- Opowiadanie: Geeogrraaf - Posterunek w Bloomingdale

Posterunek w Bloomingdale

Za­pra­szam do mo­je­go opo­wia­da­nia i życzę mi­łe­go czy­ta­nia, a na­stę­pu­ją­cym Uczest­ni­kom por­ta­lu – oidrin, La­na­Val­len, Ol­ciat­ka, Sa­gitt, CM –  skła­dam ser­decz­ne po­dzię­ko­wa­nia za ich cenne uwagi i po­ra­dy.

(ostat­nie po­praw­ki wpro­wa­dzi­łem do tek­stu 5.XI.2020, po­zo­sta­łe będę mógł wpi­sać zgod­nie z re­gu­la­mi­nem po za­koń­cze­niu kon­kur­su)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Posterunek w Bloomingdale

Późną nocą Ga­reth An­ders­son błą­dził bocz­ny­mi dro­ga­mi wio­dą­cy­mi przez leśne pust­ko­wia. Oko­li­ca – wci­śnię­ta mię­dzy rzekę i stro­me wzgó­rza – była mu nie­zna­na, toteż co chwi­la roz­glą­dał się nie­pew­nie, to znów wy­pa­try­wał ja­kie­goś dro­go­wska­zu.

Wresz­cie zo­sta­wił za sobą ciem­ną zie­leń świer­ków, a przed nim zarys za­bu­do­wań po­wo­li prze­dzie­rał się przez mgłę; Blo­oming­da­le – gło­sił napis na zbu­twia­łej ta­bli­cy, któ­rej widok An­ders­son przy­jął z ulgą, jak przy­sta­ło na wę­drow­ca u kresu swej po­dró­ży.

Ledwo minął starą przy­droż­ną ta­bli­cę, gdy po dru­giej stro­nie ulicy otwo­rzy­ły się, opa­trzo­ne bla­sza­nym szyl­dem, drzwi miej­sco­we­go po­ste­run­ku. W pro­sto­ką­cie żół­te­go świa­tła od­ci­nał się ciem­ny kształt po­sta­ci w ka­pe­lu­szu. „Za­pew­ne sze­ryf tej miej­sco­wo­ści pełni teraz swe obo­wiąz­ki” – po­my­ślał Ga­reth; choć bar­dziej w oba­wie o swoje plany, które – za­pew­ne po­dejrz­li­wy – stróż prawa mógł­by jakoś zni­we­czyć. Dla­te­go też Ga­reth wolał jak naj­szyb­ciej odejść, by roz­wiać nie­wy­god­ne myśli i nie zwra­cać na sie­bie uwagi. Na­cią­gnął koł­nierz nie­bie­skiej kurt­ki i ru­szył w sza­rość gęst­nie­ją­cej mgły.

Ta­jem­ni­cza spra­wa – drę­czą­ca umysł An­ders­so­na od ty­go­dnia – przy­gna­ła go do tej za­pa­dłej miej­sco­wo­ści, na którą skła­da­ło się sku­pi­sko kil­ku­dzie­się­ciu domów. Ścia­ny tych bu­dyn­ków po­ra­stał gdzie­nie­gdzie mech, na­da­jąc im oso­bli­wy, za­nad­to stary wy­gląd.

Po bo­kach pu­stych ulic stra­szy­ły – nie na­pra­wia­ne od dawna – ga­zo­we la­tar­nie, które da­wa­ły marne świa­tło, bar­dziej przy­gnę­bia­jąc niż roz­ja­śnia­jąc naj­bliż­szą prze­strzeń. Wiel­kich za­nie­dbań do­pusz­czo­no się rów­nież w przy­do­mo­wych ogro­dach, za­ro­śnię­tych chwa­sta­mi i cier­nio­wy­mi pę­da­mi tak gęsto, że te z po­wo­dze­niem za­stę­po­wa­ły reszt­ki ogro­dzeń i sku­tecz­nie od­stra­sza­ły nie­pro­szo­nych gości, któ­rzy ra­czej nie­czę­sto się zja­wia­li.

Po­sęp­na oko­li­ca nie na­le­ża­ła do tych, w któ­rych czło­wiek chciał­by po­zo­stać na całe życie; a jed­nak tu­tej­szych coś za­trzy­my­wa­ło na lata.

Choć noc była już głę­bo­ka, miej­sco­wość nie wy­glą­da­ła na uśpio­ną. Okna wy­peł­nia­ły blade świa­tła, a co jakiś czas ciszę na ulicy mącił śmiech – przy­tłu­mio­ny i do­bie­ga­ją­cy z wnę­trza mi­ja­nych do­mostw. Nie był to jed­nak śmiech ra­do­sny, lecz nie­po­ko­ją­cy, po­nu­ry i szy­dzą­cy – taki, któ­re­go nikt sobie nie życzy sły­szeć.

Ga­reth An­ders­son po­dą­żał wzdłuż prze­rdze­wia­łych ogro­dzeń czu­jąc na ple­cach nie­po­ko­ją­ce spoj­rze­nia; jed­nak­że w oknach nie do­strze­gał miesz­kań­ców, a je­dy­nie coś jakby cień lub po­ru­sze­nie. Miej­sco­wi za­pew­ne byli nie­za­do­wo­le­ni wi­zy­tą nie­zna­jo­me­go, i ostroż­nie, skry­cie zza brud­nych za­słon, ob­ser­wo­wa­li Ga­re­tha, do­pó­ki ten nie od­cho­dził sprzed ich po­se­sji.

– Za­wróć! – Do­la­ty­wa­ły prze­stro­gi i wy­zwi­ska. – Przy­błę­do, za­wra­caj!

Nie­po­kój na­ra­stał, gdy w ko­lej­nych oknach za­pa­la­ły się świe­ce – mia­stecz­ko Blo­oming­da­le po­wo­li za­czę­ło wchła­niać An­ders­so­na…

***

Szło się uciąż­li­wie – deszcz wzbie­rał na sile, a wiatr moc­niej za­tar­gał nad ulicą wzbi­ja­jąc reszt­ki je­sien­nych liści. Ga­reth An­ders­son sta­rał się wy­bie­rać wą­skie za­uł­ki, aby nie za­zna­czać zbyt­nio swej obec­no­ści. Nagle w świe­tle ulicz­nych la­tarń wy­ło­wił wzro­kiem sze­ry­fa, który pod osło­ną mgły skra­dał się nie­opo­dal, i spo­glą­dał skry­cie spod ronda ocie­ka­ją­ce­go wodą ka­pe­lu­sza.

Po­dej­rza­ne za­cho­wa­nie sze­ry­fa – a takim prze­cież było skra­da­nie się w stru­gach desz­czu – po­ka­zy­wa­ło, że przy­by­cie An­ders­so­na nie było mu na rękę. Spra­wiał wra­że­nie czło­wie­ka ta­jem­ni­cze­go, który chce po­zo­stać w cie­niu tu­tej­szej rze­czy­wi­sto­ści i jed­no­cze­śnie za­mie­rza pro­wa­dzić jakąś nie­bez­piecz­ną dzia­łal­ność. „A kto wie, może ten dziw­ny przed­sta­wi­ciel prawa, je­dy­nie pa­tro­lu­je ulice wy­peł­nia­jąc swoje ru­ty­no­we obo­wiąz­ki?” – roz­wa­żał An­ders­son szu­ka­jąc ja­kie­goś uza­sad­nia­nia, które choć tro­chę uspo­ko­iło­by jego umę­czo­ny wę­drów­ką umysł.

Czas ucie­kał – ko­lej­na go­dzi­na prze­pa­da­ła w ni­cość – a spra­wa któ­rej Ga­reth An­ders­son się po­świę­cił, w ogóle nie zmie­rza­ła ku roz­wią­za­niu. Po­czu­cie tej nie­ustan­nej – i za­ra­zem nie­przy­chyl­nej – obec­no­ści sze­ry­fa i miesz­kań­ców kom­pli­ko­wa­ło An­ders­so­no­wi pro­wa­dze­nie śledz­twa, więc naj­le­piej chyba bę­dzie, jeśli znik­nie wszyst­kim z oczu.

Skrę­cił w bocz­ną ulicz­kę, a póź­niej w ko­lej­ną, i wtedy – w męt­nym świe­tle ga­zo­wej la­tar­ni – do­strzegł ruinę te­le­fo­nicz­nej budki, któ­rej widok obu­dził w nim jakże po­nu­re wspo­mnie­nia…

***

Od pew­ne­go czasu Ga­reth do­my­ślał się, dokąd za­pro­wa­dzą go po­szu­ki­wa­nia brata. Nie wi­dy­wa­li się od po­grze­bu stry­ja Jo­se­pha, a tam­ten te­le­fon – po trzech la­tach wza­jem­ne­go mil­cze­nia – prze­ra­zi­ły­by nie­jed­ne­go. Głos brata sły­szał wów­czas z od­da­li – wśród trza­sków na linii – jakby z ja­kiejś od­le­głej rze­czy­wi­sto­ści, jesz­cze bar­dziej po­sęp­nej niż ta, do któ­rej do­tarł teraz.

– Ratuj mnie! Przy­jedź po mn… – krzy­czał wtedy w słu­chaw­ce głos prze­peł­nio­ny trwo­gą.

– Od­szu­kaj poste.…, …gdy go odnaj…, …nie scho… …dzie­mi – takie po­tar­ga­ne słowa nie­wie­le mó­wi­ły An­ders­so­no­wi o sy­tu­acji, a nagłe ze­rwa­nie roz­mo­wy stro­pi­ło go wtedy zu­peł­nie.

Po­nu­ra nie­pew­ność prze­szy­wa­ła teraz An­ders­so­na na myśl, że to wła­śnie z tej budki brat mógł te­le­fo­no­wać do niego roz­pacz­li­wie szu­ka­jąc ra­tun­ku.

***

Pod­szedł bli­żej i zdę­biał, gdy otwo­rzył prze­rdze­wia­łe drzwi tego me­ta­lo­wo-szkla­ne­go pro­sto­pa­dło­ścia­nu. Okrą­głą tar­czę te­le­fo­nu wy­po­sa­żo­no w czter­na­ście liczb, lecz o dziwo, dwu­cy­fro­wych! W innej sce­ne­rii ten – jakże oso­bli­wy – re­kwi­zyt za­cie­ka­wił­by go na­tych­miast, lecz teraz stra­szył swoim nie­na­tu­ral­nym wy­glą­dem i wąt­pli­wym prze­zna­cze­niem.

Ga­reth jed­nak wolał spraw­dzić, czy dobór dwu­cy­fro­wych liczb umoż­li­wia wy­krę­ce­nie jego nu­me­ru te­le­fo­nu.

Deszcz dud­nił coraz gło­śniej o dach budki, a wiatr moc­niej za­ło­mo­tał jej szy­ba­mi. Głosy tej wi­siel­czej po­go­dy za­głu­szy­ło do­pie­ro nie­ocze­ki­wa­ne dzwo­nie­nie te­le­fo­nu. Ga­reth pełen obaw pod­niósł więc słu­chaw­kę.

– Chyba mó­wio­no ci, żebyś za­wró­cił, przy­błę­do! – za­czął nie­zna­ny roz­mów­ca.

– Kim je­steś? – za­py­tał An­ders­son, roz­glą­da­jąc się po oknach naj­bliż­szych domów.

– Głup­cze! – ryk­nął gro­bo­wy głos w słu­chaw­ce. – Pró­bu­jesz do­strzec gdzie je­stem? Czego u nas szu­kasz?

– Wy­ja­śniam spra­wy, które są nie­ja­sne. Są­dzisz, że cię nie znaj­dę?

– Jak na ledwo co przy­by­łe­go, to je­steś zbyt od­waż­ny i za­nad­to głupi! Odejdź teraz, bo nie wiesz, z kim masz do czy­nie­nia.

– To ja zde­cy­du­ję, kiedy odej­dę – od­parł An­ders­son. – A moja wi­zy­ta chyba zdaje się dla was pro­ble­mem, skoro ty i sze­ryf pró­bu­je­cie mnie śle­dzić.

– Ja i sze­ryf cię śle­dzi­my, po­wia­dasz? Na­iw­ny je­steś i głupi, je­że­li tak my­ślisz. – Nie­zna­jo­my głos w słu­chaw­ce stał się nie­po­ko­ją­co roz­ba­wio­ny. – A może ten, któ­re­go na­zwa­łeś sze­ry­fem, wie coś o lo­sach twego brata? A może nie wie nic! – Nadal kpił roz­mów­ca. – Trze­ba ci bo­wiem wie­dzieć, że ten cały sze­ryf pró­bu­je nie­udol­nie stać tutaj na stra­ży prawa, ale on sam chyba do­kład­nie nie wie któ­re­go… jeśli wiesz, co mam na myśli?

Wzmian­ka o bra­cie prze­ra­zi­ła An­ders­so­na, a mie­sza­ni­na szu­mów i głu­pa­wej ry­mo­wan­ki w słu­chaw­ce pra­wie zwa­li­ła go na ko­la­na; podłe były to słowa – ubra­ne w me­lo­dię ko­ły­san­ki śpie­wa­nej czar­cim gło­sem:

Przy­głu­pi An­ders­son prze­mie­rzył pół świa­ta,

na­iw­nie są­dził, że ura­tu­je brata.

Cały zdję­ty stra­chem, wy­lazł w nocy z lasu,

W Blo­oming­da­le już stra­cił bar­dzo dużo czasu.

 

W gnie­wie An­ders­son za­ci­snął drżą­cą dłoń na słu­chaw­ce, jed­no­cze­śnie lę­ka­jąc się cho­ciaż­by spoj­rzeć wo­ko­ło. Jakże zu­chwa­le i okrut­nie za­gry­wał sobie obcy prze­śla­dow­ca. Ga­reth odło­żył z trza­skiem słu­chaw­kę, a mimo to, wy­do­by­wa­ła się z niej me­lo­dia dru­giej zwrot­ki…

***

Ga­reth An­ders­son upew­nił się, że zgu­bił sze­ry­fa na dobre. A może tam­ten w ogóle go nie śle­dził? Stał teraz przed po­ste­run­kiem, który gapił się ciem­ny­mi okna­mi i wabił otwar­ty­mi drzwia­mi. Oto do­god­na oka­zja do prze­szu­ka­nia tego bu­dyn­ku – wszak­że nie wia­do­mo kiedy wróci sze­ryf, więc na­le­ży dzia­łać szyb­ko.

Do po­grą­żo­nych w pół­mro­ku po­miesz­czeń są­czy­ło się przez okno świa­tło przy­droż­nej la­tar­ni. Stare tecz­ki za­le­ga­ły biur­ka i pa­ra­pe­ty okien, a zwię­dłe kwia­ty w do­nicz­kach i po­żół­kłe, po­tar­ga­ne fi­ran­ki, ani tro­chę nie udo­mo­wi­ły wnę­trza po­ste­run­ku.

Jed­nak­że to czar­no-bia­łe zdję­cia kil­ku­dzie­się­ciu za­gi­nio­nych osób były głów­nym po­wo­dem nie­po­ko­ju, który uno­sił się w po­wie­trzu. Ledwo co oświe­tlo­ne, przy­cze­pio­ne pi­nez­ka­mi do za­ple­śnia­łych ścian stra­szy­ły gro­bo­wą sepią.

An­ders­son nie mógł oprzeć się wra­że­niu, że te smut­ne twa­rze z fo­to­gra­fii jakby śle­dzi­ły nie­ustan­nie każdy jego ruch. Nie­któ­re zdję­cia za­ma­szy­ście prze­kre­ślo­no ołów­kiem: ,,Prze­kre­ślo­na spra­wa? A może od­na­le­zio­na osoba?” – za­sta­na­wiał się przy­wo­łu­jąc jed­no­cze­śnie w pa­mię­ci słowa nie­zna­jo­me­go:

„…ten, któ­re­go na­zwa­łeś sze­ry­fem, pró­bu­je nie­udol­nie stać tutaj na stra­ży prawa, ale on sam chyba do­kład­nie nie wie któ­re­go… jeśli wiesz, co mam na myśli?”

W za­ka­mar­ki umy­słu An­ders­so­na nie­ustan­nie wkra­da­ły się wąt­pli­wo­ści co do in­ten­cji sze­ry­fa i do roli, jaką w tym mia­stecz­ku od­gry­wał.

Na chwi­lę prze­niósł wzrok na jedno zdję­cie, lecz tak jak po­zo­sta­łe, i to po­de­szło wil­go­cią po­cho­dzą­cą ze ścia­ny, dla­te­go też nie mógł jed­no­znacz­nie stwier­dzić, czy to był wi­ze­ru­nek jego brata, czy też zu­peł­nie nie­zna­nej mu osoby.

Ga­reth, z głową pełną lęku, pod­kra­dał się wzdłuż ścian po­nu­rych po­miesz­czeń – zu­peł­nie jak za­gu­bio­ny po­dróż­nik ba­da­ją­cy sta­ro­żyt­ne świą­ty­nie. Pró­bo­wał wy­tro­pić co­kol­wiek, aby mieć ja­kieś punk­ty za­cze­pie­nia w swoim śledz­twie, gdy nagle zwró­cił uwagę na przy­mo­co­wa­ny do stołu fo­no­graf. Bar­dzo po­dob­ny – lecz tro­chę now­szy, bo ze sprę­ży­no­wym me­cha­ni­zmem – kil­ka­na­ście lat temu stryj Jo­se­pha po­da­ro­wał ojcu.

Nie­ste­ty, od­słu­cha­nie na­gra­nia – zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi – nie wnio­sło nic do śledz­twa. Zgrzy­ty i szumy mie­sza­ły się z dźwię­kiem pra­cu­ją­ce­go w środ­ku cy­lin­dra.

A jed­nak, ku swemu zdzi­wie­niu, zna­lazł coś prze­ło­mo­we­go po ko­lej­nych mi­nu­tach po­szu­ki­wań. Na końcu po­ko­ju, z pra­wej stro­ny, od­krył regał ze sta­ry­mi książ­ka­mi. Ru­cho­my i osa­dzo­ny na za­wia­sach, sta­no­wił do­sko­na­ły ka­mu­flaż se­kret­ne­go przej­ścia w ścia­nie, za któ­rym stro­mo opa­da­ły drew­nia­ne scho­dy. Po­dą­ża­jąc w głąb wą­skie­go ko­ry­ta­rza, wy­czu­wał, jak z dołu wio­nę­ło lo­do­wa­tym po­wie­trzem i piw­nicz­ną wil­go­cią.

– Za­wróć! – krzy­czał głos roz­sąd­ku.

– Roz­wiąż spra­wę do końca! – Rów­no­le­głe kar­ci­ło go su­mie­nie. Nie mógł prze­cież od­pu­ścić za­da­nia, skoro do­tarł już tak da­le­ko.

Hańba i dys­ho­nor uwie­ra­ły teraz ni­czym gwoź­dzie w płu­cach, gdyż ani brat, ani stryj Jo­seph tak by nie po­stą­pi­li, jak on przed chwi­lą za­mie­rzał. Wie­dział o tym! Gdy strach mówił „Ucie­kaj!”, oni nigdy nie za­wra­ca­li, a nie­jed­no­krot­nie w mi­nio­nych la­tach ra­to­wa­li go z opa­łów. A więc i on teraz musi za­cho­wać się przy­zwo­icie, i od­waż­nie iść na ra­tu­nek ob­ra­ną ścież­ką, choć­by ta wio­dła go w pod­ziem­ne kra­iny.

Skrzy­pią­ce drew­nia­ne stop­nie wresz­cie skoń­czy­ły się przed otwar­tym, że­la­znym wła­zem w pod­ło­żu, a dal­sze scho­dze­nie, tym razem wą­skim szy­bem po dra­bi­nie – i z la­tar­ką w ręce – za­ję­ło nieco dłuż­szą chwi­lę…

***

Po do­tar­ciu na dół Ga­reth zga­sił la­tar­kę, gdyż oświe­tle­nie w wy­drą­żo­nych pod­zie­miach za­pew­nia­ły zyg­za­ko­wa­te, wie­lo­me­tro­we pęki iskier wy­zwa­la­ne elek­tro­da­mi wy­sta­ją­cy­mi z licz­nych apa­ra­tur. Wzdłuż prze­ciw­le­głej ścia­ny stały rów­nież że­la­zne pro­sto­pa­dło­ścia­ny, do któ­rych wpro­wa­dzo­no od góry wiąz­ki kabli i prze­źro­czy­ste rury. Dało się stam­tąd sły­szeć świst ucho­dzą­cej pary i bul­go­ta­nie za­gad­ko­wo wy­glą­da­ją­cych pły­nów, któ­rych widok nie przy­po­mi­nał ni­cze­go zna­ne­go, ani nie zwia­sto­wał ni­cze­go do­bre­go.

Po­miesz­cze­nie wy­glą­da­ło jak skła­do­wi­sko ta­jem­ni­czych ma­chin, które – w zie­lo­nym bla­sku elek­trycz­nych łuków – do­da­wa­ły tym pod­zie­miom po­nu­re­go wy­ra­zu.

Ota­cza­ją­ce skom­pli­ko­wa­ne urzą­dze­nia prze­ra­ża­ły An­ders­so­na i onie­śmie­la­ły go swoim za­gad­ko­wym po­cho­dze­niem – jakby z od­le­głej i nie­zna­nej epoki, dla któ­rej on i jego czasy mogły być co naj­wy­żej roz­sy­pu­ją­cy­mi się za­byt­ka­mi. A jed­nak Ga­reth prze­ła­mał strach i po­wo­do­wa­ny teraz swoją nie­zdro­wą cie­ka­wo­ścią, pod­szedł do naj­bliż­szej, pro­sto­pa­dło­ścien­nej kap­su­ły, by zaj­rzeć do jej wnę­trza przez małe okien­ko wy­ko­na­ne z har­to­wa­ne­go szkła.

Wtedy jakby ot­chłań otwar­ła się pod Ga­re­them, gdy zo­ba­czył przez tę pan­cer­ną szyb­kę czło­wie­ka pio­no­wo za­nu­rzo­ne­go po szyję w srebr­nej cie­czy. Koń­czy­ny jego ople­cio­ne były cier­nio­wy­mi pę­da­mi, po­dob­ny­mi do tych po­ra­sta­ją­cych więk­szość ogro­dów w Blo­oming­da­le i oko­li­cach.

Uwię­zio­ny nie­szczę­śnik był nie­przy­tom­ny, lecz życie jego praw­do­po­dob­nie pod­trzy­my­wa­ła ta wy­po­sa­żo­na w za­wo­ry i prze­kład­nie prze­ra­ża­ją­ca apa­ra­tu­ra – upior­na fuzja ro­śli­ny i pa­ro­wej ma­szy­ny. Przy niej te­le­fon z dziw­ną tar­czą wy­da­wał się teraz nie­win­ną cie­ka­wost­ką.

Ro­zej­rzał się go­rącz­ko­wo wokół, a póź­niej mijał w biegu ko­lej­ne, po­dob­ne pan­cer­ne pro­sto­pa­dło­ścia­ny, wy­po­sa­żo­ne w ze­ga­ro­we mier­ni­ki, któ­rych za­sto­so­wa­nia An­ders­son nawet nie po­tra­fił się do­my­ślić. Za­glą­dał do wnętrz tych komór przez oszro­nio­ne szyb­ki i – o zgro­zo – co chwi­la roz­po­zna­wał nie­szczę­śni­ków z czar­no-bia­łych fo­to­gra­fii.

Czy przy­pusz­czał któ­ry­kol­wiek z tych bie­da­ków – tylko śmierć im wy­ba­wie­niem – do ja­kie­go upior­ne­go miej­sca może za­pro­wa­dzić czło­wie­ka nie­od­gad­nio­ne prze­zna­cze­nie?

***

Ga­reth An­ders­son długo błą­dził po la­bi­ryn­cie pod­zie­mi, za oświe­tle­nie mając zie­lo­ną po­świa­tę elek­trycz­ne­go wy­ła­do­wa­nia. Cała groza to­wa­rzy­szą­ca mu do­tych­czas w Blo­oming­da­le, nie do­rów­ny­wa­ła tej, która ru­nę­ła na niego wła­śnie teraz, gdyż oto od­na­lazł brata uwię­zio­ne­go w iden­tycz­ny spo­sób jak po­zo­sta­li.

Za­trza­śnię­ty w cia­snej, pan­cer­nej kap­su­le – i nie­przy­tom­ny – dry­fo­wał bez­wład­nie w srebr­nym pły­nie ni­czym boja, a na jego szyi, gło­wie oraz rę­kach za­ci­ska­ły się cier­nio­we pną­cza, w któ­rych mu­sia­ła drze­mać zdu­mie­wa­ją­ca siła.

An­ders­son pełen lęku ob­ser­wo­wał przez szyb­kę brata bę­dą­ce­go w sta­nie znacz­nie gor­szy­mi niż przed­śmiert­ny. Przyj­rzał się kol­com pędów, które – głę­bo­ko wbite w żyły i tęt­ni­ce – tło­czy­ły za­pew­ne ja­kieś tok­sycz­ne soki do krwio­bie­gu uwię­zio­ne­go. „Bra­cie! Wy­bacz mi, że przy­by­łem za późno!” – Ga­reth bił pię­ścią w pan­cer­ne szkło, pod­czas gdy łzy za­le­wa­ły jego oczy a trwo­ga umysł.

Po chwi­li, sto­jąc w ob­ło­kach bu­cha­ją­cej z rur pary, An­ders­son prze­su­wał dźwi­gnie i szar­pał róż­ny­mi po­krę­tła­mi, aby spró­bo­wać jakoś ura­to­wać bli­skie­go. Lecz na nic zdały się jego na­iw­ne wy­sił­ki, a kto wie czy nie po­gor­szył spra­wy. Bo oto za­drga­ły wska­zów­ki na tar­czach licz­bo­wych – zaraz obok har­to­wa­nej szyb­ki – in­for­mu­jąc o zmia­nie nie­od­gad­nio­nych pa­ra­me­trów. Srebr­ny płyn za­bul­go­tał, kłęby pary in­ten­syw­niej syk­nę­ły z gór­nych tło­ków, a zie­lo­ne pną­cza – wi­ją­ce się we­wnątrz kap­su­ły – oplo­tły moc­niej nie­szczę­śni­ka i tar­gnę­ły nim, ni­czym ra­mio­na kra­ke­na do­pa­da­ją­ce­go ofia­rę.

An­ders­son w prze­ra­że­niu od­sko­czył jak opa­rzo­ny, a w chwi­lę póź­niej pę­dził do dra­bi­ny, by jak naj­prę­dzej opu­ścić to – jakby wy­ję­te z kosz­ma­rów sza­leń­ca – la­bo­ra­to­rium.

***

Brat An­ders­so­na nie miał naj­mniej­szych szans na prze­ży­cie. Za kilka go­dzin, naj­da­lej jutro, tra­gicz­nie za­koń­czy swój żywot. „Co się tutaj wła­ści­wie dzie­je?” – Ga­reth An­ders­son nadal nie znaj­dy­wał od­po­wie­dzi, które wy­ja­śni­ły­by co­kol­wiek. Było pewne, że sze­ryf spra­wu­je nad­zór nad plu­ga­wą dzia­łal­no­ścią po­ste­run­ku. „Ale jaką rolę w mie­ście, i w całej spra­wie, pełni ga­da­ją­cy za­gad­ka­mi ta­jem­ni­czy roz­mów­ca?” – Py­ta­nia w gło­wie za­pa­la­ły się i gasły ni­czym bły­ski iskier w ciem­nym po­ko­ju.

Wtem, na­tar­czy­wy dźwięk te­le­fo­nu ro­ze­rwał ciszę wy­trą­ca­jąc An­ders­so­na z za­my­śle­nia; wie­dział kto dzwo­ni, a mimo to pod­szedł do biur­ka i pod­niósł słu­chaw­kę.

– Ba­wisz się w de­tek­ty­wa, przy­błę­do. Przy­zna­ję, że scho­dząc do pod­zie­mi, mo­głeś tro­chę uda­rem­nić nasze plany, lecz nadal nic nie wiesz! Odejdź, bo śladu po tobie nie bę­dzie! – szy­dził i gro­ził nie­zna­jo­my głos po dru­giej stro­nie kabla.

– Będę was szu­kał, aż znaj­dę każ­de­go po kolei. A tobie czasz­kę prze­bi­ję śru­bo­krę­tem! – od­gra­żał się An­ders­son nie dając się zbić z tropu.

Lecz teraz wy­buch śmie­chu w słu­chaw­ce roz­stro­ił na chwi­lę An­ders­so­na. 

– Głup­cze! Ty chyba nigdy się nie do­my­ślisz, o co tutaj cho­dzi. Mimo, że mi gro­zisz, nadal radzę ci: odejdź!

Ga­reth An­ders­son huk­nął słu­chaw­ką na wi­deł­ki i rzu­cił się w stro­nę wyj­ścia. A kiedy zbie­gał ze scho­dów, jesz­cze usły­szał – da­le­ko za sobą – dzwo­nie­nie te­le­fo­nu…

***

Nie­po­ję­te ob­ra­zy nie­daw­nych zda­rzeń mu­sia­ły sza­leć w gło­wie An­ders­so­na. Gnany tą na­wał­ni­cą po­nu­rych myśli, wy­biegł w szum ulewy. Skra­dał się wśród cieni. Wy­ostrzał wzrok. Klu­czył za­uł­ka­mi mia­stecz­ka, aż wresz­cie, cza­tu­jąc cier­pli­wie we mgle, wy­pa­trzył po­stać w ciem­nym płasz­czu i ka­pe­lu­szu.

„Dokąd on zmie­rzał o tej póź­niej porze?” – snuł do­my­sły, kiedy ob­ser­wo­wał z ukry­cia sze­ry­fa, który jakby cze­goś szu­kał lub się ukry­wał. „Praw­do­po­dob­nie szem­ra­ny roz­mów­ca nie zdą­żył ostrzec sze­ry­fa o tym, że ru­szy­łem w po­ścig” – An­ders­son nadal sta­rał się prze­my­śleć do­kład­nie swoją sy­tu­ację, by nie po­peł­nić ja­kie­goś błędu. Na­stęp­nie zdjął ja­sno­nie­bie­ską kurt­kę i scho­wał nie­opo­dal w chasz­czach, by ja­skra­wo­ścią swoją nie ujaw­ni­ła jego obec­no­ści.

Czar­na po­stać skrę­ci­ła w nie­oświe­tlo­ną ulicz­kę, a wtedy An­ders­son ru­szył bie­giem, by tam, w za­pa­dłym mroku, zadać cięż­ką la­tar­ką mocny i pewny cios w głowę. A potem jesz­cze dwa, aż ofia­ra padła po­środ­ku mo­krej ulicy.

Kie­ro­wa­ny na­gło­ścią sy­tu­acji i ko­niecz­no­ścią od­we­tu, bez wa­ha­nia na­dep­nął na kark sze­ry­fa, by przy­trzy­mać i wgnia­tać jego twarz w głę­bo­ką ka­łu­żę. Po­twor­ną śmierć zadał An­ders­son, to­piąc swoją ofia­rę w roz­mo­kłym bło­cie. Po­nu­ry mu­siał być to widok, gdy przez dwie mi­nu­ty sze­ryf mio­tał się bijąc rę­ka­mi i krztu­sił roz­mo­kłą gliną, która po­wo­li za­le­ga­ła jego płuca.

Ga­reth zdjął już cięż­ki but z głowy sze­ry­fa i w za­ci­na­ją­cym desz­czu stał jesz­cze przez chwi­lę – jakże wstrzą­śnię­ty swym nie­daw­nym czy­nem. Lecz po chwi­li ochło­nął i po­wo­do­wa­ny już bar­dziej kon­struk­tyw­ny­mi emo­cja­mi, mu­siał po­my­śleć, co dalej.

Zdał sobie spra­wę, że dzia­ła­nie pod wpły­wem gnie­wu może za­pro­wa­dzić do­ni­kąd, więc pla­nem dal­szej ze­msty na­le­ży zająć się u pod­staw. Zna­le­zie­nie sza­leń­ca, któ­re­go nie wi­dział nie bę­dzie łatwe. Szcze­gól­nie, że nie wie­dział skąd dzwo­nił. „Lecz głę­bo­ka noc i płaszcz sze­ry­fa mogą oka­zać się przy­dat­ne” – po­my­ślał Ga­reth o swo­ich dal­szych pla­nach. Kil­ko­ma szarp­nię­cia­mi, zdarł z trupa ów prze­ciw­desz­czo­wy czar­ny płaszcz i ka­pe­lusz. 

– Tobie już się nie przy­da, a mnie prze­bra­nie po­zwo­li na skry­ty atak – rzekł do mar­twe­go sze­ry­fa, gdy bez skru­pu­łów wrzu­cał jego zwło­ki do po­bli­skiej rzeki.

Wciąż lało jak z cebra – Ga­reth An­ders­son drżał z zimna, więc czym prę­dzej ubrał ciem­ny płaszcz i ka­pe­lusz, i opu­ścił grzą­ski brzeg rzeki.

Po chwi­li, spod wody wy­ło­ni­ły się kol­cza­ste pędy – czar­ne jak smoła i grube jak ramię do­ro­słe­go czło­wie­ka; zwin­nie opla­ta­ły uno­szą­ce się na po­wierzch­ni zwło­ki, po czym na­głym szarp­nię­ciem wcią­gnę­ły je w głę­bi­nę. Lecz tego, co dzia­ło się nad – i pod – taflą wody, Ga­reth już nie zo­ba­czył, gdyż wtedy po­dą­żał po­wrot­ną drogą do po­ste­run­ku. Je­dy­nie gdzieś bar­dzo da­le­ko za nim echem roz­szedł się plusk wody, na który An­ders­son nie zwró­cił uwagi, gdyż myśli jego bie­gły już zu­peł­nie in­ny­mi ścież­ka­mi…

***

Mi­ja­jąc po­now­nie ścia­nę z fo­to­gra­fia­mi, Ga­reth An­ders­son od­wra­cał wzrok nie mogąc znieść po­nu­re­go wra­że­nia, jakie te smut­ne twa­rze na nim wy­wie­ra­ły. Od­wa­ga i ho­no­ro­wy obo­wią­zek ze­msty jed­nak prze­mo­gły trwo­gę, która stop­nio­wo w nim na­ra­sta­ła odkąd próg tego po­ste­run­ku prze­kro­czył po raz pierw­szy.

Za­pa­lił kilka lamp na po­ste­run­ko­wych biur­kach, po czym skie­ro­wał ich świa­tło na po­żół­kłą mapę roz­po­star­tą na kor­ko­wej ta­bli­cy. Po­zo­sta­ło teraz ob­my­ślić plan, aby tra­ge­dia brata i po­zo­sta­łych nie po­szła na marne. Pod osło­ną nocy – w ubra­niu sze­ry­fa – Ga­reth bę­dzie mógł swo­bod­niej po­ru­szać się po oko­li­cy, a co wię­cej, owa mapa za­wę­zi licz­bę miejsc, w któ­rych może ukry­wać się te­le­fo­nu­ją­cy sza­le­niec, gdyż oprócz licz­nych sym­bo­li, za­zna­czo­no na niej rów­nież domy pod­łą­czo­ne do miej­sco­wej sieci te­le­gra­ficz­nej.

Kiedy wresz­cie plany po­szu­ki­wań za­czę­ły się ukła­dać, serce – po raz wtóry tej nocy – za­ło­mo­ta­ło mu bo­le­śnie. Przy­siągł­by, że kiedy wy­bie­gał z po­ste­run­ku, regał zo­sta­wił od­su­nię­ty, lecz ten teraz znowu ma­sko­wał se­kret­ne przej­ście do pod­zie­mi. A zatem ktoś tu był – i to cał­kiem nie­daw­no. Taki wnio­sek na pewno wzmógł na­strój osa­cze­nia, lecz rów­nież wy­ostrzył czuj­ność. Być może dla­te­go An­ders­son za­uwa­żył jesz­cze, że oprócz re­ga­łu, rów­nież korb­ka fo­no­gra­fu była w innym po­ło­że­niu, i dla­te­go też ru­szył przez pokój w stro­nę tego urzą­dze­nia.

Gdy An­ders­son uru­cho­mił fo­no­graf, usły­szał na na­gra­niu, pod­szy­ty jak zwy­kle szy­der­stwem, zna­jo­my głos swo­je­go prze­śla­dow­cy:

– Głup­cze! Po­zo­sta­łeś głu­chy na moje prze­stro­gi. Za­miast odejść, wtar­gną­łeś na po­ste­ru­nek i pra­wie znisz­czy­łeś pod­ziem­ną ma­chi­nę. Mo­głeś zni­we­czyć dzie­siąt­ki lat na­szej ty­ta­nicz­nej pracy. Jed­nak na szczę­ście zdo­ła­łem w porę na­pra­wić to, co ty roz­re­gu­lo­wa­łeś. Wszyst­ko, co zdą­ży­łeś zo­ba­czyć tutaj, mu­sia­ło być dla cie­bie wstrzą­sem i nadal za­pew­ne nie wiesz, co tu się wła­ści­wie dzie­je. Ale mu­sisz mi uwie­rzyć na słowo: pewne rze­czy mają swój okre­ślo­ny me­cha­nizm. Twój brat nadal żyje, jeśli cię to po­cie­szy, lecz nie sądzę, żeby któ­ryś z was się stąd wy­do­stał. – Nie­po­ko­ją­ce słowa od­bi­ja­ły się od ścia­ny, by ginąć w ciem­nej sieni. – Poza tym – kon­ty­nu­ował głos z na­gra­nia – wi­dzia­łem dla­cze­go tak szyb­ko ucie­kłeś znad rzeki i nie sądzę, aby spo­tka­ło cię co­kol­wiek do­bre­go z tego po­wo­du. A teraz że­gnam, panie An­ders­son!

Śmiech koń­czą­cy na­gra­nie był zło­wiesz­czy jak nigdy dotąd. Ga­reth, pró­bo­wał od­słu­chać wszyst­ko po­no­wie, lecz dźwię­ko­wy zapis po od­two­rze­niu zo­stał jakoś z urzą­dze­nia wy­ma­za­ny.

Nagle na ze­wnątrz roz­le­gły się nie­po­ko­ją­ce szme­ry jakby ktoś nad­cho­dził – tupot kro­ków przy­brał na sile, więc Ga­reth zląkł się na samą myśl, że tak szyb­ko zo­sta­nie zła­pa­ny i osą­dzo­ny za mor­der­stwo, które – w imię ho­no­ro­wej po­msty – po­peł­nił przed go­dzi­ną.

Prze­peł­nio­ny oba­wa­mi spo­glą­dał na odra­pa­ne drzwi wej­ścio­we, nie będąc teraz prze­ko­na­nym, czy zdoła jesz­cze uniknąć pojmania. „Prze­cież jest późna, mgli­sta noc” – po­my­ślał. „Deszcz za­ci­na, więc jest szan­sa znik­nąć w zaułkach miasteczka”.

Lecz deszcz po chwi­li ze­lżał, i sły­sząc coraz do­kład­niej kroki na ze­wnątrz, Ga­reth zdał sobie spra­wę, że jest już za późno – nie ma co gasić świa­teł, bo i tak nie ukry­je swo­jej obec­no­ści. Jak zna­leźć wyj­ście z ta­kie­go po­trza­sku? A jeśli przy­szło ich kilku? A jeśli tak, to czy oto­czy­li po­ste­ru­nek?

Nie­waż­ne. Do­my­sły i obawy ni­cze­go nie prze­są­dzą, więc na­le­ża­ło jak naj­szyb­ciej od­pra­wić – lub co gor­sza – po­zbyć się kło­po­tli­we­go go­ścia.

Na szczę­ście dla An­ders­so­na, jego obawy szyb­ko się roz­wia­ły: bo oto otwo­rzył drzwi i z ulgą stwier­dził, że tam – po dru­giej stro­nie ulicy – prze­cho­dzi jakiś męż­czy­zna, ubra­ny w nie­bie­ską kurt­kę. Tam­ten minął starą przy­droż­ną ta­bli­cę i tylko spoj­rzał z od­da­li w stro­nę An­ders­so­na sto­ją­ce­go na progu. Ale ru­szył dalej, zu­peł­nie jak za­gu­bio­ny przy­bysz szu­ka­ją­cy cze­goś lub ma­ją­cy jakąś spra­wę do roz­wią­za­nia.

Koniec

Komentarze

Cześć, Geograafie! Kilmatem bardzo dobrze nawiązujesz do małomiasteczkowej grozy i zapętlenia, które są elementem mocno powiązanym z orginałem. Jeśli chodzi o styl narracji też całkiem dobrze dawkujesz napięcie, zaczynając od rozwijającej się powoli tajemnicy, ale w zakończeniu troszeczkę urywasz wątek. Co do spraw technicznych – niektóre opisy mogłyby być nieco bardziej obrazowe, ale są też dość plastyczne i dynamiczne momenty. Ogólnie mówiąc, całkiem w porządku.

Pozdrawiam.

 

Drogi Geeogrraafie.

Rozpiszę się ckliwie, ale muszę.

Staram się nie pisać niezbyt miłych komentarzy bez powodu, bo nie widzę w nich sensu. Zawsze staram się znaleźć jakiś pozytyw w każdym opowiadaniu, więc może się wydawać, że łatwo mnie czytelniczo zadowolić. Wręcz przeciwnie. Bardzo ciężko znaleźć mi coś (i myślę tu też o książkach), co sprawi, że pomyślę: “Wow. No to jest coś. Zapamiętam to na dłużej”. Nie mam na myśli górnolotnych pozycji, bo to może być też książka za 10 zł w kiosku. Nie jestem recenzentem, więc liczy się tylko to, czy mi się podoba, a gust mam nieznośny.

Czytam tutaj mnóstwo tekstów i wiele, naprawdę wiele jest świetnych i mi się podoba, zawsze chwalę szczerze. Ale twoje opowiadanie jest właśnie tym “wow”. Będę o nim pamiętała i uważam, że rewelacyjnie wyglądałoby na papierze ;)

Podoba mi się styl, nadający właściwego klimatu i tego podskórnego drapania, i fabuła. Niby wrzucasz nas w środek historii, nie wiadomo, o co chodzi, ale z miejsca dołączam do bohatera, aby szukać jego brata. Bohater też bardzo interesujący, polubiłam go i zżyłam się poniekąd, choć tekst krótki. Nie lubię wrzucania czytelnika do połowy książki, bo takie jest tutaj wrażenie, ale wyjątkowo świetnie to zagrało. Jakbym czytała starą, przegniłą książkę, której część się zagubiła i nigdy jej nie odnajdę. Lubię to!  

Zakończenie miodne i dobrze o tym wiesz. Tego typu zakończenia dodają u mnie od razu kilka ocen w górę, co poradzę ;) Szczególnie jeśli są dobrze ograne. 

 

 

Parę sugestii, które możesz zastosować lub nie. Nie obrażę się ;)

 

 

Naciągnął kołnierz swej niebieskiej kurtki i ruszył w szarość gęstniejącej mgły.

“Swej” jest całkowicie zbędne, szczególnie że parę wersów wyżej pojawiło się to słowo. Ja go generalnie nie lubię. Wykreśliłabym też “niebieskiej”, aby zdanie wyglądało lepiej, ale wiem, czemu zaznaczenie tego koloru jest ważne.

 

 

Po bokach pustych ulic straszyły – nie naprawiane od dawna – gazowe latarnie, które marne dawały światło, bardziej przygnębiając niż rozjaśniając najbliższą przestrzeń.

Lepiej: “które dawały marne światło”. Twoja wersja lepiej by wyglądała w dialogu/narracji pierwszoosobowej niż narracji trzecioosobowej.

 

 

Gareth Andersson podążał wzdłuż przerdzewiałych ogrodzeń czując na plecach spojrzenia; wszakże w oknach nie dostrzegał mieszkańców, a jedynie coś jakby cień lub poruszenie.

Hmm… Wszakże? To jest raczej synonim przecież. Lepsze byłoby jednakże.

 

 

– Chyba mówiono ci, żebyś zawrócił, przybłędo! – Zaczął nieznany rozmówca.

No to akurat błądzik: “zaczął”.

 

 

Oto dogodna okazja do przeszukania tego budynku – wszakże nie wiadomo kiedy wróci szeryf, więc działać trzeba szybko.

Do tak pięknej narracji “trzeba” mi nie pasuje. Może: “należy działać szybko”?

 

 

Po chwili[+,] stojąc w obłokach buchającej z rur pary, Andersson przesuwał dźwignie i szarpał różnymi pokrętłami, aby spróbować jakoś uratować bliskiego.

 

Znalezienie szaleńca, którego nie widział, i nie widział skąd dzwonił, nie będzie łatwe.

To zdanie jest brzydkie. Najgorsze w całym tekście. Może: “Znalezienie szaleńca, którego nie widział nie będzie łatwe (nie mogło być łatwe?). Szczególnie że nie wiedział, skąd dzwonił”.

 

 

Zamiast odejść, wtargnąłeś na posterunek i prawie zniszczyłeś naszą podziemną machinę. Mogłeś zniweczyć dziesiątki lat naszej tytanicznej pracy. Jednak na nasze szczęście zdołałem w porę naprawić to, co ty rozregulowałeś.

 

 

Zdanie, które wyjątkowo przykuło moją uwagę:

 

– Wyjaśniam sprawy, które są niejasne. Sądzisz, że cię nie znajdę?

Niby toporne (kto tak mówi?), ale świetnie oddaje charakter postaci.

 

 

Wyszedł mi pean, wiem. Na szczęście jestem zwykłym czytelnikiem, więc mogę chwalić pod niebiosa to, co po prostu weszło mi mocno w gust. Chcę więcej! 

 

Oczywiście klikam do biblioteki i powodzenia w konkursie! 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

oidrin – bardzo dziękuję za przeczytanie i za bardzo miły komentarz.

Napisałaś: Co do spraw technicznych – niektóre opisy mogłyby być nieco bardziej obrazowe...

Zgadzam się. Spróbuję niektóre fragmenty trochę poprawić. Mam nadzieję, że zdążę przed końcowym terminem. Natomiast już po konkursie, po ogłoszeniu wyników, gruntownie poprawię opowiadanie według Twoich porad. Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam.

LanaVallen – bardzo dziękuje za przeczytanie mojego opowiadania. Otrzymanie takiego miłego komentarza, jak ten od Ciebie, jest dla mnie największym sukcesem w mojej, krótkiej jak dotąd, literackiej przygodzie. Pisząc opowiadania starałem się bardzo, lecz nie spodziewałem się, że mój tekst tak bardzo się spodoba. Aby zobrazować mój obecny entuzjazm, przyznam się, że Twój komentarz przeczytałem w całości już przynajmniej siedem razy.

 

Zmiany, o których pisałaś, wprowadziłem do tekstu.

Pozdrawiam i dziękuję za kilk do biblioteki. Geeogrraaf

Cześć Geeogrraaf:-)

Ciekawe opowiadanie. Wprowadzasz bohatera do mrocznego, tajemniczego miasteczka. Budujesz napięcie, tworzysz odpowiedni klimat.

Jednak mam dla Ciebie kilka sugestii:

Nagle w słabym świetle ulicznych latarń, wyłowił wzrokiem szeryfa, który pod osłoną mgły skradał się gdzieś w oddaleniu, i spoglądał skrycie spod ronda ociekającego wodą kapelusza. „Czyżby ten dziwny szeryf snuł własny sekretny plan i nie chciał być rozpoznanym? Ale przez kogo?”

Wnioski bohatera są jakby na wyrost. Widzi szeryfa, który się skrada, i od razu zakłada, że ma on jakiś sekretny plan?

 

Tydzień temu Gareth nawet nie przypuszczał do jakiego niegościnnego miejsca zaprowadzą go poszukiwania brata. […] Głos brata słyszał wówczas z oddali – wśród trzasków na linii – jakby z jakiejś odległej rzeczywistości, jeszcze bardziej posępnej niż ta, do której dotarł teraz.

Ten fragment jest nielogiczny. Najpierw nie przypuszczał, że trafi w tak niegościnne miejsce, a później piszesz, że głos brata sugerował, że przebywa posępnej rzeczywistości. 

 

Wyjaśniam sprawy, które są niejasne. Sądzisz, że cię nie znajdę?

trochę masło maślane

 

,,Czy przekreślona fotografia oznacza »przekreśloną« sprawę, czy raczej odnalezioną osobę?”

powtórzenie

 

Hańba i dyshonor uwierały teraz niczym gwoździe w płucach, gdyż ani brat, ani stryj Joseph tak by nie postąpili, jak on przed chwilą zamierzał.

przed chwilą zbędne

 

A więc i on teraz musi zachować się przyzwoicie, i odważnie iść na ratunek obraną ścieżką, choćby ta wiodła go nawet w podziemne krainy.

nawet zbędne

 

Pomieszczenie wyglądało jak składowisko tajemniczych machin, które – w zielonym blasku elektrycznych łuków – dodawały tym podziemiom jeszcze bardziej ponurego wyrazu.

jeszcze bardziej bym wyrzuciła

 

A jednak Gareth przełamał strach i powodowany teraz swoją niezdrową ciekawością, podszedł do najbliższej, prostopadłościennej kapsuły, by zajrzeć do jej wnętrza przez małe okienko wykonane z hartowanego szkła.

prostopadłościennej zbędne, piszesz o kształcie już wcześniej

 

Wtedy jakby otchłań otwarła się pod Garethem, gdy zobaczył przez tę pancerną szybkę człowieka pionowo zanurzonego po szyję w srebrnej cieczy

pionowo zbędne

 

Kończyny jego były oplecione cierniowymi pędami, podobnymi do tych porastających większość ogrodów w Bloomingdale i okolicach.

Nie brzmi to dobrze

 

Rozejrzał się gorączkowo wokół, a później mijał w biegu kolejne, podobne żelazne prostopadłościany, wyposażone w zegarowe mierniki o zastosowaniu, którego Andersson nawet nie potrafił się domyślić.

a dużo przymiotników, i znowu te prostopadłościany, a poza tym za tym odmiana. W ogóle Geeogrraaf, jeśli mogę coś zasugerować. Piszesz długie zdania, ze sporą ilością przymiotników, co prowadzi do tego, że gubisz szyk i ciężko się to czyta.

 

Zatrzaśnięty w ciasnej, prostopadłościennej kapsule – i nieprzytomny

i znowu:-)

 

Brat Anderssona nie miał najmniejszych szans na przeżycie. Za kilka godzin, najdalej jutro, tragicznie zakończy swój żywot. „Co się tutaj właściwie dzieje?”

Hmm Andersson uznał, ze brat nie ma szans na przeżycie, więc go tam po prostu zostawił? 

 

– Będę was szukał, aż znajdę każdego po kolei. A tobie czaszkę przebiję śrubokrętem! – odgrażał się Andersson nie dając się zbić z tropu.

Hmm, czemu grozi mu akurat śrubokrętem?

 

Pozdrawiam serdecznie

Cześć Olciatka!

Dziękuję bardzo za przeczytanie mojego opowiadania i z liczne – i jakże cenne porady. Większość już wprowadziłem, a nad pozostałym muszę chwilę pomyśleć.

 

Mam pytanie o poniższy fragment, który wyróżniłaś.

 

Rozejrzał się gorączkowo wokół, a później mijał w biegu kolejne, podobne żelazne prostopadłościany, wyposażone w zegarowe mierniki o zastosowaniu, którego Andersson nawet nie potrafił się domyślić.

 

Czy poniższa wersja jest poprawna?

 

Rozejrzał się gorączkowo wokół, a później mijał w biegu kolejne, podobne pancerne prostopadłościany, wyposażone w zegarowe mierniki, których zastosowania Andersson nawet nie potrafił się domyślić.

 

Dziękuję z góry za pomoc, Geeogrraaf!

Geeograaf,

lepiej brzmi to zdanie, ale jak dla mnie i tak za długie jakieś i za dużo szczegółów.

 

pozdrawiam:-)

Spóźniony, ale jestem.

Ciekawy klimat stworzyłeś w tym opowiadaniu Geografie. Podoba mi się klimat grozy, niepewności, tajemniczych urządzeń i planów z którymi mierzy się główny bohater. Nie stoi on też biernie jak w typowych horrorach i zabija posterunkowego. Nie wiem skąd, ale kojarzy mi się motyw dwucyfrowych liczb na telefonie, wydaje mi się, że gdzieś w którymś opko na portalu padł już podobny pomysł. Widać też nawiązanie do HPL, małe miasteczko ukryte przed światem, które skrywa mroczną tajemnicę.

 

Jednocześnie jest tu kilka błędów, które mi utrudniały czytanie.

Pierwszym z nich jest to, że dużo opisujesz. Za dużo. Rozumiem, że w jakiś sposób pewnie chciałeś uniknąć tego, że ktoś nie zrozumie co chcesz przekazać. Jednak momentami miałem wrażenie, że narrator mówi mi, co już wiem/czego powinienem się domyśleć. Do tego dochodzi spora porcja opisów mgły i deszczu. Czytelnik już zdążył wejść w tę mgłę i zmoknąć od deszczu, naprawdę. ;)

„Lecz głęboka noc i ubranie szeryfa wspólnie pomogą uzyskać efekt zaskoczenia” – pomyślał Gareth o swoich dalszych planach. Kilkoma szarpnięciami, zdarł z trupa czarny płaszcz przeciwdeszczowy i kapelusz. 

– Tobie już się nie przyda, a mnie pozwolą na skryty atak

Pół strony dalej:

Pod osłoną nocy – w ubraniu szeryfa – Gareth będzie mógł swobodniej poruszać się po okolicy

Dawanie tego samego komunikatu w tak krótkim odstępie mija się z celem. Tak samo:

Gareth Andersson się poświęcił, w ogóle nie zmierzała ku rozwiązaniu. Z jednej strony – szeryf. Z drugiej – obserwatorzy w oknach za zasłonami.

Chwilę wcześniej była mowa o tym, że ktoś go obserwuje i mowa o szeryfie.

– Ja i szeryf cię śledzimy, powiadasz? Naiwny jesteś i głupi, jeżeli tak myślisz. – Nieznajomy głos w słuchawce stał się niepokojąco rozbawiony. – A może ten, którego nazwałeś szeryfem, wie coś o losach twego brata? A może nie wie nic! – Nadal kpił rozmówca

Z dialogu wynika, że kpił.

Przyjrzał się kolcom pędów, które – głęboko wbite w żyły i tętnice – tłoczyły zapewne jakieś toksyczne soki do krwiobiegu uwięzionego.

Jeśli coś było wbite w żyły i tętnice, to wiadomo, że do krwioobiegu, a nie domięśniowo.

Takich błędów jest jeszcze kilka.

Inny błąd:

Nagle w słabym świetle ulicznych latarń, wyłowił wzrokiem szeryfa, który pod osłoną mgły skradał się gdzieś w oddaleniu,

To zdanie się nie klei, bo była mgła, szeryf się skradał ale przez bohatera był widziany z oddali i przy słabym oświetleniu. :P

 

Jeszcze coś, co błędem nie jest, ale jestem na to jakoś dziwnie wyczulony:

A jednak, ku swemu zdziwieniu, znalazł coś przełomowego. Na końcu pokoju, z prawej strony, dostrzegł regał ze starymi książkami. Ruchomy i osadzony na zawiasach, stanowił doskonały kamuflaż sekretnego przejścia w ścianie, za którym stromo opadały drewniane schody. Podążając tamtędy w głąb wąskiego korytarza, Gareth Andersson wyczuwał, jak z dołu wionęło lodowatym powietrzem i piwniczną wilgocią.

Cały opis znalezienia sekretnego wejścia jest krótki. Za krótki, moim zdaniem. Wszedł, zobaczył, o, tu coś będzie i znalazł. Łatwo przyszło.

staroświeckimi zabytkami.

Masło maślane, zabytki nie są nowe.

upiorna fuzja rośliny i mechanicznej maszyny

To samo. Czy widziałeś kiedyś maszynę niemechaniczną?

Czarna postać skręciła w nieoświetloną uliczkę, a wtedy Andersson ruszył biegiem, by tam, w zapadłym mroku, zadać ciężką latarką mocny i pewny cios w głowę. A potem jeszcze dwa, aż ofiara padła pośrodku mokrej ulicy.

Czy szeryf był głuchy? Jak padał deszcz, to zrobiło się błoto albo kałuże. Bohater biegł. Dlaczego szeryf nie słyszał, jak biegnie, by go zaciukać latarką?

Niepokojące słowa odbijały się od ściany, by ginąć w ciemnej sieni.

Trochę dziwna jak dla mnie ta metafora, tak jakby słowa były piłkami odbijającymi się od ściany, by potem wpaść w jakiś ciemny kąt.

topiąc swoją ofiarę w rozmokłym błocie.

W suchym się nie da.

 

Zakończenie jest mocno zastanawiające, ponieważ mam nieodparte wrażenie, że uciąłeś całą akcję, pozostawiając czytelnika bez odpowiedzi i bez konkretnego rozwiązania.

Proponuję, by w razie możliwości Twój tekst następnym razem poleżał albo został zbetowany, by uniknąć błędów jak te powyżej.

 

Pozdrawiam!

Sagitt – bardzo dziękuję za liczne i wnikliwe uwagi. Jest ich tak wiele, że będę drukował, aby przy wprowadzaniu mieć ogląd całości i nie pomylić się przy wpisywaniu.

Spróbuję poprawić jak najwięcej przed upływem terminu (organizatorzy dali chyba dwa tygodnie od publikacji). Pewne dwa fragmenty, które wskazałeś, wymagają większych ingerencji, dlatego poprawię już po konkursie, bo nie chcę czegoś w pośpiechu przy kasowaniu/poprawieniu/wklejaniu/kopiowanie namieszać w tekście i w fabule. Natomiast z pozostałymi sobie poradzę.

 

Wybrałem dwie szczególne uwagi, do których chciałem się odnieść:

mechaniczna maszyna – na początku też myślałem i nadal tak myślę, zwłaszcza po Twojej uwadze, że brzmi to jak masło maślane. Ale napisałem mechaniczna maszyna bo w wikipdii widziałem w artykule Maszyna licząca, w spisie treści: Mechaniczne maszyny liczące. Dlatego, zostawiłem w pierwszej wersji, czyli mechaniczna maszyna.

 

Jednakże zgadzam się z Twoją uwagą i spróbuję zmienić na:

upiorna fuzja rośliny i parowej maszyny  albo

upiorna fuzja rośliny i energetycznej maszyny albo

upiorna fuzja rośliny i pneumatycznej maszyny.

 

Napisałeś jeszcze

Zakończenie jest mocno zastanawiające, ponieważ mam nieodparte wrażenie, że uciąłeś całą akcję, pozostawiając czytelnika bez odpowiedzi i bez konkretnego rozwiązania.

 

Zakończenie jest takie: Andersson stojąc w drzwiach dostrzega jakąś postać w oddali

a dokładnie jest tam napisane:

Na szczęście dla Anderssona, jego obawy szybko się rozwiały: bo oto otworzył drzwi i z ulgą stwierdził, że tam – po drugiej stronie ulicy – przechodzi jakiś obcy mężczyzna, ubrany w niebieską kurtkę.

 

Podkreślone fragmenty sugerują – a przynajmniej chciałem, aby sugerowały – że Andersson nie domyślił się kogo zobaczył. Natomiast Czytelnik wie, że Andersson dostrzegł samego siebie.

Ale jak to możliwe? To już można dowolnie interpretować – może ta dziwna maszyna w podziemiach jest temu winna? Może ta machina cofa czas lub zagina przestrzeń lub otwiera alternatywne lub równoległe światy? A może nie?

Chciałem, aby czytelnicy tak to właśnie odebrali, a przynajmniej podobnie, w przybliżeniu.

 

Jeszcze raz dziękuję za poświęcenie czasu i za cenne – i bardzo szczegółowo opisane porady.

 

Mam jeszcze cztery pytania:

Czy podczas czytania były w tekście jakieś dłużyzny?

Czy pojawił się w tekście efekt przynudzania?

Czy w tekście są jakieś fragmenty, które zamiast straszyć są śmieszne lub naiwne i psują nastrój?

A jeśli tak, to czy możesz wskazać jakiś przykładowy?

 

Jeszcze raz dziękuję za pomoc i za takie pasjonackie i rzetelne podejście do analizy tekstu, który napisałem; pozdrawiam, Geeogrraaf.

Wybrałem dwie szczególne uwagi, do których chciałem się odnieść:

mechaniczna maszyna – na początku też myślałem i nadal tak myślę, zwłaszcza po Twojej uwadze, że brzmi to jak masło maślane. Ale napisałem mechaniczna maszyna bo w wikipdii widziałem w artykule Maszyna licząca, w spisie treści: Mechaniczne maszyny liczące. Dlatego, zostawiłem w pierwszej wersji, czyli mechaniczna maszyna.

Zakładam, że mechaniczne maszyny liczące wskazują na typ działania urządzenia/sposób wykonywania obliczeń (że nie była to np. cyfrowa maszyna licząca).

Co do tego, jaka miałaby to być maszyna, to Twój wybór, czy parowa, czy energetyczna, czy pneumatyczna tak naprawdę.

Napisałeś jeszcze

Zakończenie jest mocno zastanawiające, ponieważ mam nieodparte wrażenie, że uciąłeś całą akcję, pozostawiając czytelnika bez odpowiedzi i bez konkretnego rozwiązania.

 

Zakończenie jest takie: Andersson stojąc w drzwiach dostrzega jakąś postać w oddali

a dokładnie jest tam napisane:

Na szczęście dla Anderssona, jego obawy szybko się rozwiały: bo oto otworzył drzwi i z ulgą stwierdził, że tam – po drugiej stronie ulicy – przechodzi jakiś obcy mężczyzna, ubrany w niebieską kurtkę.

Tak, to rozumiem, ale czytelnik nie otrzymał końca wątku – czy Anderssona dalej ktoś prześladował, czy ktoś wydzwaniał lub czy też dalej próbował ratować brata? Tego nie wiadomo.

 

Podkreślone fragmenty sugerują – a przynajmniej chciałem, aby sugerowały – że Andersson nie domyślił się kogo zobaczył. Natomiast Czytelnik wie, że Andersson dostrzegł samego siebie.

Czy on nie wyrzucił te kurtki po drodze w krzaki? Po tym jak wziął płaszcz szeryfa? To jest mylące wówczas, że byłby to on sam.

 

Jeszcze raz dziękuję za poświęcenie czasu i za cenne – i bardzo szczegółowo opisane porady.

Cieszę się, że mogłem pomóc. ;)

 

Mam jeszcze cztery pytania:

Czy podczas czytania były w tekście jakieś dłużyzny?

Czy pojawił się w tekście efekt przynudzania?

Czy w tekście są jakieś fragmenty, które zamiast straszyć są śmieszne lub naiwne i psują nastrój?

A jeśli tak, to czy możesz wskazać jakiś przykładowy?

 

  1. Tylko we fragmentach gdzie narrator za bardzo chce wszystko opisać.
  2. Raczej nie. 
  3. Nie, raczej bym coś takiego wychwycił przy czytaniu.

    Kiedyś skomentowałem jeden „horror” przy którym się szczerze uśmiałem. Napisałem to delikatnie, ale autor tekst usunął. :P

Cześć!

Na wstępie mała informacja: nie przejmuj się długością komentarza. On może trochę przerażać, ale dla mnie to standardowa długość, kiedy analizuję jakiś tekst. Nie traktuj też moich uwag jako czepy czy prawdy objawione, bo raczej będę się tu zwyczajnie dzielił swoimi refleksjami, w jakiejś część też swoim podejściem do pisania, również tym, czego nauczyli mnie swoimi spostrzeżeniami czytelnicy.

W każdym razie nie traktuj tego mojego komentarza jak łapankę, a raczej jako zbiór przemyśleń i pewien materiał poglądowy do Twojej własności. ;-)

Dobra zaczynamy:

 

Późną nocą Gareth Andersson błądził bocznymi drogami wiodącymi przez leśne pustkowia.

Generalnie fajnie jest w takich tekstach dać jakieś krótsze nazwisko, bo wtedy łatwiej panować nad płynnością tekstu. Takie jedno, może dwusylabowe łatwiej “wtapia się” w zdania. To luźna uwaga, nic więcej.

Wreszcie pozostawiał za sobą ciemną zieleń świerków,

Tu chyba miało być “pozostawił”? Chociaż najlepiej pasowałoby chyba samo “zostawił”.

Ledwo minął starą przydrożną tablicę

Generalnie lepiej odpuszczać sobie takie wstawki jak “ten”, “ta” “tę”, itp. Zdaję sobie sprawę, że one mogły się pojawiać w jakichś starszych tekstach (może i u Lovecrafta), ale tak czy inaczej, jeżeli nie są konieczne, lepiej je sobie odpuszczać. One są naprawdę zbędne i nie wpływają pozytywnie na atrakcyjność tekstu.

Tam – w prostokącie żółtego światła – odcinał się ciemny kształt postaci w kapeluszu.

Unikałbym też “tam” na początku zdania. Brzmi tak sobie. Znacznie lepiej pasuje, kiedy jest wplecione w zdanie: odcinał się tam ciemny…

Na końcu miało być chyba kapelusza?

„Zapewne szeryf tej miejscowości pełni teraz swe obowiązki” – pomyślał Gareth

Generalnie tak, jak podobał mi się sposób, w jaki napisałeś ten tekst, tak te wstawki prezentujące myśli wypadały słabiej. One nie trzymały poziomu tekstu. Czasem wydały się nie potrzebne. Zbyt rozciągnięte. Teatralne. Wspomnę o tym jeszcze w dalszej części komentarza i na końcu, kiedy napiszę samą opinię do tekstu.

choć bardziej w obawie o swoje plany, które tamten – zapewne podejrzliwy – stróż prawa mógłby jakoś zniweczyć

Albo tamten, albo stróż prawa. Nie trzeba wymieniać jednego i drugiego, bo piszesz dwa razy to samo. Jeżeli zostawisz samo “tamten”, czytelnik będzie wiedział, o kogo chodzi w oparciu o poprzednie zdanie. Może się wydawać, że to drobiazg, ale na końcu okazuje się, że takie drobiazgi potrafią zabierać dobre kilka tysięcy znaków. ;-)

Tajemnicza sprawa – dręcząca umysł Anderssona od tygodnia – przygnała go do tej zapadłej miejscowości

Trochę za dużo tych wtrąceń. One fajnie pasują, kiedy są drobnym urozmaiceniem tekstu, kiedy jest ich dosłownie cztery, pięć w tekście. Gdy jest ich więcej, zaczynają zbyt mocno zwracać na siebie uwagę. Później podam, kiedy taka wstawka w tekście pasowała najbardziej. Oczywiście, przypomnę, to wszystko jedynie moje odczucia, nic więcej. Inni czytelnicy mogliby mieć w tej kwestii inne zdanie. ;)

Tajemnicza sprawa – dręcząca umysł Anderssona od tygodnia – przygnała go do tej zapadłej miejscowości, utworzonej przez skupisko kilkudziesięciu domów.

Generalnie dobrze jest unikać takich zbitek brzmieniowych, zwłaszcza w tekście, które (poprzez niespieszne tempo) buduje klimat. Wtedy takie drobiazgi rzucają się w oczy bardziej niż w innych gatunkach tekstów.

Tym bardziej, że tutaj stosunkowo łatwo to ominąć.

…zapadłej miejscowości, na którą składało się z biedą kilkadziesiąt domów… (nie mówię, że to zdanie jest właściwe, chodzi mi raczej o pokazanie, że łatwo jest omijać te zbitki brzmieniowe)

gazowe latarnie, które marne dawały światło

Tu bym nie kombinował z szykiem i dał po prostu: dawały marne światło. W tej formie, jaką masz w tej chwili, to brzmi tak strasznie poetycko. Jasne, można tak pisać, ale wtedy trzeba być w tym konsekwentnym przez cały tekst.

bardziej przygnębiając niż rozjaśniając najbliższą przestrzeń.

Zbitka brzmieniowa. Dalej nie będę już tego zaznaczał, bo wiesz już, o co mi chodzi, a nie ma potrzeby nadmiernie rozciągać tego komentarza. ;-)

Gareth Andersson podążał wzdłuż przerdzewiałych ogrodzeń czując na plecach spojrzenia

Tutaj brakło jakiegoś dookreślenia, żeby te spojrzenia fajnie wybrzmiały. Podejrzliwe spojrzenia. Albo Niepewne spojrzenia. Generalnie brakło jakiegoś przymiotnika (choć generalnie przymiotniki i przysłówki to nie jest przyjaciel autora ;-)).

Szło się uciążliwie – deszcz się wzmógł

Generalnie unikałbym wrzucania dwóch “się” tak blisko siebie. To nigdy nie brzmi szczególnie dobrze. Można dać coś w stylu: deszcz wzbierał na sile (tylko wtedy wiatr nie może być silny, żeby nie wpaść w powtórzenie ;-)).

Gareth Andersson dalej starał się wybierać wąskie zaułki, aby nie zaznaczać zbytnio swej obecności.

Dalej to takie trochę” słowo-intruz” w tym przypadku. Niby coś tam wnosi i do czegoś jest potrzebne, ale gdyby znikło, to nikt by po nim nie płakał. Ja wtedy wywalam takie słowa, bo (jak wspominałem) dzięki temu cały tekst staje się znacznie krótszy, a czytelnik nic na tym nie traci (a wręcz oszczędza trochę czasu; a skoro tekst jest krótszy to i większa szansa, że zechce poświęcić czas na lekturę).

Nagle w świetle ulicznych latarń(-), wyłowił wzrokiem szeryfa

Tu jestem prawie pewien, że nie powinno być tego przecinka. ;-)

Generalnie trochę te przecinki jeszcze u Ciebie szaleją w tekście, ale w tym akurat zbytnio Ci nie pomogę, bo sam mam batalistyczne podejście do zasad interpunkcji. ;-)

„Czyżby ten dziwny szeryf snuł jakiś własny sekretny plan i nie chciał być rozpoznanym? Ale przez kogo?” – zastanawiał się Andersson.

Tutaj kolejny przykład tej myśli, która nie do końca trzyma ogólny poziom tekstu. Bo ona tutaj brzmi tak… strasznie łopatologicznie. Jakby czytelnik był intelektualnie gdzieś na poziomie dziecka i trzba mu było taki rzeczy podkreślać.

A, i może małe uściślenie – chwalił też będę, ale… później. :D

pokazywało, że przybycie Anderssona nie szło mu na rękę.

Wiem, że mówi się “nie było na rękę”, ale nigdy nie słyszałem, by ktoś mówił “nie szło”.

Sprawiał wrażenie człowieka tajemniczego, chcącego pozostać w cieniu tutejszej rzeczywistości, a jednocześnie prowadzącego jakąś swoją niebezpieczną działalność.

Tu jeszcze jeden przykład tych zbitek brzmieniowych.

 mieszkańców niweczyło Anderssonowi swobodę prowadzenia śledztwa

A ten pogrubiony fragment brzmiał mi jakoś tak strasznie oficjalnie: jakbym czytał o nowelizacji ustawy o swobodzie prowadzenia działalności gospodarczej. Niby trochę czep na siłę, ale tak, jak ten tekst u Ciebie, właśnie poprzez pewną charakterystykę zdań, ma określony klimat, tak taki “sztywniak” trochę z tego klimatu wytrąca. ;)

Natychmiast skręcił w boczną uliczkę, a później w kolejną, i wtedy tam – w mętnym świetle gazowej latarni – dostrzegł ruinę telefonicznej budki, której widok obudził w nim jakże ponure wspomnienia…

Tu też przykład takich słów-intruzów, które nie są tekstowi niezbędne (zwłaszcza to drugie). Niby mogą być, ale jeśli nie muszą, to nie ma co trzymać darmozjadów. Tak, jak pisałem, one z perspektywy całego tekstu potrafią zabrać naprawdę nawet i klika tysięcy znaków (co zwłaszcza przy mniejszych limitach znaków może mieć ogromne znaczenie). Później już nie będę o nich wspominał w dalszej części komentarza, bo już chyba z grubsza wiadomo, o co chodzi.

Tydzień temu Gareth zaczął podejrzewać do jakiego niegościnnego miejsca zaprowadzą go poszukiwania brata.

Trochę niezgrabne to zdanie. Cały tekst masz na dużo wyższym poziomie, jeśli chodzi o budowę zdań. To jest jakoś tak nieskładnie przekombinowane. Można przecież dużo prościej”

Od pewnego czasu Gareth domyślał się (już), gdzie mogą zaprowadzić go poszukiwania brata.

– Ratuj mnie bracie! Przyjedź po mn… – krzyczał wtedy w słuchawce głos przepełniony trwogą.

Przed “bracie” musi być przecinek, bo wołacze zawsze oddzielamy przecinkiem (czyli o tym, czego nauczyła mnie Finkla ;-)).

Generalnie wydaje mi się, że to “bracie” jest do wyrzucenia, bo obniża wiarygodność tego krzyku. Samo “ratuj mnie!” brzmiałoby dużo naturalniej. Przecież wiedział chyba, do kogo krzyczy, więc w takich sytuacjach nie trzeba na końcu tego podkreślać (i raczej nikt chyba, krzycząc przez telefon, tego nie robi).

A teraz ponura niepewność przeszywała Anderssona na myśl

To też lepiej brzmi wplecione w zdanie: ponura niepewność przeszywała teraz…

Wyjaśniam sprawy, które są niejasne.

Wyrób powtórzeniopodobny. ;-)

Głupi Andersson przemierzył pół świata,

naiwnie sądził, że uratuje brata.

Cały zdjęty strachem, wylazł w nocy z lasu,

W Bloomingdale już stracił bardzo dużo czasu.

Bardzo fajny pomysł i przyjemne urozmaicenie tekstu, tylko trochę brakuje tej rymowance konsekwencji, jeśli chodzi o rytm.

Zwróć uwagę na rozłożenie sylab w poszczególnych wersach: 11 (5/6); 12 (5/7); 12 (6/6); 12(6/6)

Te nawiasy to rozłożenie sylab w podziale na pauzy. Jeśli zacznie sylabować każdy wers, to łatwo podzielić go na dwie części. Generalnie lepiej jest pisać to trochę konsekwentniej. Jasne, gość od tej rymowanki nie był żadnym poetą, więc trudno tu wymagać konsekwencji. Z drugiej strony czytelnik chce płynąć przez tekst, a jak trochę braknie rytmu, to zaraz zacznie marudzić. ;-)

W gniewie Gareth Andersson zacisnął drżącą dłoń na słuchawce, jednocześnie lękając się chociażby spojrzeć wokoło.

Generalnie jeśli ma się pojawić imię i nazwisko, to tylko na początku zdania. Wtedy jeszcze fajnie to brzmi. Chociaż ja akurat to pisałem wybitnie na wyczucie u siebie w opowiadaniu. ;)

Stał teraz przed posterunkiem, który gapił się ciemnymi oknami i wabił otwartymi drzwiami.

Gapiący się posterunek brzmi jednak tak sobie.

Stare teczki zalegały biurka i parapety okien, a zwiędłe kwiaty w doniczkach i pożółkłe, potargane firanki, ani trochę nie udomowiły wnętrza posterunku.

To nie może tak być:

https://sjp.pwn.pl/sjp/udomowic;2532078.html

Jednakże to czarno-białe zdjęcia kilkudziesięciu zaginionych osób były głównym powodem niepokoju, który wisiał w powietrzu.

Tu chyba lepiej by brzmiało “unosił się”, bo wisieć to bardziej pasuje do obrazu na ścianie.

Andersson nie mógł oprzeć się wrażeniu, że te smutne twarze z fotografii jakby śledziły nieustannie każdy jego ruch.

Tu przy takiej formie zdania jednak nie pasuje moim zdaniem czas przeszły. Dałbym śledzą (tylko trzeba wtedy wyrzucić to “jakby”).

Niektóre zdjęcia zamaszyście przekreślono ołówkiem?

Dlaczego na końcu jest znak zapytania? Z perspektywy czytelnika to zdani brzmi jak normalna informacja.

,,Czy przekreślona fotografia oznacza »przekreśloną« sprawę, czy raczej odnalezioną osobę?” – zastanawiał się jednocześnie przywołując w pamięci słowa nieznajomego

Wrócę jeszcze do tych myśli, o które marudziłem. Bo tu na przykład masz bardzo fajne miejsce do takiego wtrącenia myśli, tylko ona powinna być bardziej rwana, krótka. Jak to myśl/wątpliwość przy oględzinach: Przekreślona sprawa? Czy odnaleziona osoba? – zastanawiał się.

W zakamarki umysły Anderssona nieustannie wkradały się – wynikające z nikłych poszlak – wątpliwości co do intencji szeryfa i do roli, jaką w tym miasteczku odgrywał.

Ciut przekombinowane to zdanie. Ono chce być trochę zbyt “ładnie napisane”. Czasem lepiej nadmiernie nie kombinować.

Przy “umysły” jest litrówka. ;)

Gareth, z głową pełną lęku

Lęk zwykle “rozlewa się” albo “panoszy się” po całym ciele. On nie pasuje w kontekście samej głowy.

Próbował wytropić cokolwiek

W tym kontekście bardziej pasuje znaleźć. Wytropić widziałbym tu wtedy, jakby szedł po czyichś śladach, albo coś w ten deseń.

– Zawróć! Nie idź tędy! – krzyczał głos rozsądku.

Fajna wstawka, bardzo mi tu pasowała, urozmaica tekst, ale dopowiedzenie tylko psuje wrażenie. Jeśli to ma fajnie wybrzmieć, to zostawiłbym samo “zawróć!”.

Podążając tamtędy w głąb wąskiego korytarza, Gareth Andersson wyczuwał, jak z dołu wionęło lodowatym powietrzem i piwniczną wilgocią.

Tu przykład słów intruzów. Gareth w tym miejscu nie był potrzebny, wiadomo, kto “wyczuwał”, a zdanie ładniej brzmi bez tego.

Stamtąd dało się słyszeć świst

To też lepiej brzmi przy innym szyku: dało się stamtąd

Otaczająca solidna technologia przerażała

Generalnie jako czytelnik wiem, co chciałeś mi tym przekazać, ale to nie może tak być. Słowo technologia średnio tu pasuje, w dodatku ona raczej nie może być solidna. Solidna, to mogłaby być aparatura, choć też użyłbym jakiegoś mocniejszego przymiotnika (potężna, albo coś takiego).

https://sjp.pwn.pl/szukaj/technologia.html

Czy przypuszczał którykolwiek z tych biedaków – tylko śmierć im wybawieniem – do jakiego upiornego miejsca może zaprowadzić człowieka nieodgadnione przeznaczenie?

Widzisz, i to bardzo fajnie pasuje jako taka wydzielona w zdaniu wstawka. Trzy, cztery takie w tekście i z mojej perspektywy byłaby to wartość dodana opowiadania. Jeśli używasz tego częściej, to prędzej cyz później się opatrzy i “zleje” z tekstem.

Cała groza, którą

Tu chyba powinno być “której”.

Cała groza, którą doświadczył dotychczas w Bloomingdale, nie dorównywała tej, która runęła na niego właśnie teraz

Powtórzenie.

„Bracie! Wybacz mi, że przybyłem za późno!” – Gareth bił pięścią w pancerne szkło,

To mi brzmiało strasznie teatralnie. Znaczniej lepiej brzmiało prostsze: …bił pięścią w pancerne szkło, wpatrując się w oczy/twarz/oblicze brata.

Inna rzecz, że lepiej by wypadł ten tekst, gdyby brat miał imię. Bohater mógłby wymawiać wtedy to imię, co brzmiałoby bardziej wiarygodnie i bezpośrednio niż “bracie!”.

wiedział kto telefonuje,

Dlaczemu nie napiszesz prosto: kto dzwoni? ;)

– Bawisz się w detektywa (+,)przybłędo.

Przecinek przed wołaczem.

gdy przez dwie minut szeryf

Litrówka. ;)

A jakże ponury musiał być to widok, gdy przez dwie minut szeryf miotał się bijąc rękami i krztusił rozmokłą gliną, która powoli zalegała jego płuca.

Gareth zdjął już ciężki but z głowy szeryfa i w zacinającym deszczu stał jeszcze przez chwilę – jakże wstrząśnięty swym niedawnym czynem.

Dwa jakże blisko siebie bardzo rzucają się w oczy. To jedno z tych słów, którymi nie powinno się szastać, bo one nie wtapiają się w tekst. Są dosyć rzadkie dla opowiadań, charakterystyczne dla tekstów stylizowanych na dawniejsze historie i dlatego bardzo je widać.

– Tobie już się nie przyda, a mnie przebranie pozwoli na skryty atak – rzekł do martwego szeryfa, gdy bez skrupułów wrzucał jego zwłoki do pobliskiej rzeki.

To takie słowo, które wynika z kontekstu i spokojnie można je wyrzucić, bo nic nie wnosi, a tylko podpowiada czytelnikowi to, co on już i tak wie. Jak to mi kiedyś napisał ktoś mądry: zaufaj inteligencji czytelnika. ;-)

taflą wody, Gareth już zobaczył

Tu chyba miało być: nie zobaczył.

i dlatego też ruszy przez pokój w stronę tego urządzenia.

A tu chyba powinno być ruszył.

 

OK, na razie tyle. Za chwilę wrzucę jeszcze opinię, ale w osobnym komentarzu, bo boję się, żeby mi czasem ten nie zniknął. ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Całkiem udany tekst. Punktuje przede wszystkim fajnym stylem, nawiązującym do dawniejszych tekstów. Jasne, jest trochę językowych niezręczności, ale nie na tyle, żeby psuć przyjemność z lektury.

Historii tu trochę mało, zdecydowanie więcej budowy klimatu poprzez opisy, ale to ogólnie charakterystyczne dla weirdu, więc nie ma się co czepiać.

Podobał mi się pomysł i tak. Przede wszystkim tajemnica w nim zawarta. Naprawdę obiecująca i interesująca czytelniczo. Szkoda, że dostała tak mało miejsca w tekście, bo zawartość podziemi naprawdę zasługiwała na większą uwagę, większą liczbę opisów. I w ogóle rozwinięcie – tutaj widzę trochę niewykorzystany (albo uczciwiej napisać: wykorzystany częściowo) potencjał. Zakończenie mocno urwane, pozostawiające szereg wątpliwości, które rozwiała mi dopiero Twoja odpowiedź do komentarza Sagitta. Tutaj te sugestie w tekście były jednak ciut zbyt skąpe.

Czy podczas czytania były w tekście jakieś dłużyzny?

Czy pojawił się w tekście efekt przynudzania?

Czy w tekście są jakieś fragmenty, które zamiast straszyć są śmieszne lub naiwne i psują nastrój?

A jeśli tak, to czy możesz wskazać jakiś przykładowy?

Na pierwsze i drugie odpowiem zbiorczo: i tak i nie.

Generalnie ma się pewne poczucie lekkiej dłużyzny, ale ona wynika z charakterystyki weirdu, nie z jakiegoś Twoje błędu. Tak uważam. Generalnie weird ma dość powolne tempo, stawia przede wszystkim na mozolną budowę klimatu poprzez szereg opisów i tutaj niejako trzymasz się tego kanonu. To oznacza z grubsza tyle, że jednak część czytelników, którym weird może nieszczególnie leżeć, mogą Ci o to marudzić. Zwłaszcza, że jak pisałem, korzystniej dla opowiadanie było skrócić niejako tę część prowadzącą do labiryntów, a rozbudować opisy podziemi i ich zawartości, bo z mojej perspektywy to najbardziej intryguje.

Natomiast trzeba też jasno zaznaczyć, że to jest tekst dość dobry i jeśli ma zrażać, to raczej tym, że mocno wpisuje się w gatunek, który nie każdemu może leżeć. Mniej jakimś koszmarnym przegadaniem.

 

Na trzecie i czwarte też odpowiem zbiorczo: Psują nastrój wstawki z myślami, które, jak wspominałem powyżej, czasem brzmią teatralnie, czasem trochę dziecinnie, czasem są zbyt rozbudowane, by w danym kontekście wybrzmieć realistycznie. Poza tym chyba nic więcej. Dokładniej tego nie rozwijam, bo poruszałem to już w poprzednim komentarzu.

To tyle.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM – dziękuję za obszerne/ogromne/potężne/rozbudowane komentarze i w szczególności za poświęcony czas.

Pojutrze mija termin wykonywania poprawek (tzn do 2 tyg. od publikacji), dlatego również bardzo doceniam (i podziwiam) prędkość i precyzję Twojej pracy nad tym opowiadaniem. Dzięki niej zdołam jeszcze wstawić wiele poprawek przed upływem tego terminu.

Jutro i pojutrze będę trochę przytłoczony obowiązkami, ale wieczorami postaram wpisać i zastosować w tekście jak najwięcej Twoich uwag i porad.

Zaraz drukuję na kartki oba Twoje komentarze i zabieram się do poprawiania.

 

Mam jeszcze pytanie dotyczące poniższego fragmentu Twojego komentarza:

 

Zakończenie mocno urwane, pozostawiające szereg wątpliwości, które rozwiała mi dopiero Twoja odpowiedź do komentarza Sagitta. Tutaj te sugestie w tekście były jednak ciut zbyt skąpe.

 

Całkowicie się z tym zgadzam, lecz poprawą i uszczegółowieniem zakończenia zajmę się na spokojnie po konkursie i po wynikach. Teraz nie mam odwagi wprowadzać dużych rewolucji w krótkim czasie, bo jeszcze namieszam i nie zapanuję nad fabułą. Ale po wynikach muszę do tego wrócić.

 

A oto moje dwa pytania odnośnie ostatniego akapitu, który tu przekopiowałem poniżej:

 

Czy w końcówce jest wyraźnie zaznaczone, że Andersson patrzy na siebie?

 

Czy podkreślone poniżej napisy wystarczą, aby prawie każdy Czytelnik wiedział, że w opowiadaniu jest jakiś rodzaj lub namiastka pętli? 

 

,,Niebieska kurtka” jest przecież świadomie sugerowana we wcześniejszych fragmentach opowiadania, a ponowne pojawienie się słów ,,przydrożna tablica” jest nieprzypadkowe.

Na szczęście dla Anderssona, jego obawy szybko się rozwiały: bo oto otworzył drzwi i z ulgą stwierdził, że tam – po drugiej stronie ulicy – przechodzi jakiś obcy mężczyzna, ubrany w niebieską kurtkę. Tamten minął starą przydrożną tablicę i tylko spojrzał z oddali w stronę Anderssona stojącego na progu. Ale ruszył dalej, zupełnie jak zagubiony przybysz szukający czegoś lub mający jakąś sprawę do rozwiązania.

 

Czy warto jeszcze teraz zrobić drobną korektę do zakończenia, czy lepiej zostawić jak jest, a dokładniej zająć się tym po konkursie?

Bardzo dziękuję za klik do Biblioteki, pozdrawiam, Geeogrraaf

Czy w końcówce jest wyraźnie zaznaczone, że Andersson patrzy na siebie?

I tak… i nie. ;)

Jest wyraźnie zaznaczone, że patrzy, ale że na siebie…

Wyjaśnię dokładniej przy drugim pytaniu.

Czy podkreślone poniżej napisy wystarczą, aby prawie każdy Czytelnik wiedział, że w opowiadaniu jest jakiś rodzaj lub namiastka pętli? 

Moim zdaniem nie. Widzisz, jeśli chodzi o uwagę czytelnika, istnieje pewna gradacja tego, co może do niego (a przede wszystkim do jego pamięci) trafić. “Niebieska kurtka” czy “przydrożna tablica” to obrazy dość typowe i dlatego nawet powtórzenie ich nie gwarantuje, że zapadną w pamięć.

Uwaga czytelnika w pierwszym rzędzie skupiona jest na posterunku, podziemiach, tajemnicy, która się z nią wiąże. A może pisząc dokładniej: na osobliwościach, na tym, co charakterystyczne. Dla Ciebie te wzmianki o kurtce czy znaku są wystarczające: powtórzyłeś je przecież, zaakcentowałeś jak trzeba. Ale Ty znasz dobrze swojego bohatera. Ja znam go pobieżnie, tyle, ile zostało mi w pamięci w czasie lektury. A moja uwaga koncentrowała się na najważniejszych elementach tego opowiadania: tajemnicy, posterunku. Na końcu, kiedy pojawia się motyw pętli, u mnie jako czytelnika siedzą w głowie przede wszystkim bardziej charakterystyczne obrazy: telefon, martwy szeryf, korytarze podziemne, pancerna kapsuła. Wokół tego ogniskuje się zainteresowanie czytelnika i to zostaje w głowie. Kurtka czy tablica to obrazy bardzo niepozorne i zwłaszcza w takim tekście, którego klimat tworzą przede wszystkim różne opisy, trudno, by takie szczegóły utkwiły czytelnikowi w pamięci.

Może gdyby to był jakiś znak szczególny: charakterystyczna blizna, albo coś w tym rodzaju. Gdyby jeszcze historia tej blizny została jakoś w tekście opisana, wtedy prawdopodobnie można by ten motyw na końcu skojarzyć. Ale to musi być coś bardzo charakterystycznego, by zapadło w pamięć.

Czy warto jeszcze teraz zrobić drobną korektę do zakończenia, czy lepiej zostawić jak jest, a dokładniej zająć się tym po konkursie?

Moim zdaniem nie. Takie pospieszne korekty nie wpływają zazwyczaj dobrze na tekst. Lepiej zostawić tak, jak jest, bo niechby nawet były problemy z pozytywną oceną tego elementu, to przynajmniej na końcu masz jakiś materiał do wyciągania wniosków na przyszłość. A jeżeli zaczniesz zmieniać na ostatnią chwilę, to później będziesz mógł się jedynie zastanawiać, co by się stało, gdyby zakończenie pozostało w takiej wersji, w jakiej je pierwotnie wymyśliłeś. ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dziękuję za porady na temat zakończenia opowiadania. Teraz jeszcze dokonam kilku drobnych poprawek, a z większymi, i w szczególności z zakończeniem, zrobię tak jak napisałeś – zostawiam do rozstrzygnięcia konkursu.

Bardzo doceniam czas, który przeznaczyłeś na sprawę mojego opowiadania i jeszcze raz dziękuję za liczne porady, które traktował będę jako wzorcowy podręcznik do dalszego pisania opowiadań.

Do zobaczenia na elektroniczno-tekstowym terenie portalu NF, pozdrawiam, Geeogrraaf

 

 

Fajnie zapętliłeś :) Myślę, że zakończenie robi cały tekst. Kiedy się zorientowałam, że Andersson na początku zobaczył siebie, całe to łażenie po uśpionym miasteczku rodem z horrorów nabrało nowego znaczenia. Siła, która rozpanoszyła się w miasteczku zakpiła z bohatera i doprowadziła go do zabójstwa. Zresztą, dzięki tej pętli, sama już nie wiem, co się tam stało. Czy szeryf był potencjalnym sprzymierzeńcem, czy w ogóle istniał, czy może Andersson po prostu zabija siebie w nieskończonym cyklu? W każdym razie jego los jest nielepszy niż to, co spotkało brata. Normalnie takie niedomówienia mnie irytują, ale tym razem jakoś mi wszystko do kupy pasuje :)

Motyw brata i tego, co go spotkało dopełnia tajemnicy. Choć akurat temu wątkowi przydałoby się lekkie rozwinięcie.

Generalnie zadowolona z lektury jestem i klikam :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irka_Luz – cieszę się, że opowiadania się spodobało. Pisząc starałem się prowadzić fabułę tak, aby Czytelnicy zadawali sobie po przeczytaniu właśnie takie pytania jak Twoje, a mianowicie:

 

Czy szeryf był potencjalnym sprzymierzeńcem, czy w ogóle istniał, czy może Andersson po prostu zabija siebie w nieskończonym cyklu?

 

Spróbuję dać jakiś zarys mojego pomysłu na to opowiadanie.

 

Czy szeryf był potencjalnym sprzymierzeńcem, czy w ogóle istniał?

 

Moja odpowiedź/interpretacja: szeryf w ogóle nie istniał. Andersson z oddali zobaczył w drzwiach posterunku jakiegoś człowieka. I natychmiast wyciągnął najprostszy i najbardziej narzucający się (ale my już wiemy, że błędny) wniosek:

„Zapewne szeryf tej miejscowości pełni teraz swe obowiązki” – pomyślał Gareth

 

Zobaczmy teraz co mówił tajemniczy rozmówca:

 

Ja i szeryf cię śledzimy, powiadasz? Naiwny jesteś i głupi, jeżeli tak myślisz. – Nieznajomy głos w słuchawce stał się niepokojąco rozbawiony. – A może ten, którego nazwałeś szeryfem, wie coś o losach twego brata? A może nie wie nic! – Nadal kpił rozmówca. – Trzeba ci bowiem wiedzieć, że ten cały szeryf próbuje nieudolnie stać tutaj na straży prawa, ale on sam chyba dokładnie nie wie którego… jeśli wiesz, co mam na myśli?

 

Podkreślone fragmenty sugerują, że nie ma kogoś takiego jak szeryf. Tajemniczy rozmówca prawdopodobnie wie co się tutaj dzieje, oraz wie, że Andersson i “szeryf” to ten sam Andersson (czyli dwóch Anderssonów: ,,wcześniejszy” oraz ,,późniejszy”).

 

Andersson uznał (błędnie) na początku, że tamten na progu to szeryf i trzymał się tej wersji do końca.

 

Czy może Andersson po prostu zabija siebie w nieskończonym cyklu?

 

Moja odpowiedź/interpretacje: tak.

Chciałem, aby Czytelnicy jakoś mniej więcej tak odebrali wątek machiny: być może ta dziwna maszyna w podziemiach jest temu winna? A może ta machina cofa czas? A może zagina przestrzeń lub otwiera alternatywne/równoległe światy? A może nie? A może coś w ten deseń? A może było inaczej?

 

A może machina miała inne przeznaczenia, o którym nie wiemy. Lecz wtedy może Andersson – podczas swojej pierwszej wizyty w podziemiach – rozregulował machinę i od tego czasu machina zaczęła wywoływać jakieś przyczynowo-skutkowe zaburzenia czasoprzestrzenne?

 

Ja mniej więcej tak sobie to wyobrażam – na kilka różnych sposobów. Mam/miałem w głowie kilka wersji. Domyślam się, że niektóre informacje mogłem za słabo wyeksponować lub nieprecyzyjnie opisać. Po konkursie przysiądę do ponownego gruntownego czytania i będę poprawiania. 

 

Cieszę się, że opowiadanie wywołało pozytywne emocje i bardzo dziękuję za kilk do Biblioteki.

Pozdrawiam! Geeogrraaf.

Ja tylko krótko: podobało mi się. Klimat gęsty że można go nożem kroić i mógłbym przysiąc, że poczułem zapach deszczu. O głównym bohaterze nie dowiadujemy się zbyt wiele, ale dość, by mu kibicować. Zagadka tajemnicza, aż chciałoby się dowiedzieć o co tam dokładnie chodziło. Pętla ciekawa ale skoro Andersson chciał już opuścić miasteczko, to nowy Andersson chyba już nie mógł go zabić?

Filipie – bardzo dziękuję za przeczytanie i za pochlebny komentarz. Cieszę się, że kolejny Czytelnik jest zadowolony z lektury. Ale jeszcze bardziej dziękuję za czujność, którą wykazałeś się na samym końcu opowiadania. Mianowicie chodzi mi o to, co napisałeś:

 

Pętla ciekawa ale skoro Andersson chciał już opuścić miasteczko, to nowy Andersson chyba już nie mógł go zabić?

 

Bardzo długo myślałem na opowiadaniem. Zawsze gdy pojawiła się jakaś nieścisłość, starałem się naprawić. Ale to akurat niestety przeoczyłem. Na szczęście chyba zdołam to naprawić. Zobaczmy co napisałem w opowiadaniu:

 

Przepełniony obawami spoglądał na odrapane drzwi wejściowe, nie będąc teraz przekonanym, czy zdoła jeszcze zbiec z Bloomingdale. „Przecież jest późna, mglista noc” – pomyślał. „Deszcz zacina, więc jest szansa stąd zniknąć”.

Lecz deszcz po chwili zelżał, i słysząc coraz dokładniej kroki na zewnątrz, Gareth zdał sobie sprawę, że jest już za późno – nie ma co gasić świateł, bo i tak nie ukryje swojej obecności. Jak znaleźć wyjście z takiego potrzasku?

 

A teraz nowa (wstępna) wersja poprawkowa: muszę wykasować wszystko co dotyczy jakiejś ucieczki.

 

Przepełniony obawami spoglądał na odrapane drzwi wejściowe, nie będąc teraz przekonanym, czy zdoła jeszcze zbiec z Bloomingdale uniknąć pojmania. „Przecież jest późna, mglista noc” – pomyślał. „Deszcz zacina, więc jest szansa stąd zniknąć nic straconego”.

Lecz deszcz po chwili zelżał, i słysząc coraz dokładniej kroki na zewnątrz, Gareth zdał sobie sprawę, że jest już za późno – nie ma co gasić świateł, bo i tak nie ukryje swojej obecności. Jak znaleźć wyjście z takiego potrzasku?

 

Jeszcze raz bardzo dziękuję za dostrzeżenie takiego błędu, który trochę niszczy zakończenie. Niestety teraz nie mogę wstawiać poprawek, zgodnie z regulaminem, aż do zakończenia konkursu. Zapytam jeszcze Organizatorów Konkursu, czy można wykasować kilka słów. Jeśli teraz nie będzie można poprawić, to na pewno po konkursie to poprawię. Pozdrawiam, Geeogrraaf

 

Cześć!

Miło się czytało. Noc, deszcz, małe miasteczko, bohater wychodzący z mroku w poszukiwaniu brata. I ta ciągle rosnąca niepewność. Klimat rodzinnej zemsty. Najpierw szeryf, potem budka telefoniczna, wspomnienie zaginionego brata. Budujesz nastrój. Z każdym akapitem tylko lepiej. Sceny w podziemiach trochę zmieniły klimat, i trochę upewniły mnie w tym, że dzieje się coś niesamowitego (przez co trochę zbiły tą cudnie zbudowaną niepewność), ale w sumie pasują do całości.

Za to morderstwo mi z początku nie grało. I tak kilka zdań przed końcem, byłem trochę zbity z tropu. Tyle tu jeszcze smaczków, a już widać koniec. Ale samo zakończenie zmiotło to błyskawicznie. Oto Andersson w stroju szeryfa stoi w drzwiach posterunku i widzi kolejnego wędrowca… Piękne, krótkie i ziejące grozą.

Pozdrawiam i klikam bibliotekę! No i powodzenia w konkursie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

krar85 – bardzo się cieszę, że opowiadanie się Tobie spodobało. Taki właśnie klimat, jaki opisałeś w komentarzu, chciałem oddać w fabule opowiadania i miło mi usłyszeć ( tzn przeczytać), że się udało.

Dziękuję za klik do Biblioteki i pozdrawiam!

Cześć,

 

Bardzo podoba mi się klimat utworu i twist na końcu. Miasteczko owiane grozą i tajemnicą, postać szeryfa i całość zamknięta ciekawym odwróceniem, kiedy szeryf okazuje się kimś zupełnie innym niż myślał czytelnik.

 

Mam problem z kilkoma rzeczami:

 

– Przesłanie brata – zostało zlekceważone przez bohatera, tak jakby w ogóle go nie było. Nie wiem też co brat miał na myśli mówiąc, żeby nie schodzić do podziemia. Bohater miał czekać na szeryfa na posterunku? Ale wiemy, kim jest szeryf, więc spotkanie tej dwójki wydaje się niemożliwe, choć może jednak.

– Atak na szeryfa – nie kumam tego motywu zemsty, raczej szedłbym w kierunku śledztwa na miejscu bohatera, a nie krwawej rozprawy.

– Wykonanie – fajnie zbudowałeś klimat, ale nie ustrzegłeś się, przynajmniej dla mnie, kilku zgrzytów (o czym niżej). Rozbudowane zdania są, IMHO, nieco zbyt rozbudowane – być może to element stylizacji, mnie nie chwyciło za serce. Fabularnie, może ciut więcej akcji, lub wyjaśnień co tam się właściwie wydarzyło, mi osobiście by się przydało ;)

 

Jeszcze kilka uwag:

 

Pierwsze skojarzenie ;)

 

 

Po bokach pustych ulic straszyły

Raczej “na poboczach” lub “chodnikach”.

 

nie naprawiane od dawna

“Nienaprawiane”. Geograf zrobił ortografa ;)

Żartuję sobie, mi też się to zdarza, niestety :/

 

– Zawróć! – Dolatywały przestrogi i wyzwiska. – Przybłędo, zawracaj!

“Zawroć” to nie wyzwisko, może dać na koniec ten narracyjny wtręt, albo zupełnie go pominąć?

 

zatargał nad ulicą wzbijając resztki jesiennych liści.

Powinno brak tutaj info, czym zatargał wiatr? Może “zaszumiał”, albo coś w stylu “zatargał resztkami jesiennych liści wzbijając je wysoko ponad ulicę”.

 

i spoglądał skrycie spod ronda [+,] ociekającego wodą[+,] kapelusza.

Wtrącenia oznaczamy przecinkami, przykład wyjaśnień.

 

Podejrzane zachowanie szeryfa – a takim przecież było skradanie się w strugach deszczu – pokazywało, że przybycie Anderssona nie było mu na rękę.

Ja bym powiedział, że to zachowanie Anderssona była podejrzane, sam jako szeryf zainteresowałbym się takim, skradającym się wąskimi uliczkami, gagatkiem.

uspokoiłoby jego umęczony wędrówką umysł.

Wędrówka męczy umysł? Czy to ta specyficzna wędrówka? Może warto byłoby uzasadnić?

 

a tamten telefon – po trzech latach wzajemnego milczenia – przeraziłyby niejednego. Głos brata słyszał wówczas z oddali – wśród trzasków na linii – jakby z jakiejś odległej rzeczywistości, jeszcze bardziej posępnej niż ta, do której dotarł teraz.

Panie, masz niezwykłe upodobanie myślników, dlaczego nie stosować przecinków? IMO, przecinki są naturalniejsze, te myślniki jakoś tak dziwnie mi wyglądają :D Reg czy Tarnina pewnie lepiej by osądziły, czy są okej.

 

Głupcze! – ryknął grobowy głos w słuchawce. – Próbujesz dostrzec gdzie jestem?

Dlaczego od razu głupcze, przecież jest to całkiem logiczne działanie ;)

 

Głupcze! – ryknął grobowy głos w słuchawce. – Próbujesz dostrzec gdzie jestem? Czego u nas szukasz?

– Wyjaśniam sprawy, które są niejasne. Sądzisz, że cię nie znajdę?

– Jak na ledwo co przybyłego, to jesteś zbyt odważny i zanadto głupi! Odejdź teraz, bo nie wiesz, z kim masz do czynienia.

– To ja zdecyduję, kiedy odejdę – odparł Andersson. – A moja wizyta chyba zdaje się dla was problemem, skoro ty i szeryf próbujecie mnie śledzić.

– Ja i szeryf cię śledzimy, powiadasz? Naiwny jesteś i głupi, jeżeli tak myślisz.

Rozmówca Anderssona być może nie jest sam głupi, ale stanowczo ma bardzo ubogie słownictwo ;)

 

A więc i on teraz musi zachować się przyzwoicie, i odważnie iść na ratunek obraną ścieżką, choćby ta wiodła go w podziemne krainy.

No kurde, a brat ostrzegał: ” – Odszukaj poste.…, …gdy go odnaj…, …nie scho… …dziemi”. Chyba faktycznie trochę głupi jest ;) Z drugiej strony po co miał odszukiwać posterunek, jeżeli nie miał schodzić na dół?

 

Zaglądał do wnętrz tych komór przez oszronione szybki i – o zgrozo – co chwila rozpoznawał nieszczęśników z czarno-białych fotografii.

Z tych fotografii, co to tak podeszły wilgocią, że nie był w stanie rozpoznać na jednej z nich brata?

 

Czy przypuszczał którykolwiek z tych biedaków – tylko śmierć im wybawieniem – do jakiego upiornego miejsca może zaprowadzić człowieka nieodgadnione przeznaczenie?

Szyk, ja bym zaczął: “Czy którykolwiek z tych biedaków…”

 

Potworną śmierć zadał Andersson, topiąc swoją ofiarę w rozmokłym błocie.

A związać, a w wypytać nie łaska? Cóż za gwałtowna postać ;)

 

 

 

Martwe liście i brudna ziemia

BasementKey – wielkie dzięki za przeczytania i za pokrzepiający komentarz i za wskazanie błędów. Za kilka dni, po rozstrzygnięciu konkursu, będzie znowu zezwolenie od Jury na wprowadzanie poprawek. Wtedy wszystkie wypisane przez Ciebie porady będę wielce pomocne.

Spróbuję teraz odpowiedzieć na niektóre Twoje spostrzeżenia:

– Przesłanie brata – zostało zlekceważone przez bohatera, tak jakby w ogóle go nie było. Nie wiem też co brat miał na myśli mówiąc, żeby nie schodzić do podziemia. Bohater miał czekać na szeryfa na posterunku? Ale wiemy, kim jest szeryf, więc spotkanie tej dwójki wydaje się niemożliwe, choć może jednak.

 

Ze strzępów wspominanej rozmowy z bratem, podejrzewamy, że tamten brat mówił mniej więcej coś takiego jak: ,,Odszukaj posterunek, nie schodź do podziemi!” Moja próba obrony jest następująca:

tamten brat przybył do Bloomingdale,

wpadł w kłopoty,

wiedział, że jest jakieś niebezpieczeństwo,

zapewne coś co ma związek z podziemiami,

jakimś szczęściem jednak udało mu się jeszcze zadzwonić do Garetha.

Być może przed tygodniem ta porada: ,,nie schodź do podziemi”, była aktualna. Ale od tego czasu minął tydzień, więc kto wie, co się przez ten czas działo z tamtym bratem i w ogóle na posterunku. Dlatego ten wspomniany strzęp wypowiedzi sprzed tygodnia, był teraz dla Garetha już nieaktualny i nieużyteczny.

Jakoś tak to sobie wyobrażałem gdy pisałem opowiadanie, ale teraz widzę, że zabrakło mi dokładności w opisywaniu. W pełni zgadzam się z Tobą, że ten fragment muszę porządnie przemyśleć i poprawić.

 

Z drugiej strony po co miał odszukiwać posterunek, jeżeli nie miał schodzić na dół?

Tutaj również się zgadzam, muszę to koniecznie poprawić!!!!

 

– Atak na szeryfa – nie kumam tego motywu zemsty, raczej szedłbym w kierunku śledztwa na miejscu bohatera, a nie krwawej rozprawy.

Tutaj może łatwiej będzie mi się wybronić:

Gareth zobaczył uwięzionego brata,

ten był na skraju śmierci,

nie było szansy ratunku.

W takiej sytuacji Gareth na pewno nie był wstanie sensownie myśleć, a już na pewno nie był w nastroju do prowadzenia śledztwa.

 

Dlatego wydaje mi się, że raczej bardziej prawdopodobne jest to co było w opowiadaniu niż śledztwo i przesłuchiwanie. Raczej zgrały w nim skrajne, i ostateczne emocje: gniew i pęd za wszelką cenę do zemsty.

 

A teraz tak moja dygresja: przez całe opowiadanie Gareth nie widział dokładnie (ani z bliska) twarzy ,,szeryfa”. Gdyby Gareth związał (tak jak Ty sugerowałeś) oraz przesłuchiwał szeryfa, to widząc jego twarz, dowiedziałby się, że ten pseudo-szeryfo to on sam – czyli Gareth. Wtedy nie mogłoby powstać to opowiadanie w takiej postaci jak jest, bo przecież po jakimś czasie z lasu nadszedłby kolejny Garteth, który nie zobaczyłby na progu posterunku nikogo, bo tamci obaj Gartehowie gadają o tym co się dzieje w Bloomingdale i nie byłoby zapętlenia na końcu opowiadania.

 

Jeszcze raz dzięki za pomoc, i za wyłapanie błędów.

Wszystkie wskazówki będą pomocne. Pozdrawiam – Geeogrraaf.

Przeczytałam. Choć szczerze mówiąc domyśliłam się, że takie może być zakończenie. Lubię takie zapętlenia. Podobała mi się koncepcja opowiadania, które opierało się na tajemnicy, szkoda, że nie rozwikłana została w całości. Jeśli chodzi o bohatera, to postępował nieco chaotycznie, ale wiadomo do czego to doprowadziło. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Przeczytane, komentarz później.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Morgiana89 – dziękuję za przeczytanie. Miło słyszeć (tzn czytać), że opowiadania się Tobie spodobało. Napisałaś:

Podobała mi się koncepcja opowiadania, które opierało się na tajemnicy, szkoda, że nie rozwikłana została w całości.

Świadomie nie wyjaśniałem w opowiadaniu: kim jest i skąd pochodził mroczny rozmówca, ani do czego służyły podziemia i ich machiny. Chciałem aby to wszystko było tylko częściowe zarysowane przez mgliste przesłanki.

Ale zgadzam się z Tobą – trochę przesadziłem i trochę więcej powinienem ujawnić w fabule. A jeśli nie ujawnić, to chociaż mogłem zasugerować w tekście np jakieś dwie możliwości.

 

Również dziękuję za finalny klik do Biblioteki. Pozdrawiam, Geeogrraaf.

Naz – dziękuję za przeczytanie i z wiadomość. Pozdrawiam, Geeogrraaf.

Hej Geeogrraafie!

Pomysł bardzo mi się podoba, a końcówka to już totalnie. Żałowałem, że tak szybko się skończyło (przynajmniej mnie wciągnęło na tyle, że sprawnie pochłonąłem twoje opowiadanie). Chciałbym bardziej zgłębić tajemnicę tego miasteczka. 

Pozdrawiam!

Cześć Thomax – wielkie dzięki za przeczytanie i miło mi, że opowiadanie i końcówka się spodobało. Myślę nad drugim opowiadaniem o tym miasteczku – być może napiszę albo jakiś prequel albo będzie to spojrzenie od strony mieszkańców. Muszę to przemyśleć i poskładać. Pozdrawiam, Geeogrraaf

Plus: nadal pamiętam charakterystyczną atmosferę opowiadania, ale głównie dlatego, że, no właśnie, jest ona bardzo często eksploatowana. To te wszystkie filmy/książki/gry z poszukiwaczem/detektywem popadającym w obłęd ;)

Opowiadanie jest poprawne. Poprawne pod względem konstrukcji (chociaż trochę czasem przegadałeś, ale to już wiesz), historii, prezentacji stylu, nawet zakończenia. Ale wtórne. Zdania ze słuchawki odebrałam jako śmieszne, groteskowe. Czasem miałam wrażenie, że piszesz groteskę, że schematy są tak wiernie odtwarzane, jakby chodziło o ich ośmieszenie.

Te rośliny jaką pełnią funkcję, tylko nawiązania do HPL? Nijak nie pasują mi do ogółu historii, nie są w moim odczuciu osadzone ani przybliżone.

No i trochę mi się wydaje, że wyjaśniasz czytelnikom w komentarzach pewne elementy fabuły, które wyglądają na wybrakowane (zostały w twojej głowie, a nie dałeś wystarczających wskazówek, wyciągając tę historię na papier/pulpit, by je samodzielnie połatać). 

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Hmmm. Fajny klimat, wszystko w porządku. Tylko że już czytałam na portalu bardzo podobną historię (w innej scenerii, bodajże z agrestem). W rezultacie całość zabrzmiała wtórnie.

więc czym prędzej ubrał ciemny płaszcz i kapelusz

Nie ubiera się ubrań.

Babska logika rządzi!

Mam to samo, co Finkla: czytałam już to (tylko z agrestem) i nie ubiera się ubrań ;)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka