń. Pod sto­pa­mi krzy­żo­wa­ły i plą­ta­ły się kable upa­ko­wa­ne w osło­ny o sinym ko­lo­rze. Wła­śnie prze­cho­dzi­li­śmy pod mięk­kim pod­nie­bie­niem, skąd są­czy­ło się zie­lo­na­we świa­tło. Ob­my­wa­ło do­kład­nie całą salę, włącz­nie z brze­ga­mi, gdzie w roz­pro­sze­niu wi­sia­ły sze­ścio­ra­mien­ne ro­bo­ty dia­gno­stycz­no-na­praw­cze, nie­wy­ko­rzy­sty­wa­ne od pięć­dzie­się­ciu lat, toteż prze­rdze­wia­łe, zło­żo­ne tak, że przy­po­mi­na­ły wiel­kie, nad­gry­zio­ne próch­ni­cą zęby. Wiot­kie ko­rze­nie mu­ska­ły zie­mię.

Kiedy do­tar­li­śmy na miej­sce, Dominik za­czął coś mówić. Słu­cha­łam go za­le­d­wie przez parę ude­rzeń serca, po­nie­waż szyb­ko zo­rien­to­wa­łam się, że w tej kon­kret­nej chwi­li nie warto po­świę­cać mu uwagi. Li­czy­ło się wy­łącz­nie to, żeby zgod­nie z po­le­ce­niem po­ło­żył się na le­żan­ce, co zro­bił z lek­kim ocią­ga­niem. Li­czy­ło się je­dy­nie to, aby wy­ni­ki wy­szły źle.

Potem krą­ży­łam wokół chu­de­go ciała, uru­cha­mia­jąc i ka­li­bru­jąc apa­ra­tu­rę, cał­ko­wi­cie sku­pio­na na prze­pro­wa­dze­niu ba­da­nia, jakby po­wie­dział pro­fe­sor Ben­net – sku­tecz­na niby ryba głę­bi­no­wa prze­my­ka­ją­ca ko­ra­low­ca­mi – nie przej­mu­jąc się ję­ka­mi obiek­tu, kiedy zbyt bru­tal­nie wbi­ja­łam w przed­ra­mię igły, igno­ru­jąc ner­wo­wo wo­dzą­ce za mną wy­łu­pia­ste oczy, gdy do głowy ob­ce­so­wo i bez­dusz­nie do­cze­pia­łam roz­gwiaz­dę elek­trod.

Oby wy­ni­ki wy­szły ne­ga­tyw­nie. Obym nie mu­sia­ła go wy­pi­sy­wać z Ośrod­ka. Oby zo­stał tu na za­wsze.

Tuż przed za­śnię­ciem Dominik po­ru­szył się nie­spo­koj­nie i wy­mam­ro­tał rzecz na tyle nie­po­ko­ją­cą, że roz­stro­iła mój me­cha­nizm ha­mo­wa­nia po­znaw­cze­go i przedar­ła się do świa­do­mo­ści. „Nie ma imago”.

Nie wie­dzia­łam i nadal nie wiem, co to może ozna­czać, ale utkwi­ło mi w gło­wie jak gwóźdź na­są­czo­ny kwa­sem.

Potem wy­da­rzy­ło się coś, co ła­twiej bę­dzie pojąć, jeśli przy­to­czę wy­da­rze­nia ma­ją­ce miej­sce wcze­śniej. W cza­sie, bo w ni­niej­szym dzien­ni­ku, co widać, znaj­du­ją się póź­niej – to zna­czy po­ni­żej.

 

 

Ka­san­dra, dzień 405

 

Sie­dzę w tej je­ba­nej me­ta­lo­wej kuli i za­ci­skam zęby – może po­pę­ka­ją i się nimi za­dła­wię – gdyż świa­do­mość, że frag­ment dzien­ni­ka, który za­mie­rzam sobie przy­po­mnieć, wzbu­dza we mnie czar­ną roz­pacz. Za­ci­skam też po­wie­ki, żeby nic się spod nich wy­do­sta­ło; prze­ły­kam go­rycz, mor­do­wa­ny w za­rod­ku szloch ła­sko­cze krtań. Me­ta­lo­wa kula ma to gdzieś. Ale czego się spo­dzie­wam, że mnie przy­tu­li, po­głasz­cze po gło­wie, po­cie­szy?

Nagle sonar coś wy­kry­wa. Świa­tła prze­cze­su­ją głę­bi­ny. Po­ja­wia się nie­wy­raź­ny, nie­okre­ślo­ny kształt. I głos tuż przede mną:

– Dokąd pły­niesz?

– Kto mówi? – mój wła­sny głos jest za­chryp­nię­ty, słaby, muszę więc po­wtó­rzyć py­ta­nie.

Pod­pły­wa bli­żej, wy­glą­da jak fio­le­to­wy lam­pion, wokół któ­re­go uno­szą się dzie­siąt­ki dłu­gich czu­łek.

– Po­win­naś wró­cić do mia­sta.

– Nie mogę.

– Pa­cjen­ci cię po­trze­bu­ją.

– Kim je­steś?

– Wra­caj. Po­win­naś do­koń­czyć to, co za­czę­łaś.

Do­mknię­cie, do­koń­cze­nie to ilu­zja, po­my­śla­łam. To kom­fort za­po­mnie­nia. Nie­do­koń­czo­ne wzbu­dza sprze­ciw, nie po­zwa­la za­po­mnieć.

– Nie mogę – od­po­wia­dam cicho. – Dominik uciekł.

– Ewa­ku­ował się. Nie­po­trzeb­nie. Wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Po­ra­dzi­my sobie. Nie za­le­je nas.

– Dominik uciekł…

– Nie myśl o nim.

– Wciąż jest moim pa­cjen­tem. Nie skoń­czy­łam z nim.

– Od­pły­nął. Nigdy wię­cej go nie zo­ba­czysz.

Prze­ły­kam łzy. Być może, myślę, po czym roz­łą­czam się.

Kształt jesz­cze przez jakiś czas pły­nie nie­da­le­ko. Cza­sa­mi wy­ko­nu­je dziw­ne ruchy, jakby chciał mnie po­cie­szyć. Póź­niej nik­nie w od­mę­tach.

 

 

Ka­san­dra, dzień 96

 

Ocean, kutas jeden, za­czął za­le­wać mia­sto. Po­win­nam wy­ja­śnić isto­tę Ci­śnie­nio­wej Ka­ta­stro­fy. Nie jej przy­czy­nę, gdyż tej nadal nie znamy, lecz cha­rak­ter. Albo nawet oso­bo­wo­ści, po­nie­waż w ogar­nia­ją­cym mia­sto ka­ta­kli­zmie do­szu­ki­wa­no się cze­goś nie­przy­pad­ko­we­go, in­ge­ren­cji siły da­le­ce wy­kra­cza­ją­cej poza dzia­ła­nie nie­okrze­sa­nej po­tę­gi na­tu­ry. Część osób gło­si­ła po­gląd o sa­bo­ta­żu, prze­ko­nu­jąc, że tylko czło­wiek po­tra­fił­by do­pro­wa­dzić do tak roz­le­głych szkód. Ga­tu­nek ludz­ki jest wy­jąt­ko­wy, bo­wiem po­tra­fi do­strzec zło­śli­we in­ten­cje tam, gdzie ich nie ma; po­dob­nie jak twa­rze wy­łu­sku­je z uło­że­nia cieni, gę­stwi­ny ko­ra­low­ców, atra­men­to­wych plam…

Pa­nu­je po­wszech­na zgoda, że Ci­śnie­nio­wa Ka­ta­stro­fa na­stą­pi­ła nagle oraz nie­spo­dzie­wa­nie, lecz mało kto jest świa­do­my trze­ciej cechy – nieskończoności, która nie po­zwa­la mi opty­mi­stycz­nie pa­trzeć w przy­szłość.

