- Opowiadanie: bemik - Szczęśliwego Halloween

Szczęśliwego Halloween

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Szczęśliwego Halloween

Szczęśliwego Halloween

 

 

Ta miejscowość na mapie była jedynie maleńkim punkcikiem, obok którego drobnym drukiem ktoś dopisał nazwę, jakby jakaś mucha zostawiła po sobie kropkę i rozmazała ją na dodatek nogą. Joanna w perwersyjny sposób napawała się myślą, że mieszka w muszym gównie. Kiedy czasem z bólu nie mogła się ruszyć, z lubością powtarzała: utknęłam w gównie…

Mieszkała z Georgiem. Nie chciała mówić do niego tato. Prawdziwy tata nie klął, nie zamykał w piwnicy i nie bił. Prawdziwy tata powinien przytulać, głaskać po głowie i mówić, że jest śliczna. To nic, że byłaby to nieprawda. Żyli w takim odosobnieniu, że długo musiałaby czekać, aż ktoś skoryguje tę opinię. Tymczasem on pił, a potem za każdym razem wyciągał ją za włosy z piwnicy i mówił, że to przez nią umarła matka.

– Kiedy zobaczyła taką szkaradę jak ty, serce jej stanęło – mówił, przytykając do ust pękatą butelkę.

– Nieprawda! – wrzeszczała. – Nieprawda!

Ale nie miała żadnego argumentu na poparcie. Słowo Georga przeciwko jej słowu, a on zawsze potrafił ją zgnębić.

– Byłem przy tym – mówił złośliwie, a przez popsute zęby wystrzeliwały drobinki śliny. – Wiem, co mówię, ty pomiocie szatana.

– Twój pomiocie – odpowiadała, gdy była już starsza. – Podobieństwa nie da się zetrzeć jak brudu z pięt. Jesteśmy niczym dwie krople wody – syczała, bo wiedziała, że go to zaboli.

Chciał mieć syna. Mówił jej o tym setki razy, gdy się upijał na smutno. Ale urodziła się ona, a na dodatek matka nie przeżyła porodu.

Kiedy zaczęło się źle dziać, pobiegł do wsi po pomoc, ale od najbliższych zabudowań dzieliły go jakieś dwie mile. Stara półciężarówka jak na złość odmówiła współpracy. Kiedy wrócił z akuszerką, Julia, jego słodka Julia, już nie żyła, a między zakrwawionymi nogami, wciąż uwiązana pępowiną, darła się ona, Joanna. Ochrzcił ją z wody, choć z trudem powstrzymywał obrzydzenie, patrząc na zniekształconą głowę.

Ułożył żonę w modrzewiowej trumnie między trzema brzozami na własnym podwórku. Ksiądz pomodlił się chwilę, pokiwał głową i zamierzał uciec. Ale zapytał jeszcze o dziecko. Georg odpowiedział wtedy to, co sądził, że jest najprawdziwszą prawdą: córka, martwa, leży obok Julii. Klecha odszedł, a bachor zaczął się drzeć.

Nienawidził małej, bo zabrała mu żonę, ale nie mógł się zdobyć, by ją żywcem pochować u boku matki. Dał jej koziego mleka, ale zwróciła je błyskawicznie. Było za tłuste dla noworodka, rozcieńczył więc wodą i okazało się, niestety, że to działa. Na jego nieszczęście: dzieciak żarł i płakał, płakał i żarł. A on nie miał siły, nie chciał się nią opiekować. Zostawiał ją w piwnicy w towarzystwie sterty dyń, gdzie blask słońca docierał jedynie przez maleńkie zakurzone okienko, rzucał wyschnięty kawał chleba i uciekał na pole. Harował od świtu do nocy, a potem chlał od nocy do świtu.

Mała rosła prawie jak każde dziecko, słabsza umysłowo od rówieśników, bo wszystkie siły witalne zużytkowała na przetrwanie, zresztą nie miała od kogo się uczyć. Nigdy nie poszła do szkoły, nie poznała liter, nie miała żadnego towarzystwa oprócz wiecznie pijanego ojca. I telewizora. Stamtąd czerpała wiedzę, oglądając wszystkie programy jak leci. Dzięki temu nauczyła się też mówić i śpiewać. Kiedy zostawała sama, a Georg w przypływie złego humoru nie zamknął jej w piwnicy, potrafiła godzinami wpatrywać się w ekran, powtarzać słowa, które się jej spodobały albo nucić piosenki. Dopóki ojciec nie wrócił z pola, była prawie szczęśliwa.

