- Opowiadanie: krar85 - Niedaleko od szosy

Niedaleko od szosy

Mój pierwszy horror. Czytacie na własną odpowiedzialność, tekst stoczył mi się trochę w mroczne i ciężkie klimaty weird fiction . Czy przypomina to cokolwiek H.P. Lovecrafta zdecydujcie sami. Jeśli nie od razu, to może podobieństwo pojawi się wraz z dziwnymi eonami. Życzę miłej lektury i czekam na konstruktywną krytykę.

W tekście wykorzystałem fragmenty dwóch piosenek: „Monika, dziewczyna ratownika” zespołu Wały Jagiellońskie oraz „Ojcze samotni” zespołu Kat.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Niedaleko od szosy

Mamo wiem, że brzmi to dziwnie. Wiem też, że nie rozumiesz tego, co zrobiłem. Tego się nie da zrozumieć nie słysząc ich, musisz to zaakceptować i otworzyć się na nieznane, które nachodzi. Wtedy poczujesz radość, usłyszysz głosy, uwierz mi. Są rzeczy na niebie i ziemi, nawet bogom się o tym nie śniło. Dbaj o niego, dbaj jak i o mnie dbałaś, i czekaj. Nie wierz lekarzom, nic nie wiedzą. Słuchaj podszeptów serca i otwórz się, a może głosy cię poprowadzą, tak jak nas prowadziły, dodadzą sił w godzinie próby. Inni też z czasem zrozumieją, w miarę jak będzie rósł. Zobaczą, zrozumieją i uwierzą.

 

*****

 

Sfatygowane wycieraczki robiły co mogły, ale przegrywały w starciu z intensywnie padającym deszczem. Prowadziłem, wsłuchując się w kojący dźwięk wolnossącej, rzędowej szóstki. Na tylnym siedzeniu, zirytowana i zatroskana Monika starała się za wszelką cenę uspokoić naszego Kubusia. Stroiła miny, śpiewała, energicznie potrząsała fotelikiem. Małego to jednak niezbyt interesowało. Pędziliśmy więc tak przez ciemną, deszczową noc.

– Musimy się zatrzymać kochanie, muszę go przebrać – stwierdziła zrezygnowana.

– Znowu?! – zapytałem zażenowany. Ryk małego coraz skuteczniej zagłuszał silnik.

– Tak, znowu. – Irytacja mej żony rosła z każdym kolejnym słowem.

– A nie możesz go przebrać podczas jazdy? – zapytałem z nadzieją.

– Nie gapciu, nie mogę. Zatrzymaj się proszę.

– Postój w taki deszcz też jest niebezpieczny – mówiąc to spoglądałem w lusterko. – Prawie nic nie widać.

– To zjedź gdzieś, albo wyczaruj parking do cholery! Cokolwiek. Muszę go przebrać.

– Dobrze, kochanie. – Zakląłem w myślach i zwolniłem, a następnie skręciłem w pierwsza, boczną drogę.

Z początku wyglądała normalnie, ale okazała się wąska i kręta. Wiekowe podwozie zaczęło trzeszczeć i zgrzytać na nierównej nawierzchni. Musiałem jechać naprawdę wolno. Kubusiowi najwyraźniej się to jednak spodobało, bo przycichł. Minęło trochę czasu, nim wypatrzyłem miejsce, które uznałem za odpowiednie. Przejechaliśmy niecałe pół kilometra nim droga zrobiła się na tyle szeroka, by można się było bezpiecznie zatrzymać. Deszcz również osłabł. Gdy tylko zgasiłem silnik malec ponownie zaczął ryczeć. Kocham cię, Kubusiu, ale wprost nienawidzę twojego płaczu w takich chwilach. Zwłaszcza w samochodzie. Monika szybko zabrała się do dzieła a ja pomimo deszczu wysiadłem by choć na chwilę zakosztować ciszy. Już tylko kropiło. Rozejrzałem się po okolicy, w miarę jak moje oczy przyzwyczajały się do wszechobecnej ciemności zauważyłem, że zaparkowaliśmy na skraju lasu. Przed nami rozciągały się bezkresne pola, a po drugiej stronie drogi stał duży, zaniedbany dom i kilka mniejszych budynków. Poczułem się nieswojo na widok tych podniszczonych zabudowań. Jakaś część mojej świadomości kazała mi natychmiast stąd uciekać.

Był to kiedyś zapewne dworek, w którym po wojnie ulokowano pracowników jakiegoś PGRu. Niegdyś przepiękna szlachecka rezydencja na skraju lasu, dziś ciut więcej niż gnijąca rudera z zapadniętym dachem i zniszczonymi oknami. Tylko w dwóch paliło się światło. Takie miejsca zawsze wywoływały we mnie mieszankę fascynacji i odrazy. Jakże piękne zdjęcia można by tam zrobić wcześnie rano. Tylko trzeba by tam najpierw podejść.

Nagle zorientowałem się, że trzymam w dłoni papierosa a drugą ręką instynktownie szukam zapalniczki. Zakląłem cicho i rozejrzałem się. Uf, nie zauważyła. Schowałem narzędzia niedoszłej zbrodni, a następnie począłem spacerować w tę i z powrotem wzdłuż drogi. Przez chwilę jeszcze obserwowałem dworek, ale po którymś z kolei nawrocie przerzuciłem wzrok na samochód. O zgrozo, moja biała beczka, jaka ona brudna. Po tym wszystkim będzie trzeba zrobić woskowanie. Pomyślałem, że od razu po powrocie do domu pojadę na myjnię, lecz nagle moją uwagę przyciągnęło tylne koło. Coś z nim było nie tak. Zakląłem donośnie i przykucnąłem by zobaczyć co się stało. Flak. Dziura widoczna gołym okiem. Trzeba zmienić. Zakląłem powtórnie.

W odpowiedzi na moje okrzyki jakiś pies zaczął ujadać, a po chwili w budynku zapaliły się kolejne światła. Zakląłem kolejny raz i sięgnąłem po telefon. Brak zasięgu, brak środków na koncie. Monika otworzyła okno i oznajmiła, że możemy już ruszać.

– Muszę zmienić koło.

– Może lepiej wezwijmy pomoc drogową, chyba nie chcesz babrać się w tym błocie?

Jakże wielką miałem na to ochotę. Potem pomyślałem co się stanie, gdy powiem, że zapomniałem doładować telefon i poproszę ją, by zadzwoniła.

– Skarbie, prawdziwi mężczyźni nie dzwonią po pomoc. Sami zmieniają koła w swoich samochodach – rzuciłem z uśmiechem i zabrałem się do pracy.

Żona po cichu wysiadła, tak by nie obudzić małego. Zapewne postanowiła rozprostować kości. Przestrzegłem ją, by nie zbliżała się zbytnio do obskurnego domu. Coś w tym budynku odpychało mnie, budziło jakąś nieokreśloną obawę. Choć stan był opłakany, to pierwotna forma piękna. Również zaistniałe okoliczności dodawały jeszcze tajemniczego jak i odrażającego uroku.

– Za dużo grałeś w tego swojego Wiedźmina – rzuciła pewnie. –  I pamiętaj słońce, jesteśmy dorośli, nie palimy. – Po tych słowach zrobiła jeden z tych swoich przekornych uśmiechów i ruszyła poboczem.

Przepakowałem rzeczy na przednie siedzenia by dobrać się do koła zapasowego. I już się ubrudziłem. Ręce mimowolnie zaczęły szukać fajek, ale opanowałem to. Jestem dorosły, jestem mężczyzną, nie palę. Wpasowałem podnośnik, poluzowałem śruby a następnie zacząłem mozolnie podnosić gablotę. Modliłem się przy tym w myślach, by mały się nie obudził. Jednocześnie w domu zapalało się coraz więcej świateł, aż w którymś momencie drzwi się otworzyły. Pojawiła się też muzyka, chyba techno z końca zeszłego wieku albo coś w tym stylu. Straszna łupanina. Z budynku wyszedł niski, drobny mężczyzna w dresie. Po raz kolejny zakląłem w myślach obserwując obcego. Ależ chciało mi się zapalić. Człowiek najpierw zwyzywał psa oraz kilka razy nieporadnie kopnął w jego budę, a potem, gdy zauważył mnie wsadził ręce w kieszenie i zaczął się nam przypatrywać. Trzeba było poprosić Moni o telefon. Zorientowałem się, że moje serce bije jak szalone. Facet tymczasem chyba zrozumiał co robię, bo po trwającej wieczność chwili podciągnął niedbale spodnie i ruszył niespiesznie w naszą stronę. Jego chód sugerował, że jest przynajmniej lekko pijany. Wstałem powoli, wziąwszy uprzednio do ręki klucz do kół.

