- Opowiadanie: Kitku - Diabelski kamień

Diabelski kamień

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy, Łosiot, Irka_Luz

Oceny

Diabelski kamień

Ele­ganc­ka To­yo­ta mknę­ła w kie­run­ku upra­gnio­ne­go urlo­pu. "Na­resz­cie ko­niec tego ca­łe­go mar­ke­tin­gu, spo­tkań au­tor­skich, no i za­li­czek" – myśli Ra­fa­ła krą­ży­ły wokół kwoty prze­le­wu, bę­dą­cej ostat­nią czę­ścią ho­no­ra­rium. Wpraw­dzie spo­tka­nia au­tor­skie i zwią­za­ny z nimi dotyk sławy nawet lubił, ale na­rzu­co­ne przez wy­daw­nic­two tempo pro­mo­cji jego naj­now­szej książ­ki było mę­czą­ce. Głos na­wi­ga­cji wy­rwał pi­sa­rza z za­my­śle­nia, pro­wa­dząc go do zjaz­du na Gdańsk. Przed świa­tła­mi zdą­żył się już zro­bić korek.

"Wy­bi­ła pięt­na­sta" – za­ko­mu­ni­ko­wa­ło radio – "Za­pra­sza­my na wia­do­mo­ści. Kon­flikt ko­ali­cji z opo­zy­cją – czy sejm ogło­si wotum nie­uf­no­ści dla rządu? Ka­ta­stro­fa eko­lo­gicz­na na Pa­cy­fi­ku – in­cy­dent pod­czas od­wier­tów w po­szu­ki­wa­niu ropy naf­to­wej. Pi­ja­ny kie­row­ca au­to­bu­su wje­chał do morza, są ofia­ry. Te i inne in­for­ma­cje już za chwi­lę…" – Rafał wy­łą­czył radio, mając dość po­to­ku złych wie­ści. Po­wia­do­mie­nie z ser­dusz­kiem mi­gnę­ło na ekra­nie smart­fo­na. "Zofia lubi Cię!" – oznaj­mi­ła rand­ko­wa apli­ka­cja. Pi­sarz był świe­żo po za­koń­cze­niu mę­czą­ce­go związ­ku, łak­nął ko­bie­cej uwagi więc mo­men­tal­nie wle­pił wzrok w wy­świe­tlacz. Duże, nie­bie­skie oczy z wy­ra­zi­sty­mi brwia­mi, wąski nos, ostro za­ry­so­wa­ne kości po­licz­ko­we, ca­łość oko­lo­na brą­zo­wy­mi wło­sa­mi do ra­mion. "Cha­rak­ter­ny typ! Wiek: 33, dwa lata młod­sza – w sam raz!" – Za­czął kle­cić pierw­szą wia­do­mość. Z za­my­śle­nia wy­rwał go dźwięk klak­so­nu. Ale wcale nie zi­ry­to­wał, bo za­po­wia­dał się nie­naj­gor­szy wy­jazd!

*

Apar­ta­ment na pod­da­szu za­le­wa­ły pro­mie­nie za­cho­dzą­ce­go słoń­ca. Bryza wpa­da­ła przez okno, chło­dząc ciała ko­chan­ków. Nawet Ra­fa­ło­wi, uzna­ne­mu pi­sa­rzo­wi, nie­czę­sto zda­rza­ło się wy­lą­do­wać w łóżku po pierw­szej rand­ce. Jed­nak tym razem che­mię było czuć od pierw­szych słów. On pisał o mor­der­stwach – ona lu­bi­ła o nich czy­tać. On umie­ścił akcję ostat­niej po­wie­ści w mię­dzy­wo­jen­nym Wro­cła­wiu – ona w tym mie­ście ukoń­czy­ła stu­dia ar­che­olo­gicz­ne.

– Dla­cze­go wła­ści­wie wy­je­cha­łaś z Bre­slau? – pod­jął Rafał, za­cią­ga­jąc się pa­pie­ro­sem – Wspo­mi­na­łaś, że po­cho­dzisz z Dol­ne­go Ślą­ska. Czemu cię tak da­le­ko za­nio­sło?

– Uroki pol­skiej nauki. Z dok­to­ran­ta­mi to jest tak, że chęt­nie ich biorą, żeby miał kto ba­da­nia robić. Naj­le­piej, oczy­wi­ście, na kie­run­ki hu­ma­ni­stycz­ne gdzie nie ma sty­pen­dium.

– Niech zgad­nę – jak ar­che­olo­gia, na ten przy­kład?

– Tja, do­kład­nie – jak ar­cheo. Biorą chęt­nie, trzy­ma­ją czło­wie­ka la­ta­mi, żeby im wy­ni­ków na­pro­du­ko­wał… Ale po obro­nie pra­wie za­wsze mówią "do wi­dze­nia". Nie ma eta­tów.

– Czyli tylko w Dan­zi­gu mia­łaś szan­sę pracy w za­wo­dzie? A da się z tego w ogóle wyżyć?

– Co tak z nie­miec­ka wy­ma­wiasz? Taka poza, faj­niej ci brzmi niż po na­sze­mu? A może za­ka­mu­flo­wa­na opcja nie­miec­ka? – za­chi­cho­ta­ła dziew­czy­na.

 – Aj tam, od razu poza. Czę­sto piszę o przed­wo­jen­nych cza­sach. Moją naj­now­szą po­wieść osa­dzi­łem w re­aliach Wro­cła­wia lat dwu­dzie­stych, wtedy był on nie­miec­kim mia­stem… – wpadł w pro­fe­sjo­nal­ny ton.

– Hej, nie za­po­mi­naj, że mó­wisz do hi­sto­ry­ka! Wspo­mi­na­łeś już o tej swo­jej ostat­niej książ­ce, tak swoją drogą. – Uśmiech­nę­ła się. – A ko­lej­ną chcesz na­pi­sać o Gdań­sku, zna­czy się prze­pra­szam: o Freie Stadt Dan­zig?

– Być może, być może. Za­le­ży, czy znaj­dę tu od­po­wied­nie in­spi­ra­cje. Mój wy­daw­ca twier­dzi, że naj­le­piej prze­pla­tać ze sobą ga­tun­ki – raz wy­da­wać kry­mi­nał, a raz thril­ler. Za­le­ży zatem, czy znaj­dę coś od­po­wied­nio mrocz­ne­go w ka­szub­skich wie­rze­niach, albo…

– Albo w dru­go­wo­jen­nych lo­sach tych ziem? Nie mu­sisz da­le­ko szu­kać, tu w czter­dzie­stym pią­tym za każ­dym ro­giem strasz­ne rze­czy się dzia­ły. No, ale py­ta­łeś, czy da się wyżyć. Jasne, że nie! Dzia­łal­ność mam, po­śred­ni­czę w sprze­da­ży rę­ko­dzie­ła i bi­żu­te­rii hi­sto­rycz­nej. Skle­py in­ter­ne­to­we dla ar­ty­stów pro­wa­dzę. Bez tego to ja bym nie miała nawet na wa­ci­ki!

Roz­mo­wa prze­cią­gnę­ła się pra­wie do pół­no­cy. Znu­żo­na dziew­czy­na za­wi­nę­ła się w koł­drę, od­wró­ci­ła ple­ca­mi i w mig za­snę­ła. Do Ra­fa­ła tym­cza­sem sen długo nie chciał przyjść.

*

Lało jak z cebra, pi­sarz biegł chcąc zdą­żyć na naj­bliż­szy kurs promu. Udało się, wsko­czył pod bre­zen­to­wą budę, sa­do­wiąc mokry tyłek na drew­nia­nej ławce. Z głębi nurtu Mo­tła­wy roz­le­gło się bu­cze­nie sy­re­ny okrę­to­wej. Szarp­nę­ło. Spadł na sta­lo­wą pod­ło­gę, która za­czę­ła ucie­kać mu spod nóg. Po­kład sie prze­chy­lał! Rzu­cił się w tył, całym cia­łem, byle wspiąć się po sie­dze­niach, byle do wyj­ścia – na próż­no. Byle jak przy­twier­dzo­ne ławki wy­ła­my­wa­ły się z mo­co­wań, przy­gnia­ta­ły pa­sa­że­rów. Stra­cił grunt pod no­ga­mi, po­czuł jak wpada w zimną wodę. Ra­mio­na ma­cha­ły bez­sil­nie, nogi za­plą­ta­ły się w coś, usta na prze­mian otwie­ra­ły się i za­my­ka­ły. Chciał za­czerp­nąć tchu tak, by nie do­pu­ścić wody do płuc. Nie udało się, kłu­ją­ca, bo­le­sna, słona fala spły­nę­ła mu w pierś.

Rafał obu­dził się z gło­śnym char­cze­niem, aż dziw, że nie obu­dził Zofii. Sie­dział w mo­krej od potu po­ście­li, zer­k­nął w te­le­fon – mi­nę­ła za­le­d­wie go­dzi­na od kiedy ostat­ni raz pa­trzył. Tej nocy już nie udało mu się za­snąć.

Pijąc rano mocną kawę, pi­sarz po­sta­no­wił, że nie po­zwo­li pro­ble­mom z akli­ma­ty­za­cją ze­psuć długo wy­cze­ki­wa­ne­go urlo­pu. Po śnia­da­niu za­li­czył obo­wiąz­ko­wy spa­ce­rek koło fon­tan­ny Nep­tu­na, a po dzie­sią­tej mógł wresz­cie za­cząć to­ur­nee po mu­ze­ach. Pięć go­dzin póź­niej bo­la­ły go nogi, ale był za­do­wo­lo­ny z ob­co­wa­nia z apo­ka­lip­tycz­ny­mi wi­zja­mi Mem­lin­ga i ba­ro­ko­wy­mi wnę­trza­mi ku­piec­kich ka­mie­nic. Na do­da­tek udało mu się wy­cią­gnąć Zofię na obiad!

– Słu­chaj, mam na li­ście mu­zeum et­no­gra­ficz­ne – za­ga­ił Rafał znad pół­mi­ska owo­ców morza. – Ale jak znam pań­stwo­we muzea, praw­dzi­wych pe­re­łek tam nie znaj­dę. Jest w oko­li­cy Gdań­ska jakiś skan­sen ka­szub­ski albo coś po­dob­ne­go?

– Jasne, ale skan­sen jest od kul­tu­ry ma­te­rial­nej, od ar­chi­tek­tu­ry. A tyś coś wczo­raj gadał o mi­to­lo­giach i de­mo­nach.

– No tak, w za­sa­dzie to naj­lep­sza by­ła­by stara wiedź­ma, ale wiesz, wsty­dzi­łem się spy­tać.

– A wiesz, wcale nie. Gadka ze star­szy­mi ludź­mi, to zna­ko­mi­te źró­dło wie­dzy dla et­no­gra­fa. No, ale ja tu raz, że za krót­ko miesz­kam by ci wska­zać wła­ści­wą wio­skę, a dwa że to nie do końca moja spe­cjal­ność. Ar­cheo sięga trosz­kę daw­niej, o ja­kieś ty­siąc lat mi­ni­mum.

– Aha, no szko­da…

– Ale wiesz, w in­sty­tu­cie ko­le­żan­ka robi przy wie­rze­niach ka­szub­skich. Ostat­nio coś jej nie wi­du­ję, ale zo­sta­wi­ła sporo li­te­ra­tu­ry, no­ta­tek. Mogę cię tam wziąć nawet dziś, jak już ludzi nie bę­dzie. Ale pod jed­nym wa­run­kiem.

– Cie­ka­we jakim?

– Coś mi opo­wiesz. In­te­re­su­ją mnie lu­dzie. Na przy­kład ty: do­brze za­ra­biasz, za­kosz­to­wa­łeś sławy, gada się z tobą elo­kwent­nie. Na im­pre­zo­we­go lo­we­la­sa nie wy­glą­dasz. A jed­nak nie masz dziew­czy­ny.

– Ale skąd…

– Ko­bie­ca in­tu­icja. Twoje ciało mi pierw­szej nocy po­wie­dzia­ło, że ni­ko­go ze mną nie zdra­dzasz. A tak na po­waż­nie – ob­ser­wa­cje psy­cho­lo­gicz­ne. Coś się w twoim życiu uczu­cio­wym wy­da­rzy­ło i to nie­daw­no. Opo­wiesz mi o tym kie­dyś?

– Jasne, w sumie czemu nie.

– Świet­nie! No, to kończ te kal­ma­ry, już po czwar­tej, in­sty­tut pew­nie już pusty stoi.

*

In­sty­tut Hi­sto­rii Sztu­ki, Ar­che­olo­gii i Et­no­gra­fii to dzi­wacz­na kon­struk­cja. Nad samym Ka­na­łem Ra­du­ni przy­cup­nę­ła smu­kła ka­mie­nicz­ka z czer­wo­nej cegły. Ale za nią po­wo­jen­ni ar­chi­tek­ci wci­snę­li dwie sza­ro-żół­te, mo­der­ni­stycz­ne bryły, wy­glą­da­ją­ce tro­chę jak pu­deł­ka po bu­tach na­dzia­ne na płot. Ca­łość sta­no­wi wła­sność Uni­wer­sy­te­tu Gdań­skie­go i tam wła­śnie udali się po obie­dzie. Pokój do któ­re­go bez Zofii w życiu by nie tra­fił wy­glą­dał jak wy­ję­ty z póź­ne­go PRL-u. Sta­lo­we re­ga­ły z tecz­ka­mi, bro­szu­ra­mi i książ­ka­mi zaj­mo­wa­ły wszyst­kie ścia­ny, z małą prze­rwą na dwoje drzwi. Po­środ­ku stał sto­lik z ar­cha­icz­nym ki­ne­sko­po­wym mo­ni­to­rem. Wen­ty­la­tor za­bu­czał, gdy Zofia włą­czy­ła kom­pu­ter i na ekra­nie po­ja­wi­ło się logo Win­dow­sa. Rafał po­tarł szczy­pią­ce oczy, bez­sen­na noc da­wa­ła się we znaki. Coś przy­ku­ło jego uwagę. Na jed­nej z niż­szych półek spo­czy­wa­ło kilka ewi­dent­nie lu­do­wych wy­ro­bów – drew­nia­ne rzeź­bio­ne świąt­ki, a mię­dzy nimi…

Fi­gur­ka nie była duża, na wy­so­kość nie­wie­le więk­sza od otwar­tej dłoni. W sza­ra­wym ka­mie­niu przed­sta­wio­no ludz­ką po­stać przy­kuc­nię­tą na po­stu­men­cie. No, może nie do końca ludz­ką – z ple­ców syl­wet­ki wy­ra­sta­ły zło­żo­ne wzdłuż ciała skrzy­dła, zda­wa­ło­by się smo­cze. Sta­tu­et­ka była po­zba­wio­na głowy i wnio­sku­jąc z prze­bar­wień, otarć i ukru­szeń, wy­glą­da­ła na na­praw­dę starą. Na po­stu­men­cie dało się za­uwa­żyć za­tar­te zębem czasu li­te­ry.

– Co to za fi­gur­ka? – za­py­tał Rafał, nie ro­zu­mie­jąc czemu rzeź­ba tak go za­fa­scy­no­wa­ła.

– O, masz nosa! Wła­śnie nad nią ostat­nio pra­co­wa­ła Gosia. To po­gań­ski świą­tek ka­szub­ski, za­ska­ku­ją­co stary, wstęp­nie osza­co­wa­ła, że z XIII wieku. W ogóle z tym da­to­wa­niem miała nie lada pro­blem, bo wy­ni­ki ra­dio­wę­glo­we wy­cho­dzi­ły bar­dzo dzi­wacz­ne. W końcu jakiś pro­fe­sor geo­lo­gii jej za­na­li­zo­wał skałę i wy­szło że to praw­do­po­dob­nie me­te­oryt.

– Fa­scy­nu­ją­ce… – Pi­sarz nie mógł ode­rwać wzro­ku od rzeź­by. Za­uwa­żył, że dło­nie świąt­ka mają nie­na­tu­ral­nie dłu­gie pa­zu­ry, po­dob­nie jego stopy.

– Też tak po­my­śla­łam! Za­zwy­czaj nie kręci mnie po­gań­ska mi­to­lo­gia, ale ten po­są­żek jest za­gad­ką. Wy­obraź sobie, Gosia mó­wi­ła, że na co­ko­le są aż dwie grupy na­pi­sów! Ory­gi­nal­ne w więk­szo­ści za­tar­te. Nie udało się usta­lić co to był za al­fa­bet, być może sym­bo­le ob­raz­ko­we po­dob­ne do tych na po­są­gu Świa­to­wi­da ze Zbru­cza. Ale słu­chaj dalej! Są­dząc z kroju czcion­ki praw­do­po­dob­nie gdzieś w XIX wieku wy­ku­to nową in­skryp­cję, ła­ciń­skim al­fa­be­tem i to po ka­szub­sku!

– No co ty, już wtedy ist­niał język ka­szub­ski? – zdzi­wił się Rafał.

– Jasne że tak! Oj, mało wiesz o Ka­szu­bach jak widzę – par­sk­nę­ła Zofia – po­czy­taj to i owo zanim za­bie­rzesz się za po­wieść z akcją w tych oko­li­cach. Naj­star­sze ka­szub­skie tek­sty na­pi­sa­no już pod ko­niec XVI wieku!

– Masz rację, dla mnie Ka­szu­bi to chaty z pru­skie­go muru, ry­bac­kie le­gen­dy i ha­fto­wa­ne kwiat­ki. – Rafał nawet nie prze­jął się przy­ty­kiem dziew­czy­ny, za­pa­trzo­ny w cokół po­sąż­ku. Fak­tycz­nie roz­po­zna­wał li­te­ry, z przo­du dało się od­cy­fro­wać dwa słowa.

– RY­LICH SZO­LINC? Co to zna­czy? – spy­tał.

– Gośka miała nie­złe szczę­ście, że imię bożka się za­cho­wa­ło! A wła­ści­wie twier­dzi­ła, że to dwa imio­na. No bo Szôlińc to mor­ski duch burzy. Ten Ry­lich ni­ko­mu się z ni­czym nie ko­ja­rzył. A ona wy­kom­bi­no­wa­ła, że musi być w mi­to­lo­gii ka­szub­skiej jakiś stwór co wy­glą­da jak czło­wiek ze skrzy­dła­mi nie­to­pe­rza. No i zna­la­zła! Oka­za­ło się że Ry­lich to praw­do­po­dob­nie ina­czej sło­wiań­ski Ro­kit­nik, czyli nasz po­czci­wy, schry­stia­ni­zo­wa­ny dia­be­łek Ro­ki­ta!

– Fa­scy­nu­ją­ce muszą być takie po­szu­ki­wa­nia… Sie­dze­nie w sta­rych książ­kach ni­czym w daw­nych cza­sach!

– W książ­kach cza­sa­mi też, ale głów­nie w in­ter­ne­tach – roz­cza­ro­wa­ła go Zofia. – Nie ma już sie­dze­nia po­śród po­kry­tych pa­ję­czy­na­mi bi­blio­tecz­nych re­ga­łów z mrocz­ny­mi gry­mu­ara­mi, ty nie­po­praw­ny ro­man­ty­ku! Dobra, czas się zbie­rać! Zgra­łam ci na pen­dri­ve cały fol­der z bi­blio­gra­fią Gośki, tylko nie przy­zna­waj się, skąd to masz – po­gro­zi­ła pal­cem.

Gdy dziew­czy­na za­nur­ko­wa­ła pod stół by wy­łą­czyć li­stwy za­si­la­ją­ce, Rafał zro­bił coś, czego by się po sobie nigdy nie spo­dzie­wał. Zwin­nym ru­chem zwi­nął fi­gur­kę bożka z półki i wrzu­cił w od­mę­ty torby, którą miał na ra­mie­niu. Gdyby Zofia go przy­ła­pa­ła, na­praw­dę nie po­tra­fił­by wy­ja­śnić czemu to zro­bił. Ale ona już zga­si­ła świa­tło i cze­ka­ła w drzwiach na ko­ry­tarz, wy­raź­nie się spie­sząc. Nawet nie prze­jął się tym, że tym razem nie wy­ra­ża­ła chęci pój­ścia do niego na noc. Był zmę­czo­ny, wziął więc tak­sów­kę na Dolne Mia­sto. Gdy z mo­zo­łem wdra­pał się na pod­da­sze, buty i torbę rzu­cił w kąt, szyb­ko się umył i zwa­lił do łóżka.

*

Pi­sarz sie­dział zgar­bio­ny przy naf­to­wej lam­pie, za­wzię­cie prze­pi­su­jąc tekst z ja­kiejś an­tycz­nej, księ­gi. "Idio­to, co ty ro­bisz, ucie­kaj­my!" – ko­bie­cy krzyk, uchwyt sil­nej ręki, scho­dy w górę. Wy­szli z piw­ni­cy. Sy­re­ny wyły po­tę­pień­czo ponad pło­ną­cy­mi da­cha­mi, po­ty­ka­li się o stosy gruzu, ce­gieł, o ludz­kie zwło­ki… Szare niebo przed­świ­tu prze­ci­na­ły snopy re­flek­to­rów i smugi serii z dzia­łek prze­ciw­lot­ni­czych. Szarp­nię­cie, scho­dy w dół, za­tło­czo­ny ko­ry­tarz. Tra­fi­li do wiel­kiej hali schro­nu, wszyst­kie ławki były za­ję­te, lu­dzie stali, sie­dzie­li na pod­ło­dze. Po­śród szme­ru roz­mów i zdu­szo­nych krzy­ków stra­chu dało się roz­po­znać na­ra­sta­ją­cy szum. Nagły wrzask pa­ni­ki wzniósł się ponad gło­wa­mi, po­trą­co­ny pi­sarz za­chwiał się, po­czuł zimną wil­goć w bu­tach – bro­dził w wo­dzie! Zła­pał się kogoś, by za­cho­wać rów­no­wa­gę, zo­stał ode­pchnię­ty i zwa­lił się w spie­nio­ną ki­piel wzno­szą­cą się coraz wyżej nad po­sadz­ką. Nie chciał wy­pu­ścić księ­gi, chwi­lę wal­czył jedną ręką, aż za­mknę­ła się nad nim zimna toń.

Prze­mar­z­nię­ty Rafał wy­rwał się z kosz­ma­ru. Rzut oka na smart­fon po­ka­zał, że do rana zo­sta­ło jesz­cze wiele go­dzin. Wy­grze­bał z torby skra­dzio­ną fi­gur­kę i usta­wił na półce pod oknem. Rzeź­ba mie­ni­ła się w świe­tle księ­ży­ca, drob­ne zia­ren­ka cze­goś błysz­czą­ce­go tkwi­ły w ka­mie­niu. Ekran lap­to­pa oświe­tlał bladą twarz Ra­fa­ła, prze­glą­da­ją­ce­go pliki otrzy­ma­ne od Zofii. Gdy nad­szedł świt, rzeź­ba znów na­bra­ła od­cie­nia sza­ro-żół­tej skały. Ko­lej­ne pusz­ki ener­ge­ty­ków trzy­ma­ły pi­sa­rza na no­gach. Czuł, że musi roz­wi­kłać ta­jem­ni­cę fi­gur­ki. Tropy wy­raź­nie pro­wa­dzi­ły do przed­wo­jen­ne­go ka­szub­skie­go et­no­gra­fa i poety o imie­niu Alek­san­der La­bu­da. A kon­kret­nie do jego bar­dzo wcze­snych, nie­pu­bli­ko­wa­nych prac – nie­do­stęp­nych przez in­ter­net.

*

Bi­blio­te­ka Gdań­ska to istna perła neo­go­ty­ku, cudem oca­lo­na z wo­jen­nej po­żo­gi. Mo­der­ni­stycz­ni ar­chi­tek­ci obok jej sza­cow­ne­go gma­chu także wci­snę­li ni­ja­ki, prze­szklo­ny kloc, jed­nak na tym od­cin­ku Wa­ło­wej to urok po­dłuż­nych ostro­łu­ko­wych okien, wą­skich iglic i ce­gla­nych rozet przy­tła­czał no­wo­cze­sną plom­bę. "Praw­dzi­wa świą­ty­nia wie­dzy!" – my­ślał pi­sarz, prze­kra­cza­jąc dę­bo­we, okute wrota – "Może i je­stem nie­po­praw­nym ro­man­ty­kiem, ale zdaje się że to tu, a nie w in­ter­ne­to­wej no­wo­cze­sno­ści tkwi roz­wi­kła­nie za­gad­ki!".

Nie mylił się. Bi­blio­te­ka miała w zbio­rach po­cho­dzą­cy z 1927 roku ma­szy­no­pis au­tor­stwa Alek­san­dra La­bu­dy. Opra­co­wa­nie do­ty­czy­ło lo­kal­nych mitów i wie­rzeń, a oka­za­ło się na tyle kon­tro­wer­syj­ne, że po­dob­no księ­ża ka­to­lic­cy do­pro­wa­dzi­li do wy­rzu­ce­nia et­no­gra­fa-ama­to­ra z pracy w szko­le. Na po­żół­kłych stro­ni­cach znaj­do­wa­ła się in­te­re­su­ją­ca mie­szan­ka pol­sz­czy­zny i ka­szubsz­czy­zny, Rafał szyb­ko do­tarł do listy stwo­rów wod­nych:

"Mùmôcz je mëri duch wòdny, sprôwca to­pil­ców. Fi­zjo­no­mię ma jako żaba wiel­ka z cia­łem ludz­kiem no prze­ogrom­nem. Zie­lon­ka­we śli­pia ma, ogrom­ny łeb, pysk szy­ro­ki a zę­ba­ty ni­czym u szczu­pa­ka i wokół ob­wi­słe, grube są wargi.

Ro­czit­nik je duch wie­jów i sztor­mów, ògra­dzan cza­ro­dzejnëch roscënków. Wy­obra­że­nia jego uka­zu­ją człe­ka dia­bo­licz­ne­go ze skrzy­dła­mi nie­to­py­rza i ko­py­ta­mi libo szpo­na­mi.

Szôlińc je mëri demón pòdbie­żannégò wòdo­wisz­cza, przëcziń­ca szôlonëch mòrzczich wie­jów. Lu­dzie z oko­lic Strzep­cza ma­wia­ją: Śpi Szôlińc w swoje chëcze w Ry­lich. Gdy jed­nak gwiaz­dy sprzy­ja­ją Złemu może on ze snu po­wstać, a won­czas znisz­cze­nie strasz­ne siał bę­dzie, jeno sługi jego oca­le­ją. Prze­to oneg­daj by­wa­ło, że po­śród Czar­cich Ka­mie­ni lu­dzie sła­be­go serca gro­ma­dzi­li się u bał­wa­na z odłam­ka owych ka­mie­ni uczy­nio­ne­go. A idol ten strasz­ną po­stać Szôlińca miał przed­sta­wiać: człe­ko­wa­ty a prze­ogrom­ny, łbem ośmior­ni­cy ob­da­rzo­ny, szpo­nia­sty a łuską po­kry­ty, na ple­cach jego skrzy­dła smo­cze.

Dla ba­da­cza dziw­nym być się wy­da­je ba­ja­nie, iż Szôlińc macki chwyt­ne po­sia­da u łba na obraz ośmior­ni­cy. Zwie­rzę to nad Bał­ty­kiem nie jest znane, takoż wy­nieść można teo­ry­ję, iż wpły­wy rzym­skie bądź grec­kie na ka­szub­skiej mi­to­lo­gii pięt­no swe ongiś od­ci­snąć mu­sia­ły."

To było ni­czym ob­ja­wie­nie – Ra­fa­ła ogar­nę­ła eu­fo­ria. Udało mu się od­kryć ta­jem­ni­cę sprzed wie­ków! Na do­da­tek hi­sto­ria mrocz­ne­go bożka czczo­ne­go po­ta­jem­nie przez wie­śnia­ków brzmia­ła jak ide­al­na oś fa­bu­ły dla no­we­go thril­le­ra. Pi­sarz spraw­nie ob­fo­to­gra­fo­wał ma­szy­no­pis, po wyj­ściu z bi­blio­te­ki za­dzwo­nił do Zofii – aku­rat miała czas na spo­tka­nie w ka­wiar­ni.

– Ty wiesz, że zna­la­złem w bi­blio­te­ce roz­wią­za­nie za­gad­ki tej fi­gur­ki? Wcale nie w in­ter­ne­tach tylko na po­żół­kłym pa­pie­rze oglą­da­nym pod krzy­żo­wym, go­tyc­kim skle­pie­niem czy­tel­ni! Tylko pa­ję­czyn bra­ko­wa­ło – ro­ze­śmiał się Rafał.

– Ja­kiej za­gad­ki? – Zofia wy­glą­da­ła na nie­obec­ną, co chwi­la zer­ka­ła w te­le­fon.

– No tej fi­gur­ki, którą… – ugryzł się w język w ostat­nim mo­men­cie, nim po­wie­dział "którą mam na półce".

– Ach, już wiem. Tego bożka co Gosia opi­sy­wa­ła. No, co usta­li­łeś, drogi Wat­so­nie?

– Przed­wo­jen­ny ba­dacz Ka­szub usta­lił, nie ja. W pracy niejakiego La­bu­dy jest opis iden­tycz­ne­go bożka i ry­tu­ałów od­pra­wia­nych na jego cześć! A naj­cie­kaw­sze, że nie po­zwo­lo­no mu opu­bli­ko­wać tych badań, a nawet wy­la­no go za nie z ro­bo­ty w szko­le! We­dług przed­mo­wy za­łą­czo­nej do ory­gi­nal­ne­go ma­szy­no­pi­su, ka­to­li­kom z lo­kal­nych władz i księ­dzu nie spodo­ba­ło się że La­bu­da, po­cho­dzą­cy z pro­te­stanc­kiej ro­dzi­ny, pisze o po­gań­skich zwy­cza­jach i su­ge­ru­je ja­ko­by nadal czczo­no bożki na Ka­szu­bach.

– Ty, to na­praw­dę in­te­re­su­ją­ce! I cał­kiem lo­gicz­ne, Ka­szu­bi w II Rze­czy­po­spo­li­tej nie mieli łatwo,  czę­sto uzna­wa­no ich za ży­wioł nie­pew­ny, pro­nie­miec­ki. I co, my­ślisz, że masz już temat na ko­lej­ną książ­kę?

– Skąd wie­dzia­łaś? – zdzi­wił się pi­sarz, który wła­śnie chciał się po­chwa­lić no­wy­mi po­my­sła­mi.

– Ko­bie­ca in­tu­icja, oczy­wi­ście. – Mru­gnę­ła do niego. – No, a w te­ma­cie in­tu­icji – je­steś mi coś wi­nien za te wy­nie­sio­ne z in­sty­tu­tu pliki, praw­da?

– No tak, racja. Od czego by tu za­cząć…

– Po­wiedz jak miała na imię i dla­cze­go już nie je­ste­ście razem. – Bez­po­śred­niość Zofii spe­szy­ła pi­sa­rza.

– Ma­ry­sia się na­zy­wa­ła. Ze­rwa­łem z nią coś ponad ty­dzień temu. Już nie mo­głem wy­trzy­mać…

– Co się stało? Co było nie tak? – Głos dziew­czy­ny zda­wał się za­tro­ska­ny.

– Z nią samą coś było… Cza­sa­mi była sobą i wtedy żyło się razem cu­dow­nie. Ale w ciągu chwi­li po­tra­fi­ło jej się od­mie­nić. Nagle za­czy­na­ła na­rze­kać na swoje ciało, że jest brzyd­ka i stara – a miała 25 lat i ciał­ko mo­del­ki! Prze­sta­wa­ła wy­cho­dzić z domu, sprzą­tać po sobie. Jak się to zda­rzy­ło raz i drugi, my­śla­łem – de­pre­sja. Nawet ją na­mó­wi­łem na psy­chia­trę, brała ja­kieś leki. Nic to nie da­wa­ło. W kółko to samo. A cza­sa­mi miała od­chy­ły w drugą stro­nę. Szła w im­pre­zo­we tango i wra­ca­ła pi­ja­na, nie pa­mię­ta­jąc, co i z kim ro­bi­ła. Wy­dzwa­nia­li do niej dziw­ni lu­dzie. Wkrę­ca­ła się w ko­lek­cjo­no­wa­nie za­ba­wek i zno­si­ła tego całe hałdy do domu. Całą forsę wydać potrafiła. A potem nagle jej się nu­dzi­ło i to wszyst­ko le­ża­ło. Po­tra­fi­ła potem nie pa­mię­tać, skąd ma tą czy tamtą rzecz albo po co ją ku­pi­ła. Sta­ra­łem się, na­praw­dę się sta­ra­łem…

– Wie­rzę, że się sta­ra­łeś. Ale to mi brzmi jak po­waż­ne za­bu­rze­nie. Nic nie mo­głeś zro­bić.

– Wiem wła­śnie. Ona potem za­pi­sa­ła się sama do szpi­ta­la w Twor­kach, to taki psy­chia­tryk…

– Wiem, nie uro­dzi­łam się wczo­raj! Że nie je­stem z War­sza­wy nie znaczy, że świa­ta nie znam! – za­śmia­ła się. – Cie­ka­wa hi­sto­ria swoją drogą, tak z boku pa­trząc. Może też kie­dyś zro­bisz z niej książ­kę! A wra­ca­jąc do tej hi­sto­rii z boż­kiem…

Przy ko­lej­nej kawie i ciast­kach od­by­li pa­sjo­nu­ją­cą dys­ku­sję o hi­sto­rii Ka­szub. Wła­ści­wie głów­nie Zofia sy­pa­ła fak­ta­mi i da­ta­mi, a pi­sarz do­py­ty­wał i sta­rał się za­pa­mię­tać co cie­kaw­sze wątki. Nie­we­so­łe wspo­mnie­nia ostat­nich mie­się­cy związ­ku z Ma­ry­sią znów zbla­dły i zo­sta­ły za­mie­cio­ne pod dywan świa­do­mo­ści. Et­no­gra­ficz­na dys­ku­sja zda­wa­ła się bar­dzo roz­pa­lać umysł Zofii, Rafał za­czął więc mieć na­dzie­ję, że może znów spę­dzą razem noc. Pró­bo­wał coś po­flir­to­wać, za­su­ge­ro­wać – lecz wtedy wła­śnie dziew­czy­na spoj­rza­ła w te­le­fon i za­szo­ko­wa­na późną go­dzi­ną za­czę­ła się zbie­rać.

Za­wie­dzio­ny wró­cił do apar­ta­men­tu, by zgrać zdję­cia i spi­sać usły­sza­ne cie­ka­wost­ki. Fi­gur­ka przed­sta­wia­ją­ca – teraz już wie­dział z pew­no­ścią – Szôlińca, nadal stała pod oknem. Wpa­trzył się w nią, wy­obra­ża­jąc sobie po­twor­ną głowę ze zwi­sa­ją­cy­mi mac­ka­mi. I do­znał olśnie­nia – znał prze­cież tę po­stać! Tylko jakim cudem isto­ta z opo­wia­dań Lo­ve­cra­fta, po­ja­wi­ła się na Ka­szu­bach? Za­głę­bił się w od­mę­tach in­ter­ne­tu. I za­drżał – praca La­bu­dy opi­su­ją­ca idola była star­sza niż ame­ry­kań­skie opo­wia­da­nie! A prze­cież wąt­pli­we, by pi­sarz z Pro­vi­den­ce w ogóle sły­szał o pol­skim folk­lo­rze. Wkrót­ce wujek Go­ogle zdra­dził, że w po­cząt­kach ze­szłe­go wieku z ogrom­ne­go Dwor­ca Mor­skie­go w Gdyni wy­pły­nę­ło do Ame­ry­ki wielu Ka­szu­bów. Może emi­gran­ci przy­wieź­li za ocean lu­do­we wie­rze­nia? Wy­da­wa­ło się to moż­li­we, choć we­dług Wi­ki­pe­dii Lo­ve­craft znany był z po­gar­dy dla lud­no­ści na­pły­wo­wej. Dziw­ne, gdyby miał zna­jo­mych wśród pol­skiej bie­do­ty. Zatem może trop o grec­ko-rzym­skim po­cho­dze­niu bożka? Rafał za­wzię­cie prze­szu­ki­wał ko­lej­ne stro­ny, za­peł­niał prze­glą­dar­kę dzie­siąt­ka­mi otwar­tych kart i na­bie­rał prze­ko­na­nia, że od­po­wie­dzi nie znaj­dzie tak łatwo. Znu­żo­ny nie spo­strzegł, gdy za­padł w nie­spo­koj­ny sen.

*

Noc za­pa­dła nad Go­ten­ha­fen, po­śród le­ni­wie pa­da­ją­ce­go śnie­gu po­tęż­ne ciel­sko pa­sa­żer­skie­go li­niow­ca wy­cho­dzi­ło w morze. Ob­ser­wu­ją­cy od­da­la­ją­ce się na­brze­że pi­sarz wsu­nął rękę do wa­li­zecz­ki i na­ma­cał ko­ją­cy w do­ty­ku ka­mień. Fi­gur­ka była przy­jem­nie chro­po­wa­ta. Ro­zej­rzał się, sta­tek był skraj­nie prze­peł­nio­ny, na­le­ża­ło szyb­ko za­trosz­czyć się o kąt do spa­nia. Pod po­kła­dem ci­snę­ły się masy ko­biet, dzie­ci, star­ców, ale i pie­lę­gniar­ki oraz ranni żoł­nie­rze. Przy­cup­nąw­szy na stop­niu scho­dów za­wi­nię­ty w płaszcz pi­sarz za­padł w sen. Z drzem­ki wy­rwa­ło go szarp­nię­cie i krzy­ki. Mi­nę­li go prze­ra­że­ni lu­dzie w kom­plet­nie prze­mo­czo­nych ubra­niach, do­my­ślił się co za­szło i ru­szył za nimi. Pod­ło­ga pod no­ga­mi za­uwa­żal­nie się prze­chy­li­ła, do­tarł wyżej, na prze­szklo­ną pro­me­na­dę bie­gną­cą wzdłuż ka­dłu­ba. Wtem pod­ło­ga ucie­kła mu spod nóg, upadł na me­ta­lo­wą ścia­nę, spoj­rzał w górę – okna stały się su­fi­tem. Kosz­mar­nie zimna woda nagle się­gnę­ła ko­stek, kolan, pasa… Pi­sarz stra­cił opar­cie pod sto­pa­mi, szkla­ny sufit coraz bar­dziej się zbli­żał. Udało mu się ude­rzyć ne­se­se­rem w szybę. Woda się­gnę­ła szyi, pa­ra­li­żu­ją­ce zimno spra­wi­ło, że nie po­czuł bólu gdy płyn­ny lód zalał mu płuca.