Kiedy miała pięć lat, pierwszy raz uderzył ją naprawdę mocno. Bo stłukła mu butelkę z resztką wódki. Ręka wystrzeliła tak szybko, że nawet nie zdążyła się przestraszyć. Ucho i policzek zapiekły; runęła na podłogę, waląc bezwładnie o deski. Straciła przytomność i leżała w kałuży krwi, nie wiedząc jak długo. Jednak zły Bóg nie zechciał jej wziąć do siebie. Kiedy udało się jej wreszcie pozbierać, Georga nie było w domu. Dotknęła rany, ale z sykiem opuściła rękę; za bardzo bolało, a poza tym kręciło się jej w głowie i miała mdłości.

Ojciec wrócił nad ranem, przetrzeźwiał i targnęły nim wyrzuty. Obmył jej potylicę wodą i obwiązał bandażem, a nawet dał jakiś proszek. Jo zapamiętała te wszystkie czynności, jakby podświadomie czuła, że może się to jeszcze nieraz przydać. Później bił ją albo popychał, ale dało się wytrzymać. Takie zwykłe incydenty nie obciążały specjalnie pamięci. Za to we wspomnienia na stałe wrył jej się kopniak Georga; bardzo długo bolały ją żebra, nie mogła oddychać – taką dał jej nauczkę, gdy ściągnęła mu garść jedzenia z talerza. Uciekła wtedy, skowycząc, do swojej ciemnej piwnicy i ukryła się przed nim między dyniami. Ich zapach i zgromadzone letnie ciepło zawsze dodawały jej otuchy. Te ogromniaste pomarańczowe kule stanowiły jedynych przyjaciół i zabawki. Były jej rodzicami albo dziećmi, zależnie od wyobraźni. Czasem stawały się zamkami, w których zły demon więził księżniczkę, czasem piłkami plażowymi, które turlała po złocistym piasku, czasem gniazdem dla feniksa.

Ludzi widywała tylko w telewizorze. Gdy ktoś przychodził do Georga, co zdarzało się niezmiernie rzadko, zamykał ją w piwnicy i nakazywał siedzieć cicho. Lepka ciemność otaczała ją i dawała poczucie bezpieczeństwa. Nikt nie zachodził do jej schronienia, bo każdego odstraszał mrok i przesiąknięty zgnilizną zapach pomieszczenia. Później już sama schodziła, bez polecenia ojca. Bała się tych odwiedzin, bo nikt jej nie nauczył, jak się powinna zachowywać. Wzorzec, który miała w domu, nie działał najlepiej. Najbezpieczniej czuła się właśnie pod podłogą albo w ogrodzie, ale już po zmierzchu. Drzewa, dzikie kwiaty i aromatyczna trawa poprzerastana ziołami dawały jej siłę i spokój. Nie obawiała się nocy, gdy zostawała sama. Wychodziła wtedy na ganek, siadała na stopniach, podciągając kolana i obejmując je ramionami, wpatrywała się w rozgwieżdżone niebo albo wsłuchiwała w szum deszczu i wiatru. To były znajome, miłe odgłosy.

Kochała wszystkie pory roku oprócz zimy. Georg nie miał wtedy nic do roboty, siedział w pokoju, chlał wódkę i wyładowywał na niej frustrację. Uciekała do piwnicy i chroniła się pośród sterty pomarańczowych dyń. Były niczym wspomnienie lata, zebrane, gdy słońce jeszcze mocno przygrzewało, pachniały polem, deszczem i swobodą. Jo nie znała innego życia niż to pod ojcowskim dachem, ale nie była też całkiem głupia – obrazki z telewizora dawały jej do myślenia, że może być inaczej. Czasem marzyła, że nie ma Georga, ale nie potrafiła sobie wyobrazić, jak wyglądałoby życie bez niego.

Kiedy miała trzynaście lat, po raz pierwszy zobaczyła śmierć. Ich koza, którą doiła dwa razy dziennie, zaniemogła. Położyła się na posłaniu ze słomy i już tak została. Kiedy rano Joanna próbowała ją postawić na nogi, poczuła, że zwierzę jest zimne. Pobiegła po ojca. Georg tylko zerknął i już wiedział.

– Zdechła – wyjaśnił krótko.

– Co?

– Nie żyje, debilu! Nie rozumiesz?

Jo nie rozumiała.

– Urodziła się, żyła i umarła, znaczy zdechła. Ty też tak skończysz! – zarechotał ojciec.

– A ty? – spytała, patrząc na niego z niezdrową fascynacją.