– Dzień dobry kierowniku – wybełkotał niedbale zatrzymawszy się kilka metrów ode mnie. – Niezła bryka – rzekł spoglądając na auto. Miał brzydką, brudną twarz i krzywe usta. Jego głowa była nieproporcjonalnie duża. Wyglądał na lekko upośledzonego, a jednak w jego oczach czaił się niespotykany u takich elementów błysk intelektu.  – Mój ojciec dostał kiedyś trzy lata za pożyczenie takiej.

– Słucham?

– Tylko zagajam, kierowniku. Pomocy wam potrzeba? Bo gablota chyba niedomaga. Ja z samochodziarskiej rodziny jestem – powiedziawszy to podszedł bliżej, wyprostował się i wyszczerzył krzywe zęby. Biła od niego kwaśna woń potu doprawiona tanim alkoholem.

– Dzięki, poradzę sobie – powiedziałem stanowczo. –  Zmienię koło i znikamy.

– A nie masz może szluga pożyczyć, kierowniku?

Sam nie wiem dlaczego, ale zdenerwowało mnie to pytanie.

– Niestety, nie mam. – skłamałem. – Coś jeszcze?

Mężczyzna spuścił wzrok.

– Szkoda, kierowniku. To nie przeszkadzam – rzucił niedbale, splunął i odszedł w stronę domu.

Odprowadziłem go wzrokiem a następnie wróciłem do swojej roboty. Mozolnie kręcąc korbą uniosłem tył auta wystarczająco wysoko, by móc dokonać wymiany. Ostrożnie ściągnąłem koło, tak by nie uszkodzić felg ani malowanych proszkowo zacisków. Następnie zacząłem się mocować z założeniem zapasu. Co jakiś czas rozglądałem się też w obawie czy autochton nie wraca. Wspomnienie jego twarzy budziło we mnie jakiś trudny do nazwania lęk. Z pozoru wyglądał na zniszczonego alkoholem głupka, ale w jego oczach widziałem jakąś nieskończoność. Czaiły się tam jakaś tajemnica, wiedza i spryt. Coś, co powodowało, że bałem się zbyć i okłamać tego dziwnego człowieka. Zaczęła mnie dręczyć myśl, że on doskonale wiedział, że nie powiedziałem mu prawdy. Miałem też wrażenie, że mogłem posłać go na tamten świat jednym ciosem, a jednak wspomnienie jego oblicza napawało trwogą. Powoli też zaczynałem się zastanawiać, gdzie też jest Monika. Gdy dokręcałem przedostatnią śrubę usłyszałem jak nadchodzi rozmawiając z kimś przez telefon. Jej głos był lekko zaniepokojony.

– Rozmawiałam z położną – powiedziała zmęczonym głosem zatrzymując się kilka kroków ode mnie. – To pewnie ta pogoda tak na niego działa. Kończysz już?

– Tak, kochanie – odwróciłem się demonstrując z wymuszonym uśmiechem prawie zamontowane koło. – Jeszcze tylko jedna śruba i ruszamy.

– Ale chyba coś pomyliłeś.

Błyskawicznie odwróciłem głowę, po czym zamarłem. Właśnie dokręcałem uszkodzone koło. Przebicie było widać gołym okiem. Zacząłem z rozdziawiona gębą wpatrywać się w swój błąd. To pewnie z nerwów i przez tego patola. I przez brak fajki. Jak na złość Kubuś się przebudził.

– No jak – wyrzuciłem z siebie lekko podłamanym głosem. Nie rozumiałem jak to się stało.

– Ogarnij to proszę, a ja ruszam na ratunek naszej kruszynce.

Monia wsiadła do samochodu zająć się dzieckiem. Gdy energicznie zamykała drzwi, podnośnik niebezpiecznie się przy tym zakołysał. Kiedyś będę musiał ją nauczyć, jak się zamyka drzwi w samochodzie. Przełknąłem ślinę i zabrałem się do roboty. Odkręciłem dopiero co dokręcone śruby a następnie począłem mocować się ze zdjęciem koła. Zardzewiała felga nie chciała zejść.

No jak! Aż odskoczyłem i przetarłem oczy. Na samochodzie było zamontowane pordzewiałe, brudne koło zapasowe. To samo, które przed chwila wyjąłem z bagażnika. Osadzona na nim opona była przebita. Obok, na mokrej trawie leżało dopiero co zdjęte koło, na którym tu przyjechaliśmy. Opona nie nosiła śladów uszkodzeń i trzymała ciśnienie. Poczułem, jak zimny pot zalewa mi plecy. Co tu się dzieje? Przywidziało mi się to koło, czy jak? Dotknąłem go dla pewności kilka razy. Nie zauważyłem na nim żadnych uszkodzeń. Nie ważne, jest dobre, do roboty.

– Ale najpierw – powiedziałem do siebie zaglądając do samochodu dyskretnie.

Moja żona karmiła już małego skupiając jego uwagę na małym, różowym koniku.

– Jest zajęta, nic nie zauważy – dodałem, po czym wyjąłem papierosa i zapaliłem. Katharsis.

Rozkoszując się kolejnymi buchami energicznie zerwałem koło i odłożyłem po lewej stronie. Następnie wziąłem to z prawej strony by je zamontować. W tym momencie od strony domu znowu dało się słyszeć muzykę. Zadrżałem i błyskawicznie odwróciłem głowę. Ten sam osobnik, z którym przed chwila rozmawiałem ponownie wyszedł na zewnątrz. Tym razem w ręce trzymał wiadro. Pies, widząc go, rozszczekał się szaleńczo i naprężył łańcuch niemal do granic możliwości. Mężczyzna powoli podszedł do psa, a następnie wysypał na ziemię zawartość wiadra. Z daleka wyglądało to jak kilkanaście sporych kości. Psiak rzucił się na jedzenie energicznie merdając ogonem. Czym oni karmią te swoje psy?

Odwróciłem się i wróciłem do pracy. Szybko założyłem koło, upewniając się co chwila, czy zakładam właściwe. Ciągle miałem przy tym graniczące z pewnością wrażenie, że ten patol cały czas patrzy na mnie. Jeszcze chwila, a odjedziemy stąd na zawsze. Gdy już dokręcałem śruby, usłyszałem za sobą kroki. Zobaczyłem przez ramię, że mężczyzna idzie powoli w moją stronę. Razem z nim szedł pies. Wstałem powoli, starając się ukryć trzymany w ręce klucz. Zawróć elemencie, prosiłem w myślach. Na nic się to jednak nie zdało.

– Kierowniku, a nie napijesz się ze mną? – Mężczyzna miał nie do końca podciągnięte spodnie. Jego ręce były wyraźnie ubrudzone czymś ciemnym, co powoli ściekało na ziemię. Pies, który z daleka wyglądał na sporego wilczura okazał się być jakimś bliżej nieokreślonym, długowłosym kundlem sięgającym ledwie do kolan. W pysku trzymał sporą kość.

– Nie, czy mógłby pan dać mi spokój? Zaraz odjeżdżamy – odparłem gniewnie.

– Szkoda, dawno nie mieliśmy gości. A dziś święto przecież, więc pomyślałem sobie…

Na samą myśl o tym, co ten element powiedział, ogarnęło mnie uczucie obrzydzenia. Cholera! Co to za ludzie, gdzie my jesteśmy!? Mamy dwudziesty pierwszy wiek.

– Nie chcę z tobą pić, nie rozumiesz?! Uciekaj stąd! – krzyknąłem i zrobiłem krok w ich stronę.

Pies błyskawicznie wycofał się, rozłożył szeroko przednie łapy i zaczął cicho warczeć.

– Rozumiem. Fajek, jak widzę, też kierownik nie ma. Spokój piesku, już sobie idziemy. – Mężczyzna powoli poprawił spodnie, po czym pogłaskał psa wycierając przy tym dłonie w jego długą, brudną sierści. Zwierzak był bardzo łasy na pieszczoty.

