- Opowiadanie: Zanais - Dziewczynka na skraju zatoki

Dziewczynka na skraju zatoki

Cóż, różne są inspiracje.

Podziękowania dla Arnubisa za betę i cenne uwagi.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Dziewczynka na skraju zatoki

Tej zimy nie tylko ludzie byli głodni.

Brudna sukienka szurała o popękane klepisko. Ella skończyła rozpalać krzesiwem płomyczek w palenisku i teraz na czworakach podchodziła do Kamyka. Zwinięty na starym kocyku piesek sypiał ostatnio coraz dłużej i częściej. Boki mu się zapadły, a kości wystawały, jakby zamierzały lada chwila przebić skórę. Ella wyciągnęła dłoń i zaczęła wodzić paluszkami po psim brzuszku, opuszkami delikatnie naciskając zakryte brązowym futerkiem żeberka.

– Raz, dwa, trzy… – przerwała liczenie i zagryzła wargę, próbując przypomnieć sobie kolejną liczbę. – Mama mówi, że jesteś głodny i dlatego cię boli. – Nachyliła się do uszka Kamyka. – To tak jak mnie.

Pogłaskała ciepły łeb. Piesek obrócił na nią czarne oczka, strzygąc uszkami na znak, że słucha.

Ella wyjęła z ust duży guzik. Niedbale wytarła go o sukienkę, następnie położyła przed białym pyskiem.

– Mamusia mi dała. Na brzuszek. Jak będziesz go ssał, to będzie mniej bolało.

Kamyk wyciągnął język, powoli oblizał guzik i zamknął oczy.

– Nie potrafisz, prawda? – Ella zwiesiła głowę. Parę długich jasnych włosków spadło na twarz. Odgarnęła niesforny kosmyk, westchnęła głęboko, po czym włożyła guzik z powrotem do buzi. Ostrożnie wzięła pieska w ramiona. Był taki leciutki! Przytuliła się do niego policzkiem i zakołysała. Kiedyś znów będą razem biegać i bawić się cały dzień jak wtedy, gdy tata przyniósł go z targu – małą włochatą kulkę o barwie polnych kamieni.

Drzwi do izby otworzyły się gwałtownie. Ella dostała gęsiej skórki od powiewu zimowego mrozu, który nieubłaganie wdzierał się do środka chaty.

– Mama! – krzyknęła. Guzik wypadł z buzi na podłogę. Szybko podniosła go i schowała do kieszeni.

Mama weszła, czym prędzej zatrzasnęła drzwi. Prawie niknęła w grubych warstwach ubrania. Chudymi rękami zaczęła się powoli rozbierać. Zmizerniała twarz z podkrążonymi oczami i sinymi ustami sprawiała wrażenie, jakby ulepiono ją z wosku.

– Dobrze spałaś? – spytała i zakaszlała mocno.

– Tak. Czy dziś coś zjemy? Proszę. Jestem głodna i Kamyk też.

Ella nie musiała czekać na odpowiedź. Widziała ją na zmęczonej twarzy. Znów nic. Łzy napłynęły jej do oczu. Przytuliła się do mamy. Jej zimne ubranie cuchnęło wilgocią.

Nie było jedzenia. Została samotna chata na brzegu zatoki, z której pouciekały ryby, otoczona martwym lasem bez zwierzyny i leśnym runem ukrytym pod całunem grubego śniegu.

Mama nie mogła nawet pójść do wioski niedaleko. Mówiła, że nic tam już nie ma, bo źli żołnierze zniszczyli i spalili całą wieś. Kilka razy Ella spróbowała zapytać, co się stało z mieszkańcami. Z miłą panią Kamillą, która ostatniego lata dała jej wielkiego brązowego piernika, albo z panem Fesjanem i jego śmiesznymi kotkami, ale mama strasznie się wtedy denerwowała i nie chciała odpowiadać. Może uciekli przed żołnierzami? Ciekawe, kiedy wrócą? Ella nie chciała być tu sama z mamą i Kamykiem! Dlaczego tata musiał wypłynąć i dlaczego nie wraca? Dlaczego?! Chciał złowić więcej ryb, ale nie wracał już bardzo, bardzo długo. A przecież sam mówił, że nigdy nie wypłynie daleko w morze. Czasem, wieczorami, opowiadał Elli o podwodnych krainach i strasznych stworach z głębin lasu, a ona nakrywała się kocem, wystawiając tylko szeroko otwarte oczy. Kochała te chwile, nawet pomimo strachu – głęboki, silny głos taty, ciepły kąt i łagodny blask buzującego w palenisku ognia.   

Poczuła na włosach chłodną dłoń.

– Może pójdziesz nad wodę, Ello? Wypatrywać tatusia. A ja… ja poszukam czegoś do jedzenia.

Ella zagryzła wargi, aby nie płakać. Czasem wychodziła na skraj zatoki, popatrzeć na spokojne wody oraz szukać wzrokiem rybackiej łodzi z ojcem w środku.

– Już ciemno. Boję się.

Mama odepchnęła Ellę i podeszła do półki. Wzięła osełkę.

– Przecież znasz drogę, skarbie – powiedziała, wciąż odwrócona.

– A potwory? Tata mówił, że w ciemności żyją straszne stwory i… w morzu też i…

– Nie ma się czego bać.

– Ale tata mówił…

– Jesteśmy same! – ucięła mama. Cienie tańczyły na jej plecach. – To tylko bajki. Idź! – krzyknęła ostro.

Ella opuściła ramiona.

– Dobrze. Ubiorę się.

Odwróciła się, otarła oczy z łez, które nie wiadomo skąd się tam wzięły, i podeszła do dużej stojącej w zakurzonym kącie skrzyni z ubraniami. Założyła ciepłą kamizelkę z baraniego futra oraz czapeczkę. Na stopy wciągnęła grube skórzane butki, które tata kupił jej latem w wiosce, gdy złowił naprawdę dużo ryb. Zanim uciekły. Zanim odpłynął.

A może naprawdę jej się poszczęści i znajdzie coś na brzegu zatoki? Kiedyś trafiła na martwego ptaka, innym razem fale wyrzuciły na piasek śniętą rybkę.

– Uściskałaś Kamyka? – Mama patrzyła w ogień. Na jej twarzy wykwitł ciemny rumieniec o niezdrowym odcieniu.

Ella zawróciła spod drzwi. Jak mogła zapomnieć?! Objęła słabego psiaka. Na uchu poczuła delikatne muśnięcie mokrego języka.

– Bądź grzeczny – rozkazała, patrząc w czarne ślepia. Oczywiście, niepotrzebnie. Kamyk zawsze był grzeczny.

Otworzyła drzwi i ruszyła po zasypanej ścieżce. Nieustępliwy mróz podszczypywał policzki. Stawiała kroki ostrożnie, bez pośpiechu. Obracała głowę, rozglądała się, nasłuchiwała dźwięków, czujna i spięta. Skrzypienie śniegu pod stopami przypominało złośliwy rechot podziemnych ślepych stworów. Czy słyszy oddech nienazwanego upiora spomiędzy kniei, czy swój własny? A co, jeśli żołnierze, którzy spalili wioskę, przyjdą i tu? Może już teraz siedzą w pobliżu, obserwują w ukryciu i ostrzą długie noże? Plamy ciemności wśród drzew i krzewów łączyły się, zamieniały w powykręcane kreatury, odrażające, wielkie i… głodne. Zalane mrokiem lasy zdawały się poruszać, drzewa wyciągać długie ostre szpony.

Nie!

Nic tam nie ma. Świat zamarł w bezruchu niczym malunek na ścianie. Ani szumu fal, ani trzeszczenia nagich gałęzi; żadnych przybyszów czy zwierząt. Była jedynie ona, sama wśród martwej ciemności. Zacisnęła wargi, wbijając ząbki w język.

Nic tam nie ma – tak mówiła mama – tylko biały puch pod ciepłymi butami, obojętne drzewa i spokojne morze.

Na pewno.

Zeszła po łagodnym zboczu. Stanęła na zaśnieżonej plaży.

Woda w zatoce wyglądała niczym szklana tafla, prócz jednego wystającego punktu – wielkiego i gładkiego od fal kamienia, zwanego przez tatę Samotnym Opiekunem. Przed nim woda sięgała Elli do kolan, dalej dno opadało stromo i niespodziewanie.

Ella przeszukała kawałek plaży, ale nie znalazła niczego do jedzenia. Przykucnęła zmęczona, rysując paluszkiem w śniegu. Zamrugała powiekami, by powstrzymać łzy. Płacz na mrozie to nic przyjemnego. Przekonała się o tym nie raz.

Ciemność pęczniała, pożerała świat.

– Pomóż mi!

Ella uniosła głowę w stronę chaty. Prócz światła sączącego się przez zamknięte okiennice – znaku, że mama rozpaliła ogień – nie zobaczyła nikogo na szarym śniegu.

– Tutaj, kochanie!

Głos dochodził od strony… morza. Ella wstała i podeszła na skraj wody.

Ujrzała głęboki cień na spokojnej tafli wody, ledwie zarys ciemniejszy od zmierzchu. Słyszała powolny, miarowy plusk wioseł.

– Tata? – wyszeptała. Gula w gardle, którą nagle poczuła, niemal odebrała jej głos.

– Skarbie!

Rozchlapując lodowatą wodę, Ella popędziła prosto w morze, zapłakana, ale z uśmiechem na ustach.

– Tata! – krzyknęła w końcu, drżąc z zimna.

Zatrzymała się przy Opiekunie. Kilka kroków dalej czyhała głębia. Ella zmrużyła oczy, ale postać wioślarza, pracującego ciężko, by dopłynąć łodzią, zdawała się nieruchoma. Słyszała jego chrapliwy, wymęczony oddech.

– Skarbie, nie podchodź bliżej, to niebezpieczne – powiedział z ciemności.

– Tato, dlaczego tak długo nie wracałeś? – pisnęła. Nagle słowa nie chciały przestać płynąć. – Nie mamy co jeść! Jestem głodna, mama i Kamyk też i nic tu nie ma… i… i…

Coś wyleciało z łódki i plusnęło przy Elli, wzbijając fontannę kropel.

– Ryby, córeczko. Weź je. Świeże, dobre ryby. Musisz mi pomóc, kochanie. Mam kłopoty z łodzią. Nie, nie wchodź tutaj! – krzyknął, gdy Ella zrobiła ostrożny krok. Była gotowa popłynąć, byle pomóc tacie. – Czy mama może tu przyjść… albo ktoś jeszcze? Przyprowadzisz ich?

– Ale… – Przecież ona i mama zostały same. Wioski już nie ma. Ach! Tata wypłynął wcześniej i o tym nie wie.

– Jestem tylko ja i mama, tatusiu.

– Więc biegnij po nią, kochanie. Szybko!

Ella nie zapomniała o podarunku.

Para dużych ryb, oplątanych czymś, czego nie mogła dostrzec, leżała w wodzie. Czym prędzej je podniosła. Pod palcami wyczuła oślizgłe łuski i splecione wodorosty.

Pieczona ryba, zupa z ryby, wędzona ryba, duszona ryba. Teraz wszystko będzie dobrze. Tata wrócił i sprawi, że wszyscy przeżyją zimę.

Przyciskając ryby do piersi jak najdroższy skarb, Ella pobiegła na brzeg. Trzęsła się od przejmującego chłodu; zimna woda chlapała na sukienkę i kamizelkę, drażniła ostrym dotykiem gołą skórę.

Jednak Ella biegła, szczęśliwa i radosna, choć w ciągu ostatnich tygodni prawie zapomniała, jakie to uczucie. Jak dobrze, że poszła nad wodę. Powie mamie, że tata wrócił! Powie mamie!

Na plaży potknęła się i upadła w puszysty śnieg, z trudem wstała i ruszyła dalej.

– Mamo! – krzyknęła zachrypnięta. – Mamo… – Głos zastygł w gardle. Oddechy tworzyły w powietrzu wielokształtne chmury. Oblepiona śniegiem, z rękoma drętwiejącymi od ciężaru ryb, biegła najszybciej jak potrafiła, słaniając się wśród wszechobecnej ciszy. Blask ognia zza okiennic przyciągał ją jak nocną ćmę. Jeszcze nigdy ścieżka na górę nie wydawał się tak stroma i długa.

Te głupie, głupie nogi! Dlaczego nie chciały zrozumieć, że tata wrócił i potrzebuje pomocy?

W końcu dotarła do chaty. Zatrzymał ją gęsty zapach. Wciągnęła nozdrzami lodowate powietrze.

Jedzenie! Usta wypełniły się śliną, aż musiała głośno przełknąć.

Na chwilę wszelkie myśli zniknęły, a nogi same zaczęły iść.

Przez szpary sączył się cudowny aromat. Ella otworzyła skrzypiące drzwi.

– Tata… – wydusiła z siebie.

W zawieszonym nad paleniskiem garnku coś bulgotało. Obok klęczała mama, trzymając nóż, zastygła z pustym wyrazem twarzy i rozszerzonymi oczami.

Rękawy miała podwinięte, dłonie pokryte czymś czerwonym. A przy niej…

Ella nabrała głęboko powietrza, czując, jak podłoga ucieka jej spod nóg. Przytrzymała się drzwi.

Leżał nieruchomo. Mały i brązowy, z futerkiem sklejonym błyszczącą od blasku krwią. Łapki zakrywały pyszczek, jakby Kamyk wstydził się pokazać swej przyjaciółce w tym stanie.

Matka coś mówiła, ale Ella nic nie słyszała.

Chciała z całej siły zamknąć oczy, ale powieki, jak na złość, się nie słuchały.

Zabiła go. Zabiła i już nie ma Kamyka. Pozostał zlepek drobnych kości i mokrej sierści.

Zrobiła krok do przodu, potem jeszcze jeden. W głowie miała jedną myśl, jedno pragnienie – rzucić się na matkę z pięściami, bić i krzyczeć, wrzeszczeć, aż z płuc dobędzie się ochrypły skowyt.

Ale zdołała tylko iść powoli, chłonąc mdłe ciepło chaty oraz fetor gotowanego mięsa. Rzuciła ryby na ziemię. Grube, tłuściutkie dorsze o szarych łuskach, zaplątane w oślizłe wodorosty.

Krople krwi spływały bez pośpiechu po dłoniach matki, spadały leniwie na podłogę.

Kap, kap.

– Skąd to masz?

Ella milczała, wbijając wzrok w ciało swego jedynego przyjaciela. Usłyszała parę kroków, po czym Kamyk zniknął, przykryty kawałkiem brudnej szmaty.

Matka klęknęła przed Ellą, chwyciła ją za ramiona.

– Skąd masz ryby?

Zabiłaś go. Zabiłaś go. Zabiłaś go.

– Tata – wyszeptała, nie odrywając wzroku od wybrzuszenia pod starą tkaniną. Ciemne plamy, wykwitające na powierzchni, przypominały nocne kwiaty. Świat wydawał się taki odległy jak gwiazdy na niebie. Ella drgnęła. – Wrócił.

Wciąż stała, gdy matka się ubrała, po czym odpaliła świeczkę w latarni od płonącej żagwi.

– Pokaż mi gdzie. Chodź!

Nie! Ella wzdrygnęła się, gdy dłoń oblepiona zaschniętą krwią Kamyka chwyciła ją za rękę i szarpnęła. Zimne łzy sunęły wzdłuż rozpalonych policzków. Nie będzie słuchać! Nigdy więcej! Lecz matka ciągnęła zbyt mocno, a ona nie miała dość sił, aby walczyć.

Tata…

Tak! Opowie tacie, co strasznego się stało! Opowie i będzie tak mocno płakać, aż tata przytuli ją, pogłaszcze i nakrzyczy na mamę!

Ella pragnęła położyć się gdzieś, odpocząć i płakać w spokoju, z dala od matki, z dala surowego, zimnego świata. Może w kącie chaty, gdzie wcześniej Kamyk… gdzie on…

Ale matka szarpała i ciągnęła ją przez skrzypiący śnieg, bez chwili wytchnienia, aż oczy Elli zamykały się ze zmęczenia. Obeszły chatę, zeszły ostrożnie po ścieżce, przystanęły na skraju plaży. Gęste chmury przysłaniały gwiazdy i księżyc, zamieniając niebo w czarny aksamit. Wątły płomień świeczki dygotał jakby ze strachu.

– Jonathan? Jon? – krzyknęła matka.

Przez chwilę nic się nie działo i Ella zadygotała ze strachu, że tata znów odpłynął, albo łódź zatonęła z nim w środku.

– Tato… – szepnęła.

– Kochanie, pomóż mi! – Dobiegło z ciemności i Ella odetchnęła z ulgą. Gdyby tylko Kamyk mógł usłyszeć tatę. Dlaczego mama nie poczekała? Przecież tata już wcześniej wypływał na długo. Z pewnością burza zabrała go gdzieś daleko, ale zawsze powtarzał, że trafi do domu!

Mama wbiegła w morze. Ella skrzywiła się na wspomnienie zimnej wody, ale zacisnęła pięści i podążyła za nią.

Jeszcze ten ostatni raz – a potem tata się nimi zaopiekuje.

Biegła za światłem, drżącymi ustami wydmuchując skąpe obłoczki pary.

Mama szurała po dnie ciężkimi butami. Dziesiątki bąbelków i fal łamały równe zwierciadło wody, by umrzeć chwilę później.

– Jon? Gdzie jesteś?

– Przy kamieniu, kochana. Jest z tobą mała?

– Tak, ale dlaczego? – spytała. Mimo to podeszła i stanęła przy Opiekunie. Wilgotna powierzchnia głazu zamigotała w świetle setkami rozbłysków.

A potem mama uniosła latarenkę.

Splątane wodorosty zamiast włosów. Pokryta ciemną breją czaszka z pustymi oczodołami, w których środku spoczywały drobne muszle. Pulsujące zielone liny glonów owijały się wokół szczęk, podtrzymywały z trudem zwisające luźno strzępy ubrania i niknęły gdzieś w mroku, naciągnięte jak sznurki trzymane przez lalkarza z wiejskiego jarmarku.

Ella bardzo pragnęła krzyknąć, ale choć otworzyła usta, nie dobiegł z nich żaden dźwięk. Gdzie się podział tatuś? Kto…, co to? Czy to znaczy, że nie będzie więcej jedzenia?

Powie mamie, aby wracały. Do chaty, do tłustych dorszy i rozpalonego, bezpiecznego ognia. Nawet martwy Kamyk nie wydawał się teraz tak straszny. Z dala od ciemności, lodowatej wody oraz żyjących w niej strachów, o których wieczorami opowiadał tata. Wierzyła, że to tylko bajki.

Wracajmy…

Mama obejrzała się. W pełnych zrozumienia oczach na pobladłej twarzy odbijał się smutny blask świecy.

– Uciekaj!

Czarna, gruba macka owinęła się wokół jej pasa, pociągnęła, i w mgnieniu oka mamy już nie było. Latarnia spadła z pluskiem. Płomień umarł, zostawiając drżącą Ellę samą pośrodku wszechobecnej czerni.

Coś wielkiego wynurzyło się z głębiny. Cuchnęło szlamem i zgniłymi rybami.

Gdzie mama? Co się dzieje? Umysł Elli znieruchomiał. W końcu zrozumiała ostatnie słowo matki. Rzuciła się do ucieczki.

Na nodze poczuła obcy dotyk. Czegoś lepkiego, silnego, spragnionego życia.

Szarpnęło.

Zdążyła krzyknąć nim upadła, a lodowata woda zalała jej płuca.

Tej zimy nie tylko ludzie byli głodni.

Koniec

Komentarze

Jeju, jakie to smutne :(

Danka

To ja tu tylko przekopiuję fragment opinii o tekście jeszcze z bety. Bo w zasadzie mocno podczas tej bety to on się nie zmienił (bo nie musiał).

Potwór w wodzie i macki to jeszcze trochę za mało żeby był Lovecraft, więc pod tym względem w konkursie może być problem. No ale to nie zmienia faktu, że ciągle może to być fajne opowiadanie :D 

Przede wszystkim – ładna klamra, mądrze zastosowana. Lubię klamry, ta tutaj zadziałała fajnie. Początkowo sugeruje że te “nie tylko ludzie” przy głodowaniu odnosi się do psa, w zakończeniu ładnie i przewrotnie to obracasz. Fajnie :D

Generalnie jak tylko zacząłeś o głodzie i pokazałeś psa, to wiadome było, że pies wyląduje w garze. Pod tym względem więc trochę to wygląda jak gra na emocjach. Z drugiej strony z pewnością część czytelników to doceni, zwłaszcza gdy okaże się, że pies zginął na marne i nikt go nie zjadł. Same przedstawienie emocji dziewczynki w tym momencie na plus. Zazwyczaj nie przepadam za głównymi bohaterami dziecięcymi, bo często wiąże się to z tym co u ciebie – infantylizacja języka, mnóstwo zdrobnień, te brzuszki, pieski i żeberka. No ale tekst jest króciutki, więc nie zdążyło to zmęczyć – sama długość tekstu na plus, nic nie jest rozciągnięte bez powodu, pokazujesz wszystko co chcesz i nic więcej. Sam motyw z tym, że potwory jednak żyją i potworem wykorzystującym trupa ojca jako przynętę naprawdę bardzo fajny. Na plus bezlitosne zakończenie.

:(

 

Ale mi smutno.

 

Okropne, Zanais, przeokropne.

Świetne, prześwietne.

Nie za wiele mogę napisać, ale to twoja wina. To ty napisałeś takie opowiadanie, które sprawiło, że przez następną godzinę będzie mi smutno.

Jednocześnie jest to szalenie dobry tekst, po przedstawionych wyżej emocjach widać, że nie w moim klimacie, ale doceniam tę wspaniałą klamrę kompozycyjną (bardzo lubię ten zabieg, który zastosowałeś). Styl oddający myślenie małej dziewczynki, więc bardzo naturalny i wciągający. Fabuła co prawda prosta i po tym:

 

– Uściskałaś Kamyka? – Mama patrzyła w ogień.

 

od razu wiedziałam, co się stanie. Ale zadziałało. Swoją drogą, skoro na końcu stało się to, co się stało, “cieszę się”, że go zabiła, bo chociaż nie umarł z głodu. 

 

 

 

Jeszcze ten ostatni raz    – a potem tata się nimi zaopiekuje.

Zbędna spacja.

 

 

Mam nadzieję, że przemyślisz swoje zachowanie, Zanais, że tak okropnie złamałeś mi serce :(

 

Powodzenia w konkursie! ;) 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Hm, hm, hm. Tekst napisany bardzo ładnym językiem z nieoczywistym, ale trafiającym do mnie nawiązaniem do oryginału. Fabuła trochę jak z Andersena – niby bajkowa, ale mocna i z deka łzawa, bo cierpi i dziecko i psiak. Zakończenie ratuje (sic!) sprawę, bo urywasz w idealnym do tego momencie, zostawiając czytelnika z pozytywnym niedosytem i niepewnością. Będzie zatem klikane.

Mam nadzieję, że kiedyś pokusisz się o mniej łez i więcej mięcha. wink

Pozdrawiam.

Danka dzięki za odwiedziny. No, miało być smutno :)

 

@ Arnubis jeszcze raz dziękuję za betę, no i cieszę się, że tekst Ci podszedł od początku :) Wiem, że dziewczynka, pies i głód od początku, to granie na emocjach i to takie, o którym piszą w poradnikach, żeby nie robić, ale wolę nie pisać przydługich wstępów, które nic nie wnoszą.

 

@LanaVallen dzięki, fajnie, że wywołał emocje (wybacz za godzinny smutek ;) ). Pies początkowo miał przeżyć, ale i tak, by zdechł, a przy okazji natrafiła się okazja na pokazanie konfliktu z matką. Fabuła rzeczywiście do skomplikowanych nie należy, ale to 15 tysięcy znaków. Bardziej zależało mi na emocjach.

 

@Oidrin dzięki za wizytę i klika. Nie bardzo rozumiem, o jakim oryginale mówisz :P Co do mięcha, chodzi o to, że za krótkie? Na początku dałem tu swoje opowiadanie na 70 tys. znaków i nie wyszło za dobrze, więc teraz trochę strach się rozwlekać ;)

Myślę, że w kontekście konkursu oryginał – twórczość Lovecrafta :) 

Arnubisie, ciepło! Chodzi o cykl o tym mieście, gdzie byli ryboludzie – Innsomouth bodajże? Może więc to nawiązanie nie takie grubymi nićmi szyte.wink

Yep, Widmo nad Innsmouth :)

Tekst celujący w zbudowanie pewnego ładunku emocjonalnego (tak go odebrałem) i na tym poziomie sprawdza się dobrze. Nie do końca jestem targetem i myślę, że opowiadanie może być skierowane do określonej grupy odbiorców, ale nie oznacza to, że lektura mnie nie satysfakcjonuje. Bo czyta się fajnie. Jeśli o coś miałbym marudzić przy tej warstwie emocjonalnej tekstu, to może o to, że jest ona jak gdyby “równomierna”. Albo “jednostajna”. Bije z niej pewna przewidywalność. Generalnie już po kilku akapitach czuje się, że nastąpi tutaj kumulacja nieszczęść, bólu i tragedii i nawet ta wstawka z rybami i ojcem, która ma pozorować pozytywny akcent, nie działa jako zmyłka. Jako czytelnik czułem, że to tylko krótki przystanek w podróży przez “Wszystko się wali”. ;-)

Jak pisałem, czytało mi się dobrze. Jeśli zaliczałem jakieś przystanki, to przy takich rymowanych zbitkach:

Boki mu się zapadły, a kości wystawały, jakby zamierzały lada chwila przebić skórę.

I tak, zdaję sobie sprawę, że to pierdoła i mało istotny szczegół, ale właśnie z racji tego, że napisane masz to dobrze, to takie szczegóły bardziej zwracają uwagę. ;)

Historii tu bardzo mało, ale też to nie jest chyba ten typ opowiadania, od którego należy jej wymagać. Jak pisałem, tekst celuje przede wszystkim w budowę ładunku emocjonalnego, nie jest też długi (a podejrzewam, że i tak był dopompowywany do limitu ;)), więc trudno od niego wymagać złożonej fabuły. Inna rzecz, że (jak wspominałem) pewnie paru czytelników będzie Ci na to kręcić nosem.

Weird tu trochę chyba na doczepkę (a przynajmniej chowa się gdzieś w cieniu), ale jak akurat jestem czytelnikiem, nie jurorem, więc guzik mnie to obchodzi. ;)

Zakończenie zdecydowanie na plus. Mocny i wyrazisty element opowiadania.

Tyle.

Generalnie jeśli chodzi o typ opowiadania to ewidentnie nie moja bajka, ale też trzeba Ci oddać, że czas przy lekturze minął mi przyjemnie (tak, przyjemnie, bo mnie tam akurat na emocje złapać trudniej, więc skupiam się na tym, na ile płynnie i przede wszystkim chętnie płynę sobie przez opowiadanie).

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM dziękuję za wizytę i obszerny komentarz. Po pierwsze masz rację, tysiąc znaków musiałem dopompować do limitu ;) Po drugie, podczas pisania próbowałem wpleść optymistyczne wątki, ale nie wyszło. Wiem, że fabuła jest raczej przewidywalna, coraz trudniej złapać czytelnika na dobry twist, a szczęśliwe zakończenie byłoby nie na miejscu po pierwszej części opowiadania.

Dzięki za klika :)

Ładna klamra – niby to samo zdanie, niby takie samo znaczenie, a jednak kontekst zupełnie inny.

Nie przepadam za tekstami stawiającymi na tego typu emocje, ale tutaj zupełnie mi to nie przeszkadzało, przeczytałem z przyjemnością. Najbardziej przypadło mi do gustu chyba zakończenie.

Styl ładny, narracja płynna, całość na plus.

Cześć, Zanais!

Przemyślany i dobrze zrealizowany pomysł na opowiadanie. (Nie)Przyjemnie zagrało mi na emocjach, więc jestem zadowolony z lektury :D. Najmocniejszą stroną były opisy – plastyczne i dokładne, ale nie nużące. Zbudowałeś dzięki nim fajny klimat. Fabuła, przyznam, że od pewnego momentu dość przewidywalna, ale przecież nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę zaskakiwać ;) 

Całość widzę trochę jako baśń w krzywym zwierciadle, taki ambience a la bracia Grimm. To oczywiście też zdecydowanie na plus :).

 

Pozdrawiam pierzaście!

@Perrux cieszę się, że Ci się spodobało, szczególnie że nie lubisz tego typu tekstów :) Dzięki, że wpadłeś.

 

@Sokolnik  Cześć, dziękuję za miłe słowa. Co do fabuły zgoda, ale tekst krótki, a bardziej chciałem emocje pokazać :) Może podpadać pod Grimmów, nie umieszczałem akcji w żadnym konkretnym miejscu, ani czasie, więc coś z baśniami ma wspólnego ;) Pozdrawiam.

Większość tekstu pisana nie dla mnie – próba wzięcia moich emocji w niewolę (niedoczekanie!), epatowanie krzywdą dziecka, duża przewidywalność, brak fantastyki… Już się na marginesie mózgu zaczęłam zastanawiać, dlaczego ci ludzie byli tak nieprzygotowani do zimy. Można przecież jeść dzikie rośliny i biedni chłopi musieli o tym wiedzieć. Zdaje się, że i żołędzie są jadalne. Do tego różne korzonki…

Na szczęście końcówka ładnie to wszystko przełamuje. Pojawia się twist, fantastyka i zadowolenie z lektury.

Babska logika rządzi!

@Finkla Cześć. Miło mi, że wytrzymałaś tak nieprzyjemny tekst do szczęśliwego dla Twojego czytelniczego gustu finału :) Co do epatowania krzywdą dziecka zgłaszam protest, epatuję krzywdą wszystkich. Co do przygotowania, wspominałem o grubej warstwie śniegu i braku zwierząt, natomiast, oczywiście, czasem znajdowali coś do jedzenia, przecież zarówno matka, jak i Ella mają siły i nie leżą w agonii. Co do żołędzi i korzonków długo się na nich nie wyżyje, ale tu już wchodzimy w nieistotne kwestie.

Dodam, że pisanie tego opowiadania mnie zmęczyło i zdecydowanie wolę pisać coś z humorem jak Cess, albo nadchodzący konkurs eklektyczny.

Dziękuję za wizytę i pozdrawiam :)

Cześć,

 

dobrze napisany tekst, płynnie, ładnie, bez zgrzytów. Fajnie piszesz :)

 

Fabuła dosyć przewidywalna, próbowałeś zagrać na emocjach, aczkolwiek nic tutaj mnie nie zaskoczyło. Dla mnie końcówka nie była straszna, wręcz przeciwnie, szybka śmierć wydawała mi się raczej wybawieniem niż tragedią dla tych ludzi – lepszą niż śmierć głodowa.

Inspiracja HPL’em, IMO, jest widoczna, macki, ryby, jakiś kamień-opiekun, pewnieo statecznie jury oceni.

 

Drobna uwaga jeszcze niżej:

 

głęboki, silny głos taty, ciepły kąt chaty

Aż przyszli z zachodu żołnierze psubraty. Nie czuję, że rymuję trochę ;)

 

Pozdrawiam!

 

Exit light

Cześć. BasementKey

Dzięki za miłe słowa. Jak patrzę tu czasem style innych to uważam swój styl za conajmniej chropowaty ;)

Na śmierć można patrzeć i tak. Nadziei nie ma więc lepiej szybko skończyć niż umierać powoli. Dlatego też uśmierciłem psa w ten sposób.

Rym zmieniłem, dzięki za łapankę i również pozdrawiam :)

Cześć Zanais,

 

Niby człowiek się łudził, że Kamyk przeżyje, a jednak wiadomo było, że nie. W każdym razie klimatyczne opowiadanie, nie mój gatunek, ale doceniam kunszt. 

 

Gratulacje :)

 

 

Smutny i brutalny, a przy tym bardzo dobry tekst. Niewiele w nim akcji, ale tych kilka scen, które zbudowałeś, zapada w pamięć. No i świetny zabieg ze zdaniem otwierającym i zamykającym tekst; spód i szczyt łańcucha pokarmowego.

Przyczepię się tylko do jednej rzeczy – jak na mój gust to trochę za dużo w tekście zdrobnień, zwłaszcza na początku. Myślę, że gdybyś ograniczył ich liczbę, miałyby większą moc.

Pozdrawiam!

Cześć Helmut dzięki za odwiedziny. Też nie mój gatunek, ale trzeba próbować coś nowego :P

 

Adam_c4 cześć i dziękuję. Miło mi, że ogólna konstrukcja i klamra Ci się spodobały :)

Co do zdrobnień, rozumiem, że mogą drażnić, zwracano mi już na to uwagę, ale specjalnie je zastosowałem, aby podkreślić narrację Elli. Starałem się jak najwięcej dać tu z mowy pozornie zależnej… tak to się chyba nazywa, wolę terminologię angielską (Deep PoV), a to wymagało również wejścia w umysł dziewczynki. Dlatego nie ma tu “ojca” tylko “tata”, a “matka” pojawia się głównie po sprawie z Kamyczkiem :)

Pozdrawiam

Przewidywalne, ale sprawnie napisane opowiadanie.

 

Inspiracja Lovecraftem dość powierzchowna. Ot, jakieś macki.

 

Fabularnie… Cóż, fabuły tu za wiele nie ma, a to co jest, jest nijakie. Głód, ciężka zima, pies, który w oczywisty sposób skazany jest na śmierć. Potem głos taty-nietaty, który w równie oczywisty sposób jest zmyłką. I finał, raczej przewidywalny. Nic w tej opowieści nie zaskakuje.

Nie znaczy to jednak, że czytało się źle. Ładunek emocjonalny zbudowany całkiem sprawnie, choć wykorzystujesz ograne rekwizyty. Czuć tu desperację, ciężar życia. Jak ktoś już wcześniej wspomniał, finał jest w tym kontekście niemal pogodny – spodziewałem się jakiegoś ciężkiego emocjonalnego wytrzebiana, a tu ot, chlup i trup. Tym niemniej jednak pod tym względem tekst zasługuje na pochwałę.

Kreacja postaci nie powala, ale też nie ma jej tu zbyt wiele. Bohaterka infantylna, czyli taka, jaka miała być, poza tym bez znaków szczególnych, matka ledwie obecna.

Językowo ok. Potknąłem się raz czy drugi, ale umiejętnie wykorzystujesz opisy i monologi wewnętrzne do kreowania nastroju.

 

Czepy konkretne:

pod całunem gęstego śniegu.

śnieg może być gęsty, kiedy pada. Na ziemi może leżeć grubą warstwą.

 

Woda w zatoce wyglądała niczym płaska tafla

Pleonazm, tafla z definicji jest płaska.

Hej, None, dzięki za odwiedziny i łapankę. Już poprawiam.

 

Tym niemniej jednak pod tym względem tekst zasługuje na pochwałę.

Dzięki, głównie o to chodziło w opowiadaniu, więc uważam, że spełniło zadanie.

 

Co do inspiracji, to jak pisałem, we wstępie, bywają różne. Akurat macki nie były inspirowane Lovecraftem. Bardziej chodziło o nastrój i poczucie nieuniknionego. Lovecraft to nie tylko szaleństwo i stare bóstwa, pisał o różnorodnych tematach, więc i inspiracje mogą być różnorodne.

Co do nijakości fabuły. Cóż, może to mój styl pisania, ale stawiam zawsze bardziej na bohaterów niż fabułę, jednak jak na 15k znaków uważam, że tragedii nie ma. To nie kryminał z zapętloną intrygą ;).

 

Kreacja postaci nie powala, ale też nie ma jej tu zbyt wiele. Bohaterka infantylna, czyli taka, jaka miała być, poza tym bez znaków szczególnych, matka ledwie obecna.

Tutaj odnoszę wrażenie sprzeczności. Skoro Ella jest infantylna i taka powinna być, to czemu kreacja postaci jest tak zła? Dziecko to dziecko, kieruje się najczęściej emocjami, impulsami i marzeniami. Zresztą zwykli ludzie w niecodziennych sytuacjach to w końcu domena Lovecrafta.

Pozdrawiam!

Co do inspiracji, to jak pisałem, we wstępie, bywają różne. Akurat macki nie były inspirowane Lovecraftem. Bardziej chodziło o nastrój i poczucie nieuniknionego. Lovecraft to nie tylko szaleństwo i stare bóstwa, pisał o różnorodnych tematach, więc i inspiracje mogą być różnorodne.

Jasne, czemu nie. To zmartwienie jury, nie moje. ;)

Co do nijakości fabuły. Cóż, może to mój styl pisania, ale stawiam zawsze bardziej na bohaterów niż fabułę, jednak jak na 15k znaków uważam, że tragedii nie ma. To nie kryminał z zapętloną intrygą ;).

Pełna zgoda. Fabuła nie jest tu kluczowa. Niemniej jest elementem tekstu, wiec podlega ocenie. Nie znaczy to, że tekst jest na skutek owej nijakości słaby –widać, że chodzi głównie o emocje, opowieść jest w oczywisty sposób nieco z boku.

Skoro Ella jest infantylna i taka powinna być, to czemu kreacja postaci jest tak zła?

Zła to nieodpowiednie słowo. Nie powala → nie budzi zachwytu. Nie ma w niej nic interesującego. Została wykonana poprawnie, dziecięcy (a więc niełatwy) bohater został wykreowany w sposób wiarygodny, ale też nie ma w tej sylwetce niczego oryginalnego, intrygującego, wyróżniającego się. Co też jak rozumiem było elementem założeń tego tekstu.

Zresztą zwykli ludzie w niecodziennych sytuacjach to w końcu domena Lovecrafta.

Heh, akurat u Lovecrafta to ci zwykli ludzie zwykle nie są aż tak zwykli, bo zbiegiem okoliczności akurat czytali Necronomicon i znają odpowiednie stare legendy, żeby ekspozycja zadziałała. ;)

To zmartwienie jury, nie moje. ;)

Na wiele nie liczę, ale i tak bym wrzucił ten tekst nawet poza konkursem. Uczę się pisać, więc każdy odzew dobry.

 

Zła to nieodpowiednie słowo. Nie powala → nie budzi zachwytu. Nie ma w niej nic interesującego. Została wykonana poprawnie, dziecięcy (a więc niełatwy) bohater został wykreowany w sposób wiarygodny, ale też nie ma w tej sylwetce niczego oryginalnego, intrygującego, wyróżniającego się. Co też jak rozumiem było elementem założeń tego tekstu.

Z tym się zgodzę, nie ma w niej nic intrygującego. Natomiast, wykreowanie dziecięcego bohatera w wiarygodny sposób jest dla mnie i tak wystarczającym powodem do radości :) Nie szukałem jej na siłę czegoś niesamowitego, więc biorę pełną odpowiedzialność za jej “zwykłość”  ;)

 

Heh, akurat u Lovecrafta to ci zwykli ludzie zwykle nie są aż tak zwykli, bo zbiegiem okoliczności akurat czytali Necronomicon i znają odpowiednie stare legendy, żeby ekspozycja zadziałała. ;)

Fakt, ktoś ekspozycję musi przedstawić, ale też nie wszyscy tam okultyści, np.  “Zimno”, “Koszmar w Red Hook”, “Kolor z przestworzy” :)

 

Pozdrawiam!

Nooooo… To jest solidy, klasyczny horror.

Już pierwsze zdanie przyciąga uwagę. I nieźle wpada w klamrę ze zdaniem ostatnim, choć zupełnie zmieniając znaczenie zarówno własne, jak i opowiadania.

Niby motyw z wielu baśni, a jednak klimat robi swoje, opowieść brzmi wiarygodnie, finał zmieniony na bardziej lovecraftowski… No, podobało się. I nawet to zestawienie okrutnych okoliczności z nieświadomością dziecka. Nawet to “Uściskałaś Kamyka?” robi tu za nakreślenie beznadziejności sytuacji. Podobnie zresztą jak końcowe “uciekaj!”, gdzie przecież w tak opisanym świecie boby to tylko opóźnieniem końca.

Nieźle, naprawdę nieźle.

 

"ostatni raz  – a potem"

Podwójna spacja po “raz”. Choć tu zdaje się każdy znak był w którymś momencie na wagę złota ;-)

 

Wilk-zimowy dziękuję za wizytę. Zaskoczyło mnie, że Ci się podobało (a raczej, że nie znalazłeś żadnych błędów :P ), ale i ucieszyło bardzo. 

Co do spacji, to już poprawiona i trzynaście znaków w zapasie ;)

 

PS Do Twojego tekstu dziś wpadnę, ostatnio mam mało czasu.

Ładna klamra, choć jakoś tak od razu przyszło mi do głowy, że Kamyk trafi do garnka ;)

Historii trochę mało. Tekst niby krótki, ale wydawało mi się, że opis cierpień dziewczynki jakiś strasznie długaśny. Najlepiej wypadła druga część, od momentu powrotu mamy do domu, bo wreszcie coś się zaczęła dziać. Przez ułamek sekundy pomyślałam, że ojciec rzeczywiście wrócił i ofiara Kamyka, którą przeczuwałam, była niepotrzebna. Na szczęście zakończeniem trafiłeś w punkt. Wyszło naprawdę fajnie :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Irko

Kurczę, ja z kolei miałem wrażenie, że powinienem bardziej oddać cierpienie Elli :P

Pies w garze nie pretendował do roli twista, właściwie ojciec też nie, bo happy end totalnie by tu nie pasował. Dlatego miło mi, że chociaż przez chwilę pomyślałaś, że wróci :)

Dziękuję za wizytę i pozdrawiam

Klasyczny horror to chyba pierwsze co przyszło mi do głowy po przeczytaniu. Od początku wiem, że jest źle i czuje, że będzie tylko gorzej. Fajnie prowadzisz czytelnika za rękę, aż do samego "słonego" końca ;) To jest ten typ opowieści, w którym groza jest zarówno oczywista, jak i utajona.

Dzięki, Kasjo :)

Było źle, jest gorzej, ale, jak zwrócili uwagę niektórzy, nastąpił “happy end” w postaci szybkiej śmierci. ;)

Pozdrawiam

Przeczytane, komentarz później.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Moje odczucia są takie: zbyt nachalne powielanie informacji o głodzie, chudości, brzydkości, słabości. Czytelnik to już wie, a ty dalej mu to wciskasz. Zamiast show mamy tell udające show, zamiast subtelności i tropów: wielokrotnie powieloną dosłowność.

Jednocześnie cała reszta: świat, fabuła, zarys psychologii bohaterów: zbyt szczątkowe. Perspektywa dziewczynki dużo obiecywała, ale skończyło się na sztampie i krzywdzie zwierzęcia, która była wiadoma i oczekiwana już w momencie, gdy matka wróciła z niczym. Do tego twist z mackami wydał mi się umieszczony w treści na siłę. No i jak to możliwe, że tam nie ma TOTALNIE nic do jedzenia? Chociaż garść śniegu z korzonkami. Nie zostałam ukontentowana.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Hej, Naz

No cóż, nie każdemu się musi podobać. Nie wiem, co to “tell udające show”, ale poszukam. Co do dosłowności to fakt – lubię ją bardziej niż subtelne tropy. Nie każdy tekst się nadaje na filozoficzne rozmyślania.

Jednocześnie cała reszta: świat, fabuła, zarys psychologii bohaterów: zbyt szczątkowe.

Owszem, to krótki tekst, więc tworzenia wysublimowanych światów zabrakło. Krzywda zwierzęcia nie miała być twistem, wiadomo, że gdy nie ma co do gara włożyć, to i pies się nada. Twist z mackami nie był umieszczony na siłę, tekst powstał przed konkursem. Inne zakończenie byłoby nie na miejscu. Szczęśliwy powrót ojca? Nic z tego.

No i jak to możliwe, że tam nie ma TOTALNIE nic do jedzenia? Chociaż garść śniegu z korzonkami.

A gdzie ja to sugeruję? Przecież ojciec zniknął dłuższy czas temu, a Ella z matką żyją, więc coś jadły. 

Nie zostałam ukontentowana.

Mimo wszystko dzięki za komentarz :)

Pozdrawiam

 

Podstawowa zasada obowiązująca piszących: show, don’t tell ;) Stąd wzięłam określenia.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Wiem, co to show, don’t tell – nie wiem, co to tell udające show :P

Wyjaśniłam to w pierwszym akapicie opinii. Czyli: zamiast pokazać czytelnikowi ten świat i pozwolić mu zrozumieć, co się w nim znajduje, wykładasz mu to na wstępie, tłuczesz mu po kilka razy młotkiem do głowy: ONE SĄ GŁODNE, CHUDE, JEST BRZYDKO, BEZNADZIEJNIE, rozumiesz, czytelniku?

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Nowa Fantastyka