– Ja też. I każdy, kurwa, na tym świecie! Albo z choroby, albo ze starości, albo jak ktoś mu łeb upierdoli. Teraz rozumiesz?

To było ważne doświadczenie dla dziewczynki. Uświadomiła sobie, że może sprawić, żeby ojca nie było. Delektowała się tą myślą, ale potem zwyciężył zdrowy rozsądek: Georg daje jej jeść, bez niego będzie głodna.

Gdy miała piętnaście lat do ich muszej kropki przyjechali robotnicy. Mieli wybudować lepszą drogę, która połączy wioskę ze światem.

– Po co?

– Bo uprawiamy tu pszenicę, żyto i te pierdolone dynie. To wszystko trzeba wywieźć. My zarobimy, a ludzie w mieście będą mieli żarcie.

Teraz prawie nie widywała ojca. Zaglądał na pole, a potem leciał na budowę, gdzie dostał dorywczą pracę. Dla Jo nie miało to znaczenia, te dodatkowe pieniądze Georg i tak przeznaczał na wódkę. Jedyna korzyść była taka, że często przez kilka dni nie wracał do domu, zbyt pijany, by pokonać pieszo tych parę mil.

Dziewczyna otulała się kołdrą i układała między pachnącymi słońcem dyniami, śniąc o światach, które ujrzała w telewizji, wreszcie zadowolona.

Pewnego dnia zasiedziała się w ogrodzie, pod starą gruszą. Drzewo raczyło ją soczystymi słodkimi owocami, a ona korzystała z tej okazji, by poczuć się syta. Zasnęła oparta plecami o chropowaty pień. Kiedy się przebudziła, zapadła już noc, a na dodatek rozpętała się burza. Poderwała się i biegiem ruszyła do swojej piwnicy. Pioruny wystraszyły ją i do tego stopnia otumaniły zmysły, że po raz pierwszy w życiu nie zadziałał instynkt samozachowawczy. Wpadła do domu i zatrzymała się na środku pokoju. Nagle zdała sobie sprawę, że coś się zmieniło.

Obracała się wokół osi niczym papierowa tancerka na pozytywce, ociekająca woda tworzyła u jej stóp kałużę, a serce kamieniało przerażeniem. Na kanapie i na fotelach siedziało kilku mężczyzn i wpatrywali się w nią ze zwierzęcym zainteresowaniem. Musiała przegapić ich nadejście, gdy się zdrzemnęła.

– Chcieliśmy baby – odezwał się jeden z nich – i ktoś tam w górze spełnił nasze życzenie.

– Ale gębę ma okropną, wygląda jak wydrążona na Halloween dynia! Te zębiszcza…

– No – zarechotał inny – ale zadbał, żeby była umyta.

– Dupy deszcz jej nie umył – zauważył któryś dość przytomnie.

– Mnie tam to nie przeszkadza…

Krzyczała: „Georg! Georg! Pomóż mi!”, zdobyła się nawet na to, żeby nazwać go ojcem, ale nie doczekała się reakcji. Za to ktoś przyłożył jej pięścią w głowę i straciła przytomność.

Gdy się ocknęła, leżała w swojej mrocznej piwniczce. Całe ciało szarpał nieznośny ból, najbardziej bolała ją głowa od uderzenia i krocze – nie wiedziała od czego. Ostrożnie podniosła się i zajrzała przez uchylone drzwi do pokoju: był pusty. Poczłapała do kuchni, napiła się wody i wróciła do siebie, po drodze zgarnęła butelkę z odrobiną jakiegoś alkoholu. Przemyła zadrapania, zawinęła się w kołdrę i ułożyła między pachnącymi, ciepłymi dyniami. Resztkę wódki wypiła. Kiedy zadziałał alkohol i otumanił jej umysł, poczuła się bezpieczniej. Do tego zapadające ciemności napełniły ją otuchą, że już teraz będzie dobrze.

Przez kilka dni Georg nie pojawiał się w domu, a Jo była z tego zadowolona. Jadła dynie a także pozostałe po libacji resztki i dochodziła do siebie. Kiedy wrócił, omijał dziewczynę wzrokiem.

Od tego czasu coś się zmieniło między nimi, bezsensowną wrogość zastąpiła jawna nienawiść. Jo przestała być bezradna i powolna, jakby tamto wydarzenie uzmysłowiło jej, że musi walczyć o siebie. Georg już nie poszturchiwał jej bezkarnie, bo za każdym razem mógł się spodziewać riposty. Jej uderzenia nie były mocne, za to słowa raniły coraz bardziej, jakby z każdym wypowiadanym nabierała doświadczenia.

