- Opowiadanie: None - Zaraza myśli

Zaraza myśli

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Zaraza myśli

Może i Tomek miał rację. Może i nie powinienem był wsiadać za kółko. Ale potrzebowałem samochodu na rano, bo… Bo… Cholera, ciężko mi było zebrać myśli.

Wpadający przez otwarte okno chłód orzeźwiał, mżawka znaczyła szyby kroplami. Światła mijanych samochodów odbijały się w mokrym asfalcie, oślepiały, mamiły. W radiu dudniła muzyka. Głośno, żeby nie chciało się spać. Miasto wydawało się dziwne. Miękkie. Miałem wrażenie, że trasa, którą zwykle pokonywałem w kwadrans, ciągnęła się godzinami. W głowie mi szumiało, jakbym stał nad brzegiem morza.

W głowie?

Nie, to tylko radio zgubiło falę. Biały szum. Zakłócenia atmosferyczne. Fale radiowe, promienie kosmiczne. Ha, rymy same mi się układały. Uniosłem rękę, by spróbować złapać jakąś stację, ale zmieniłem zdanie. Ten szum… Miał coś w sobie. Drażnił, pobudzał. Czasem, jakby z oddali, dało się usłyszeć kilka nut, jakieś na wpół zrozumiałe słowo.

Stukałem palcami o kierownicę do rytmu. Do jakiego rytmu? To przecież tylko chaos, bałagan… ale wydawało mi się, że było tam coś więcej. Melodia pojawiła się nie wiadomo skąd, wyłoniła spośród trzasków powoli, niezauważalnie. Wpełzła do uszu, wgryzła się w płaty skroniowe. Kiedy się na niej skupiałem, znikała, kryła się w tle, by wrócić, gdy moje myśli odpływały. Odkryłem, że próbuję ją nucić, choć bez większego powodzenia. Drażniła słuch, dzwoniła w zębach, wypełniała myśli. Miałem wrażenie, że moje serce zaczyna bić do rytmu. Chciałem oderwać rękę od kierownicy i wyłączyć radio, ale palce nie chciały mnie słuchać, tańczyły niezbornie, drżały. Czułem potrzebę, nie, przymus zrobienia czegoś. Język mnie swędział, coś obcego puchło mi w umyśle. Śpiewałem, ale muzyka wciąż mi się wymykała, słowa nie chciały się składać. Nie brzmiały, jak trzeba.

Nie miały w sobie mocy.

Krzyczałem. Nie słyszałem radia, stukotu paznokci, szumu aut, własnych myśli. Ale melodia wciąż tam była. Uwierała, skręcała się. Chciała wyrwać się ze mnie, spłynąć po języku. Próbowałem raz po raz wyrzucić z siebie tę muzykę, wykrzyczeć ją, lecz wciąż nie była taka jak trzeba, a nacisk wzrastał i wzrastał.

Chwyciłem się za głowę, wepchnąłem palce do uszu, głęboko, do bólu. Walczyłem o każdy oddech.

Melodia wygryzała się coraz głębiej.

Nawet nie zauważyłem tego słupa.

 

***

 

Zderzenie nie było poważne. Ale i tak solidnie przyłożyłem głową o kierownicę. Bolał mnie nos, ale chyba go nie złamałem. Otrząsnąłem się, próbując zebrać myśli. Tomek miał rację, cholera. Mogłem jednak wziąć taryfę. Albo chociaż nie pić tej ostatniej lufy. I tak skończyło się nie najgorzej. Wrzuciłem wsteczny, cofnąłem kawałek, wysiadłem, żeby obejrzeć szkody. Nie tak źle, ale zostanie ślad. Trudno, coś się wymyśli. Na razie trzeba dojechać do chaty. Gdzie ja w ogóle byłem? Powiodłem wzrokiem dookoła, starając się odnaleźć w przestrzeni. W końcu uruchomiłem nawigację w telefonie, ze zdumieniem odkryłem, że jestem w niewłaściwej części miasta. Ale mnie zniosło… Wsiadłem na powrót do auta. Radio szumiało, musiało zgubić falę podczas stłuczki. Nacisnąłem przycisk, złapałem stację. Grali właśnie jakieś popowe gówienko. Cóż, na bezrybiu… Ostrożnie ruszyłem, ze wszystkich sił skupiając się na drodze.

Byłem już prawie na miejscu, kiedy odkryłem, że nucę pod nosem. Zupełnie nie do rytmu starego szlagieru, który zastąpił wcześniejszy utwór. Zwykle lubiłem tę piosenkę, ale dziś stwierdziłem, że mnie drażni. Że brzmi jakoś tak… niewłaściwie. Wyłączyłem radio. Ciszę wypełniał warkot silnika i szum opon na asfalcie. Oraz ciche, nierytmiczne mruczenie, dobiegające spomiędzy moich warg.

 

***

 

– Mógłbyś przestać? – warknął Tomek.

– Co? – spytałem niezbyt przytomnie, wracając do rzeczywistości. Musiałem na dłuższą chwilę odpłynąć, wpatrując się biernie w monitor i bezwiednie bazgrząc jakieś esy-floresy na bloczku samoprzylepnych karteluszek.

– Przestań nucić. Albo chociaż naucz się to robić porządnie. Fałszujesz gorzej niż moja ciotka.

Nuciłem? Widać przykleiła się do mnie jakaś melodia. Może coś, co grali rano w radiu.

– Dobra, jasne – odpowiedziałem mrukliwie.

Tomek, zdziwiony widać moją anemiczną odpowiedzią, wyjrzał ponad ścianką działową, pokręcił głową.

– Gościu, ale ty wyglądasz… Jak gówno rozjechane traktorem. Mówiłem ci, trzeba było nie pić tej ostatniej lufy. Weź ty lepiej chociaż udawaj, że coś robisz, bo jak cię kieras zobaczy w tym stanie, to będzie dym.

– Ta, wiem. Już się biorę.

Ale nie wziąłem się. Nie mogłem zebrać myśli. Otworzyłem tabelkę, którą powinienem dzisiaj klepać, jednak rzędy cyfr skakały mi przed oczami, nie chciały się układać w żadnym sensownym porządku. Nagle odkryłem, że znów coś gryzmolę. Spojrzałem na plątaninę długopisowych linii na żółtym papierku. Bałagan. Chaos. Zerwałem karteczkę z bloczka, chcąc ją wyrzucić. Nagle jednak coś w gęstwie spiral i pętli przykuło mój wzrok. Miałem wrażenie że spośród przecinających się kresek wyłania się… porządek? Że gdybym dał radę bardziej się skupić, dojrzałbym wzór, który tylko czeka na odkrycie. Wzór, który wydawał mi się dziwnie znajomy, który w jakiś sposób kojarzył się z… szumem? Z muzyką? Sam nie byłem pewien.