Nieskończoność do­brze od­zwier­cie­dla prze­bieg Ci­śnie­nio­wej Ka­ta­stro­fy. Jeśli ktoś żyje na po­wierzch­ni, mógł do­świad­czyć trzę­sie­nia ziemi. Można je umie­ścić na linii czasu jako punkt, gdyż wy­pa­dek prze­waż­nie ledwo na­stą­pi, a już się koń­czy. Na­to­miast Ci­śnie­nio­wa Ka­ta­stro­fa jest ni­czym pia­sek w wiel­kiej sta­ro­żyt­nej klep­sy­drze – nie­ustan­nie się prze­le­wa. I zdaje się nie mieć końca, bo klep­sy­drę ktoś wspa­nia­ło­myśl­ny prze­krę­ca, za­wsze zanim prze­sy­pie się cały pia­sek.

Po­dob­nie wy­glą­da moja re­la­cja z pa­cjen­tem 407, Sha­kiem. Tkwi­my w czymś, co nas zżera, i żadne roz­wią­za­nie nie wy­da­je się roz­sąd­ne.

Mia­sto może zalać. Dominik może kie­dyś odejść.

I z tą świa­do­mo­ścią – per­ma­nent­ne­go po­dwój­ne­go za­gro­że­nia – wy­cho­dzi­łam na ze­wnątrz. Tłu­mi­łam lęk, po­nie­waż wie­dzia­łam, nadal, kurwa, wiem, że jeśli nie za­pa­nu­ję nad en­tro­pią na­szej ślicz­nej kli­ni­ki, nie zrobi tego nikt inny. Opusz­cza­jąc Ośro­dek, po­win­nam była wra­cać do miesz­ka­nia, za każ­dym razem chcia­łam, jed­nak ucie­kać w bez­piecz­ny kokon w go­dzi­nach pracy nie po­zwa­lał mi prze­klę­ty pro­fe­sjo­na­lizm. Pro­wa­dził do zjeż­dża­ją­cej na sam dół windy, a potem wy­py­chał z wie­żow­ca w ob­ję­cia nie­ozna­czo­no­ści; choć mi­nę­ły do­pie­ro czte­ry mie­sią­ce, mia­sto ule­gło dia­me­tral­nym zmia­nom. Po­cząt­ko­wo po­ru­sza­łam się szyb­kim mar­szem, bojąc się za­trzy­mać w miej­scu choć­by na mgnie­nie oka. Jed­nak z cza­sem na­bra­łam od­wa­gi i zwol­ni­łam, za­czę­łam eks­plo­ro­wać nie­gdyś do­brze znane tu­ne­le i za­uł­ki, teraz zmie­nio­ne na­lo­tem po­cho­dze­nia – praw­do­po­dob­nie – mi­kro­bio­lo­gicz­ne­go. Do­szłam do wnio­sku, że w głów­nej mie­rze to jed­nak świa­tło prze­kształ­ci­ło ob­li­cze mia­sta. Przy­tłu­mio­ne, w wielu miej­scach zga­szo­ne, sku­pio­ne ni­czym w so­czew­ce, mżące, roz­pro­szo­ne, zmien­ne, la­bil­ne jak ręka ma­la­rza eks­ta­tycz­nie po­szu­ku­ją­ce­go wła­snej toż­sa­mo­ści.

Wy­pi­łam dwa cen­ty­me­try nek­ta­ru. Prze­szłość uzu­peł­niam te­raź­niej­szo­ścią. W ko­ko­nie jest cie­pło, cicho. Z pew­nym za­do­wo­le­niem za­uwa­żam, że praca przy­cho­dzi mi łatwo. Na ścien­nym ze­ga­rze wid­nie­je dwu­dzie­sta pierw­sza trzy­dzie­ści. Nie­do­koń­czo­ny szkic oka pa­trzy na mnie z nie­skry­wa­nym za­cie­ka­wie­niem. Po­rzu­co­ne książ­ki mil­czą. Wiel­ka ćma na ścia­nie za­mar­ła w bez­ru­chu. Szu­kam in­spi­ra­cji. Za­nu­rzam się w wi­docz­nej za oknem pa­no­ra­mie mia­sta, ni­czym gąbka chło­nę ża­łość, me­lan­cho­lię oraz brzy­do­tę od­le­głych sub­ur­biów i na­brzmie­wam po­nu­rym na­stro­jem tak bar­dzo, aż pękam jak brzuch trupa, z któ­re­go wy­le­wa się ro­ba­czy­wa część życia.

Z cza­sem, w trak­cie dy­żu­rów, opusz­cza­łam Ośro­dek coraz czę­ściej, z czego, co za­baw­ne, zda­łam sobie spra­wę do­pie­ro, kiedy moje eska­pa­dy za­uwa­żył ko­le­ga z pracy. Czy kie­ro­wał mną eska­pizm, uciecz­ka od spraw wy­my­ka­ją­cych się spod kon­tro­li? Je­stem prze­ko­na­na, że nie. W końcu ro­bi­łam to z dwóch nie­zwy­kle waż­nych po­wo­dów.

Pierw­szym były wspo­mnia­ne me­dy­ka­men­ty, któ­rych za­pa­sy, bez do­staw, top­nia­ły niby an­tark­tycz­ny szelf. W pew­nym mo­men­cie zmu­szo­na byłam zmniej­szyć dawki kilku klu­czo­wych leków.

Drugi powód, wła­ści­wie głów­ny – spa­ce­ry po­ma­ga­ły mi zbie­rać myśli i dzię­ki nim kuć plan za­trzy­ma­nia Dominika.

I tak go­dzi­na­mi krą­ży­łam po mie­ście, w zło­wróżb­nej ko­lo­ry­stycz­nie prze­strze­ni wy­pa­tru­jąc nie­zbęd­nych me­dy­ka­men­tów. W trak­cie spa­ce­rów mia­łam sporo czasu na roz­my­śla­nia i pew­ne­go razu uświa­do­mi­łam sobie także inny, zwią­za­ny wła­ści­wie z tym dru­gim, powód roz­po­czę­cia po­szu­ki­wań. Ro­sną­ce praw­do­po­do­bień­stwo utra­ty sensu życia.

 

 

Ka­san­dra, razem

 

Za wiel­kim oknem roz­ta­cza­ła się pa­no­ra­ma przy­ga­szo­ne­go mia­sta, przy­po­mi­na­ją­ce­go z tej wy­so­ko­ści rafę ko­ra­lo­wą, która umie­ra­ła i w ostat­nich prze­ja­wach życia sy­pa­ła bio­lu­mi­ne­scen­cyj­ny­mi skra­mi; widok tak obcy oraz od­py­cha­ją­cy, tak ab­sur­dal­nie dziw­ny, że do­pie­ro po chwi­li do­strze­głam sie­dzą­ce­go na krze­śle przy szy­bie pa­cjen­ta 407 – Dominika – pra­wie tak samo jak mia­sto nie­po­ję­te­go.

– Nie po­win­ni­śmy się tu spo­ty­kać – po­wie­dzia­łam, zaj­mu­jąc miej­sce na­prze­ciw­ko niego.

– Nie wzię­łaś no­tat­ni­ka – po­wie­dział Shak.

– Nie wzię­łam.

– Przy­go­to­wa­łem ci kawę.