Wczesną wiosną Joanna poczuła się źle, bardzo źle. Zaszyła się w najciemniejszym kącie między dyniami, czerpiąc z nich pociechę i ukojenie. Gdy nadeszły ostre bóle brzucha, przytuliła się do najbardziej dorodnej, by wchłonąć choć odrobinę uspokajającego aromatu. Dwa albo trzy potężne skurcze sprawiły, że poczuła na nogach ciepłą wilgoć, a nieco później coś wyrwało się z niej i z mlaśnięciem wylądowało na podłodze. Dziewczyna patrzyła zaskoczona na długi sznur, który niknął między jej udami i w przedziwny sposób łączył ją z pokraczną istotą na ziemi. Przypominała nieco człowieka, ale była maleńka niczym dwie zwinięte pięści. Kolejny skurcz wyrzucił z ciała Jo jakiś pokrwawiony ochłap. Patrzyła na to z niedowierzaniem, w końcu stwierdziła, że jest nieziemsko zmęczona, nakryła się kołdrą i zasnęła. Ale przedtem wzięła to małe na rękę i przytuliła.

Kiedy się obudziła, znowu popatrzyła na tulonego dziwoląga. Nie ruszał się i był zimny, ale miał głowę, ręce i nogi.

– To człowiek? Ale dlaczego wyszedł ze mnie? – pytała szeptem mrok i swoich warzywnych przyjaciół. – Umarł? Ale przecież nie żył… Żeby umrzeć, trzeba się urodzić i żyć…

Nie mogła, nie chciała zakopać go w ogródku, tak jak Georg zrobił to z kozą. Przyniosła z kuchni nóż, rozkroiła najdorodniejszą dynię i umieściła tam tę istotę, potem nałożyła drugą część i przesunęła warzywo w najdalszy kąt piwnicy. Kiedy zapadał zmierzch, siadała obok i opowiadała, co wydarzyło się w ciągu dnia albo śpiewała kołysanki. Czasem miała wrażenie, że to coś skryte w ciemnym wnętrzu dyni porusza się, mamrocze albo mlaszcze, ale nie miała odwagi zajrzeć.

*** 

Minęła wiosna i lato, robotnicy czasem zaglądali do ich domu, ale teraz Georg zawsze ją uprzedzał. Umykała do ogrodu albo nawet dalej, do lasu. Czasem właziła na drzewo i podpatrywała, co robią. Najbardziej złościło ją, gdy podstawiali traktor z platformą i zabierali z pola dynie. Czuła się tak, jakby wyrywali z niej kawałki ciała, ale nie odważyła się zaprotestować. Kiedy nikogo nie było w pobliżu, sama wybierała jakąś sztukę i z ogromnym wysiłkiem taszczyła do siebie, by schować w mrocznym wnętrzu piwnicy. Zgromadziła tam najdorodniejsze okazy.

– Wiecie – zwierzała się szeptem – znowu tu przyjadą. Georg powiedział, że jutro zabiorą ostatnie nasze siostry z pola.

Coś poruszyło się niespokojnie we wnętrzu dyni. Joanna uspokajającym gestem położyła dłoń na warzywie.

– Ciebie nie oddam, ty jesteś mój!

Rano umknęła w najdalszy kąt ogrodu. Siedziała tam, obserwując ganek. Za plecami trzy białe brzozy sypały liśćmi, zimny wiatr wdzierał się jej pod ubranie, zaczęło mżyć. Bardzo chciała wrócić do swojej piwnicy i do swojej dyni, ale mężczyźni nie opuszczali domu. Dziś wyjątkowo drażniło ją oczekiwanie, była zła na robotników, że zjawili się w wiosce, że naruszyli spokój muszego gówna. Była wściekła na Georga, że pozwala im buszować po posesji, że oddaje im dynie.

Nagle poczuła ukłucie niepokoju, które w ciągu ułamków sekundy zmieniło się w paraliżujący strach. Poderwała się na nogi i ciężko dysząc, popatrzyła w kierunku piwnicznego okienka. Coś się tam działo! Coś z jej dyniami! Zamiast bezpiecznego mroku, w otworze przeświecał mdły blask.

– Nie! – wrzasnęła i pognała do domu, nie bacząc na zakaz Georga.

I ganek, i pokój zdobiły wypatroszone głowy dyń. Z każdego wolnego miejsca szczerzyły do niej w uśmiechu koślawe zęby i straszyły czarnymi oczodołami. Tylko niektóre miały wetknięte do środka świeczki, jakby twórca chciał sprawdzić efekt.