Przysunąłem rysunek do oczu, wpatrując się w niego coraz intensywniej, to błądząc spojrzeniem po szczegółach, to ogarniając wzrokiem całość. Jednak to, czego szukałem, pozostawało nieuchwytne. Chwyciłem długopis, zacząłem rysować od nowa, na ślepo, gwałtownie, niemal przebijając papier na wylot. Spojrzałem na efekt. Plątanina linii była inna, ale… to coś, ten wzór wciąż tam tkwił. Dalej nie potrafiłem go uchwycić, wskazać elementów, które go tworzyły. Zacząłem kolejny rysunek. I jeszcze jeden. Przyklejałem je, jeden obok drugiego, na blacie.

Przestałem dopiero, kiedy zużyłem cały bloczek.

 

***

 

Telefon znowu dzwonił, raz po raz wygrywając nijaką melodyjkę. Sapnąłem, zirytowany, oderwałem spojrzenie od tworzonego rysunku. Wczoraj po pracy kupiłem ryzę papieru i przez cały wieczór zapełniałem kolejne kartki bazgrołami. W którymś momencie stwierdziłem, że nucę przy tym. Melodia była… dziwna. Nieprzyjemna. Powracała za każdym razem, kiedy tylko odpłynąłem myślami, na moment przestałem się koncentrować.

Czułem, że kryło się w niej coś ważnego, jakieś znaczenie, które mi umykało. Miałem wrażenie, że w jakiś sposób reagowała z moimi rysunkami.

Dzwonek w końcu umilkł. Odetchnąłem z ulgą. Nareszcie cisza.

Rozmasowałem obolałą rękę, przeciągnąłem się, aż chrupnęło mi w plecach, wstałem, by ulżyć pośladkom, stęknąłem głośno, zachwiałem się, mało nie upadłem. Nogi wpierw zaczęły mnie mrowić, potem rwać, oczy piekły, jak obtoczone w pieprzu, pod czaszką łupało, jak na najgorszym kacu. Z moich ust wyrwało się przeciągłe jęknięcie.

Rozejrzałem się nieprzytomnie po pokoju. Podłogę zaściełały zarysowane kartki. Wiele z nich pogniotłem lub podarłem, kiedy frustracja brała górę. Spojrzałem na biurko. Kiedy skończył mi się papier, zacząłem bazgrać po okleinie blatu, labirynt tuszu pokrywał ją od brzegu do brzegu.

Co mnie opętało? Dlaczego ten rysunek był dla mnie taki ważny? To przecież głupota, dorosły człowiek godzinami siedzi i bazgrze. Jak tylko trochę dojdę do siebie, pójdę pod prysznic, potem zjem coś i się kładę. Musiało być już późno.

Nagle zza ściany usłyszałem muzykę. Sąsiad ćwiczył grę na skrzypcach. W nocy? Do tej pory nigdy mu się to nie zdarzało. Spojrzałem na komórkę, targnięty nagłą niepewnością. Dziesiąta rano.

Nic dziwnego, że czułem się jak obity kijem golfowym worek gówna. Przesiedziałem przy biurku szesnaście godzin.

Telefon znów się rozdzwonił. Tomek. Czego on chce… Odrzuciłem połączenie, sprawdziłem wcześniejsze. Tomek, Tomek, Tomek, kierownik… Cholera, przecież powinienem być w pracy!

 

***

 

Kierownikowi powiedziałem, że złapałem grypę żołądkową. Nie byłem pewien, czy mi uwierzył, ale dał mi dzień urlopu. Z pewnością później mi się za to oberwie.

Co się ze mną działo, do cholery? Musiałem wziąć się w garść.

Kąpiel, jedzenie, sen. Plan wciąż brzmiał nieźle. Potem uprzątnę te papiery i wywalę wszystko do makulatury. Odpocznę w spokoju, jutro wstanę raniutko i polecę do roboty, ucałować przełożonego w dupkę, żeby raczył mi wybaczyć nieobecność.

Zrzuciłem ciuchy i wszedłem pod prysznic. Szum płynącej wody zwykle stanowił muzykę dla moich uszu, pozwalał zamknąć się na chwilę w ciepłym kokonie, zapomnieć, że poza ścianami łazienki istniał jakiś świat. Dziś jednak z jakiegoś powodu wydał mi się drażniący. Czułem się rozstrojony… Czy może raczej rozedrgany. Parsknąłem pod nosem. Prześpię się, to mi przejdzie, wywietrzeją mi te bzdury z głowy.

Namydlając się, odpłynąłem myślami i zacząłem nucić. Noż cholera jasna, co za uparta melodyjka! Nie podobała mi się nawet, nie było w niej sensownego rytmu. A jednak… Nie, do diaska. Dość. Żadnego nucenia, żadnych bohomazów. Wracamy do normalności.

Spłukałem się i wytarłem, cały czas uważnie się pilnując. Potem poszedłem do kuchni. W pewnym momencie na chwilę straciłem koncentrację, by po chwili odkryć, że kreślę czubkiem noża zawijasy w musztardzie. Warknąłem sam na siebie, zmazałem wzór ostrym pociągnięciem. Jedząc, z rozpaczą ogarniałem wzrokiem ogrom bałaganu, jaki udało mi się stworzyć tej nocy. Ale to problem na potem. Najpierw drzemka.

Walnąłem się do wyra, czując, jak wreszcie dogania mnie wywołane długotrwałym siedzeniem przy biurku zmęczenie. Ziewnąłem rozdzierająco i zamknąłem piekące oczy. Nawet nie zauważyłem, kiedy z moich ust zaczęło znów płynąć bełkotliwe mruczenie. Poderwałem się, zirytowany. Po czym położyłem na nowo, starając się oczyścić myśli. Przez jakiś czas był spokój. Potem coś zaczęło puchnąć w moim umyśle. Puchnąć i wić się niespokojnie. To uczucie, ten mentalny świąd narastał z każdą chwilą. Walczyłem z tym, tłumaczyłem sobie, że kontroluję swoje ciało i swoje życie, ale w końcu musiałem ulec. Zacząłem znów nucić. Moje palce bezwolnie kreśliły na pościeli zakręcone wzory.

 

***

 

Nie pospałem wiele, ani w ciągu dnia, ani potem w nocy. Ciągły przymus śpiewania nie pozwalał mi odpocząć, a kiedy w końcu na chwilę przysypiałem, męczyły mnie dziwne, niejasne sny.

Rano palce, zgrabiałe od trzymania długopisu, drętwiały i drżały w niekontrolowany sposób, więc nie dałem rady porządnie się ogolić. Skórę miałem bladą i porowatą, a gardło tak zdarte, że ledwie mogłem mówić. Przynajmniej kiedy kierownik mnie zobaczy, nie powinien wątpić w moją „chorobę”.