Tam­tej nocy sie­dzie­li­śmy w po­ko­ju so­cjal­nym Ośrod­ka. Sami, w ta­jem­ni­cy. Pa­mię­tam lęk, że ta chwi­la się zaraz skoń­czy. Mil­cza­łam, w oba­wie, iż wy­po­wia­da­ne słowa mogą przy­spie­szyć czas.

Za­wie­si­łam dłoń z kub­kiem tuż nad bla­tem, z sym­pa­tią przy­glą­da­jąc się za­le­ga­ją­cym po­miesz­cze­nie tłu­stym cie­niom. Twar­de jak ba­zalt. Zda­wa­ły się tężeć z każdą mi­nu­tą. Kiedy tak za­mie­ra­łem w bez­ru­chu, do­zna­wa­łam nie­od­par­te­go wra­że­nia, że świt bę­dzie zbyt słaby, aby je wy­płu­kać, barwa z czer­ni prze­mie­ni się co naj­wy­żej w piżmo, ewen­tu­al­nie bladą sza­rość i cie­nie po­zo­sta­ną w po­ko­ju ni­czym osad w nie­do­my­tym kubku po kawie.

– Mimo to się spo­ty­ka­my. – Głos Dominika zmą­cił ciszę.

– Ka­wał­ki szczę­ścia – mruk­nę­łam.

– Czym wła­ści­wie jest szczę­ście? Gdzie się za­czy­na? Kiedy się koń­czy?

Upi­łam łyk, wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

Shak przy­gar­bił się. W świa­tło­cie­niu i tej po­zy­cji przy­po­mi­nał śli­ma­ka.

– Wy­da­je ci się, że mnie znasz – po­wie­dział. – Masz… Jak to po­wie­dzia­łaś? Wra­że­nie, że przej­rza­łaś moją isto­tę. Po­zna­łaś mnie, a to, co in­tu­icyj­nie zgłę­bi­łaś, spodo­ba­ło ci się.

– Ale to je­dy­nie złud­na im­pre­sja – od­par­łam, na co on chyba po­smut­niał.

– Na­praw­dę tak są­dzisz?

– A jak mo­gła­bym ina­czej? Kie­ro­wa­nie się wra­że­nia­mi świad­czy o nie­doj­rza­ło­ści.

– Świad­czy o niej ob­ra­z, który mi przy­nio­słaś? Co z nie­do­koń­czo­ny­mi obia­da­mi w pracy?

Za­mil­kłam, za­wsty­dzo­na. Nie mo­głam mu zdra­dzić po­wo­du, dla któ­re­go wciąż go trzy­mam w Ośrod­ku. Zdzi­wił mnie przy tym fakt, że Dominik za­uwa­żył, iż moje za­wie­sza­nie w cza­sie do­ty­czy nie tylko kwe­stii te­ra­pii, lecz rów­nież wielu in­nych aspek­tów mo­je­go życia.

– Tylko tyle nam zostało – powiedział. – Więcej granic nie przekroczymy, prawda?

Nie odpowiedziałam, zlękniona upływającym czasem. Oraz tym, że i tak zamierzałam wyjść wcześniej, niż się umówiliśmy.

 

 

Ka­san­dra, dzień 406

 

Robi mi się słabo. Nie je­stem w sta­nie dłu­żej tego słu­chać, pró­bu­ję zatem czy­tać, ale li­te­ry ucie­ka­ją. Za­miast czy­tać, za­czy­nam robić różne dziw­ne rze­czy, na do­miar złego wszyst­ko za­pi­su­ję, jakby miało to ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie, a prze­cież nie może mieć, gdyż tylko rozum po­tra­fi je wy­cza­ro­wać, zaś mój jest uszko­dzo­ny; mia­sto za­ła­ma­ło się, po­pę­ka­ło, mu­sia­łam się ewa­ku­ować. Nie mogę pa­trzeć, jak ta rze­czy­wi­stość do­bie­ga końca.

Czy to ma sens?

Za bulajem psychodeliczna meduza. Efemeryda. Unosi się, obraca, pchana głębinowym prądem.

Pró­bu­ję sku­pić uwagę.

Kora mó­zgo­wa od­po­wia­da za wyż­sze funk­cje po­znaw­cze, jest szczy­to­wym osią­gnię­ciem ewo­lu­cji, a mimo to – o zgro­zo! – emo­cje są w sta­nie za­kłó­cić jej dzia­ła­nie, za­chwiać spo­ko­jem, za­bu­jać na­stro­jem ni­czym pi­ja­ny ro­dzic dziec­kiem na huś­taw­ce. Roz­ha­mo­wa­ne po­pę­dy duszą ra­cjo­nal­ność. Pró­bo­wa­łam sobie usta­wić ta­blet­ki. Może za bar­dzo się sta­ra­łam? Efek­ty były nie­za­do­wa­la­ją­ce, dla­te­go postanowiłam zwięk­szać dawki, a potem, kiedy to rów­nież nic nie dało, zaczęłam je łykać jak głu­pia, raz pra­wie przedaw­ko­wa­łam, by ostatecznie z dnia na dzień od­sta­wiłam pro­chy.

Mimo to czyż moje po­ło­że­nie nie jest efek­tem wła­śnie po­su­nię­tych do gra­nic ab­sur­du lo­gi­ki i ra­cjo­nal­no­ści? Po­czu­cia mo­ral­nej po­win­no­ści? Prze­ro­śnię­te­go su­per­ego? Chyba po­win­nam była zo­stać za­kon­ni­cą. Je­stem na dnie oce­anu, po­nie­waż nie po­tra­fi­łam po­go­dzić się nową sy­tu­acją. Oprzeć się kon­we­nan­som spo­łecz­nym. Za­cho­wać ela­stycz­ność. Po­win­nam była po­wie­dzieć Dominikowi, co do niego czuję. Może wtedy by nie znik­nął…

Za­miast dać się po­rwać nowym siłom, pły­nę­łam pod prąd, są­dząc, że je­stem od­waż­na, ory­gi­nal­na, a tym­cza­sem byłam ni­czym ryba mkną­ca speł­nić po­win­ność – zło­żyć ikrę. I umrzeć?

 

 

Dzień nie­zna­ny

 

Muszę coś wy­ja­śnić. Ni­niej­szy dzien­nik za­czę­łam two­rzyć z po­wo­du pra­gnie­nia, aby za pe­wien czas spraw­dzić, czy moja do­sko­na­ła pa­mięć jest w isto­cie per­fek­cyj­na. Gdyby oka­za­ło się, że część wy­da­rzeń za­pa­mię­ta­łam ina­czej, niż jest za­pi­sa­ne, ozna­cza­ło­by to, że efekt Ze­igar­nik nie za­dzia­łał. Poza tym od­czu­wam prze­moż­ną po­trze­bę usta­bi­li­zo­wa­nia co­dzien­no­ści, chy­bo­tli­wej jak kokon, w któ­rym wła­śnie sie­dzę i niby psz­czo­ła nek­tar sączę miód roz­su­płu­ją­cy splą­ta­ne lę­kiem wnętrz­no­ści.

I nagle z transu wy­ry­wa mnie dzwo­nek do drzwi. Pa­trzę na zegar – za chwi­lę po­win­nam szy­ko­wać się do spa­nia. Wspo­mi­na­łam, że lubię sta­ro­mod­ne mo­ty­wy? Zegar więc, choć w for­mie per­li­ste­go wy­świe­tla­cza na bor­do­wej ścia­nie, ci­chut­ko cyka. W tej chwi­li, jakby zlęk­nio­ny nie­spo­dzie­wa­ną wi­zy­tą, dźwię­czy do­no­śnie niby mo­sięż­ny dzwon.

