- Opowiadanie: Verus - Cthulhu spotyka jajecznicę

Cthulhu spotyka jajecznicę

Dzień dobry.

Przedstawiam Wam to, ekhem, plugastwo. Nie za bardzo wiem, co na jego temat powiedzieć, bo nie do końca jestem pewna, co w ogóle o nim myśleć. Urodziło się w mojej głowie jako komedia, skończyło jako... (EDIT: na pewno nie komedia) Poważnie, nie mam pojęcia. Pozostawiam to więc Waszemu osądowi.

Przy tejże okazji, dziękuję  PsychoFishowi za wymyślenie tytułu i zgodę na jego użycie. Jeśli jednak dojdziecie do wniosku, że “Cthulhu spotyka jajecznicę” tu niezbyt pasuje, to pamiętajcie, że wina jest po mojej stronie. Ryba nie widział opowiadania przed publikacją – rzucił tytuł w rozmowie, podczas której wpadłam na pomysł trzonu tej historii. ;)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Cthulhu spotyka jajecznicę

Matkę kiedyś obchodziło, czy jestem zadowolony. Z czasem jednak odpuszczała coraz bardziej. Próbowałem to zrozumieć. Byłem kotwicą, ciężarem trzymającym ją coraz dalej od życia, które mogłaby mieć, gdyby nie ja. Ilu mężczyznom złamałaby serce, ile pieniędzy by zarabiała, jaką karierę zrobiła… Opowiadała mi o tym, chyba zapominając, że z moim umysłem wszystko jest w porządku. Albo ignorując ten fakt. Miałem nadzieję, że chodzi o to pierwsze, że nie próbuje mnie celowo zranić, choć wiedziałem, że to nieprawda.

Tak naprawdę lubiłem, kiedy mówiła, nawet jeśli robiła to po to, aby uświadomić mi, jaką kulą u nogi jestem. Alternatywą było tykanie zegara i dźwięki świata zewnętrznego, którego nie mogłem zobaczyć. Może już nigdy w nim nie będę i nawet po śmierci zostanę w mieszkaniu, klitce w brudnej kamienicy, którą zajmowaliśmy od kiedy pamiętałem.

Tik-tak.

Matka harowała, musiałem to przyznać. A i tak nie było nas stać na nic ponad to, co mieliśmy. Robiła na trzy zmiany, żeby zapewnić mi życie. Nie dobre – na takie nie miałem już szans. Jakiekolwiek. W tym czasie ja, bezużyteczny, potworny, zamknięty w klatce własnego ciała siedziałem i patrzyłem w ścianę. Nie zliczę, ile razy zmoczyłem się na fotelu, bo bez niej nie mogłem nawet pójść do łazienki.

Tik-tak.

Gdy byłem młodszy, dużo gotowała. Śpiewała wtedy jakieś smętne piosenki, potwornie fałszując. Ale wszystko mogłem jej wybaczyć za żeberka w miodzie albo pyszne tosty, z których bokami wylewał się ser. Od jakiegoś czasu jednak mogłem liczyć tylko na jajecznicę rano i drugą, wieczorem. Jajecznicą łatwo było mnie karmić – ledwo musiałem gryźć, więc szło to szybko, dzięki czemu matka mogła zaraz zniknąć. Nie, żeby miała gdzie, ale kiedy kładła się na kanapie z książką, to tak, jakby jej nie było.

Tik-tak.

Noce nie były takie złe. Słyszałem jej oddech, więc wiedziałem, że nie jestem sam. Mogła mnie nienawidzić za to, że zniszczyłem jej życie swoim wypadkiem. Ale jednak tu była, mimo że nie znajdowała swojej winy w tym, że wpadłem pod samochód i straciłem władzę w ciele. To dawało pewne pocieszenie. Pozwalało sądzić, że przeżyję.

Tik-tak.

Sny były gorsze. Nagle otwierała się przede mną przestrzeń, ale wcale nie dawało to ukojenia, lecz wzbudzało tęsknotę. Widywałem jeziora, parki, szkołę, lasy… miejsca, które pamiętałem sprzed wypadku. Z czasu, kiedy byliśmy szczęśliwi, kiedy chodziliśmy na spacery i dużo się śmialiśmy.

A potem wracałem do mieszkania. We śnie wydawało się nawet mniejsze. Matki nigdy w nim nie było. Na stole stała jajecznica – tak znienawidzona przeze mnie jajecznica – a ja byłem głodny. Dałbym wszystko, aby móc ją zjeść, ale mijały godziny i nikt nie przychodził, aby mi pomóc.

Budziłbym się siadając gwałtownie i z krzykiem, gdybym tylko mógł. Od dawna jednak się nie odzywałem, bo matkę to denerwowało. Moje ciało z kolei było bezużytecznym kawałkiem mięsa. Nie dano nam przeżyć żadnej ze wzruszających scen, kiedy rodzic przytula i pociesza dziecko wybudzone z koszmaru. Ze swoimi lękami byłem całkiem sam.

Tik-tak.

Każdego ranka matka niosła mnie do łazienki, sadzała na toalecie. Potem mnie myła, ubierała i odkładała na krzesło w pokoju. Sama się ogarniała. Później, w wysokim czarnym koku, przetykanym już paskami siwizny i czystych, choć pomiętych ciuchach, stała przy kuchence, złorzecząc na to, że w niczym jej nie pomagam. Smażyła, oczywiście, jajecznicę. Wpychała mi ją do ust, mówiąc, że nasze życie nie ma sensu. A potem wychodziła.

Liczyłem przejeżdżające samochody. Próbowałem wyobrażać sobie ludzi chodzących po ulicy. Ich sprawy, zawody, charaktery, wygląd. Przecież istniał ktoś poza naszą dwójką, mimo że nie widziałem takiego człowieka od lat, prawda?

Czasami do nich mówiłem. Moim ulubionym był wysoki facet w meloniku, elegancko ubrany, który wchodził do mieszkania sprężystym krokiem, rozpinał marynarkę i bez skrupułów siadał naprzeciwko mnie, na łóżku matki. Przecierał monokl, nie spuszczając ze mnie wzroku. Był bankierem albo właścicielem domu aukcyjnego, a także moim ojcem. Zostawił mnie z matką, bo z nim groziłoby mi niebezpieczeństwo. Musieliśmy więc udawać, że nie mamy ze sobą nic wspólnego. Opowiadał mi o willi i bogactwach, które otrzymam pewnego dnia. O wspaniałych potrawach na każdy posiłek, o podróżach, w które mnie zabierze, mimo niepełnosprawności.

Ja jemu snułem wszystkie wymyślone przez te lata historie. O myszach z kuchni, które bałaganią, gdy nie patrzymy, bo nie podoba im się, że tu mieszkamy. O dziewczynie, która biegnie ulicą na dole i słyszy moje nucenie, więc przychodzi, żeby się przywitać. O kominiarzu, który jest za gruby, więc utyka w kominie.

W końcu jednak, ojciec znikał. Byłem wdzięczny za tę chwilę rozmowy. Wiedziałem, że nie jest prawdziwy. Przynajmniej zazwyczaj to wiedziałem.  

Tik-tak.

Matka wraca później niż zwykle. Fotel pode mną jest mokry, a ona rzuca się na łóżko. Coś jest inaczej. Ten zapach… Alkohol. Dużo alkoholu.

Po chwili unosi się na łokciu i patrzy na mnie przeciągle. Czas zwalnia, gdy wstaje, podchodzi, opiera dłonie na podłokietnikach fotela i spluwa mi w twarz.

– Po co się staram, skoro ty tylko tu siedzisz i nic? Zero wdzięczności, zero pomocy! Dlaczego zależy mi na twojej opinii? Przecież i tak nic nie możesz. Nie mam trzech etatów, tylko jeden. A po pracy chodzę po mieście i się bawię, bo nie mogę znieść tego, że muszę tu wrócić. I w imię czego? – mówi. Widzę każdą zmarszczkę na jej twarzy i zastanawiam się, czy zawsze było ich tak dużo. Oczy ma przekrwione, źrenice ogromne i czarne jak odpływ umywalki. Z ust bucha jej zapach alkoholu.

Świat dawno nie wydawał mi się tak żywy, tak rzeczywisty. W środku czuję kłucie – może to serce? Może mnie zraniła? Nie wiem. I nie odpowiadam.

Patrzy na mnie jeszcze przez chwilę i idzie do kuchenki. Czuję zapach jajecznicy. I pierwszy raz od wieków nie wydaje mi się to czymś strasznym.

Tik-tak.

Nakarmiła mnie, ale nie położyła do łóżka ani nie umyła. Smród moczu mieszał się ze smrodem alkoholu i jej rzygów. Chrapała. Gdyby nie to, przypominałaby trupa. Menela, który zazwyczaj zasypiał w rynsztoku, a dziś, cudem zapewne, trafił do łóżka.

Tym razem modliłem się o sen.

Tik-tak.

Coś jest inaczej. Mieszkanie nie jest mniejsze niż w rzeczywistości. Nie zaliczam najpierw wycieczki po parkach. Jajecznica stoi na moich kolanach, nie na stole. W dłoń mam też wepchnięty widelec, mimo że nie mogę zacisnąć na nim palców. Jakbym zasnął i obudził się po nocy bez snów, kiedy matka już wyszła.

Że tak było w istocie, przekonałem się, gdy wróciła wieczorem. Otworzyła wszystkie okna, uwalniając nas od smrodu. Umyła mnie, a potem wepchnęła mi do ust zimną jajecznicę, która cały dzień stała tak blisko – poza moim zasięgiem. Dalej byłem głodny, ale ona nie dała mi nic więcej. Umyła fotel, zanim położyła mnie do łóżka.

Tik-tak. 

Boję się zasnąć. Co jeśli się obudzę, a jej znów nie będzie? Staram się bronić przed osunięciem się w ciemność, śledzę dźwięki, które docierają do moich uszu. Na zewnątrz szczeka pies. Matka chrapie. Gdzieś lata mucha. Na ulicy rozmawiają ludzie, nie rozróżniam słów. W mieszkaniu nad nami ktoś chodzi. Czy gdybym, pozostawiony sam sobie, krzyczał o pomoc to by coś zmieniło?

Księżyc zniża się już do horyzontu, kiedy do moich uszu dochodzi skwierczenie, jakby ktoś coś smażył. Obracam głowę. Przy kuchennym blacie jest pusto i ciemno. Nie widzę płomienia. Matka dalej pochrapuje cicho. Zastanawiam się, czy się odezwać, aby ją obudzić. Mam wrażenie, że robi mi się zimno, ale tak naprawdę wcale tego nie czuję – moje ciało jest tak wyłączone, jak zawsze. Zignorowałbym dźwięki z kuchni, gdybym mógł. Hipnotyzują mnie jednak i patrzę w tamtą stronę aż do rana, niemal nie mrugając.

Tik-tak.

Udało mi się. Nie zasnąłem. Matka przenosi mnie na fotel i znowu karmi tym paskudztwem. Dziwi mnie jedynie to, że drugą porcję zostawia na stole. Przechodzi mnie nieprzyjemny dreszcz, gdy obraz za bardzo zaczyna przypominać sen. Chcę poprosić, żeby to przesunęła, zabrała, cokolwiek, ale zanim decyduję się wydobyć głos, ona wychodzi.

Zostaliśmy sami. Jajecznica, ja i mucha latająca gdzieś z drugiej strony pokoju. Świat od poprzedniego wieczoru znowu jest zbyt wyrazisty. Zbyt? Nie. Jest taki jak dawniej, jak przed wypadkiem. Aby oderwać swoje myśli od cholernego talerza na blacie, próbuję znaleźć dla tego stanu określenie. Nie wiem, ile czasu mija, zanim na nie wpadam.

To, co dzieje się dookoła, przydarza się mnie.

Od dawna nie miałem takiego wrażenia, usiłowałem patrzyć na siebie z boku. I nagle, w jednej chwili, dostrzegam chude ręce i patykowate palce. Nogi w zbyt szerokich spodniach. Na jednej z nich jest paskudna blizna, widuję ją podczas kąpieli. Moje ciało. Paskudne i niesprawne, ale moje. Delektuję się tą myślą.

Tik-tak.

Kiedy zapada ciemność, nie mogę oderwać oczu od jajecznicy. Jestem głodny, potwornie głodny. Skupiam się na tym na tyle, że z pewnością, gdybym był wystarczająco sprawny, podskoczyłbym na dźwięk pukania do drzwi.

– Proszę – mówię drżącym głosem, gdy stukanie się ponawia. Drzwi uchylają się powoli. Siedzę sztywniejszy niż zwykle, o ile to w ogóle możliwe.

Rozluźniam się, kiedy wchodzi ojciec. Melonik, laska, idealnie ułożony garnitur – z nikim bym go nie pomylił, choć zazwyczaj nie pukał. Siada na łóżku matki, jakby nic się nie zmieniło.

– Dlaczego nie otworzyłeś sobie bez zaproszenia?

– Gdyby wcześniej twoja matka bywała w mieszkaniu podczas naszych rozmów, czekałbym na jej, jako gospodyni, pozwolenie, aby wejść. Teraz ty jesteś panem domu, więc kultura wymagała pukania – odpowiada, lustrując mnie wzrokiem.

– Jak to: jestem panem domu? – Nie wiem, czy podoba mi się to określenie. Obracam je na języku. Smakuje jak jajecznica.

– Twoja matka odeszła, chłopcze. Już nie wróci.

Wiem, że mówi prawdę. Nie wiem jednak, dokąd poszła, jak mam bez niej przeżyć.

– Co teraz? – formułuję swoje wątpliwości w jedno pytanie.

– Musisz nauczyć się sam istnieć.

– Nie mogę się ruszać.

– Dlatego jesteś krok bliżej do zwycięstwa.

Wstaje i wychodzi. Zamurowuje mnie za bardzo, aby o coś spytać.

Tik-tak.

Straciłem kontakt z rzeczywistością. Z głodu? Ze stresu? Ze strachu? Nie wiem. Ale jajecznica dalej tam była, stała na blacie i przysiągłbym – patrzyła na mnie. Zastanawiałem się, czy zacząć krzyczeć. Miałem nadzieję, że matka jednak wróci, że ojciec kłamał.

Próbowałem ustalić, czy brakuje jakichś jej rzeczy, czy coś ze sobą zabrała.

Łóżko? Niepościelone jak zawsze. Ale wśród zwałów kołdry nie było rozciągniętej koszuli nocnej, której chyba nigdy nie prała.  

Buty? Zazwyczaj tuż przy drzwiach, które były już niemal poza moim polem widzenia stały trzy pary. Teraz… Zamrugałem kilka razy, próbując zobaczyć wyraźniej skryty w cieniu kąt. Nie, rzeczywiście. Nie było tam obcasów, kozaków ani sportowych butów. Tylko moje, od wieków nieużywane klapki.

Walizka? Poczyniłem gigantyczny wysiłek, aby odwrócić głowę w drugą stronę. Nie, brudnoszarej torby też nie było na miejscu.