Praca była tego dnia torturą. Starałem się skupić na klepaniu cyferek, ale nacisk na mój umysł narastał. Od czasu do czasu, kiedy nie mogłem już wytrzymać, skrobałem szybko kilka bazgrołów na karteczkach, po czym natychmiast wyrzucałem je do kosza. Pomagało na chwilę, potem jednak przymus wracał, jeszcze gorszy niż poprzednio. Tomek co i rusz narzekał na moje nucenie, w końcu założył na uszy słuchawki, żeby odciąć się ode mnie, skupić na pracy. Cieszyłem się wtedy, że moje biurko stoi w kącie, z dala od wszystkich innych.

Nie wiedziałem, ile jeszcze dam radę to ciągnąć. Kiedy wybiła czwarta, wypadłem z budynku niemal biegiem. Kiedy zatrzasnęły się za mną drzwi samochodu, zacząłem śpiewać, coraz głośniej i głośniej, byle tylko nasycić to wijące się coś w moim umyśle.

 

***

 

Wytrzymałem jakoś do weekendu. Sobotę i niedzielę przesiedziałem w domu, skrobiąc i śpiewając, śpiewając i skrobiąc. Nie potrafiłem już przestać nucić, melodia na dobre zatopiła pazury w moim mózgu. Stawała się coraz klarowniejsza, powoli zaczynałem rozumieć, co się w niej kryło. Były tam jakieś słowa. Dziwne, obco brzmiące, jakby miękkie. Napawały mnie wstrętem i przestrachem, jednak nie potrafiłem przestać ich wypowiadać.

Przez te kilka dni moje mieszkanie porosło rysunkami. Tak jak z melodii powoli, powoli wyłaniały się słowa, tak w mojej bazgraninie stopniowo odkrywałem zarysy jakiegoś symbolu. Znaku. Oddawałem go coraz dokładniej. Coraz trudniej było mi na niego patrzeć, miałem wrażenie, że linie wiją mi się przed oczami, że zbyt długie wpatrywanie się w nie może być niebezpieczne. Jednak wciąż nie był taki, jak trzeba, a ja wciąż czułem ten mentalny świąd, palące pragnienie, by w końcu dotrzeć do ideału, oczyścić słowa i znak z szumu, ze zbędnego nalotu. Miałem nadzieję, że wtedy wreszcie odzyskam swój umysł dla siebie. O ile ów wyśniony ideał w ogóle da się osiągnąć.

 

***

 

– Chłopie, co z tobą? Wiem, że tam jesteś! – Głos Tomka dobiega zza drzwi. – Czemu nie przychodzisz do roboty? Cholera, olał robotę, wyjdź, pogadaj ze mną! Sąsiedzi powiedzieli mi, że nie jest z tobą dobrze! Chcę ci pomóc, do diaska! Otwórz drzwi!

Nie zamierzałem mu otwierać. Nie chciałem, by mnie teraz widział. Nie myłem się od wielu dni, nie goliłem nawet dłużej, nie pamiętam już nawet, kiedy zmieniłem ubranie. Nie potrafiłem się już oderwać od rysowania. W mieszkaniu walało się pełno zabazgranych gazetek z marketów, ulotek, wygrzebanych z kosza dokumentów i ścinków, papierowych ręczników i serwetek. Ze wszystkich spoglądał na mnie znak. Ideogram. Byłem już bliski perfekcji. Bardzo bliski. Jednak wciąż jeszcze nie osiągnąłem celu. Melodia wznosiła się i opadała, raz po raz obracałem w ustach ukryte w niej słowa z jakiegoś obcego, nieznanego mi języka. Kuliłem się za biurkiem, wsłuchując się w łomotanie i stłumione słowa, odruchowo szukając w nich znajomego, obrzydliwego rytmu. Drżałem na całym ciele, po policzkach płynęły mi łzy. Ból dłoni był nieznośny, spękane wargi paliły mnie i piekły.

Nie miałem już nawet dość sił, by z tym walczyć.

 

***

 

Od czasu do czasu nacisk na mój umysł znikał. Błogosławiłem te rzadkie chwile spokoju i przeklinałem je zarazem, gdyż późniejszy nawrót zawsze był straszny. Fałszywa nadzieja jest gorsza od rozpaczy. W jednej z takich chwil zrobiłem zdjęcie symbolu i wrzuciłem je na kilka forów. Potem czekałem, niecierpliwie przerzucając strony.

Językoznawcy zignorowali moje pytanie, etnografowie wzruszyli wirtualnymi ramionami, choć ktoś coś wspomniał o podobieństwie do majańskich hieroglifów. Społeczności ezoteryczne zarzucały mnie bełkotem, z którego nie wynikało nic wartościowego. Niemal już porzuciłem nadzieję, kiedy na forum poświęconym historii ktoś podzielił się ze mną linkiem.

Strona docelowa zawierała opis jakichś wykopalisk w Ameryce Południowej. Tekst napisano po hiszpańsku, nic z niego nie zrozumiałem. Zdjęcia były jednak dostatecznie wymowne. Zrujnowane budowle, poprzerastane splątaną roślinnością, pokryte zniszczonymi, lecz przerażająco sugestywnymi płaskorzeźbami. Jednak to nie reliefy przedstawiające kaźń i śmierć wzbudziły na moich plecach ciarki. Na ścianach budynków archeolodzy znaleźli dziesiątki wydrapanych symboli. Niemal identycznych jak ten, który raz po raz wychodził spod mojego długopisu. Gdzieś w tekście znalazłem nazwę ruin, poszukałem informacji po angielsku. Nie było tego wiele. Zdjęcia przedstawiały miasto Majów. Niezbyt okazałe, słabo zachowane. Badacze twierdzili, że może rzucić nowe światło na zagadkę zagłady tej cywilizacji, ale nie wchodzili w szczegóły. Prymitywne znaki, pokrywające większość budynków powstały ponoć w okresie schyłkowym, tuż przed upadkiem miasta. Nie wiadomo jednak, co miały przedstawiać.

 

***

 

Było coraz gorzej. Rysowałem i śpiewałem niemal bez przerwy, ale nic nie przynosiło ulgi. W końcu przypomniało mi się zrujnowane miasto. Upuściłem długopis. Nie, rysowanie już nie wystarczy. Poczułem straszliwy, niepowstrzymany przymus, by ryć.

Wyjąłem z szuflady nóż i podszedłem do biurka.

 

***

 

Byłem blisko. Być może nie zdołam zbliżyć się już bardziej.

To przeklęte swędzenie pod czaszką, w moich myślach nie ustawało.

Na meblach i ścianach wiły się i krzyżowały setki linii, tworząc nieprzebyty gąszcz znaków. Zabrakło miejsca na kolejne. Nie mogłem nic dodać, nie niszcząc czegoś innego. Liniom na papierze brakowało głębi, wyrazistości. Nie dawały już wytchnienia. Śpiewałem, ale to nie wystarczało. Kręciłem się nerwowo po mieszkaniu, nie potrafiąc usiedzieć w miejscu, nie mogąc się zdobyć, by wyjść.