Wsta­ję, zo­sta­wia­jąc w ko­ko­nie bu­tel­kę i szklan­kę i nie prze­sta­jąc no­to­wać, ru­szam do drzwi. Po dro­dze mijam lu­stro, w nim moje od­bi­cie – pół­u­śmiech, nie­peł­ny ma­ki­jaż. Wska­zów­ka od­li­cza kroki, od­mie­rza ostat­nie se­kun­dy ni­niej­sze­go frag­men­tu, li­te­rac­kie­go amal­ga­ma­tu sca­lo­ne­go roz­grze­wa­ją­cym ma­te­rię mio­dem, uko­ły­sa­ne­go, skrzep­nię­te­go, za­ro­pia­łe­go, brzyd­kie­go fran­ken­ste­ina. Nie­na­sy­co­ne­go, bo chce objąć swym za­się­giem przy­naj­mniej jesz­cze parę minut, wchło­nąć go­ścia, który aku­rat gdy tylko otwo­rzy­łam drzwi, wtar­gnął do środ­ka, cią­gnąc za sobą smród Ośrod­ka.

Pa­cjent 407 ner­wo­wym kro­kiem wszedł do sa­lo­nu – roz­pra­sza­jąc moje myśli; dłoń za­drża­ła, zo­sta­wi­ła w no­tat­ni­ku pa­skud­ny ślad (co na­tu­ral­ne, ten frag­ment do­pi­sa­łam póź­niej) – i za­czął po nim krą­żyć jak niedź­wiedź na wy­bie­gu, w tę i z po­wro­tem. Byłam zdzi­wio­na, bo wy­glą­dał ina­czej, mniej zgar­bio­ny, już nie tak od­py­cha­ją­cy.

– Co tu ro­bisz? – za­py­ta­łam.

Prze­lot­nie na mnie zer­k­nął.

– Przy­sze­dłem do cie­bie.

– Po­wi­nie­neś zo­stać w Ośrod­ku.

Za­trzy­mał się, nagle za­tro­ska­ny.

– Co zna­czy "po­wi­nie­neś"?

– Je­steś moim pa­cjen­tem – od­par­łam.

– Do­praw­dy? Wła­śnie po to się uro­dzi­łem?

Jego słowa zbiły mnie z tropu. O co mu cho­dzi­ło? I skąd wie­dział, gdzie miesz­kam? Za­mie­rzał coś zro­bić?

– Py­ta­łem panią, kiedy wyjdę z Ośrod­ka – ode­zwał się. – I nigdy nie do­sta­łem uczci­wej od­po­wie­dzi. – Zro­bił zre­zy­gno­wa­ny gest. – Wy­da­je mi się, że na­da­ję się do tego od dawna.

Nad nami wielka ćma zatrzepotała skrzydłami, po czym gdzieś pofrunęła.

– Do czego? – zapytałam.

– Wyj­ścia.

Pod­szedł bli­żej. Nie cof­nę­łam się.

– Czy ist­nie­je tylko to, co wy­po­wia­da­my? – za­py­tał, de­li­kat­nie się uśmie­cha­jąc. – Czy słowa to za­le­d­wie efekt zmia­ny ci­śnie­nia? A może liczą się ukry­te zna­cze­nia?

– Liczą się kon­se­kwen­cje.

– A skąd wiemy, jakie będą?

Za­mil­kłam. Po­czu­łam, jak moje tętno przy­spie­sza pod jego kru­chym do­ty­kiem.

Świa­tła przy­ga­sły. Kre­tyń­skie miesz­ka­nie pu­ści­ło senną me­lo­dię pia­ni­na.

– Z prze­szło­ści – od­po­wie­dzia­łam. Od­dy­cha­łam szyb­ko, płyt­ko. – Wiemy o tym dzię­ki do­świad­cze­niu. Swoim i in­nych.

Pa­cjent 407 po­smut­niał, jego spoj­rze­nie ze­śli­znę­ło się ze mnie jak kro­pla po szy­bie.

– Zbio­ro­wa wy­rocz­nia – po­wie­dział cicho. – Prze­szłość jest prze­szło­ścią, nie ze­psu­jesz jej.

– Ale mo­żesz znisz­czyć to, co bę­dzie.

Za­śmiał się.

– Przy­szłość jest nie­re­al­na. Mamy je­dy­nie prze­oble­ka­ją­cą się te­raź­niej­szość.

 

 

Ka­san­dra, dzień 407

 

Zatem z mia­sta ucie­kłam nie dla­te­go, że mo­gła­bym zgi­nąć, lecz z bar­dziej zło­żo­ne­go po­wo­du – w końcu gdy­bym mimo wszyst­ko prze­trwa­ła ka­ta­stro­fę, zna­czy­ło­by to tyle, że zgo­dzi­łam się do­świad­czyć cze­goś do­mknię­te­go, skoń­czo­ne­go. Po­sia­da­ją­ce­go finał. A prze­cież mój umysł nie ak­cep­tu­je po­że­gnań. Dla­cze­go tak mam? Cóż, jak wspo­mnia­łam, chcia­łam za wszel­ką cenę za­trzy­mać Dominika. Nie po­zwo­lić mu odejść. Coś do niego czu­łam. Co? Nie wiem. Sądzę, że byłam pra­wie za­ko­cha­na. Tak nie­wie­le bra­ko­wa­ło, żeby po­czuć mo­ty­le w brzu­chu…

Spo­sób pro­wa­dze­nia te­ra­pii roz­lał się na nie­mal wszyst­kie aspek­ty mo­je­go życia. Je­stem spraw­cą ma­ją­cym na su­mie­niu ty­sią­ce nie­zwień­czo­nych dzieł, chwil, wy­sił­ków. Spraw­ca – ade­kwat­ne okre­śle­nie, przy czym warto za­zna­czyć, że ze wzglę­du na mój modus ope­ran­di, mogę zo­stać zła­pa­na je­dy­nie na go­rą­cym uczyn­ku. Na­uczy­łam się więc albo po­rzu­cać fe­no­me­ny życia, albo za­wie­szać je w bez­cza­so­wo­ści. I ćwi­czy­łam tę zdol­ność, wie­rząc, że tym spo­so­bem osią­gnę mi­strzo­stwo, co z kolei miało pomóc w sztucz­nym pod­trzy­my­wa­niu te­ra­pii. I po­mo­gło, fan­ta­stycz­nie, po­dob­nie jak w przy­pad­ku mojej pa­mię­ci, która stała się nie­zno­śnie trwa­ła. A wspo­mnie­nia okrut­nie wy­ra­zi­ste.

Mrużę oczy; czer­wo­ne świa­tło miga, mruga, spra­wia, że raz po raz widzę w bu­la­ju swą twarz; wy­glą­da, jakby go­rycz sto­pi­ła ją ni­czym pło­mień świe­cę. Poczwarka w lustrze. Od­wra­cam się tyłem do kon­so­li, biorę ostat­ni głę­bo­ki wdech, po czym opie­ram plecy o me­ta­licz­ne kra­wę­dzie. Jedna z nich chyba wbiła mi się głę­bo­ko mię­dzy żebra, tak głę­bo­ko, że gdy­bym kich­nę­ła, za­pew­ne uszko­dzi­ła­by mi płuco. Co śmiesz­ne, znaj­du­ję po­cie­sze­nie w płyt­kich, nie­peł­nych od­de­chach.

Ale, ale… Zba­czam z te­ma­tu. Gubię wątek.

Pra­gnę do­go­nić Dominika. Znik­nął bez za­po­wie­dzi, bez po­że­gna­nia. Nie miał nawet sen­sow­ne­go po­wo­du. Roz­pły­nął się ni­czym sen. Efe­me­ry­da.

 

 

Za­baw­ny test

 

– Zrób to. Mamy pół go­dzi­ny.

Dominik uśmiech­nął się nie­pew­nie.

– Mó­wisz po­waż­nie?

– Tak, po­waż­nie.

Sie­dzie­li­śmy w mesie. Sami. Zmy­war­ka do na­czyń pra­co­wa­ła nie­śmia­ło. Dominik wy­cią­gnął ramię i po­ło­żył dłoń na mojej.

– To wszyst­ko jest takie dziw­ne…

Wes­tchnę­łam, po­iry­to­wa­na, lecz nie za­bra­łam ręki.

– Na­praw­dę mam wy­peł­nić test nie­do­koń­czo­nych zdań? Nie wi­dzisz w tym iro­nii?

Sta­ra­łam się nie zwra­cać uwagi na za­czep­ki.

– Inne testy spraw­dzasz do po­ło­wy?

Od­wró­ci­łam spoj­rze­nie, za­ci­snę­łam zęby.

– Może za­czniesz mi od­po­wia­dać po­ło­wą zda­nia? Albo niech słowa będą nie­peł­ne.

– Dominik – ucię­łam ostro – znowu za­czy­nasz mówić od rze­czy. Pa­mię­taj, że to do­brze nie ro­ku­je w kon­tek­ście two­je­go wy­pi­su z Ośrod­ka.

Za­brał dłoń, prze­tarł oczy.

– Za­wsze będę twoim pa­cjen­tem?

Chciał po­wie­dzieć coś wię­cej, ale osta­tecz­nie zamilkł i za­czął roz­wią­zy­wać za­da­nie.

– Sądzę – pod­jął po chwi­li, od­da­jąc mi kart­kę – iż nie­do­koń­czo­ne dzie­ła wcale nie są gor­sze od tych zwień­czo­nych. Trze­ba się tylko wię­cej na­tru­dzić, aby od­szu­kać w nich sens.

Mówił coś dalej, lecz ja, do­brze zna­nym mu zwy­cza­jem, od­wró­ci­łam się i wy­szłam z po­ko­ju. Po dwu­dzie­stu dwóch mi­nu­tach.

 

 

Dzień nie­zna­ny

 

Nie mogę opa­no­wać drżą­cych rąk. W kuch­ni życie zsza­rza­ło. Spo­śród sied­miu sto­ją­cych na stole bu­te­lek miodu pit­ne­go wy­bie­ram tę, w któ­rej na dnie zo­sta­ło naj­wię­cej nek­ta­ru. Oka­zu­je się, że w każ­dej jest go tak nie­wie­le, że aby po­ło­wicz­nie na­peł­nić szklan­kę, zmu­szo­na je­stem do­le­wać po tro­chu z każ­dej bu­tel­ki. Szyj­ka stuka o kra­wędź na­czy­nia, gwał­cąc mar­twą ciszę, al­ko­hol leje się do szklan­ki, na stół, ciek­nie po pal­cach. Na pal­cach mam też ślad po wiel­kiej ćmie. Pla­snę­łam w ścia­nę tak mocno, że dłoń mnie jesz­cze pie­cze. Tym razem wy­pi­jam jed­nym hau­stem, zo­sta­wia­jąc pół łyku.

Wy­bie­gam z miesz­ka­nia, wpa­dam do windy, a potem, nawet nie wiem kiedy, brnę środ­kiem nie wia­do­mo czego, nie wia­do­mo po co po­ły­ka­jąc łzy, ssąc ner­wo­wo palce, po­ty­ka­jąc się, nie mogąc po­zbie­rać myśli, które wciąż i wciąż roz­sy­pu­ją się niby zamek z pia­sku; wy­obra­że­nie po­wierzch­ni wzbu­dza do­głęb­ny smu­tek, lęk, sprze­ciw; czy Dominik rze­czy­wi­ście uciekł, zo­sta­wił mnie, do­mknął naszą hi­sto­rię?

Mia­sto, nie­ustan­nie za­le­wa­ne od kilku lat, po­wy­krzy­wia­ne, po­rdze­wia­łe, tu fan­ta­zyj­nie po­prze­szy­wa­ne sa­ty­ną, tam jakby utka­ne z nie­zli­czo­nych warstw mi­kro­or­ga­ni­zmów. Obce, po­cią­ga­ją­ce, nie­po­ję­te. W trak­cie peł­za­ją­cych prze­kształ­ceń…

Sza­rość, zie­leń i błę­kit ukła­da­ły się w mo­zai­kę prze­szło­ści. Mia­sto staje się. Wie­żow­ce, wi­szą­ce mię­dzy nimi przej­ścia, or­ga­nicz­ne re­kla­my, wszyst­ko to pa­mię­ta­łam ina­czej, acz­kol­wiek ca­łość spra­wia­ła wra­że­nie cze­goś za­ra­zem zna­jo­me­go; ob­ra­zu znie­kształ­co­ne­go snem i żyw­cem wy­cią­gnię­te­go z niego na jawę.

Wiem, że w związ­ku z Ci­śnie­nio­wą Ka­ta­stro­fą mia­sto nie jest bez­piecz­ne, lecz i tak nie ro­zu­miem, dla­cze­go nie spo­ty­kam żad­ne­go czło­wie­ka.

Za­trzy­mu­ję się. Nie ko­ja­rzę, co to za miej­sce. Atrium? Teatr? To bez zna­cze­nia. W po­szu­ki­wa­niu Dominika sen­nym spoj­rze­niem prze­cze­su­ję oko­li­cę. Wspo­mnie­nia nie­ja­ko spla­ta­ją się ze zde­for­mo­wa­ną prze­strze­nią. Gdzieś mla­ska ka­pią­ca woda. Czuję za­pach glo­nów. Świa­tło eks­ta­tycz­nie mży. Naj­gor­sze zaś jest to, że w jakiś oso­bli­wy spo­sób duch tego miej­sca łączy się z nim, Sha­kiem. Przy­po­mi­nam sobie wszyst­kie chwi­le świad­czą­ce o nie­zwy­kło­ści na­szej re­la­cji. Dominik do­ty­ka­ją­cy mojej ręki i las wło­sków na moim przed­ra­mie­niu; jego uśmiech pod­czas ba­da­nia, nie­spo­dzie­wa­ny, za­re­zer­wo­wa­ny tylko dla mnie. Dominik, człowiek dziwny, niejednoznaczny, trudny w ocenie – dokładnie jak mój stosunek do niego. Nie w pełni rozwinięty. Wciąż nie pojmuję własnych emocji. Wiem tylko, że ob­ra­zy prze­szło­ści są gorz­kie, ciążą na sercu, muszę za­ci­snąć zęby, żeby nie osza­leć.

Nawet nie za­uwa­ży­łam, kiedy do­tar­łam do portu. Wszyst­ko mu­sia­łam zro­bić bez­wied­nie. Stoję teraz w dłu­gim tu­ne­lu, przed wej­ściem do jed­ne­go z wielu ba­ty­ska­fów. W szy­bie widzę szczu­płą syl­wet­ką. Pod­cho­dzę, do­ty­kam dło­nią zim­nej po­wierzch­ni. W od­bi­ciu blade ob­li­cze, wy­łu­pia­ste, za­wil­głe oczy, usta cien­kie jak ży­let­ka.