Psia krew! Zapomniałem o tym papierosie.

– Nie wiedziałem, że mam, rzucam – skłamałem. – Chce pan?

– Nie kierowniku.  – Mężczyzna jak gdyby nigdy nic odwrócił się i ruszył w stronę domu.

Pies podreptał za swoim panem. Patrzyłem tak na nich, mając nadzieję nigdy więcej nie spotkać się z nim twarzą w twarz. Jego postać budziła we mnie jakiś niewypowiedziany strach. Co prawda byłem od niego większy i miałem klucz, ale nie wiadomo ilu mu podobnych kryło się w cuchnącej ruderze. I jeszcze ten pies, nieduży wprawdzie, ale licho wie jakie choroby przenosi. Gdy niechciany przybysz był już w połowie drogi do domu Monika niespodziewanie otworzyła drzwi i wysiadła.

– Z kim rozmawiałeś, kochanie? Czy możemy już jechać? – poza jej głosem z wnętrza samochodu dało się słyszeć płacz Kubusia.

Słysząc to element momentalnie zatrzymał się.

– Z nikim. Wszystko jest dobrze, pan już sobie poszedł. Zaraz kończę i ruszamy. Wracaj proszę do samochodu.

Pies zaczął wyć i energicznie merdać ogonem.

– Czy coś się stało, kochanie? – Moni musiała zauważyć, że jestem zdenerwowany.

Element ruszył w naszą stronę. Pies wył i szczekał jakby w ekstazie.

– Monika? – zapytał niepewnie autochton.

– Słucham? – krzyknąłem spoglądając na patola. Krew momentalnie odpłynęła mi z twarzy. Zacisnąłem mocniej dłoń na rękojeści klucza.

– My się znamy? – zdziwiła się moja żona.

Pies puścił się biegiem w nasza stronę. Ominął mnie szerokim łukiem i podbiegł do Moniki by zacząć się do niej przymilać.

– Nie dotykaj go, on jest brudny!

– Monika, ach, Monika, dziewczyno ratownika! – patol zaczął się wydzierać. – Pamiętasz mnie, Edek jestem. Kuzyn Edek.

Patol fałszował, Kubuś płakał, ufajdany pies odskakiwał moją żonę. No tego już było za wiele. Zakląłem pokazując elementowi trzymany w ręce klucz.

– Zamknij się kurwa! – ryknąłem najgłośniej jak umiałem. Dodało mi to odwagi i otuchy, poczułem wzbierający gniew. Góry mógłbym przenosić. Element nie zwrócił na mnie zbytniej uwagi.

– Edek? Edek?! Edziu, kochany mój kuzyneczku! – pisnęła Monika. – Tyle lat.

Moja żona jakby zapominając o całym świecie podbiegła do patola i przytuliła go. On błyskawicznie odwzajemnił uścisk kładąc swą brudną łapę na jej pupie. Zamarłem na jedno uderzenie serca. A potem ogarnęła mnie furia. Nie rozumiejąc, co się dzieje, zdałem się na instynkt. Ruszyłem biegiem wznosząc klucz do ciosu. Oczami wyobraźni widziałem jak twarz autochtona wybucha pod ciężką końcówką klucza. Jeszcze trzy kroki, jeszcze dwa. Już za chwilę…

– Ale ty wyrosłaś. Laseczka się z ciebie zrobiła Monisiu. – Element widział mnie, jak mniemam, ale niewiele sobie z tego najwyraźniej robił, zajęty rozmową z Moniką. Jego hardość tylko bardziej mnie rozzłościła.

Nagle pomiędzy nami pojawił się pies. Mały, brudny kundel błyskawicznie zabiegł mi drogę szczekając. Zaparł się o ziemię a następnie ponownie zaczął warczeć szczerząc kły. Jednocześnie zaczął też rosnąć. Nie wierzyłem w to co zobaczyłem. W mgnieniu oka sięgał mi do pasa, a po chwili patrzył już na mnie z góry. Jego pysk stał się wilczy, na karku wyrosło coś na kształt grzywy. Przybyło mu też kilka dodatkowych kończyn. Zanim zdążyłem choćby pomyśleć, co się dzieje nienaturalny zwierz machnął łapą i z łatwością powalił mnie na ziemię. Siła uderzenia wypchnęła mi powietrze z płuc oraz zamroczyła na chwilę. Gdy zacząłem odzyskiwać zmysły natychmiast poczułem trupi odór. Potem ujrzałem potworny pysk, który dyszał kilka centymetrów od mojej twarzy. Z długich na dwa cale zębów ściekała spieniona breja. Jego oczy były jak ziejące czernią dziury. Zrozumiałem, że za chwilę zginę zagryziony.

– Spokój! Zostaw pana, to swój – przemówił gdzieś z otchłani głos autochtona.

Stwór posłusznie wycofał się nie spuszczając ze mnie wzroku. Rozejrzałem się przerażony. Leżałem na mokrej trawie trzy kroki od patola trzymającego w objęciach moją żonę. W miarę, jak zmysły wracały zrozumiałem, że rozmawiają. Mówiła głównie Monika. Uświadomiłem sobie także, że mały płacze.

– Tyle lat cię nie widziałam, braciszku. Z czasem zaczęłam nawet wątpić, że w ogóle istniałeś. Nie miałam już snów, nie słyszałam ich. Zaczęłam podejrzewać, że byłeś tylko wytworem mojej wyobraźni. Rzuciłam się w życie. Praca, dom rodzina. Koniecznie musisz poznać mojego męża. – Monika trajkotała jak najęta.

– Nie ma co gadać, uczcijmy to – mówiąc to element klepnął moją żonę w tyłek aż podskoczyła i wskazał drugą ręka na dom. – Zapraszam do siebie. Wypijemy małe co nie co i przypomnimy sobie stare czasy.

– Oj, jak ja się za tobą stęskniłam. Nikt nigdy do mnie tak nie mówił. I przestań tak klepać. Wiesz, że to lubię, a on patrzy – odparła chichocząc. – Mój mąż jest inny, wiesz. Kocham go, jest dobrym ojcem i dba o mnie, ostatnio nawet awansował i jest…

– Nie traćmy więc czasu, napijmy się wreszcie! Tylko najpierw niech twój kierownik zmieni koło, bo chyba znowu coś pomylił. – Na twarzy autochtona pojawił się tryumfalny uśmiech.

Monika na ułamek sekundy odwróciła się do mnie. Wyglądała, jak w transie. Jej oczy wydawały się puste i zimne.

– Chodź z nami, gapciu. Tylko najpierw przebierz małego i zmień wreszcie to cholerne koło.

Żona chciała jeszcze chyba coś powiedzieć, ale patol chwycił ją energicznie i przełożył przez ramię. Krzyknęła przy tym, lecz ten krzyk nie wyrażał strachu lecz aprobatę. Patrzyłem, jak odchodzą. Monika biła go w plecy i śmiała się. Autochton zaczął coś bełkotać. Pies stopniowo zmniejszał się, w miarę, jak się oddalali i po chwili był już ponownie tylko kudłatym kundelkiem. Trwał w bezruchu nie spuszczając mnie z oczu.

–Pilnuj! – rzucił patol ze śmiechem wchodząc do domu.

Pies szczeknął dwa razy. Monika tylko śmiała się i jeszcze pogroziła mi palcem, zanim drzwi się za nimi zamknęły. Poczułem, jak moje ciało zaczyna drżeć. Ostatkiem sił zmusiłem się, by nie zwymiotować.