Sąsiad znów grał na skrzypcach. Niespodziewanie odkryłem, że jego muzyka brzmi znajomo. Straszliwie. Coś pożerało piękną, ludzką melodię od środka, przekształcało ją na swoją modłę. Coś straszliwego i nieskończenie głodnego. Czułem, jak po twarzy płyną mi łzy. Melodia nie była jeszcze taka jak trzeba. Taka jak moja. Ale wiedziałem, że to się zmieni. Że on, tak jak ja, będzie dążył do perfekcji.

Chciałem krzyczeć, zatkać uszy, ale nie mogłem. Musiałem śpiewać, by muzyka rosła w siłę. By docierała coraz dalej, coraz głębiej.

Czułem, jak z każdym powtórzeniem słów coś mnie opuszcza.

 

***

 

Nie mogłem dłużej pozostać tu, wśród ludzi. Teraz to rozumiałem. Stałem się czymś na podobieństwo zakażonego wścieklizną lisa, roznoszącego malarię komara. Przeze mnie moja udręka spadnie też na innych.

Nie to jednak było najgorsze.

Słowa, które wypowiadałem, symbole, które ryłem… W końcu zrozumiałem, czym są. Chyba mógłbym wyjaśnić historykom, co przydarzyło się Majom.

Kiedy nacisk znów ustąpił, spakowałem trochę ubrań, to, co pozostało mi z jedzenia, gotówkę i kilka innych drobiazgów. Wystrzeliłem z mieszkania, zanim zdążyły ogarnąć mnie wątpliwości.

Na korytarzu ktoś wymalował sprayem znaną mi, chaotyczną plątaninę linii. Tych prymitywnych rysunków, tych protosymboli było zresztą więcej. Nabazgranych markerem na ścianach. Wydrapanych w tynku. Ruszyłem korytarzem w kierunku windy. Z niektórych mieszkań słyszałem cichy, przytłumiony śpiew, rozbrzmiewający echem w mojej głowie.

Tknięty nagłą myślą, wyciągnąłem z kieszeni telefon, wybrałem numer Tomka. Nie odbierał. Zadzwoniłem jeszcze raz. I znowu. W końcu podniósł słuchawkę.

– Tomek? Posłuchaj mnie. Wiem, że myślisz, że mi odbiło, może zresztą masz rację, ale musisz mi uwierzyć – wyrzucałem z siebie słowa jak najszybciej, by zdążyć, nim ta przeklęta melodia na nowo obejmie we władanie moje usta. – Wyjedź z miasta, najlepiej zaraz. Coś strasznego się zbliża, nie całkiem to wszystko rozumiem, ale… – Zamilkłem, kiedy dotarło do mnie, że mój kolega wykrzykuje coś po drugiej stronie linii.

– Nie! Mogę! Przestać! – szlochał w słuchawkę, w przerwach między kolejnymi zaśpiewami. – Błagam! Pomóż! Pomóż! Mi!

Telefon wypadł mi z palców. Ogarnięty zgrozą i rozpaczą, ruszyłem biegiem ku schodom, popędziłem na dół, na podwórko.

 

***

 

Miasto było inne. Czułem to każdym oddechem. Na ścianach, na asfalcie, na ubraniach, wszędzie widziałem znak. Na chodnikach i w parkach ludzie chóralnie wyśpiewywali tę straszną, nieludzką pieśń. Fałszowali, rzecz jasna, jednak niemal słyszałem, jak zbliżają się do groteskowego ideału. Szedłem szybko, chłonąc zmysłami przerażający spektakl. Czułem, jak pieką mnie usta, palce kurczyły mi się i zaciskały, pragnąc ryć. Walczyłem o zachowanie siebie tak długo, jak tylko mogłem, w końcu jednak musiałem ulec.

Włączyłem się do chóru. Moja melodia, tak bliska doskonałości, jak to tylko możliwe, zaczęła przekształcać inne. Głosy zlewały się i łączyły, wezwanie potężniało z każdą chwilą, sięgało w dal, w głąb, w otchłań. I coś stamtąd odpowiedziało.

Chciałem wyć, chciałem uciekać, chciałem skryć się w najgłębszej jamie. Ale nie mogłem. Widziałem, jak inni dookoła mnie zrywają się do biegu, kulą się, zasłaniają w panice uszy. Byli bez szans.

Jak skryć się przed czymś, co nadchodzi z wnętrza?

Czułem, jak nacisk na mój umysł potężnieje. Jak rozpadają się myśli, rozplatają wspomnienia i marzenia. Niemal widziałem, jak się rozpadam.

Zgroza zniknęła jako ostatnia.

Pozostał tylko śpiew. 

Koniec

Komentarze

O, cóż za miła niespodzianka :) Będzie czytane.

 

 

 

Exit light

Maiłem wrażenie, że trasa

Masz tu literówkę.

 

Od czasu do czasu nacisk an mój umysł znikał.

Tu też.

 

Tomek? Posłuchaj mnie. Wiem, że myślisz, że mi odbiło, może zresztą masz rację, ale musisz mi uwierzyć. – Wyrzucałem

“Wyrzucałem” jest odpaszczowe, więc powinno być małą literą.

 

– Nie! Mogę! Przestać! – Szlochał

Tak samo. 

 

Inspiracją była “Muzyka Ericha Zanna”? Opowiadanie bardzo Lovecraftowe.

Protagonista wpadł w macki dziwnej, maniakalnej obsesji, ale przyznam, że nie rozumiem czym ona była, ani dlaczego dotknęła akurat jego. Zarówno bohater, jaki całe miasto przejechali autostradą do szaleństwa, która zakończyła się zbiorową psychozą. 

Bardzo sprawnie napisany tekst, dlatego chętnie kliknę.

 

 

 

Trzyma w napięciu. Mimo że motyw obłędu jest już wyświechtany, a rozwój akcji raczej przewidywalny, to i tak byłem ciekaw konkluzji i tego jak przedstawisz ostatnie stadium szaleństwa. Nie zawiodłem się :D. Interesujący motyw obarczenia obłędem reszty mieszkańców miasta (świata?). Opisałeś wydarzenia w taki sposób, że wszystko mogło równie dobrze wydarzyć się w głowie bohatera – schizofrenika, za co ode mnie kolejny plus, bo mam słabość do fantastyki bez fantastyki. Najsłabszą częścią opowiadania jest moim zdaniem wątek Majów. Troszkę to naciągane i wieje tandetą, chociaż ulovecrafciło to historię bez dwóch zdań.

Przepłynąłem przez tekst z przyjemnością, masz bardzo porządny warsztat.

Dałbym klika, ale nie mogę :c.

 

Pozdrawiam pierzaście!

Szum płynącej wody stanowił zwykle stanowił muzykę dla moich uszu, pozwalał zamknąć się na chwilę w ciepłym kokonie, zapomnieć, że poza ścianami łazienki istniał jakiś świat. → Coś tu się zadziało niedobrego.