– Więc tym zajmowali się przez tyle czasu – pomyślała ze złością.

Pobiegła do piwniczki. Instynkt jej nie oszukał: stali nad jej przyjaciółmi z nożami, na podłodze zalegały pestki i niepotrzebny miąższ. Nie bacząc na własne bezpieczeństwo, rzuciła się w kąt, by osłonić tę bezbronną istotę, którą w przyjaznym mroku ukryła przed całym światem. Otoczyła ją ramionami i rozgorączkowanym wzrokiem ogarnęła zbliżających się mężczyzn. Ich rechot zagłuszał płacz, ich kroki tłumiły myśli. Nagle któryś szarpnął Joannę za rękę i oderwał od dyni. Zawyła strasznym głosem i zagłębiła zęby we wrogiej dłoni. Uderzył dziewczynę na odlew, tak że potoczyła się w stronę swojego skarbu. Impet rzucił ją na dynię, ciałem zepchnęła górną część schronienia. Załkała rozpaczliwie.

Nie mogła przestać płakać, ale wkrótce spostrzegła, że w piwnicy zapanowała cisza. Mężczyźni wpatrywali się w coś za jej plecami, ich otwarte usta i zastygłe w przerażeniu twarze kazały się jej odwrócić.

– Kochanie – szepnęła Jo i zaprezentowała uśmiech podobny do tych wyciętych w warzywach.

Coś zamlaskało, zafalowało. Ciemnobrunatna masa wylała się z dyniowej kołyski na podłogę i przesuwała w stronę oszołomionych robotników. Dźwięki siorbania i ciamkania towarzyszące przemieszczaniu się stwora przebudziły mężczyzn. Ruszyli bezładnie w stronę drzwi, ale nagle stworzył się zator. Ci, którzy znaleźli się już w pokoju, zapragnęli zawrócić. Napierający z tyłu nie mieli pojęcia, co się dzieje, marzyli o ucieczce przed śmierdzącym potworem.

Pierwszy zaczął ryczeć Georg. Jo widziała tylko jego twarz wykrzywioną w koszmarnym grymasie, widziała chaotyczne ruchy ciała, rozpaczliwe wymachy rąk. Nagle runął, a do uszu dziewczyny dotarł jedynie odgłos rzężenia i chrupania… jakby ktoś pogryzał świeżą marchewkę. Kolejni mężczyźni padali, dwóm udało się jednak cofnąć. Joanna, uspokojona już, patrzyła jak jej podopieczny oblepia nogi, wspina się na uda, biodra i brzuchy. Robotnicy przywarli do siebie plecami, jakby to miało ich ochronić przed jej maleństwem, a ono posuwało się coraz wyżej, pętając ręce, zaciskając się wokół gardeł, oblepiając twarze. Jeszcze chwilę stali, dopóki nie zabrakło im tlenu, potem padli.

Za jej podopiecznym posuwały się niczym buldożery wydrążone dynie, pochłaniając miotających się spazmatycznie robotników. Niektóre z nich, nadgryzając nogi, pozbawiały ofiary oparcia, a gdy mężczyźni osuwali się na podłogę, reszta kończyła dzieło. W szybkim tempie została w piwnicy tylko Joanna, jej maleństwo i dynie. Brunatna masa wróciła do kołyski, a warzywa przytuliły się do boków dziewczyny. Okryła wszystkich kołdrą, a później wzięła w ramiona połówkę dyni.

– Szczęśliwego Halloween, kochani! – szepnęła i spojrzała z miłością na swoich podopiecznych. A kiedy wypaliła się reszta świeczek, otulił ich przyjazny mrok piwnicy.

 

Koniec

Komentarze

Brr, coś okropnego! Dobry horror, znaczy się. Naprawdę odrażające i odpychające obrazki stworzyłaś, Bemik. Nie jestem fanem takich tekstów, ale doceniam to, że udało Ci się zmalować słowem takie okropieństwa, że odłożyłem kolację na czas lektury. 

Nie widzę tu natomiast Lovecrafta, zupełnie. 

Klik, klik. 

Dzięki. 

Próbowałam, szkoda. Tylko wydaje mi się, że Lovecraft miał być inspiracją – tak przynajmniej zrozumiałam temat.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ciekawe opowiadanie ;) Podoba mi się. Mam zupełnie inne odczucia niż Łukasz, może dlatego, że ja też w piwnicy chowany ;)

 

Córka dręczona przez ojca, matka zmarła przy porodzie – to trochę banał, że się przyczepię na początek. Myślę jednak, że wykonanie nadrabia ten problem. Podoba mi się język, świat przedstawiony, kara, która spotkała prześladowców. Dla mnie nie było strasznie, powiedziałbym wręcz, że to taki thriller ;)

 

Dostrzegam inspirację Lovecraftem. IMO, jest okej :)

 

Polecam do biblio.

 

Kilka uwag jeszcze:

 

Mówił jej o tym setki razy, gdy się upił na smutno.

“Upijał.”

 

Mieszkała z Georgem.

Georg, więc mieszkała z Georgiem.

 

– Nie żyje, debilu!

“Debilko”? No bo dlaczego rodzaj męski w sumie?

 

Exit light

Ech, Bemiku, kazałaś Joannie żyć w świecie nie do pozazdroszczenia – świecie pełnym zła, okrucieństwa i przemocy. I pełnym dyń. Czytając, miałam świadomość, że dziewczynę nie czeka nic dobrego i w jakiś sposób liczyłam, że dynie nie pozostaną obojętne na to, co ja spotkało, no i nie zawiodłam się. Jak na horror przystało, mroczny klimat wyziera z każdego niemal zdania, a w finale jeszcze gęstnieje, aby dynie mogły odegrać przeznaczoną im rolę.

Obawiam się, że to może niezbyt fortunne wyznanie, ale nie ukrywam, że lektura opowiadania sprawiła mi prawdziwą przyjemność. ;)

 

ko­rzy­sta­ła z tej oka­zji, by po­czuć się sytą. ―> …ko­rzy­sta­ła z tej oka­zji, by po­czuć się syta.

 

Po­de­rwa­ła się na nogi i bie­giem ru­szy­ła… ―> Czy mogła poderwać się inaczej, nie na nogi?

Może wystarczy: Po­de­rwa­ła się i bie­giem ru­szy­ła

 

Ostroż­nie pod­nio­sła się i zaj­rza­ła przez uchy­lo­ne drzwicz­ki do po­ko­ju… ―> Drzwiczki może mieć coś niedużego, np. szafka, więc raczej: Ostroż­nie pod­nio­sła się i zaj­rza­ła przez uchy­lo­ne drzwi do po­ko­ju

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

BesmentKey – dzięki za uwagi, za moment poprawię. Zostawiam tylko “debila” – nie zmieniam na debilkę. Jakoś lepiej mi tak brzmi, mocniej.

Miło mi, że generalnie wrażenia po przeczytaniu tekstu pozytywne.

Reg – bardzo się cieszę, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. I oczywiście zaraz poprawiam.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nastrojowe. Ale pozostawia niedosyt.

 

Zacznijmy może od kwestii Lovecrafta. Opowiadanie bez dwóch zdań należy do szeroko rozumianej literatury grozy. Jednak nie nazwałbym tego typowym wierdem. Nie mamy tu jasnych odniesień do mitologii Lovecrafta, nie mamy wspólnej tematyki, opowiadasz o zupełnie innym rodzaju zła (u ciebie potworami są ludzie, a potwory to wybawcy – bardziej to Sapkowski niż Lovecraft). Jedyne, co wiąże to opowiadanie z tematyką konkursu, to jeden czy drugi opis z końcówki. Ale to na szczęście problem dla jury, nie dla mnie.

 

Tekst sam w sobie jest w porządku. Sprawnie napisany, prowadzisz fabułę bardzo gładko, nie potknąłem się na żadnej dziurze. Całość jest dość przewidywalna, wręcz schematyczna, ale sprawnie wykonana. Nie ma niestety żadnych fajerwerków, żadnego zaskoczenia, niczego, co skłoniłoby mnie do zastanowienia. Finał nieco kiczowaty, ale w granicach dopuszczanych przez przyjętą konwencję. Choć liczyłem, że zdecydujesz się na coś mroczniejszego, mniej oklepanego.

Kreacja postaci szczątkowa, ale na plus. Bohaterka z osobowością naznaczoną traumą, nie do końca sprawna umysłowo, choć nie jest to w tekście mocno akcentowane. Szkoda, że robotnicy wyszli płascy jak dykta, ale cóż, konwencja.

Językowo w porządku, tworzysz nieprzyjemny nastrój nie uciekając się do taniej dosłowności. Czasem coś tam zgrzytnęło, nic nie zachwyciło, ale ten “przezroczysty” styl przynajmniej nie przeszkadzał w lekturze. Plus za to, że w całym tekście ani razu nie padają słowa “bluźnierczy”, “ohydny” ani “groteskowy”.

 

Słowem – tekst rzemieślniczo sprawny, ale nijaki w odbiorze. Nic mi w nim nie przeszkadzało, ale też nic nie zainteresowało

A ja bardzo się cieszę, Bemiku, że znów mogę cieszyć się Twoją twórczością. ;)

Już nie mogę klikać osobiście, ale zgłosiłam opowiadanie do Biblioteki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

None, bardzo Ci dziękuję za wnikliwą analizę.

Zaskoczyło mnie trochę stwierdzenie: Choć liczyłem, że zdecydujesz się na coś mroczniejszego, mniej oklepanego. Może faktycznie trochę oklepane, ale nie mroczne? No cóż, każdy ma inny próg odczuwania. Ja sama nie znoszę horrorów i do niedawna nawet nie próbowałam ich pisać. 

Dzięki za przeczytanie i pozostawienie opinii.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Może faktycznie trochę oklepane, ale nie mroczne?

Większość tekstu jest mroczna. Ale finał? Zło zostaje ukarane a krzywdziciele pokonani przez magiczną istotę, która pojawia się znikąd – zamień “maleństwo” na dobrą wróżkę i masz bajkę na dobranoc. ;)

 

None, “maleństwo” nie pojawia się znikąd – jest również wynikiem zła, myślałam, że to dość jednoznacznie pokazałam.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Pojawia się magicznie – to znaczy nie na skutek typowego ciągu przyczyn i skutków. To mam na myśli mówiąc "znikąd".

Pojawiło się magicznie, ale na skutek ciągu przyczyn i skutków. Jej pojawienie się było echem procesu okrucieństwa, który rozwijał się konsekwentnie od pierwszego słowa. Nie było tam żadnego znikąd. 

Chciałbym zwrócić uwagę na pierwszy akapit tego opowiadania. Naprawdę świetny. Złapał na haczyk, czytałem dalej. Lektura była satysfakcjonująca, bo opowiadanie jest napisane ładnym językiem, ale i trudna, ze względu na tematykę. Ale to horror, więc jest to w pełni zrozumiałe.

Tekst broni się sam, ale mi też brakuje bezpośrednich odniesień do mitologii Cthulhu. Jak na mój gust opowiadanie warto by rozbudować, wplatając jakieś nawiązanie do twórczości Lovercarfta. Coś, co za jednym zamachem tłumaczyłoby fantastyczny wątek zawarty w opowiadaniu i usprawiedliwiało jego udział w konkursie. Bo obawiam się, że inspiracja jest zbyt luźna. Ale może to tylko moje wrażenie.

Polecam do biblioteki. Po raz pierwszy :)

Powodzenia w konkursie, pozdrawiam!

Adamie, dziękuję za biblioteczną polecajkę.

Być może rzeczywiście zbyt luźno podeszłam do tematu jak na wymogi konkursu, ale wiesz… wolę, żeby opowiadanie komuś się spodobało niż żeby było było “zgodne z kanonem”. Choć z pewnością jedno nie wyklucza drugiego. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Cześć bemik,

przeczytałam pierwszy akapit i byłam przekonana, że Twoje opowiadanie będzie o gównie. I rzeczywiście było. Gówniane życie miała ta dziewczyna. 

Zacznę od tego, że świetny motyw z dyniami. Zwłaszcza z tą jedną. Trochę skojarzyło mi się z filmem Zabójcy bażantów, nie wiem czy widziałaś, tam jest podobny motyw, na tyle wstrząsający, że cały czas go pamiętam. 

Piszesz z zadziwiającym spokojem jak na temat, który poruszasz, ale to podoba mi się najbardziej. Naturalistyczne wręcz opisy, nie owijasz w bawełnę. Myślałam, że jestem wyjątkowo odporna na takie klimaty, ale momentami łapałam się za głowę:-) Dobrze, że nie opisałaś sceny gwałtu, bo nie wiem, czy bym to wytrzymała.

Zakończenie może nie zaskakuje, ale pasuje do całości. Lubię takie tytuły. Po pierwsze przewrotne, po drugie nabierające znaczenia dopiero po skończonej lekturze. Rzeczywiście na koniec zrobiło się przytulnie i miło:-) 

Czy tutaj był Lovecraft to nie oceniam, bo się nie znam:)

 

Przeczytałam jeden z Twoich komentarzy:

Ja sama nie znoszę horrorów i do niedawna nawet nie próbowałam ich pisać. 

Naprawdę? Wyszło Ci naprawdę dobrze, a nawet bardzo dobrze.

 

Polecam do biblioteki i pozdrawiam

Olciatko, lejesz miód na moje serce. 

