- Opowiadanie: Tregard - Incydent w Bogdanoniewicach

Incydent w Bogdanoniewicach

Pomysł na opowiadanie pojawił się pewnego wieczoru znikąd, rozsiadł się w głowie wygodnie i ani myślał sobie pójść. Aby się go pozbyć i zrobić miejsce na inne, musiałem popełnić ten tekst.

Jeśli się spodoba, przekażcie dalej. Jeżeli nie... Cóż, ostrzeżcie znajomych :-)

Miłej lektury!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Incydent w Bogdanoniewicach

Incydent w Bogdanoniewicach uważany jest przez wielu badaczy zjawisk UFO za jeden z najciekawszych i zarazem najbardziej niezwykłych kontaktów ludzkości z obcą cywilizacją. Niestety niektóre autorytety umniejszają jego znaczenie ze względu na okoliczności. Podkreślają przede wszystkim, że będący świadkami rzekomego kontaktu miejscowi ludzie są mało wiarygodni, a sam kontakt zbyt niesamowity, aby był prawdziwy. Poniżej przedstawiamy transkrypcję relacji zebranych przez nasz zespół tydzień po incydencie. Mamy nadzieję, że ta lektura pozwoli państwu na właściwą ocenę zdarzenia. Załączone fotografie i szkice naszego autorstwa powinny pomóc w jego zobrazowaniu.

Pierwszym świadkiem lądowania Obcych był pragnący zachować anonimowość 45-letni Jan C.

 

Relacja Jana C.

Rozmawiamy pod jedynym w okolicy sklepem spożywczo-monopolowym.

– Wracałżem właśnie z knajpy. To musiało być późno w nocy, bo mnie właściciel z baru wyrzucił, jak chciał zamykać. No to wsiadłem na rower i ruszyłem do domu.

– Był pan wtedy pod wpływem alkoholu?

– No byłem, byłem, hehe i wolałbym, żeby żona się nie dowiedziała, że znów pół zasiłku przechlałem, rozumisz. Ale i tak to, co tam podają to pomyje w porównaniu do bimbru, co go nasz Wojtek pędzi.

– Wróćmy do zdarzenia.

– A no tak. No więc jechałem na rowerze…

– Będąc pod wpływem.

– No mówiłem przecież. Jechałem na rowerze będąc pod wpływem, aż tu nagle jakieś światła zabłysły na niebie. Patrzę, a tam takie podłużne coś leci w moją stronę. Zamarłem. A to leci prosto na mnie, błyska światłami, trochę się kiwie i jak nie piźnie w pole starego Józka!

– Czyli rozbili się, a nie wylądowali?

– No zaryli w glebę dość mocno.

– Gdzie to się stało?

– A no tam – Jan C. wskazuje ręką. – To znaczy mówimy na to „pole Józka”, chociaż Józkowi zmarło się trzy lata temu i to teraz jest pole wdowy po nim, Grażyny.

– I mówi pan, że obiekt był w kształcie cygara?

– Czego?

– No… Takiego dużego, grubego papierosa?

– Ooo, papierosa to ja dawno nie widziałem – Jan C. porozumiewawczo mruga.

Kontynuujemy rozmowę po tym, jak świadek otrzymał paczkę papierosów zakupioną w wyżej wymienionym sklepie.

– No, można uznać, że to miało kształt papierosa. Długie było i zaokrąglone z przodu i z tyłu, ale z grubsza tak (Rys. 1).

– Co było dalej?

– Dalej to pozbierałem się z ziemi, bo jak przeleciało koło mnie, to z rowerem do rowu wpadłem.

– A później?

– Buchnął dym i z boku tego… jak pan to…? Cygara? No więc z boku cygara otworzyły się drzwi i stanęły w nich jakieś postaci.

– Jak wyglądały?

– Nie wiem, bo zemdlałem.

Janowi C. nieszczęśliwie w tym właśnie momencie urwał się film, jak to się potocznie mówi. Nie jesteśmy do końca pewni ile miało to wspólnego z szokiem spowodowanym bliskim spotkaniem trzeciego stopnia, a ile z ilością wypitego wcześniej alkoholu. Możliwe, że oba czynniki miały równy wpływ.

 

Bogdanoniewice to mała wieś, gdzie praktycznie wszyscy się znają. Głównym źródłem dochodu mieszkańców jest rolnictwo. Do niedawna w pobliżu funkcjonowała huta szkła, ale kilka lat temu została zamknięta. Oprócz jednego sklepu, kościoła i podupadającego baru nie ma tu żadnych zakładów usługowych czy produkcyjnych. Młodzież nie może tu liczyć na żadne rozrywki. Zresztą samej młodzieży też nie ma.

Sama nazwa prawdopodobnie jest wynikiem wahania dawnego pana tych ziem i urzędniczego błędu. Podobno władca nie mógł się zdecydować, czy nazwać wieś Bogdanowo czy jednak Bogdanowice, a będący świadkiem tych rozterek urzędnik zapisał nazwę tak jak usłyszał.

– Nazwę tę wieś od swojego imienia. Bogdanowo. Nie! Wice!

Tak mógł wyglądać moment nadania nazwy miejscowości. Ale wcale nie musiał.

Tę zabawną anegdotę opowiedziała nam Grażyna Zakolska, na której polu rozbił się latający spodek w kształcie cygara.

 

Relacja Grażyny Zakolskiej

– To było w środku nocy. Nagle coś hukło, a ja wyskoczyłam z łóżka. Jakieś dziwne światła świeciły mi po ścianach. Podeszłam do okna, patrzę, a na polu jakieś żelastwo leży. Myślałam, że samolot spadł.

– Może nam pani pokazać, gdzie dokładnie leżał pojazd?

– A o, tam.

Starsza kobieta wskazuje palcem. Podążając za jej wzrokiem widzimy kawałek zarośniętego pola, przez którego środek biegnie szeroka bruzda (Fot. 1).

 – Co było dalej?

– W tym cosiu na polu nagle otworzyły się drzwi. Jasne światło ze środka oświetliło kawałek pola, a w progu stanęło dwóch ludzi.

– Ma pani na myśli Obcych?

– No obcy byli na pewno, tutejszych bym poznała.

– Czy Obcy wyszli z pojazdu?

– Wyszli, a jakże. Najpierw podeszli do rowu. Postali tam chwilę, podumali, potem zaczęli iść w moją stronę. W końcu mój dom był najbliżej. Pomyślałam, że rozbitkom potrzebna pomoc, więc narzuciłam szlafrok i wyszłam do nich.

– Nie bała się pani?

– No trochem się bała, ale ludziom w potrzebie trzeba pomagać.

– Obcym.

– Obcy też ludzie.

– Jak wyglądali?

Staruszka zastanawia się przez chwilę, nim odpowiada.

– Pamiętacie taki serial Z Archiwum X? Jak tam czasami pokazywali ufoludków? Takie małe jak dzieci, chude, szare, z dużymi głowami i dużymi czarnymi oczami?

– Tak.

– No to ci wyglądali zupełnie inaczej.

Dokładniejszego opisu niestety nie udało nam się uzyskać, pani Grażynie brakowało słów na opisanie Obcych.

– Jak się zachowywali?

– Byli dość bezpośredni.

– To znaczy?

– No, podchodzę, pytam, czy wszystko w porządku, czy może chcą herbaty czy coś, a oni celują do mnie takim dziwnym cosiem, świergocą coś, a ja po chwili słyszę: „Prowadź nas do swojego przywódcy”.

– I co pani zrobiła?

– Zaprowadziłam do sołtysa.

 

Sławomir Miśkiewicz, sołtys Bogdanoniewic jest mężczyzną w średnim wieku, o okrągłej twarzy i równie okrągłym brzuchu. Swoją funkcję sprawuje od wielu lat. Mieszkańcy są do niego przyzwyczajeni i nie widzą potrzeby wybierania nowego sołtysa.

 

Relacja Sławomira Miśkiewicza

– My tu w Bogdanoniewicach nie lubimy zmian. Przede mnom sołtysem był mój ojciec, wcześniej jego ojciec, a jeszcze wcześniej… Eee, nie pamientam. Ale pewnie ktuś z rodziny. Cholera, przez te kilkaset lat istnienia Bogdanoniewic nikt nawet nie pofatygował siem, żeby zmienić te głupią nazwe! Słyszał pan, jak powstała?

– Słyszałem. Pamięta pan noc, kiedy rozbił się pojazd Obcych?