 

Nawet nie wiem, kiedy z moich ust na zaczęła na nowo płynąc bełkotliwe mruczenie. Poderwałem się, zirytowany. Po czym położyłem na nowo, starając się oczyścić myśli. → i tu też się coś zadziało

 

Wystrzeliłem z mieszkania → wystrzeliłem jest takie hmm…

 

Z niektórych mieszkań słyszałem cichy, przytłumiony śpiew, rozbrzmiewający echem w mojej głowie. → nie podoba mi się to zdanie. Coś tu jest nie tak, głównie mi chodzi o podkreślone.

 

Widziałem, jak inni dookoła mnie zrywają się do biegu, kulą się, zasłaniają w panice uczy. → a nie uszy?

 

Melodia, która sprawia, że człowiek wariuje. Lubię to! (btw, miałam u siebie, ale poza tym wszystko inaczej). 

Opowiadanie faktycznie trzyma poziom od poczatku do końca. Napięcie jest odczuwalne cały czas. Czytałam na paluszkach. ;) Ładnie oddałeś stan emocjonalny bohatera. Wykonanie dobre, poza tymi kilkoma literówkami. Ufam, że to poprawisz, więc polecę do Biblio.

Moją opinię o tekście już znasz, ale przychodzę ponownie, aby kliknąć. Co prawda, staram się tego unikać w przypadku tekstów, które betowałem, ale tutaj biblioteka to kwestia czasu, a często im więcej klików, tym większe zainteresowanie, a tekst na nie zdecydowanie zasłużył.

Tutaj czuć Lovecrafta, tę rzeczywistość, która przytłacza i nie da się jej przeciwstawić. Opowiadanie jest świetne skonstruowane, frustracja bohatera doskonale oddana, a z samą historią nie tyle się płynie… co sam jej prąd ciągnie czytelnika i nie sposób mu się przeciwstawić. Przez cały tekst budujesz napięcie i pod koniec wcale go nie przerywasz, jak to bywa w większości opowiadań, po lekturze człowiek jest jeszcze bardziej przytłoczony, a niepokój nie chce ustać, jakby ta historia nigdy nie miała się skończyć, a wręcz przeciwnie – dopiero zaczynała rozwijać.

Jak wspomniałem, gdybym nie betował, nominowałbym do piórka za same emocje i niepokój, który wzbudza.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Witam wszystkich komentujących!

 

@Łukasz Kuliński

Dzięki za wizytę i za wyłowienie baboli.

Nie inspirowałem się konkretnym opowiadaniem, choć motyw muzyki jest w twórczości Lovecrafta dość powszechny.

Protagonista wpadł w macki dziwnej, maniakalnej obsesji, ale przyznam, że nie rozumiem czym ona była, ani dlaczego dotknęła akurat jego.

Taki był zamysł – szaleństwo przychodzące znikąd, obracające życie bohatera w ruinę.

 

@Sokolnik – witaj!

Najsłabszą częścią opowiadania jest moim zdaniem wątek Majów. Troszkę to naciągane i wieje tandetą, chociaż ulovecrafciło to historię bez dwóch zdań.

Ta scena rzeczywiście została wstawiona głównie ze względu na konwencję. Motyw poszukiwania prawdy jest tak mocno zakorzeniony w twórczości Lovecrafta, że musiałem choćby do niego nawiązać.

 

@SaraWinter

Hej, dzięki za wyłapanie artefaktów. Pousuwane. Poza “wystrzeleniem,” bo hm… mi niewiele mówi i zdaniem, które ci się nie podoba, bo trudno mi powiedzieć, dlaczego się nie podoba. Będę wdzięczny, jeżeli rozwiniesz te myśli. ;)

Poza tym, cieszę się, że się spodobało.

 

@MaSkrol

Raz jeszcze ogromne dzięki za betę!

Wystrzeliłem z mieszkania → to już chyba można uznać za zwykłe czepialstwo z mojej strony, ale to “wystrzelenie” w mojej głowie wyglądało zabawnie i nie pasowało mi do reszty tekstu. Ale, jak mówię, może takie mam po prostu głupkowate skojarzenie. 

 

Z niektórych mieszkań słyszałem cichy, przytłumiony śpiew, rozbrzmiewający echem w mojej głowie. → ja bym to widziała tak: Z niektórych mieszkań wydobywał się cichy…

albo:

Słyszałem cichy śpiew wydobywający się z mieszkań…. 

 

czy jakoś tak, bo obecna konstrukcja zdania brzmi nieco dziwnie. Ale nikt inny nie zwrócił na to uwagi, więc może to też tylko u mnie tak wybrzmiało. 

Dobry tekst.

Tempo, w mojej ocenie, odpowiednie. Nie jakoś szczególnie szybkie, ale też (na szczęście!) nie Lovecraftowe. Zbyt szybkie być nie mogło, jeśli miałeś stworzyć odpowiedni nastrój niepokoju, budowany wokół psychozy bohatera. Ten nastrój nie uderza może w czytelnika jakoś szczególnie mocno, ale z całą pewnością jest wyczuwalny i odpowiednio zaakcentowany. I myślę, że to chyba nawet lepiej, bo taki stonowany do pewnego stopnia tekst (jeśli chodzi o bicie czytelnika emocjami czy atmosferą) czyta się lepiej.

Jest więc odpowiedni nastrój, pomysł pewnie nie powala oryginalnością, ale nie o to chodzi. Ja zawsze powtarzam, że pomysł może być i wyeksploatowany do granic możliwości, byle tylko autor wiedział, jak go atrakcyjnie przedstawić czytelnikowi. Tutaj nie mogłem na to narzekać. Generalnie, opierając się na tych Twoich tekstach, które miałem okazję czytać, wyrobiłem sobie taką opinię, że poniżej pewnego poziomu nie schodzisz, więc nie jest to dla mnie wielkie zaskoczenie.

Inna rzecz, że jednak choćby to opowiadanie na Retrowizje oceniam lepiej. Wydawało się ciekawsze. Choć z drugiej strony może to kwestia gatunku i zasad konkursu. Przy poprzednim konkursie weirdowym pojawiła się u mnie taka myśl, że weird to gatunek, który generalnie lepiej się pisze niż czyta.

Do tej pory nie zmieniłem zdania. ;)

Dobra, ale wróćmy do tekstu.

Chwaliłem za nastrój, chwaliłem za atrakcyjność opowiadania. To jeszcze dwa słowa o tym, co mi nie podeszło. Nie podeszło mi trochę rozłożenie akcentów w opowiadaniu. Wiadomo, że integralną częścią opowiadania, czy wręcz jego fundamentem, musi być przedstawianie kolejnych stadiów czy etapów psychozy. I tak, jak robisz to rzetelnie i konsekwentnie, tak w pewnym momencie pojawia się już jednak u czytelnika pewna niecierpliwość.

Pojawia się niecierpliwość, bo jednak bohater cały czas walczy z “czymś”, a ja, obserwując (poprzez swoją wyobraźnię) te jego męczarnie wywołane “czymś”, chcę w końcu jakiejś wyraźniejszej próby rozgryzienia tego czegoś. Bohatera prześladuje muzyka, rysuje dziwne wzory, ryje je… A ja czekam, aż w końcu dostanę jakieś szersze sugestie, co mogą te wzory oznaczać, itp. Słowem, bardzo dokładnie rysujesz mi obraz wpływu tej, zawartej w tekście, weirdowej tajemnicy na bohatera, ale jednocześnie mało jest w tym próby jej zrozumienia. Budujesz ciekawość, ale nie do końca chcesz ją zaspokoić. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że można to prosto uzasadnić. W końcu weird to swego rodzaju tajemnice, niedopowiedzenia. Zdarzenie osobliwe i często niewytłumaczalne, więc z tej perspektywy jesteś rozgrzeszony.

Z drugiej jednak strony, ten wpływ muzyki na bohatera w największym stopniu buduje zaciekawienie jego zachowaniem. I w pewnym momencie, widząc ten kolejny etap psychozy, bardziej interesowało mnie, kiedy dostanę choćby jakiś strzęp podpowiedzi, odnośnie tej tajemnicy, niż zachowanie bohatera. Słowem, miałem poczucie, że w kilku ostatnich tysiącach znaków ta formuła opowiadania już się wyczerpała. Że zachowanie bohatera, wokół którego budujesz zainteresowanie, nie jest już w stanie tego zainteresowania wzbudzić.

Końcówka niejako potęguje to wrażenie. Pojawia się wzmianka o Majach, o wykopaliskach w Ameryce Południowej, ale to wszystko wydaje się jakby spóźnione. Czy może lepiej napisać: niewykorzystane. Bo tutaj dostajemy tak naprawdę tylko jakąś wzmiankę, niewiele więcej. Pojawia się określony motyw, który mógłby przy rozwinięciu być interesujący (i przy okazji “pociągnąć” czytelnika za opowiadaniem, jako swego rodzaju nowy element), ale tekst zaraz się kończy. A wraz z tym zakończeniem pojawia się pewien niedosyt, że ci Majowie to w zasadzie wpadli tutaj na krótki gościnny występ, nie dając od siebie prawie nic.

Dobra, kończę to jęczenie. Niezależnie od marudzenia tekst mi się podobał. Ma sporo zalet, potrafi wciągnąć, jest dosyć ułożony na poziomie koncepcyjnym. Tempo, jak pisałem, uważam za bardzo dobrze dobrane, bo ani nie pędzisz na złamanie karku, ani ten tekst się przesadnie nie snuje.

Słowem, trochę czepów musiało być (choć może to nawet nie czepy, tylko odczucia jednego czytelnika z lektury; zobaczymy), ale opowiadanie naprawdę uważam za bardzo solidne. Z lektury, w każdym razie, jestem zadowolony.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cześć None,

 

Gratuluję opowiadania. Po tak wyczerpującym komentarzu CM, nie wiem co jeszcze mądrego można powiedzieć, więc powiem, że podoba mi się solidne dopracowanie tekstu. Widać, że włożyłeś w niego sporo pracy.

 

Być może to gruba nadinterpretacja, ale widzę w tekście wieloaspektowe przedstawienie choroby psychicznej. Bohater ukrywa ją przed pracodawcą, wymawia się grypą. Niby sąsiedzi wiedzą, że coś jest z nim nie tak, kolega próbuje mu pomóc, ale jakoś tak niezbyt skutecznie. Koniec końców chory zostaje zdany na siebie. Na dodatek kwestia zarazy. Niektórzy twierdzą, że niechęć wobec osób chorych psychicznie wynika z podświadomego lęku przed “zarażeniem się”. To ciekawy aspekt, szczególnie biorąc pod uwagę statystyki zachorowalności na depresję. Twój tekst skłania do przemyśleń na ten temat.

 

Pozdrawiam!

Cześć None,

 

no dobra lektura za mną!

Umiejętnie przedstawiłeś jak bohater popada w szaleństwo. Świetne, klimatyczne opisy przedostawania się melodii do uszu i wypełniania umysłu. Fajnie budujesz napięcie, bohater coś rysuje, traci kontakt z rzeczywistością, wszystko inne przestaje mieć znaczenie, liczy się tylko rysowanie wzoru i nucenie. Byłam bardzo ciekawa co z tego wyniknie. Niestety, wzmianka o Majach jakoś mi nie pasowała. Niewiele wyjaśnia, jakby wpasowana na siłę. Natomiast sama końcówka naprawdę dobra:-) Scena, gdy wychodzi na miasto i zatraca siebie, melodia wygrywa.

A jeszcze jedno: całość w odpowiednio mrocznym klimacie, a tu wzmianka o ucałowaniu przełożonego w dupkę;-) uśmiechnęłam się, ale wydaje mi się, że ten humorystyczny akcent pasował do całości:-)

 

A tu trafiły Ci się powtórzenia:

Coraz trudniej było mi na niego patrzeć, miałem wrażenie, że linie wiją mi się przed oczami, że zbyt długie wpatrywanie się w nie może być niebezpieczne. Jednak wciąż nie był taki, jak trzeba, a ja wciąż czułem ten mentalny świąd,

 

Nie wiem, czy masz już wystarczającą ilość kliknięć do biblioteki, więc polecam i ja.

pozdrawiam

Witam kolejnych komentujących!

 

Trochę się nazbierało, więc po kolei.

 

@SaraWinter vol. 2

“Wystrzelił” faktycznie nie jest w tym kontekście najpoważniejszym słowem, zostawię jednak – dobrze oddaje pośpiech i zdecydowanie bohatera.

 czy jakoś tak, bo obecna konstrukcja zdania brzmi nieco dziwnie. Ale nikt inny nie zwrócił na to uwagi, więc może to też tylko u mnie tak wybrzmiało. 

Szczerze mówiąc, nie czuję tej dziwności. Zobaczymy, jeżeli komuś jeszcze się nie spodoba, pokombinuję. Tak czy inaczej dzięki za podzielenie się uwagami!

 

@CM

Witaj! Dzięki za obszerny, analityczny komentarz. Cieszę się pozytywnymi wrażeniami, zaś co do tych nieco mniej pozytywnych…

Pojawia się niecierpliwość, bo jednak bohater cały czas walczy z “czymś”, a ja, obserwując (poprzez swoją wyobraźnię) te jego męczarnie wywołane “czymś”, chcę w końcu jakiejś wyraźniejszej próby rozgryzienia tego czegoś.

Brak wyjaśnienia czym jest melodia, skąd pochodzi itd. Była z góry założona. Ten tekst jest, w ogólnych zarysach, o chorobie psychicznej (nie w takim sensie, że bohater jest chory – przynajmniej niekoniecznie – ale metaforycznie), mówiąc ściśle o OCD. A choroba, jak to choroba, nie ma zazwyczaj jasno określonych źródeł czy przyczyny. Po prostu jest i dręczy.

Pojawia się wzmianka o Majach, o wykopaliskach w Ameryce Południowej, ale to wszystko wydaje się jakby spóźnione. Czy może lepiej napisać: niewykorzystane.

Mówiąc wprost, ten element został dodany ze względu na konwencję. Jak widzę, czuć to w tekście, większość odbiorców zwraca bowiem uwagę, że trochę on odstaje. Mógłbym bardziej rozwinąć ten wątek, ale nie chciałem rozciągać tekstu.

 

Niemniej twoje uwagi są zasadne. Gdzieś tam w tle kombinuję, jak można było rozwiązać to lepiej. Kolejnym razem może się uda. ;)

 

@Helmut

Hej, dzięki za wizytę! Oraz za pozytywny komentarz.

Być może to gruba nadinterpretacja, ale widzę w tekście wieloaspektowe przedstawienie choroby psychicznej.

Nie, masz zupełną rację. To jest tekst o chorobie psychicznej. Dlatego też “zarażanie się” dodałem z lekką obawą, żeby nie zostało niewłaściwie odczytane, ale potrzebowałem jakiegoś mocniejszego elementu na finał. 

 

@Olciatka

Powitać, powitać!

Cieszę się, że się podobało. Co do Majów, masz rację, inne osoby też zwróciły na to uwagę. Uznałem, że ta wzmianka jest konieczna dla zachowania konwencji (poszukiwanie prawdy jest mocno wpisane w prozę Lovecrafta) ale nie całkiem ona tam pasuje. Cieszę się jednak, że reszta zagrała lepiej.

Dzięki za wyłapanie powtórzenia.

A jeszcze jedno: całość w odpowiednio mrocznym klimacie, a tu wzmianka o ucałowaniu przełożonego w dupkę;-) uśmiechnęłam się, ale wydaje mi się, że ten humorystyczny akcent pasował do całości:-)

:)

Hej, None, odwiedzam ponownie! Teskt nabrał kolorytu, końcówka szczególnie. 

Dla mnie wątek z Majami jest akurat bardzo ciekawy, być może warty rozbudowania, jak to proklamował CM.

Powodzenia w konkursie!

 

Dobry tekst napisany bardzo sprawnie. Podoba mi się sposób, w jaki spychałeś narratora w odmęty szaleństwa. Powoli, krok po kroku, niespiesznie. Choć opisy tego, co dzieje się w czaszce bohatera zajmują sporo miejsca, dla mnie nie jest to wadą, wprost przeciwnie.

Finał też na plus.

 

Nawet nie wiem, kiedy z moich ust na zaczęło znów płynąć bełkotliwe mruczenie.

Zbędne ,,na” się wkradło.

 

Pozdrawiam!

Witam, witam!

 

@cytryna

Tak, po przemyśleniu twoich uwag uznałem, że trzeba ją nieco rozbudować. Także raz jeszcze dzięki za pomoc!

 

@adam_c4

Cieszę się, że przypadło do gustu i dzięki za wyłowienie babola.

None, Twoje opowiadanie weszło do biblioteki, ale nie ma go na głównej, chyba nie dodałeś fragmentu reprezentatywnego, co?;-)

No nie dodałeś. W sumie nigdy nie dodaję, bo nigdy nie mam pomysłu, które 5 linijek po wyjęciu z kontekstu byłoby reprezentatywne.

Rozumiem:-)

Naprawdę dobry tekst :) Atmosfera jest stale ciężka, a i tak potrafisz sprawić, by była jeszcze gęstsza. Motywu z muzyką wchodzącą do głowy i niechcącej jej opuścić chyba każdy doświadczył przynajmniej raz w życiu i wie, jak pokręcone może być to uczucie. A ty jeszcze przeniosłeś to o poziom wyżej – pokazałaś bardzo sugestywny, świetnie napisany obraz “kosmicznej” zarazy. Zakończenie jest naturalne (bez niepotrzebnego podkręcania atmosfery), obrazujące całkowitą bezsilność wobec nieznanej siły.

Wracam z komentarzem.

 

Na pewno tekst jest bardzo dobry warsztatowo, język niesie, sceny i opisy są dopracowane. Płynnie się czytało, właściwie bez większych zgrzytów, poza drobnym opisanym niżej.

Opis obejmującej we władanie bohatera zarazy jest zajmujący, a stopniowanie napięcia, IMO, odpowiednie.

Ogólnie wrażenia mam bardzo pozytywne, tekst z potencjałem, podoba mi się.

 

Czego mi zabrakło? Przede wszystkim emocji. Nie potrafię, jako czytelnik, zidentyfikować się z bohaterem, współczuć mu czy poczuć grozy na myśl o zarazie, która obejmuje jego umysł. Bohater jest nijaki, pracuje w jakiejś niezbyt atrakcyjnej pracy, niczego więcej o nim nie wiemy, może poza tym, że koleguje się z Tomkiem, notabene kolegą z tejże pracy. Nie znamy rodziny bohatera, nie wiemy nic o jego pasjach, marzeniach, celach. IMO, groza lepiej byłaby ukazana przez pryzmat rozpadu życia bohatera, degeneracji wszystkich aspektów jego życia. Ukazana tak jak w tekście rodzi podejrzenie, że umieranie to najciekawsze co bohaterowi przydarzyło się w życiu.

 

Przeczepię się jeszcze do przyczyny zarazy. Nie wiemy dlaczego właśnie bohater został nią dotknięty, co we mnie budzi spory niedosyt. I nie mam tutaj na myśli jakiegoś łopatologicznego wyjaśnienia, mogłaby to być również przyczyna “lovecraftowa”, jakiś cień, obraz, fragment, coś niesamowicie odpychającego, nieskończenie złego i niemożliwego do opisania. Tutaj niczego takiego nie znajdujemy, no chyba, że to wszystko za sprawą “tej ostatniej lufy” ;)

 

Jeszcze mała uwaga:

 

Wpadający przez otwarte okno chłód orzeźwiał, mżawka znaczyła szyby kroplami. Światła mijanych samochodów odbijały się w mokrym asfalcie, oślepiały, mamiły. W radiu dudniła muzyka. Głośno, żeby nie chciało się spać. Miasto wydawało się dziwne. Miękkie. Miałem wrażenie, że trasa, którą zwykle pokonywałem w kwadrans, ciągnęła się godzinami. W głowie mi szumiało, jakbym stał nad brzegiem morza.

Ja bym tutaj może poprzeplatał te krótkie zdania długimi. Dalej w tekście również.

Exit light

Witam kolejnych komentujących!

 

@kasjopejatales

Cieszę się, że się spodobało. :D

 

@BasementKey

A już się martwiłem, że się nie doczekam. Dzięki za przemyślany, interesujący komentarz.

 

IMO, groza lepiej byłaby ukazana przez pryzmat rozpadu życia bohatera, degeneracji wszystkich aspektów jego życia.

Zapewne masz rację. Myślałem o tym, ale ostatecznie nie zdecydowałem się wcielić myśli w czyn. Cóż, może innym razem.

Nie wiemy dlaczego właśnie bohater został nią dotknięty, co we mnie budzi spory niedosyt.

Jak już wspominałem, taki był zamysł. Choroba psychiczna rzadko ma dającą się określić przyczynę, a ona stanowi tu motyw przewodni. 

Ja bym tutaj może poprzeplatał te krótkie zdania długimi. Dalej w tekście również.

Cóż, będę miał to w przyszłości na uwadze.

 

Jeszcze raz dzięki za lekturę i komentarz.

 

Cześć, None! Co tu się stało, kurczę. Opowiadanie pasowałoby na adekwatny zapis mojego koszmaru, bo jestem strasznie wrażliwa na tego typu dźwięki. Podoba mi się jak budujesz napięcie, otoczkę tajemnicy i przechodzisz do satysfakcjonującego finału. Wszystko spaja się w spójną, ciekawą całość, chociaż może ten motyw ze znaleziskiem w Amazonii mógłby dostać trochę więcej miejsca. Czytało się w każdym razie płynnie i przyjemnie.

Pozdrawiam.

Hej, dzięki za komentarz, cieszę się, że się podobało.

Widać, że lubisz opowieści o tym, ze coś się dzieje "od wnętrza" :) Bo w sumie to już druga Twoja historia, w którym coś psuje się od środka w dosłownym sensie ;)

Moje odczucia na temat tego tekstu… są urwane ;-)

I nie w sensie, że historia się urwała. Historia została opowiedziana. Może nie do momentu wyrwania się tego czegoś obcego, ale jednak. Problem jest inny. Budujesz napięcie, budujesz je falami. Na początku coś groźnego infekuje myśli w czasie jazdy samochodem, potem zasypia, by zacząć powoli się "wylęgać", później promieniując na otoczenie. Całkiem niezłą zmyłką jest to, ze w którymś momencie wychodzi na to, że niekoniecznie główny bohater był "pacjentem zero". Niekoniecznie, ale nadal być może. Tez dobry punkt. Rzecz tylko w tym, że końcowy moment czyta się jakby po lekkim opadnięciu napięcia. Coś na poziomie formy tekstu, bo z treści przecież wynika, ze bohater uległ "tańcowi świętego Wita"…

W sumie trochę szkoda, ze nie nacisnąłeś opisów "przymusu", tam można było sporo szaleństwa oddać, zwłaszcza w momencie, gdy uświadomił sobie, że w skrzypcach słychać tę samą melodię.

Ale zdecydowanie poszło w kierunku lovecraftowskim, zdecydowanie czuć, że coś obcego i ponad wyjaśnialność się tu wydarzyło. Potencjał, ale można go było przyprawić grozą (w zasadzie tylko Tomek dał chyba do zrozumienia, ze czuje grozę).

Widać, że lubisz opowieści o tym, ze coś się dzieje "od wnętrza" :) Bo w sumie to już druga Twoja historia, w którym coś psuje się od środka w dosłownym sensie ;)

Że ktoś jeszcze pamięta tamtą pierwszą… Fakt, lubię. Co może być dziwniejszego i straszniejszego, niż umysł, który nie dział “jak trzeba”?

W sumie trochę szkoda, ze nie nacisnąłeś opisów "przymusu", tam można było sporo szaleństwa oddać, zwłaszcza w momencie, gdy uświadomił sobie, że w skrzypcach słychać tę samą melodię.

Będę miał to w pamięci na kolejny raz.

Potencjał, ale można go było przyprawić grozą (w zasadzie tylko Tomek dał chyba do zrozumienia, ze czuje grozę).

Cóż, nie zawsze wyjdzie tak, jak by się chciało. Grunt, że mimo wszystko jakoś się czyta. ;)

 

Dzięki wielkie za komentarz!

 

No nie wiem, brakuje mi przyczyny infekcji Tomka, a potem reszty miasta. Wiem, czytałam w komentarzach, że to było Twoim zamiarem, ale w ten sposób przenosisz w XXI wiek XIX-wieczny sposób widzenia chorób psychicznych.

Zastanawiałam się nad udziałem w konkursie i nawet w tym celu zaczęłam czytać opka Lovekrafta. Nie podobały mi się, a jednym z powodów był właśnie jego sposób przedstawiania chorób psychicznych, jako czegoś przerażającego, niepojmowalnego, a wręcz niemoralnego i złego; wirusa, który atakuje duszę i zmienia człowieka w coś potwornego. I wszystko to właściwie bez przyczyny, bo tak. Tutaj to faktycznie wirus, który się rozprzestrzenia niezauważony, a w domyśle (Majowie) prowadzi do upadku cywilizaji, a przynajmniej tego konkretnego miasta.

Rozumiem, że literatura uzewnętrznia społeczne lęki i rozumiem, że dwieście lat temu ludzie mogli tak postrzegać problemy psychiczne, ale żyjemy w XXI wieku i takie proste przeniesienie ówczesnych lęków na współczesny grunt po prostu mi nie pasuje, więcej – budzi mój sprzeciw.

Tekst masz świetnie napisany, czyta się płynnie, fajnie budujesz napięcie, ale mnie nie siadło.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Przeczytane, komentarz później.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Patrzę na ten komentarz, co żem go sobie skleciła w notatuniu, i wzdycham.

 

Napisałam, że nudny początek, nic do zachęcenia i zakotwiczenia mnie w tekście. Moja uwaga rozjeżdżała się też później, przy blokach opisów. Przegadane, wciąż mnie nieporywające. Generalnie pomysł z potencjałem, skojarzył mi się z “Komórką” Kinga, a to dobre skojarzenie. Ale jak dla mnie bez polotu. No nie słyszałam tej muzyki, nie drażniła mnie, nie niepokoiła, głębokie struny egzystencjalnego lęku nie drgnęły, było tak, jakbym słuchała opowieści sąsiadów przy barze, którzy opowiadają historię jakimś cudem z horroru zamienioną w zwykłą historyjkę na piątkowy wieczór. Brakuje tła, brakuje różnych informacji, bo ten gość obok mnie na stołku mówi głównie o tym, co czuje, tyle że w sposób niepobudzający mojej empatii ani wyobraźni na tyle, by się wsłuchiwać.

Ale podoba mi się ostatnie zdanie.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Mnie się podobało. Czuć pewien niepokój. Zgadzam się z Tobą, że psujący się umysł to straszna rzecz. Bo umysł to ja. Nie ręka, nie nerka. Twist z zarażaniem chorobą fajny, chociaż pewnie powinnam się go spodziewać po tytule.

Czyli Majów wykończyła ciulowa muzyka… ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka