- Opowiadanie: Morgiana89 - Czarny kapelusz

Czarny kapelusz

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Czarny kapelusz

Wchodzę po schodach, niosąc ciężkie siatki z zakupami. Drewniane deski skrzypią pod stopami, a oddech przyspiesza. Czuję lekkie zmęczenie, serce bije mi mocniej, a torby wbijają się w dłonie. Czwarte piętro, które zamieszkuję już kilka miesięcy, nadal jest wyzwaniem. Myślę tylko o tym, że najwyższa pora wrócić do łóżka po męczącym dniu.

Gdy docieram na szczyt, krzywię się widząc wielką plamę nieokreślonej brei na schodach i klatce. Mam ochotę krzyczeć ze złości. Wiem, że dłużej nie wytrzymam i mimo wszystko na chwilę opieram torby na ziemi.

– Cholera, niech ich wszystkich trafi szlag – myślę, gdy patrzę na ciemną maź, która sięga prawie do sąsiednich drzwi.

Zauważam ze zdziwieniem, że drzwi są uchylone. Dziwne. Do niedawna myślałam, że nikt tam nie mieszka. Wzruszam ramionami, myśląc, że przywitać się jeszcze będę miała czas, w tym momencie szpara w drzwiach zaciemnia się, jakby ktoś w nich stał. Trwam w oczekiwaniu, ale zamiast nieznajomej sylwetki, drzwi zatrzaskują się z hukiem.

 „Albo i nie” – zauważam, że nowy sąsiad dołączy do kolekcji ciekawych osobistości w mojej kamienicy.

– Niech żyje dobre wychowanie – mruczę pod nosem i zbieram się, by ruszyć do siebie.

Gdyby nie siatki z zakupami zapewne wzruszyłabym ramionami. Mieszkam tu od trzech miesięcy, a nadal nie znam wszystkich, uzmysławiam sobie ten fakt i trochę mi przykro. Znam sąsiadkę Helenkę spod trójki, to ona pierwsza mnie wypatrzyła i wyciągnęła rękę. Samotna kobieta, bezdzietna z wyboru, już trzeciego dnia zaprosiła mnie na kawę i ciasto. Zdawałam sobie sprawę, że teraz, gdy lata młodości niepowrotnie minęły, nigdy się nie przyzna, że samotność zaczęła jej doskwierać. Zwłaszcza po śmierci męża, który zmarł w miarę młodo. Przykre, że nie ułożyła sobie już później życia. Na naszych spotkaniach widzę w jej oczach smutek, który skrzętnie ukrywa.

Helenka była jedyną ciepłą osobą, którą spotykam w tej kamienicy. Większość ludzi nie okazuje mi serca. Na samą myśl o byłym mężu przechodzi mnie nieprzyjemny dreszcz. Upominam się w duchu i odpycham bolesne wspomnienia razów, upokorzeń, krzyku i wyzwisk. Nie ma dnia by te przykre sceny nie wracały. W końcu takie życie trwało latami. Czasem łapię się na tym, że to co teraz mam jest sennym marzeniem. Nie mogąc uwierzyć, że najgorszy koszmar mojego życia dobiegł końca.

Jednak jest minus całej tej sytuacji, czuję się tu niezwykle samotna, zwłaszcza, że od jakiegoś czasu nie mam kontaktu z rodziną. Matka nie potrafi mi wybaczyć odejścia od ukochanego zięcia.

Pierwsze miesiące życia z Darkiem były usłane różami. Dlatego ból tego co mi zrobił, zdaje się być tym dotkliwszy. Zaczęło się niewinnie od kłótni, wrażenia swojego zdania, czy opinii odmiennej od mojego męża. Bez wyraźnego powodu. Najpierw krzyczał, a później bił. Z każdym dniem częściej. Do dziś nie mogę uwierzyć, że udało mi się wyrwać z tego piekła.

– Wszystko się posypało – mówię do siebie szeptem.

Z zamyślenia wyrywa mnie poruszenie na klatce. Hałasy w kiepskiej dzielnicy, a w dodatku w parszywej kamienicy nie są niczym nadzwyczajnym, ale mimo to postanawiam otworzyć w końcu drzwi. Mieszkam dalej w głębi, światło prawie tam nie dochodzi. Nigdy nie lubiłam ciemności, dlatego przechodzi mnie dreszcz. Przez chwilę mam wrażenie, jakby szuranie się nasiliło. Niepewnie odwracam głowę do tyłu, ale półmrok korytarza powoduje lekki niepokój.

„To na pewno tylko myszy” – wmawiam sobie i czym prędzej trzęsącymi się dłońmi, otwieram drzwi mieszkania. Postanawiam jednak na wszelki wypadek wyjrzeć przez wizjer, niedaleko schodów widzę cień człowieka. Człowieka w kapeluszu. Odskakuję od drzwi, by po chwili ostrożnie znów zerknąć przez wizjer. Nic tam nie ma. Może jednak coś mi się przewidziało.

***

Postanawiam, że zajrzę do pani Helenki. Po drodze mijam Leszka Niedzielskiego, nie odzywamy się do siebie. On udaje, albo nie wie, że istnieję. Leszek jest umysłowo chory. Nieraz widziałam jak chodził po klatce godzinami, góra-dół, góra-dół. Dlatego gdy wieczorami po pracy wracam do domu, odgłosy kroków nie przerażają mnie, a przynajmniej nie tak bardzo.

Schodzę po schodach, a one jak zwykle trzeszczą pod moimi stopami, miejscami w drewnie porobiły się przetarcia, które powodują, że łatwo stracić równowagę i tym razem, mimo że wiem, co może się wydarzyć, osuwam się, w ostatniej chwili chwytając poręczy.

Serce bije mi w piersi. Miałam szczęście. Nim się podniosę zauważam Helenkę, która stoi w drzwiach i rozmawia z sąsiadką z drugiego piętra, chyba Ireną, Irminą, Iloną… Ziemnicką… Myślę intensywnie, ale nie mogę sobie przypomnieć, jak ma na imię. Szepczą do siebie i rozglądają się na boki.

Przez chwilę podglądam je z ukrycia, ciekawa jestem, co tym razem wymyśliły. Nie raz zdarzyło mi się poznawać szalone perypetie starszej pani, które często słucham tak zwanym „jednym uchem”.

– Słyszałaś o Baśce Górskiej – mówi moja Helenka. – Musiała z niej być mała dziwka, skoro tak los ją pokarał.

Uśmiech zamiera mi na ustach, gdy słyszę swoje imię.

– Słyszała pani, że dziewczynie się oberwało… A tak ją pani gościła. – Ziemnicka wie jak wbić szpilę, widzę po minie staruszki, że zabolało. – Ciasteczka pani piekła, zapraszała na herbatki, kawki…. Co za wstyd… Takie towarzystwo.

– No wie, pani co? – obrusza się starsza kobieta, że aż jej pokaźnych rozmiarów biust faluje, a na twarzy pojawia się rumieniec oburzenia. – Nie wiedziałam z kim mam do czynienia, myśli pani, że wpuściłabym TAKĄ kobietę do domu?

– Nie poznała się pani na niej? – pyta Ziemnicka.

– A w życiu! – i dodała szeptem: – Dobra z niej aktoreczka…

Reszta do mnie nie dociera, mówią ciszej, jakby czuły, że ktoś może podsłuchiwać. Potok obraźliwych słów płynących z ust mojej, do dziś, ulubionej sąsiadki, rani mnie. Nie mogę uwierzyć w to co mówią, zamieram. Nie potrafię zrozumieć skąd te oskarżenia. Co takiego mnie spotkało? Czy o czymś nie wiedziałam? Mam ochotę wykrzyczeć im to w twarz, ale lata życia w cieniu męża i poniżania odcisnęły we mnie piętno. Poniewierana, gnębiona i niszczona, za nawet nikłe przejawy własnego zdania. Najmniejszy powód potrafił wywołać awanturę, a nie taka odpowiedź, uśmiech lub jego brak – razy, które w ostatnich latach padały częściej niż jesienny deszcz.

W końcu jednak nie wytrzymuję. Prawie nie zauważam, że żegnają się, aż do momentu, gdy Helena znika w mieszkaniu. Krzyczę coś niezrozumiale. Biegnę, biegnę, aby zdążyć…

– Ty, stara babo! Ty! Ty! Jak mogłaś mi to zrobić? Jak? Dlaczego?

Drzwi zamykają się przede mną z hukiem. Walę pięścią w drzwi, a z moich oczu lecą łzy. Popadam w histerię, graniczącą z obłędem. Kobieta ignoruje mnie. Jestem przekonana, że boi się konfrontacji. Mam ochotę tam czekać, aż wychyli się ze swej pieczary. Ale czy to coś da? Samotna pani, która, jak widać zrobi wszystko, by przypodobać się innym. Czuję się zdradzona, wypluta i zgnojona. Z ciężkim sercem rezygnuję i wspinam się na górę. Już chyba nigdy nikomu nie pomogę i nie zaufam.

Oczy pieką mnie od płaczu, głowa pęka, w ustach czuję metaliczny posmak i robi mi się słabo. Dziwny ucisk w klatce sprawia, że ledwo się ruszam. Ściany, sufit i schody wirują. Im dłużej to trwa tym wyraźniej dostrzegam, lub może umysł płata mi figle, wirujące po suficie i ścianach cienie. Uzmysławiam sobie, że były tu już wcześniej. Krążyły nad sąsiadkami.

Znów widzę tę samą ciemną maź niewiadomego pochodzenia. Tym razem czuć smród jeszcze nim dotrę na górę, w środku wiją się robale. Obrzydlistwo. Kałuża rozchodzi się dalej, aż dociera prawie do sąsiednich drzwi. I tym razem pomieszczenie nie jest zamknięte. Mam ochotę zajrzeć do środka, sprawdzić, co tam jest. W ostatniej chwili dochodzi do mnie głos rozsądku. To nie horror, nie czas na zgubną odwagę. Ruszam do siebie. Na karku czuję gęsią skórę. Za ścianą długo słychać jeszcze dziwne odgłosy. Mam złe przeczucia. Całą noc w mieszkaniu palę światło, jakby mogło mnie ochronić.

***

Nachodzą mnie dziwne myśli. Wychodziłam? Nie wychodziłam? Znajduję się na drugim piętrze, poznaje po wytartej piątce na drzwiach najbliższego mieszkania. Czuję się zagubiona i zmęczona. Ostatnie kilka nocy należało do najdziwniejszych w moim życiu, zupełnie oderwanych od rzeczywistości. Odgłosy z korytarza nasilają się, gdy tylko wychylam się z mieszkania. Choć robię to bardzo niechętnie, towarzyszy mi uczucie, że ktoś mnie obserwuje. Czyżby jednak gość w kapeluszu nie był wytworem mojej wyobraźni? Z głowy wypieram wszystkie możliwe zdarzenia, przez co zaczynam wariować.

Klatka schodowa zdaje się cicha, opustoszała, jak nigdy wcześniej, nikogo na niej nie spotykam od pamiętnego dnia, w którym wszczęłam awanturę pod drzwiami Helenki. W jednej chwili zdaje mi się, że jestem na górze, by zaraz znaleźć się na dole… Wrażenie, że mam gdzieś iść i coś zrobić, nie opuszcza mnie. Dzieje się ze mną coś niedobrego.

Postanawiam wrócić do siebie, przez chwilę mam ochotę zapukać do najbliższych drzwi, ale przypominam sobie, że tu mieszkają alkoholicy. Dziwne, u Kali zwykle jest głośno, a impreza nigdy się nie kończy. Policja mimo wielu awantur nic z nimi nie robiła.

Zatopiona w myślach nie zauważam, że pod moimi stopami pojawiają się robale. Czuję coś lepkiego na nodze. Zaczynam skakać w panice i gwałtownie się otrzepywać, jednak to nie pomaga. Mam odruch wymiotny, gdy próbuję je ściągnąć ręką.

– Aaaaa, złaź ze mnie, no złaź. – Płaczę, gdy jeden z robali zaczyna mnie gryźć.

Jest ich coraz więcej, włażą wszędzie, w spodnie, w koszulkę, majtki… Czym prędzej pruję do przodu, mając nadzieję, że coś to pomoże. Krzyczę, to jest silniejsze ode mnie. Przeskakuję po kilka stopni na raz. Robale gryzą mnie i nie rozumiem skąd jest ich tu coraz więcej.

Nie zważając na nic wpadam prawie na czarnego człowieka w kapeluszu. Tym razem nie znika. Jest czarny jak… Brakuje mi określenia by to opisać. Mam wrażenie, że wyrwano go z innej rzeczywistości i rzucono w przestrzeń przede mną. Zamieram. To koniec. Zbliża się. A ja krzyczę jeszcze głośniej, o ile to możliwe.  

***

Budzę się w moim łóżku, jestem w ubraniu. Gwałtownie zrywam się i dyszę, serce bije mi jak szalone. Otrzepuje się, ale moje ciało jest nieskazitelnie czyste. Jak to możliwe? Pamiętam doskonale jak stałam na schodach, a to COŚ wyciągało do mnie swoje, czarne łapska, a moje ciało pokrywała niezliczona ilość robactwa.

– Ja pierdolę – mruczę. – to wszystko jest nienormalne.

Przekleństwa cisną mi się na usta. Czuję się zdezorientowana, zagubiona, cały czas mam wrażenie, że obłażą mnie robale. Czy to sen? Pytania kłębią się w mojej głowie. Czy to możliwe, że mój umysł jest tak szalony, że wymyślił to wszystko? Zamykam oczy, by się uspokoić, ale nie pomaga. W ciemności dostrzegam kształt, który znacznie odcina się od czerni nocy, jest głębszy, ciemniejszy, niczym jedna wielka czarna dziura. Na plecach czuję dreszcze, a to stworzenie znów wyciąga do mnie łapska. Jest coraz bliżej. Otwieram oczy, obraz znika, przez chwilę znów czuję się bezpieczna.

Podnoszę się zbyt gwałtownie, kręci mi się w głowie. Jeśli to wszystko co widziałam jest prawdą, to nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób znów znalazłam się w mieszkaniu.

Z zadumy wyrywa mnie szczęk zamka.

– To tutaj – jacyś ludzie, z właścicielem kamienicy pakują mi się do mieszkania.

– Hej, co robicie? To moje mieszkanie! – krzyczę, lecz właściciel ignoruje mnie i przechodzi obok.

– Mogą się państwo rozejrzeć, cena jest naprawdę okazyjna. Wiadomo, różne rzeczy się zdarzają, ale gwarantuję, że tu na pewno jest bezpiecznie. Jak państwo widzicie, uprzątnęliśmy wszystkie sprzęty po poprzedniej lokatorce, jeśli sobie życzycie mogę coś zabrać, ale wyposażenie mieszkania jest dosyć standardowe.

– Co do…? – pytam zaskoczona, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi.

Oglądają mieszkanie, mijają mnie, jakbym była powietrzem. Coś do siebie mówią, a ja krzyczę, lecz nikt mnie nie słucha. Czyżby właściciel miał dość i chciał mnie wyrzucić? Kiedy ostatni raz sprawdzałam pocztę? Kiedy byłam w pracy? Nie mogłam sobie przypomnieć. Byłam nieobecna, a moje życie kręciło się wokół tego mieszkania, klatki i ostatnich dziwnych zdarzeń. Tak muszą czuć się osoby, które zwariowały. Może ja po prostu czegoś nie dostrzegam?

***

Nie mogę  dłużej czekać, odgłosy z korytarza nie cichły. Uczucie zagubienia, dezorientacji, niezrozumienia nasilały się. Zwariowałam, to było pewne. Czy powinnam sama zadzwonić do psychiatry? Na policję? Szaleństwo otaczało mnie z każdej strony. Na ciele nieustannie czuję dreszcze i boję się, że dalsze czekanie nie przyniesie nic dobrego. Podświadomie chcę, jak najszybciej rozwikłać zagadkę tych dziwnych dźwięków i zdarzeń. Im dłużej to trwa, w tym większą panikę wpadam. Teraz cienie znikają w chwili, gdy na nie spojrzę. Czają się gdzieś w kątach, dostrzegalne jedynie wtedy, gdy próbuję skupić uwagę na czymś innym. Kilka razy zdaje mi się, że to nie cień, a człowiek. Mam ochotę krzyczeć, uciekać. Tylko gdzie?

Panika przybiera na sile, nie mogę oddychać. Duszę się, zamknięta w czterech ścianach. Czas mija i nie daje żadnego ukojenia skołatanym nerwom.

Kilkakrotnie podchodzę do drzwi, skąd dochodzą dziwne dźwięki. Szuranie i mlaskanie, obijających się o siebie robali. Wiem, że tam są, ale boję się spojrzeć przez wizjer. Bo wydaje mi się, że jest tam też coś innego… O wiele głośniejszego, dyszącego, czyhającego na mnie w ciemności. Psychopata? Morderca?

Potrzebuję pomocy. Kilkukrotnie dzwonię do mojej przyjaciółki, ale nie odbiera.

Łzy strachu płyną mi po policzkach, ale zbieram się w sobie i podchodzę do drzwi. Otwieram je. Pod drzwiami roi się kłębowisko robali, wiją się dosłownie metr od wejścia do mieszkania. Mam przemożną ochotę stchórzyć i zamknąć się w własnej dziupli. Choć wiem, że to nie jest żadne rozwiązanie. Dostrzegam otwarte, oświetlone drzwi na końcu korytarza. Na klatce panuje półmrok. Nikogo nie słychać. Od kilku dni oprócz dziwacznych dźwięków w budynku panuje niesamowity spokój. Do tej pory tętniąca życiem kamienica, wręcz momentami uciążliwie hałaśliwa, staję się cicha i jakby niedostępna.

Ruszam w stronę światła, jakkolwiek to brzmi. Strach miesza się w mym umyślą z chęcią rozwiązania zagadki. Mam wrażenie, ze gdy przekroczę próg mieszkania sąsiada, znajdę odpowiedzi. Chciałam wiedzieć, co ten człowiek robi, odkąd się pojawił, wszystko było nie tak. Jakby w odpowiedzi na moje myśli, robale rozsuwają się na boki, dając mi możliwość przejścia. Patrzę na to zdumiona i nie mogę pojąć, dlaczego. Mimo to w końcu ruszam w nadziei, że wszystko będzie dobrze. Dziwne cienie tańczą na ścianach, a ja tym razem czuję spokój. Dochodzę do drzwi i zaglądam do środka. Światło mnie oślepia. Zaczynam krzyczeć.

– Nie! Nie! – wydobywa się z głębi mojej krtani, ale jakby gdzieś w oddali, bo to co się dzieje przekracza moje możliwości pojmowania.

Nie rozumiem, co się dzieje, jakieś obrazy przelatują mi przed oczami. Widzę siebie wleczoną przez mojego byłego, na którego twarzy pojawia się szaleństwo.

– Dziwko! Suko! – dyszy mi do ucha, gdy ja próbuję się wyrwać.

Jestem jakby w dwóch miejscach jednocześnie, wleczona i bita, ale i obserwująca wszystko z boku. Nie potrafię tego pojąć. Szarpiemy się, próbuję krzyczeć, ale  Darek nie puszcza. Z jego rękami nigdy nie miałam szans. Tylko jak on mnie znalazł? Czuję jak brakuje mi tchu, gdy były mnie dusi, „ja” na podłodze próbuję złapać oddech. W końcu padam, prawie że bez życia. Darek mnie popycha, depcze i kopie, dysząc przy tym ciężko. On też się zmęczył. Z moich ust wydobywają się tylko głośne jęki.

– Ty, suko – znów się odzywa, a drobinki śliny bryzgają na moją twarz. – Miałaś być moja. Moja! Rozumiesz? Wszystko spieprzyłaś! Zobacz do czego mnie zmusiłaś! Wszystko to twoja wina! Myślałaś, że uda ci się uciec?

I nie czekając na moją odpowiedź znów zadaje cios. Moje ostatnie chwile, a rozciągają się w nieskończoność, jakby czas w agonii się zatrzymał. Widzę rezygnację malującą się na mojej twarzy, nie mam siły się bronić.

W końcu moje oczy zasnuwa mgła, gdy były mąż wyciąga nóż i zadaje kilkanaście ciosów w moją klatkę piersiową. Usta broczą mi krwią, a z ciała uchodzi życie. Czuję jeszcze jak po nogach leci mi coś ciepłego. Po wszystkim następuję cisza. Cisza, która już nigdy nie mija.

Moje ciało tam jest, ale jakby go nie było. Rany wydają się świeże, a jednocześnie kilkudniowe. Krew płynie z ran, ale jest też już częściowo zaschnięta, a ja nie mogę oderwać oczu od robali, które się w nich wiją. Darka już nie ma, a ja zostaję znów sama. Czas przyśpiesza, ciało staje się pożółkłe, pojawiają się na nim wybroczyny z krwi. Metaliczny posmak zmienia się, teraz już tylko niemiłosierny smród rozkładanego ciała ogarnia moje nozdrza.

Czarne stworzenie w kapeluszu stoi w cieniu pomieszczenia, dopiero je dostrzegam. Przygląda mi się uważnie. Nie widzę jego twarzy, ani choćby rysów odzienia, jakby był kolejnym tylko bardzo ciemnym, ale niezwykle wyraźnym cieniem na ścianie. Czuję lęk. Obezwładniający strach.

– Wiesz już wszystko. To koniec. Czas odejść – mówi czarna postać głębokim, władczym głosem, a ja czuję, że to nieuchronne.

– Dlaczego? – pytam.

Nie dostaję odpowiedzi. Cień wskazuje ręką drzwi po przeciwnej stronie pomieszczenia, które otwierają się i wciągają mnie do środka. Próbuję pochwycić cokolwiek, by zatrzymać, to co ma się wydarzyć. Ale nic tam nie ma. Krzyczę przerażona. Śmierć nadchodzi niespodziewanie. To ostatnie, o czym myślę nim zniknę.

Koniec

Komentarze

Cześć, Morigano! Kolejne opowiadanie z popularnym jakoś w tym konkursie motywem trzeszczących schodów. XD A tak całkiem poważnie, bardzo podoba mi się dawkowanie napięcia i finałowe ujawnienie tego, co spotkało tak naprawdę bohaterkę. Nawiązania są tu mocno połączone z klimatem i nieśpieszną narracją niż z czymś bardziej oczywistym, ale wypada to strasznie fajnie, w stylu klasycznej grozy. Podobało mi się.

Pozdrawiam!

Ach, taki urok horrorowych klimatów. ;)

Dopiero będę nadrabiać konkursowe teksty, to za pewne się przekonam, ile schodów trzeszczy. ;>

Dziękuję za opinię, cieszę się, że przypadło do gustu. Fajnie było móc znów coś tu wrzucić, zwykle kończy się tak, że nie mogę się czasowo obrobić i porzucam niedokończony tekst. Dzięki za klik. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Bardzo interesująca wizja umierania. Nie “całe życie przebiegło mi przed oczami”, a “ostatnie chwile życia przebiegają mi przed oczami z różnych perspektyw i w różnych konfiguracjach”, naprawdę ciekawe. Bohaterka wiarygodna, daje się lubić (i można jej współczuć), były odpowiednio odpychający, pozostałe postaci też takie zwyczajnie autentyczne.

Zapis ogólnie w porządku. Do kilku miejsc ma uwagi, ale się nie upieram:

Drewniane deski skrzypią mi pod stopami, a oddech przyspiesza. Czuję lekkie zmęczenie, serce bije mi mocniej, a torby wbijają się w dłonie.

Być może opuszczenie któregoś zaimka dałoby ładniejszy efekt?

Czwarte piętro, które zamieszkuję już kilka miesięcy, nadal jest wyzwaniem.

A tu z kolei bardziej by mi pasowało: “…już od kilku miesięcy”.

Na samą myśl o byłym mężu przechodzi mnie nieprzyjemny dreszcz. Upominam się w duchu i odpycham nieprzyjemne wspomnienia razów, upokorzeń, krzyku i wyzwisk.

Powtórzenie.

„To na pewno tylko myszy” – wmawiam sobie i czym prędzej trzęsącymi dłońmi, otwieram drzwi mieszkania.

“…trzęsącymi się dłońmi…”, chyba że dłonie czymś potrząsały.

Ireną, Irminą, Iloną…

A tu się uśmiechnąłem, bo problem z imionami zupełnie jak mój. :D

Im dłużej to trwa tym dostrzegam, lub może umysł płata mi figle, wirujące po suficie i ścianach cienie.

Chyba powinno być “…tym wyraźniej (mocniej?) dostrzegam…”.

Nie mogę  dłużej czekać, odgłosy z korytarza potęgowały na sile. Uczucie zagubienia, dezorientacji, niezrozumienia nasilały się.

Nie dosłowne, ale jednak powtórzenie. I “potęgowały na sile” nie brzmi dobrze.

Czuję jak się duszę, gdy były mnie dusi, „ja” na podłodze próbuję złapać oddech.

Może lepiej: “czuję jak zaczyna brakować mi tchu, gdy były mnie dusi”?

 

Zgłaszam do biblioteki, za tą ciekawą wizję umierania.

Uwagi, chyba z tego co kojarzę poprawki można nanieść po ogłoszeniu wyników? Tak dawno nie brałam udziału w konkursie na portalu, że nie pamiętam.

 

Cieszę się, że się podobało. Dzięki za klik. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Hmmm. Nie moja bajka – za dużo obyczajówki. Nie przeczę, że element fantastyczny jest, i to silny, ale mimo wszystko to opowieść o kobiecie prześladowanej przez męża.

Nie bardzo rozumiem, skąd wzięła się ta opinia u sąsiadek. Że jak ją były zamordował, to suka? Nie powinny stanąć po stronie kobiety?

A mnie się wydaje, że regulamin pozwala na poprawianie drobiazgów przez dwa tygodnie od publikacji. Swój w każdym razie poprawiałam.

Babska logika rządzi!

Dzięki za odwiedziny, niespodziewane. ;) I za rozwianie wątpliwości względem poprawek, w takim razie poprawię, jak znajdę chwilę.

Szkoda, że nie przypadło do gustu, ale no cóż wszystkim się nie dogodzi. Może innym razem?

Co do staruszki, to po prostu akurat trafiła na wredną parszywą babę, której poglądy zapewne muszą być bliskie średniowieczu, że jak chłop bije, to ma za co.

 

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Hmm, a czemu właściwie ona została zabita w mieszkaniu obok, a nie w swoim? Czy jej były je wynajął?

Ciekawy pomysł. Zabiegiem ze starą wredną babą wprowadzasz w błąd. Nie spodziewałam się średniowiecza u staruszki, którą bohaterka tak ciepło wspominała. W ogóle podobało mi się, jak przeprowadziłaś Baśkę przez śmierć. To jej zagubienie, robale, światło, które kojarzy się raczej z przejściem na lepszą stronę, u Ciebie staje się wejściem do koszmaru. Tajemnicza, mroczna postać w czarnym kapeluszu, która bynajmniej nie ułatwia zmarłej przejścia. I sama bohaterka do końca broniąca się przed odejściem. Bardzo skutecznie odeszłaś od stereotypów.

Podobało mi się :)

Klik :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Bardziej chodziło o to, że było puste i niezamieszkane, możliwe, że byłemu łatwiej było ją tam zatargać. Taki przynajmniej był zamysł. A jak wyszło, to Wy jako czytelnicy musicie ocenić.

Dzięki, Irko za wizytę i cieszę się, że się spodobało. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Proporcje mocno przechylone w stronę obyczajówki, więc i tekst nie do końca dla mnie. Natomiast, abstrahując od czytelniczych preferencji, akurat taki pomysł, by położyć mocny akcent na obyczajowość wydaje się być ciekawy, bo to jakaś forma poszukania pewnej wariacji na temat weirdu. Zaproponowania czegoś, co nieco odbiegnie od klasycznych elementów dla tego gatunku. I co, przy okazji, będzie się różniło od pozostałych tekstów konkursowych.

Pomysł tak na sam weird, jak i sposób jego wprowadzenia do tekstu też dobrze dopasowany do konwencji. Coś pojawia się niemal znikąd, w miejscu niepozornym, ale bijącym jakimś pesymizmem i beznadzieją. “Coś” jest stonowane, pasuje do obyczajówki – nie ma tu na szczęście nagłego porywania się na wciskanie jakichś stworów od czapy – przy tym pomyśle budziłoby to dysonans.

Tempo bardzo przypadło mi do gustu. Nie ma weirdowego zamulania, przez opowiadanie śmignąłem właściwie nie wiem, kiedy. Niby nic wielkiego, tekst nie jest szczególnie długi, ale też nie przesadzajmy: to nie szort, więc i była jednak szansa, żeby czytelnika solidnie zmęczyć. ;-)

Tak, jak podobał mi się dobór składników, tak samo danie wypadło jednak gorzej. Trochę “przesypało” Ci się jednak tej obyczajówki. Jest jej ciut za dużo i momentami jednak zbyt nachalnie i na siłę próbuje budzić w czytelniku emocje. Weird, który z kolei dostał tu tego miejsca trochę mniej niż potrzebował, potrafi momentami powodować zagubienie. Zachowanie staruszek też wydaje się nieco, bo ja wiem, mylące?

Słowem, tak, jak na poziomie doboru elementów wszystko prezentuje się bardzo fajnie, tak złożony w całość tekst “nie pracuje na pełnych obrotach” – takich, które dadzą pełną satysfakcję czytelniczą. Tu coś zarzęzi, tam coś pochrzęści (piszę o tekście jako całości, nie o jego płynności, bo tu nie mam uwag). Z drugiej strony jednak jakoś tam działa, więc i trudno pisać o dużym rozczarowaniu. ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzięki, CM za odwiedziny, ja chyba nie mam ulubionego klimatu, piszę, jak mi w danym momencie podpasuje. Lub jak mi konkurs rzucony na portal objawi. ;> Choć czytelniczo najbardziej lubię poza fantasy taką no dosyć typową, to właśnie horrorowe klimaty, dlatego ten konkurs bardzo mi pasuje i tak chętnie zaglądam do nowych tekstów, mimo wiecznego niedoczasu, w którym żyję.

Co do tekstu, no to cóż mogę powiedzieć, trochę zagrało, trochę nie. Może następnym razem będzie lepiej. Jakoś nie jestem fanką tłumaczenia własnych zamysłów. Mnie znów wydawało się, że za dużo weirdu spowoduje, że postać przestanie być wiarygodna. Ale no cóż, wyszło jak zwykle…

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Obyczajowo, ale ja lubię obyczajówki :) A poza tym nastrojowo i “horrorowato”, sporo emocji, więc jeśli chodzi o gatunek doskonale trafiłaś w moje gusta. Sama historia też jak i bohaterka też na plus. Dobrze pokazałaś jej zagubienie i narastającą wokół beznadzieję…

Ode mnie biblioteczny kliczek i powodzenia w konkursie :)

Dziękuję, Katiu. Cieszę się, że przypadło do gustu. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Przeczytane, komentarz później.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Tworzysz ciężką atmosferę, która utrzymuje się przez całość opowieści, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że historia jest dość przewidywalna. Jakoś szybko zaczęłam podejrzewać, że bohaterka jest martwa, więc i zakończenie mnie nie uderzyło. Podoba mi się za to scena, która być może powinna uświadomić to jej samej – ta z kupującymi mieszkanie i właścicielem. A stare sąsiadki zirytowały mnie potwornie, ich rozmowa była taka… polska, choć to akurat znaczy, że fajnie udało się ją opisać. Tekst nie zwalił mnie z nóg, ale czytało się przyjemnie. 

Zostaw ten żyrandol.

Dzięki, Verus za odwiedziny i opinię. No cóż mogę powiedzieć, widocznie wyszło zbyt przewidywalnie, cieszę się, że się jednak nie umęczyłaś. ;)

A co do sąsiadek, to znam jedną taką. Także to wcale nie jest przesadzone. Wstrętny babsztyl potrafił o dzieciach w wieku 5/6 lat piać z zachwytu przy nich jakie mądre i grzeczne, a gdy oddaliły się to leciały teksty typu “w życiu nie widziałam brzydszych dzieci, są tak paskudne i głupie…” I to nie jest ściema. Przykre, ale prawdziwe.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Brrr, aż strach słuchać. Skąd ludzie mają w sobie tyle nienawiści?

Zostaw ten żyrandol.

Nie porwało, niestety. Może dlatego, że horror ograniczony do skrzypiących schodów, wijących się robali, wizji cieni, czarnego kapelusza i bohaterki niezdającej sobie sprawy z tego, że nie żyje, jakoś nie jest w stanie mnie nastraszyć. Niby jest tu pewien klimat starej kamienicy, ale przypuszczam, że Barbara mogla doświadczyć podobnych wrażeń także w całkiem nowym budynku.

Wykonanie, co stwierdzam z przykrością, pozostawia sporo do życzenia.

 

na chwi­lę opie­ram torby na ziemi. ―> Skoro jest na czwartym piętrze budynku, to: …na chwi­lę opie­ram torby na podłodze.

 

– Cho­le­ra, niech ich wszyst­kich trafi szlag – myślę, gdy pa­trzę na ciem­ną maź, która sięga pra­wie do są­sied­nich drzwi. ―> Cho­le­ra, niech ich wszyst­kich trafi szlag – myślę, gdy pa­trzę na ciem­ną maź, która sięga pra­wie do są­sied­nich drzwi.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: Zapis myśli bohaterów

 

Za­czę­ło się nie­win­nie od kłót­ni, wra­że­nia swo­je­go zda­nia… ―> Literówka.

 

Może jed­nak coś mi się prze­wi­dzia­ło. ―> Może jed­nak coś mi się przy­wi­dzia­ło.

Sprawdź, jaka jest różnica między przewidzeniemprzywidzeniem.

 

a one jak zwy­kle trzesz­czą pod moimi sto­pa­mi… ―> Zbędny zaimek. Miejscami nadużywasz zaimków.

 

Serce bije mi w pier­si. –> Czemu służy ta informacja? Wszak wiadomo, gdzie bije serce.

 

Nie raz zda­rzy­ło mi się po­zna­wać sza­lo­ne pe­ry­pe­tie star­szej pani, które czę­sto słu­cham tak zwa­nym „jed­nym uchem”. ―> Nieraz zda­rzy­ło mi się

Można słuchać o perypetiach, ale nie można słuchać perypetii – zdanie do remontu.

 

Drzwi za­my­ka­ją się przede mną z hu­kiem. Walę pię­ścią w drzwi… ―> Powtórzenie.

 

Prze­ska­ku­ję po kilka stop­ni na raz. ―> Prze­ska­ku­ję po kilka stop­ni naraz.

 

Otrze­pu­je się, ale moje ciało… ―> Literówka.

 

za­mknąć się w wła­snej dziu­pli. ―>…za­mknąć się we wła­snej dziu­pli.

 

Czuję jak bra­ku­je mi tchu… –> Czuję, że bra­ku­je mi tchu

 

I nie cze­ka­jąc na moją od­po­wiedź znów za­da­je cios. Moje ostat­nie chwi­le, a roz­cią­ga­ją się w nie­skoń­czo­ność, jakby czas w ago­nii się za­trzy­mał. Widzę re­zy­gna­cję ma­lu­ją­cą się na mojej twa­rzy, nie mam siły się bro­nić.

W końcu moje oczy za­snu­wa mgła, gdy były mąż wy­cią­ga nóż i za­da­je kil­ka­na­ście cio­sów w moją klat­kę pier­sio­wą. Usta bro­czą mi krwią, a z ciała ucho­dzi życie. Czuję jesz­cze jak po no­gach leci mi coś cie­płe­go. ―> Nadmiar zaimków. Lekka siękoza.

 

po­ja­wia­ją się na nim wy­bro­czy­ny z krwi. ―> Masło maślane – czy mogą być inne wybroczyny? Za SJP PWN: wybroczyna «niewielki krwotok powstały wskutek uszkodzenia drobnych naczyń krwionośnych»

 

nie­mi­ło­sier­ny smród roz­kła­da­ne­go ciała ogar­nia moje noz­drza. ―> …nie­mi­ło­sier­ny smród roz­kła­da­ne­go ciała wdziera się do nozdrzy.

 

Czar­ne stwo­rze­nie w ka­pe­lu­szu stoi w cie­niu po­miesz­cze­nia… ―> W jaki sposób pomieszczenie rzuca cień?

 

Nie widzę jego twa­rzy, ani choć­by rysów odzie­nia… ―> Odzienie nie ma rysów; rysy może mieć twarz.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest jakiś weird, i to autorski! A jak mamy taki weird, to już połowa sukcesu, jak się okazuje w tym konkursie ;)

Fajne jest to, że to taki klimat klatkowy, wszystko dzieje się na ciasnej klatce, pośród sąsiadów, stylizacja i wykorzystanie miejsca na wysokim poziomie. Trochę zbyt mi tę historię opisywałaś, a za mało dawałaś odczuć. Jest oryginalnie, czuć tu autorską wizję, a bardzo mi tego brakuje w 80% tych tekstów, które często dość nieporadnie próbują coś naśladować. I wszystko się składa w całość. Zakończenie trochę mnie rozczarowało, było nieco sztampowe, chociaż nie przeszkadzało to temu, że zapanowałaś nad kompozycją swojej wizji od początku do końca. Finalnie byłam jako tako ukontentowana – duże plusy ważyły się z garścią mniejszych, ale liczniejszych minusów.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Dzięki, Reg, za odwiedziny. Szkoda, że nie porwało. Przejrzę Twoje sugestie i poprawię w wolnej chwili.

 

Naz, dzięki za wyczerpującą opinię. Cieszę się, że plusy przeważyły. Mam nadzieję, że przy okazji innych konkursów pójdzie lepiej, jeśli oczywiście takowe się pojawią. Myślę, że sporo wynikało z braku czasu, żeby porządnie popoprawiać tekst i lepiej przemyśleć fabułę. I tak dziękować, za wydłużenie terminu wrzucania tekstów, bo w pierwszym na pewno bym go nie ukończyła. Uważam, jednak, że nie było dramatu, jak na przerwę w pisaniu co najmniej roczną. Bo pomysły są, nawet napisane po kilka zdań, ale jakoś brak mobilizacji, żeby skończyć. ;)

 

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nowa Fantastyka