Wyglądało jednak na to, że rzeczywiście mnie zostawiła.

Tik-tak.

Jajecznica mnie obserwuje. Teraz jestem pewien. Śledzi każdy mój ruch. Skupiam się na ostatnich słowach ojca. Jestem uszkodzony, jak on może mówić, że to krok bliżej do zwycięstwa?

Rwałbym sobie włosy z głowy, gdybym mógł. Chyba odchodzę od zmysłów, ale mam pewność, że nie zwariowałem, gdy słyszę głos:

– Jesteś krok bliżej, właśnie dlatego, że jesteś częściowo zepsuty. W środku masz jajecznicę. Twoje wnętrzności to nic więcej.

Nie rozumiem tych słów. Nie wiem też jeszcze, że niedługo pojmę, co znaczą.

Tik-tak.

Im dłużej matki nie ma, tym świat jest bardziej realny. Straciłem rachubę. Mogły minąć dwa dni, mógł tydzień. W mieszkaniu powinno śmierdzieć moczem – czuję, że jestem mokry – ale unosi się tu tylko zapach smażonych jajek.

– Chłopcze, jeśli mnie zjesz, wszystko się dopełni.

Ten głos chyba wyrwał mnie ze snu. Pierwszy raz nie pamiętam nocnej mary. A może wcale nie spałem? Może już nie potrzebuję? Ale jeśli tak… czy jestem martwy?

– Nie jesteś.

Tym razem mam pewność – słowa dobiegają ze stojącego przede mną talerza. Gapię się na niego z otwartymi ustami, jakbym mógł zjeść go wzrokiem. Dochodzi do mnie, jak bardzo jestem głodny.

– Proszę, pozwól mi się zjeść – mówię. Język mam suchy jak pustynia. Nie wiem, dlaczego. Przecież jajecznica, nawet taka posiadająca głos, nie wleci mi w usta.

– Jeszcze nie pora.

Tik-tak.

– Błagam, błagam, pozwól mi się zjeść – łkam. Minęło… dużo czasu. Skręca mnie z głodu. Czuję się słaby, słabszy niż kiedykolwiek.

– Jeszcze trochę. Twoje cierpienie zostanie nagrodzone. Zostaniesz prorokiem, pierwszym męczennikiem religii, która właśnie powraca.

– Nie chcę… potrzebuję jedzenia – powtarzam.

Chcę krzyczeć, ale mam wrażenie, że jestem zbyt słaby. Muszę zbierać siły. Kroki piętro wyżej to moja jedyna szansa.

Tik-tak.

Nadszedł czas. Nabieram głęboko powietrza i już-już mam wrzasnąć, kiedy drzwi gwałtownie się otwierają i wpada ojciec. Dopada do mnie i zatyka mi usta dłonią. Jestem tak zaskoczony tym, że może mnie dotknąć, że nawet nie próbuję go ugryźć.

– Jak? – pytam, gdy zabiera rękę, pewny, że już nie będę próbował wzywać pomocy.

– To Ona czyni mnie bardziej materialnym. To dlatego, że już prawie jesteś jej częścią, więc twoje wyobrażenia stają się prawdą. Dlatego też nie możesz krzyczeć. Już nigdy się nie zjednoczycie, jeśli to zrobisz.

Tik-tak.

– Będą budować ołtarze, czcić kury i modlić się do patelni.

Mija dłuższa chwila, zanim dociera do mnie, że to mój głos wypowiada te słowa. Ojca już nie ma. Posiedział tylko chwilę. Żadna różnica, i tak kontemplowaliśmy Jajecznicę. Teraz już wiem, już rozumiem.

Jestem bliżej, bo już jestem częściowo zepsuty.

Moje wnętrze bardziej przypomina chaos niż ludzki organizm.

Przywodzi na myśl raczej Jajecznicę.

Dlatego wybrała mnie na proroka.

Delektuję się Jej widokiem, dopóki mogę. Kiedy się połączymy, nic już nie będzie takie samo.

Tik-tak.

Patrzę na swoje ręce. Palce gniją powoli, od koniuszków. Jestem martwy, ale wciąż uwięziony, bo niewystarczająco do niej podobny.

Modlę się więc. Nie wiem, skąd znam ten język. Mam świadomość, że jest stary, starszy niż Ziemia, niż gwiazdy, niż sam Wszechświat. Został zapomniany wraz ze śmiercią ostatniego z wyznawców.

Jednak Ona nigdy się nie poddała. Małymi kroczkami karmiła ludzi częściami siebie. Na swój obraz i podobieństwo chciał stworzyć ludzi fałszywy bóg, a Ona uznała to za drogę do powrócenia w chwale.

– Rralle’h garlla’h, pnhurli’i – szepczę raz po raz. Zabierz mnie do siebie, matko.

Tik-tak.

Czuję, kiedy postanawia wysłuchać moich modłów. Nagle mogę ruszyć rękoma i nogami. Nadgniłe członki bolą, pierwszy raz od lat naprawdę bolą. Próbuję wstać, bardzo niepewnie. Wtedy rozlega się pukanie. Zapraszam ojca do środka. On pomaga mi podnieść się. Pomaga – nie musi mnie nieść! Jestem w stanie stać, choć czuję słabość. Chwiejnie podchodzę do stołu i łapię leżący na nim widelec. Klękam przed Nią i nabieram kęs. Przed włożeniem go sobie do ust ostatni raz wymawiam słowa modlitwy:

– Rrelleahe’h garlla’h, pnhurli’i.

Idę do ciebie, matko.

Koniec

Komentarze

Tytuł robi robotę :D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Cześć, Verus! Po tytule spodziewałam się jakiegoś pastiszu, a tu takie zaskoczenie! Mocny tekst z motywem, który jeśli nie ogra się go dobrze, ciągnie trochę szantażem emocjonalnym. Tobie naprawdę się udało, a w dodatku weirdowość jajecznicy i gościa w meloniku strasznie pasuje do narracji z punktu widzenia głównego bohatera.

Pozdrawiam.

Kiedy jajecznica zaczęła mówić, miałem tylko jedno skojarzenie.

 

Mytrix, jak wspomniano w przedmowie, tytuł akurat nie był moim pomysłem. :D Ale też uważam, że jest super.

 

Oidrin, cześć! Dzięki za przeczytanie. Fajnie, że się spodobało. Samym motywem bawiłam się pierwszy raz, więc tym bardziej cieszę się, że jakoś mi to wyszło Twoim zdaniem. :D

 

Japko, mam jedną odpowiedź: XDDDDDDDD Co to jest? Muszę to obejrzeć!

Zostaw ten żyrandol.

To Pizza the Hut, postać ze Spaceballs

– Będą budować ołtarze, czcić kury i modlić się do patelni.

→ this! :O All hail the Jajo!

 

Serio nie wiedziałam czego się spodziewać, ktulaki ostatnio w natarciu i już mi się trochę przejadły, ale mimo to, tytuł był tak absurdalny, że musiałam tu zajrzeć. I się nie zawiodłam, możesz spokojnie podziękować PsychoFishowi za pomysł :P 

 

Przy tak pokręconym tekście, aż mi dziwnie pisać, że się podobało ale no, podobało. Dobrze się czytało, myślę, że długość jest akurat. 

Absolutnie nie nazwałabym tego hmmm komedią ani nic takiego, od początku jest bardzo nieswojo, czuć grozę i gęstą, o, albo trzymając się motywu przewodniego powiem: rozbełtaną atmosferę. 

Motyw niepełnosprawności i uwięzienia we własnym ciele jest straszny i dołujący, postać matki smutna i naprawdę świetnie oddałaś tę jej rezygnację, beznadzieję i w końcu ucieczkę (choćby takimi zdaniami jak “chyba nigdy nie prała koszuli nocnej” itd – dzięki temu widać, w jakim stanie jest ta kobieta). 

Postać ojca skojarzyła mi się luźno z dziwacznym, trochę przypominającym naćpany sen, opowiadaniem Sylwii Chutnik z antologii “Inne Światy”. Czytałaś może? :)

No i kult Jajecznicy… odjazd mocno pokręcony, ale imo wyszło z tego coś ciekawego. Nadanie biednemu, niestety przegranemu dla “zwykłego” świata bohaterowi ważnej roli, mesjasza, proroka czy cokolwiek to by miało być, jest w pewien sposób pocieszające. Nawet jeśli koniec to tylko metafora śmierci. 

 

Generalnie – bardzo oryginalne opowiadanie :) Klikam!

Cześć Verus ;)

Fajne zobrazowanie pierwszej sceny. Mam przed oczami tekstową matkę robiącą wyrzuty. Nastąpiło dobre budowanie klimatu. A potem w sumie było tylko lepiej. :P

Podoba mi się samo techniczne wykonanie. Bardzo trafiły do mnie trudności, z którymi musiała się mierzyć matka i jej syn. Bardzo się wczułem szczerze mówiąc, oczyma wyobraźni widziałem szczegóły i widziałem ile wszystkiego kosztowała ta opieka i trud. Na plus w sumie też jest udawana postać ojca. Niewiele o nim wiadomo, ale w sumie wpasowuje się w to całość, więcej nie trzeba.

I jajecznica. Myślałem, że to będzie pozytywny absurd, ale okazało się inaczej. Wydawało mi się, że tytułowa jajecznica, jak już zagości i jej znaczenie będzie znane, spowoduje raczej mój uśmiech, ale to nie nastąpiło. Znaczy tak, w jakiś sposób jest absurdalna, ale co tutaj jest super – mnie osobiście nie wybiła z mrocznego klimatu opowiadania.

W sumie wciągnąłem się tak bardzo, że nie zarejestrowałem jakichś zgrzytów.

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie! No i ode mnie będzie klik do biblioteki.

PS. No i konkurs na pewno wygrałaś tytułem. :D

Betowanie to sztuka konstruktywnego zrzędzenia na wszystko.

Hmmm. To naprawdę jest komedia? Nie powiedziałabym…

Tekst do mnie słabo trafił. Opieka sprowadzająca się do karmienia jest okrutna. Przy takim monotonnym żywieniu da się przeżyć?

Narodziny kultu jajecznicy to ciekawy pomysł i wątek, ale dużo o tym nie ma. A same rytuały mogłyby być całkiem śmieszne, żeby nie napisać “jajcarskie”.

Babska logika rządzi!

Cześć! :)

Może, gwoli wyjaśnienia, nie było moją intencją zasugerować, że to jest komedia, a tylko że tym miało być w pierwszym zamyśle. Ostatecznie jednak absolutnie tejże nie przypomina.

 

Koimeodo, Innych światów jeszcze nie czytałam, ale czekają na mnie cierpliwie na półce i biorąc długość mojej czytelniczej kolejki, jeszcze chwilę może to potrwać. :D Cieszę się, że zajrzałaś i że przypadło Ci do gustu.

 

Sagitt, zastanawiałam się, czy ta jajecznica będzie psuła albo zaburzała mroczną atmosferę i czy nie zepsuje to całokształtu. Dobrze mi słyszeć, że jednak w jakiś sposób, pomimo absurdu, udało się ją tu dobrze wpasować.

 

Finklo, tak jak wspomniałam: komedia to nie jest. Przy takim monotonnym żywieniu, kiedy nie musisz się poruszać pewnie da się przeżyć dość długo, co widzimy głównie w dramatach rozgrywających się w prawdziwym życiu.

Właśnie przez to, co mówisz o narodzinach kultu jajecznicy, sądziłam, że ten tekst powinien być bardziej zabawny. Ale kiedy już usiadłam do pisania, odkryłam, że wcale taki nie wychodzi i uznałam, że warto poeksperymentować z mieszaniem śmiesznych i poważnych motywów.

 

Wszystkim, bez względu na to, czy tekst się podobał, czy nie, bardzo dziękuję za przeczytanie i opinię. :D

Zostaw ten żyrandol.

A witaminy? W jajkach jest ich sporo, ale chyba jednak nie komplet…

Babska logika rządzi!

Jak dla mnie patrząc do czego zmierza to opowiadanie, to taka trochę tragikomedia. ;)

Z jednej strony mamy bohatera, który cierpi, nie ma szansy na lepsze życie, a wręcz jego istnienie zbliża się nieuchronnie ku końcowi. Łatwo się domyślić zakończenia, ale kto by się spodziewał, że taka jest geneza Cthulhu. ;p

Tytuł zdecydowanie robi robotę.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Koimeodo, Innych światów jeszcze nie czytałam, ale czekają na mnie cierpliwie na półce i biorąc długość mojej czytelniczej kolejki, jeszcze chwilę może to potrwać. :D Cieszę się, że zajrzałaś i że przypadło Ci do gustu.

→ polecam serdecznie :) akurat odwołałam się do najkrótszego i wcale nie najlepszego opowiadania z antologii, ale tak mi motyw pana z melonikiem siadł ;) Nie bój się długości, połowa z tego to jest Dukaj :D (notabene doskonały). Kańtoch jest świetna i otwierający zbiór Małecki. 

Interesujące. Przedstawienie życia bohatera wydaje się bardzo prawdziwe, jest sugestywne i przygnębia (powinno, jak sądzę). Ciekawa sprawa z tą jajecznicą, przyznam. Zastanawiam się, czy w świecie przedstawionym faktycznie takie rzeczy się dzieją, czy to tylko majaczenia głównego bohatera. Wszak słowa ostatniej modlitwy brzmią tak, że równie dobrze może to być odgłos krztuszenia się jedzeniem. Największe brawa jednak właśnie za ten opis zmieniającej się codzienności sparaliżowanego człowieka.

Finklo, ano, na pewno nie komplet. Więc żyć zdrowo, bezproblemowo się nie da. Ale bohater też do najzdrowszych nie należy. Na pewno jakiś czas da się w ten sposób żyć.

 

Morganit, dzięki za wizytę i opinię. Podoba mi się interpretacja, że to jajecznica jest genezą Cthulhu. :D Jak wszyscy dalej będą tak chwalić tytuł, będę musiała postawić Rybie wódkę za wymyślenie go. :p

 

Koimeoda, usiądę do tego na pewno, ale kiedy – nie jestem w stanie powiedzieć. :D

 

Cześć, Filip. To rozmycie i niepewność, czy wydarzenia są prawdą, czy wyobrażeniem też było moim celem, cieszę się więc, że wątpliwość w tym względzie się pojawia. Mogę powiedzieć, jak ja to sobie wyobrażam, ale nie wiem, czy ta łopatologia nie zepsuje wrażenia z lektury. Dzięki za opinię!

Zostaw ten żyrandol.

Nie, nie, proszę zostawić niedopowiedzenie. ;) To w żadnym wypadku nie miał być zarzut do opowiadania. ;)

Mieszanie śmieszności i powagi rzadko swychodzi tekstowi na plus, tak mi się wydaje. Ale Ty tutaj tych elementów raczej nie mieszasz, bo tu raczej jest tragedia, od początku zmierzająca do zgubnego finału. Nie schodzisz z raz obranej ścieżki, a sprawy mają się tylko coraz gorzej. Co prawda jest jakaś obietnica dla bohatera, w nowo rodzącym się kulcie, ale pod tą skorupką prawdopodobnie chowa się zbuk.

Przez tekst płyniemy gładko, bez potknięć językowych. Trochę szwankuje realizm, bo tam chyba powinny pojawiać się, babrzące się odleżyny, odparzenia i inne dolegliwości. Dodatkowo jaki sens sadzać kogoś na toalecie, gdy nie czuje on nic od szyi w dół, przecież się nie załatwi w ten sposób.

Ale przymykając na to oko, lub po prostu nie drążąc tematu co i jak, to motyw rezygnacji bohatera, przemiany pod wpływem życia będącego gniciem są całkiem strawne.

Chyba tyle, czyta się szybko i dobrze.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Filip, a więc zamilknę na wieki. ;)

 

Cześć Mytrix! Co do realizmu w tekście… fakt, momentami może nieco szwankuje. Ale akurat odleżyn i odparzeń bohater raczej by nie zauważył ze względu na swój stan. Z całego Twojego komentarza ciężko mi wywnioskować, czy realnie tekst Ci się podobał, czy też był tylko “znośny”, niemniej dziękuję za przeczytanie i opinię. :D 

Zostaw ten żyrandol.

Stawiaj szybko wódkę, bo w tym tempie zażyczy sobie całą skrzynkę. xd

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Verus, żeby rozwiać Twoje wątpliwości, doklikałem bibliotekę ;-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

O, pacz, Mytrix mnie ubiegł! :p

 

Niezły tekst, Verus. Kilka przecinków ci uciekło, ale poza tym dobrze się czytało. :)

 

Morgiana89, z tym “szybko” może być problem, biorąc pod uwagę aktualne warunki pandemiczne. :P

 

Dzięki, Mytrix, rzeczywiście rozwiano. ;D

 

Cześć SaraWinter! Dzięki, że wpadłaś. Niestety, przecinki jakoś mnie nie lubią i cały czas się wymykają, cholery jedne. Ale pracuję nad tym. Może zacznę im grozić jajecznicą, to będą siedzieć na swoich miejscach.

Zostaw ten żyrandol.

Nie wiem, czy tu tytuł więcej pomaga, czy szkodzi. Ale samo opowiadanie z pewnością klimatyczne, mroczne, smutne… Gdzie tu miała być po drodze komedia? Nie wiem. Gdzie absurd z tagów? Też nie bardzo. Jest weird i jest dramat. Bardzo, bardzo wyrazisty dramat. Nawet jeśli historia ma tę jajecznicę w osi centralnej i nawet jeśli na pierwszy rzut oka jest tu ona “dziwna”, to jednak to wszystko elementy pretekstowe wokół opowieści o wypaleniu matki, o pustce dziecka. W sumie nawet finał można tu interpretować dwojako – jako gdzieś tam pojawienie się tych prastarych sił, ale też jako majaki w trakcie umierania z pragnienia i głodu (chociaż przeciw temu drugiemu przeczyłby brak jakichkolwiek objawów odwodnieniowych… tylko czy one tu są potrzebne, skoro to nie jest tekst nastawiony na realizm?).

No, mimo prostoty uderza. Trochę za długie, jak na zawartą treść, ale co do reszty… No, uderza.

 

Nooo… Niepoważny tytuł, przyciągający wzrok i robiący nadzieję na jakiś smiechowy absurdeu (bo taka też była nasza rozmowa) i całkiem mroczny, osuwający się ku mało szczęśliwemu, acz przewrotnemu zakończeniu tekst. Ciekawy kontrast.

Z rzeczy ogólnych, to Mytrix o opiece nad sprawaliżowanym delikwentem już wypunktował. Ale pal to sześć, przede wszystkim dobrze rozegrane w objętości, klimat, postac matki konekwentnie zmierzająca do odejścia, unieruchomiona perspektywa protagonisty-narratora i ta niepokojąca jajecznica. Konstrukcyjnie tez fajnie, rośnie sobie to napięcie, zniknięcie matki i pojawianie się coraz bardziej realnego ojca podbija bębenek, wreszcie kulminacja (zaczynając się od przemówienia przez jajecznicę) rozegrana odpowiednio szybko, nie rozwodniona. Elegancko. Tak, można by gdzieniegdzie skrócić, dokręciś, wycisnąć ze słów nieco więcej, ale to już dopieszczanko na dłuższy czas.

 

Można się czepiać, że klisze – można. Można się czepiać, że sztampa – można. Ale czyta się dobrze, jajecznica jako źródło niepokojącej obęcności nie tonie w zabawnej absurdalności, ale staje się autentycznie portalem do NIEWYPOWIEDZIANEGO ZŁA – i to jest mocny punkt programu, który wszelkie czepiania odsuwa na boczny tor. Makabreska w sumie ci wyszła, z naciskiem na makabrę.

 

Mi się. Naprawdę. Nie zmarnowałaś tytułu ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dobre! Mocne. O Czymś! A to tu nieczęste ostatnio. Dalbym klik, ale mnie ubiegli:). Pozdr. P.

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

Verus, bardzo dobry tekst. Po chwytliwym tytule faktycznie spodziewałam się komedii, później w trakcie czytania, obawiałam się łzawego dramatu, ale wyszła piękna groteska.

Urzekło mnie, jak operujesz absurdem i motywami onirycznymi. Do końca nie wiedziałam, co dzieje się naprawdę, a co tylko w głowie sparaliżowanego chłopca. (A może to wcale nie dziecko, a Cthulhu o wnętrznościach składających się z jajecznicy!? )

Wzięłaś na warsztat trudny temat i świetnie go zrealizowaś. Gratki! :)

Serio stawiaj tę wódkę, bo tytuł zaciekawił i przyciągnął, czyli naprawdę zrobił robotę :D

 

Odnosząc się do przywołanych realizmów i nierealizmów:

1) da się przeżyć na samej jajecznicy, ale co to za życie (pozdrawiam Finklę);

2) z tego, co mi wiadomo (nie zagłębiając się w szczegóły), nawet przy całkowitym paraliżu da się wywołać… Ee, pewne czynności fizjologiczne, że pozwolę sobie na eufemizm, więc wygląda na to, że wspomniane sadzanie na toalecie jednak może mieć sens (pozdrawiam Mytrixa).

Poza tym mnie tam realizmu jakiegoś tu nie brakuje. A i pozdrawiam również resztę Przedmówców (Przedpiśców?), żeby nie było xD

 

To teraz może powiem coś bardziej sensownego (aczkolwiek nie obiecuję).

Doskonale sobie poradziłaś z tym opowiadaniem, mimo tej dość absurdalnej jajecznicy klimat jest odpowiedni i konsekwentnie się go trzymasz. Dobrze sobie radzisz językowo, może gdzieś tam te pojedyncze przecinki faktycznie pouciekały, ale się czepiać nie będę, bo nie była to masowa ucieczka i nie zaburzyła specjalnie odbioru. Długość jak dla mnie też w sam raz. Ogólnie świetnie się czytało.

Na koniec pozdrawiam również Ciebie :D

 

P.S. Fajny awatar, kiedyś próbowałam to rysować (nie wyszło, nie pytaj xD)

Spodziewaj się niespodziewanego

Cześć Verus:-)

ale to dobre było!

W końcu mogę nominować w tym miesiącu do piórka, bo to już dziesiąty a ja nic:-)

Wciągnęłaś mnie od samego początku. Mrocznie, nieszczęśliwie, tragicznie, i nawet jajecznica nie psuje tego klimatu! Wręcz przeciwnie, stanowi kontrast, ale też dopełnia całości relacji, trwania w monotonii, bezsensownej egzystencji. Kurcze, nawet tej matki mi szkoda, nawet jestem w stanie zrozumieć jej postępowanie. 

