- Opowiadanie: Finkla - Przygoda Erica Claphama-Lee

Przygoda Erica Claphama-Lee

Za punkt wyjścia posłużyło opowiadanie “Reanimator Herbert West” sami-wiecie-kogo. To chyba właściwie fanfik. Coś między sequelem a alternatywnym zakończeniem oryginału.

Z tytułu nie jestem zadowolona, wymyślałam go na bardzo szybko.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Przygoda Erica Claphama-Lee

I. Szpiedzy

 

– Ericu, czy przypomniałeś sobie cokolwiek nowego?

– Drogi Hermanie, mam ważniejsze wieści – odparłem.

– Cóż może być ważniejszego niż odtworzenie formuły opracowanej przez naszego nieodżałowanego przyjaciela Westa?

– Zbliż się, nie chcę, aby ktokolwiek nas podsłuchał.

Herman podszedł i nachylił się nade mną, aż mogłem dostrzec każdy włos w jego wąsach.

– Wiesz, że ostatnio źle sypiam?

Wyprostował się, z wyrazem zdegustowania wymalowanym na obliczu.

– I to jest twoim zdaniem ważna wieść? Coraz trudniej utrzymać twoje ciało przy życiu.

– Oczywiście, że nie, słuchaj dalej, proszę. Całymi dniami czuję się zmęczony, często drzemię, po nocach za to byle szmer wyrywa mnie ze snu. Otóż przedwczoraj, nad ranem, obudziła mnie sprzątaczka pracująca na korytarzu. Sam nie wiem, jaki dokładnie dźwięk zawezwał mnie z krainy marzeń sennych, ale co do jednego nie mam wątpliwości; ta kobieta rozmawiała z kimś po niemiecku. Nie mogła wiedzieć, że jestem tu, w gabinecie. A ja osłuchałem się co nieco z tym językiem podczas wojny.

– Ale… Co chcesz przez to powiedzieć?

– Czyż to nie oczywiste? Mamy szpiega w murach naszej szacownej organizacji.

– Mówiłeś o tym komuś?

Teraz widziałem, że Herman zrozumiał wagę informacji – w oczach błysnął mu strach, pod wpływem zdenerwowania niderlandzki akcent stał się jeszcze wyraźniejszy.

– Nie, tylko tobie ufam. Mam nadzieję, że zajmiesz się tym niezwłocznie. Na pewno sprzątaczka, ale przecież z kimś rozmawiała. Mamy więc co najmniej dwie osoby.

– Masz rację, bardzo dobrze, że mnie o tym powiadomiłeś, Ericu. Pozwól, że natychmiast przystąpię do wyjaśnienia tej zagadki.

Wyraziłem zgodę opuszczeniem powiek, a Herman pospieszył do wyjścia.

 

II. Notatki Hermana

 

Następnego popołudnia Herman znowu pojawił się w moim gabinecie. Zaskoczył mnie – dotychczas między kolejnymi wizytami mijały dni, jeśli nie tygodnie. Opowiedział, że sprzątaczka już jest śledzona, abyśmy mogli wykryć jej niemieckie kontakty. Zapewnił, że pod drzwiami stoi dwóch wartowników i możemy rozmawiać bezpiecznie. Jednak nie mogłem pozbyć się wrażenia, że przyjaciel nie jest ze mną całkiem szczery, jakby pod swoją wesołością skrywał problem leżący mu na duszy ołowianym ciężarem.

Wkrótce zagłębiliśmy się w rezultaty eksperymentów przeprowadzanych przez doktora Joego. Najnowsze badania wiodły w wielce obiecującym kierunku. Roztwór pobrany z moich żył wstrzykiwano ochotnikom. Ich ciała namnażały go, a po tygodniu pobierano od nich krew i wyizolowywano nową wersję roztworu. Zasada działania była podobna jak przy szczepionce przeciwko krztuścowi. Wciąż pozostawały niezliczone przeszkody do pokonania. Druga generacja roztworu doktora Westa zawsze wykazywała słabsze działanie. Wiele zależało od rasy i typu ludzkiego.

Często zdarzało się, że pacjenci umierali. Po prawdzie, to w większości przypadków. A jednak ochotników nie brakowało – po ziemiach Europy przetaczała się kolejna straszliwa fala walk, nazywana drugą wojną światową. Jej okropieństwa – choć trudno mi było w to uwierzyć po tym, jak przez mój szpital przewinęły się setki żołnierzy spod Ypres – podobno jeszcze przerastały okrucieństwa wojny, w której sam zginąłem. Po raz kolejny młodzi mężczyźni musieli stawić czoła temu samemu co przed dwudziestu laty wrogowi – Niemcom. Perspektywa uzyskania specyfiku doktora Westa, który pozwalałby ożywiać martwych żołnierzy, skłaniała do poświęceń ludzi niemogących zrażać się bezpośrednio na froncie. Herman opowiadał – chociaż nie potrafiłem w to uwierzyć – że nawet kobiety zgłaszały się do eksperymentów.

Pokazał mi kartkę w swoim notesie. Napis na górze głosił „Dr Josef Mengele – wyniki doświadczeń”. Poniżej widniała tabela, z kolumnami zatytułowanymi „Mężczyźni”, „Kobiety” i „Ogółem”. To rozwiewało wątpliwości, ale nie mogłem skoncentrować się na liczbach. Widziałem tylko prawy górny róg strony, w którym widniało godło naszej organizacji. Widziałem je już wielokrotnie, ale nigdy tak wyraźnie. A to wytłoczone na oprawnych w skórę tomiszczach na półkach w gabinecie, a to z daleka przez okno na łopoczących flagach, a to malutkie – na guzikach podobnej do munduru bluzy Hermana…

Pionowy nagi miecz, którego prosty jelec wraz z rękojeścią i głownią tworzył krzyż. Szlachetna broń, godna mężnego wojownika i chrześcijanina. Dookoła niego wstęga, nawiązująca do greckiej litery alfa, która z kolei sięga korzeniami do egipskiego hieroglifu, znaku głowy wołu. Herman, rozmiłowany we wszelkich symbolach, wiele mi o tym opowiadał.

Ale dopiero dziś po raz pierwszy zauważyłem, że litery dookoła miecza stylizowane są na runy i tworzą napis „Deutsches Ahnenerbe”.

To nie tylko sprzątaczka! Od najpośledniejszego gońca do prezesa Towarzystwa otaczali mnie Niemcy!

Potrzebowałem czasu do namysłu. Udałem stłumione ziewnięcie.

– Wybacz, Hermanie. Znowu dopada mnie senność.

Wirthowi nie trzeba było dwa razy powtarzać.

– To ja proszę o wybaczenie, drogi Ericu. Tak podekscytowały mnie rezultaty badań doktora Joego, że zapomniałem o twoim wyczerpaniu. Będziemy kontynuować tę rozmowę, kiedy wypoczniesz i poczujesz się lepiej.

Wyszedł czym prędzej, pozostawiając mnie na pastwę rozpaczy.

Oto znalazłem się otoczony przez wrogów, bez jednej życzliwej duszy, z którą chciałbym porozmawiać, by dzielić się myślami, bezradny, oszukiwany przez tego, kogo miałem za przyjaciela… Ach, dlaczegóż mój drugi ojciec, doktor West, dopuścił do takiej sytuacji?! Cóż to znaczyło dla chirurga tej klasy połączyć mnie z pozostałymi członkami?