Co widzę?

 

 

Ka­san­dra, dzień 408

 

Skła­ma­łam, pi­sząc na po­cząt­ku, że będę tylko od­słu­chi­wać. Praw­da jest taka, że ro­biąc to, no­to­wa­łam wszyst­ko. Zatem ni­niej­szy dzien­nik za­wie­ra moje ostat­nie dni w ba­ty­ska­fie oraz wspo­mnie­nia z pierw­sze­go dzien­ni­ka. Tam­ten prze­sta­łam uzu­peł­niać, ten wciąż two­rzę. Czy to nie jest non­sens?

Zro­zu­mia­łam, że w tej cia­sno­cie nie mogę cią­gle sie­dzieć i czy­tać, po­nie­waż po pew­nym cza­sie za­czy­nam czuć się go­rzej; muszę, na ile to moż­li­we, wstać i roz­pro­sto­wać kości, ro­biąc dwa kroki w tę i z po­wro­tem. A kiedy za­czy­nam tak drep­tać, na­cho­dzi mnie po­trze­ba gim­na­sty­ki także tych mniej­szych kości, dla­te­go w końcu z po­wro­tem sia­dam w chłod­nym fo­te­lu, by pisać o tym, jak wy­glą­da­ją ko­lej­ne doby, któ­rych nie roz­róż­nia­ła­bym, gdyby nie po­ka­zu­ją­cy czas ma­lut­ki wy­świe­tlacz w gór­nym rogu kon­so­li ba­ty­ska­fu. Albo jak od­le­gło­ścio­mierz na prze­strze­ni setek dni kształ­tu­je mój na­strój, wa­ha­ją­cy się od ni­kłej na­dziei, po­przez utrud­nia­ją­cy za­snąć nie­po­kój, aż po apa­tię wła­ści­wą stwo­rze­niom za­miesz­ku­ją­cym ota­cza­ją­ce mnie mroki.

Znaj­du­ję się osiem­set ki­lo­me­trów od mia­sta. Nie je­stem prze­ko­na­na, czy to ozna­cza, że od wy­pły­nię­cia po­ru­sza­łam się z nie­zmien­ną pręd­ko­ścią wy­no­szą­cą za­le­d­wie pół ki­lo­me­tra na dobę. Bar­dziej praw­do­po­dob­ne wy­da­je mi się, że w ostat­nich mie­sią­cach ba­ty­skaf znacz­nie zwol­nił. Wie­rzę, że ma to zwią­zek z ha­mu­ją­cą siłą prą­dów głę­bi­no­wych, bo­wiem nie znio­sła­bym myśli, jeśli oka­za­ło­by się, że uległ nie­spo­dzie­wa­nej awa­rii. Więc?

Cóż, w każ­dym razie nigdy nie był de­mo­nem szyb­ko­ści, lecz na ile do­brze pa­mię­tam, jesz­cze pół roku temu nie sunął pod­brzu­szem pod dnie. Pew­nie za­pi­sa­łam coś na temat we wcze­śniej­szych frag­men­tach dzien­ni­ka, ale, praw­dę mó­wiąc (czyż­by?), peł­za­ją­ce tempo tej me­ta­licz­nej kuli nie ma więk­sze­go zna­cze­nia. Bo nawet gdyby pręd­ko­ścio­mierz dzia­łał, nie byłby przy­dat­ny bar­dziej niż sonar, który choć funk­cjo­nu­je, to je­dy­nie teo­re­tycz­nie; prze­cze­su­jąc ob­szar wokół, mil­czy od mo­men­tu, kiedy trzy zie­lo­ne punk­ty zni­kły z jego za­się­gu. Pi­sząc to zaś, mam nie­od­par­te wra­że­nie, że w po­dob­nym sta­nie dez­in­te­gra­cji znaj­du­je się mój mózg. Tu coś waż­ne­go dla prze­trwa­nia – na­dzie­ja, mo­ty­wa­cja, roz­są­dek? – tkwi per­ma­nent­nie wy­łą­czo­ne, tam, tuż obok, coś swę­dzi, zna­czy pra­cu­je, tylko co z tego, skoro w obec­nych wa­run­kach po­win­no usu­nąć się w cień, bo nie spo­sób wy­ka­zać tego cze­goś sen­sow­no­ści; męczy mnie ir­ra­cjo­nal­na po­trze­ba bli­sko­ści, na do­miar złego pod­mio­tem jest czło­wiek, któ­re­go przez cały okres na­szej zna­jo­mo­ści chcia­łam uprzed­mio­to­wić. I za­trzy­mać. Bli­sko sie­bie. Za wszel­ką cenę.

A teraz przede mną dry­fu­je jakiś obiekt.

Cros­so­ta mil­l­sae – psy­cho­de­licz­na me­du­za. Przykleja się do bulaju.

Biorę głę­bo­ki od­dech i na ile mogę, na tyle pro­stu­ję się na fo­te­lu.

Je­steś cie­ka­wy, jak skoń­czy się ta hi­sto­ria? Masz na­dzie­ję na po­zna­nie fi­na­łu? Chcesz uj­rzeć fru­ną­ce­go ku słoń­cu mo­ty­la? Czyż to nie za­baw­ne? Po­znaw­szy mnie, po­wi­nie­neś prze­wi­dzieć nie­unik­nio­ny banał.

W każ­dym razie od­słu­chu­jąc dzien­ni­ka, na­bie­ram prze­ko­na­nia, że moja pa­mięć w isto­cie jest do­sko­na­ła je­dy­nie w ob­sza­rach nie­do­koń­czo­nych, nie­do­mknię­tych, w wąt­kach nie­spo­dzie­wa­nie się ury­wa­ją­cych…

Koniec

Komentarze

Prosiaczku,

 

Tekst jest długi, ale (mnie) wciąga. Pozwolę go sobie przeczytać na dwie, trzy tury, ale obiecuję, że przeczytam w całości i porozmawiam sobie z tobą na jego temat, bo warto. Dziennikowa forma bardzo ułatwia mi komentowanie. Zatem:

 

Dzień 404

Czyżbyś mrugał do czytelnika nawiązując do błędu 404? Swoisty foreshadownig?

Narracja na początku zbiła mnie z tropu, bo najpierw odniosłem wrażenie, że jest pokraczna, ale im dłużej czytałem, tym bardziej skłaniałem się ku innej opcji – jest specyficzna, i to w tym pozytywnym sensie. Jest klimat, gwarantuję ci to i powiem szczerze, że zazdroszczę. Sam lubię pierwszoosobową narrację, sam też próbuję się z nią mierzyć w swoich tworach, ale nigdy nie udało mi się osiągnąć tego, co tobie. Dziwnie spokojną, niby nostalgiczną narrację pełną metafor i kreujących świat opisów. Widzę to, o czym piszesz, jako żywe, ale spokojne ujęcia skomponowane przez mistrzów wizualnego przekazu. Wrażenie to szczególnie pogłębia się w Dniu 1.

 

Jest jednak coś, co powoduje zgrzyty. Niby nic, ale pewne konstrukty zdaniowe i zdania wielokrotnie złożone zawierają w sobie elementy, które na pierwszy rzut oka są po prostu specyficznym językiem, jakim mówi do nas narrator, ale po bliższej inspekcji są zwyczajnym błędem. np.

…Dominik Shak, wzbudzał powszechną niechęć oraz wynikający z niej silny opór całego personelu Ośrodka.

Na pewno “wynikający”? A nie “…i w konsekwencji budził silny opór… ” cze też “czego efektem był”?

– Fakt, nie powinienem mieć oczekiwań. W końcu pani plany zawsze ulegają przekształceniom.

O ile rozumiem stosowanie specyficznych słów w narracji bohaterki, to wątpię, by inni bohaterowie opowiadania używali ich w dialogach. Plany mogą ulegać zmianom, ale czy przekształceniom? Raczej nie.

pracownicy twierdzili, że wyłamywała się zeń stylistycznie, ale moim zdaniem w ogólne nie pasowała do miasta.

ten łącznik “ale moim zdaniem” sugeruje zdanie przeciwstawne do pracowników. Z kontekstu można raczej odczytać coś innego, mianowicie że posunęłaby się dalej w tym stwierdzeniu. Dlatego lepszą formą byłoby (moim zdaniem :)):

Sala badań nie przypominała żadnej innej części Ośrodka, pracownicy twierdzili, że wyłamywała się zeń stylistycznie. Moim zdaniem w ogóle nie pasowała do miasta .

lub podobna forma, ale na pewno nie “ale”.

Zauważyłem, że dzisiaj pani nastrój, w ostatnich dniach zły, uległ znacznej poprawie

przekonstruował bym na:

Zauważyłem, że pani nastrój, w ostatnich dniach zły, uległ dziś znacznej poprawie

W czasie, bo w niniejszym dzienniku, co widać, znajdują się później – to znaczy poniżej.

To zamykające dzień 1 zdanie jest pogmatwane do bólu. Niejako wiem, co oznacza, ale trzeba to zmienić na bardziej czytelny komunikat.

 

I tu na razie kończę, bo już prawie czwarta w nocy (albo czwarta rano?) i czas spać. Niemniej widzę, że sporo elementów składających się na specyficzny język narratora to po części wynik zastosowania synonimicznych słów – czyli niby synonimów, ale raczej zastosowanych nieprawidłowo lub niefortunnie. Ma to swój urok, dopóki nie występuje w dialogach, bo zdradzają one, iż efekt ten nie był zamierzony – a przynajmniej takie mam wrażenie.

 

Folanie, dzięki za wizytę i opinię. Odnośnie uwag. Opór, moim zdaniem, może wynikać z niechęci, więc zostawię. Z wypowiadanymi przez Dominika słowami taki był zamiar. Resztę zmieniłem, poza ostatnim zdaniem.

 

Z taką narracją mierzę się pierwszy raz. Muszę sprawdzić synonimiczne słowa, bo mi chyba coś umyka. Cieszę się, że opowiadanie, przynajmniej na początku, Cię wciągnęło. Godzina faktycznie późna, aż przypomniało mi się, jak kiedyś pracowałem nocami.

Wypocząłem i wracam do lektury. Jedziemy:

 

Dzień 405

gdyż >mam< świadomość, że fragment dziennika, który zamierzam sobie przypomnieć, wzbudza we mnie czarną rozpacz.

chyba zabrakło słowa “mam”.

 

Dzień 406

Już na początku uderza mnie zastosowanie przekleństwa. Zapis z dnia wcześniej (”jebana”) jakoś przełknąłem, ale gdy za chwilę brzydkie słowo uderzyło drugi raz (”kutas”), trochę się skrzywiłem. Twoje opowiadanie, dzięki ciekawym metaforom i specyficznej narracji, nabiera cech na wpół świadomego snu i zastosowanie przekleństw w tejże narracji troszkę psuje ten efekt – mgiełka wyobraźni ustępuje i nagle ląduję w twardej rzeczywistości. To tylko spostrzeżenie i nie oznacza, że powinieneś je usunąć, po prostu takie mam odczucia.

 

Dzień 96

ingerencji, siły

Zabrakło przecinka.

Katastrofa jest niczym piasek w wielkiej starożytnej klepsydrze – nieustannie się przelewa.

To jest przykład tego, o czym mówiłem wcześniej – tej “synonimiczności”. Piasek raczej się przesypuje, ale przez zastosowanie słowa odnoszącego się do podobnego procesu dla innej substancji tworzysz klimat tej specyficznej narracji, bo z jednej strony wygląda na błąd, z drugiej na celowy zabieg – tym bardziej, że akcja dzieje się w głębinach oceanu, toteż wszelkie słownictwo, które cechować może wodę, wygląda na zastosowane z premedytacją. Metaforyczne przedstawienie sypkiego piasku jako wody spotyka się bardzo często, ale następuje to w wyniku narracyjnej transformacji, której tu nie ma, ale zawarta jest w domyśle, czyli np:

Katastrofa jest niczym piasek w wielkiej starożytnej klepsydrze, który niczym woda nieustannie się przelewa.

Tworzy to dysonans, który jest ciekawym doświadczeniem, muszę przyznać. Wciąż jednak stąpasz na granicy błędów i jeżeli nie będziesz ostrożny, szala może przeważyć na stronę negatywnego odbioru tekstu.

 

Czytam dalej, a komentarz wysyłam, bo się rozpisałem i jak go szlag trafi, to będę zły.

Mam w tamtym miejscu nie musi występować. Nawet lepiej, jak go tam nie ma.

 

W przykładzie, który wymieniłeś, synonimiczność jest celowa, i o ile w niektórych tekstach może faktycznie nie pasować, tak tutaj jest środkiem tworzącym klimat. Natomiast przekleństwo być może faktycznie wybija z klimatu. Sam jestem przeciwnikiem stosowania wulgaryzmów. Sądzę, że uznałem, iż naturalnie wkomponuje się w niniejszy fragment, ale mogłem się mylić; jeszcze pomyślę nad tym.

 

Cóż, dzięki za konstruktywne uwagi i sugestie. Jestem ciekaw ostatecznego odbioru tekstu. Tymczasem uciekam do swoich pacjentów.

Opuszczając Ośrodek, powinnam była wracać do mieszkania, za każdym razem chciałam, jednak uciekać w bezpieczny kokon w godzinach pracy nie pozwalał mi przeklęty profesjonalizm.

To zdanie musiałem przeczytać kilka razy i niby w końcu załapałem, ale nie do końca.

Opuszczając Ośrodek, powinnam była wracać do mieszkania.

Opuszczanie ośrodka oznacza, jak dla mnie, koniec pracy.

jednak uciekać w bezpieczny kokon w godzinach pracy nie pozwalał mi przeklęty profesjonalizm.

A tu okazuje się, że robiła to w godzinach pracy. Dalej zaczyna się jeszcze większe zagmatwanie:

Prowadził do zjeżdżającej na sam dół windy, a potem wypychał z wieżowca w objęcia nieoznaczoności

Rozumiem, że to “(profesjonalizm) prowadził do…” (bo tylko to miałoby sens biorąc pod uwagę cały akapit), ale to nie trzyma się kupy i jest zbyt pogmatwane, by uznać za celowy zabieg.

 

Razem

…przyglądając się zalegającym pomieszczenie tłustym cieniom. Twarde jak bazalt. Zdawały się tężeć z każdą minutą.

tłuste cienie sugerują miękkość, a zdanie potem mówisz, że są twarde jak bazalt. Dopiero kolejne zdanie prezentuje transformację, dlatego proponuję:

…przyglądając się zalegającym pomieszczenie tłustym cieniom odniosłam wrażenie, że tężały z każdą minutą i nawet nie wiem kiedy stały się twarde jak bazalt.

a przynajmniej coś, co nie sprawi wrażenia, że przeczysz swoim opisom/metaforom zdanie później.

barwa z czerni przemieni się co najwyżej w piżmo, ewentualnie bladą szarość i cienie pozostaną w pokoju niczym osad w niedomytym kubku po kawie.

Piżmo jest wydzieliną, nie kolorem. Jest coś takiego jak chaber piżmowy (roślina), ale i tak sądzę, że powinieneś zastosować inne słowo.

 

Dzień 406

by ostatecznie z dnia na dzień odstawiłam prochy.

Odstawić.

 

Dzień nieznany

niby pszczoła nektar sączę miód

albo “niby pszczoła nektar sączę…” albo “niby pszczoła sączę miód”.

W tej chwili, jakby zlękniony niespodziewaną wizytą, dźwięczy donośnie niby mosiężny dzwon.

“zlęknienie” kojarzy się z wycofaniem, unikami, ukryciem i siedzeniem cicho. Proponuję “zaalarmowany”.

 

I skończyłem czytać.

Tekst nie jest łatwy w odbiorze – i pomijam tu czasem zagmatwane konstrukcje zdań i błędy w interpunkcji. Z narracji wyłania się motyw ambiwalentnej dwuznaczności.

Z jednej strony mamy motyw przepoczwarzania, z drugiej bezsens gonitwy za definitywnym finałem (efektem przepoczwarzenia), co podkreślają słowa Dominika i końcówka utworu.

Z jednej strony nie wiemy, co takiego ma w sobie Dominik, że Kasandra za nim goni, z drugiej – jak niby mamy się tego dowiedzieć, skoro ona sama nie jest do końca pewna?

Zalane miasto wydaje się prawdziwe, ale jednocześnie sprawia wrażenie, iż to tylko percepcja bohaterki tak je postrzega. Czy naprawdę jest to podwodny świat? Nie mam pewności mimo batyskafów, bulajów, glonów i meduz.

Narracja niby najeżona błędnymi metaforami, jednocześnie wydają się być jak najbardziej na miejscu.

Motyw przezmian jest wyraźny w utworze, jednocześnie pokazując, że przemiany te trwają – i to wiecznie – póki trwa życie. Końcówka dobitnie pokazuje, że w kokonie spędzamy tak naprawdę wieczność.

 

W całym tekście coś jednak zgrzyta, a zgrzyty te ukryte są w narracyjnej dwuznaczności i poetyckich czasem metaforach. W czasie lektury nie odczułem wahającej się formuły poza wcześniej wyszczególnionymi elementami. O dziwo, mimo braku zakończenia, historia w pewien sposób ma definitywny koniec. Postawiłeś sobie autorze trudne zadanie, któremu podołałeś, ale z ledwo wystawioną ponad lustro wody głową.

Folonie, dzięki. Ja od dawna miałem, mam i zapewne mieć będę tendencję do poetyzacji, metafor, odległych skojarzeń. Pozwalam sobie na nie zwłaszcza wtedy, gdy tekst nie jest najeżony naukową nomenklaturą, zatem robię to, pisząc fantasy czy właśnie takie mocno egzystencjalne opowiadania.

Cześć prosiaczku:-)

muszę przyznać, że Twoje opowiadanie nie należy do najłatwiejszych. Zmusiłeś mój umysł do sporego wysiłku:-) Nie tylko ze względu na budowę opowiadania, czyli przeskoki w czasie, które rzeczywiście nie ułatwiają sprawy. Ale warto było;-)

Piszesz pięknym językiem, bardzo poetycko. Budujesz subtelne, lekkie zdania. Nawet to zdanie o gwałceniu ciszy brzmi jakoś tak ładnie;-)

Podoba mi się narracja. Niedopowiedzenia także, bo budują klimat. Nie wyjaśniasz relacji z Dominikiem, jego ucieczki. Tylko tak zostawiasz czytelnika z własnymi domysłami. Wiem, że usprawiedliwiasz się we wstępie:-) 

Doceniam emocje bohaterki, więc jestem zadowolona z lektury:-) 

polecam do biblioteki i pozdrawiam:-)

 

edycja:

bardzo podoba mi się to stwierdzenie:

„Nie ma imago”.

Odnosi się do czasu, nieskończoności. Rozumiem, że stąd to otwarte zakończenie, czyli właściwie brak zakończenia;-)

Witaj, Olciatko. :-)

 

Dzięki za poświęcony czas – na przeczytanie i komentarz. I za dobre słowo. Miło mi, że Ci się spodobało. Super, że wyłapałaś znaczenia, zwłaszcza z tym imago. :-) W opowiadaniu wiele elementów ma za zadanie uwypuklić nastrój oraz zaakcentować poruszany temat.

 

 

Dzięki za polecenie do biblioteki. Pozdrawiam :-)

Dziwne to opowiadanie, Prosiaczku, bo z jednej strony zaintrygowało i w jakiś sposób zmusiło do śledzenia zapisków bohaterki, a z drugiej strony, skończywszy lekturę, nie umiem powiedzieć ani o co w nim chodzi, ani co tam się wydarzyło…

 

pły­ną­cy z kuch­ni za­pach ćwiart­ki tosta… ―> …pły­ną­cy z kuch­ni za­pach ćwiart­ki tostu

 

niby ryba głę­bi­no­wa prze­my­ka­ją­ca ko­ra­low­ca­mi… ―> Tu chyba miało być: …niby ryba głę­bi­no­wa prze­my­ka­ją­ca między ko­ra­low­ca­mi

 

i wy­mam­ro­tał rzecz na tyle nie­po­ko­ją­cą, że roz­stro­iła mój me­cha­nizm ha­mo­wa­nia po­znaw­cze­go i przedar­ła się… ―> Nie wydaje mi się, aby można mamrotać rzeczy.

Proponuję: …i wy­mam­ro­tał słowa na tyle nie­po­ko­ją­ce, że roz­stro­iły mój me­cha­nizm ha­mo­wa­nia po­znaw­cze­go i przedar­ły się

 

Za­ci­skam też po­wie­ki, żeby nic się spod nich wy­do­sta­ło… ―> Pewnie miało być: Za­ci­skam też po­wie­ki, żeby nic się spod nich nie wy­do­sta­ło

 

Kiedy tak za­mie­ra­łem w bez­ru­chu, do­zna­wa­łam… ―> Literówka.

 

W każ­dym razie od­słu­chu­jąc dzien­ni­ka, na­bie­ram prze­ko­na­nia… ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dziękuję za odwiedziny i opinię. Wiem, dziwne, taką miałem wizję. ;-) Taką, gdzie zachowując (przeze mnie) wewnętrzną logikę tekstu, interpretacja czytelnika może być bardzo różna.

Prosiaczku, ale to chyba dobrze, że pozwalasz czytającemu na własne odebranie tekstu, nawet jeśli czytelniczka okazuje się niezbyt pojętna.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Tekst do mnie nie trafił. Jakoś nie potrafię wczuć się w bohaterkę, bo mnie odrzuca. No, jak można przetrzymywać pacjenta, bo się pani doktor zakochała? A przysięga Hipokratesa? To niepoważne, nieprofesjonalne i dla mnie odpychające.

Do tego mam wrażenie, że być może powinna zamienić się z Dominikiem miejscami, bo jakoś nie potrafię zrozumieć, o co jej chodzi. Być może używa szyfru, nie kłopocząc się, czy będzie on zrozumiały dla postronnych.

Całość kojarzyła mi się z Hanibalem Lecterem. Ale tam było sporo akcji, a tu – rozedrgane emocje narratorki.

Babska logika rządzi!

Cześć, Finkla. :-) Fakt, bohaterka może wzbudzać odrazę. Och, z tymi emocjami to dlatego, że to niestabilna, egocentryczna osoba.

Nowa Fantastyka