- Opowiadanie: TYRANOTYTAN 3000 - O astronaucie, który uciekał

O astronaucie, który uciekał

Ach! Coś mi nie leży w tym tekście literacko, ale pozatem uważam, że jest całkiem sympatyczny, może się komuś spodoba. Jest puenta, morał i fantastyka :0

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

O astronaucie, który uciekał

16 sierpnia 1977 roku z Centrum Lotów Kosmicznych imienia Lyndona B. Johnsona w Houston wystartowała rakieta.

W oficjalnych źródłach nie ma na ten temat żadnej wzmianki.

Jeszcze bardziej intrygujący wydaje się fakt, że rakieta wyniosła na orbitę statek kosmiczny. Najlepszy statek kosmiczny, jaki NASA kiedykolwiek zbudowała. O tym też nikt nie wie.

Jakby tego było mało, w statku siedział astronauta.

Gdy znalazł się na orbicie, popatrzył ostatni raz na Ziemię, a potem poleciał daleko, daleko w ciemną, niezbadaną przestrzeń kosmosu.

 

***

 

– Loty kosmiczne są bardzo nudne – powiedział do siebie astronauta, bawiąc się lewitującą mu przed nosem szczotką do włosów. – W filmach wydają się ciekawsze.

Przebywał w przestrzeni kosmicznej już od tygodnia.

Na Ziemi miał zazwyczaj bardzo dużo rzeczy do roboty. W kosmosie nie musiał robić natomiast absolutnie nic. Statkiem kierował autopilot.

Poudawał, że szczotka do włosów jest doświadczonym kierowcą wyścigowym, którego chce wygryźć z zespołu młody adept – maszynka do golenia. Szczotka, żeby utrzymać swoją pozycję, weszła w konszachty z bossem mafijnym – „Straconymi złudzeniami” Balzaca.

Wtedy astronauta uświadomił sobie, że książka jest przedmiotem zapewniającym niektórym ludziom rozrywkę.

Zaczął czytać.

Przeczytał jedną stronę, kiedy nagle jego statkiem zatrzęsło.

Wyjrzał przez wizjer, ale kosmos był cały czas jednostajną, ozdobioną gwiazdami czernią.

Wrócił do lektury.

Kolejny wstrząs.

– Co do diabła? – warknął i tym razem podleciał do przedniej szyby, przed którą znajdował się panel sterujący.

Wszystkie wskaźniki wydawały się być w normie. Na pewno wszystkie?

Był pewien, że jego statek nie osiągał zazwyczaj takich prędkości. Owszem! Był superszybki. Owszem! Do Marsa mógł dolecieć w pięć dni. Owszem! Pochłonął lwią część budżetu amerykańskiego. Ale nie przesadzajmy! Przecież w takim tempie niedługo dotrze do Jowisza!

Astronauta zaczynał się poważnie niepokoić zaistniałą sytuacją. Przecież paliwo, które uzyskiwał z resztek jedzenia i energii kosmicznej nie będzie się w stanie regenerować z taką prędkością.

Popatrzył na wskaźnik paliwa.

Rósł.

Rósł?!

Tak. Paliwa przybywało, mimo że jego statek pędził przez wszechświat na złamanie karku. Odpowiedź mogła być tylko jedna.

Był przyciągany laserem ściągającym przez kosmitów.

Astronauta uwierzył w to z taką mocą, że nie był wcale zaskoczony, kiedy ujrzał przed sobą olbrzymią stację kosmiczną, stworzoną z dwóch identycznych prostopadłościanów, pomiędzy którymi widniało coś, co przypominało zawieszony w próżni odpływ umywalki. Do odpływu wlatywały i wylatywały zeń latające talerze.

Odpływ był ujarzmionym tunelem czasoprzestrzennym.

 

***

 

Stuk! Statek kosmiczny osiadł na posadzce, która wyglądała jak olbrzymia szachownica.

Astronauta jej nie widział. Siedział w szafie, mając głęboką nadzieję, że kosmici go tam nie znajdą. Nie było to zbyt rozsądne, zważywszy na to, że znaleźli jego statek dryfujący w bezkresie kosmosu.

Szafa była pierwszym meblem, do którego podeszli, gdy wkroczyli na pokład. Kiedy otworzyli drzwi, astronauta wypadł prosto pod ich stopy.

Zobaczył dwie wysokie postacie, obrośnięte wspaniałym, lśniącym, białym futrem i pierwszą myślą astronauty – która potem wydała mu się trochę nie na miejscu – było to, że bardzo chciałby mieć kurtkę ze skóry jednego z kosmitów.

Podnieśli go i wywlekli ze statku. Astronauta nie protestował. Był zbyt przerażony.

Nieśli go korytarzami stacji. Po drodze mijali innych, niezwykle zróżnicowanych obcych. Były wśród nich małe zielone glutki, obślizgłe i podłużne istoty przypominające dżdżownice albo zwaliste tapiropodobne olbrzymy o sześciu nogach.

Wszyscy patrzyli na astronautę wzrokiem, który musiał wyrażać zdziwienie, ale on sam nie czuł się specjalistą w odczytywaniu mimiki obcych. Świergotali też i chrząkali.

Astronauta uznał, że ze sobą rozmawiają.

Zakręciło mu się w głowie.

Przymknął oczy.

Usłyszał dźwięk otwieranej śluzy, potem jeszcze jednej i poczuł, że dwaj biali kosmici kładą go na czymś miękkim.

Otworzył oczy.

Znajdował się w najbardziej typowym amerykańskim salonie, jaki mógł sobie wyobrazić. Leżał na wersalce w kwiatki, a kosmici wychodzili właśnie przez drewniane, białe drzwi. Obok drzwi, na wytapetowanej ścianie wisiało wielkie zwierciadło.

Astronauta usiadł.

Zobaczył, że ma za plecami okno. Za oknem znajdował się park, a w parku byli ludzie. Śmiali się i chodzili.

– Jak żywi – powiedział do siebie, przykładając rękę do szyby.

Rzeczywiście nie sposób było ich odróżnić od prawdziwych ludzi i astronauta na moment uległ złudzeniu, że znajduje się nadal na Ziemi.

Ale złudzenie minęło, gdy do salonu wszedł mały obcy o wyglądzie kosmity z komiksu. Był chudy, miał wielką głowę i wyłupiaste oczy. Jego skóra przypominała skórkę limonki, a ubrany był w biały garnitur i słomkowy kapelusz.

– Dzień dobry! – powiedział z szerokim uśmiechem.

Miał nienaturalnie perfekcyjny, brytyjski akcent.

– Co tu się dzieje?! – zapytał astronauta, wstając. Uznał, że w obliczu śmierci okaże odwagę.

– Spokojnie. Spokojnie – powiedział kosmita. – Ja (tu wskazał długim palcem na siebie) mam na imię Qxyv. A ty jak masz na imię?

– A co ci do tego? Ja sobie leciałem spokojnie swoim statkiem kosmicznym, a wy! Wy… – Zastanowił się moment nad właściwą obelgą, a potem sięgnął po tę, którą ludzie od dawien dawna obarczali obcych. – Wy barbarzyńcy! Mnie porwaliście! Ja miałem pełne prawo sobie lecieć, a wy nie możecie mnie tu zatrzymywać!

– Mamy pełne prawo cię zatrzymać – Qxyv porzucił ton, którym mówi się do nierozgarniętego dziecka. – Tak stanowi Międzygalaktyczny Kodeks Podróży Kosmicznych. Twój pojazd był niezarejestrowany, a potem się okazało, że uciekłeś z rezerwatu.

– Co?

– Z rezerwatu. Z Ziemi.

– Co?

– Ech… – Qxyv przewrócił oczami. – Ziemia jest rezerwatem. Uznaliśmy, że jesteście zbyt słabo rozwinięci, żeby należeć do Unii Międzygalaktycznej. Obserwujemy was i badamy, żeby dowiedzieć się więcej o ewolucji biologicznej i kulturowej.

– Wytniecie mi mózg?

Astronauta widział to w jakimś komiksie.

– Nie.

Zapadła chwila milczenia.

– Wykonamy parę badań, wymażemy pamięć i odeślemy cię z powrotem na Ziemię. Włóczenie się po kosmosie może być dla ciebie niebezpieczne. Wy ludzie jesteście tacy bezbronni…

– Ale ja nie mogę wrócić! – krzyknął astronauta.

– Czemu niby?

– To grozi… grozi śmiercią…

– Weź się nie wygłupiaj. W kosmosie masz na nią większe szanse.

– Och, szczerze wątpię. Musicie pozwolić mi lecieć dalej! Dalej! Jak najdalej!

– Cii… Cii… już dobrze… wszystko będzie dobrze. – Qxyz stanął na palcach i poklepał astronautę po głowie. – Zdrzemnij się teraz. Nie ma się czym denerwować.

Po czym opuścił salon.

Astronauta stał jak skamieniały, patrząc w zamknięte drzwi.

 

***

 

Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że trzeba stąd jak najszybciej uciec. Uciec. Uciec.

Astronauta powtarzał cały czas w głowie słowo „uciec”. Ku jego rozczarowaniu nie przekładało się to na żaden plan ucieczki.

A potem się wściekł. Wściekł na siebie, wściekł na kosmitów, wściekł na cały wszechświat. I w tej wściekłości zaczął demolować salon, na który też był wściekły. Rozbijał porcelanowe słonie i filiżanki, zrywał zasłony, przewracał meble.

Wielki, stary globus cisnął w zwierciadło, wiszące obok drzwi.

Zwierciadło się roztrzaskało, a globus wpadł do pomieszczenia po drugiej stronie.

W pomieszczeniu stał mały, przelękniony, puszysty kosmita.

Kosmita patrzył na astronautę.

Astronauta patrzył na kosmitę.

A potem astronauta przeskoczył przez dziurę w ścianie, odepchnął puszystego obcego i wypadł na korytarz.

Pędził bez celu. Pracownicy stacji badawczej, których co jakiś czas potrącał, oglądali się za nim i wymieniali świergotliwo chrząkające uwagi.

Uciec. Uciec. Jak stąd uciec, do cholery!

Zobaczył na końcu korytarza dwóch białowłosych kosmitów, którzy przywlekli go ze statku.

A oni zobaczyli jego.

– Aha! Czyli pościg! – krzyknął trochę niepotrzebnie.

Rzeczywiście, rozpoczął się pościg. Astronauta wpadł jak burza do najbliższego pomieszczenia pełnego kloszy, pod którymi rosły jakieś fioletowe pnącza. Każdy klosz podłączony był do skomplikowanej siatki rur, biegnących po ścianie.

Ruszył pędem przez salę. Sala była bardzo długa. Astronauta był gruby. Zmęczył się szybko.

A biali kosmici już weszli przez drzwi.

Astronauta zaczął kluczyć pomiędzy kloszami.

Kosmici byli już tuż, tuż. Wiedział, że nie ucieknie. Zbliżali się jeden z prawej, drugi z lewej strony.

Wtedy astronauta postanowił zrobić coś bardzo głupiego, ale przy okazji odważnego.

Rzucił się mianowicie na jednego z obcych i zawisnął mu na szyi.

Kosmita zachwiał się i runął razem z astronautą na najbliższy klosz.

Astronauta usłyszał brzęk tłuczonego szkła, a potem bardzo szybko stracił przytomność.

 

***

 

Kiedy się obudził, leżał w klatce. Był całkowicie nagi.

Klatka stała na scenie amfiteatru.

Na trybunach siedzieli kosmici.

Ci w pierwszym rzędzie rozmawiali o czymś, co musiało wzbudzać w nich duże emocje, bo gestykulowali zamaszyście i co rusz przerywali sobie nawzajem. Był wśród nich Qxyv.

Astronauta nie miał pojęcia, o czym dyskutowali.

Wstał i podszedł do krat, które były na tyle szeroko rozstawione, że ktoś chudszy mógłby się bez problemu między nimi przecisnąć. Astronauta przeklął w duchu swoją miłość do jedzenia.

W tym momencie Qxyv zaświergotał i wskazał długim palcem na klatkę z astronautą.

Kosmici zamilkli.

Ziemianin postanowił wykorzystać moment skupienia ogólnej uwagi na sobie.

– Co jest? Czemu jestem w klatce? – zapytał, kierując swoje słowa przede wszystkim do Qxyva.

– Ponieważ jesteś niebezpieczny. Zabiłeś jednego z Grofolkowańczyków.

– Co? Ja? Niby jak?

– Rozbiłeś klosz z pożywką dla Domdomów, dla większości istot żywych jest ona śmiertelną trucizną. Sam ledwo uszedłeś z życiem.

Astronauta poczuł wyrzuty sumienia.

– Debatujemy nad tym, czy cię uśpić.

– Co?!

– Głosy rozkładają się po równo.

– Co?! Jak to?! Nie możecie! Wiecie, kim ja jestem?!

– Tak, wiemy. Osobiście uważam, że należy dać ci jeszcze jedną szansę, ale nie ja tu decyduję.

W tym momencie astronauta ujrzał na trybunie postać w czarnej pelerynie z kapturem. Stała tuż obok wielkiego, rozlazłego kosmity z mackami na twarzy.

– Ona tu jest – wydyszał, blednąc momentalnie i zalewając się potem.

– Kto? – zapytał Qxyv.

Astronauta nie odpowiedział, tylko przełknął głośno ślinę. Zaczął się cofać. Poczuł na swoich pośladkach zimny metal przeciwległej ściany klatki.

Cofał się nadal.

Nagle uświadomił sobie, że jest poza klatką. Był tak spocony, że bez problemu prześlizgnął się pomiędzy prętami.

Kosmici wyglądali na zdziwionych tym faktem w takim samym stopniu jak on.

Przez moment nie reagowali, kiedy puścił się biegiem w stronę wyjścia, a potem całą kawalkadą ruszyli za nim. Na czele biegła postać w czarnej pelerynie.

Astronauta wybiegł przez śluzę. Ku jego radości po drugiej stronie znajdowało się lądowisko.

Na lądowisku stał jego statek kosmiczny.

Astronauta biegł do niego tak szybko, jak jeszcze nigdy w życiu nie biegał.

Dopadł włazu.

Wszedł do środka.

Zasiadł za sterami i włączył silnik.

– Chrzań się autopilocie! – wydyszał wyraźnie z siebie zadowolony. – Od dzisiaj to ja przejmuję stery.

Nie był dobrym pilotem. Wzbił się zbyt wysoko i uderzył w sufit. Potem poobijał kilka latających talerzy, stojących na lądowisku. W końcu podleciał do śluzy, która akurat była otwarta, bo wylatywał przez nią wielki transportowiec.

I był wolny. Znów w kosmosie.

Wiedział, że obcy mogą go ściągnąć z powrotem.

– Trzeba stąd zmykać! – krzyknął i skierował statek w stronę ujarzmionego tunelu czasoprzestrzennego.

 

***

 

I od tego czasu przemierzał wszechświat, raz na jakiś czas wskakując do tuneli czasoprzestrzennych.

– Bo spójrz mój przyjacielu – mawiał do szczotki do włosów, naczytawszy się uprzednio dziewiętnastowiecznej literatury. – Za każdym tym tunelem, za każdą gwiazdą czekają światy nieodkryte i niezbadane przez istotę ludzką. Co tam się ukrywa? Nikt mi nie odpowie! A ja żywię głęboką nadzieję, że coś niezwykle pięknego. Często miewam sny, przyjacielu, sny, w których uciekam przed czymś po starym domostwie, wchodząc do szaf i znajdując ukryte drzwi, za którymi odnajduję fantazyjne pomieszczenia. I tak idę i idę, eksplorując i odkrywając, wciąż niesyty pięknych miejsc. To najmilsze ze snów…

Astronauta był doskonałym przykładem na to, że człowiek długo pozostawiony sam sobie ulega egzaltacji.

Ale wkrótce musiał przyznać sam przed sobą (bo ze szczotką nie czuł się gotowy dzielić tym smutnym spostrzeżeniem), że kosmos go rozczarowuje.

Wszystkie planety były do siebie podobne. Ni piękne, ni brzydkie, okrągłe. Więc Astronauta leciał dalej i dalej, licząc na doświadczenie czegoś więcej.

Pewnego razu wylądował na pomarańczowej, pustynnej planecie, która wyglądała na niezamieszkaną (zamieszkanych unikał z powodu nieprzyjemnych przejść z kosmitami). Czujnik tlenu wskazywał, że stężenie życiodajnego gazu porównywalne jest do tego na Ziemi.

Astronauta wyszedł rozprostować kości.

Dookoła panowała cisza.

Gwiazda, którą okrążała planeta, właśnie zachodziła za horyzontem.

Astronauta popatrzył w dal i przeczesał dłonią swoje siwe włosy. Tak, leciał już tak długo, że osiwiał (skończyła mu się czarna farba do włosów).

– Zachodzące słońce skłania do przemyśleń o przemijaniu – powiedział kobiecy głos.

Astronauta się odwrócił.

Stała za nim kobieta w czarnej pelerynie z kapturem.

– Dlaczego uciekasz? – zapytała, podchodząc do niego i stając przy jego ramieniu.

– Czy to nie oczywiste?

– No wiesz… większość ludzi nie zmusza rządu amerykańskiego, żeby budował dla nich z tego powodu statek kosmiczny. Wystarczy im telewizja. Elvisie… – Śmierć wyciągnęła delikatną dłoń do Elvisa Presleya. – Chodź.

– Ale ja tak bardzo chcę zobaczyć, co jest za następną gwiazdą.

– Następna gwiazda – odparła rozsądnie Śmierć.

– A potem?

– To samo.

Elvis spojrzał na Śmierć, która zrzuciła kaptur. Była bardzo piękna.

– Kocham cię – wyszeptał.

– Wiem.

I Śmierć wzięła go w ramiona.

Koniec

Komentarze

Wielce absurdalne to opowiadanie, ale czytało się nieźle, zwłaszcza że towarzyszyła mi ciekawość, co też jeszcze spotka uciekającego astronautę. Finał zaskoczył, ale jak by na to nie patrzeć, fajnie wplata się w pogłoski i plotki o tym szczególnym astronaucie. ;)

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Wy­gląd­nął przez wi­zjer… ―> Raczej: Wy­jrzał przez wi­zjer

 

za­mon­to­wa­ny był panel ste­ru­ją­cy.

Wszyst­kie wskaź­ni­ki wy­da­wa­ły się być w nor­mie. Na pewno wszyst­kie?

Był pe­wien, że jego sta­tek nie osią­gał za­zwy­czaj ta­kich pręd­ko­ści. Ow­szem! Był su­per­szyb­ki. ―> Lekka byłoza.

 

przez drew­nia­ne, białe drzwi. Obok drzwi… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

– To grozi…grozi śmier­cią… ―> Brak spacji po pierwszym wielokropku.

 

– Cii…Cii… już do­brze… ―> Jak wyżej.

 

do naj­bliż­sze­go po­miesz­cze­nia.

W po­miesz­cze­niu było mnó­stwo klo­szy… ―> Takie powtórzenie nie brzmi najlepiej.

 

klo­szy, pod któ­ry­mi rosły ja­kieś fio­le­to­we kłą­cza. ―> Kłącza to podziemna część rośliny – czy pod kloszami na pewno było widać jak one rosną? A może myślałeś o pnączach.

 

– No wiesz…więk­szość ludzi… ―> Brak spacji po wielokropku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy,

 

podziękowania za opinię i przeczytanie. Błędy oczywiście poprawione! Cieszy mnie wielce, że czytało się nieźle :*

[...] chleb [...] ~ Honoriusz Balzac

Bardzo proszę, Tyranotytanie. Miło mi, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem fajne, nie spodziewałem się pana P.na końcu :) Momentami jest nieco naiwnie, ale humorystyczna konwencja tego tekstu sprzyja zawieszeniu niewiary w tych słabszych momentach.

W dwóch słowach: ciekawe opowiadanie.

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

A bardzo mi miło, bardzo miło, och tak jest momentami naiwne (chciałem tu dowcipnie wtrącić przykłady, ale jest ich za dużo…;))!

 

Ukłony

[...] chleb [...] ~ Honoriusz Balzac

Były wśród nich, małe zielone glutki, obślizgłe i podłużne istoty przypominające dżdżownice, albo zwaliste tapiropodobne olbrzymy o sześciu nogach.

Pierwszy przecinek i ten przed “albo” są niepotrzebne.

 

Skóra jego przypominała

Dziwny szyk zdania, powiedziałabym, że “Jego skóra przypominała” będzie brzmiało naturalniej.

 

– Spokojnie. Spokojnie – powiedział kosmita. – Ja (tu wskazał długim palcem na siebie) mam na imię Qxyv. A ty jak masz na imię?

Nie powinno się tak zapisywać dialogu. Zamiast nawiasu, raczej półpauzy.

 

Ogólnie opowiadanie całkiem fajne, pomysłowe, zabawne. Momentami miałam niestety wrażenie, że mnie nuży, nie wiem jednak, z czego to wynikało, bo akcja biegnie szybko. Może nie umiałam poczuć emocji astronauty. Moim zdaniem zakończenie nieco psuje wrażenie. Wyznanie miłości jest dla mnie również niezbyt zrozumiałe – dlaczego ono się tu pojawia? Że po ucieczce nagle zrozumiał, że Śmierć na niego cały czas czekała i za nim podążała? Że już ma dosyć życia? Nie przemawia to do mnie. 

Ale tak poza tym, jak mówiłam, to interesujący tekst, całkiem zgrabnie napisany.

Zostaw ten żyrandol.

Podziękownia za opinię i wyłapanie potknięć! 

 

No nie chcę się bawić za bardzo w interpretowanie własnego tekściku, ale z grubsza chodziło o to, że astronauta pogodził się wreszcie ze śmiercią, a czemu przyjęło to formę wyznania miłosnego? Ach! Obrazek był tak kiczowaty, że nie mogłem sobie odmówić tej wisienki na torcie!

 

Pozdrowienia!

 

[...] chleb [...] ~ Honoriusz Balzac

Ach, czyli jednak przerysowane pogodzenie się z losem. Kicz to taki trochę guilty pleasure, ale w tym wypadku jakoś mi nie zagrało. :D Dzięki za wyjaśnienie.

Zostaw ten żyrandol.

Nowa Fantastyka