Widziałem jednak i jaśniejsze strony; ten sam Herbert West zadbał, abym praktycznie nic nie wiedział o składzie ożywiającej mikstury. Bo jakież dane miałem do dyspozycji? Nikłe ślady zapachu, który poczułem ledwie przez moment, zanim nasz szpital w okolicy St. Eloi został zburzony przez niemiecki – znowuż przeklęci przy siedmiokroć Niemcy! – ostrzał. Kilka dziwacznych pozycji na listach zamówień wojskowych… Ot, wszystko. A czego nie wiedziałem, tego nie mogłem zdradzić wrogom.

Dość użalania się nad własnym, jakkolwiek opłakanym, losem! Musiałem obmyślić plan ucieczki.

 

III. Wdrażanie planu

 

Warunek pierwszy: odzyskać, a zatem wpierw znaleźć, własne ciało. Musiałem również je wzmocnić – mięśnie, osłabione latami niemal bezruchu prawdopodobnie w dużym stopniu atrofowały. Eliksir doktora Westa dawał ogromną siłę, lecz czy jej resztki okażą się wystarczające?

Tak poszukiwania jak i treningi wymagały działań długofalowych.

Każdej nocy przeprowadzałem ćwiczenia nóg, które tylko dało się wykonać bez wstawania. Godzinami jeździłem na niewidzialnym rowerze, unosiłem łydki i uda do pionu, przyciągałem kolana do klatki piersiowej… Za dnia próbowałem ruchów palcami i stopami oraz nożyc.

Równolegle podjąłem działania zmierzające do zlokalizowania ciała. Najpierw, nie spiesząc się, w długich odstępach, napomknąłem kilkakrotnie Wirthowi, że trapi mnie nuda. Dwie wizyty zdrajcy Hermana później udałem, że przypominam sobie, jakobym kiedyś w kwaterze Westa poczuł zapach gorzkich migdałów. Miałem nadzieję, że eksperymenty doktora Mengele z cyjankiem zabiją jak najwięcej spośród jego niemieckich ochotników. Każdy otruty mężczyzna to jeden żołnierz na froncie mniej. Żałowałem, że mogą umrzeć również kobiety. Przez długie godziny przekonywałem tego potwora udającego przyjaciela, że doświadczenia na damach nie mają sensu. Jeśli – a sam pamiętam, jak mój drugi ojciec mówił o tym do swojego asystenta – rasa człowieka ma ogromne znaczenie, to cóż rzec o płci nadobnej, tak różnej od naszego brzydszego rodzaju? Karmiłem się nadzieją, że moje perswazje odniosły jakiś skutek.

Kiedy już Wirth potwierdził, że badania z cyjankiem nie dają spodziewanych wyników, odczekałem jeszcze dwa tygodnie, a potem zacząłem narzekać, że mój pozbawiony rozrywek umysł zsyła mi sny na jawie. I że sam już nie wiem, co jest prawdziwym wspomnieniem, a co czczą ułudą. Czy to Herbert West uwielbiał migdały, czy też podano je kiedyś na bankiecie w jego obecności i jedna z dam chrupała je z olbrzymim upodobaniem? Z pewnością wszelkie rozkosze podniebienia bledną przy radości, jaką odczułem na dźwięk zgrzytania zębów Hermana.

Tak długo wzdychałem, przewracałem oczami i pojękiwałem, aż obmierzły Holender sam zaproponował, że dostarczy mi jakichś rozrywek. Zgodziliśmy się, że optymalne byłyby wycieczki po budynku Ahnenerbe. Podczas nieobecności Wirtha jego asystent miał obnosić mnie po siedzibie i szeptać objaśnienia. W klatce dla ptaków osłoniętej gęstym woalem, żeby uniknąć niepowołanych oczu, plotek i zdradzenia tajemnicy, jaką było moje istnienie.

 

O, zręczne palce chirurga, wprawione na tysiącach szwów do wszelkich delikatnych ruchów, gdzie chybienie o włos może oznaczać wyrok śmierci dla pacjenta! Gdzież tam wysławianym w pieśniach dłoniom pianistów i harfiarzy do precyzji i delikatności lekarza! Potrafiłem bardzo głośno pstrykać palcami. Podczas wycieczek właśnie do tej czynności skłaniałem własne ciało, a sam pilnie nadstawiałem uszu.

Jeśli moje ciało znajdowało się poza budynkiem Ahnenerbe, wówczas byłbym zgubiony. Nigdy nie zdołałbym uciec, nawet łaska samobójstwa pozostawała dla mnie niedostępna.

Jednak szczęście mi sprzyjało, chociaż pod tym względem. Podczas wędrówki wąskim korytarzem oficyny usłyszałem wytęskniony dźwięk. Pstryknięcia rozlegały się dokładnie w takim rytmie, jaki dyktowałem dłoniom. Dla pewności kazałem jeszcze prawej pięcie kopnąć podłoże. Żałobny jęk sprężyn w materacu powitałem niczym pienia anielskie.

 

Wówczas moja cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę. Obmierzły Wirth ani myślał wyjeżdżać na dłużej, a nie chciałem podejmować próby ucieczki pod jego obecność. On wiedział najwięcej o projekcie ze mną związanym, on znał mnie najlepiej. W razie poszukiwań stanowiłby najniebezpieczniejszego wroga. Obawiałem się, że nawet wiele z moich zachowań mógłby przewidzieć.

Jak na złość – odwiedzał siedzibę organizacji codziennie, choć nie zachodził aż tak często do mojego gabinetu. I za to dziękowałem Bogu – obecność tego człowieka z tygodnia na tydzień stawała mi się bardziej wstrętna.

 

IV. Odzyskanie ciała

 

Wreszcie doczekałem się okazji wspanialszej niż śmiałem marzyć: Wirth przyszedł pożegnać się przed wyjazdem do Tybetu. Jego dotychczasowa ciągła obecność wiązała się z załatwianiem setek spraw i sprawunków niezbędnych przy tak dalekiej podróży między tak niecywilizowane ludy. Tybet jawił mi się jako kraina równie baśniowa co Królestwo Księdza Jana. Jednak ze wszystkich sił życzyłem plugawemu zdrajcy, żeby trafił do zamku nikczemnego Starca z Gór. Wszak nie każde azjatyckie państwo musi być ucieleśnieniem raju.

Nazajutrz po wyjeździe Wirtha przekonałem jego asystenta, by zostawił mnie na noc przy upatrzonym wcześniej oknie. Prośbę umotywowałem chęcią popatrzenia na gwiazdy, na które w tej samej chwili być może patrzy mój nieobecny przyjaciel. Tak długo opowiadałem o tej namiastce bliskości, cenniejszej teraz, póki Herman nie podążył jeszcze pod inne nieba, aż młody sekretarz uległ. Oczywiście, wybrane przeze mnie okno znajdowało się jak najbliżej pokoju, w którym przetrzymywano moje ciało.

W oczekiwaniu, aż korytarze całkowicie opustoszeją, rzeczywiście wpatrywałem się w gwiazdy. Z zaskoczeniem odnotowałem, że widok tych odległych światełek niezmiernie mnie poruszył. Nie widziałem ich od dwudziestu z górą lat. O ile przynajmniej w kwestii daty mnie nie okłamywano…

Wreszcie ludzkie hałasy ucichły, zostawiając tylko odgłosy budynku – skrzypnięcia desek i starych mebli, popiskiwania szczurów, trzaski stygnących pieców…

Nakazałem ciału powstanie z łóżka, na którym spoczywało. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy mięśnie szarpały się bezskutecznie! Wsłuchałem się uważnie w odczucia reszty mnie – tak bliskiej, a tak niedostępnej. Mogłem poruszać nogami, czułem nakrochmaloną sztywność prześcieradła i pościeli. Ale w talii w i nadgarstkach zostałem przypięty pasami.

Z goryczą przypomniałem sobie, jak Wirth przed miesiącem wspominał coś, że moje ciało zachowuje się bardzo niespokojnie i prosił, żebym lepiej nad sobą panował. Z czystej przekory, w ramach zemsty za oszustwa, zacząłem jeszcze bardziej się miotać. Miałem wrażenie, że raz czy dwa udało mi się wyrwać strzykawkę do transfuzji. Nie był to trud opłacalny, bo igła poharatała moją własną skórę, ale satysfakcja z utrudnienia wrogom badań wynagrodziła z nawiązką ból. Zbyłem podłego Holendra, tłumacząc, że to wszystko dzieje się przez sen, a trapią mnie ostatnio koszmary o ponownym, lecz stokroć okrutniejszym, ataku Niemców na mój szpital.

I oto własna broń obróciła się przeciwko mnie – pielęgniarze okiełznali ciało, przypinając je do łóżka.

Gorzkie łzy frustracji popłynęły mi po policzkach. Nawet gwiazdy zdały się stracić blask.

 

Kiedy wczesnym rankiem przyszedł po mnie asystent Wirtha, poprosiłem, aby zaniósł mnie jak najszybciej do gabinetu.

Później jeszcze kilkakrotnie nalegałem na obnoszenie mnie fragmentami tej trasy. Za każdym razem skrzętnie notowałem w pamięci długości korytarzy, liczbę stopni schodów, punkty orientacyjne w postaci mebli czy zmiany faktury ścian; tynk, lamperia, boazeria…

Myślami najczęściej przebywałem przy moim ciele. Starałem się jak najlepiej poznać zwyczaje pielęgniarzy. Udało mi się schować igłę od strzykawki w materac. Kiedy tylko odpinano mi którąś rękę do mycia, pobrania krwi lub w innym celu, starałem się niepostrzeżenie dźgać pas przy prawym nadgarstku.

Wieczorami, gdy budynek skrywał się pod welonem ciszy, zawzięcie szarpałem osłabione więzy.

 

Wreszcie, tygodnie cierpliwych starań przyniosły owoce – więżący mnie pas pękł. Dość szybko oswobodziłem również lewą rękę, jeszcze sprawniej namacałem sprzączkę przy talii.

Bałem się, czy nogi utrzymają ciężar, od którego odwykły, ale udało mi się ustać. Nagle napotkałem problem, o którym wcześniej nie pomyślałem – wiedziałem, w którym pomieszczeniu jestem, lecz nie miałem pojęcia, gdzie stoi łóżko. Ba! Nie mogłem nawet żywić pewności, że jestem jedynym pacjentem w pokoju. Doszedłem jednak do wniosku, że raczej tak – konieczność zachowania tajemnicy nie pozwalała na inne rozwiązania. Jednak jeśli się myliłem, a inne obiekty badań właśnie wołały pielęgniarzy… Cóż, wówczas i tak wszystko było stracone.

Miotałem się przez dłuższą chwilę, wpadałem na ściany, sprzęty, zapewne własne łóżko… Wreszcie stanąłem i zmusiłem umysł do pracy. Wyciągnąłem ręce przed siebie i szedłem, aż napotkałem ścianę. Wówczas położyłem na niej prawą dłoń, lewą macałem w poszukiwaniu przeszkód i poczyniłem kilka ostrożnych kroków. Tak dotarłem do rogu pomieszczenia. Skręciłem i po jakichś trzech stopach moja dłoń odnalazła załamanie muru, a potem chłodną szybę. Minąłem okno, okrążyłem jakieś szafki, stolik z dwoma krzesłami i wkrótce trzymałem w ręce klamkę.

Żywiłem nadzieję, że drzwi prowadzą na korytarz, na którym czekałem przed kilkoma tygodniami. Wszystko na to wskazywało – obszedłem dookoła niemal całe pomieszczenie. Drzwi w korytarzyku rozmieszczono gęsto, więc pokoje nie mogły być duże. Czy drzwi okażą się zamknięte? Owszem, ale namacałem zamek, który dał się otworzyć od mojej strony. Szczęście mi sprzyjało, a może nikt nie widział potrzeby, by obawiać się ślepego więźnia przykutego do łóżka. Wystarczyło wszak upewnić się, że nikt niepowołany nie zbliży się do niego.

Przywołałem z pamięci drogę do gabinetu. Oraz żołnierską musztrę. Krok naprzód. W prawo zwrot. Ręka do ściany. Naprzód marsz! Około trzydziestu kroków. Tak, jest koniec pierwszego korytarza. W lewo zwrot. Lewa dłoń do ściany…

 

V. Ucieczka

 

Moje ciało było już niedaleko, w reprezentacyjnej części siedziby Ahnenerbe, kiedy pojawiły się kłopoty. Do moich uszu dobiegł nieludzki wrzask – niechybny znak, że ktoś zobaczył chodzące bezgłowe ciało. Jednak jakiś człowiek pozostawał tutaj nocą, by dotrzymywać mi milczącego towarzystwa. Przeraźliwy krzyk oddalał się w stronę wyjścia z budynku.

To dobrze czy źle? Potencjalny przeciwnik uciekał w panice czy też biegł sprowadzić pomoc? Jeszcze bardziej skoncentrowałem się na doprowadzeniu ciała przed własne oblicze. Po kilku minutach wreszcie zobaczyłem siebie!

Widok mnie zaskoczył. Musiałem postarzeć się przez ponad dwadzieścia lat, spodziewałem się tego, ale aż tak? Moje ciało (powinienem, skoro już jesteśmy znowu razem, zacząć myśleć o nim „ja”, a nie „ono”) wychudło, stało się wyraźnie słabsze. Na skórze nawet nie dostrzegłem wielu zmarszczek, ale i tak emanowała ze mnie aura potwornego zmęczenia. Życiem, śmiercią, badaniami…

Na domiar złego odziano mnie w koszulę nocną – niezbyt odpowiedni strój do ucieczki przez nocne miasto. Nie zamierzałem jednak wybrzydzać. Podszedłem do stołu, na którym, na wygodnej poduszce, spoczywałem ja. Znaczy, głowa. Wziąłem ją do rąk, a właściwie spróbowałem, ale pierwsza próba się nie powiodła. Ogromnie dziwnie kierowało się rękoma, kiedy wisiały przed oczyma. Jak w lustrze – myślisz, że potrzebny jest ruch w lewo, kiedy powinieneś przesunąć się w prawo.

Wkrótce jednak udało mi się wziąć w garść. Wsadziłem sobie głowę pod pachę i skierowałem kroki ku wyjściu z budynku.

Tu czekała mnie niemiła niespodzianka – wrzeszczący człowiek jednak wezwał posiłki. Przy drzwiach zobaczyłem dwóch żołnierzy w czarnych mundurach ze złamanymi krzyżami na lewych rękawach. Kiedy wkroczyłem w plamę światła, jeden z żołdaków stanął bez ruchu, jakby skamieniał ze zdziwienia. Drugi wyciągnął pistolet – śmiesznie mały, z brzydką, cienką lufą, jak w mauzerze – i zaczął coś krzyczeć po niemiecku.

Nie bałem się go. Roztwór, który mój drugi ojciec wstrzyknął w moje żyły, zapewniał mi nieśmiertelność. Potrafiłem żyć z głową oddzieloną od tułowia, co mi tam kule pistoletowe!

Miałem rację – wystrzały tylko odrobinę mnie spowolniły. Niemiec rzucił broń i uciekł. Drugi wpatrywał się we mnie okrągłymi oczyma i coś bełkotał, wycofując się powoli tyłem i próbując mnie odstraszyć znakiem krzyża. Podniosłem pistolet. Wymierzyłem w tułów, z tak mylącą perspektywą nie zamierzałem ryzykować strzału w głowę. Niestety, magazynek okazał się pusty. Przyskoczyłem do przeciwnika i walnąłem rękojeścią w skroń. Eliksir Herberta Westa oprócz nieśmiertelności dawał mięśniom nadludzką moc. Jakkolwiek osłabiony i postarzały, wciąż byłem silniejszy od zwykłego człowieka. Krótko mówiąc – zgruchotałem żołnierzowi czaszkę.

Przebrałem się w jego mundur, zabrałem naładowaną broń, przeciągnąłem zwłoki do najbliższego otwartego pomieszczenia. Po namyśle upaprałem kikut szyi krwią nieboszczyka i kawałkami jego mózgu.

Teraz mogłem już ruszać w długą drogę do swoich. I to nie mieszkając – strzały w środku nocy musiały ściągnąć tu policję. Dziękowałem Bogu, że okoliczne okna pozostały ciemne, jakby nikt nic nie usłyszał.

A może ci w czarnych mundurach byli policjantami? Nie wyglądali na to, ruszali się jak żołnierze, ale kogo mógł zaalarmować przerażony człowiek, zapewne stróż nocny Ahnenerbe?

Jeśli byłem w Niemczech, to sojusznicy powinni leżeć gdzieś na południe. Orientując się po gwiazdach, ustaliłem strony świata i zacząłem wędrówkę. W oczekiwaniu na podobną chwilę już od miesięcy nie pozwalałem strzyc sobie włosów. Urosły dostatecznie długie, by dały się owinąć wokół pięści. Niesiona niczym latarnia głowa kołysała się łagodnie w rytm kroków. Całkiem wygodnie omiatałem spojrzeniem to ulicę przede mną, to przebytą drogę.

Po pewnym czasie usłyszałem męskie głosy i tupot biegnących równym tempem nóg w ciężkich butach.

Czarny mundur pomagał ukryć się w ciemności, ale pogoń musiała mnie kiedyś zauważyć. Wobec tego, kiedy już zyskałem pewność, że nie zdołam uciec, po prostu położyłem się na chodniku, umieszczając głowę w pobliżu szyi i zamarłem w bezruchu.

Zobaczyli mnie, nie mogło stać się inaczej. Ale zgodnie z oczekiwaniami, uznali za trupa jednego ze swoich. Poszwargotali chwilę w swoim barbarzyńskim języku, ktoś nakrył mi głowę i ramiona jakąś ciężką tkaniną, po czym pobiegli dalej.

Kiedy ich kroki ucichły, wstałem, cofnąłem się około dwustu stóp i skręciłem w pierwszą napotkaną uliczkę.

Udało się zmylić pogoń, ale moja radość była krótka. Po mniej więcej dwóch godzinach marszu zacząłem słabnąć z każdym krokiem. Po chwili zrozumiałem, że stara znajoma, śmierć, jednak zdołała mnie dognać. Już wcześniej pobieranie krwi do doświadczeń doktora Mengele musiało rozcieńczyć mieszankę Westa płynącą moimi żyłami. Rany postrzałowe spowodowały jeszcze większy upływ krwi, aż wreszcie pozostało we mnie za mało eliksiru.

Ale umierałem wolny. Śmierć była w mojej sytuacji rozwiązaniem nieoczekiwanym, lecz satysfakcjonującym.

Koniec

Komentarze

Sam nie wiem, co powiedzieć. Zaczyna się od dialogu, co wprawia w konfuzję, bo czytelnik nie ogarnia, co się dzieje. Zwłaszcza jeśli nie zna się pierwowzoru. Ale im dalej, tym lepiej, wędrówka

bezgłowego ciała już całkiem satysfakcjonująca. Moim zdaniem powinno być jednak więcej informacji o tytułowym bohaterze, skąd się w ogóle wziął.

Całość napisana dobrze, fabularnie nawet bardziej mi przypomina kapitalny film, nakręcony na podstawie “reanimatora” w reżyserii Stuarta Gordona, niestety dziś chyba nieosiągalny, bo chętnie bym sobie jeszcze raz obejrzał.

 

Dziękuję, Agroelingu. :-)

Jako czytelnik lubię być wrzucana na głęboką wodę i stopniowe odkrywanie, o co tu właściwie chodzi (uwielbiam Dukaja :-) ), więc robię innym, co mnie miłe.

Miałam nadzieję, że dzięki pokazywaniu co chwilę kolejnej karty utrzymam uwagę Czytelnika. Jasne, że nie w każdym przypadku zadziała.

Więcej informacji o tytułowym bohaterze, powiadasz? Pewnie masz rację, tylko… termin. Skończyłam pisać jakieś dwie godziny przed końcem konkursu, kilka minut przed publikacją (nawet pierwszą autokorektę robiłam już po). Tak że tego…

O, nie wiedziałam, że na podstawie tego opowiadania nakręcono film.

Babska logika rządzi!

Cześć, Finklo!

Zgodzę się z przedpiścą, że jest tutaj materiał filmowy, więc może i fanfiki mają przyszłość na Netfliksie. Ciekawie pociągnęłaś tę historię, patrzenie na siebie samego jakby z zewnątrz zawsze punktuje czymś z granicy weirdu i grozy. Plus za nawiązania do historiii eksperymentów medycznych.

Oczywiście będzie klikane, ale taki drobiazg mi się rzucił w oczy. Trochę te zaimiki blisko.

Następnego popołudnia Herman znowu mnie odwiedził. Zaskoczył mnie – dotychczas między kolejnymi wizytami mijały dni, jeśli nie tygodnie.

Pozdrawiam!

Dzięki, Oidrin. :-)

Potencjał filmowy, powiadacie? Nie wiem, nie znam się. Człowiek popitalający z własną głową pod pachą już był w “Pierścionku Arabelli”, więc może i tak. ;-)

Nie chciałam iść w macki, wydawało mi się, że to temat tak mocno kojarzony z HPL, że takich tekstów wpadnie masa. No to postawiłam na zombiaka.

Zastanowię się, co zrobić z tym powtórzeniem. Mam nadzieję, że mogę jeszcze przez dwa tygodnie edytować, zgodnie z regulaminem.

Babska logika rządzi!

Jak to nie jest fabularne, to tak – w moim rozumieniu.

Nie rozumiem. Co nie jest fabularne?

Babska logika rządzi!

Zmiany można wrzucać, jeśli nie dotykasz fabuły.

A, o to chodzi! No właśnie też podobnie rozumiem regulamin. Że kosmetyka dopuszczalna.

Babska logika rządzi!

Nie wiem, czy znajomość opowiadania, od którego wywodzi się Twój tekst pomogłaby w lepszym jego zrozumieniu. Na początku czułam się nieco sfrustrowana, że nie bardzo rozumiem, co się dzieje. Brakowało jakiegoś elementu układanki i nie wiedziałam, czy go zdobędę, czy też powinnam go szukać w “Reanimator Herbert West”.

Potem jednak, powoli i stopniowo, tajemnica zaczęła się odkrywać. Szczerze mówiąc, sam styl przywodził mi na myśl raczej Poe niż Lovecrafta, ale czytało się to naprawdę przyjemnie. Fajna, mocna atmosfera zagadki utrzymywała się praktycznie do końca. Myślałam, że bohater umrze inaczej – bo że umrze, wydawało mi się praktycznie oczywiste. Spodziewałam się, że zabiją go jego sojusznicy, przecież był potworem. Uważam jednak, że zakończenie, które przedstawiłaś też jest wartościowe i jak najbardziej satysfakcjonujące.

W całości nie zagrał mi tylko moment, kiedy Głowa orientuje się, że Herman jest Niemcem – bardzo nagle się to stało i zaburzało trochę płynność fabuły moim zdaniem. Ale to niewielki defekt.

Ogólnie całość czytało się bardzo przyjemnie. :D

Zostaw ten żyrandol.

Dziękuję, Verus. :-)

Cieszę się, że było przyjemnie.

Znajomość pewnie pomogłaby szybciej wczuć się w sytuację bohatera. Ale odpadłoby stopniowe odkrywanie zagadek – że facet nie może się ruszać, że nie żyje…

Hmmm. Nie znam Poego w ogóle, a za HPL nie przepadam. Rzeknę nawet, że moje wyjściowe opowiadanie mnie strasznie irytowało – co rozdział narrator powtarza te same informacje. W którymś momencie nawet zaczęłam sprawdzać, czy strony się nie zdublowały w książce…

On tak właściwie od początku nie żył… No, trudno powiedzieć. Od razu potworem… Fascynujący obiekt badań i marzeń. Co by się działo, gdyby każdego martwego hitlerowskiego żołnierza dało się ożywiać?

Herman nie jest Niemcem – jest Holendrem (no, dobra, różne Wiki różnie twierdzą, może i był mieszany). Ale pracował dla Niemców – był szychą w Ahnenerbe.

Babska logika rządzi!

Powiedziałam potworem, bo przyszedł mi na myśl Frankenstein, ale faktycznie, Eric nie przypomina potwora – jest rozumny i nie robi wrażenia złego człowieka. Może kiedyś rzucę okiem na to opowiadanie. :D

Zostaw ten żyrandol.

Nie, to nie Frankie. Normalny trup, ożywiony przez Westa. Głowę stracił przy okazji śmierci. Ale może koniec ze spoilerami. ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo przyjemnie się czytało. Jako że opowiadanie znam, niezmiernie bawiło mnie wyszukiwanie detali z nim związanych. Zakończenie dość nieoczekiwane, miałem nadzieję, że jak już bohater sprytnie znalazł sposób na udawanie nieboszczyka, to uda mu się zajść trochę dalej. :( Całość oczywiście napisana bardzo dobrym stylem. Zgłaszam do biblioteki. :)

Dziękuję, Filipie. :-)

Sposób był niezły, ale w końcu gestapowcy by się porozumieli między sobą i wszystkie patrole by wiedziały, że szukają dziarskiego faceta bez głowy…

A przede wszystkim – zostało mi dwie godziny do końca konkursu. Musiałam w miarę sensownie zamknąć historię, nie mogłam sobie pozwolić na mozolną podróż do Aliantów. Ale umierał zadowolony. ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo, horror? Aż nie chce mi się wierzyć. ;)

Bardzo zgrabnie wyszło i historia ciekawa, choć nie była jakaś bardzo straszna. Podobał mi się pomysł na opowiadanie, żywy trup w takim wydaniu, wypadł ciekawie. I zgadzam się, że jako materiał na film mógłby być interesujący.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuję, Morgiano. :-)

Oj tam, od razu horror… Nawet go tak nie nazywałam. Bohater nie próbuje krwawo zaciukać amerykańskich nastolatków, więc chyba nie.

Ale dobrze, że historia wyszła ciekawie. Jakoś przeżyję, że filmowo.

Babska logika rządzi!

Czytało się przyjemnie i płynnie. Trochę na początku się zastanawiałem kim jest bohater i gdzie on w ogóle jest ale powoli odsłaniałaś karty i w końcu załapałem :). Druga połowa tekstu wydawała mi się bardziej dynamiczna, szybsza. Bardzo podobała mi się scena w której bohater odzyskuje ciało i też potem jak sobie radzi z głową (praktyczne zastosowanie włosów :)). Finał przychodzi moim zdaniem za szybko, ale doczytałem, że pisałaś na tempo, więc rozumiem, że koniec musiał nadejść mniej więcej w momencie w którym nadszedł :)

Dwie drobne uwagi pod Twoją rozwagę:

 

Widziałem jednak i jaśniejsze strony; ten sam Herbert West zadbał, abym praktycznie nic nie wiedział o składzie ożywiającej mikstury. Bo cóż miałem?

To bo cóż miałem brzmi mi trochę dziwnie, jakby było urwane?

Jednym słowem – zgruchotałem żołnierzowi czaszkę.

Może lepiej coś w ten deseń bo to w sumie trzy słowa :)

Krótko mówiąc – zgruchotałem żołnierzowi czaszkę.

Ja nie uważam, żeby to był jakiś minus. Po prostu fajnie by się oglądało. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuję, Edwardzie. :-)

Plan był taki, żeby zainteresować Czytelnika zagadką, a potem stopniowo odsłaniać kolejne ciekawostki – że nie żyje, że nie ma ciała… Z finałem jak piszesz – albo taki, albo wcale.

Dzięki za uwagi, zaraz się nimi zajmę.

 

Morgiano, no niby w filmach nie ma nic złego, ale jakoś nie przepadam…

Babska logika rządzi!

Ale ciekawe, Finklo! :-) Mnie złapałaś na haczyk od razu. Połknęłam blachę z piórkiem i już wiodłaś mnie do końca na żyłce opowieści. 

Jedno tylko mnie cały czas nurtuje: kto myślał, rozmawiał? Ciało czy głowa, jak się porozumiewają ze sobą. Chyba żeby miał inną – tymczasową albo był połączony z jakąś swoją esencją, albo uzyskał własności ośmiornicze. No bo jak to, kiedy patrzył w gwiazdy to głowa musiała patrzeć, a ciało wyrywało się z więzów. Tak… ponieważ to eksperymenty, stawiam na ośmiornice, równoległą ścieżkę rozwoju umysłu. 

Bardzo mi się podobało i przypominało mi sposób konstruowania historii przez Gaimana w „Rzeczach ulotnych”. Wymyślacz z niego pierwszej wody, też na konkursy, potrzeby wydawców i w ogóle.

 

Do biblio nie zgłaszam, bo sprawdziłam, że czekają trzy kliki, ale będę sprawę Użytkowników monitorować. 

 

Drobiazgi:

,skłaniała do poświęceń ludzi niemogących zrażać się bezpośrednio na froncie.

Chyba literówka

,Godzinami jechałem na niewidzialnym rowerze, unosiłem łydki i uda do pionu, przyciągałem kolana do klatki piersiowej…

Tu by się prosiło chyba – „jeździłem”.

,Teraz mogłem już ruszać w długą drogę do swoich. I to nie mieszkając – strzały w środku nocy musiały ściągnąć tu policję

Czekając?, omieszkać? – nie rozumiem, może kiks?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej, Finklo, dobrze się czytało!

Też lubię wrzutkę na głęboką wodę, więc start od dialogu i stopniowe wyjaśnianie tajemnicy trzymało w napięciu. Czułam się nieco jak detektyw, próbując odgadnąć, o co tutaj chodzi… kim albo czym jest główny bohater. Dość szybko obstawiałam, że to prawdopodobnie mózg odłączony od reszty ciała. No i nie zawiodłam się, więc zadziałała zasada: czytelnik uznał, że jest inteligentny, więc bardziej docenił autora :D.

…spoczywałem ja. Znaczy, głowa. 