Świetnie Ci to wyszło, Verus, jestem zachwycona! 

Prosta historia, przedstawiona prosto, jak mi się podoba.

Zakończenie mocne, ale niespieszne.

Tytuł rzeczywiście zapowiada coś z humorem, coś do pośmiania, a dostałam coś zupełnie innego. Lubię jak się mnie tak zwodzi;-)

pozdrawiam

 

Cześć, przeczytałem opko. Jest wierd i jest jajecznica. Mission accomplished. Motyw z niepełnosprawnością trochę kontrowersyjnie wykorzystany, ale z pomysłem, co by nie powiedzieć, wielki plus za pomysł. Z tego co zrozumiałem, to z jednej strony trochę pomieszanie tragedii codzienności kogoś wykluczonego z punktem widzenia bóstwa, które nie umarło lecz śpi. Śpi i śni czekając, aż powróci. Zacny pomysł, wykonanie fajne, przyjemnie się czytało. No i duży plus za brak macek w tekście.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

O kurcze, ale się komentarzy posypało. :D Cześć wszystkim i dzięki za przybycie! Cieszą mnie niezmiernie Wasze komentarze i zawarte w nich pochwały oraz krytyczne uwagi.

 

Wilku, ależ w opisie podkreślam, że komedią to było jedynie na początku i jedynie w mojej głowie – na piśmie absolutnie nią nie jest. Absurdu za to widzę tu całkiem sporo. Niekoniecznie wesołego, raczej mrocznego, jednak absurdu. Małe to ma po prawdzie znaczenie. Jeśli weird pasuje bardziej – niech będzie i weird. Co do zakończenia – mam szczerą nadzieję, że można mieć wątpliwości, czy to prawda, czy majak, bo taki też miałam cel. Cieszę się, że się podobało – na początku, muszę przyznać, miało trochę znaków mniej, ale rozszerzyłam trochę tekst, żeby złapać się na konkursowy limit. Dałoby się go trochę skrócić, ale czy rzeczywiście aż tyle by na tym zyskał – pewna nie jestem. Podczas rozszerzania wpadło mi do głowy całkiem sporo zdań, które moim zdaniem podkręcają klimat.

 

Ryba, ano właśnie przez naszą rozmowę, z której wziął się pomysł i tytuł, sądziłam, że z tekstu wyjdzie mi jeden wielki żart i komedia. W końcu po dialogu o moim śniadaniu, ciężko było się spodziewać powagi. Szczerze mówiąc, zaskoczyłam sama siebie, że tak to wyszło, ale cóż, lubię ten tekst. :P Że tekst da się dopracować – wiem, większość się jakoś da. Może po wszystkim jeszcze wrócę do pracy nad nim i uda mi się poprawić to i owo. A, no i wszyscy tak chwalą ten tytuł, że masz u mnie wódkę, jak już się kiedyś poznamy osobiście. :P

 

Rrybaku, zaszczyconam, że mój twór zasłużył na Twoją uwagę i nawet na klika! :D

 

Cytryno, Cthulhu z wnętrznościami z jajecznicy, mówisz? Podoba mi się ta koncepcja! Fajnie było się pobawić tym pomysłem i groteską, cieszę się więc tym bardziej, że i innym czytanie jej sprawia przyjemność.

 

NaNa, dzięki za uwagi odnośnie realizmu. Jak już zdarzyło mi się wspomnieć, nie pochylałam się nad nim za bardzo, ale też nie chciałam jakąś głupotą go przesadnie zaburzyć, bo bałam się, że zakłócę odbiór tekstu. Fajnie, że udało się to przeskoczyć. Również pozdrawiam! :D

PS – Jednak zapytam! Rysować osobiście nie umiem, więc nie musisz się martwić, że średnio wyszło. Mogę nawet pokazać próbkę moich, ekhem, “dzieł” z zakresu rysowania, jeśli Cię to ośmieli. XD

 

Olciatka, strasznie miło (proszę nie krzyczeć, złożenie tychże słów nieprzypadkowe;) mi to wszystko słyszeć. :D Serio, mam ogromnego banana na twarzy, gdy słyszę, że ludzie się dobrze bawią przy moim tekście.

 

Krar85, ciekawi mnie nazwanie tego wykorzystania kontrowersyjnym, ale po zastanowieniu, mogę się zgodzić. Gdzieś tu jest coś takiego. Ale moim zdaniem teksty powinny być w jakiś sposób kontrowersyjne, przynajmniej raz na jakiś czas. A co do macek… cóż, jajecznica z mackami (albo niepełnosprawny chłopak) to już chyba byłoby za wiele. Nawet mi do głowy nie przyszło, żeby je tu gdzieś wpychać i dobrze, że się zgadzasz, że ich tu nie brakuje. ;)

 

Uff. Jeszcze raz dzięki wszystkim za piękne opinie!

Zostaw ten żyrandol.

Macki, powiadacie… No jajecznica z ośmiornicą taka trochę zbyt ekskluzywna jak na warunki, w których bohaterom żyć przyszło :P Nie-nie-nie, gdzieś tam sobie leży szkic niedokończony i chyba tak na wieki zostanie… Chyba że przez wspominki mi się głowy uczepi i ostatecznie jakiś redraw będzie konieczny, hmm… Nie wiem xD

Spodziewaj się niespodziewanego

A kto mówił o ośmiornicy? Znamy dużo ciekawszych stworów z mackami niż ośmiornice. :D Jeśli kiedyś postanowisz zrobić redraw, chętnie zobaczę – bardzo lubię ten obrazek.

Zostaw ten żyrandol.

Jak to kto mówił, ja mówiłam :P Postaram się zapamiętać na przyszłość, ale niczego nie obiecuję xD

Spodziewaj się niespodziewanego

Mam mieszane uczucia.

Opowiadanie jest bardzo dobrze napisane – pod tym względem nie mogę mu nic zarzucić, czyta się płynnie, narracja jest ładna, dobrze poprowadzona. Były momenty, kiedy fabularnie trochę się ciągnęło, bo jednak dość długo powtarzasz te same czynności, podobne sceny, ale nie było to jakoś bardzo męczące, tekst jest krótki.

Natomiast sam motyw jest jak dla mnie bardziej z Kinga niż Lovecrafta i Cthulhu wraz z jego religią i kultystą wydaje mi się doklejony trochę na siłę – nic we wcześniejszym nastroju go nie zapowiada. Tytuł – sam w sobie dobry – też mi nie do końca pasuje do tego tekstu.

 

Mam też problem na poziomie świata przedstawionego. Nie wiem, kiedy wydarzył sie wypadek, co bohater wie o świecie zewnętrznym, ale tworzysz obraz człowieka zamkniętego w małej klitce, z patologiczną sytuacją, matką, która nie sprawia wrażenia subtelnej intelektualistki, przez zły los jedynie wrzuconej w pracę na kilku etatach. Skąd więc bohater zna takie słowa jak melonik i potrafi je przypasować do konkretnego nakrycia głowy? Jeśli zna je z czasów przed wypadkiem – warto by to zasugerować.

 

Walizka? Poczyniłem gigantyczny wysiłek, aby odwrócić głowę w drugą stronę. Nie, brudnoszarej torby też nie było na miejscu.

Walizka i torba to nie są synonimy.

 

– Błagam, błagam, pozwól mi się zjeść – łkam. Minęło… dużo czasu. Skręca mnie z głodu. Czuję się słaby, słabszy niż kiedykolwiek.

Tu chyba zgubiła się półpauza przed drugą częścią wypowiedzi?

→ – Błagam, błagam, pozwól mi się zjeść – łkam. – Minęło… dużo czasu.

http://altronapoleone.home.blog

Cześć drakaino! :D Cieszę się, że wpadłaś. Sam motyw wyszedł od pomysłu definitywnie Lovecraftowego, dlatego dopychanie na siłę tutaj nie nastąpiło, choć przyznaję, że Kinga też może na myśl przywozić – jak przeczytałam Twoją wypowiedź, od razu przyszło mi do głowy “Cujo”, choć to niekoniecznie bliskie skojarzenie.

 

O świecie zewnętrznym nie wiemy za wiele całkiem celowo. Wiem, że nie wszystkim musi się ten motyw podobać, a jednak w jakiś sposób chciałam, żeby historii nie dało się umiejscowić w konkretnie w czasie. Nie przyszło mi do głowy, że melonik ojca może budzić w tym względzie jakieś wątpliwości. Więc tak, zna je sprzed czasów “przed”. :)

 

Walizka i torba to nie są synonimy.

Prawda to, pomyślę o jakimś ładniejszym zamienniku.

Tu chyba zgubiła się półpauza przed drugą częścią wypowiedzi?

Nie, to miała być część narracji, a nie wypowiedź. Może powinnam dać ją do nowego akapitu, żeby to rozjaśnić?

 

Dziękuję bardzo za przeczytanie i opinię. Fajnie, że warsztatowo przypadło do gustu. Co do skrócenia, pozwolę sobie zacytować swój komentarz wyżej:

na początku, muszę przyznać, miało trochę znaków mniej, ale rozszerzyłam trochę tekst, żeby złapać się na konkursowy limit. Dałoby się go trochę skrócić, ale czy rzeczywiście aż tyle by na tym zyskał – pewna nie jestem. Podczas rozszerzania wpadło mi do głowy całkiem sporo zdań, które moim zdaniem podkręcają klimat.

Zostaw ten żyrandol.

O świecie zewnętrznym nie wiemy za wiele całkiem celowo. Wiem, że nie wszystkim musi się ten motyw podobać, a jednak w jakiś sposób chciałam, żeby historii nie dało się umiejscowić w konkretnie w czasie. Nie przyszło mi do głowy, że melonik ojca może budzić w tym względzie jakieś wątpliwości. Więc tak, zna je sprzed czasów “przed”. :)

Nie mam problemu z nieumiejscowieniem w konkretnym czasie, ale raczej z tym, że w tym, co mówisz w tekście o bohaterze, jego matce i jego życiu, nie ma miejsca na wiedzę taką, jak czym jest akurat melonik. Bo o tych czasach przed wypadkiem po prostu nic nie wiemy i nie mamy powodu, żeby przypuszczać, że to życie wyglądało zasadniczo inaczej niż wygląda teraz – czyli taka egzystencja na granicy patologii społecznej czy wręcz patologia społeczna. Tak oczywiście może być, ale tekst na to nie wskazuje – równie dobrze to mogła być rodzina z marginesu, choć ze sprawnym synem. Może warto by tu coś doprecyzować?

 

http://altronapoleone.home.blog

Dobry wieczór :)

 

Oczywiście, spodziewałem się czegoś zupełnie innego, bo tytuł. I po zestawieniu tegoż tytułu z opowiadaniem, został mi niesmaczek. 

No, ale to jest chyba nieistotne, bo ważniejsze jest jednak opowiadanie. Ono jest naprawdę dobre. Jest w nim coś z przedwiecznego “One” prastarej Metasi, to uczucie duszenia się w pułapce własnego ciała. Brrrr.

Udało Ci się zrobić tu fajną scenografię. Niby tylko szkic, parę maźnięć tu i tam, więcej pytań, niż odpowiedzi, a u czytelnika wyobraźnia na wysokich obrotach.

Bardzo dobrze się to czyta. Jest przytłaczająco, jest dołująco, bawiłem się świetnie.

Gratki, bardzo fajne, spójne, smutne i dziwaczne opowiadanie, które mi trochę posiedzi w głowie. 

Niezły absurd. Zaczynasz od naprawdę ciężkich tematów, by zakończyć… właściwie trudno powiedzieć czym, ale dla mnie to jest absurd właśnie, ubarwiony nutkami czarnego humoru. Chwała Jajecznicy! O ile można tak powiedzieć o tekście, który traktuje o niepełnosprawnym dziecku porzuconym na śmierć przez zmęczoną i rozgoryczoną matkę: sympatyczne, a jednocześnie cholernie smutne.

 

„W końcu jednak[-,] ojciec znikał.”

 

„Muszę zbierać siły. Kroki piętro wyżej to moja jedyna szansa.

Tik-tak.

Nadszedł czas. Nabieram głęboko powietrza i już-już mam wrzasnąć, kiedy drzwi gwałtownie się otwierają i wpada ojciec. Dopada do mnie i zatyka mi usta dłonią.”

 

„Jestem tak zaskoczony tym, że może mnie dotknąć, że nawet nie próbuję go ugryźć.

– Jak? – pytam, gdy zabiera rękę, pewny, że już nie będę próbował wzywać pomocy.

– To Ona czyni mnie bardziej materialnym. To dlatego, że już prawie jesteś jej częścią, więc twoje wyobrażenia stają się prawdą.”

 

„Teraz już wiem, już rozumiem.

Jestem bliżej, bo już jestem częściowo zepsuty.

(…)

Kiedy się połączymy, nic już nie będzie takie samo.”

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Niezłe, zaskakujące. A najbardziej zaskakujący jest chyba tytuł. Podobnie jak większość przedpiśców spodziewałam się czegoś innego. Wyszło Ci to trochę cynicznie, ale wiarygodnie.

Opko chyba bardziej smutne niż straszące. Potwór, który się pod koniec pojawia jest trochę wtórny, bo potworności pojawiają się wcześniej. Chciałoby się powiedzieć, że te potworności czynią ludzie, jednak żal mi nie tylko syna, ale też matki. Nie każdy musi być bohaterem, a ona została sama z problemem.

Klimacik nawet nie tyle niepokojący, co dziwny, absurdalny, smutny właśnie.

Miałaś dobry pomysł i dobrze go zrealizowałaś :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć wszystkim!

Bo o tych czasach przed wypadkiem po prostu nic nie wiemy i nie mamy powodu, żeby przypuszczać, że to życie wyglądało zasadniczo inaczej niż wygląda teraz – czyli taka egzystencja na granicy patologii społecznej czy wręcz patologia społeczna. Tak oczywiście może być, ale tekst na to nie wskazuje – równie dobrze to mogła być rodzina z marginesu, choć ze sprawnym synem. Może warto by tu coś doprecyzować?

Drakaino, oczywiście, masz rację mówiąc, że o świecie zewnętrznym nic nie wiemy i że równie dobrze to może być współczesność. Gdzieś na boku spróbuję sobie te czasy doprecyzować, tak aby tekst wskazywał na konkretny moment, zobaczę jak mi to wyjdzie i jak wpłynie na tekst. Najwyżej po zakończeniu konkursu zedytuję wersję opowiadania również tutaj. :D

 

Łosiot, dziękuję bardzo za odwiedziny, pięknie mi to wszystko słyszeć. Szczególnie uwaga o scenografii mi się bardzo podoba, bo wiem, że mam z tym często problemy podczas pisania.

 

Joseheim, cieszę się, że absurd przypadł Ci do gustu i dzięki za bardziej techniczne uwagi – poprawię, jak tylko będę mieć nieco więcej czasu (ale dwa pierwsze “już” były napisane z rozmysłem;).

 

Irko, dzięki za odwiedziny! Trochę czekałam, aż ktoś powie, że współczuje również matce – jej los wcale nie jest łatwy i prosty, sama widzę ją jako tragicznego bohatera, który mierzy się z czymś, na co nie miał wpływu. Fajnie, że tekst przypadł Ci do gustu!

Zostaw ten żyrandol.

Przeczytane, komentarz później.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Uuuu. Mocny tekst. Jest w tym groza z rodzaju tych niepokojąco paskudnych. Daje się czuć też smutek, niemanifestowany zbyt wieloma słowami, a jednak głęboki i dotkliwy. Tekst na pewno chwyta za serce. Widać grę na emocjach czytelnika np. tym, że głodna osoba cały dzień siedzi z jajecznicą na kolanach, której nie może zjeść i ja tam tę grę uważam za zaletę opowiadania.

Atmosfera zamknięcia i poczucia, że istnieje tylko sparaliżowany główny bohater i matka, też robi robotę. Ulica za oknem jest przecież na wyciągnięcie ręki, bohater słyszy jej dźwięki, a jednak ten świat zewnętrzny jest tak nieosiągalny, jak się tylko da. Tak samo nieosiągalne wydaje się wydobywanie z siebie głosu przez bohatera, który niby może mówić, ale nie chce/coś go blokuje/przepuścił okazję do powiedzenia czegoś, a może naprawdę paraliż uniemożliwia mu wydanie dźwięku, tylko do końca nie zdaje sobie z tego sprawy. Jest w tym coś onirycznego, kojarzącego się z koszmarnymi snami, w których nie możesz krzyknąć.

W zasadzie nie wiadomo, czy to wszystko z tym ojcem i pod koniec dzieje się naprawdę, czy tylko w głowie bohatera, ja bardziej skłaniałabym się ku wersji, że to jest w jego głowie i to po prostu sposób na poradzenie sobie ze śmiercią/odejściem matki, a później z własnym umieraniem. Bohater wie, że matka zniknęła, ale jakby dowiaduje się o tym/uświadamia sobie to razem z czytelnikiem w momencie, gdy wyobraża sobie rozmowę z ojcem i w ten sposób sobie radzi/przyjmuję tę wiadomość. Widać w tym jego psychikę mocno opartą na budowaniu jakichś murów obronnych wokół siebie, żeby chronić się przed sytuacjami, jakich doświadcza.

Podobał mi się styl, poważne i ładne słowa poprzetykane niekiedy takimi mocnymi, nieładnymi, co daje oryginalną kombinację.

Jest tu trochę informacji, które można by było moim zdaniem zostawić w niedopowiedzeniu, np.

Noce nie były takie złe. Słyszałem jej oddech, więc wiedziałem, że nie jestem sam. Mogła mnie nienawidzić za to, że zniszczyłem jej życie swoim wypadkiem. Ale jednak tu była, mimo że nie znajdowała swojej winy w tym, że wpadłem pod samochód i straciłem władzę w ciele. To dawało pewne pocieszenie. Pozwalało sądzić, że przeżyję.

To zdanie nie jest niezbędne, bo już od pierwszych akapitów wiadomo, że bohater nie ma władzy nad ciałem. Mogłaby zostać tylko informacja, że stracił władzę w wyniku wypadku. Sam wypadek samochodowy też nie brzmi jakoś super oryginalnie i nie ma już więcej o nim słowa, przez to wnioskuję, że jego rodzaj nie był ważny, więc można by było powiedzieć tylko sam “wypadek”, skoro i tak to nieważne, jaki. Po co pisać o rzeczach nieważnych dla opowiadania, przemycając utarte motywy? Oczywiście wszystko moje odczucia, nie musisz się zgadzać :)

– Jak to: jestem panem domu? – Nie wiem, czy podoba mi się to określenie. Obracam je na języku. Smakuje jak jajecznica.

– Twoja matka odeszła, chłopcze. Już nie wróci.

Tu wydaje mi się, że zbyt dosłownie powiedziane, widziałabym tu raczej jakąś elipsę czy niedopowiedzenie, ale to tylko mój gust.

źrenice ogromne i czarne jak odpływ umywalki.

A to porównanie dobre!

 

Podsumowując, to było ciekawe, klimatyczne opowiadanie, które na pewno nie pozostawiło u mnie, jako czytelnika, obojętności :)

Naz, dzięki, że wpadłaś i jeszcze raz za organizację konkursu. :D Czekam na komentarz z niecierpliwością!

 

Sonato, też jestem wdzięczna za rozbudowany komentarz i cieszę się, że Ci się podobało, że ruszyło jakieś struny. Z tym wypadkiem samochodowym w sumie się zgadzam, nie trzeba było tego precyzować, to nic nie zmienia. W jakiś sposób podobała mi się jednak wizja tego, że przyczyna wszystkiego, co się dzieje jest tak prozaiczna.

 

Tu wydaje mi się, że zbyt dosłownie powiedziane, widziałabym tu raczej jakąś elipsę czy niedopowiedzenie, ale to tylko mój gust.

W tym akurat fragmencie chciałam postawić mocną kropkę, porządne stwierdzenie bez domysłów. Jakoś tak pasowało mi do klimatu, choć rozumiem, że nie wszystkim może się podobać.

Dziękuję ładnie za opinię. :D

Zostaw ten żyrandol.

Niestety, nie porwało.

Tytuł jest bardzo obiecujący i mam wrażenie, że opowiadanie spodobałoby mi się bardziej, gdyby zagościło w nim, zamiast powtarzających się opisów codzienności bohatera i jego matki, nieco humoru, czarnego jak u Rolanda Topora.

Przyznam jednak, że czytało się jednak nieźle, choć szkoda, że wcześniej wskazane usterki nie zostały jeszcze poprawione. Pewnie i moje uwagi na nic się nie przydadzą.

 

Póź­niej, w wy­so­kim czar­nym koku, prze­ty­ka­nym już pa­ska­mi si­wi­zny i czy­stych, choć po­mię­tych ciu­chach, stała przy ku­chen­ce… ―> Nijak nie mogę sobie imaginować kobiety stojącej w koku

Można mieć jakąś fryzurę, ale nie można być we fryzurze.

Może: Póź­niej, uczesana w wy­so­ki czar­ny kok, prze­ty­ka­ny już pa­ska­mi si­wi­zny i w czy­stych, choć po­mię­tych ciu­chach, stała przy ku­chen­ce

 

wcho­dzi oj­ciec. Me­lo­nik, laska, ide­al­nie uło­żo­ny gar­ni­tur… ―> …wcho­dzi oj­ciec. Me­lo­nik, laska, ide­al­nie leżący gar­ni­tur

Garnitur może być idealnie ułożony np. w walizce, czyli tak, aby nie pogniótł się w czasie podróży, ale nie może być ułożony na kimś.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, że wpadłaś, Reg. Cóż, szkoda, że nie porwało. A poprawki nie zostały wprowadzone, bo regulamin konkursu tego zabraniał, a kiedy jeszcze łapałam się w limit czasowy i po ogłoszeniu wyników zwyczajnie nie miałam czasu, aby spokojnie nad tym usiąść. Zostaną wprowadzone, jak trafi się taki dzień, że po pracy będę jeszcze w stanie myśleć wystarczająco przytomnie, żeby popracować nad tekstem, na którego jakości mi zależy. :D

Zostaw ten żyrandol.

Nowa Fantastyka