Nie mogłem wstać. Na czworakach dotarłem do samochodu, co chwilę w panice spoglądając na zwierzaka. Ciągle trwał w bezruchu, miałem wrażenie, że nawet nie oddycha. Kubuś darł się w niebogłosy. Drżącymi rękami zacząłem zmieniać pieluchę. Rzadko to robiłem, więc trwało to całą wieczność. Na szczęście mały uspokoił się na widok mojej twarzy. Odetchnąłem na chwilę. Kubuś zajął się miśkiem a ja spróbowałem stanąć na nogi. Najpierw powoli, ostrożnie opierając się o samochód. Ustawszy niepewnie popatrzyłem na koło. Na ośce siedziała felga z przebitą, sflaczałą oponą. Obok leżał zapas. Wyglądał na sprawny. Uważając, by się nie przewrócić, uklęknąłem przy aucie. Drżącymi rękami począłem szukać klucza. Nagle usłyszałem jakiś ruch. Przerażony, odwróciłem się i zobaczyłem go. Piesek podbiegł do mnie trzymając klucz w zębach. Merdał przy tym energicznie ogonem. Przewróciłem się i wydałem z siebie jęk przerażenia. Zwierzak powoli położył narzędzie na ziemi i jak gdyby nigdy nic wrócił na swoje miejsce. Potrzebowałem chwili by dojść do siebie. Gdy w końcu dźwignąłem się z ziemi usłyszałem krzyk. Zadrżałem.

Monika krzyczała rytmicznie. Wrzeszczała tak głośno, iż obawiałem się, że niebo zaraz pęknie i runie razem z resztą mojego świata. Znałem dobrze ten dźwięk, choć słyszałem go ledwie kilka razy w życiu. Moni darła się tak naszej pierwszej nocy, gdy poznaliśmy się na festiwalu pod rozgwieżdżonym niebem. Wrzeszczała tak również na plaży, gdy kilka lat temu polecieliśmy na jej wyśnione Barbados. Ten okrzyk wyrażał radość i spełnienie. Był oznaką nieskończonej więzi i swoistej komunii ze mną oraz absolutem. Do tej pory wierzyłem, że już zawsze będzie zarezerwowany tylko dla mnie, to znaczy dla nas. A teraz dochodził z niszczejącego domu, stojącego przy zapomnianej przez boga i ludzi drodze. Był teraz głośniejszy niż kiedykolwiek. Ona była tam, nie ze mną i nie sama. Krzyki stawały się coraz szybsze i głośniejsze. W końcu Kubuś znów zaczął płakać, a pies wyć. Zdawało się to trwać wieki. Ta okrutna kakofonia była nie do zniesienia. Padłem na kolana i zacząłem płakać jak dziecko. Chciałem się obudzić. Nie chciałem już słyszeć tego krzyku i taplać się w tym brudzie! Bardzo chciałem, by ktoś mnie przytulił. A może chciałem już tylko zapalić a potem umrzeć?

I nagle wszystko ucichło. W jednej chwili. Tak samo jak się zaczęło. Pies ziewnął i zaczął węszyć, a następnie odnalazłszy swoją kość pobiegł w stronę budy. Powoli wstałem, otarłem twarz i rozejrzałem się. Kubuś spał, samochód stał uniesiony na podnośniku, a zwierzak ogryzał kość. Ogarnęła mnie panika. W pierwszej chwili chciałem wskoczyć do auta i odjechać, ratując chociaż syna z tego koszmaru. Opamiętałem się jednak i powoli ruszyłem w stronę domu. Nie spuszczałem psa z oczu. Zrobiłem jeden krok, a potem drugi. Zwierzak nie zareagował. Zrobiłem kilka następnych, psiak zdawał się tego nie zarejestrować. Pewniej ruszyłem do przodu. Z każdym kolejnym krokiem zbliżałem się do upiornego przybytku. Gdy byłem w połowie drogi zerwał się raptem zimny wiatr od wschodu, a chmury rozstąpiły się ukazując niesamowicie rozgwieżdżone niebo. W świetle gwiazd całą okolicę spowiła delikatna błękitna poświata.

Drzwi otworzyły się, i z środka wyszedł autochton prowadząc ze sobą Monikę. Na nieco zbyt dużej twarzy patola malował się posępny uśmiech spełnienia. Oblicza żony jeszcze nie widziałem, miała pochyloną głowę i powłóczyła nogami. Mężczyzna zatrzymał się na ganku i wbił we mnie spojrzenie swych dziwnych oczu. Monika kołysząc się ruszyła niepewnie w moją stronę. Schodząc z ganku potknęła się jednak. Widząc to zareagowałem automatycznie, i choć dzieliło nas dobre dwadzieścia kroków, o dziwo zdołałem podbiec by podtrzymać ją przed upadkiem. Opadła na mnie bezwładnie. Była brudna i śmierdziała alkoholem. Krwawiła. Miała na sobie tylko cuchnące moczem, dziurawe prześcieradło. Dygotała z zimna i strasznie szybko oddychała.

– To zaszczyt kierowniku. Dbaj o niego – przemówił niespodziewanie autochton. Nie rozumiałem jeszcze, o kim mówi. Jego głos był teraz czysty i silny, zupełnie inny niż na początku. – Chodź piesku, wykonało się. Wracamy.

Zwierzak przemknął obok nas i wbiegł do domu. Widząc go o mało co nie straciłem równowagi. Upiorny osobnik pozostał na ganku nie odrywając od nas wzroku.

– Zabije cię! – rzuciłem dygocząc.

Element uśmiechnął się szeroko.

– Najpierw zadbaj o swoją żonę, kierowniku. Głosy mówią mi, że on pilnie potrzebuje pomocy.

– Jedźmy stąd kochanie. Zimno mi i brzuch mnie boli – wyszeptała niespodziewanie Monika i straciła świadomość.

– Już niedługo ich usłyszysz, kierowniku. A wtedy wszystko zrozumiesz. Żegnaj.

Patol wrócił do domu i zamknął drzwi. Chciałem go dopaść, ale samo wspomnienie tej mrocznej postaci budziło we mnie przerażenie. Zająłem się jednak Moniką, nie mogłem jej przecież zostawić.

Ostatkiem sił dowlekliśmy się do samochodu. Otworzyłem drzwi a następnie posadziłem żonę w aucie. Zimno zaczęło mi się dawać we znaki, znów cały drżałem. Świat przed oczami zawirował, ponownie opadłem więc na kolana. Pełznąc ruszyłem w stronę koła. Przyjrzałem się oponie i pomimo mojego beznadziejnego stanu szybko stwierdziłem, że samochód nadaje się do jazdy. Koło był sprawne i dokręcone. Przyjąłem to bez specjalnego zdziwienia, za to ze sporą ulgą. Musiałem tylko opuścić podnośnik. Następnie wgramoliłem się za kierownicę, wyrzucając uprzednio większość bagaży. Przekręciłem kluczyk, beczka błyskawicznie zaskoczyła. Zawróciłem i nie bacząc na nierozgrzany silnik wdepnąłem gaz w podłogę. Ryk rzędowej szóstki szybko zagłuszył obudzonego właśnie Kubusia. Gdy wjechaliśmy na główną drogę, Moni zaczęła majaczyć. Na przemian powtarzała, że boli ją brzuch i że chce do domu. Przeplatała to także z długimi, niezrozumiałymi dla mnie sentencjami przywodzącymi mi na myśl mantry indyjskie lub śpiewy aborygenów. Wtedy jeszcze nic z nich nie rozumiałem.

Trasę do miasta pokonaliśmy szybko, pędziłem jak w amoku zastanawiając się, dokąd w zasadzie jechać. Wskazówki niebezpiecznie zbliżały się do kresów czerwonych pól. Stan mojej żony pogarszał się z każdą chwilą. Zaczęła krzyczeć, obficie krwawić i skręcać się z bólu. Kubuś płakał. W kabinie zaczęło śmierdzieć. Co robić!? Na domiar złego na rogatkach miasta zainteresował się nami nieoznakowany radiowóz. Przerażony gnałem dalej przed siebie ścigany przez pojazd na sygnale. Wyboru dokonał za mnie przypadek. Kiedy przejeżdżaliśmy obok szpitala pod maską coś trzasnęło a po chwili pojawił się biały dym. Przeciążony od dłuższego czasu układ chłodniczy rozszczelnił się. Silnik umierał. Zahamowałem raptownie, skręciłem i zacierając silnik dojechałem do drzwi szpitala. Rzędowa szóstka stanęła nim zdążyłem ją wyłączyć. Próbowałem wysiąść, by pomóc Monice, ale nagle silne ręce chwyciły mnie i cisnęły mną na ziemię.

– Gleba! Nogi i ręce szeroko – krzyknął niski, męski głos.

– Tu jest jeszcze kobieta w zaawansowanej ciąży i dziecko z tyłu. No i śmierdzi wódą – odparł przejęty kobiecy głos z nieukrywana pogardą. – Pierdolone patole! Jak tak można jechać na poród!

Chciałem im o wszystkim powiedzieć. I o jakiej ciąży oni mówią, przecież Monika nie jest… Ale raptem czyjś but docisnął moją twarz do podłoża. Z trudem łapałem dech. Kątem oka widziałem tylko, jak ze szpitala wychodzą ludzie prowadzący łóżko. Z pomocą mundurowych przenieśli na nie wierzgającą i krzyczącą Monikę. Nerwowe głosy zaczęły rozmawiać o delirium, rozwarciu i bloku operacyjnym. W tym momencie poczułem, jak ktoś skuwa mi ręce na plecach. Przy okazji zostałem też kilka razy kopnięty. Zanim zemdlałem spostrzegłem jeszcze, że ktoś wynosi z auta Kubusia.

– Ktoś się nimi zajmie – pomyślałem po czym odpłynąłem w ciemność.

Byłem przekonany, że umieram, ale wtedy usłyszałem głosy. Ich głosy. One otworzyły mi oczy.

 

*****

 

Oskarżyli mnie o co tylko się da Mamo. Nie wierz im proszę. Nie znęcałem się nad Moniką, nie ukrywaliśmy przed światem niechcianej ciąży. Ona nie była alkoholiczką i nie umarła przy porodzie. Powiedzieli mi to w snach. Ona nie umarła, Mamo! Za wierną służbę została żywcem porwana do nich, do lepszego świata. Lekarz powiedział mi, że deformacja twarzy tego dziecka jest wynikiem nadużywania alkoholu. Głupiec! Głosy rzekły mi, to ich błogosławieństwo a nie wielokrotne rozszczepienie warg! W miarę jak będzie dorastał, jego twarz nabierze kolejnych boskich cech. Wtedy go rozpoznają! Obrońca twierdzi, że grozi mi wiele lat w więzieniu lub oddział zamknięty. Niekompetentny idiota! Ja ucieknę Mamo, ucieknę i będę go wychowywał. Dbaj o niego do tego czasu. Jeśli starczy Ci sił zajmij się także Kubusiem, zostawię Ci go. Głosy nakazały, bym był dla ich dziecka niczym Święty Józef. Bym go wychowywał i chronił, póki jego czas nie nastanie, pomimo iż nie jest moim synem. A gdy dojrzeje odkryje swoje powołanie i powstanie, a za nim pójdą inni. I będzie rządził narodami ogniem i mieczem, i pasł je rózgą żelazną! Oni jeszcze śpią Mama, pamiętaj! Oni śpią, aby trwać, kiedyś wrócą, już niebawem!

Koniec

Komentarze

Moją opinię już znasz z bety, więc nie ma co sie rozpisywać. Usunięcie tego budzącego wątpliwości motywu z defekacją nie pomogło, ale tez nie zaszkodziło tekstowi. Zostało w domyśle i to jest całkiem spoko. Poniżej wypisze jeszcze kilka usterek, ktore rzuciły mi się podczas ostatniego czytania w oczy:

 

zapadniętym dachem i zniszczonymi oknami. Tylko w dwóch oknach paliło się światło

Powtórzenie. Usuń drugie, przekreślone, w niczym to nie zaszkodzi.

 

a następnie odnalazłszy swoją kość pobiegł w stronę swej budy. Powoli wstałem, otarłem twarz i rozejrzałem się. Kubuś spał, samochód stał uniesiony na podnośniku, a zwierzak ogryzał kość. Ogarnęła mnie panika. W pierwszej chwili chciałem wskoczyć to auta i odjechać, ratując chociaż syna z tego koszmaru.

Pierwsze pogrubione – do usunięcia. Drugie – literówka.

 

Nie spuszczałem pas z oczu.

Psa :)

 

Była brudna i śmierdziała alkoholem. Krwawiła. Miała na sobie tylko śmierdzące moczem, dziurawe prześcieradło.

Fajnie, że wyjaśniłeś skąd gliniarze poczuli zapach wódki :) Ale masz tutaj powtórzenie. Drugie zmienić na “cuchnące”?

 

– To zaszczyt kierowniku. Dbaj o niego – przemówił niespodziewanie autochton. Nie rozumiałem jeszcze, o kim mówi. Jego głos był teraz czysty i silny, zupełnie inny niż na początku. – Choć piesku, wykonało się. Wracamy.

Chodź.

 

Otworzyłem drzwi a następnie posadziłem w aucie.

Kogo posadziłem? Monikę. Powinieneś to dodać, żeby było bardziej czytelnie.

 

No i to tyle :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Czytało się szybko, krar. Nie jest to z pewnością przyjemny tekst, ale byłam bardzo ciekawa, co się zdarzy. W pewien sposób skojarzyło mi się z filmem “Dzikie historie” w wątku kierowców. Chyba przez ten klimat, co zrobi bohaterowi nagły przybysz. W obu przypadkach nie skończyło się zbyt dobrze. No i bohater jest również strachliwym bucem :P

Zdecydowanie musisz jeszcze popracować nad interpunkcją. Czuję, że w wielu miejscach brakuje przecinków, ale ponieważ nie jestem w tym względzie specjalistką, nie chcę pokazywać ci konkretnych miejsc bez stuprocentowej pewności ;)

Poniżej parę błędów, które szczególnie rzuciły mi się w oczy:

 

 

Mamo[+,] wiem, że brzmi to dziwnie. Wiem też, że nie rozumiesz tego[+,] co zrobiłem.

Hm, może lepiej “dziwnie to brzmi”?

 

 

– Nie[+,] kierowniku.  – Mężczyzna jak gdyby nigdy nic odwrócił się i ruszył w stronę domu.

 

 

– Zamknij się[+,] kurwa! – ryknąłem najgłośniej jak umiałem.

 

 

Nie rozumiejąc[+,] co się dzieje[+,] zdałem się na instynkt.

 

 

Podsumowując, uważam, że opko jest bardzo dobre. Nie znam się kompletnie na horrorach, nie wiem, czy jest to horror, ale było raczej niepokojąco niż strasznie. Tak okropnie, okropnie niepokojąco. Sama kategorię bym zostawiła.

 

Powodzenia w konkursie! :) 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Outta Sewer, dzięki za rzucenie okiem kolejny raz. Nie chciałem już z tym czekać, bo mi się mocno roboczy tydzień szykuje, i pewnie przez kilka dni będę mniej wpadał. Zasugerowane poprawki wprowadziłem.

 

LanaVallen, dzięki za miłe słowo i przecinki. Niektóre poprawiłem, niektórych nie. Póki co interpunkcja nie jest moja mocna stroną, ale staram się temat zgłębiać i poszerzać wiedzę.

Czy ten bohater jest bucem, nie wiem… może. Wydaje mi się, że jest współczesny, i na swój sposób prawdziwy; trochę gadżeciarski, czasem na pokaz i trochę ciapowaty momentami. Często się zastanawiałem kiedyś, jak to jest dotknąć czegoś nieznanego. Czegoś, czego nie rozumiem, co nas przytłacza i bawi się nami dla niepojętych (z naszego punktu widzenia) powodów. On czegoś takiego właśnie dotknął, a w zasadzie to dotknęło jego i jego najbliższych. Świat rozpadł się, a głosy wyznaczyły mu nowe zadanie ;-)

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Trochę naciągane momentami. Dlaczego żona nie mogła przewinąć dziecka podczas jazdy? Dlaczego mąż nie mógł zatrzymać się na dowolnym kawałku pobocza, tylko potrzebował odpowiedniej drogi? Ile miesięcy ma Kubuś? Bo nie wygląda na duże dziecko, nawet na roczne, a jakoś nikogo nie dziwi, że jego mama jest w zaawansowanej ciąży. Rodzice z niezłym stażem potrafią przewinąć malucha w każdej sytuacji, nawet podczas raczkowania.

Dziwaczna opona robi nastrój, ale zmasowany atak magii to już przesada.

Jednak jest jakiś pomysł i nie czyta się źle.

Babska logika rządzi!

Cześć Finkla!

 

Dzięki za wizytę i za podzielenie się opinią. Nie rozjechałaś mojego tekstu dokumentnie, więc chyba jest całkiem nieźle… ;-) Co do fabuły to pewnie trochę za słabo to zarysowałem warunki początkowe, ale nie chciałem się rozciągało zbytnio. Postaram się pamiętać o tym na przyszłość. I tak:

 

  1. Bohaterowie to “typowi” współcześni miastowi, którzy od niedawna są rodzicami. Mają asekuracyjne podejście i przesadnie dbają o bezpieczeństwo (Ona nie przewija podczas jazdy, bo niewolno, on zjeżdża na boczną drogę, by się zatrzymać w deszczu, bo na poboczu niebezpiecznie; no i chce przy okazji zapalić ;-) ). Oni dopiero nabierają wprawy.
  2. Monika przed wejściem do domu nie była w ciąży.
  3. Czy ten atak magii jest zmasowany, nie wiem. Jak dla mnie to dotknięcie nieznanego, które przytłacza. Bohaterowie zostawiają znany sobie świat (drogę główną) i zjeżdżają na chybił-trafił, na boczą drogę, jak się okazuje do świata rządzącego się trochę inaczej. I tu doświadczają zdarzeń, wymykających się ich pojmowaniu. Dom na skraju lasu okazuje się być częścią (może przyczółkiem) innego świata. Tworem, przy którym bohaterowie, jak i ich psychika są tylko pyłkiem, i w starciu z którym musza ponieść porażkę.

Pozdrawiam!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Wiem, że Monika jeszcze rano nie była w ciąży. Ale jeśli Kubuś ma na przykład trzy miesiące, to kogoś powinno zastanowić, jakim cudem jego mama rodzi następne dziecko. I raczej nie zarzucaliby, że ukrywali ciążę, bo to ewidentnie coś dziwnego. Chyba że wszyscy są w spisku.

Trochę nie widać, że to inny świat (raczej stawiałabym na normalne urban fantasy). Może jakaś bariera po drodze, na przykład silnik i kontrolki na pulpicie na chwilę gasną?

Babska logika rządzi!

Hej,

 

mroczny ten tekst, nie za bardzo jest tam kogo lubić. Może tylko tego pieska, który w sumie przyniósł bohaterowi klucz do zmiany koła, prawda? Z bohaterem się nie utożsamiam, taki za normalny ;)

 

Scena tego seksu autochtona z Moniką i tego co dalej się stało przytłaczająca dla mnie. Jak rozumiem był jeszcze tam obrzydliwy dodatek (defekacja?). Stanowczo nie moje klimaty. Jako czytelnik poczułem emocje w tekście, które nie zostały rozładowane.

 

Końcówka dość enigmatyczna. Jeżeli to tylko alkoholowe delirium, to wtedy pod znakiem zapytania stoi fantastyka tekstu. Aczkolwiek zakładam, że jednak tak nie jest.

 

Duży plus za kilka życiowych smaczków ;)

 

Dodatkowe uwagi:

 

Jakże piękne zdjęcia można by tam zrobić wcześnie rano. Tylko trzeba by tam najpierw podejść.

Powtórzenie, drugie tam bym skreślił.

 

– Za dużo grałeś w tego swojego Wiedźmina – rzuciła pewnie. –  I pamiętaj słońce, jesteśmy dorośli, nie palimy. – Po tych słowach zrobiła jeden z tych swoich przekornych uśmiechów i ruszyła poboczem.

No co za denerwująca babka ;)

 

Z pozoru wyglądał na zniszczonego alkoholem głupka, ale w jego oczach widziałem jakąś nieskończoność.

Trochę grubo z tą nieskończonością ;)

 

Kiedyś będę musiał ją nauczyć, jak się zamyka drzwi w samochodzie.

Hehe, samo życie :D

 

W prawdzie byłem od niego większy i miałem klucz,

“Co prawda”?

 

W mgnieniu oka sięgał mi do pasa, a po chwili patrzył już na mnie z góry.

Clifford? :D

 

Otworzyłem drzwi a następnie posadziłem żonę Nie rozumiejącw aucie.

Coś tutaj się popsuło.

 

Pozdrawiam!

Exit light

Rzuciło mi się w oczy:

– Edek? Edek?! Edziu, kochany mój kuzyneczku! – pisnęła Monika. – Tyle lat.

A kilka linijek niżej:

– Tyle lat cię nie widziałam, braciszku. Z czasem zaczęłam nawet wątpić, że w ogóle istniałeś.

 

Finkla, dochodzenie jak to się stało, że matka (przykładowo) 3 m-c dziecka znowu rodzi to już daleka przyszłość z perspektywy wydarzeń opisanych w opowiadaniu. To taki smaczek, dla spostrzegawczego czytelnika, że to jednak chyba nie zwidy po alkoholu ale coś się jednak dziwnego stało… Jak do szpitala przywożą pijaną, zmaltretowana kobietę w zaawansowanej ciąży to papiery nie stanowią priorytetu. Przynajmniej do momentu ogarnięcia porodu.

Ten inny świat jest “symboliczny”, jedynym aspektem wkroczenia w niego jest zjechanie z drogi. Żadnych więcej symptomów nie ma, albo też bohaterowie ich nie dostrzegają, zajęci dzieckiem i nie tylko. Z bezpiecznej głównej na tajemnicza “prowincję”. Tak to sobie wymyśliłem.

 

BasementKey, miło słyszeć, że dostrzegasz w tekście mroczność. To takie właśnie miało być, ciemne, mroczne, weird fantasy. No i ze śpiącymi w tle, ale bez konkretów. We mnie przynajmniej takie odczucia wywołuje HPL (macki i mitologia jakoś nie są w moich klimatach, nie chciałem o tym pisać, to miało być cos bardziej w stylu opowiadania “Kolor z przestworzy”, choć tam śniących nie było)

Co do interpretacji zakończenia to zostawiam ja odbiorcom. Przy czym, jak Finkla zauważyła, gdyby to było tylko delirium to Monika ustanowiła by rekord świata w odstępie czasu pomiędzy kolejnymi porodami. “W prawdzie” zmieniłem na “Co prawda”, jak sugerowałeś.

 

PanKratzek, dzięki, że wpadłeś. Rozumiem, że chciałeś zwrócić uwagę na powtórzenie. To jest część dialogu, a podczas niespodziewanych spotkań ludzie często powtarzają kilka razy tą samą frazę – “Tyle lat” w tym przypadku. To celowe, tak ja to widzę.

PS Masz bardzo ciekawego avatara, aż się łezka w oku kręci…

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

@krar85 Bardziej chodziło mi o to, że Monika w pierwszej odsłonie zwraca się do Edwarda per kuzynie, a później braciszku. A co do awatara: cóż… War. War never changes. Taki obrazu niemy krzyk.

Może być bratem ciotecznym…

Ale tak bliskich krewnych mąż jednak powinien znać.

Babska logika rządzi!

To jest element budowania atmosfery niepewności. Bohater nie wie, kim jest ten facet. Dla niego jest dziwnym obcym ze zbyt dużą głową, z którym coś jest chyba nie tak. Aż tu nagle okazuje się, że żona bohatera go zna rzekomo, choć nie za bardzo wie, kim on jest (bratem, może kuzynem, a może byłym partnerem którego sposób bycia lubiła… ?). Co więcej, Monika nie ma nic przeciwko temu, że autochton bardzo szybko narusza jej strefę komfortu (że się tak wyrażę) i łapie ją z pupę. To dosyć osobliwy sposób witania się, gdyby to miała być “tylko” rodzina, nie sądzicie?

Całą sytuację widzimy tylko z perspektywy bohatera, narrator nie jest tu wszystkowiedzący. Maż widzi, jak dziwny typ w niewyjaśniony sposób wpływa na zachowanie jego żony. Monika jeszcze przed chwila dzwoniła do położnej, bo dziecko niespokojne, a kilka chwil później rozpoznawszy “kuzyna” momentalnie zapomina o Kubusiu. Nie wiemy nic na temat tego, kim jest ten obcy. Widzimy go tylko oczami zmieniającego koło.

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć, Krarze! Ciekawie bawisz się tu motywem przypadkowego miasteczka, gdzie dzieją się złe i dziwne rzeczy. Klimat jak dla mnie trochę mało lovecraftowy, ale nie znaczy, że nie podeszło. Wydaje mi się jednak, że nie do końca chwytam to, co się stało z bohaterami pod koniec. Z drugiej strony fajna wyszła ta klamra ze zwrotem do matki. Jest jednak lekki niedosyt.