Uśmiechnęło mi się tutaj i w paru innych miejscach. Widzę spory dystans do opisywanych zdarzeń w opku :).

Z małych uwag, to nie do końca przemawia do mnie niechęć rozczłonkowanej postaci do Niemców. Brakowało mi głębszego wyjaśnienia. Dla mnie gościu za szybko stwierdza, że jest wśród wrógów i postanawia uciekać. Ot tak, nagle.

Pozdrawiam!

Dzięki, Dziewczyny! :-)

 

Asylum,

Fajnie, że udało się złapać.

Kto myślał?

Uwaga, spoilery do tekstu HPL!

W oryginale West próbuje udowodnić, że głowa z mózgiem nie jest kluczowa dla przeżycia organizmu – dostaje świeżego trupa z odciętą głową, wstrzykuje eliksir w ciało, a głowa coś mówi, ale krótko, bo szpital zostaje rozpirzony.

Koniec spoilerów.

Ja pracowałam na tym materiale, ale założyłam, że mózg rządzi ciałem. Skoro jakieś tam połączenie działało w oryginale, to i u mnie może.

Drobiazgi:

Ale o co chodzi z literówką? Nadal jej nie widzę.

“Nie mieszkając” – znaczy także “nie ociągając się”, “nie tracąc czasu”. Lekko archaiczny zwrot, uważam, że może tu pasować.

 

Cytryno,

Czyli wzajemna wymiana komplementów. :-)

Niechęć do Niemców – w oryginale Eric Clapham-Lee (sir, zresztą) jest chirurgiem i żołnierzem (bodajże majorem) walczącym we Flandrii przeciwko Niemcom podczas IWŚ. Kiedy się dowiedział, że przetrzymuje go niemiecka organizacja, od lat okłamuje… No, wkurzył się.

Babska logika rządzi!

Cześć Finkla!

Zacny tekścik, z początku byłem trochę znismaczony realiami i miałem problem ze skumaniem, co się dzieje. Ale szybko się wciągnąłem i było warto… Historia pasuje do klimatu, choć zahacza o niełatwy temat ludobójstwa w pewnym sensie, ale to fantasy, ma swoje prawa. Głowa bez ciała, okultyzm, Mengele, tybet, i ta ucieczka… jest akcja! Szkoda, że bohater nie zaszedł daleko, ale przynajmniej odzyskał wolność.

Scenka z udawaniem trupa świetna, straszno-śmieszna w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Brr, będzie mi się wędrowiec bez głowy śnił po nocach.

Pozdrawiam i polecam do biblioteki!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Dziękuję, Krarze. :-)

Miło mi, że odebrałeś opko jako zacne.

Czemu realia początkowo zniesmaczyły?

Reanimację trupa wymyślił HPL, nie ja. Wojnę – Niemcy… I jakoś to poszło. Ja tylko poskładałam elementy.

Udawanie trupa w tych okolicznościach wydaje mi się niezłym kamuflażem. No bo kto nie dałby się nabrać? Zwłaszcza po ciemku, za dnia już się można zastanawiać, dlaczego nie ma krwi.

Do biblioteki nie ma co polecać, tekst już tu jest. Ale dzięki za dobre chęci. :-)

Babska logika rządzi!

Acha, teraz to jest jasne :). Szkoda, że nie czytałam wcześniej oryginału.

IMO, wiele nie straciłaś. Ale ja nie przepadam za HPL – strasznie rozwlekle pisze.

Aha, Eric zginął po raz pierwszy, bo jego samolot zestrzelili Niemcy. Kolejny powód do ciepłych uczuć.

Babska logika rządzi!

To tak krótko. Przeczytałem z zainteresowaniem. Początek intrygujący, kulminacja ok, nawet bardzo, ale sam finał sorki, ale słaby. A co gorsza, wygladajacy tak, jakbyś po prostu chciała jakoś tam domknąć, bez pomysłu na twist. Nijakiego. Szkoda. Opko obiecywało znacznie więcej. Z drobiazgów: do Tybetu w połowie IIWŚ z Niemiec? A niby jak? Którędy?

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

Dziękuję, Rrybaku. :-)

Miło, że zainteresowało.

Z finałem masz rację – był pisany, żeby domknąć. Nie starczyło mi czasu na nic więcej. W roli twista musi wystąpić śmierć nieśmiertelnego.

Ahnenerbe zorganizowała jakąś tam wyprawę do Tybetu. Może i przed wojną, nie pamiętam. Ale kto powiedział, że Herman mówi prawdę? Może jechał na front wschodni, pod Stalingrad i nie mógł być szczery, więc zełgał coś, co znał z wcześniejszych podróży?

Babska logika rządzi!

Wyprawę do Tybetu Ahnenerbe zorganizowała w 1938. Ten Herman to Wirst? Jeśli tak, to wywalono go z A. jeszcze przed wojną. Drobiazgi, ale zwrócilem na nie uwagę. Jeśli akcja toczy się co w 1943 ( Stalingrad), to Tybet bylby niemożliwy tym bardziej. Pozdr. P.

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

Herman Wirth, holenderska szycha z A. O tego Ci chodziło? Nie wiedziałam, że go wykopali.

Precyzyjnie akcji nie określam – trwa IIWŚ i doktor Mengele działa.

Babska logika rządzi!

Tak, o Wirtha mi chodzilo. Wykopali go bodajże w 1939. I nazwę Ahnenerbe też zmienili (wyleciało "Deutsches". Choć w logo chyba zostalo.).

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

Ciekawe, czym tak podpadł…

Ale już tekstu nie będę zmieniać.

Babska logika rządzi!

Zbyt nawiedzony był, wymyślał bajki, opisując jako własne przeżycia i odkrycia, nawet Himmler tego w końcu nie zdzierżył.

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

Finkla, mi chodziło o tematykę zbrodni przeciwko ludzkości, które miały miejsce podczas 2WŚ. Mam straszne opory (moralne chyba), by robić z tego fantasy/s-f. Może dlatego, że się jako dzieciak dużo historii o wojnie nasłuchałem. Ale to tylko taka moja cecha chyba, może muszę się przełamać i samemu coś o tym napisać, a może to jednak nie moje klimaty. W każdym razie opko zacne.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Rrybaku, w takim razie musiał być naprawdę daleko poza skalą…

 

Krarze, rozumiem Twój punkt widzenia. Faktycznie, wykorzystywanie tych okrucieństw do zabawy może budzić niechęć. Ale z drugiej strony… Takie Ahnenerbe albo inny wiecznie żywy Lenin aż się proszą o fantasy. Że o alternatywnych wersjach historii nie wspomnę.

Babska logika rządzi!

Finklo, to nie tak. Mentalność ludzi nawet kilka pokoleń wstecz była zupełnie inna niż dzisiejszych. Weź np. Królewskie Towarzystwo Naukowe (brytyjskie) z połowy XVII wieku. Bardzo poważni ludzie robili tam eksperymenty typu "pogromców mitow". No wierzono wtedy powszechnie, że pająk nie wyjdzie z kręgu zakreślonego święconą kredą. I co robili wtedy poważni panowie w perukach? Jeden na oficjalnym posiedzeniu Towarzystwa przynosił pajaka i umieszczał go w kole zakreślonym święconą kredą na podłodze, a reszta obserwowała, a potem najzupełniej poważnie pisała sprawozdanie:"pająk natychmiadt uciekł". Przecież jeszcze w latach 20/30 XX w. Piłsudski brał udział najzupełniej serio w seansach spirytystycznych i pytał kart o przyszłość (stąd jego słynne pasjanse).

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

Ahnenerbe to nie jest połowa XVII wieku. To pokolenie moich dziadków, którzy raczej twardo chodzili po ziemi.

Między tym a XVII był Freud, Darwin, wojna światowa, rewolucja w Rosji… Sporo się pozmieniało.

Babska logika rządzi!

Freud… Nie żartuj:D. To dopiero był mitoman. Darwin – już lepiej, choć dziś jego teoria ostro się broni (np przed teorią masowych wirusowych mutacji gatunkowych – Pilipiuk to świetnie opisał. ). Rewolucja w Rosji… Z jej magicznym czerwonym pentagramem i słynnym jasnowidzem Stalina Wolfem Messingiem. I lamarckistą Łysenką, co to , wsparty przez Politbiuro KPZR udowadniał, że gruszki mogą rosnąć na wierzbie jeszcze w latach 60. XX w.! … Ech, Finklo, mało wiesz, kochana, o tych "racjonalnych" nowoczesnych czasach…

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

Nie twierdzę, że lubię Freuda, ani że miał rację w wielu sprawach. Tylko że zmienił świat.

Mutacje wirusowe w wersji Pilipiuka? To jest dopiero bajka. Różnica nawet między podobnymi gatunkami to o wiele więcej genów, niż pomieści wirus. No i skąd miałby się wziąć wirus?

Babska logika rządzi!

Albo tzw genderyzm, jakaś wiara w dowolność kształtowania kulturowego płci… Jakaż to nauka? Bajanie polityczne, niczym u Łysenki… Dzisiejsze czasy , Finklo, też są pełne wiary w bajki:D.

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

Wiary w dowolność kształtowania płci u nikogo nie zaobserwowałam. A nie, czekaj, był jakiś polityk, który twierdził, że to się pigułką zmienia. Ale może polityki nie ruszajmy.

A gdzie napisałam, że współczesny świat nie wierzy w bajki? Tylko że się sporo pozmieniało między XVII wiekiem a IIWŚ.

Babska logika rządzi!

Sporo, fakt. Dziś ludzie wierzą w zupełnie inne bajki :DDD

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

I może zakończmy dyskusję na tym, póki się zgadzamy. ;-)

Babska logika rządzi!

Ok.

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

No, przeczytałem. Całkiem fajna kontynuacja “Reanimatora”. Pomysł na uśmiercenie bohatera w finale wprowadza przyjemne poczucie spełnienia – ale – narrator, który miał na końcu umrzeć, przecież nam opowiada historię, wobec czego to chyba jednak nie jest koniec wędrówki ;) 

 

Lovecraft doczekał się nowego tłumaczenia, ogólnie polecam, czyta się znaacznie lepiej niż to z lat 90. 

I po co to było?

Dziękuję, Syf.ie. :-)

Miło mi, że kontynuacja fajna.

Z umierającym narratorem masz rację. Pewnie rozsądniejszy byłby czas teraźniejszy, ale chciałam trzymać się wyborów HPL.

Chyba mam to nowe tłumaczenie. A przynajmniej wydanie sprzed kilku lat, ale coś mało pomogło i opowiadania do mnie nie trafiają.

Babska logika rządzi!

Cześć!

Podobał mi się pomysł. Nie znałem “Reanimatora…”, więc może nawet bardziej niż innym, bo ten pomysł z żywym trupem nie zdążył mi się “opatrzyć”. Fajnie masz to napisane. Jest określone tempo, nie ma tej typowej dla weirdu “zamuły”.

Fajnie i w sumie bardzo perfidnie, bo ten podział na podrozdziały, które liczą pewnie tak plus minus 4000 znaków dość skutecznie trzyma czytelnika przy tekście. Przeczytasz sobie kawałek, później jeszcze jeden. Zerkniesz na kolejny i… nagle okazuje się, że jesteś już w połowie tekstu i nie warto odkładać reszty na później. ;)

Tempo i pomysł więc fajne, napisane bardzo przystępnie, jeśli chodzi o styl. Jeśli chodzi o czepy, to będzie jeden, bo komentarz bez malkontenctwa się nie liczy. ;-)

Ciężko ten tekst jakoś jednoznacznie zaklasyfikować, bo to taki “horror sympatyczny”. Jasne, humoru nie ma, ale gdzieś tam przewijają się takie przesiąknięte ironią wstawki, które nie pozwalają spojrzeć na tekst w pełni poważnie.

Choćby tutaj:

Dwie wizyty zdrajcy Hermana później

Nie jest to więc opowiadanie w pełni poważne, nie jest też humorystyczne, co na końcu sprawia, że wypada tak trochę letnio. Kiedy czytasz, fajnie lecisz sobie z tekstem. Kiedy po paru dniach wpadasz z komentarzem, to… niewiele z tego tekstu pamiętasz. Słowem, trochę zabrakło mi tu jakiegoś jednoznacznego kierunku, bo ani tekst do końca nie służył temu, żeby się przy nim uśmiechnąć, ani nie dawał też poczucia, że obcuję z czymś poważnym(nie czułem tej atmosfery osobliwości, jaka powinna towarzyszyć bohaterowi bez głowy).

Inna rzecz, że nawet mimo malkontenctwa, z lektury jestem całkiem zadowolony.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzięki, CM. :-)

Myślałam, że zombiaki to temat oklepany, ale akurat nie w tym konkursie.

W “Reanimatorze” narratorem jest asystent Westa, więc perspektywa pozostaje świeża.

Lubię, kiedy teksty są podzielone na niezbyt długie rozdziały. To pozwala na odrobinę oddechu czytelnikowi (dotrę do końca rozdziału i wtedy się napiję / sprawdzę, co w komentarzach / skoczę do łazienki…), a jednocześnie nadaje rytm historii.

Nawet tutaj humor się wdziera i mnie gnębi? Chyba jestem taka zdystansowana, że mieszkam w innej galaktyce i nie potrafię podejść bliżej do bohatera.

Wizyta jako jednostka czasu. Jeśli całymi dniami leżysz sobie samotnie w pokoju, pogrążony we własnych myślach, to te dni będą się zlewać, IMO. Już po trzech nie będziesz pewien, czy to czwartek, czy piątek. Zdrzemnąłeś się na kwadrans i to jeszcze wieczór czy przespałeś kilka godzin i już jest ranek?

Bohater się do swojej “bezcielesności” zdążył przyzwyczaić, więc to dla niego żadna nowość, godna podkreślania i uwagi.

Babska logika rządzi!

Lubię, kiedy teksty są podzielone na niezbyt długie rozdziały.

Nom. Trzeba przyznać, że jest to bardzo przyjazne czytelniczo.

Nawet tutaj humor się wdziera i mnie gnębi? Chyba jestem taka zdystansowana, że mieszkam w innej galaktyce i nie potrafię podejść bliżej do bohatera.

Może nawet nie sam humor, ale jacyś… dalecy krewni. Tego chyba nie da się do końca zwalczyć. W tamtym roku, przy okazji Funtastyki, większość miała przecież problem w drugą stronę. Chcieli humoru, a wciskała się im powaga.

Wizyta jako jednostka czasu.

A to fajny i dobrze pomyślany motyw, ale… jak dołożyć jeszcze tego “zdrajcę” w zdaniu, to brzmi ironicznie i nie chce być inaczej. ;-)

Bohater się do swojej “bezcielesności” zdążył przyzwyczaić, więc to dla niego żadna nowość, godna podkreślania i uwagi.

Może się tam przyzwyczajać, ale jak wpadam w gości do jego historii to ma mnie sobą zainteresować. XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Rodzina humoru zamieszkała w moich tekstach na dobre. I chyba ich nie wygonię – to już ich teren przez zasiedzenie.

Jak można mieć problem w drugą stronę? Człowiek się uśmiecha, patrzy z życzliwością na swoich bohaterów i pisze.

Zdrajca. No, popatrz, próbowałam zasygnalizować uczucia bohatera i wyszło jak zwykle.

Narrator próbował Cię zainteresować tajemnicami. Na epatowanie sobą jest zbyt skromny. ;-)

Babska logika rządzi!

Rodzina humoru zamieszkała w moich tekstach na dobre. I chyba ich nie wygonię – to już ich teren przez zasiedzenie.

Strasznie liczna ta rodzina, bo i u mnie przesiadują bez przerwy. ;)

Jak można mieć problem w drugą stronę? Człowiek się uśmiecha, patrzy z życzliwością na swoich bohaterów i pisze.

Podejrzewam, że to można skierować i w drugą stronę: człowiek się smuci, patrzy z żalem na swoich bohaterów i pisze. ;)

A jednak humor i tak się nam wciska. ;-)

Zdrajca. No, popatrz, próbowałam zasygnalizować uczucia bohatera i wyszło jak zwykle.

Nie no, to sygnalizowanie się właściwie udało, tylko… z bonusem. ;-)

Narrator próbował Cię zainteresować tajemnicami. Na epatowanie sobą jest zbyt skromny. ;-)

A, to kajam się. Skromność – dobra cecha, nie ma co się czepiać. ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Niezliczone pomioty sarkazmu i ironii, uśmiechu i drwiny… ;-)

Podejrzewam, że to można skierować i w drugą stronę: człowiek się smuci, patrzy z żalem na swoich bohaterów i pisze. ;)

No właśnie, że nie. Uśmiechanie się jest fajniejsze i łatwiejsze niż smucenie.

Sygnalizowanie uczuć. Taaa, z takim bonusem, że wychodzi zabawnie, lekko z dystansem. O facecie który przez 20+ lat okłamywał protagonistę i udawał przyjaciela. A do tego był nazistą.

Cecha dobra, tylko z definicji nie rzuca się w oczy. ;-)

Babska logika rządzi!

Niezliczone pomioty sarkazmu i ironii, uśmiechu i drwiny… ;-)

Niezliczone i niezniszczalne. :D

No właśnie, że nie. Uśmiechanie się jest fajniejsze i łatwiejsze niż smucenie.

Tak myślisz? Jak czytam większość tegorocznych opowiadań na portalu to odnoszę wrażenie, że jest dokładnie odwrotnie i tylko mu tu czegoś nie rozumiemy. XD

Sygnalizowanie uczuć. Taaa, z takim bonusem, że wychodzi zabawnie, lekko z dystansem. O facecie który przez 20+ lat okłamywał protagonistę i udawał przyjaciela. A do tego był nazistą.

Cecha dobra, tylko z definicji nie rzuca się w oczy. ;-)

Ale jak przyjemnie się to czyta. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Kurczę, CM, i co ja mam Ci odpisać, skoro się ze wszystkim zgadzam? ;-)

Babska logika rządzi!

Mnie tam się taka odpowiedź bardzo podoba. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

No, wreszcie! A mnie niezupełnie. Taka jakaś bez ikry. ;-)

Babska logika rządzi!

Podobało mi się! Fajnie poprowadziłaś narrację – niespiesznie, akapit po akapicie, przybliżasz czytelnikowi położenie Erica. Wypada docenić dbałość, z jaką wykreowany przez Ciebie bohater zaplanował ucieczkę – zlokalizowanie ciała, ćwiczenie zastałych mięśni, metodyczne wyzwalanie się z pasów… dobrze przemyślane, bardzo wiarygodne – tak, ten przymiotnik mimo wszystko pasuje do tego tekstu :p

No i sam pomysł zaprzęgnięcia re-animacji na usługi III Rzeszy. Mocne. 

Pozdrawiam!

Dzięki, Adamie. :-)

Gdybym walnęła wszystkimi informacjami w jednym pakiecie, wyszłoby słabo…

Wiesz, co mi się przypomniało, to dokładałam do planu. Trochę przy tym sama się gimnastykowałam – jak zrobić, żeby nie miał zastałych mięśni, ale nie zauważył, że jest przykuty? Itepe…

Czymś tam to całe Ahnenerbe się zajmowało… Pomysły zdaje się, że mieli odlotowe.

Babska logika rządzi!

Finklo, nie bierz mi tego za złe, ale wydaje mi się, że przeczytałem fajne opowiadanie przygodowe z domieszką fantastyki i czarnego humoru, ale nie grozy :P 

Napisane bardzo przejrzyście, ucieczka sprawnie rozpisana (choć nie wiem, czy poluzowanie pasów jest możliwe, ale nie wykluczam), końcówka trochę szybko urwała akcję. Najważniejsze, że zaciekawiłaś mnie co do losów Erica, więc nic nie nużyło :)

Dziękuję, Zanaisie. :-)

Ależ dlaczego miałabym brać cokolwiek za złe? Tym bardziej, że sama zdaję sobie sprawę z własnej niezdolności do straszenia. Humor bruździ i tyle. Już dzieci czytające Harry’ego Pottera wiedzą o zaklęciu Riddiculus. ;-)

Eric nie tyle poluzował pasy, co dziurawił je igłą, aż pękły. Dałam mu nadludzką siłę, co będę facetowi żałować.

Babska logika rządzi!

Hmm, oni tam wszyscy w nazistowskich Niemczech byli nie tylko umundurowani, ale poobcinani. Głowa z długimi włosami obok czarnego munduru niewątpliwie wzbudziłaby conajmniej zainteresowanie. A takich włosów to pod czapką raczej ukryć się nie da.

Podobało mi się. Punktu wyjścia nie czytałam, więc powoli sama odkrywałam, co się dzieje. Przerażona się nie poczułam i to na plus, bo przerażenia w portalowych opkach mam już po dziurki w nosie. Zakończenie… Na upartego można by go nazwać optymistycznym, bo w końcu zwiał nazistom i nie dał im nieśmiertelnych żołnierzy ;) Klimacik też niezły. Humoru tu niby nie ma, ale sarkazm jak najbardziej obecny. I dobrze, bo za to lubię Twoje teksty.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzięki, Irko. :-)

Z obcinaniem masz rację, ale skąd biedny Eric mógł o tym wiedzieć? Herman nie upierał się przy takim drobiazgu. A że gestapo tego nie zauważyło, to zwalę na ciemność (jak również, że nie przejęli się brakiem krwi przy “świeżo” odciętej głowie). Jeśli nagle napotykasz trupa, to przejmujesz się jego fryzurą? ;-)

W przerażenie to ja nawet nie celowałam…

Cieszę się, że finał odbierasz jako optymistyczny. Jakoś tak zawsze kibicuję moim bohaterom.

Sarkazm to drugie imię mojej klawiatury. ;-)

Babska logika rządzi!

Jeśli nagle napotykasz trupa, to przejmujesz się jego fryzurą? ;-)

Ja bym się pewnie nie przejęła, ale myślę, że chłopaki to niejednego trupa widzieli i niejednego do tego stanu doprowadzili ;) Ale to czep dla samego czepa ;)

 

Jakoś tak zawsze kibicuję moim bohaterom.

Ja swoim też :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Racja, ci chłopcy mogli się trupem za bardzo nie wzruszać. Pozostaje mi tylko ciemność. :-)

Babska logika rządzi!

Przeczytane, komentarz później. 

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Dzięki, Naz. :-)

W takim razie grzecznie czekam.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka