- Opowiadanie: LanaVallen - Czekając na ratunek

Czekając na ratunek

Opo­wia­da­nie na­pi­sa­ne w zu­peł­nie innym kli­ma­cie niż zwy­kle, ale pi­sa­nie spra­wi­ło mi fraj­dę. Mam na­dzie­ję, że i wam przy­nie­sie, bo mimo dużej ilo­ści zna­ków tekst jest lekki.

Je­stem bar­dzo cie­ka­wa, jak go od­bie­rze­cie i jak za­wsze – wy­ty­kaj­cie naj­gor­sze! ;D

 

Za betę ogrom­nie dzię­ku­ję panom: Ne­ar­De­ath i Hel­mut! 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Czekając na ratunek

Tego lata śnieg spadł za­ska­ku­ją­co wcze­śnie i było go­rą­co jak dia­bli. Bu­rzo­wa po raz ko­lej­ny spró­bo­wa­ła wci­snąć palce pod na­pier­śnik, by po­dra­pać się po spo­co­nym ciele, ale na próż­no.

– Kutwa, Pik, za­kła­daj­że te kar­wa­sze, ale już! – krzyk­nę­ła na elfa, sie­dzą­ce­go nie­da­le­ko.

– Go­rą­co mi! – zawył.

– Za­kła­daj­że je mówię!

Pik od­sko­czył zu­chwa­le. Przy­brał wo­jow­ni­czą minę, a dłoń po­ło­żył na po­chwie od szty­le­tu.

– A ta­kie­go! Dosyć mam tego śnie­gu, tego go­rą­ca, tej zbroi i… i cie­bie! Do licha, sie­dzi­my tu ze dwa mie­sią­ce i nikt nas nie za­ata­ko­wał, a pot spły­wa nam po rzy­ciach jak gno­mom w ko­pal­ni!

Bu­rzo­wa wark­nę­ła i wzię­ła ogrom­ny la­brys. Mło­dzik miał rację, ale jeśli ktoś miał mu ją przy­znać, to na pewno nie ona.

– Słu­chaj­że no… – za­czę­ła, jed­nak dal­sze słowa za­głu­szył po­tęż­ny wy­buch.

Od­wró­ci­ła się. W jed­nym z przy­pró­szo­nych śnie­giem krze­wów huk­nę­ło raz jesz­cze, bły­snę­ło i coś spa­dło z gło­śnym ło­sko­tem. Bu­rzo­wa uchwy­ci­ła moc­niej topór, gdy serce po­de­szło jej do gar­dła. Po­tra­fi­ła szar­żo­wać nie­uzbro­jo­na na dwu­dzie­sto­oso­bo­wy od­dział, mogła po­je­dyn­ko­wać się z kim­kol­wiek, ale magii bała się jak ni­cze­go in­ne­go. Pik o tym wie­dział i ro­ze­śmiał się na widok jej stru­chla­łej twa­rzy.

– Taka wiel­ka or­czy­ca, a boi się ci­chut­kie­go hucz­ku i sła­biut­kie­go świa­teł­ka! Sprze­dał­bym wła­sną ma­tu­lę, by zo­stać ma­giem.

– Już żeś drze­wiej sprze­dał. Jak takiś od­waż­ny, to idź i sprawdź­że sam, co się skry­wa w li­sto­wiu!

Elf wzru­szył ra­mio­na­mi, rzu­cił na zie­mię trzy­ma­ne wcze­śniej kar­wa­sze i za­czął po­wo­li skra­dać się do krze­wu. Po­chy­lo­ny sta­wiał ostroż­nie krok za kro­kiem.

– Cosik się tam jakby rusza i szme­ra – szep­nął, prze­krzy­wia­jąc głowę.

Zanim po­sta­wił ko­lej­ną stopę na­przód, w opa­rach magii po­ja­wi­ła się drob­na ko­bie­ta o po­ma­lo­wa­nej na nie­bie­sko twa­rzy.

– To chyba nasza adept­ka… – szep­nął do Bu­rzo­wej.

Ta prze­su­nę­ła go bez­par­do­no­wo i za­wo­ła­ła:

– Adept­ka Za­wie­ru­cha z ple­mie­nia Ty­gry­sie­go Ogona?

 

 

To miał być stan­dar­do­wy lot. Bez zabaw, nie­spo­dzia­nek i nie­po­trzeb­nych ce­re­gie­li. Spo­koj­ne lą­do­wa­nie, cicha ob­ser­wa­cja, za­pi­sy­wa­nie wnio­sków, ze­bra­nie pró­bek i po­wrót do domu. Ale Dea tra­fi­ła na Siba.

Sib do­stał pracę pi­lo­ta kon­tro­l­ne­go przez łóżko. Oczy­wi­ście tylko tak przy­pusz­cza­ła, ale jed­no­cze­śnie nie wi­dzia­ła in­ne­go wyj­ścia. Nie dość, że facet był głupi, to na do­da­tek z po­czu­ciem hu­mo­ru do­rów­nu­ją­cym amebie.

Wie­dząc, kto sie­dzi w kap­su­le, po­sta­no­wił tro­chę się za­ba­wić. Stra­szył ją przez in­ter­kom, bujał pod­czas lotu kap­su­łą i ogól­nie boki zry­wać. Jego boki, bo Dei, pę­dzą­cej sto ki­lo­me­trów na se­kun­dę w tu­ne­lu cza­so­prze­strzen­nym, do śmie­chu nie było.

– Dea, tracę kon­tro­lę, zaraz się roz­bi­jesz – po­wie­dział roz­trzę­sio­nym gło­sem.

– Kiedy ro­bisz to samo piąty raz z rzędu, nie licz, że ko­go­kol­wiek na­bie­rzesz – wes­tchnę­ła.

Wtedy wła­śnie się roz­bi­ła. Huk był nie­ziem­ski.

Zna­la­zła się ty­siąc ki­lo­me­trów od punk­tu do­ce­lo­we­go, na do­da­tek z pra­wie pełną awa­rią sprzę­tu.

– Ty po­kręt­ny szym­pan­sie! Dorwę cię, su­kin­ko­cie, wy­pło­szu jeden, ob­szczy­mu­rze! – klęła na ca­łe­go.

Od­po­wie­dzia­ła cisza. Za­czę­ła gme­rać przy drzwiach do kap­su­ły i kiedy wresz­cie pu­ści­ły, za­trzesz­cza­ła mi­kro­sko­pij­na słu­chaw­ka w uchu.

– Dea… – ode­zwał się lekko znie­kształ­co­ny głos Siba.

– Czego? – wark­nę­ła.

– Deu­nia, tak mi głu­pio tro­chę, ale chyba wy­lą­do­wa­łaś na te­ry­to­rium Mo­ski­tów. Tego… no wiesz… ka­ni­ba­li. Ale spo­koj­nie! Wiem, co mu­sisz zro­bić!

Ko­bie­ta przy­mknę­ła po­wie­ki, za­ci­snę­ła pię­ści i po­li­czy­ła do trzech.

– Słu­cham cię z za­par­tym tchem.

– No więc wszy­scy na tej pla­ne­cie na siłę szu­ka­ją magów. Jeśli po­dasz się za cza­ro­dziej­kę, to nie to, że cię nie za­bi­ją, to nawet ugosz­czą jak kró­lo­wą!

Dea wy­czoł­ga­ła się po­wo­li z kap­su­ły i po­tar­ła czoło.

– Prze­pra­szam, że nie do­ce­niam two­je­go ge­niu­szu, ale co zro­bię, jak po­pro­szą o „pre­zen­ta­cję”? Prze­cież magia nie ist­nie­je. Można co naj­wy­żej po­ru­szyć lub znie­kształ­cić ota­cza­ją­cą nas ma­te­rię, a nie przy­wo­ły­wać…  – za­czę­ła tłu­ma­czyć, z ca­łych sił pró­bu­jąc za­cho­wać spo­kój.

– A co za róż­ni­ca? Zo­sta­ło ci jesz­cze parę „cudów tech­ni­ki”. Do licha! Wy­star­czy, że pstryk­niesz za­pal­nicz­ką! Ale nie­waż­ne. De­niu­siu moja, im­pro­wi­zuj!

Chcia­ła od­po­wie­dzieć, gdzie może sobie scho­wać takie rady, ale wtedy z butli z gazem za­czę­ło ucho­dzić po­wie­trze, two­rząc wokół ko­lo­ro­we opary, więc rzu­ci­ła dzia­do­stwo w cho­le­rę. I nagle uj­rza­ła dwie pary sze­ro­ko otwar­tych oczu.

Scho­wa­ła rękę za plecy, aby do­ko­nać szyb­kie­go skanu na in­fo­od­bior­ni­ku.

Urzą­dze­nie prze­sła­ło jej do słu­chaw­ki po­trzeb­ne dane w ciągu se­kun­dy. Męż­czy­zna na­le­żał do przed­sta­wi­cie­li rasy elfów. Miał dłu­gie ciem­ne włosy za­ło­żo­ne za spi­cza­ste uszy i cał­kiem przy­jem­ną apa­ry­cję – był drob­ny i szczu­pły. W po­rów­na­niu do dru­giej po­sta­ci – ogrom­nej or­czy­cy. Zie­lo­ną skórę opi­na­ła ma­syw­na zbro­ja. Choć miała wy­łu­pia­ste oczy i kły ster­czą­ce z ust, nie była brzyd­ka. Jak na swoją rasę, oczy­wi­ście.

– Adept­ka Za­wie­ru­cha z ple­mie­nia Ty­gry­sie­go Ogona? – spy­ta­ła ko­bie­ta, któ­rej mowę od razu prze­tłu­ma­czył znaj­du­ją­cy się pod skórą trans­la­tor.  

Deę prze­ra­zi­ło drże­nie jej głosu. Wo­la­ła, żeby trzy­me­tro­wa osoba, trzy­ma­ją­ca w lekko roz­dy­go­ta­nych dło­niach mon­stru­al­ny, dwu­stron­ny topór prze­ja­wia­ła ra­czej zre­lak­so­wa­nie.

– Aha. – Unio­sła wy­so­ko głowę. – To ja.

Ale czy na pewno chcę nią być?…

Do­pie­ro wtedy or­czy­ca od­prę­ży­ła się i opu­ści­ła broń. Naj­wi­docz­niej nie za­uwa­ży­ła tych kro­pli potu gro­ma­dzą­cych się przy skro­niach Dei, ani bla­do­ści na twa­rzy.

– No w końcu! Mo­gli­by­ście choć raz po­ja­wić się jak nor­mal­ni lu­dzie, spo­koj­nie, na smocz­ku, a nie za­wsze te huki i bły­ski! Po­my­ślał­by kto, iże cho­ciaż dzię­ki temu bę­dzie­cie szyb­ciej, ale gdzie tam! Czeka się mie­siąc, dwa i rzyć! – obu­rzy­ła się or­czy­ca, cho­wa­jąc topór.

– Mój smok cier­pi na tok­so­pla­zmę – od­po­wie­dzia­ła prze­kor­nie Dea.

Chwi­la… co?

Przy­mknę­ła oczy z za­że­no­wa­niem.

– A, to chwy­tam. – Or­czy­ca mó­wi­ła cał­ko­wi­cie serio. – Ja je­stem Bu­rzo­wa, a to Pik. Właź do środ­ka. Że­la­zny Ro­gacz czeka.

– Że­la­zny… khm… Ro­gacz? – spy­ta­ła z prze­stra­chem, który pró­bo­wa­ła ukryć, po­ły­ka­jąc ślinę.

– Ano. Przy­wód­ca. Twar­dy skur­czy­byk. Tylko…

– Nie patrz mu pro­sto w oczy, bo do­sta­je świra! – za­chi­cho­tał Pik.

Bu­rzo­wa zdzie­li­ła go po gło­wie.

– Chcia­łam po­wie­dzieć, iże nie ufa obcym, toteż pil­nuj­że się.  

Dea prze­łknę­ła ślinę i dała się po­pro­wa­dzić do sto­ją­ce­go nie­opo­dal bu­dyn­ku, jeśli mogła tak na­zwać chatę, która trzy­ma­ła się chyba je­dy­nie dzię­ki po­boż­nej mo­dli­twie. W środ­ku pa­no­wał za­duch i smród strasz­ny. Wszę­dzie la­ta­ły muchy, bez­li­to­śnie ką­sa­jąc co mniej ostroż­nych. Klep­ki wy­da­wa­ły się ugi­nać pod każ­dym kro­kiem. Pró­bo­wa­ła przy­uwa­żyć gdzieś ludz­kie szcząt­ki – po­zo­sta­ło­ści po obie­dzie – ale na szczę­ście omi­nę­ła ją ta wąt­pli­wa przy­jem­ność.

W głów­nej izbie pa­no­wał jesz­cze więk­szy upał, bo na samym środ­ku pa­lo­no ogień. W jego pło­mie­niach ko­bie­ta uj­rza­ła ozdo­bio­ną ro­ga­mi głowę, a po chwi­li pod­no­szą­ce się ciało, więk­sze nawet od or­czy­cy. Dea prze­lę­kła się nie na żarty. Pró­bo­wa­ła się wy­co­fać, ale wpa­dła na Bu­rzo­wą, która po­ło­ży­ła jej dłoń na karku.

Wy­star­czy że ze­gnie dłoń i już po mnie. Prze­cież nawet by nie po­czu­ła. Cho­le­ra…  

– Kogoż to przy­wia­ło? Mów­cie szyb­ko, bo nie widzę – roz­legł się do­no­śny, chro­po­wa­ty głos.

Tego wła­śnie się oba­wia­ła. Że­la­zny Ro­gacz był tak wiel­ki, że nie do­strze­gał ta­kiej kru­szyn­ki jak ona.

– Bo za dużo ognia pa­lisz, ty ślepy capie! Przez ten dym ciem­no tu jak w rzyci – ode­zwa­ła się or­czy­ca. – Le­piej się odsuń. Pro­wa­dzę ja adept­kę! – Wy­pchnę­ła dum­nie pierś.

Bu­rzo­wa pro­wa­dzi­ła go­ścia w głąb po­miesz­cze­nia, mi­ja­jąc po dro­dze wielu po­dob­nych ogrom­nych ro­ga­czy, któ­rych oczy skie­ro­wa­ne były wprost na Deę.

– To nie Że­la­zny Ro­gacz? – pi­snę­ła.

– Kilof? Gdzie­by tam! On może Ro­ga­czo­wi buty ję­zo­rem czy­ścić! – Za­śmia­ła się ru­basz­nie.

Czyli tam­ten był mały? To przy­wód­cę chyba trzy­ma­ją na ze­wnątrz. Cho­le­ra!

Jed­nak prze­czu­cie ją zmy­li­ło. Po chwi­li Bu­rzo­wa i Pik przy­sta­nę­li przy krze­śle, na któ­rym sie­dział niski męż­czy­zna z krót­ko ostrzy­żo­ną brodą i krza­cza­sty­mi brwia­mi za­sła­nia­ją­cy­mi po­ło­wę twa­rzy. Oboje skło­ni­li z sza­cun­kiem głowy.

– Od­suń­ta się, cym­ba­ły. Chce ta zo­ba­czyć moją adept­kę – ode­zwał się tu­bal­nym gło­sem męż­czy­zna wy­glą­da­ją­cy jak gnom. Dea nie od­wa­ży­ła się użyć in­fo­od­bior­ni­ka, ale pa­mię­ta­ła jesz­cze co nieco z zajęć z teo­rii. – Cóż to za firka ogo­nia­sta? My­śla­łem, że one star­sze są. – Zmie­rzył ko­bie­tę wzro­kiem spod buj­nych brwi.

– Skoro taka młoda to pew­nie cho­ler­nie dobra! – za­krzyk­nął elf.  

Gnom po chwi­li cmok­nął i po­kle­pał się po ko­la­nie.

– Tia, pew­nie rację masz! Witam was, adept­ko Za­wie­ru­cho. Po­kła­dam na­dzie­ję, że po­dróż nie spra­wi­ła wam zbyt wiele pro­ble­mu? – zwró­cił się do Dei.

– Eee… – Gdyby nie ska­fan­der ochron­ny mia­ła­bym roz­bi­tą głowę i po­ła­ma­ne żebra. Je­stem świe­żą ab­sol­went­ką, więc boję się jak cho­le­ra. A, no i nie­na­wi­dzę brudu i smro­du i po­win­nam sie­dzieć teraz w domu. – Przy­wy­kłam do dłu­gich wy­praw.

– Rad. Zaj­rzyj­cie wpierw do Obroń­cy, jeśli łaska, bo już ledwo dycha.

I już se­kun­dę póź­niej ktoś znowu cią­gnął ją po spróch­nia­łych de­skach, a na­stęp­nie we­pchnął do cia­sne­go, ale przy­naj­mniej nie tak go­rą­ce­go po­miesz­cze­nia.

W po­ko­ju znaj­do­wa­ły się je­dy­nie dwa krze­sła i jedno wą­skie łóżko, na któ­rym do­go­ry­wa­ła jakaś blada po­stać.

– Do­stał kosą – ode­zwał się Pik, gdy Dea po­de­szła do po­sła­nia. – Taką chłop­ską, za­rdze­wia­łą. Oni chcie­li rękę uciąć, bo jakaś taka czar­nia­wa za­czę­ła się robić, ale mówię: „Skoro już dwa mie­sią­ce cze­ka­my na adept­kę, to pewno zaraz przyj­dzie”. Oni na to, że czar­nia­wej ręki to nawet ma­gicz­ka nie wy­le­czy. Więc co uwa­żasz, to rób.

– Chwi­la, to on już tak dwa mie­sią­ce leży? – spy­ta­ła ko­bie­ta.

– Nie no, le­d­wie ty­dzień. Ale prze­cie na adep­tów trza cze­kać, to każdy re­zer­wa­cję robi. Za­wsze jest coś do wy­le­cze­nia – od­po­wie­dzia­ła Bu­rzo­wa. – A Obroń­cy się aku­rat po­szczę­ści­ło, że tak po­wiem.

W drzwiach ze­brał się spory tłum, spo­dzie­wa­ją­cy się cudów. Dea za­czę­ła się jesz­cze bar­dziej pocić pod wpły­wem znie­cier­pli­wio­nych spoj­rzeń, więc przy­bra­ła wy­nio­słą pozę i rze­kła:

– Nie mogę… eee… cza­ro­wać, gdy tak się ga­pi­cie!

– Wszy­scy won! Niech no ma­gicz­ka sama zo­sta­nie – krzyk­nął Że­la­zny Ro­gacz, po czym za­mknął drzwi.

Dea wy­pu­ści­ła po­wie­trze z płuc, opa­dła na krze­sło i zła­pa­ła się za głowę.

– No i co teraz, cof­nię­ty w roz­wo­ju mał­pi­szo­nie?! – krzyk­nę­ła jak naj­ci­szej po­tra­fi­ła.

– Nie bójta się, dzier­lat­ko! – od­po­wie­dział roz­ba­wio­ny Sib.

– Ale ja się wła­śnie boję! – syk­nę­ła.

– Dobra, to na po­czą­tek po­wiedz mi, jak on wy­glą­da.

– No nor­mal­nie. Ma pra­wie białą skórę i czar­ne włosy na gło­wie. Czło­wiek, bo nie widzę szpi­cza­stych uszu, poza tym jest dosyć ma­syw­ny – wy­szep­ta­ła, krzy­wiąc się. Nie lu­bi­ła ludzi, bo na­le­że­li do bar­dzo gwał­tow­nych.  

– Ha! No to ba­jecz­nie! Ty to jed­nak je­steś w czep­ku uro­dzo­na.

– Och, do­praw­dy? – wy­ce­dzi­ła przez za­ci­śnię­te zęby.

– Twój sys­tem uzdra­wia­nia wciąż dzia­ła, a lu­dzie mają naj­bar­dziej zbli­żo­ny do naszego or­ga­nizm. Mo­żesz spró­bo­wać użyć kse­no­fi­lu. Za­dzia­ła albo…

– …albo go za­bi­je.

Chory jęk­nął z bólu i za­czął rzu­cać się w ma­li­gnie. Rana wy­glą­da­ła fak­tycz­nie pa­skud­nie, a ręka pra­wie cała ob­umar­ła, ale kse­no­fil ra­dził sobie z gor­szy­mi przy­pad­ka­mi.

– No dobra – wóz albo prze­wóz.

Wy­świe­tli­ła in­fo­od­bior­nik na przed­ra­mie­niu i wy­bra­ła funk­cję „le­cze­nie”. Zauto­ma­ty­zo­wa­na WI za­czę­ła od­pra­wiać swoją magię.

 

 

– I jak? – spy­tał Ro­gacz, głasz­cząc brwi.

Usa­do­wił się na­prze­ciw­ko drzwi, pod oknem.  

– Nic nie sły­szę, więc pew­nie prze­sta­ła rzu­cać za­klę­cia – od­po­wie­dział Pik.

Spoj­rzał na Bu­rzo­wą, sie­dzą­cą w dru­gim końcu sali, jak naj­da­lej od dzie­ją­cych się cza­rów, i par­sk­nął śmie­chem.

Spo­waż­niał, gdy nagle z po­miesz­cze­nia wy­szła nie­bie­sko­skó­ra pięk­ność wraz z cał­ko­wi­cie uzdro­wio­nym Obroń­cą. Był bled­szy niż zwy­kle, ledwo trzy­mał się na no­gach, ale żył. Po­nad­to ręka przy­bra­ła zdro­wy, lekko za­ró­żo­wio­ny od­cień.

– Nie­moż­li­we – szep­nął Ro­gacz.

Bu­rzo­wa gwał­tow­nie ze­rwa­ła się z krze­sła, a razem z nią resz­ta kom­pa­nii. Nikt nie mógł wyjść z po­dzi­wu. Kilof, który był naj­bar­dziej bo­jaź­li­wy, rzu­cił się na pod­ło­gę, aż za­dud­ni­ło.

– Bło­go­sła­wio­na cza­ro­dziej­ko, ulecz też mój wzrok!

– I moją nogę!

– A ja ledwo sły­szę!

Każdy za­czął prze­krzy­ki­wać dru­gie­go i ogól­nie po­wstał nie­zły har­mi­der. Za­wsze znaj­dzie się coś do wy­le­cze­nia.

– Za­mknąć pasz­cze, dur­nie! – krzyk­nął wódz gło­sem tak do­no­śnym, że aż za­bo­la­ło w uszach. – Adept­ka Za­wie­ru­cha do­ko­na­ła dzi­siaj cudu, więc za­pew­ne pada ze zmę­cze­nia. Wa­szy­mi „do­le­gli­wo­ścia­mi” zaj­mie się jutro. Rze­kłem.

Ro­gacz przy­gła­dził brwi i kon­ty­nu­ował:

– Bu­rzo­wa, pomóż Obroń­cy się po­ło­żyć. Magia nie magia musi wy­po­cząć. A was, droga Za­wie­ru­cho, mia­nu­ję go­ściem spe­cjal­nym. Mo­że­cie zo­stać tak długo, jaka wasza wola, choć za­pew­ne obo­wiąz­ki gonią. Tutaj, przy­siądź­cie się z nami do ognia!  

Wci­śnię­ta na dłu­giej ławie po­mię­dzy dwoma ro­ga­ty­mi ol­brzy­ma­mi wpa­try­wa­ła się w miskę zupy. Jej sza­ra­wość i pły­wa­ją­ce na wierz­chu ka­wał­ki nie wy­glą­da­ły zbyt za­chę­ca­ją­co.

– Co to za mięso? – od­wa­ży­ła się za­py­tać.

– To jest… ten no… wy­le­cia­ło mi z głowy. Przy­po­mi­na Obroń­cę z wy­glą­du. – Za­re­cho­tał Kilof. – Rów­nie brzyd­kie i ru­chli­we.

Dea prze­łknę­ła ślinę.

– Zła­pa­łeś umba? Nie wie­rzę! – wy­krzyk­nął ol­brzym, sie­dzą­cy obok niej. Miska pra­wie wy­le­cia­ła jej z dłoni, ale nie­ste­ty na­by­tych od­ru­chów nie da się po­wstrzy­mać i nie wy­la­ła się nawet kro­pla. – Prze­cie te bestie są szyb­kie jak wiatr! I mają skrzy­dła!

– No ja bym nie zła­pał?

Cho­ciaż była lekko po­cie­szo­na myślą, że jed­nak w misce nie pływa czło­wiek, to i tak nie miała ocho­ty pró­bo­wać, jak sma­ku­je „umb”.

– Ro­ga­czu, opo­wiesz-li jaką hi­sto­ry­ję na­sze­mu go­ścio­wi? – za­pro­po­no­wa­ła Bu­rzo­wa, która wła­śnie sia­da­ła na­prze­ciw­ko Dei, a po lewej stro­nie wodza.

Że­la­zny Ro­gacz ski­nął głową i przy­brał minę osoby lu­bią­cej brzmie­nie wła­sne­go głosu.

– W takim razie słu­chaj­cie no, Za­wie­ru­cho, bo to nie lada opo­wieść. Byłaś ty kiedy na woj­nie? Ja byłem trzy razy. I mówię tu o praw­dzi­wych woj­nach, a nie gówno war­tych bur­dach szlach­ciu­rów. Praw­dzi­wa wojna to nie wybór, a ko­niecz­ność.

Dea, słu­cha­jąc Ro­ga­cza, od­prę­ży­ła się. Do­szła do wnio­sku, że nawet na tak dzi­kiej pla­ne­cie nie za­wsze to siła li­czy­ła się naj­bar­dziej. Przy­naj­mniej nie ta mie­rzo­na w mię­śniach. Gnom po­sia­dał siłę głosu.

– Pewną za­pa­mię­ta­łem nad wyraz do­brze. Moją pierw­szą oczy­wi­ście. Dawne dzie­je. Za cza­sów, gdy na tro­nie sie­dział jesz­cze Osmyk II. Ach, to do­pie­ro był król! – Urwał i za­trzy­mał wzrok na pa­le­ni­sku. Jedną dło­nią wciąż gła­skał brwi, a drugą przy­trzy­my­wał fajkę.

Za­pew­ne Ro­gacz miał w za­na­drzu nie­jed­ną cie­ka­wą hi­sto­rię, ale ona wo­la­ła sku­pić uwagę na swo­jej obec­nej sy­tu­acji. Sie­dzia­ła nie wia­do­mo gdzie z nie wia­do­mo kim. Na kom­plet­nie obcej pla­ne­cie! Po­win­na się cie­szyć, ale nie spo­dzie­wa­ła się cze­goś ta­kie­go. Brud, smród, brak pod­sta­wo­wej ety­kie­ty i zasad hi­gie­ny. Poza tym wszy­scy byli tacy… duzi. Nawet ten gnom spra­wiał takie wra­że­nie przez swe sze­ro­kie ra­mio­na. Je­dy­nie elf miał zbli­żo­ną do niej syl­wet­kę, ale na­le­żał do wy­jąt­ków po­twier­dza­ją­cych re­gu­łę.

Nie­bie­sko­skó­rzy Ris­se­ni byli znani z drob­no­ści. Do­brze, że wciąż miała na sobie kom­bi­ne­zon, dzię­ki któ­re­mu je­dy­nie jej twarz była wi­docz­na. Wszy­scy naj­pew­niej po­my­śle­li, że po pro­stu się uma­lo­wa­ła. Pew­nie brali ją za elfkę. Ale może też i na tej pla­ne­cie żył jej lud. Skoro ist­nie­li lu­dzie to może i Ris­se­ni.  

Do­świad­cze­ni ba­da­cze cie­szy­li się z każ­de­go spo­tka­nia z innym ga­tun­kiem, ale nie Dea. Nie zo­sta­ła do tego przy­go­to­wa­na. Nawet nigdy nie chcia­ła tej pracy!

Prze­klę­ty Sib. Kiedy go spo­tkam…

Nagle uświa­do­mi­ła sobie, że ra­czej bar­dziej od­po­wied­nie by­ło­by “jeśli”. Jeśli go spo­tka. Prze­łknę­ła ślinę.

– Zga­dzasz się, adept­ko? – Usły­sza­ła głos Pika.

Chwi­la… co? O co cho­dzi?

– Eee…

– Daj spo­kój! Może i cza­row­ni­cy są mą­drzy, ale jej nawet na świe­cie nie było! Co też ona mo­gła­by wie­dzieć o Trze­ciej Bi­twie o Smo­czą Grotę!

– Przep… – za­czę­ła, ale na szczę­ście w porę się ogar­nę­ła. – Zaraz wrócę.

Nie cze­ka­jąc, aż do jej uszu do­le­ci ja­ka­kol­wiek uwaga, wy­mknę­ła się szyb­ko na ze­wnątrz. Albo ra­czej chcia­ła, bo za­miast tego tra­fi­ła do ma­lut­kie­go po­miesz­cze­nia, które na­le­ża­ło chyba okre­ślić toaletą. Nie­ste­ty nie przy­po­mi­na­ło ono toalety ani tro­chę. Na środ­ku znaj­do­wa­ła się dziu­ra i nic po­nad­to. Smród cią­gną­cy od dołu po­zba­wiał tchu i wy­ci­skał z oczu łzy.

– Sib, za­bierz mnie stąd – szep­nę­ła płacz­li­wie. – Nie wy­trzy­mam tu ani mi­nu­ty dłu­żej. Cuch­nie, jest brud­no i obrzy­dli­wie.  

– Ja uwa­żam, że jest cał­kiem uro­czo.

– Kom­plet­nie nie wiem, co się dzie­je. Oni są dziw­ni – wy­zna­ła, a gdy usły­sza­ła falę śmie­chu do­cho­dzą­cą zza drzwi, spoj­rza­ła przez szpa­rę w de­skach. – Na do­da­tek spra­wia im ra­dość picie al­ko­ho­lu! Och, ale tu śmier­dzi! – wy­du­si­ła. 

Męż­czy­zna po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki ro­ze­śmiał się.

– Masz szczę­ście, że mnie masz. Nowa kap­su­ła po­win­na przy­le­cieć za ja­kieś osiem­na­ście go­dzin.

– Mamy dwu­dzie­sty drugi wiek, a muszę tyle cze­kać? Gdzie te „cuda tech­ni­ki”?

– Je­steś na dru­gim końcu ga­lak­ty­ki, skar­bie – za­opo­no­wał.

Po­zo­sta­ło jej je­dy­nie wes­tchnąć, wró­cić do bie­sia­du­ją­cych i peł­nym wyż­szo­ści gło­sem po­in­for­mo­wać, że chce się po­ło­żyć.

 

Po pra­wie nie­prze­spa­nej nocy na uwie­ra­ją­cym w plecy łóżku, w zło­gach plu­skiew i wszy, wśród chra­pa­nia i cią­głe­go skrzy­pie­nia pod­ło­gi, dziew­czy­na wy­mknę­ła się na ze­wnątrz, by wy­pa­try­wać kap­su­ły. Po raz pierw­szy w życiu miała na­dzie­ję, że Sib żar­to­wał. Ra­tu­nek na pewno przy­le­ci lada mo­ment.

– Moja wy­baw­czy­ni – usły­sza­ła głę­bo­ki głos za ple­ca­mi.

Od­wró­ci­ła się i spoj­rza­ła na umę­czo­ną, ale zde­cy­do­wa­nie po­god­niej­szą twarz Obroń­cy. W świe­tle księ­ży­ca wy­glą­dał na­praw­dę przy­stoj­nie.

– Za­wsze trud­no mi za­snąć w nowym miej­scu – od­po­wie­dzia­ła.

Chcia­ła wark­nąć na niego i kazać odejść, ale Obroń­ca był za­ska­ku­ją­co inny od resz­ty. Nie roz­ma­wia­li wcze­śniej, ale wi­dzia­ła to w jego oczach i ru­chach.

– Chcia­łaś po­wie­dzieć: wśród tego smro­du i ha­ła­su. Za­pew­ne nie zmru­ży­łaś oka nawet przez mi­nu­tę.  

Niby męż­czy­zna nie miał nic złego na myśli, ale spo­sób, w jaki to po­wie­dział, zbu­dził w dziew­czy­nie ostroż­ność.

– Słu­cham?

Obroń­ca pod­szedł, nie spusz­cza­jąc z niej wzro­ku. Dei nie spodo­ba­ło się, jak bli­sko sta­nął, więc zmarsz­czy­ła brwi. On w od­po­wie­dzi uśmiech­nął się drwią­co.

– Spo­koj­nie, mała, my­ślisz, że nie umiem po­znać świe­ża­ka? – szep­nął, po czym wy­mi­nął ją.

Świe­żak? Czy on…? Nie, to na pewno nie­for­tun­ny dobór słów.

– Nie je­stem żad­nym świe­ża­kiem, lecz adept­ką, więc le­piej uwa­żaj ze sło­wa­mi! – żach­nę­ła się.

– Je­steś Ris­sen­ką. Prze­cież widzę, żeś nie­bie­ska, choć może po­wi­nie­nem po­wie­dzieć zie­lo­na. My­śla­łem, że twój lud jest taki mądry, a tu pro­szę. Na jedną z nie­bez­piecz­niej­szych pla­net wy­sy­ła­ją zie­lo­ną jak cycki or­czy­cy dzier­lat­kę. Śmie­chu warte!

W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach Dea po­wie­dzia­ła­by coś bły­sko­tli­we­go, ale zdo­by­ła się je­dy­nie na wy­du­sze­nie:

– Coś ty za jeden?!

– Tho­mas Ho­over. Jak się masz? – wy­mru­czał, uno­sząc jedną brew. – Och, jak do­brze móc w końcu to po­wie­dzieć!

– Zie­mia­nin?!

– Star­szy ofi­cer Ziem­skie­go Przy­mie­rza Po­nad­pla­ne­tar­ne­go. To miała być stan­dar­do­wa ope­ra­cja, ale mój sta­tek roz­bił się dobre czte­ry mie­sią­ce temu.

Dea nie spo­dzie­wa­ła się, że od­bę­dzie na tej pla­ne­cie jesz­cze dziw­niej­szą roz­mo­wę niż te sprzed kilku go­dzin. Bo to do­praw­dy było dużo bar­dziej oso­bli­we!

– Tylko ja prze­ży­łem ka­ta­stro­fę. Wszyst­ko zo­sta­ło znisz­czo­ne, wszyst­ko! Wy­obra­żasz to sobie? Te cho­ler­ne au­to­de­struk­cje, pra­wie spa­li­ło mnie żyw­cem – obu­rzył się i po­ło­żył dło­nie na bio­drach. Kiedy tylko prze­je­chał ręką po zmierz­wio­nych wło­sach i przy­brał wład­czą po­sta­wę, fak­tycz­nie mógł ucho­dzić za cy­wi­li­zo­wa­ne­go.

– Nie ro­zu­miem jak…

– Tak, wiem, WI do­ko­nu­je au­to­de­struk­cji, jeśli nie wy­czu­je żad­nych oca­la­łych. Więc nie wiem, czemu to zro­bi­ło, ale po wy­bu­chu byłem nagi jak ten brzdąc, w rzyci głęb­szej niż…

– Okej, okej! Ale prze­ży­łeś.

– Taaa… Może i tak, ale wy­star­czy­ło kilka mie­się­cy na tej gno­jów­ce, bym wy­czer­pał do­ży­wot­ni limit szczę­ścia i jesz­cze na­stu­kał se debet. Wi­dzia­łaś zresz­tą w jakim sta­nie tkwi­łem – burk­nął, po czym znowu prze­je­chał dło­nią po wło­sach. – Więc ten… co tu ro­bisz, mała?

– Na imię mam Dea – wark­nę­ła i zło­ży­ła ręce na pier­si. Do­sko­na­le wie­dzia­ła, że praw­dzi­we „py­ta­nie” brzmia­ło: „Kiedy wra­casz i masz mnie za­brać teraz”.

– Hej, prze­pra­szam, ma­leń­ka. Wiem, że je­stem szorst­ki i tak dalej, ale też byś była po ta­kich czte­rech mie­sią­cach. Twar­da ha­ła­stra.

Nagle jakby spod ziemi wy­rósł Pik.

– Naj­tward­sza! – wy­krzyk­nął z szel­mow­skim uśmie­chem.

Dea i Tho­mas spoj­rze­li na sie­bie z prze­stra­chem, ale Pik nie wy­glą­dał na kogoś, kto wła­śnie zde­kon­spi­ro­wał zdraj­ców.

– Już na no­gach?… – za­py­tał nie­win­nie Tho­mas, choć lewą dłoń scho­wał za ple­ca­mi.

– Od kilku ostat­nich dni razem z Bu­rzo­wą za­czy­na­my wartę ze świ­tem. Dzię­ki temu mogę po­ko­chać ją jesz­cze bar­dziej – sap­nął zbo­la­łym gło­sem, kła­dąc te­atral­nie rękę na sercu.  

Zza węgła wy­szła Bu­rzo­wa już w peł­nym uzbro­je­niu, z la­bry­sem spo­koj­nie uło­żo­nym na ra­mie­niu. Miała zmarsz­czo­ne brwi i na­praw­dę groź­ną minę.

– Adept­ko, czy tych dwóch ci się na­przy­krza?

Tak!

– By­naj­mniej. Wła­śnie od­by­łam bar­dzo… in­te­re­su­ją­cą roz­mo­wę.

– Aha – sap­nę­ła or­czy­ca. – Zo­sta­jesz? Wczo­raj ze­bra­ła się długa… eee… ko­lej­ka in­te­re­san­tów.

Ani spoj­rze­nie, ani ton głosu nie zdra­dza­ły oznak nie­chę­ci, wręcz prze­ciw­nie – Bu­rzo­wa wy­da­wa­ła się pałać sza­cun­kiem do Dei, ale stała ra­czej bo­kiem i pró­bo­wa­ła nie pa­trzeć jej w oczy.

Dei po­do­bał się ten stan rze­czy. Zde­cy­do­wa­nie wo­la­ła, żeby ogrom­na or­czy­ca nie wi­dzia­ła w niej wroga, ale bła­ga­ła o kap­su­łę coraz bar­dziej, bo nie miała już kse­no­fi­lu dla żad­ne­go z nich.

Dziew­czy­na od­kaszl­nę­ła.

– A więc wła­śnie, jeśli o to cho­dzi, to…

– Do­brze się czu­jesz, Obroń­co? – wpadł jej w słowo Pik.

Tho­mas zgiął się wpół, opie­ra­jąc dło­nie na ko­la­nach.

– Tak, tak… Muszę tylko jesz­cze od­po­cząć. To pew­nie nic ta­kie­go – wy­stę­kał i dla do­da­nia efek­tu spu­ścił głowę.

– Może le­piej idźta z nim, adept­ko, aby cosik za­ra­dzić w po­trze­bie – po­in­stru­owa­ła or­czy­ca.

Zna­jąc moc kse­no­fi­lu, Dea nie dała się na­brać, ale Tho­mas uwie­sił się na jej ra­mie­niu, jed­no­cze­śnie pro­wa­dząc na­przód.

– Co ty kom­bi­nu­jesz? – szep­nę­ła.

Będąc już poza za­się­giem wzro­ku Pika i Bu­rzo­wej, Ho­over wy­pro­sto­wał się i bez­par­do­no­wo po­cią­gnął ją za ło­kieć.

– Ci­chaj.

– Ci­chaj? Chyba rze­czy­wi­ście spę­dzi­łeś z nimi zbyt dużo czasu.