Pozdrawiam.

Hej oidrin! Niedosyt pewnie faktycznie zostaje, nie do końca wiadomo co się stało, choć jest trochę przesłanek.

Pierwotnie miałem pomysł na coś dłuższego, ale nie zmieścił bym się w limicie pewnie, by to sensownie opisać. Cieszę się, że podeszło, szkoda że nie znalazłaś w tym Lovecroftowego klimatu… (trzeba było jednak wrzucić te macki, ryboludy i inne takie akcenty marinistyczne ;-) )

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

krarze85, dla mnie ten degenerat z Twojego tekstu ma rys lovecraftowy. IMO, nie trzeba macek, ryboludów, ani nawet słowa groteskowy ;)

Pozdrawiam!

Exit light

Ej, chłopaki, to nie o macki i ryboludy szło, to fajna groza, ale trochę inna w konstrukcji – więcej naturalizmu, mniej niepokoju. Skojarzyło mi się raczej z klasykami horroru z motywem dziwnego miasteczka na uboczu, a to nie jest słaby klimat, tylko po prostu inny. Takie to trochę bardziej jak z archiwum X, zwłaszcza końcówka.

Hej! Z tymi mackami tak się trochę zbijam, bo jak póki co czytam inne teksty konkursowe, to mam wrażenie, że macki są w większości, i nie wpisałem się w ten klucz ;-) Muszę sobie przy okazji odświeżyć sobie HPL. Ale wcześniej napiszę wreszcie jakąś fantastykę…

Pozdrawiam!

 

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć krar, wpadłam jeszcze raz;-)

powtórzę co nieco z bety. 

Ciekawy motyw ze zmianą koła, buduje napięcie i mroczny, tajemniczy klimat. Podoba mi się postać autochtona, przedstawiłeś go właśnie jako takiego patola, z odpowiednią dawką obrzydliwości. Nie budzi sympatii, bo wcale nie powinien. Dobrze to wyszło.

Scena seksu z Moniką oddaje irracjonalny klimat:-) a także wprowadza do opowiadania trochę absurdu. Jest wyrazista, brutalna. 

Fajny pomysł z pierwszą i ostatnią częścią, czyli zwrotem do matki. Odzywa się w bohaterze szaleniec, który stara się wytłumaczyć ze swojego punktu widzenia to, co się wydarzyło.

polecam do biblioteki i pozdrawiam:-)

Dobrze się czytało. Postawiłeś na kliszę z lekko nieporadnym przejezdnym i niby-przyjaznym, cwanym autochtonem, ale opowiadanie skręciło w niemożliwym do przewidzenia kierunku. Umiejętnie budujesz atmosferę niepokoju, a potem mnożysz niejasności. W pewnym momencie robi się naprawdę dziwnie – głównie przez interakcję Moniki z patolem, która wygląda na upiorny, surrealistyczny sen narratora. Potem błyskawicznie rozwijająca się ciąża, więzienie, utrata zmysłów. Ja to kupuję.

Kwestia urodzenia drugiego potomka tak szybko po pierwszym faktycznie lekko zgrzyta, ale… przypuśćmy, że taka sytuacja faktycznie miała miejsce. No i co? Jak zachowaliby się lekarze, urzędnicy, rodzina Moniki w obliczu ewidentnego cudu? Uważam, że tej sprawie, dla świętego spokoju, świadomie ukręcono by łeb, albo jakoś ją zracjonalizowano (to pewnie zrobiła matka narratora. Bo jakie miała wyjście?). Może nad tą anomalią pochyliłby się jakiś brukowiec. A potem news utonąłby w morzu innych sensacji o dwugłowych cielętach i trzymanych kredensach.

Też w paru miejscach rzuciła mi się w oczy interpunkcja, ale pewnie nad tym popracujesz, kiedy konkurs dobiegnie końca.

Polecam do biblioteki.

Pozdrawiam!

Olciatka, dzięki betowanie, opinię i polecenie. To zawsze buduje i motywuje do kolejnych stuknięć w klawiaturę. Scena seksu to miało być coś, co w pewnym sensie złamie bohatera, i wprowadzi nutkę surrealizmu. Ale póki co przerzucam się na fantastykę, pewniej się w niej czuję. No i nie boję się wtedy zjeżdżać w boczne drogi.

adam_c4, miło, że wpadłeś. I jeszcze milej, że tekst się spodobał. Rozkminiałem nie raz, jak to zamknąć, początkowo to miało być trochę dłuższe, ale wtedy nie zmieściłbym tego w limicie, no i tematyka zrobiła by się jeszcze bardziej wierd (miało być nie tylko poczęcie, ale i próba usunięcia, i potem narodzenie, gwiazda, mędrcy z mackami…). No ale teraz chyba nie czas na taką tematykę, bo to grząski grunt. No i pewnie do gwiazdki bym to rzeźbił. Może kiedyś to pociągnę, ale nie w najbliższej przyszłości. Najpierw coś o smokach pewnie zrobię.

Dzięki za polecenie!

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Podobało mi się. Czytało się płynnie, dobrze dawkujesz napięcie choć dla mnie, to bardziej klasyczny horror niż weird fiction. Fajny pomysł z oponą, umiejętnie budujesz klimat, który jest "uspokajany" wrażeniem, że niby wszystko jest w porządku.

Ogólnie dobra lektura.

 

Kilka uwag do Twojej rozwagi lub odrzucenia:

 

moja uwagę

moją

 

No jak!

To mi trochę zgrzytnęło, zwłaszcza że wcześniej też używasz tego sformułowania.

 

– Jest zajęta, nic nie zauważy – dodałem, po czym wyjąłem papierosa i zapaliłem.

Wydaje mi się, że jak ktoś pali to raczej to potem byłoby czuć, szczególnie w małym samochodzie.

 

cały czas patrzy na mnie.

Może lepiej

cały czas na mnie patrzy.

 

każda chwilą.

każdą chwilą.

Cześć!

Nic tak nie cieszy autora, jak radość czytelnika i konstruktywna krytyka.

2 x a na ą poprawiłem, resztę póki co zostawiłem.

(i już mi się ów cny rym skończył)

“No jak” bohater w emocjach używa, zgrzyta, ale pasuje mi do tego, co protagonista (jeżeli można go tak nazwać) przeżywa. Nie chciałem iść w bluzgi z dużą ilością powtórzeń.

Fajki z kolei toczą z bohaterem nierówną walkę, i w końcu wygrywają. Zapalając nie myśli o przyszłości, lecz chce choć na ułamek sekundy złapać dystans i odprężyć się. Na zasadzie: “So far so good”

Pozdrawiam i dziękuję za klika!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Chciałam przeczytać twój horror za kilka razy. Ale zacząłam czytać i nie mogłam przestać. Nie mam krytyki, bardzo mi się podobało. Tyle że nie jest dla mnie jasne, dlaczego mężczyzna został aresztowany i osadzony w więzieniu. Jeśli Monica była pijana, to nie dowodzi, że jej mąż kpił z niej – nie dowodzi s innej winy, za które mógłby zostać uwięziony na długi czas…

Twoja historia pozostawia po sobie długi posmak.

Cześć!

Nie wiemy, co się z nim stało dokładnie. Wiemy tylko, że jest oskarżony i jest w zamknięciu bądź izolacji, a czy to areszt czy też szpital, tego nie wiadomo. Kolejna sprawa, to stan Moniki. Dociera do szpitala z niezarejestrowaną ciążą, pijana i pobita/zmaltretowana. A mąż na to, że głosy do niego mówią… No i jeszcze szarża samochodem przez miasto. Wydaje mi się, że za szybko by system nie wypuścił.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Zgodnie z prawem niezarejestrowana ciąża byłaby prawdopodobnie winą Moniki, a nie jej męża… Ale to już nie ma znaczenia, bo Monika niestety nie przeżyła. Napisałeś bardzo interesującą historię, która wywołuje różne myśli. Za mistyczną opowieścią kryje się opowieść o mężczyźnie, który ożenił się bez powodzenia i do czego to doprowadziło. Monika (według wspomnień męża) kochała się z nim w pierwszym dniu ich znajomości – w pierwszym dniu ich znajomości zgodziła się na seks z zupełnie nieznanym (wówczas) mężczyzną. Prawdopodobnie dlatego ten dziwny zły człowiek tak łatwo ją zahipnotyzował i uwiódł. Nawet jeśli Monika w stanie hipnozy zdecydowała, że ​​to jej brat, uważała, że ​​można spać z bratem! 

W rezultacie ucierpiał dobry człowiek – mąż poszedł do więzienia lub szpitala, nie widzi syna, a teraz słyszy głosy…

Utworzyłeś bardzo mroczny nastrój. Na uwagę zasługuje, to jak upakowałeś olbrzymią ilość akcji na bardzo znikomym terenie (najbliższy obszar wokół zaparkowanego auta). To jest wielka zaleta Twojego opowiadania.

Również sposób prowadzenia narracji jest u Ciebie ciekawą kompozycją. Akcja przyspiesza jakby w dwa kierunki naraz, ciekawie dezorientując czytelnika. A zakończenie także bardzo dobre – bo zupełnie zaskakujące.

 

Przesyłam klik do Biblioteki i pozostawiam kilka uwag do rozważenia:

 

Monika szybko zabrała się do dzieła a ja pomimo deszczu wysiadłem by choć na chwilę zakosztować ciszy.

 

wydaje mi się, że powinny być dwa przecinki, czyli:

 

Monika szybko zabrała się do dzieła, a ja pomimo deszczu wysiadłem, by choć na chwilę zakosztować ciszy.

 

Odprowadziłem go wzrokiem a następnie wróciłem do swojej roboty.

przecinek – powinno być:

Odprowadziłem go wzrokiem, a następnie wróciłem do swojej roboty.

 

Co jakiś czas rozglądałem się też w obawie czy autochton nie wraca.

przecinek – powinno być:

Co jakiś czas rozglądałem się też w obawie, czy autochton nie wraca.

 

 

Kiedy przejeżdżaliśmy obok szpitala pod maską coś trzasnęło a po chwili pojawił się biały dym.

 

wydaje mi się, że trzeba wstawić przecinek, czyli:

 

Kiedy przejeżdżaliśmy obok szpitala pod maską coś trzasnęło, a po chwili pojawił się biały dym.

Cześć Geeogrraaf!

Miło słyszeć, że podpasowało. Nic tak nie zachęca do dalszego pisania. No i dzięki wielkie za bibliotekę. Dziś wieczorem postaram się zasiąść do tekstu i powalczyć z przecinkami (bo mam w tej kwestii do nadrobienia…)

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Przeczytane, komentarz później.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Cześć Naz! Dzięki za przeczytanie, z niecierpliwością czekam na komentarz. Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Opowiadanie jest z pewnością odważnie zakręcone, i w swoim głębokim introwertycznym zafiksowaniu niedopracowane. Przy czym nie mylmy “zakręcenia” z weirdem. Do weirdu potrzebujesz stabilnego gruntu dla obłędu, choćby pod postacią solidnych bohaterów, a jednocześnie przynajmniej jakiegoś stopnia nieuchwytności ich udręki. Takie jest moje zdanie. A w twoim tekście wszystko właściwie kawa na ławę, żadnej tajemnicy, bo owej tajemnicy po prostu uciąłeś łeb, skupiłeś się na czym innym. Fabuła z lukami, które już wytknięto, więc nie będę powielać. Monika to statystka bez charakteru, patol prawie bez charakteru, atmosfera i narracja rwane. W ogóle wszyscy to statyści, kukiełki w twoim teatrze. Nie dałeś im życia, pozostali sztywni, niezbyt wiarygodni, nieosadzeni należycie. 

Z plusów, znalazłam tu trochę niewymuszonego, oryginalnego humoru, nutki trafnego absurdu i predyspozycje do umiejętnego dręczenia przynajmniej głównego bohatera. Potrafiłeś też uchwycić pewną ważną zależność: że przez “przypadek” dzieją się rzeczy wyglądające na “fatum”.

Pisz dalej te horrory, za którymś razem nie będzie się do czego przyczepić ;) Na razie IMO słabo, ale z potencjałem. Jakby nie było potencjału, to bym napisała, że poprawnie/średnio i bym się tak nie rozpisywała, ale jak jest potencjał, trzeba być surowszym :)

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Dżizas, Naz, jak Ty ich wszystkich (prawie) ciśniesz. Aż się cieszę, że nie zdążyłem niczego na ten konkurs napisać ;)

Known some call is air am

Cześć Naz! Czytam twój komentarz i tak sobie myślę: trzeba było napisać cos o mackach… ;-) Zbijam się tylko, dzięki za konstruktywną krytykę i motywację do dalszej pracy nad sobą. Horrorów pisać nie planuję, raczej fantastykę, w konkursie postanowiłem wziąć udział z ciekawości (nigdy nie wiadomo, jaki kolejny pomysł do głowy wpadnie).

Jeżeli masz chwilę, to czy mogła byś rozwinąć stwierdzenie “w swoim głębokim introwertycznym zafiksowaniu niedopracowane.” bo póki co go nie rozumiem (mam jakieś tam typy, ale wolałbym konkret, co to znaczy). Będę wiedział nad czym pracować i na co zwracać uwagę.

Co do bohaterów to zgadzam się, że są “bez charakteru” w pewnym sensie, ale to zwykli ludzie. Poza “patolem”, który człowiekiem zdecydowanie nie jest… chyba. Tacy, jakich spotykamy na ulicy, w sklepie, w pracy. Tacy, którzy zjeżdżają z drogi, by zmienić pieluchę. Zgadzam się, że czytanie o ludziach z charakterem jest często ciekawsze, z tym że w realu tacy ludzie rzadko występują, a ja chciałem to w realu poniekąd osadzić. Przynajmniej początek.

Intrygują mnie też luki w fabule. Mogła być dać przykład? Są niedomówienia, i rzeczy z pozoru niemożliwe, ale pan hipster z Monika dotykają przecież nieznanego. No i mamy tylko jego punkt widzenia… (Swoją drogą opisanie tej samej historii z jej punktu widzenia mogło by być bardzo ciekawe ;-) ), narrator nie zna całej prawdy.

Jeszcze raz dzięki z komentarz i poświęcony czas. I proszę o więcej ;-)

Pozdrawiam!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Outta, bo wy tu sobie tylko słodzicie, i na kogo wy “wyrośniecie”, tacy pieszczeni za byle co? ;)

 

Krar, horror to podgatunek fantastyki… :P

Luki w fabule i w kompozycji. Poświęcasz bardzo dużo czasu na wprowadzenie, jednocześnie nie przybliżając w żaden sposób ani okoliczności, ani miejsca, ani bohaterów drugoplanowych. Wprowadzenie robi się zafiksowane na show z jednym bohaterem, bez tell. W ten sposób wszyscy naokoło niego stają się niewiarygodni, nieopowiedziani, spełniają tylko konkretne funkcje w tekście, zamiast żyć w nim naprawdę. Monika na przewijać pieluchę, a potem ma się poddać patolowi, później ma jeszcze drażnić bohatera, na końcu rodzić (ach, nie, na końcu, jak to zwykle, kukle przypada sztampowo umrzeć przy porodzie); jest kukłą, nie prawdziwą bohaterką. Tutaj masz potencjał, żeby nawet z niemowlaka zrobić bohatera z krwi i kości, nie mówiąc o patolu – a ty nic. Tylko fiksacja na punkcie show kierowcy ;)

Cała część fantastyczna – potraktowana po łebkach, po macoszemu, w formie wykładniczej: kawa na ławę, przy jednoczesnej szczątkowości. Czyli mamy tak: ubogie show, bo jednowymiarowe, skupione na jednym punkcie, z zaniedbanymi wszystkimi innymi elementami: światem przedstawionym, pozostałymi postaciami, nastrojem i płynnością fabuły – które to show nie ukazuje puenty ani sensu, więc wkładasz na koniec i początek napakowane nieprecyzyjną treścią, nierozwinięte nijak i nie mające wiele wspólnego z akcją tell (wtręty do Mamy), co razem nie tworzy dopracowanej całości, nie zazębia się w moich oczach, a rozpada, jak niepasujące do siebie puzzle. 

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Nowa Fantastyka