Rafał spadł z łóżka na­bi­ja­jąc sobie guza. Roz­pro­szo­ne na dro­bi­nach kurzu pro­mie­nie po­ran­ne­go świa­tła ota­cza­ły fi­gur­kę bożka, spra­wia­jąc wra­że­nie świe­tli­stych macek. Pi­sarz otrzą­snął się z resz­tek po­nu­re­go snu, przy śnia­da­niu przy­po­mniał sobie o od­kry­ciach do­ko­na­nych nocą. Lap­top nadal był włą­czo­ny, więc z za­pa­łem za­nu­rzył się w in­ter­ne­to­wej toni. Do po­łu­dnia udało mu się usta­lić, że z wy­jąt­kiem Kra­ke­na ani u Gre­ków ani Rzy­mian nie wy­stę­po­wa­ły de­mo­ny, a tym bar­dziej bó­stwa choć tro­chę pa­su­ją­ce do jego fi­gur­ki. Nie za­uwa­żył nawet, że za­czął trak­to­wać skra­dzio­ną rzeź­bę jako swoją wła­sność. Całą uwagę sku­pił na dru­gim tro­pie – po­mor­skich emi­gran­tach. Od­na­lazł ar­ty­ku­ły o pol­skich dia­spo­rach w Rhode Is­land, ale nie po­tra­fił zwe­ry­fi­ko­wać, czy była tam jakaś za­mknię­ta spo­łecz­ność ka­szub­ska. Po­sta­no­wił więc za­dzwo­nić do Zofii. Peł­nym za­pa­łu gło­sem zre­fe­ro­wał jej swoje nie­daw­ne od­kry­cia.

– Chyba się za bar­dzo wkrę­ci­łeś w te po­szu­ki­wa­nia, wiesz? Gdzie Lo­ve­craft a gdzie ja­kieś lo­kal­ne pol­skie ba­ja­nia! Masz po­je­dyn­cze źró­dło, jakiś ma­szy­no­pis, i już na jego pod­sta­wie tak od­waż­nie wnio­sku­jesz?

– No, ale słu­chaj, ten La­bu­da opi­sał iden­tycz­ne­go stwo­ra na rok przed Lo­ve­cra­ftem! – emo­cjo­no­wał się Rafał. – Trze­ba spraw­dzić, czy jacyś Ka­szu­bi nie emi­gro­wa­li do pół­noc­no-wschod­nich Sta­nów! Gdzie znaj­dę takie szcze­gó­ło­we info?

– Wiesz, faj­nie się z tobą ga­da­ło, ale teraz tro­chę prze­sa­dzasz. Jest po­łu­dnie, ja sie­dzę w ro­bo­cie, wiesz? A zresz­tą, po­cze­kaj chwi­lę. – w te­le­fo­nie roz­le­gły się trza­ski a po chwi­li par­sk­nię­cie Zofii. – A tak w ogóle to nie ma sensu ta twoja teo­ria. Wła­śnie spraw­dzi­łam w necie, "Zew Cthul­hu" zo­stał na­pi­sa­ny dwa lata przed pu­bli­ka­cją. A rok przed da­to­wa­niem tego two­je­go ta­jem­ni­cze­go ma­szy­no­pi­su!

– Czyli w drugą stro­nę? La­bu­da in­spi­ro­wał się ame­ry­kań­skim opo­wia­da­niem? Ale to bez sensu! – krzyk­nął Rafał.

– Coś ty taki na­rwa­ny? Serio, od­bi­ja ci. To zbieg oko­licz­no­ści. Mi­to­lo­gie są pełne ludzi z gło­wa­mi lwów, krów i in­nych kro­ko­dy­li – dla­cze­go nie ośmior­ni­ca? A jeśli to nie przy­pa­dek, to rów­nie do­brze ktoś mógł temu La­bu­dzie sprze­dać ście­mę. Jakiś ma­ry­narz na przy­kład ze stat­ku z USA, który czy­tał Weird Tales czy inne tego typu szma­tław­ce. Wtedy była moda na ohyd­ne, mac­ko­wa­te stwo­ry.

– Ale jak usta­lić jak było? Czy byli Ka­szu­bi wśród emi­gran­tów do USA? – Rafał igno­ru­jąc wy­wo­dy dziew­czy­ny, trzy­mał się swo­je­go po­my­słu.

– Czło­wie­ku, od­puść! Albo wiesz, dobra – jedź do Gdyni, po­py­taj w Mu­zeum Emi­gra­cji. Tylko nie za­po­mnij im szcze­gó­ło­wo opo­wie­dzieć o Lo­ve­craf­cie i tym strasz­nym bożku z fi­gur­ki! – Pi­sarz nie za­uwa­żył ewi­dent­nej zło­śli­wo­ści w gło­sie dziew­czy­ny.

– Jest takie mu­zeum? Rety, dzię­ki, nie wie­dzia­łem! Po­je­dziesz tam ze mną?

– Że co? Ty już kom­plet­nie zwa­rio­wa­łeś, jak ta twoja dziew­czy­na!

– No, ale twoja wie­dza mo­gła­by się przy­dać no i roz­wi­kła­li­by­śmy ta­jem­ni­cę! My­śla­łem, że lu­bisz takie za­gad­ki z prze­szło­ści…

– Dzie­cia­ku, ogar­nij się! Ja ro­bo­tę mam, to ty je­steś na wa­ka­cjach. Faj­nie jest po pracy po­ga­dać przy kawie o cie­ka­wost­kach, ale nie mam za­mia­ru bawić się z tobą w In­dia­nę Jo­ne­sa i Larę Croft do ja­snej cho­le­ry!

– Ale prze­cież pierw­szej nocy… – głos pi­sa­rza drżał.

– No, spa­li­śmy ze sobą, raz, było tak sobie. No i co z tego? – krzyk­nę­ła w słu­chaw­kę, a gdy za­miast od­po­wie­dzi usły­sza­ła szloch, po pro­stu się roz­łą­czy­ła.

*

Do Gdyni do­tarł póź­nym po­po­łu­dniem. Nie po­my­ślał by spraw­dzić go­dzi­ny otwar­cia mu­zeum, które oka­za­ło się być już nie­czyn­ne. Włó­czył się więc bez celu sze­ro­ki­mi ale­ja­mi po­śród szpa­le­rów mo­der­ni­stycz­nych ka­mie­nic. W tor­bie czuł miły cię­żar ka­mien­nej fi­gur­ki. Nie miał po­ję­cia dokąd za­wę­dro­wał. Zmierz­cha­ło, gdy jego uwagę przy­kuł za­par­ko­wa­ny sa­mo­chód. Wie­dzio­ny ab­sur­dal­nym in­stynk­tem, ukrył się mię­dzy po­jaz­da­mi po prze­ciw­nej stro­nie nad­mor­skiej ulicz­ki. Przy ob­ser­wo­wa­nym wozie krę­ci­ło się trzech męż­czyzn, otwo­rzy­li ba­gaż­nik… W żół­ta­wym świe­tle ulicz­nej lampy bły­snął po­są­żek. Rafał był ab­so­lut­nie pe­wien, wi­dział wy­raź­nie: w sa­mo­cho­dzie znaj­do­wa­ła się nie­ma­ła rzeź­ba ja­kiejś isto­ty przy­cup­nię­tej na po­stu­men­cie. Łu­dzą­co po­dob­na do jego wła­snej, tyle, że ponad trzy razy wyż­sza. Męż­czyź­ni za­kry­li ją że­glar­skim wor­kiem i we trój­kę za­nie­śli gdzieś w głąb za­bu­do­wań. Pi­sarz nie wahał się, na­tych­miast po­dą­żył za nimi. Oka­za­ło się, że alej­ka pro­wa­dzi pro­sto mię­dzy wydmy i dalej nad morze. Z plaży wgry­za­ły się w za­to­kę be­to­no­we po­mo­sty. Przy jed­nym z nich cu­mo­wał spory, peł­no­mor­ski jacht. Do niego wła­śnie szła trój­ka męż­czyzn. Paź­dzier­ni­ko­wy zmrok za­pa­dał szyb­ko, Rafał nie­zau­wa­żo­ny skrył się mię­dzy fa­lo­chro­na­mi na plaży. Bu­ja­ją­cy się biały ka­dłub było nie­źle widać. Na rufie miał pod­wie­szo­ny pon­ton, przy­kry­ty bre­zen­to­wym po­krow­cem. Pi­sarz nie my­ślał, nie za­sta­na­wiał się. Gdy wszyst­kie syl­wet­ki wi­docz­ne na jach­cie znik­nę­ły pod po­kła­dem, ru­szył de­li­kat­nym truch­tem po be­to­no­wej kon­struk­cji w głąb morza. Rzu­cił się na brzuch tuż przy rufie jach­tu, cięż­ko od­dy­cha­jąc. Nic się nie dzia­ło, nikt go nie za­uwa­żył. Za to w kok­pi­cie łodzi widać było do­pie­ro co wnie­sio­ny pa­ku­nek z rzeź­bą. Jego widok dodał Ra­fa­ło­wi zde­cy­do­wa­nia – pod­pełzł do kra­wę­dzi, spu­ścił nogi w dół i sta­nął na bu­ja­ją­cym się po­kła­dzie. Kuc­nął i wpełzł pod po­kro­wiec roz­po­star­ty nad pon­to­nem ra­tun­ko­wym. Wkrót­ce łódź ru­szy­ła w morze.

Naj­bar­dziej wy­su­nię­ta na pół­noc dziel­ni­ca Gdyni nosi miano Ba­bich Dołów, choć nie­miec­ka nazwa He­xen­grund czyli "Wiedź­mo­we Pole" le­piej od­da­je grozę tego miej­sca, z jed­nej stro­ny oswo­jo­ne­go i za­mie­nio­ne­go w ku­rort, z dru­giej prze­ora­ne­go tran­sze­ja­mi i bun­kra­mi z cza­sów ostat­niej wojny oraz sta­no­wią­ce­go mo­gi­łę dla licz­nych nadal nie­od­na­le­zio­nych po­le­głych. Na wy­so­ko­ści tej wła­śnie oko­li­cy, ster­cząc wprost z mor­skich wód za­to­ki, wzno­si się be­to­no­wa ruina z ma­je­sta­tycz­ną, in­du­strial­ną wieżą – ośro­dek badań nad tor­pe­da­mi hi­tle­row­skiej Krieg­sma­ri­ne.

W księ­ży­co­wą noc po­sęp­na bryła "tor­pe­dow­ni" od­ci­na­ła się na tle nieba. Jacht zmie­rzał do wy­ła­nia­ją­cej się z mroku ruiny nieco ją okrą­ża­jąc. Rafał wyj­rzał spod po­krow­ca. Be­to­no­we ścia­ny ster­cza­ły wprost z morza, wspi­na­jąc się na wy­so­kość dwóch pię­ter. Bu­dy­nek nie miał dachu, przez puste oczo­do­ły okien mi­go­ta­ły gwiaz­dy. Ca­łość zbu­do­wa­no na pla­nie kan­cia­stej pod­ko­wy, ni­czym przed­wo­jen­ną ka­mie­ni­cę – z naj­dłuż­szej, fron­to­wej ścia­ny ster­cza­ła ni­czym ka­ry­ka­tu­ral­na ozdo­ba in­du­strial­nej ele­wa­cji kil­ku­pię­tro­wa wieża. We­wnątrz, w miej­scu gdzie po­win­no być po­dwór­ko, znaj­do­wał się tylko fa­lu­ją­cy basen, oto­czo­ny trze­ma skrzy­dła­mi bu­dow­li. Tam wła­śnie kie­ro­wa­ła się łódź.

Po pięt­na­stu mi­nu­tach zda­wa­ło się, że cała za­ło­ga ze­szła z jach­tu i roz­pły­nę­ła w mrocz­nych ko­ry­ta­rzach be­to­no­we­go mo­nu­men­tu. Nie­ste­ty, za­bra­li ze sobą także posąg. Rafał wy­gra­mo­lił się z pon­to­nu i po po­zo­sta­wio­nej skła­da­nej dra­bin­ce wdra­pał się na nie­wia­ry­god­nie wy­so­kie na­brze­że. O dziwo, wi­dział cał­kiem do­brze, gdy sie­dział tyle czasu pod plan­de­ką oczy mu­sia­ły przy­zwy­cza­ić się do ciem­no­ści. Oka­za­ło się, że "po­dwór­ko" bu­dow­li to nie tylko woda. U stóp po­sęp­nej wieży roz­po­ście­rał się spory kawał betonowego dzie­dziń­ca, za­ro­śnię­te­go trawą. Roz­świe­tla­ły go nie­zli­czo­ne pło­my­ki świec, uło­żo­ne re­gu­lar­nie wokół pło­ną­ce­go na środ­ku spo­re­go ogni­ska. We­wnątrz kręgu widać było kil­ka­na­ście a może wię­cej ludz­kich syl­we­tek.

"W jegò chëcze Ry­lich Szôlińc spòcziwô mar­twi w spiku!" – Za­wo­dze­nie w dziw­nym ję­zy­ku tak za­sko­czy­ło pi­sa­rza, że mu­siał za­tkać sobie usta, by nie pi­snąć ze stra­chu. Po­sta­cie kro­czą­ce wokół ognia odzia­ne były w ja­kieś dzi­wacz­ne, dłu­gie szaty. Jeden głos in­to­no­wał słowa, na­stęp­nie chó­rem po­wta­rza­no je po trzy­kroć, ni­czym na mszy. Ko­lej­ne wersy za­głu­szył szum fal.

Rafał wbrew wszel­kim in­stynk­tom za­czął pod­kra­dać się bli­żej, prze­my­ka­jąc wzdłuż sy­pią­cych się ścian i mar­twych otwo­rów okien­nych. Zanim to zo­ba­czył, już wie­dział że po­śród ognia spo­czy­wa fi­gu­ra którą nie­śli nie­zna­jo­mi męż­czyź­ni. Posąg, wy­wyż­szo­ny jakby na oł­ta­rzu, ota­cza­ły pie­czo­ło­wi­cie uło­żo­ne pry­zmy drew­na – ca­łość wy­glą­da­ła ni­czym stos dla cza­row­ni­cy. W bla­sku pło­mie­ni rzeź­ba mie­ni­ła się istną fe­erią barw – pur­pu­rą, fio­le­tem, czer­wie­nią, po­ma­rań­czą, prze­bły­ska­mi bieli. Pi­sarz, ukry­ty za be­to­no­wym fi­la­rem tuż obok wej­ścia na za­ro­śnię­ty dzie­dzi­niec, wy­raź­nie do­strze­gał zna­jo­me kształ­ty po­gań­skie­go bożka. Przy­sa­dzi­stą, ni­by-ludz­ką syl­wet­kę ze skrzy­dła­mi jak u nie­to­pe­rza oraz dzi­wacz­ną głową, z któ­rej w miej­scu ust zwi­sa­ły kłęby macek.

"W mio­nie jegò zdrzë niżi, zdrzë na òjca!" – Słowa, w któ­rych Rafał za­czy­nał do­my­ślać się ka­szubsz­czy­zny, in­kan­to­wa­ła po­stać sto­ją­ca naj­bli­żej ognia, twa­rzą do oto­czo­nej pło­mie­nia­mi rzeź­by.

"Szôlińc spòcziwô, zdrzë na Mùmôcza!" – od­po­wia­dał po­mruk tłumu. Teraz pi­sarz za­uwa­żył, że także w oknach na obu pię­trach ota­cza­ją­cych dzie­dzi­niec ma­ja­czy­ły syl­wet­ki, wiele z nich trzy­ma­ło świe­ce czy lam­pio­ny.

"Z głãbòkòsci Bôłta przëszli dzec­ka Mùmôcza!" – Pro­wa­dzą­cy ob­rzęd uniósł obie ręce nad głową. Roz­cza­pie­rzo­ne palce od­ci­na­ły się czar­no na tle hu­la­ją­ce­go ognia. Pi­sarz prze­tarł oczy, ale nadal wi­dział to samo – za­ry­sy dłoni ka­pła­na przy­po­mi­na­ły ra­czej żabie czy kacze koń­czy­ny, niźli ludz­kie! Serce Ra­fa­ła biło sza­leń­czo jakby chcia­ło wy­rwać się i sa­mot­nie uciec. Od­dech przy­spie­szył, rwał się, świsz­cząc. Okrzy­ki do­bie­ga­ją­ce za­rów­no od ogni­ska jak i znad głowy były coraz in­ten­syw­niej­sze:

"Sława stôrim brzą­twom! Sława Mùmôczu!" – wy­krzy­ki­wał ka­płan

Wiatr ją wyć w okien­nych otwo­rach i pu­stym ko­mi­nie wieży, przy­no­sząc smród gni­ją­cej ryby. Morze biło wście­kły­mi bał­wa­na­mi w żel­be­to­wy fun­da­ment, bry­zga­jąc na ogień, na świe­ce i ze­bra­ne w kręgu isto­ty. Kro­ple wody były cie­płe… Rafał za­marł, wpa­trzo­ny w ciem­nie­ją­cą wieżę. Coś za­bie­ra­ło świa­tło księ­ży­ca prze­ty­ka­ją­ce otwo­ry okien i dziu­ry w ścia­nach. Coś wzno­si­ło się, ota­cza­ło po­nie­miec­ki mo­nu­ment, coś prze­ogrom­ne­go. W końcu pi­sarz spoj­rzał na oto­czo­ny sta­lo­wą ga­le­ryj­ką czu­bek wieży i zmar­twiał. Nie mógł mru­gnąć, zda­wa­ło się, że serce mu sta­nę­ło. Be­to­no­wą kon­struk­cję ota­cza­ły grube macki, a jej szczyt obej­mo­wa­ły nie­wia­ry­god­nie wiel­kie, bło­nia­ste, żabie łap­ska. A ponad wieżą… Ponad nią widać było ro­pu­cho­wa­to-rybi łeb z wy­łu­pia­sty­mi ocza­mi, płe­two­wa­tym grze­bie­niem na czub­ku…

"Fi­zjo­no­mię ma jako żaba wiel­ka z cia­łem ludz­kiem no prze­ogrom­nem. Zie­lon­ka­we śli­pia ma, ogrom­ny łeb, pysk szy­ro­ki a zę­ba­ty ni­czym u szczu­pa­ka i wokół ob­wi­słe, grube są wargi" – za­baw­ne, ar­cha­icz­ne słowa ma­szy­no­pi­su Alek­san­dra La­bu­dy wy­pły­nę­ły z pa­mię­ci Ra­fa­ła. Tym razem nie wy­wo­ła­ły we­so­ło­ści. Na­ma­cal­ność tego co zo­ba­czył zwa­li­ła się na świa­do­mość pi­sa­rza, przy­gnio­tła ni­czym la­wi­na. Choć ma­rzy­ciel­ski, to jed­nak w grun­cie rze­czy ra­cjo­nal­ny umysł nie był w sta­nie udźwi­gnąć otrzy­my­wa­nej wszyst­ki­mi zmy­sła­mi in­for­ma­cji. Pod­dał się ni­czym kom­pu­ter wy­świe­tla­ją­cy nie­bie­ski ekran kry­tycz­ne­go błędu. Pi­sarz zro­bił kilka sztyw­nych kro­ków, aż jego nogi na­tra­fi­ły na pust­kę. Wzbu­rzo­ne wody za­to­ki li­to­ści­wie za­mknę­ły się nad nim.

*

Pi­sarz ze­rwał się z łóżka, la­kie­ro­wa­na na biało me­ta­lo­wa rama za­skrzy­pia­ła. Wy­raź­nie sły­szał na­ra­sta­ją­cy dźwięk sy­re­ny prze­ciw­m­giel­nej. W pa­ni­ce na­ma­cał czu­bek wy­sta­ją­cej śruby i bo­le­śnie za­dra­pał się w dłoń. Ból. Krew. Tym razem to nie był sen. W noz­drza ude­rzył rybi za­pach. Pa­cjent zo­ba­czył jak na ścia­ny i sufit wpeł­za rdza­wy cień a farba pła­ta­mi od­pa­da, od­sła­nia­jąc mokrą cegłę. Są­sied­nie łóżka za­mie­nia­ły się w sko­ro­do­wa­ne szkie­le­ty, szyby okien po­kry­wa­ły smo­li­ste za­cie­ki. Zer­k­nął na pod­ło­gę i wrza­snął. Po spę­ka­nych, po­ła­ma­nych ka­fel­kach wiły się nie­zli­czo­ne macki. Wła­sny krzyk otrzeź­wił pi­sa­rza, wy­rwał ze stu­po­ru. Pa­cjent rzu­cił się susem w stro­nę drzwi, wy­padł na ko­ry­tarz, czu­jąc jak ośli­zgłe od­nó­ża opla­ta­ją mu kost­ki, łydki. Upadł. Za­czął drzeć się w nie­bo­gło­sy, nie prze­rwał gdy w ko­ry­ta­rzu roz­bły­sło świa­tło, ani gdy przy­trzy­ma­ła go dy­żu­ru­ją­ca pie­lę­gniar­ka, do­pie­ro po­da­ny przez le­ka­rza do­żyl­ny zastrzyk uspo­ko­ił roz­sza­la­ły or­ga­nizm. Ale nie ode­gnał wizji, po pro­stu ze­pchnął je do pod­świa­do­mo­ści.

Ogro­dy Cen­trum Zdro­wia Psy­chicz­ne­go w Twor­kach są w za­sa­dzie spo­rym par­kiem. Pa­cjen­ci cier­pią­cy na umiar­ko­wa­ne za­bu­rze­nia psy­cho­tycz­ne jak co dzień wy­szli na spa­cer, dys­kret­nie pil­no­wa­ni przez pie­lę­gniar­ki. Wyszła też szczu­pła, ru­do­wło­sa Ma­ry­sia, która mogła spa­ce­ro­wać, kiedy chcia­ła, gdyż po­zo­sta­wała w le­cze­niu wy­łącz­nie na wła­sną proś­bę. Ob­ser­wu­jąc grup­kę pa­cjen­tów ze zdzi­wie­niem roz­po­zna­ła w sie­dzą­cym na ławce, nieco na ubo­czu czło­wie­ku swo­je­go by­łe­go part­ne­ra.

– Rafał, to ty? – za­py­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem.

Pod­niósł wzrok. Była pięk­na, po­mi­mo spodni od dresu i gru­be­go swe­tra, mimo braku ma­ki­ja­żu. Ta de­li­kat­na twarz, którą tyle razy ca­ło­wał. Zie­lo­ne oczy, nie­na­tu­ral­nie dłu­gie rzęsy. Jej wąska talia, wi­docz­na nawet pod cie­płym ubio­rem…

– Ja – od­parł z re­zy­gna­cją. – Mo­żesz się ze mnie śmiać. Ga­da­łem, że na­da­jesz się do psy­chia­try­ka a patrz, sam tu tra­fi­łem.

Nie miała za­mia­ru się z niego na­igry­wać. Schudł, włosy mu się prze­rze­dzi­ły, gar­bił się, ści­ska­jąc coś w ręku. Na nad­garst­kach miał na­ry­so­wa­ne czy wy­ta­tu­owa­ne ja­kieś znaki, po chwi­li roz­po­zna­ła pen­ta­gram w okrę­gu i gwiaz­dę Da­wi­da. Okul­ty­stycz­ne sym­bo­le ochron­ne.

– Mogę się przy­siąść? – spy­ta­ła

Ski­nął głową.

– Co się z Tobą stało? W coś się wpa­ko­wa­łeś w cza­sie swo­ich po­szu­ki­wań in­spi­ra­cji? Jakaś sekta? – wy­pa­li­ła, do­pie­ro po chwi­li re­flek­tu­jąc się, że chyba za bar­dzo na­rzu­ci­ła się z tym gra­dem pytań.

Ale Rafał bar­dzo chciał się wy­ga­dać. Roz­su­nął dło­nie, po­ka­zał bez­gło­wy po­są­żek. Nie miał po­ję­cia, jak przedmiot zna­lazł się wraz z nim pod War­sza­wą, ale fi­gu­ro­wał w spi­sie rze­czy oso­bi­stych jako "po­są­żek pa­miąt­ko­wy". Mógł go od­bie­rać z de­po­zy­tu na czas spa­ce­rów. Od tej rzeź­by wła­śnie za­czął opo­wieść. Ma­ry­sia słu­cha­ła, nie prze­ry­wa­jąc. Gdy skoń­czył zdzi­wił się, że nie pa­trzy­ła na niego jak na wa­ria­ta. Niby też była pa­cjent­ką, ale jej nie­gdyś mę­czą­ce dwu­bie­gu­no­we za­bu­rze­nia oso­bo­wo­ści zda­wa­ły się drob­nost­ką przy jego ab­sur­dal­nych dzia­ła­niach i nie­stwo­rzo­nych wi­zjach mor­skich de­mo­nów.

Wtem wiatr przy­niósł nikły za­pach ryby. Rafał już wie­dział… Ale przecież nigdy jesz­cze nie do­pa­dło go to na ze­wnątrz! Sku­lił się, spo­strze­gł­szy że cały park do­ko­ła po­kry­wa się po­wy­krę­ca­ny­mi ka­ry­ka­tu­ra­mi drzew. Nie­od­le­gły pa­wi­lon szpi­tal­ny był już tylko prze­gni­łą ruiną, zie­ją­cą czar­ny­mi śle­pia­mi wy­pa­lo­nych okien. W pa­ni­ce spoj­rzał na ści­ska­ną w dłoni fi­gur­kę, potem na Ma­ry­się. Jej spo­koj­ne oczy i za­tro­ska­na mina nie pa­so­wa­ły do kosz­ma­ru. Po­czuł jej dotyk. Dziew­czy­na wy­łu­ska­ła mu sta­tu­et­kę z pal­ców. Wizja zrazu za­trzy­ma­ła się, drga­jąc ni­czym stop­klat­ka na ma­gne­to­wi­do­wej ka­se­cie, by na­stęp­nie ustą­pić miej­sca rze­czy­wi­sto­ści. Tylko de­li­kat­ny swąd ryb nadal był wy­czu­wal­ny.

– Jak, jak? – wy­ją­kał Rafał. – Wi­dzia­łaś to? Za­trzy­ma­łaś? Ale jak?

– Wi­dzia­łam twoje prze­ra­że­nie. Do­my­śli­łam się, że po­ka­za­li ci coś bar­dzo złego.

– Kto po­ka­zał?

– Oni. Wiel­cy Przed­wiecz­ni. Prze­cież sam mi opo­wia­da­łeś, że prze­kro­czy­łeś gra­ni­cę. Uj­rza­łeś coś, czego nie po­wi­nie­neś był uj­rzeć.

– Prze­cież to tylko li­te­rac­ki wy­mysł! Jacy przed­wiecz­ni? A nawet jeśli, prze­cież oni mieli spać czy coś!

– Spali, to praw­da. Ale nie tak dawno był wy­pa­dek pod­czas po­szu­ki­wań ropy, wszę­dzie o tym mó­wio­no. Nikt nie lubi jak mu są­siad wier­ci nad głową, praw­da?

– Żar­tu­jesz? Skąd to wszyst­ko wiesz? W ogóle dla­cze­go to coś na cie­bie nie dzia­ła? – Wska­zał na fi­gur­kę spo­czy­wa­ją­cą w jej smu­kłych, bla­dych pal­cach. Teraz, gdy ode­bra­ła mu ją i prze­ła­ma­ła mrocz­ne wizje nagle zwa­li­ła się na niego świa­do­mość ab­sur­du tego, co nawy­ra­biał. Nie mógł pojąć, dla­cze­go ukradł rzeź­bę, czemu tak się na jej punk­cie za­fik­so­wał, dla­cze­go po­lazł za ja­ki­miś ludź­mi nio­są­cy­mi po­dob­ną sta­tu­et­kę…

– Do­pro­wa­dzi­ła cię do sza­leń­stwa. A na mnie nie dzia­ła. Dziw­ne, praw­da? – spoj­rza­ła na niego z ukosa. – Mam pewną teo­rię. Nie da się zro­bić wa­ria­ta z kogoś, kto już nim jest. Moja oso­bo­wość i tak jest zmien­na, nie­sta­bil­na. Leki i te­ra­pia po­ma­ga­ją, ale za­bu­rze­nie nadal gdzieś we mnie tkwi.

– Zna­czy… Cho­rzy psy­chicz­nie są od­por­ni? Nie da się ich bar­dziej zwa­rio­wać?

– Na to by wy­cho­dzi­ło.

– A co z Lo­ve­cra­ftem? Opi­sy­wał praw­dzi­we rze­czy? Też był psy­chicz­ny, że wi­dział to wszyst­ko i nic mu się nie stało?

– Ja wiem, czy wi­dział? Może tylko zbie­rał okru­chy opo­wie­ści i ubie­rał w barw­ne li­te­rac­kie fa­ta­łasz­ki. O ileż le­piej brzmi ry­tu­ał w stylu vo­odoo wy­krzy­cza­ny po­śród ba­gien w ję­zy­ku ob­cych, niż paru chło­pów za­wo­dzą­cych po ka­szub­sku pośród omsza­łych Dia­bel­skich Ka­mie­ni w ja­kiejś Pol­sce?

– Skąd ty to wszyst­ko wiesz? Mu­sisz mi po­opo­wia­dać, bę­dzie ma­te­ria­łu na kilka po­wie­ści!

– Ty sam je­steś takim tro­chę Lo­ve­cra­ftem, wiesz? Jego na­zwi­sko ozna­cza twór­cę mi­ło­ści. Tym­cza­sem co on two­rzył? Hor­ro­ry, opo­wie­ści o stra­chu i sza­leń­stwie. A dla­cze­go? Po czę­ści, jak sam przy­znał, by mieć z czego żyć. A po czę­ści pie­lę­gno­wał nie­prze­pra­co­wa­ną trau­mę zwią­za­ną z cho­rym psy­chicz­nie ojcem. A ty co ro­bisz? Pi­szesz o mor­der­stwach, bru­tal­no­ści, prze­mo­cy. Bo lu­dzie tego chcą, tym się żywią i za to ci płacą.

– Od kiedy ty na­śmie­wasz się z fa­scy­na­cji mro­kiem i hor­ro­rem? Ty, która czy­ta­łaś do po­dusz­ki Klu­cze Sa­lo­mo­na i nur­ko­wa­łaś w okul­tyzm jak wydra za ło­so­sia­mi?

– Wi­dzisz, każdy ma w życiu swój cel i wszyst­ko dzie­je się z ja­kie­goś po­wo­du. Ja wła­śnie zro­zu­mia­łam, że moje in­fan­tyl­ne fa­scy­na­cje du­cha­mi jed­nak na coś się przy­da­dzą. – Wsta­ła i ujęła fi­gur­kę w obie dło­nie. – Wezmę ją ze sobą. Życzę ci zdro­wia, postanowiłam że wy­pi­su­ję się ze szpi­ta­la.

– Jak to? Mu­sisz mi prze­cież opo­wie­dzieć skąd to wszyst­ko wiesz! O wier­ce­niu, przed­wiecz­nych, o wszyst­kim! Dzię­ki tobie ten mrok nie wraca, a jak pój­dziesz to… Nie zo­sta­wiaj mnie!

– To ty mnie zo­sta­wi­łeś zanim wy­je­cha­łeś na urlop, już nie pa­mię­tasz? – Od­gar­nę­ła za­lot­nie rudy ko­smyk z twa­rzy. – Mam na­dzie­ję, że ci się opła­ci­ło i kogoś faj­ne­go wy­rwa­łeś!

– Pro­szę, nie od­chodź! Ja prze­pra­szam, nie chcia­łem, to nie tak…

– Chcia­łeś, chcia­łeś. A teraz wy­bacz mi, muszę już le­cieć. – Nie od­wró­ci­ła się, sły­sząc za sobą łka­nie i bła­ga­nia. Wiatr tań­czył w ru­dych ko­smy­kach, niosąc delikatny za­pach ryb. Mu­sia­ła się po­spie­szyć z wy­pi­sem, jeśli chcia­ła zła­pać nocny po­ciąg do Gdań­ska.

Koniec

Komentarze

Mùmôcz je mëri duch wòdny, sprôwca topilców

Hej, Kitku! Powyższym cytatem i kaszubską atmosferą tekstu kupiłeś mnie od momentu jej pojawienia się, bardzo lubię motywy regionalne w tekstach. A kult Mumacza to już w ogóle coś wspaniałego. Konstrukcyjnie trochę odciążyłabym początek, bo tekst dość powoli się zaczyna. Aczkolwiek końcówka wynagradza. Będzie klikane.

Pozdrawiam.

Dobry wieczór

Gratuluję bardzo udanego opowiadania. Pomysł na wykorzystanie motywu kaszubskiego jest rewelacyjny, a zmiksowanie go z klimatami lovecraftovskimi dało naprawdę fajny efekt. Podoba mi się, jak pod koniec wracają elementy, które pojawiają się wcześniej jakby mimochodem (wypadek przy wydobyciu ropy, czy w ogóle postać Marysi). 

Napisane ładnie, sugestywnie i wciągająco, czyta się przyjemnie i bez nudy. 

Zakończenie nie satysfakcjonuje, mam wrażenie, że je mocno przyciąłeś ze względu na limit znaków – wyszło pośpiesznie, wyłozone na szybko, byle się spięło. 

Ale, ogólnie super sprawa.

 

No i wisienka na torcie dla mnie – rzecz się dzieje “u mnie” w Gdańsku i w Gdyni, wrzucileś nawet torpedownię, no rewelka :)

Dziękuję za komentarze! To prawda, oryginalnie opowiadanie wyszło na 50k znaków i musiałem je ciąć. Wyleciał cały akapit z zakończenia, sny też są mocno zubożone. Ale cieszę się, że nadal tekst budzi zainteresowanie! ;)

Pytanie do Autora i Łosiota – macie jakieś źródła o Mumaczu zrozumiałe bez znajomości kaszubskiego? Pytam, bo może mi się to bardzo przydać >maślane oczy<.

Najobszerniej i po naszemu jest chyba tu:

http://magazynkaszuby.pl/2018/10/demony-kaszubskie-czesto-widuje-je-lesie/

 

No i oczywiście u samego Aleksandra Labudy w książce “Bogowie i duchy naszych przodków”.

 

Można też napisać do kaszebsko.com albo magazynkaszuby.pl – myślę, że z chęcią pomogą :)

 

Generalnie mam wrażenie, że mumocz to taki odpowiednik słowiańskiego utopca vel wodnika, więc z opowieści o nich też można czerpać inspiracje.

Dzięki za nakierowanie i linka! W sumie to taka mocno rozbudowana, ciekawsza wersja wodnika, więc trochę zaczęłam się nim interesować. Tutaj moje spojrzenie na jego postać.

Pozdrawiam!

Dobre to było. Podobało mi się wykorzystanie rodzimych demonów, zdecydowanie wyróżnia to Twoje opko na tle innych. Czyta się płynnie, parę razy trafiłam na błędny zapis dialogów, na przykład:

– Ale przecież pierwszej nocy… – głos pisarza drżał.

– Ale przecież pierwszej nocy… – Głos pisarza drżał.

 

ale nie jest tego wiele. Fantastycznie opisałeś miasta, widać wysiłek włożony w research. Połknęłam na raz.

Zakończenie mnie rozczarowało. Spodziewałam się czegoś mocniejszego i mam wrażenie, że trochę się wycofałeś.

Ale kliczka i tak dam :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzięki za komentarze! Opisy miast mi wychodzą, bo umieszczam akcje tam gdzie bywałem, mam też fioła na punkcie architektury ;)

 

Co widzicie rozczarowującego w zakończeniu? Mało mroczne, krwawe, przemocowe? Za mało rozwinięta postać Marysi?

 

Jest przycięte, po kulminacji w torpedowni była jeszcze scena z lekarzem i ratownikiem, którzy odsyłają wyłowionego szaleńca do Warszawy i nagle dostają zgłoszenie o wypadku statku na Zatoce. I ostatni akapit, w którym Marysia jedzie pociągiem, już się nie wstydzi choroby, bierze leki mimo krzywych spojrzeń ludzi. Zdaje się w jakiś sposób panować nad mrocznymi wizjami i 'rybim odorem' które za nią podążają ale jej nie prześladują. Z pomocą tych zjawisk dziewczyna podświadomie przepędza z przedziału śmiejących się z niej kolesi.

 

Ogólnym pomysłem było ukazanie, że osoby chore psychicznie są odporne na szaleństwo sprowadzane przez Cthulhu, któremu ulegają 'normalni' ludzie, jak główny bohater. I tylko szaleńcy mają szanse w spotkaniu z Przedwiecznym, są niewrażliwi na jego broń, bo nie można dwa razy oszaleć.

Sprawnie piszesz, ale… za długo. Jest tu wiele fragmentów, które są zwyczajnie zbyt długie, za bardzo rozpisane, nadające się do skrócenia. Albo zmienienia. W każdym razie gdzieś po drodze traci się dynamika, momentami zaczynałem trochę skakać po akapitach.

Z drugiej strony widać, że to kwestie, które da się naprawić i pewnie gdyby tekst odleżał, to za jakiś czas mógłbyś go poprawić.

Na plus eksploatacja czegoś spoza standardowego schematu – Kaszubi może i są w trendzie, ale akurat w fantastyce nieczęsto.

Z uwag ogólnych – niektóre akapity dobijają nawet pod 2000 znaków, to naprawdę za dużo, te najdłuższe warto dzielić na krótsze, bo to ułatwia czytanie.

Ogólnie nie mam nie wiadomo jakich wrażeń z tego tekstu, ale koniec wyszedł, mi się wydaje, ze jest mocny – więc jak widać te same rzeczy rożni ludzie oceniają w różny sposób ;-)

 

Przeczytane, komentarz później.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Nowa Fantastyka