Męż­czy­zna wy­pro­sto­wał się dum­nie, od­rzu­ca­jąc do tyłu włosy.

– Masz mnie stąd za­brać, sły­szysz?

– Spa­su­ję.

Wy­cią­gnął przed sie­bie ostrze­gaw­czo palec.

– Nie po­gry­waj ze mną, mała. Wierz mi, nie chcesz po­znać mojej gor­szej stro­ny.

Jego spoj­rze­nie, głos, jak i po­sta­wa zdra­dza­ły gwał­tow­ność cha­rak­te­ru, ale Dea nie bała się. W końcu nie­da­le­ko niej znaj­do­wa­ło się stado orków.

– To jest jakaś dobra?

Tho­mas wark­nął wście­kle i nagle chwy­cił ją za kom­bi­ne­zon, po czym przy­cią­gnął do sie­bie. Ich twa­rze były zbyt bli­sko, aby Dea czuła się kom­for­to­wo. Na szyi po­czu­ła ucisk ostre­go me­ta­lu.

– Mógł­bym cię zabić w tej chwi­li! – Na po­twier­dze­nie słów przy­ci­snął moc­niej nóż. – Kiedy przy­la­tu­je kap­su­ła? Wiem, że się roz­bi­łaś. Wi­dzia­łem pył po szcząt­kach!

Ko­bie­ta po omac­ku wo­dzi­ła pal­cem po in­fo­od­bior­ni­ku. Nagle ude­rzy­ła męż­czy­znę, a ten padł wstrzą­sa­ny drgaw­ka­mi wprost na śnieg.

– Co tu się wy­pra­wia?! – krzyk­nął wście­kle Że­la­zny Ro­gacz.

Że też ze wszyst­kich osób…

– Mu­sia­łam go obez­wład­nić.

Gnom rzu­cił by­strym wzro­kiem na Obroń­cę i wi­dząc prąd prze­cho­dzą­cy po jego ciele, wy­su­nął uspo­ka­ja­ją­co dło­nie przed sie­bie.

– Pe­wien je­stem, że powód mie­li­ście dobry, ale Obroń­ca to zacny człek.

Taa…

– Skoro tak mó­wi­cie. Niech jed­nak trzy­ma ręce przy sobie.

Nie chcia­ła zdra­dzać Tho­ma­sa, bo wie­dzia­ła, że za­brał­by ją ze sobą do grobu. Acz­kol­wiek nie za­mie­rza­ła mu po­ma­gać. Szcze­rze mó­wiąc, nie była pewna, co robić, a do przy­lo­tu kap­su­ły nie zo­sta­ło wiele czasu.

– Że od­waż­ny tom wie­dział, ale że głupi… – wes­tchnął Ro­gacz. – Nie mar­tw­cie się tam, nie po­wtó­rzy się. Za­rę­czam. Kilof!

Po chwi­li prze­siąk­nię­tej dziw­ny­mi se­kun­da­mi zja­wił się zwa­li­sty ork. Gdy szedł – zie­mia dud­ni­ła. Dea mu­sia­ła za­ci­snąć zęby.

– Weźta Obroń­cę do cha­łu­py – roz­ka­zał Ro­gacz.

Ris­sen­ka za­czę­ła się wy­co­fy­wać, sta­wia­jąc po­wo­li krok za kro­kiem. To była jej szan­sa! Od­da­li się i wsią­dzie do kap­su­ły, gdy ten cały Ho­over bę­dzie bu­dził się ze wstrzą­su elek­trycz­ne­go. Nie czuła wy­rzu­tów su­mie­nia. Chcia­ła po pro­stu stąd uciec!

– Witaj, moja ko­cha­na. Tę­sk­ni­łaś? Kap­su­ła bę­dzie za dzie­sięć minut – ode­zwał się Sib w słu­chaw­ce.

Nie teraz!

Ro­gacz od­wró­cił się.

– Co to było?

Dea przy­sta­nę­ła i za­czę­ła roz­grze­by­wać stopą śnieg, który przez grze­ją­ce słoń­ce sta­wał się zbitą kupą.

– Ja nic nie sły­sza­łam.

– Hm.

Gnom zmarsz­czył swoje ogrom­ne brwi, szu­ka­jąc wzro­ku Dei, ale ta błą­dzi­ła po kra­jo­bra­zie. Ko­bie­cie nagle przy­szło do głowy, że Ro­gacz pew­nie prze­stra­szył się, że rzu­ca­ła cicho za­klę­cie.

Cho­le­ra!!!

– Wy­da­je mi się, eee… że to stam­tąd – za­jąk­nę­ła się i drżą­cą ręką wska­za­ła na wschód.

Męż­czy­zna od­wró­cił po­wo­li głowę, sta­ra­jąc się jak naj­dłu­żej pa­trzeć na Deę. Nagle jed­nak cał­ko­wi­cie stra­cił nią za­in­te­re­so­wa­nie. In­ten­syw­nie wpa­try­wał się we wska­za­ny przez nią kie­ru­nek, osła­nia­jąc oczy dło­nią.

– Kilof, wi­dzisz że to? – za­wo­łał do orka, który miał prze­wie­szo­ne­go przez ramię Tho­ma­sa.

– Ja żem nic nie widzę.

Dea jed­nak za­uwa­ży­ła. Jakaś cięż­ko uzbro­jo­na grupa szła wprost na nich! Póki co znaj­do­wa­li się na linii lasu, po­wo­li się zeń wy­chy­la­jąc, ale byli coraz bli­żej. Ko­bie­ta sta­nę­ła oszo­ło­mio­na. Ris­se­ni już od wielu setek lat nie brali udzia­łu w żad­nej woj­nie, na­le­że­li do po­ko­jo­wo na­sta­wio­ne­go ludu.

Muszę ucie­kać! Ale… Co z kap­su­łą? Szlag!

Ro­gacz i Kilof, wciąż z Tho­ma­sem na ra­mie­niu, po­bie­gli do chaty. Na po­la­nie go­to­wa­li się już do walki Bu­rzo­wa z Pi­kiem.

– Prze­klę­te lu­do­ja­dy! – wark­nę­ła or­czy­ca. – Za­bi­ję tych Mo­ski­tów, każ­de­go z osob­na.

– Razem ze mną, sio­stro! – za­krzyk­nął elf.

Póki co ani oni, ani wy­ła­nia­ją­ca się z chaty resz­ta kom­pa­ni nie za­uwa­ży­ła Dei, więc po­sta­no­wi­ła to wy­ko­rzy­stać i szyb­ko wsko­czy­ła za le­żą­cy nie­opo­dal głaz. Czuła przez kom­bi­ne­zon pa­lą­cy śnieg, a serce dud­ni­ło jej w pier­si.

– I co teraz?! – pi­snę­ła.

– Sły­szę, że szy­ku­je się walka. – We­so­ły głos Siba roz­brzmie­wał ze słu­chaw­ki. – No, no… Ty to masz szczę­ście, moja droga!

Oczy­wi­ście nie mogła go wi­dzieć, ale wie­dzia­ła, że po­kła­da się teraz ze śmie­chu. Może nawet wy­cie­rał łzy z oczu, albo trzy­mał się za brzuch.

Prze­klę­ty su­kin­kot!

– CO. MAM. ROBIĆ.

Jesz­cze przez długą chwi­lę sły­sza­ła jego śmiech. Na po­la­nie spo­tka­ły się już obie grupy. Roz­brzmie­wa­ły wście­kłe głosy – Ro­ga­cza i ja­kiejś ko­bie­ty.

W końcu Sib się opa­no­wał i od­po­wie­dział spo­koj­nie, choć wciąż z nutką śmie­chu w gło­sie.

– Le­piej wiej.

– Czyż­byś po raz pierw­szy w życiu miał dobry po­mysł? – mruk­nę­ła, ale oczy­wi­ście męż­czy­zna i tak ją usły­szał.

– A co z kse­no­fi­lem? Byłaś tak roz­trzę­sio­na, że nigdy byś na to nie wpa­dła!

Dea po­zo­sta­wi­ła to bez od­po­wie­dzi, bo Sib spał, gdy Tho­mas ją za­ata­ko­wał. Za­miast tego za­czerp­nę­ła po­wie­trza i wy­sko­czy­ła zza głazu. I wła­śnie wtedy zo­ba­czy­ła przed sobą drugą grupę ob­cych, wy­ła­nia­ją­cych się zza wzgó­rza, zmie­rza­ją­cych wprost na nią.

C H O L E R A.

Ucie­kła więc w prze­ciw­ną stro­nę niż za­mie­rza­ła. Walka jesz­cze się nie za­czę­ła, choć na­pię­cie było ogrom­ne. Do­pa­dła do Pika, bo bała się, że Bu­rzo­wa jej nie usły­szy i szarp­nę­ła go za ramię.

– Idą z dru­giej stro­ny!

– Co?

Dłu­go­wło­sy elf od­wró­cił się z na­pię­tą twa­rzą, po czym syk­nął. W jego ząb­ko­wa­tym ostrzu od­bi­jał się śnieg, który na­praw­dę mocno grzał. Dea mu­sia­ła prze­stę­po­wać z nogi na nogę. Chyba nawet do­strze­gła jak ten puch pa­ru­je.

– E, Bu­rzo­wa! Zo­bacz tych mat­ko­ry­pa­czy.

Or­czy­ca, któ­rej upał zda­wał się nie imać, prze­klę­ła. Siar­czy­ście.

– Ro­ga­czu, prze­stań-li roz­pra­wiać z tą har­pią. Zo­bacz no, chcie­li nas zła­pać w ima­dło!

Gnom umilkł mo­men­tal­nie. Przez chwi­lę trwa­ła okrop­na cisza, wszy­scy wstrzy­ma­li od­dech i mie­rzy­li się wzro­kiem. Dea miała ocho­tę stać się nie­wi­dzial­na – prze­cież nie umia­ła wal­czyć!

Co ja tu do cho­le­ry robię?

Wcze­śniej rów­nież za­da­wa­ła sobie to py­ta­nie, ale do­pie­ro teraz wstrzą­snę­ło nią do głębi. Czuła ogrom­ny mę­tlik w gło­wie. Naraz za­po­mnia­ła o kap­su­le, która zbli­ża­ła się z każdą se­kun­dą.

I wtem Że­la­zny Ro­gacz krzyk­nął coś nie­zro­zu­mia­łe­go i wszy­scy, jak jeden mąż, rzu­ci­li się do walki. Mie­cze, to­po­ry i szty­le­ty po­szły w ruch. Or­ko­wie, lu­dzie, elfy, gnomy i kilka in­nych nie­zna­nych jej ras star­li się w śmier­tel­nej walce.

W tym świe­cie na­le­ża­ła do prze­ra­ża­ją­cych adep­tów – jako je­dy­na mogła za­bi­jać samą wolą. Nie­ste­ty w rze­czy­wi­sto­ści była małą nie­bie­ską ba­dacz­ką z pa­ro­ma przy­dat­ny­mi ga­dże­ta­mi, które, jak za­uwa­ży­ła, szyb­ko mogły się ze­psuć, po­zo­sta­wia­jąc czło­wie­ka w po­czu­ciu kom­plet­nej bez­rad­no­ści.

– Dea, kap­su­ła za mi­nu­tę – po­wie­dział pie­kiel­nie po­waż­nie Sib. – Wy­lą­du­je trzysta me­trów od cie­bie na wscho­dzie.

Ko­bie­ta padła na ko­la­na i za­czę­ła po­su­wać się w tej po­zy­cji na­przód. Śnieg pa­rzył tak mocno, że mu­sia­ła za­ci­skać zęby. Wokół niej roz­gry­wał się ta­niec wielu stóp. Nagle mu­sia­ła usko­czyć, więc przy­lgnę­ła do ja­kie­goś orka z dwoma czasz­ka­mi przy pasie.

– Co jest…? – sap­nął, pa­trząc w dół.

Był bar­dzo zdzi­wio­ny, wi­dząc ma­lut­ką po­stać w dole, więc Dea pu­ści­ła go i ru­szy­ła na czwo­ra­kach jesz­cze szyb­ciej. Chwi­la nie­uwa­gi spra­wi­ła, że padł mar­twy wprost w pa­lą­cy śnieg.

Ko­bie­ta po­czu­ła, że na ko­la­nach i wierz­chu dłoni za­czy­na­ją wy­pa­lać jej się dziu­ry i sy­cząc z bólu za­czę­ła biec zgar­bio­na.

W końcu udało jej się wy­mknąć z tu­mul­tu, ale wtem drogę za­stą­pi­ła jej pięk­na ko­bie­ta z war­ko­czem do pasa. Trzy­ma­ła ostre sier­py. Uśmiech­nę­ła się, uka­zu­jąc rząd spi­ło­wa­nych zębów.

Wpierw warknęła, a potem wyprowadziła cięcie jednym z sierpów.

Dea usko­czy­ła, ale ta i tak ją do­się­gnę­ła. Po­czu­ła, że w kom­bi­ne­zo­nie po­wsta­ło rozcięcie na ra­mie­niu, a z rany sączy się krew. Cho­wa­jąc rękę za ple­ca­mi, pró­bo­wa­ła wy­brać wstrząs elek­trycz­ny, ale gdy skie­ro­wa­ła dłoń ku ko­bie­cie, z in­fo­od­bior­ni­ka wystrzelił ogień. Wo­jow­nicz­ka za­pa­li­ła się jak słoma. Dea po­czu­ła obrzy­dli­wy za­pach pło­ną­cych wło­sów i skóry. Już po chwi­li ko­bie­ta le­ża­ła mar­twa.

Do cho­le­ry ja­snej…!

Ris­sen­ka nie miała jed­nak czasu nad tym my­śleć, bo doj­rza­ła le­cą­cą z góry około czter­dzie­ści me­trów przed nią kap­su­łę, więc po­pę­dzi­ła na­przód. Kątem oka do­strze­gła, że ktoś bie­gnie obok i to dużo szyb­ciej od niej. Od­wró­ci­ła głowę. Tho­mas!

Pod­stęp­ny wy­płosz!

Wy­rwa­ła do przo­du i choć męż­czy­zna miał dłuż­sze oraz moc­niej­sze nogi, to nie ona zma­ga­ła się ze skut­ka­mi ubocz­ny­mi wstrzą­su elek­trycz­ne­go. Bie­gli więc łeb w łeb. Wciąż byli w ruchu, gdy kap­su­ła wy­lą­do­wa­ła zgrab­nie na śnie­gu.

W pew­nym mo­men­cie, gdy od ra­tun­ku dzie­li­ły ją za­le­d­wie metry, po­sta­no­wi­ła za­ry­zy­ko­wać – rzu­ci­ła się na­przód. Jed­nak­że Tho­mas wpadł na ten sam po­mysł. Oboje ucze­pi­li się go­rą­ce­go po­szy­cia kap­su­ły, jed­no­cze­śnie pró­bu­jąc do­stać się do środ­ka jak i wy­pchnąć prze­ciw­ni­ka.

– Zjeż­dżaj, nie­bie­ska! – wark­nął Ho­over, wkła­da­jąc jej palec do oka.

– Sam zjeż­dżaj! – od­krzyk­nę­ła Dea, tra­fia­jąc go pię­ścią.

Roz­pę­ta­ła się sza­mo­ta­ni­na w śnie­gu. Okła­da­li się na oślep, bo żadne nie miało moż­li­wo­ści uży­cia broni – Dea po­trze­bo­wa­ła dwóch rąk do wy­ko­rzy­sta­nia in­fo­od­bior­ni­ka, a Tho­mas wy­rzu­cił wcze­śniej miecz, aby szyb­ciej biec. Po­nie­waż oboje wciąż pró­bo­wa­li do­stać się do środ­ka kap­su­ły, wy­glą­da­ło to ko­micz­nie.

W końcu Dei udało się zdzie­lić Ho­ove­ra pię­ścią w twarz, a na­stęp­nie kop­nąć tam, gdzie nigdy nie po­win­no się kopać. Gdy ten zgiął się w śnie­gu, wy­ko­rzy­sta­ła mo­ment jego nie­dy­spo­no­wa­nia.

– Ris­sań­ski Ośro­dek Mię­dzy­pla­ne­tar­ny – wy­plu­ła szyb­ko do in­ter­ko­mu. Kom­pu­ter miał w pa­mię­ci wiele róż­nych nazw or­ga­ni­za­cji. Ko­niecz­ność po­da­nia jed­nej z nich miała chro­nić kap­su­łę przed uży­ciem przez tu­byl­ców.

In­ter­kom wydał ciche pik­nię­cie. Dea już miała otwo­rzyć drzwi, gdy po­czu­ła w ra­mie­niu ostry ból – to Tho­mas chwy­cił ją za krwa­wią­cą ranę. Krzyk­nę­ła z bólu, a póź­niej z wście­kło­ści, bo męż­czy­zna wy­rzu­cił ją kilka me­trów dalej i wy­lą­do­wa­ła twa­rzą pro­sto w śnie­gu. Po­czu­ła, jakby ktoś polał ją go­rą­cą wodą.

Na szczę­ście drzwi były cięż­kie. Ho­over po­trze­bo­wał czasu, aby je otwo­rzyć, bo w końcu przez ty­dzień leżał w łóżku tar­ga­ny in­fek­cją. Nie­ste­ty jed­nak nad­ra­biał to pa­lą­cą de­ter­mi­na­cją.

Dea le­ża­ła w śnie­gu, czuła bezsilność. Nie miała siły się pod­nieść.

– Nie mogę… Nie wsta­nę – szep­nę­ła. Za­ćmi­ło ją, ale ból nie na­le­żał do moc­nych. Po pro­stu zbyt dużo wy­da­rzy­ło się w krót­kim cza­sie – o wiele wię­cej, niż za­kła­da­ła.

– Co ty wy­pra­wiasz?! Pod­noś tyłek, fran­co.

Ko­bie­ta nigdy wcze­śniej nie sły­sza­ła, żeby Sib mówił w tak bez­dy­sku­syj­ny spo­sób.

– Nie wiesz, co prze­ży­łam… – od­po­wie­dzia­ła na skra­ju łez.

– Wiem, że jeśli nie od­le­cisz tą kap­su­łą to cię zje­dzą! Może bę­dziesz mieć na tyle szczę­ścia, aby naj­pierw ła­ska­wie cię za­bi­li.

– Co?

– Widzę przez ka­me­rę kap­su­ły, że twoi przy­ja­cie­le prze­gry­wa­ją, a tro­chę się wcze­śniej po­my­li­łem. To nie oni są ka­ni­ba­la­mi, a ich są­sie­dzi. Ma­gi­ków pew­nie zo­sta­wia­ją sobie na ko­la­cję.

Dea ob­ró­ci­ła głowę wbrew sobie i mo­men­tal­nie tego po­ża­ło­wa­ła. Mo­ski­tów było dwa razy wię­cej – po­zna­wa­ła ich po sto­sach cza­szek w rynsz­tun­ku. Bu­rzo­wa wal­czy­ła z trze­ma naraz, groź­nie wy­ma­chu­jąc la­bry­sem, Ro­gacz po­je­dyn­ko­wał się z przy­wód­czy­nią, za to Pika ni­g­dzie nie mogła doj­rzeć. Nie mar­twi­ła się jed­nak o nich. Mar­twi­ła się o sie­bie. Ris­se­ni tacy nie byli, acz­kol­wiek w tej chwi­li Dea nie po­tra­fi­ła przej­mo­wać się ni­czym innym, jak wła­snym ży­ciem.

Cho­le­ra…

Ze­bra­ła się w sobie, ode­tchnę­ła głę­bo­ko i ru­szy­ła. Wszyst­kie po­kła­dy ener­gii wło­ży­ła do skoku na Tho­ma­sa, który wła­śnie roz­warł drzwi. Nie miał na­pię­tych mię­śni i lekko stał na ziemi, dla­te­go Dei udało się za­chwiać męż­czy­zną. Ho­over prze­wró­cił się wraz z ko­bie­tą do środ­ka, ude­rza­jąc głową w me­ta­lo­we po­szy­cie. Stra­cił przy­tom­ność.

Dea upew­niw­szy się, że nie udaje, za­czę­ła przy­go­to­wy­wać kap­su­łę do lotu.

– No, no… Je­stem pod wra­że­niem – po­wie­dział kpią­co Sib. – Szko­da tylko, że masz tam tego go­ścia. Po­spraw­dza­łem tro­chę i z tego Ho­ove­ra jest nie­złe ziół­ko. Wy­obraź sobie, że Ziem­skie Przy­mie­rze wy­wa­li­ło go z za­ło­gą. Mieli już nigdy nie wró­cić.

Ris­sen­ka prze­rwa­ła wci­ska­nie kla­wi­szy.

– Czyli wy­buch ich stat­ku to nie był wy­pa­dek… To chyba lekka prze­sa­da.

Nie wie­dzia­ła, co my­śleć i szcze­rze mó­wiąc, wo­la­ła nie za­przą­tać sobie tym głowy. Skoro leżał w jej kap­su­le, mu­sia­ła le­cieć z nim albo w ogóle.

Po­now­nie za­ję­ła się przy­go­to­wy­wa­niem do lotu. Jesz­cze tylko parę ko­mend…

– Wiesz co, chyba wy­sła­łem ci ze­psu­tą kap­su­łę. Zaraz wy­buch­nie! – za­wo­łał Sib prze­sad­nie emo­cjo­nal­nym tonem, który do­brze znała. Znowu się wy­dur­niał.

– Ha, ha, ko­micz­ne. – Wy­cią­gnę­ła słu­chaw­kę z ucha i ci­snę­ła na pod­ło­gę. – O rany, od razu le­piej! – za­kpi­ła.

Wie­dzia­ła, że Sib wciąż może ją sły­szeć dzię­ki in­ter­ko­mo­wi na po­kła­dzie, ale na­praw­dę po­czu­ła się le­piej. Szcze­gól­nie, że chyba się ob­ra­ził, bo nic nie od­po­wie­dział.

– Start za trzy­dzie­ści… dwa­dzie­ścia dzie­więć… dwa­dzie­ścia osiem… – od­li­cza­ła WI.

Serce ska­ka­ło jej z ra­do­ści i chcia­ła od­tań­czyć ta­niec szczę­ścia, ale mu­sia­ła za­piąć sie­bie i Tho­ma­sa. Jed­nak gdy się od­wró­ci­ła, już nie leżał nie­przy­tom­ny. Tak wła­ści­wie – w ogóle go nie wi­dzia­ła.

Usły­sza­ła otwie­ra­ne drzwi kap­su­ły, lecz zanim zdą­ży­ła tam spoj­rzeć, Ho­over pod­niósł ją i znowu wy­rzu­cił w roz­pa­lo­ny śnieg.

– Co ty…! – krzyk­nę­ła, spadając.

Je­dy­nym, co pa­mię­ta­ła jesz­cze przed stra­ce­niem przy­tom­no­ści, był ogrom­ny wy­buch. W miej­scu kap­su­ły po­zo­stał tylko czar­ny pył i wy­pa­lo­ne miej­sce.

 

– Chyba nie żyje…

– Prze­cież dycha!

– To ma­gicz­ka, po­ra­dzi se. A teraz od­suń­ta się, ćwoki.

Dea sły­sza­ła głosy, które po­win­na móc usły­szeć już tylko we śnie albo we wspo­mnie­niach. Na pewno więc śpi. Tylko czemu było jej tak strasz­nie nie­wy­god­nie? Ris­sań­skie łóżka są mięk­kie jak puch…

Otwo­rzy­ła ostroż­nie oczy. Wpa­tru­ją­ce się w nią po­sta­cie zde­cy­do­wa­nie nie miały nie­bie­skiej skóry.

Cho­le­ra!…

– Żyje! – za­wo­łał ra­do­śnie Pik, sto­ją­cy naj­bli­żej.

– I tym razem mia­łem ja rację – za­grzmiał Ro­gacz, który sie­dział nie­opo­dal na becz­ce z fajką w dłoni. – Dług zo­stał spła­co­ny, jak po­win­no być. Wpierw, adept­ko, ura­to­wa­li­ście Obroń­cę, teraz Obroń­ca ura­to­wał was. – Wska­zał na męż­czy­znę, opie­ra­ją­ce­go się o ścia­nę ze skrzy­żo­wa­ny­mi ra­mio­na­mi. Włosy opa­dły mu na twarz, przy­kry­wa­jąc po­sęp­ny uśmiech. Wy­glą­dał tak źle, jak sama się czuła.

– My­śla­łam, że prze­gry­wa­li­ście…

– Gdzie tam! Te grzdy­le są do­brzy je­dy­nie w ry­pa­niu wła­snych matek – za­uwa­żył elf. – Mie­li­śmy wszyst­ko pod kon­tro­lą.

Bu­rzo­wa i Ro­gacz po­ki­wa­li zgod­nie gło­wa­mi. Obroń­ca jesz­cze bar­dziej się za­sę­pił.

– Co się z wami stało? – za­py­tał Pik.

Dea chcia­ła już coś wy­my­ślić, gdy uprze­dził ją Tho­mas.

– Adept­ka Za­wie­ru­cha wal­czy­ła z pa­ro­ma Mo­ski­ta­mi. Nie­ste­ty jedno… za­klę­cie… nie wy­szło. Od­cią­gną­łem ją od wy­bu­chu. – Głos męż­czy­zny brzmiał głu­cho.

Bu­rzo­wa fuk­nę­ła cicho.

– Ach. To stąd to wy­pa­lo­ne miej­sce w ziemi – rzekł gnom. – Rad je­stem, żeś przy­był w porę, Obroń­co. Ale nie wie­dzia­łem ja tego, iże za­klę­cia nie wy­cho­dzą.

– Nie wiem do­kład­nie, co się stało, ale któ­ryś Mo­skit za­blo­ko­wał jej magię. Chyba stra­ci­ła ją na dobre.

W po­ko­ju za­le­gła cisza. Je­dy­nie za­do­wo­lo­na or­czy­ca po­ki­wa­ła głową.

– Nie mar­tw­cie się, adept­ko – rzekł gnom, wi­dząc jej przy­gnę­bio­ną minę. – Mo­że­cie zo­stać tu, jak długo po­trze­bu­je­cie.  

– Win­ni­śmy dać jej ode­tchnąć – stwier­dzi­ła or­czy­ca, mie­rząc ją tro­skli­wym spoj­rze­niem.

Cała trój­ka za­czę­ła wy­cho­dzić z po­ko­ju wprost do gwar­nej sali, lecz przed­tem wraz z Ho­ove­rem po­pa­trzy­li sobie w oczy. Prze­ra­zi­ła ją roz­pacz, pły­ną­ca z jego spoj­rze­nia. Może i nie miała słu­chaw­ki, ale wciąż mogła na­pi­sać do Siba ko­rzy­sta­jąc z in­fo­od­bior­ni­ka. Zaraz wyśle mu wia­do­mość, jakim jest idio­tą i żeby tym razem wy­słał sta­tek, który nie wy­bu­cha!

Jak tylko za­mknę­ły się drzwi, unio­sła ramię. I wtem coś w niej pękło. Tho­mas miał rację – ko­niec z cza­ra­mi. In­fo­od­bior­nik był roz­bi­ty.

 

Po­wie­dzie­li jej, że Obroń­ca stoi na war­cie przed chatą. Do­brze wie­dzia­ła, że ni­cze­go nie pil­no­wał.

Sie­dział zgar­bio­ny na ka­mie­niu, opie­ra­jąc twarz na dło­niach. Wy­glą­dał na­praw­dę mi­zer­nie, ale jakoś się nie dzi­wi­ła. Okrop­nie tę­sk­ni­ła za domem, choć nie było jej do­pie­ro trzy dni. On prze­sie­dział tu czte­ry mie­sią­ce bez naj­mniej­szej na­dziei na po­wrót. Gdy taka się po­ja­wi­ła, ale do­słow­nie wy­bu­chła mu przed ocza­mi… Można się było za­ła­mać. Albo nawet ra­czej po­win­no.

Szcze­gól­nie, że in­fo­od­bior­ni­ki prze­sy­ła­ły funk­cje ży­cio­we no­szą­ce­go. Sid na pewno był pe­wien, że umar­ła. Dea nie miała żad­nej szan­sy wy­sła­nia mu wie­ści, że jest ina­czej.

– Prze­pra­szam – wy­stę­kał, gdy tylko się zbli­ży­ła.

– Ura­to­wa­łeś nam życie, Tho­mas – od­po­wie­dzia­ła cicho.

– Taa… Ale wcze­śniej za­cho­wa­łem się jak nie­zły dupek.

Opa­dła obok niego na trawę w miej­scu, gdzie śnieg wy­pa­ro­wał. Słoń­ce świe­ci­ło dużo sła­biej tego dnia.

– Nie szko­dzi.

Milczeli przez jakiś czas. Ciała zo­sta­ły za­bra­ne, ale zie­mia wciąż bar­wi­ła się czer­wie­nią.

– Ech… Ty nic nie wiesz – ode­zwał się po chwi­li. Od­wró­cił głowę, tak jakby nie mógł na nią pa­trzeć. – Gdyby nie ja, już dawno by­ła­byś w domu.

Prze­cze­sał włosy dło­nią.

– Nie przy­le­cia­łem tutaj z wła­snej woli.

– Mój kon­tro­ler po­wie­dział, że Przy­mie­rze cię wy­gna­ło.

Tho­mas nie był ani tro­chę zdzi­wio­ny, ale nie pod­jął wątku. Dea kon­ty­nu­owa­ła:

– Cho­ciaż nie wiem, dla­cze­go.

– Za­bi­łem kontr­ad­mi­ra­ła – od­po­wie­dział od razu.

Ko­bie­ta wy­trzesz­czy­ła oczy. Nie znała się za bar­dzo na lu­dziach, ale nie mogła sobie wy­obra­zić, żeby ja­ki­kol­wiek Ris­sen za­ata­ko­wał kogoś z rzą­dzą­cych. Mor­der­stwa nie le­ża­ły w ich na­tu­rze. Szyb­ko jed­nak przy­po­mnia­ła sobie o ko­bie­cie, którą pod­pa­li­ła żyw­cem. To był wy­pa­dek, ale gdy o tym my­śla­ła, nie czuła wy­rzu­tów su­mie­nia. Za­szo­ko­wa­ło ją to.

– Ra­to­wa­łem skórę. Ale czy fak­tycz­nie mu­sia­łem go zabić? Pew­nie mo­głem ro­ze­grać to ina­czej, jak i ty z tamtą la­sen­cją. Nie­zła sztucz­ka tak w ogóle. – Po­pa­trzył na nią z pew­nym po­dzi­wem. – Widzę jed­nak po tobie, że tego nie chcia­łaś. – Wes­tchnął. – Ale gdy do­cho­dzi do ta­kich sy­tu­acji, ra­czej nie myśli się o kon­se­kwen­cjach. Po pro­stu dzia­łasz.

Nie od­po­wie­dzia­ła. Nie była pewna, czy rze­czy­wi­ście wy­bra­ła wtedy funk­cję pod­pa­le­nia przez przy­pa­dek.

Może pod­świa­do­mie tego wła­śnie chcia­łam? Li­czy­ła się tylko kap­su­ła i nic wię­cej. Po pro­stu dzia­ła­łam.

– Jak po­wie­dzia­łem wcze­śniej: gdyby nie ja, już dawno by­ła­byś w domu. Bo wi­dzisz… Wąt­pię, żeby ge­nial­ni nie­bie­scy ba­da­cze wy­sła­li ze­psu­tą kap­su­łę. Nie mam po­ję­cia, kto to zro­bił – moi lu­dzie czy twoi – ale niech sko­nam, jeśli to był wy­pa­dek.

– Nie, tego na pewno nie zro­bi­li Ris­se­ni – szep­nę­ła, krę­cąc głową.

Ho­over spoj­rzał na nią z gorz­kim uśmie­chem. Wie­dzia­ła, co chce po­wie­dzieć, ale nie przyj­mo­wa­ła tego do wia­do­mo­ści. Za­miast tego spoj­rza­ła w dół. Po­zo­stał jej już tylko czar­ny kom­bi­ne­zon. Po­wi­nien być po­dziu­ra­wio­ny, ale miał funk­cję sa­mo­na­pra­wy. Nie miała ocho­ty go nigdy zdej­mo­wać, a jed­no­cze­śnie chcia­ła go rzu­cić w cho­le­rę. Za bar­dzo przy­po­mi­nał jej, jak szczę­śli­wa była za­kła­da­jąc ten strój.

– Gdy­bym wtedy w kap­su­le nie wy­rzu­ci­ła tej prze­klę­tej słu­chaw­ki…

– Nic by to nie zmie­ni­ło. No chyba, że by­ła­byś go­to­wa mnie zabić. Za żadne skar­by nie po­zwo­li­li­by mi opu­ścić tej pla­ne­ty. Teraz je­stem tego pe­wien.

Spoj­rza­ła na Tho­ma­sa i po raz pierw­szy fak­tycz­nie go po­ża­ło­wa­ła.

– Nie mo­gła­bym tego zro­bić. W końcu… Ura­to­wa­łeś mi życie – po­wie­dzia­ła z lek­kim uśmie­chem.

Męż­czy­zna od­wza­jem­nił za­rów­no spoj­rze­nie jak i uśmiech.

– Hej, naj­pierw ty ura­to­wa­łaś moje! – Trą­cił ją pię­ścią.

– Taa… Po­wiedz mi, dla­cze­go to zro­bi­łam? – za­kpi­ła.

Ho­over wy­raź­nie się roz­luź­nił, a Dea ob­ję­ła ko­la­na ra­mio­na­mi. Lato wy­raź­nie ustę­po­wa­ło, przy­naj­mniej dzi­siaj. Zo­ba­czy­ła wy­cho­dzą­cych z chaty Bu­rzo­wą i Pika, któ­rzy jak zwy­kle umac­nia­li przy­jaźń ra­czej nie­mi­ły­mi sło­wa­mi. Usły­sza­ła ro­ze­śmia­ną kom­pa­nię z gó­ru­ją­cym nad nimi Ro­ga­czem.

Nagle zdała sobie spra­wę, że kom­plet­nie nie ma po­ję­cia, która jest go­dzi­na. Gdzieś koło po­łu­dnia, ale wy­da­ło się to ja­kieś nie­waż­ne. Po raz pierw­szy w życiu nie wie­dzia­ła, czym ma się zająć. To było dobre uczu­cie. Orzeź­wia­ją­ce.

Ode­tchnę­ła. Do­pie­ro teraz do­strze­gła, jak czy­ste wdy­cha po­wie­trze.

– Ten ad­mi­rał chyba był bar­dzo ważny – za­uwa­ży­ła.

Ho­over ro­ze­śmiał się w od­po­wie­dzi tak mocno, że aż za­bra­kło mu po­wie­trza. Jego śmiech na­le­żał do tych za­raź­li­wych, więc i Dea po chwi­li trzy­ma­ła się za brzuch. Bu­rzo­wa i Pik, cho­ciaż stali da­le­ko, od­wró­ci­li się z py­ta­ją­co unie­sio­ny­mi brwia­mi.

– To był cho­ler­ny ad­mi­rał na­czel­nej floty! – za­wo­łał, wy­cie­ra­jąc łzę z ką­ci­ka oka.

– Nie gadaj!

– I było warto. Kawał był z niego skur­czy­sy­na.

Dea po­krę­ci­ła głową z uśmie­chem, któ­re­go nie po­tra­fi­ła po­wstrzy­mać. Może Sid wyśle tu kogoś, może nie. Jeśli tak, może przy­bę­dzie za kilka dni albo kilka lat. Jakoś nagle prze­sta­ła się tym przej­mo­wać, bo i tak nie mogła nic na to po­ra­dzić.

W sumie… Mogło być znacz­nie go­rzej.

Koniec

Komentarze

Hejka, Lana! 

Tak jak mówiłem – było luźno, był humorek, opko spełniło swoje zadanie. 

Przede wszystkim – tekst naprawdę solidnie napisany. Mimo że nie najkrótszy, to czytało się bardzo szybko. 

Narzekałem trochę nad oryginalnością – bo człowiek, który musi świrować pawiana, aby przetrwać w rejonach obcej cywilizacji/społeczności to może nie najświeższy pomysł, jednak zapodany w całkiem ciekawej odsłonie. 

Jednak w ogólnym rozrachunku jak najbardziej na plus. Ode mnie wleci ( a kiedy doleci, wtedy doleci) zasłużony klik. 

A no i ten tytuł… teraz wygląda lepiej ;p 

Pozdro! 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O - Chada

Hej hej i tobie, NearDeath!

 

Jest niekrótki, ale przez te wszystkie konkursy miło było nie zważać na limit (choć powinnam podobno pisać krócej – jak poradził mi któryś użytkownik), więc cieszę się, że jednak zleciało szybko.

 

Już ci niezmiernie dziękowałam, ale nie zaszkodzi raz jeszcze: dziękuję! Miłe słowa zawsze poprawiają humor :)

 

 

Ode mnie wleci ( a kiedy doleci, wtedy doleci) zasłużony klik.  

 

Zacytuję teraz swój własny tekst (a co!): Jeśli tak, może przybędzie (czyt. przyleci) za kilka dni albo kilka lat. Jakoś nagle przestała(m) się tym przejmować.

:D

 

Skoro mam do czynienia z kimś, kto organizuje rapowy konkurs (heloł!), zakończę: pozdro, nara, elo elo trzy dwa zero.

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

To czyste a S.F. a nie opowiadanie inne, no może z lekką nutą opery kosmicznej, ale czytało się świetnie. 

Hej, Za horyzontem!

 

Podczas pisania myślałam o “Pan Lodowego Ogrodu”, jeśli chodzi o gatunek. To jest science fantasy, więc tak myślałam o swoim tekście – stąd kategoria inne. Ale zasiałeś we mnie wątpliwość i już nie wiem :P Cieszę się, że dobrze ci się czytało, bo to dla mnie bardzo ważne!

 

Dzięki za wizytę :) 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Czołem Lana,

 

Już pisałem w becie, że opko klawe, ale dla kolejnych czytelników powtórzę:

polecam!

 

Pozdrawiam :)

Cześć, Helmut!

 

Jeszcze raz dzięki i również pozdrawiam :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Lano, w pełni rozumiem, że pisanie tego opowiadania sprawiło Ci frajdę, bo ja, czytając, również zaznałam przyjemności. Pomysł okazał się bowiem całkiem fajny, a całą rzecz opisałaś lekko i z humorem. Bardzo mi się podoba, że tarapaty w które wpędziłaś bohaterów, wcale nie skończyły się tak, jak spodziewałam się, że się skończą.

I gdybyż tylko wykonanie było lepsze, pewnie i moje zadowolenie z lektury byłoby znacznie większe.

 

W jed­nym z przy­pró­szo­nych śnie­giem krze­wie huk­nę­ło… ―> W jed­nym z przy­pró­szo­nych śnie­giem krze­wów huk­nę­ło

 

Jak takiż od­waż­ny, to idź… ―> Jak takiś od­waż­ny, to idź

Za SJP PWN: takiż daw. «taki sam»

 

Do licha!, wy­star­czy… ―> Po wykrzykniku nie stawia się przecinka.

 

i cał­kiem przy­jem­ną apa­ry­cję – drob­ną i szczu­płą. ―> …i cał­kiem przy­jem­ną apa­ry­cję – był drob­ny i szczu­pły.

Drobny i szczupły może być ktoś, ale chyba nie jego wygląd.

Za SJP PWN: aparycja «wygląd zewnętrzny człowieka»

 

Do­pie­ro wtedy or­czy­ca od­prę­ży­ła się i spu­ści­ła broń. ―> Do­pie­ro wtedy or­czy­ca od­prę­ży­ła się i opu­ści­ła broń.

 

Chwi­la… co?, po­my­śla­ła… ―> Po pytajniku nie stawia się przecinka.

Proponuję: Chwi­la… co?  po­my­śla­ła…

 

bez­li­to­śnie ką­sa­jąc co nie ostroż­niej­szych. ―> …bez­li­to­śnie ką­sa­jąc co bardziej nieostrożnych.

Lub: …bezlitośnie kąsając co mniej ostrożnych.

 

Drew­nia­ne klep­ki wy­da­wa­ły się ugi­nać pod każ­dym kro­kiem. ―> Masło maślane – czy klepki mogą być inne, nie drewniane?

Za SJP PWN: klepka «deszczułka z twardego drewna do układania posadzek, do wyrobów bednarskich lub na poszycie pokładu łodzi; też: zbiorowo o takich deszczułkach»

 

W głów­nej izbie pa­no­wał jesz­cze więk­szy gorąc… ―> W głów­nej izbie pa­no­wało jesz­cze więk­sze gorąco… Lub: W głównej izbie było jeszcze goręcej

 

Mów­cie szyb­ko, bom nie widzę… ―> Mów­cie szyb­ko, bo nie widzę

 

oczy skie­ro­wa­ne były wprost na Dee. ―> …oczy skie­ro­wa­ne były wprost na Deę.

 

– Kilof? Gdzie­by tam! On może Ro­ga­czo­wi buty ję­zo­rem czy­ścić! – Za­śmia­ła się ru­basz­nie. ―> Skoro zaśmiała się rubasznie, to głośno, więc: – Kilof? Gdzie­by tam! On może Ro­ga­czo­wi buty ję­zo­rem czy­ścić! – za­śmia­ła się ru­basz­nie.

Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać dialogi:

https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

Oboje skło­ni­li z sza­cun­kiem głowę. ―> Oboje skło­ni­li z sza­cun­kiem głowy.

Bo nie wydaje mi się, aby oboje skłonili jedną głowę.

 

Zmie­rzył ko­bie­tę wzro­kiem znad buj­nych brwi. ―> Jestem niezmiernie ciekawa, jak on to zrobił, bo ja umiem, co najwyżej, spojrzeć spod brwi.

 

na któ­rym do­go­ry­wa­ła jakaś blada syl­wet­ka. ―> Sylwetki nie dogorywają.

Proponuję: …na któ­rym do­go­ry­wa­ła jakaś blada postać/ istota/ osoba.

 

– Nie mogę…eee…cza­ro­wać, gdy tak się ga­pi­cie! ―> Brak spacji po wielokropkach.

 

Dea wy­pu­ści­ła po­wie­trze z płuc, upa­dła na krze­sło i zła­pa­ła się za głowę. ―> Czy Dea przewróciła się na krzesło, czy raczej: Dea wy­pu­ści­ła po­wie­trze z płuc, opa­dła na krze­sło i zła­pa­ła się za głowę.

 

–… albo go za­bi­je. ―> Brak spacji przed wielokropkiem, zbędna spacja po wielokropku.

 

nie wy­glą­da­ły zbyt­nio za­chę­ca­ją­co. ―> …nie wy­glą­da­ły zbyt­ za­chę­ca­ją­co.

 

Ach, to do­pie­ro był król! – ury­wał i za­trzy­mał wzrok na pa­le­ni­sku. ―> Skoro urwał, to przestał mówić, więc: Ach, to do­pie­ro był król! – Ur­wał i za­trzy­mał wzrok na pa­le­ni­sku.

 

– Do­brze się czu­jesz, Obroń­co? – Wpadł jej w słowo Pik. ―> – Do­brze się czu­jesz, Obroń­co? – wpadł jej w słowo Pik.

 

Tho­mas zgiął się w pół, opie­ra­jąc dło­nie na ko­la­nach. ―> Tho­mas zgiął się wpół, opie­ra­jąc dło­nie na ko­la­nach.

http://portalwiedzy.onet.pl/141563,,,,w_pol_wpol,haslo.html

 

aby Dea czuła się kom­for­to­wo. Na szyi po­czu­ła ucisk cze­goś ostre­go – strój ta­mo­wał na­cisk… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Wy­da­je mi się, eee…, że to stam­tąd… ―> Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

– Kilof, wi­dzisz że to? – za­wo­łał do orka… ―> – Kilof, wi­dzisz to? – za­wo­łał do orka

 

W końcu udało jej się wy­ci­snąć z tu­mul­tu… ―> Co jej się udało wycisnąć z tumultu? Jak wyciska się tumult?

A może miało być: W końcu udało jej się wymknąć z tu­mul­tu

 

Sid wciąż może ją sły­szeć dzię­ki in­ter­ko­mie na po­kła­dzie… ―> Sid wciąż może ją sły­szeć, dzię­ki in­ter­ko­mowi na po­kła­dzie

 

po­win­na móc usły­szeć już tylko we śnie albo wspo­mnie­niach. ―> …po­win­na móc usły­szeć już tylko we śnie albo we wspo­mnie­niach.

 

Je­dy­nie or­czy­ca po­ki­wa­ła za­do­wo­lo­na głową. ―> Czy dobrze rozumiem, że orczyca byłą zadowolona głową?

Proponuję: Je­dy­nie zadowolona or­czy­ca po­ki­wa­ła głową.

 

 Dea nie miała żad­nej szan­sy wy­słać mu wie­ści… ―> Dea nie miała żad­nej szan­sy wy­słania mu wie­ści… Lub: Dea nie miała żad­nej szan­sy, by wy­słać mu wie­ści

 

Opa­dła obok niego na tra­wie… ―> Opa­dła obok niego na tra­wę

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, jak zwykle jesteś nieoceniona. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że właśnie tobie się spodobało, bo akurat byłam pewna, że nie przypadnie ci do gustu (zawsze mnie odwiedzasz, więc wstawiając, myślałam o tobie :)) Więc mimo masy wskazanych błędów (których według mnie nie ma tyle jak na ilość znaków) uważam to opowiadanie za mały sukces! ;)

 

Do licha!, wystarczy… ―> Po wykrzykniku nie stawia się przecinka.

Widziałam to w jakiejś książce, tylko dlatego wstawiłam ten przecinek, choć też wydawał mi się zbędny. 

 

 

W głównej izbie panował jeszcze większy gorąc… ―> W głównej izbie panowało jeszcze większe gorąco… Lub: W głównej izbie było jeszcze goręcej

Według wiki gorąc to potocznie skwar, upał, więc myślałam, że jest ok. 

 

 

– Kilof? Gdzieby tam! On może Rogaczowi buty jęzorem czyścić! – Zaśmiała się rubasznie. ―> Skoro zaśmiała się rubasznie, to głośno, więc: – Kilof? Gdzieby tam! On może Rogaczowi buty jęzorem czyścić! – zaśmiała się rubasznie.

No właśnie mnie to zastanawiało. Wiem, że powinno być z małej, ale myślałam o tym śmiechu jako osobnej czynności. W sensie: powiedziała normalnie, po czym się zaśmiała, ale chyba powinnam była to zaznaczyć. Tak czy siak poprawiłam jednak na małą literę.

 

 

Dziękuję! Jesteś wielka :) 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Wi­dzia­łam to w ja­kiejś książ­ce, tylko dla­te­go wsta­wi­łam ten prze­ci­nek, choć też wy­da­wał mi się zbęd­ny. 

Lano, bardziej ufaj sobie, niż temu, co widzisz w niektórych książkach.

 

We­dług wiki gorąc to po­tocz­nie skwar, upał, więc my­śla­łam, że jest ok.

Nie miałabym nic przeciw „gorącu”, gdyby rzeczonego potocyzmu użył w wypowiedzi któryś z bohaterów, skoro jednak to narracja, nie powinno być w niej, moim zdaniem, wyrażeń potocznych.

 

Wiem, że po­win­no być z małej, ale my­śla­łam o tym śmie­chu jako osob­nej czyn­no­ści.

Jak by na to nie patrzeć, głośny śmiech, a taki jest śmiech rubaszny, to czynność gębowa.

 

 

I tak, Lano, opowiadanie spodobało mi się, to była odprężająca lektura. A skoro poprawiłaś usterki, mogę wnioskować o Bibliotekę.

No i dziękuję za uznanie, ale mam wrażenie, że mocno przesadzasz. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobry tekst. Nie jest to do końca mój klimat, ale czytało się wartko i przyjemnie. Podoba mi się świat, który wykreowałaś i stylizowany język bohaterów. Oni sami też przypadli mi do gustu :)

Mam kilka sugestii:

Nagle uświadomiła sobie, że raczej bardziej odpowiednie byłoby jeśli. Jeśli go spotka. Przełknęła ślinę.

Pierwsze ,,jeśli” dałbym w cudzysłów.

Konieczność podania jednej z nich miała chronić kapsułę przed użyciem tubylców.

Raczej: ,,…kapsułę przed użyciem przez tubylców”. Albo zwyczajnie: ,,…kapsułę przed tubylcami”?

…sapnął zbolałym głosem, kładąc teatralnie rękę na sercu

A trochę dalej:

…wystękał i dla dodania efektu spuścił głowę i położył rękę na sercu.

Ja bym zrezygnował z dublowania tego gestu w tekście. Zostawiłbym go Pikowi, bo w połączeniu z ironicznym komentarzem wypadł bardzo fajnie :)

 

Polecam do biblioteki, pozdrawiam!

Masz rację, reg. Zmieniłam gorąc na upał :) Bardzo dziękuję za bibliotekę!

 

 

Witaj, adamie! Cieszę się, że ci się spodobało, a w szczególności fajnie, że polubiłeś bohaterów, bo ja sama też ich bardzo polubiłam :) Sugestie trafne i już wprowadzone – dłoń na sercu akurat była błędem. Nie zauważyłam, że obaj zrobili ten sam gest, więc tak – należy się on tylko Pikowi.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i bibliotekę. I już poniedziałek nie taki straszny ;) Pozdrawiam!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Bardzo proszę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się, fajne połączenie space opery i fantasy. Lekko i zabawnie napisane, z zaskakującym zakończeniem. Bohaterowie na też na plus, podobała mi się spanikowana świeżynka, Sib jest tu tylko głosem, ale też wyszedł niezgorzej, najwięcej wątpliwości miałam do Thomasa, bo po diabła chce wrócić, skoro wie, w przynajmniej powinien przewidzieć, co go spotka w “cywilizacji”. Mieszkańcom planety poświęciłaś mniej uwagi, ale też nie oni byli tu najważniejsi.

Ciekawam, czy jeszcze spotkamy się z tymi bohaterami ;)

Kliczek :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Irka!

Dzięki za odwiedziny i kliczka. Bardzo mi miło! :) Cieszę się, że się podobało. Thomas chciał wrócić, bo za bardzo był przyzwyczajony do wygód, chociaż faktycznie może lepiej byłoby mu nie wracać.

Chciałabym wrócić do tych bohaterów, bo naprawdę ich polubiłam. W kontynuacji Sib może przestałby być tylko głosem, a mieszkańcy planety mieli więcej do gadania ;)

Pozdrawiam!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Udany tekst, według mnie wyszła Ci taka trochę przygodowo-młodzieżowa fantastyka. Tempo akcji bardzo wysokie, dużo się dzieje, przekorni bohaterowie z takim trochę zabawnym, naiwnym podejściem do życia. Jak widać nie każdy tekst musi być głęboki – tutaj po prostu stawiasz na przygodową, dynamiczną historię z wrzuconym tu i ówdzie humorem.

Chociaż muszę przyznać, że w kilku miejscach ta naiwność (a może nawet dziecinność) bohaterów wydała mi się nieco przesadzona. Szczególnie mam na myśli drogę do kapsuły, gdzie bohaterowie w krytycznej sytuacji nie mogli się po prostu dogadać i razem odlecieć z miejsca walki. Zwłaszcza, że gdy Hoover traci przytomność, bohaterka nagle zmienia nastawienie i chce go przypiąć pasami i zabrać ze sobą. Zmiana z wrogiego nastawienia do przyjaznej relacji następuje wyjątkowo szybko.

No i relacja rissenki z Sidem chyba jednak nieco zbyt wyolbrzymiona, czasami wręcz absurdalna. Ale to oczywiście tylko moje zdanie ;)

Ogółem – tekst może nie do końca w moim stylu, ale nadal kawał przyjemnej lektury, narracja poprowadzona płynnie, bohaterka silnie scharakteryzowana, świat nawet interesujący (na początku skojarzył mi się z „Panem Lodowego Ogrodu”, później zaczął bardziej przypominać ten z „Łatwo być bogiem”). Czytało się szybko – stawiasz na dość prostą narrację, która dobrze pasuje do treści.

Cześć, Perrux!

Miło cię czytać :) Faktycznie, wyszła taka przygodówka, zupełnie nie zwróciłam uwagi. Wiem, że trochę przesadziłam, ale moją intencją był raczej komizm – szczególnie właśnie jak bili się na oślep jak dzieci, zamiast odlecieć. Mieli być tacy dziecinni, ale rozumiem, że mogło nie do końca wyjść. Dea zamierzała przypiąć Hoovera pasami, bo inaczej by się zabił (a nie chciała go zabijać), a był za ciężki, aby szybko go wyciągnąć z kapsuły (kapsuła miała wysoki próg). Na nic lepszego nie wpadła :)

Ostatni akapit jest miodem na moje serce, dziękuję.

Pozdrawiam!  

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Sympatyczne opowiadanie, ale postacie wydają mi się przerysowane. Pilot taki debil, że szkoda słów. Nawet łóżko powinno mieć swoje granice. A tu facet doprowadził do katastrofy, ale nie traci dobrego humoru. Nie ma żadnej akcji ratunkowej, kogoś, kto czuwałby na bohaterką cały czas. Kapsuła za prawie dobę, do tego czasu radź sobie sama, najwyżej cię zabiją i zjedzą. Czy on nie ponosi żadnych konsekwencji, że aż tak się nie przejmuje? Poszukiwanego mordercy nie rozpoznaje (no, dobrze – człowiek by raczej nie rozpoznał, ale komputer mógłby).

Nikt poza zainteresowanymi nie zauważa kapsuły ratunkowej – a tam się dwie armie turlają…

Złoczyńca głupi. Rozumiem niecierpliwość, ale naprawdę nie wydaje mi się, że groźby w jego przypadku są optymalną strategią. Chyba lepiej dogadać się po dobroci – wziąć dziewczynę na litość, a nie napadać.

Babska logika rządzi!

Hej, Finklo, dzięki za odwiedziny :) Taki w zasadzie był zamysł, ale wiem, że przesadziłam – dlatego właśnie miałam ogromne opory przed opublikowaniem. Pisząc opko myślałam o akcji w sposób, jaki dzieje się w bajkach czy serialach młodzieżowych. Jest przerysowane, głupie, ale oto chodzi ;D

Faktycznie Sid (albo jego komputer) powinien był rozpoznać mordercę, ale kompletnie o tym nie pomyślałam…

Jeszcze raz dzięki! 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Witam, LanaVallen. Opowiadanie bardzo ciekawe i interesujące. Pochłonąłem momentalnie :) Co do moich uwag to fragment z lądowaniem kapsuły, zaledwie 100 metrów od naparzanki, w której jednak uczestniczyło trochę luda. 

 

Tu kilka moich sugestii.

 

Dea leżała w śniegu, nie mając siły się podnieść.

Dea leżała w śniegu, czuła bezsilność. Nie miała siły się podnieść.

 

Przez jakiś czas siedzieli w milczeniu.

Milczeli przez jakiś czas.

 

– Zrobię sobie z ciebie dywan do sypialni – wysyczała i machnęła jednym z sierpów.

– Zrobię sobie z ciebie dywan do sypialni – wysyczała, wyprowadzając cięcie jednym z sierpów.

lub 

 wysyczała, tnąc jednym z sierpów.

Cześć, Pendrive!

Dzięki za odwiedziny i bardzo się cieszę, że się spodobało. Zależało mi właśnie na tym pochłanianiu, wszak to komedia :) Wprowadziłam bardzo trafne spostrzeżenia. Jeszcze raz dzięki! 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Yo :) Przybyłem, jak obiecałem :)

 

Bardzo dobrze się czytało. Skojarzenia były oczywiście z “Panem lodowego ogrodu”, ale w wersji soft ;) Ciekaw byłem od samego początku jak wybrniesz z takiego prostego pomysłu i czy mnie mocniej zainteresujesz. I udało Ci się, bo napisane jest lekko i przyjemnie, bez skłaniania mnie do zwiększonego wysiłku interpretacyjnego – rozrywkowa literatura, w sam raz do łyknięcia na wieczór. Humoru nie znalazłem prawie w ogóle, natomiast poziom sympatyczności opowiadania spowodował, że mi wyjechało pokłady dobrego humoru, jaki wzbudza ten tekst, poza skalę. Naprawdę kawał solidnej, lekkiej (w odniesieniu do stylu) roboty.

Postać głównej bohaterki fajna, ale ta jej heroiczność w końcówce trochę mi nie pasi. Pan Hoover to dupek, którego na końcu uczłowieczyłaś, żeby się happy end zrobił. W sumie scenariusz mało prawdopodobny i wygląda jakby był nieco na siłę, jak to bywa u autorek pokroju Mileny Wójtowicz na przykład, ale w tego typu literaturze to nie tylko uchodzi, a jest bardziej w dobrym tonie – więc się nie czepiam :) Sib pokazany jako złol, tak samo w sumie ten twór ponadplanetarnego czegośtam, ale to również pasuje do konwencji. Postacie poboczne w osobach Pika, Burzowej czy Rogacza w zasadzie też zbudowane na pewnym schemacie, ale ten szablon się sprawdza i wpasowuje w klimat jak kolejny element układanki. Jeśli autor chce czymś zaskoczyć to wychodzi poza te schematy postaci, ale z drugiej strony w opowiadaniach będących czasoumilaczami ten schemat pomaga czytelnikowi, bo szybciej pozwala poczuć postać na zasadzie podobieństw z tym, co jest mu znane.

Najsłabszym momentem w całym opku jest fragment w którym mamy akcję. Nie poczułem gwałtowności i przyspieszenia, a tym samym ciężko było mi zwizualizować sobie to co opisujesz. A poniżej jeszcze garść subiektywnych uwag i wtrętów ;)

 

z poczuciem humoru dorównującym żartom niedorozwiniętej ameby.

Tu poszłaś po bandzie. Sam kilka razy użyłem sformułowania “niedorozwiniętego” czegośtam, żeby coś obśmiać, a potem podczas korekty usuwałem te fragmenty, by nie być posądzonym o brak wrażliwości. Mnie osobiście to nie razi, ale są różni ludzie i niektórzy tego typu sformułowania mogą źle odebrać. To tylko taka uwaga na przyszłość, którą można potraktować w formie dobrej rady, żeby przemyśliwać takie, mogące być zarzewiem niepotrzebnego konfliktu rozpętanego na gruncie nieporozumienia, zabiegi.

 

Moglibyście choć raz pojawić się jak normalni ludzie, spokojnie, na smoczku, a nie zawsze te teleporty, huki i błyski!

To słowo tutaj bardzo nie pasuje, bo wychodzisz z konwencji postaci Burzowej. Nie powinna znać takich słów IMHO.

 

– Twój system uzdrawiania wciąż działa, a ludzie mają najbardziej zbliżony do nas organizm.

Do naszego.

 

– I jak? – spytał Rogacz, głaszcząc brwi.

Usadowił się naprzeciwko drzwi, pod oknem.

Ej, grl, RAPort się skończył, przestań mi rapować w nierapowych tekstach :)

 

– Przecie te ptaszyska są szybkie jak wiatr! I mają skrzydła!

Dziwnie to brzmi. Bo jak ptaszyska, to muszą mieć skrzydła.

 

Urywał i zatrzymał wzrok na palenisku. Jedną dłonią wciąż głaskał brwi, a drugą przytrzymywał fajkę.

Literówka. Urwał.

 

Albo raczej chciała, bo zamiast tego trafiła do malutkiego pomieszczenia, które należało chyba określić łazienką. Niestety nie przypominało ono łazienki ani trochę.

Zamieniłbym na “toaletę”, bo łazienka sugeruje nie tylko wychodek, ale również obecność umywalki, prysznica, wanny czy czegoś podobnego.

 

– Zrobię sobie z ciebie dywan do sypialni – wysyczała, wyprowadzając cięcie jednym z sierpów.

A to wywaliłbym w cholerę, bo moim skromnym zdaniem ten tekst jest strasznie pretensjonalny.

 

Poczuła, że w kombinezonie powstała szpara na ramieniu, a z rany sączy się krew. Chowając rękę za plecami, próbowała wybrać wstrząs elektryczny, ale gdy skierowała dłoń ku kobiecie, z infoodbiornika wybuchnął ogień.,

Pierwsza rzecz, to ta szpara. Powiedziałbym bardziej, że “powstało rozcięcie” albo “rozdarcie”. Szpara powstaje, kiedy coś się uchyla, otwiera.

Druga rzecz: dziwna nazwa “infoodbiornik” dla urządzenia, które emituje uderzenia elektryczne oraz potrafi pluć ogniem.

Trzecia rzecz: czy ten ogień wybuchnął, czy raczej wystrzelił, a może nawet wyprysnął? Wybuchnął sugeruje coś innego niż opisałaś.

 

Dea już miała otworzyć drzwi, gdy poczuła na ramieniu ostry ból – to Thomas chwycił ją za krwawiącą ranę.

Nie na ramieniu, ale w ramieniu.

 

Hoover potrzebował czasu, aby je otworzyć, bo w końcu przez tydzień leżał w łóżku targany infekcją.

Nie wiem czy można być targanym infekcją. Dziwnie to brzmi. Targany konwulsjami spowodowanymi infekcją jasne, ale samą infekcją chyba nie.

 

Kobieta nigdy wcześniej nie słyszała, żeby Sib mówił w tak bezdyskusyjny sposób.

Coś mi nie gra w tym słowie. Zamieniłbym na stanowczy.

 

Z powodu poczucia szczęścia, że po takim czasie jego życie może wrócić do normy, nie miał napiętych mięśni i lekko stał na ziemi. Dlatego właśnie, mimo swojego małego rozmiaru, Dei udało się zachwiać mężczyzną.

Tak się złożyło, że kapsuła miała wysoki próg, więc Hoover przewrócił się wraz z kobietą do środka, uderzając głową w metalowe poszycie. Stracił przytomność.

Okropne łopaty tutaj zaserwowałaś. Pisałem, że ten moment, kiedy masz akcję wypadł najsłabiej, a to jest to, co w nim najgorsze. Usprawiedliwiasz się tymi trzema zdaniami. Opisujesz dokładnie, dlaczego się stało jak się stało, ale bardzo źle to wygląda. Tak jakbyś dopisała to później, bo ktoś się przykleił, jak taka mała kobietka mogła powalić uderzeniem wielkiego ziemskiego wojaka.

 

– Co ty…! – krzyknęła, lecąc.

Lecąc, spadając, czy upadając?

 

No i to w zasadzie tyle :)

Reasumując: lekko, przyjemnie, bez wielkich zaskoczeń, podobało mi się ;)

 

Pozdrawiam poświątecznie

Q

Known some call is air am

Elo, Outta!

Wow, mega się cieszę, że poprawiłam ci humor. Taki był właśnie cel :)

 

Humoru nie znalazłem prawie w ogóle

A tak się starałam! XD Przynajmniej jest sympatycznie, to już coś :P

 

Pan Hoover to dupek, którego na końcu uczłowieczyłaś, żeby się happy end zrobił. W sumie scenariusz mało prawdopodobny i wygląda jakby był nieco na siłę

Masz rację. Nieprawdopodobne to, ale zdziwiłeś mnie tym “na siłę”, bo wyjątkowo tego nie poczułam. Tak już weszłam w ten klimat, że wydało mi się to naturalne. Choć na początku Dea miała odlecieć sama, ale w końcu wyszedł super happy end.

 

Najsłabszym momentem w całym opku jest fragment w którym mamy akcję. Nie poczułem gwałtowności i przyspieszenia, a tym samym ciężko było mi zwizualizować sobie to co opisujesz.

Tego się obawiałam. Nie jestem w tym dobra i przyjmuję to na klatę. Ten fragment pisało mi się najgorzej i to widać.

 

Za wszystkie uwagi ogromnie dziękuję (błędy na pewno poprawię jutro), jesteś niesamowity, że pocisnąłeś taki komentarz. Wow.

A, jeszcze to:

 

– Zrobię sobie z ciebie dywan do sypialni – wysyczała, wyprowadzając cięcie jednym z sierpów.

A to wywaliłbym w cholerę, bo moim skromnym zdaniem ten tekst jest strasznie pretensjonalny.

Wieeem, okropne jest to zdanie. Ale lasencja miała być żywcem wyjęta ze starych rpgów. Chyba faktycznie to wywalę, ale byłam świadoma, jak pisałam (to może jeszcze gorzej…)

 

Jeszcze raz dzięki i również pozdrawiam!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Nieprawdopodobne to, ale zdziwiłeś mnie tym “na siłę”, bo wyjątkowo tego nie poczułam. Tak już weszłam w ten klimat, że wydało mi się to naturalne. Choć na początku Dea miała odlecieć sama, ale w końcu wyszedł super happy end.

Mnie nie chodzi o to, że Ty się na siłę starałaś to tak zakończyć, ale bardziej o to, że taką konstrukcję fabularną końcówki widziałem już kilka razy, na przykład u wspomnianej Mileny Wójtowicz i u kilku innych polskich autorek piszących w podobnym stylu. Ale nie narzekam więcej, bo to się wpisuje w konwencję :)

 

Wieeem, okropne jest to zdanie. Ale lasencja miała być żywcem wyjęta ze starych rpgów. Chyba faktycznie to wywalę, ale byłam świadoma, jak pisałam (to może jeszcze gorzej…)

Też mi to na myśl przywiodło teksty z Bladura albo IWD :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Przyjemnie się czytało :)

Przynoszę radość :)

Cześć, Anet!

Bardzo mi miło :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Nowa Fantastyka