– Czy pamiętam? Jak jebło… przepraszam, pan to nagrywa? Aha. No wienc jak hukło, to z łóżka spadłem. Zaczłem klonć na czym świat stoi, aż mnie moja Zośka kapciem zdzieliła za to przeklinanie. Myślałżem, że to Wojtek w końcu swojom szope, w której bimber pendzi wysadził w powietrze. Ale jakby siem paliła, to bym z okna sypialni widział, a tu nic, ciemno jak w du… No, ciemno. Pół wsi na dwór wyległo, żeby sprawdzić co to takiego hałasu narobiło, ale widzielimy jeno światła od strony pola starego Józka. Wszyscy uznali, że to policja albo straż jest na miejscu, ale nikomu nie chciało siem iść po ciemku tak daleko, żeby sprawdzić. Rano i tak każden siem dowie. No wienc tak postalimy trochu, a potem wrócili do domów. Aż tu pół godziny później stara Zakolska puka do drzwi. Stoi w kapciach, szlafroku, papiloty we włosach i mówi: „Ci panowie do ciebie”.

– To byli Obcy?

– No raczej. Tutejszych bym poznał.

– Może pan ich opisać?

– No… Trochu przypominali takie duże gluty.

– Gluty?

– Ehe… Owiniente w sreberka, jak takie po czekoladzie. Nawet podobnie szeleściły.

– Kombinezony?

– Może, chu… diabli wiedzom. Ale poza tym byli różowi. Nie tak jak ludzie, tylko naprawde, wściekle różowi.

– A kończyny?

– Koń… Znaczy nogi i takie tam? No, mieli po cztery. Nogi, znaczy, bo zamiast ronk to takie coś, co macki przypominało, jak u ośmiornicy, ale bez tych przyssawek. I nie mieli palców, chociaż jak jeden potrzebował, to sobie z macki zrobił kilka.

– A twarz?

– Dziwna taka. Glutowata. Oczy na górze, trochu jak u ślimaka, wonskie usta, ale uszu nie zauważyłem (Rys. 2).

– Dobrze, dziękuję. Co było potem?

– No wienc Zakolska mówi: „Ci panowie do ciebie”. Wtedy jeden wychyla siem przed niom i wycionga w mojom strone jakiegoś takiego dziwnego smartfona. Coś tam do siebie zagwizdał, a ja z tego smartfona słyszem: „Paliwo skończyć brak pusto potrzeba”. Zupełnie nie po polsku, ale zrozumiałem.

– Chcieli paliwa?

– No. Nie wiem, jakim trzeba być głombem, żeby nie zatankować przed długom podróżom. Pomyślałem, że w sumie mogem pomóc. Miałem w traktorze jakieś pół baku bezołowiowej, to mówiem idziemy do stodoły. Odkręcam bak, dajem jednemu różowemu kanister i gumowego węża i mówiem: „Ale to, chłopie, musisz sobie już sam zassać”. Myślałem, że mu ten jego smartfon przełożył na ichni, ale chyba coś siem zgubiło w tłumaczeniu, bo widzem, że ten bałwan nagle robi sobie w miejscu ust takom trombke, wie pan, jak u mrówkojada, tylko wenższom i wsuwa jom do baku! Jak go po chwili odrzuciło, jak zaczoł gwizdać, aż uszy rozbolały! Cały siem zrobił niebieski, potem nie wiem, zrzygał siem albo zesr… zrobił kupę i siem przewrócił.

– Niesamowite! Ma pan może jeszcze próbkę tego materiału organicznego?

– Znaczy, tych jego rzygów czy co to tam było? Gdzie tam, jak było po wszystkim podrzuciłem to w pomidory. Trzeba przyznać, że rosnom szybciej i wienksze niż inne. Tylko jakieś takie różowe som…

– Cóż, szkoda. Co się później stało?

– Jak siem jeden przewrócił, to ten drugi zaczoł koło niego biegać jak kot z pęcherzem i gwizdać po swojemu. Ja już bez tłumaczenia zrozumiałem, że trza chłopa ratować, bo zejdzie po tej bezołowiowej. Mówiem do Grażyny: „Ładuj na przyczepe”.

– Zabrał go pan do lekarza?

– A skąd. Do Wojtka pojechalimy. Chłopak prawie studia skończył, mondrzejszego we wsi nie ma, a bimber robi zajebi… Dobry, znaczy. Wie pan, że tu od dekady nikt na grype nie zachorował? Nawet przeziembienia nie było! Matki na zmianem z mlekiem dzieci tym pojom dla odporności.

 

Wojciech Z., również pragnący zachować anonimowość, jak sam twierdzi studiował kiedyś chemię na uniwersytecie, którego nazwy nie chciał podać. Kiedy upadła huta, rodzice nie byli w stanie dłużej opłacać jego studiów. Wojciech próbował ratować finanse produkcją alkoholu, ale został przyłapany i wydalony z uczelni. Wrócił do Bogdanoniewic, żeby, jak mówi, pomóc miejscowym zapomnieć o smutkach. Podobno odnosi na tym polu niebywałe sukcesy.

 

Relacja Wojciecha Z.

– A więc sołtys przywiózł Obcych do pana do domu?

– A gdzie tam do domu. Do szopy podjechał od razu.

– I pan już tam był? O tej porze?

– Taa… Obudził mnie huk. Wystraszyłem się, że to aparatura w mojej szopie wybuchła, więc poszedłem sprawdzić. Na szczęście wszystko było w porządku. Już wychodziłem, gdy na podwórze wjechał traktor z przyczepą. Patrzę, za kierownicą siedzi sołtys Miśkiewicz, a stara Grażka Zakolska obok. No to zaczekałem, żeby zobaczyć, czego chcą o tej porze.

– Przywieźli Obcych?

– No. Ledwie stanęli, gdy jeden Glut spełznął z przyczepy. Jak go zobaczyłem, to aż gwizdnąłem ze zdumienia. Chyba obraziłem tym jego matkę, bo dostałem macką w twarz. Taki miałem pierwszy kontakt z obcą cywilizacją, hehe. Zobacz pan, ślad jeszcze się trzyma.

Wojciech Z. wskazuje policzek, na którym widać czerwoną pręgę (Fot. 2).

– A potem sołtys powiedział, że na przyczepie leży drugi taki i trzeba coś zrobić, bo się benzyny opił.

– Zdziwił się pan?

– A pan by się nie zdziwił? Kto przy zdrowych zmysłach benzynę pije?

– Miałem na myśli, czy zdziwił się pan, że sołtys przywiózł Obcych właśnie do pana?

– Czy ja wiem… Do kogo innego miałby ich zabrać? Do księdza proboszcza? Ten by ich wodą święconą przegonił. Kto wie, czy nie zaszkodziłoby im to bardziej niż benzyna…

– I co pan zrobił?

– Wnieśliśmy drugiego Gluta do środka i położyliśmy na stole. Był cały niebieski i coś cicho pogwizdywał. Ten drugi, różowy, biegał naokoło stołu, wymachiwał mackami i też gwizdał, tylko głośniej.

– Co mówili?

– Nie mam pojęcia. Sławek mówił, że mieli „smartfona co to tłumaczy ich świergot na nasze”, ale nie działał albo nie mógł nadążyć.

– Co pan zrobił później?

– A co mogłem zrobić? Nie znam się na anatomii Obcych. Na ludzkiej zresztą też nie, ot tyle, co poznałem organoleptycznie z kilkoma dziewczętami, hehe. Ale pomyślałem, że może chociaż ulżę biedakowi, przynajmniej umrze szczęśliwy. Mam taki specyfik, wie pan, sam wyprodukowałem. Nazywam go Specyfik X i trzymam na najcięższe przypadki depresji. Jankowi pomógł, kiedy robotę stracił. Przestał upijać się na smutno, a zaczął na wesoło. Trochę teraz nie może przestać, ale cóż, każdy lek ma skutki uboczne. Zlałem z beczki do kubka, podsunąłem mu pod… eee… twarz i powiedziałem „Pij”. Ten elektroniczny tłumacz, o którym sołtys mówił zadziałał tym razem, zagwizdał po ichniemu, a wtedy ten niebieski wysunął trąbkę – aż musiałem się powstrzymać, żeby znów nie gwizdnąć – i wsunął ją do kubka. Mówię panu, pociągnął solidny łyk. Nawet Janek tak nie potrafi. I nagle zaczął zmieniać kolor! Minęła minuta, może dwie i znów był różowiutki jak borygo!

– Wyzdrowiał?

– Na to wyglądało. Byłem w szoku! Wiedziałem, że Specyfik X ma właściwości terapeutyczne, ale żeby potrafił przywracać zdrowie i siły prawie umarlakom? To wymaga dalszych badań. Mogłem na Józku spróbować, choć pewnie Grażka miałaby coś przeciwko. W końcu pole…

– Wrócimy do tematu.

– A, tak. Jasne. No więc ten do niedawna niebieski Glut usiadł na stole i zaczął głośno gwizdać i machać mackami jak opętany. Potem zlazł, prawie się przy tym przewrócił i polazł do beczki ze Specyfikiem. Trochę się zataczał i potykał o własne macki, ale też wypił niemało. Specyfik może tak działać na nieprzyzwyczajone organizmy. Dotoczył się w końcu do beczki, objął ją mackami i zaczął świergotać. Ich smartfon się odezwał. „Dać zabrać paliwo ajajaj głowa kręci”.

– Uznali Specyfik X za paliwo?

– Aha… Próbowałem tłumaczyć, że to środek terapeutyczny, ale nie chcieli słuchać. Glut podniósł beczkę i wytargał ją na zewnątrz. To znaczy za pierwszym podejściem rąbnął w futrynę, ale zaraz poprawił namiar i udało mu się wyjść. Szybki był, skurczybyk. Myślałem, że będzie uciekał z tą beczką, a on załadował ją na przyczepę traktora, usiadł na niej okrakiem, objął mackami i czekał. Chciałem mu ją odebrać, ale wtedy ten drugi strzelił.

– Strzelił? Z pistoletu?

– Nie no, ze smartfona. W powietrze strzelił laserem, a potem wycelował w nas i powiedział… to znaczy przez tłumacza… „Jechać maszyna szybko”. Można powiedzieć, że zostaliśmy uprowadzeni.

– Wszyscy?

– No tak. Ja z Grażką i Glutem wsiedliśmy do przyczepy, Sławek do kabiny i pojechaliśmy. W pewnej chwili minęliśmy nawet Janka. Prowadził rower do domu. Sławek nawet nie zwolnił, a my się nie odezwaliśmy, bo Glut dalej celował do nas ze smartfona. W końcu dojechaliśmy na pole Grażki. Ten, który do nas celował musiał pomóc zejść koledze. Widziałem jak przez całą drogę wtykał trąbkę do beczki. Jak pił tak, jak u mnie w szopie, to na długo im to paliwo nie wystarczy.

– Zadziałało?

– Jak marzenie! Wtaszczyli beczkę do pojazdu, rozległy się jakieś hałasy, potem stanęli w drzwiach, pomachali mackami i zamknęli właz. No i polecieli!

– Tak po prostu?

– Tak po prostu. Ich statek uniósł się w powietrze, lekko zachybotał – pewnie opój siedział za sterami – i fiu! Tyle ich widzieliśmy.

 

Rozmawialiśmy ponownie z Grażyną Zakolską i Sławomirem Miśkiewiczem. Oboje potwierdzili relację Wojciecha Z. Przyznali, iż Obcy istotnie ukradli beczkę Specyfiku X, a następnie zmusili ich do odwiezienia na miejsce katastrofy. Jan C. niestety nie przypomina sobie, aby widział mijający go traktor sołtysa i niezwykłych pasażerów jadących na przyczepie.

Zeznania czwórki świadków są na tyle spójne, że naszym zdaniem wytrzymują wszelkie próby podważenia. Mała wieś pod wschodnią granicą Polski była miejscem niezwykłego zdarzenia, po którym jedyne ślady to niestety tylko bruzda na polu pani Zakolskiej i czerwona pręga na policzku Wojciecha Z.

Państwu pozostawiamy ocenę, czy zgromadzone dowody są wystarczające, aby uznać Bogdanoniewice za miejsce lądowania Obcych.

My ze swej strony obserwujemy wieś. Wojciech Z. przygotowuje zapasy Specyfiku X, w nadziei, że Obcy znów się pojawią.

 

Kwiecień 2020

Koniec

Komentarze

Czytało się bardzo fajnie, głownie przez klimat taki słowiański, polski, swojski. Ufoki, też ok, oryginalne, ale nie takie obce bo wypić mogą ;)  Różnicowanie języka postaci to taki dodatkowy smaczek, który zawsze cenię. Śledztwo ufologa też mi się podobało nawet kiedyś opisywałem podobne ;) toczone nie na blogu, czy w gazecie, ale na youtube w opowiadaniu “Siła przekonań, siła przekonywania“ 

 

pozdrawiam i jestem na tak 

Cześć Tregard:-)

Ale to fajne było! Uśmiałam się;-)

Łyknęłam Twoje opowiadanie jak Glut Specyfik X:-)

Świetna parodia Ci wyszła. Bardzo fajny humor, dialogi. Stylizacja wypowiedzi prostych ludzi ze wsi robi robotę. Najbardziej podoba mi się relacja Wojciecha Z. :-) Kurcze, ale to dobre!:-)

Forma reportażu bardzo tutaj pasuje, a zwłaszcza podsumowanie zebranych materiałów dowodowych. Swoją drogą, chętnie zobaczyłabym ten materiał;-)

Błędów nie wyłapałam, nawet nie zwracałam na nie uwagi, bo czytało się płynnie. 

 

polecam do biblioteki i pozdrawiam

Cześć. Dzięki za przeczytanie i miło mi, że się podobało :-)

Rozbawiłeś mnie :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Bardzo przyjemne i zabawne! Najbardziej urzekło mnie to, że poczciwy mieszkańcy wsi samych Obcych nie uważali za szczególnie dziwnych, a bardziej zaskakiwało ich choćby picie benzyny… I te wszystkie: “Tutejszych bym poznał” :) Napisane lekkostrawnie, stylizacja w dialogach udana, na plus też charakterystyczny sposób wypowiadania się… niektórych ;)

Fajniutkie, więc polecam do biblioteki.

Nie pierwsza to historia dziejąca się na wsi, w której niespodziewanie pojawili się będący w potrzebie Obcy i nie pierwszy to przypadek, kiedy w rzeczonej potrzebie ratunkiem jest miejscowy trunek. Przedstawienie sprawy w postaci reportażu dobrze przysłużyło się opowiadaniu, a relacje kolejnych mieszkańców Bogdanoniewic dodały kolorytu i wrażenia autentyczności. Niebagatelną rolę odegrał też specyficzny humor w naprawdę dobrym gatunku.

Mam nadzieję, Tregardzie, że to nie jest Twoje ostatnie słowo, że pojawiają się nowe pomysły i że nie będziesz skąpił nowych opowiadań.

 

pra­gną­cy za­cho­wać ano­ni­mo­wość 45-let­ni Jan C. ―> …pra­gną­cy za­cho­wać ano­ni­mo­wość czterdziestopięcioletni Jan C.

Liczebniki zapisujemy słownie, choć rozumiem, że w reportażu dziennikarz mógł napisać tak jak napisał.

 

Po­my­śla­łem, że sumie mogem pomóc. ―> Tu chyba miało być: Po­my­śla­łem, że w sumie mogem pomóc.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, dzięki wszystkim za komentarze.

 

@Irka_Luz – taki jest cel tego opowiadania ;-)

@regulatorzy – dzięki za wyłapanie literówki.

Bardzo proszę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawe, czy takie wsie w ogóle jeszcze istnieją… Wszystko się nam skapitalizowało, unowocześniło. zeuropeizowało i tak dalej, wsie także. Ale możliwe, że nadal funkcjonują na dyskretnie przemilczanej i niewspominanej dawnej ścianie wschodniej. To niewykluczone.

Bardzo dobry tekst jako prześmiewcza groteska, i to prześmiewcza w kilku aspektach. Ach, ci dziennikarze, szukający codziennie sensacji na siłę, naturalnie płatni “od wierszówki”. A napisana została bardzo starannie.

Przyda się wysłanie tej opowieści do biblioteki.

Pozdrówka.

Temat dość stary, ale podany sympatycznie.

Niedobre, ufoki, sterroryzowali laserem, zamiast zapłacić kawałkiem złota albo diamentu… Coraz gorsze łajzy do nas przylatują. ;-)

Babska logika rządzi!

Sympatyczne. Rozśmieszyło na koniec dnia. Polecam. 

A dla chcących zbadać Specyfik X autor może poda współrzędne dla GPSa do Wojciecha Z.

Nowa Fantastyka