I tak, nie znoszę horrorów, nie oglądam nawet najgłupszych i staram się nie czytać, choć ostatnio przewrotny los wpycha w moje ręce trochę takich pozycji. Jakiś czas temu “zarzucono” mi na portalu, że piszę “aksamitnie”, że nadaję się do tworzenia bajek i słodkich opowieści – na przekór temu postanowiłam spróbować swoich sił w grozie i horrorze. Podobno wyszło mi całkiem nieźle. Jeśli lubisz takie klimaty, polecam Ci swoją książkę “Bestie”.

Dziękuję za biblioteczną polecajkę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Po okładce widzę, że mi się spodoba:-)

Pojawiło się magicznie, ale na skutek ciągu przyczyn i skutków. Jej pojawienie się było echem procesu okrucieństwa, który rozwijał się konsekwentnie od pierwszego słowa. Nie było tam żadnego znikąd. 

W zasadzie nie ma to większego znaczenia dla oceny tekstu, ale to na tyle interesujący problem semantyczny, że myślę, iż warto go wyklarować.

 

BĘDĄ SPOJLERY

W określonym kontekście masz absolutną rację. Jeżeli patrzeć na to z perspektywy “zewnętrznej”, perspektywy czytelnika, pojawienie się potwora jest oczywiste. Zostaje wielokrotnie zasygnalizowane, wynika z konwencji. Czytelnik może się go spodziewać. I się spodziewa, dlatego pisałem, że tekst nie zaskakuje.

 

Z drugiej strony, z perspektywy “wewnętrznej”, to znaczy “z wnętrza” opowiadania, w obrębie wykreowanego świata, jego pojawienie się jest typowo “magiczne”. Ciąg przyczynowy gwałt->poronienie->umieszczenie płodu w dyni->powstanie potwora nie jest w tym kontekście logiczny. Żeby powstał potwór potrzebny jest jakiś element nadprzyrodzony, przeczący logice. Autorzy czasem dodają jakiś listek figowy (rytuał, mroczną przysięgę, przelot komety, wyciek z reaktora, tego typu nic nie wyjaśniające “wyjaśnienie”), tutaj bemik się o to nie pokusiła – i ok, nie jest to konieczne. Ale w obrębie świata opowiadania, potwór pojawia się znikąd. Magicznie. Równie dobrze mógłby wyskoczyć z prezentu gwiazdkowego lub spod poduszki – nie byłoby to logiczne w kontekście “zewnętrznym”, ale w “wewnętrznym” jest dokładnie równie sensowne. Podobnie, gdyby zastąpić stwora dobrą wróżką, magicznym jednorożcem lub świętym Mikołajem, nie byłoby to sensowne “zewnętrznie”, ale miałoby tyle samo sensu “wewnętrznie”. 

 

Przy czym, żeby było jasne, to nie jest dodatkowy zarzut, a jedynie wyjaśnienie moich wcześniejszych słów. Moja opinia o tekście pozostaje niezmieniona – jest technicznie poprawny. A co do finału – horror stoi złymi zakończeniami i na takie, wbrew wszystkim znakom w tekście, liczyłem. Ale mamy tu happy end, zło zostaje ukarane. I ok, prawo autora. A moje prawo na to narzekać. ;) 

Bardzo mi się podoba Twój tok myślenia. Przyjmuję do wiadomości. I znowu polecę swoje “Bestie” – tam znajdziesz wszystko, czego szukałeś tutaj. I tak – happy endu też nie ma, czyli coś, co uznałeś, że jest konieczne, aby było strasznie ;-) 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Hej, bemik!

Na twórczości Lovecrafta nie znam się zupełnie, więc odniosę się do samego tekstu a nie konkursu.

Jest nieźle. Okropnie, przytłaczająco nieźle. Być może trochę oklepane schematy, ale osobiście uważam, że liczy się przede wszystkim styl, a nie tylko fabuła, bo wiadomo – wszystko już było. A napisane jest tak, że nie mogłam się oderwać (szybko się niestety nudzę i zawsze czytam opka powyżej 10 tys. z przerwami, więc to, że przeczytałam za jednym zamachem uważam za twój sukces ;)). To jest właśnie dla mnie najważniejsze. Jest to mój wyznacznik jakości.

Wolę lekkie teksty przynoszące radość, bo za dużo mam smutku w życiu. Jednak rozumiem założenia konkursowe i wiem, że czasem trzeba przeczytać coś innego.

 

Powodzenia w konkursie! :)

 

 

EDIT: Poleciłabym do biblioteki, no ale masz już komplet ;) Więc daje ci niewidocznego dodatkowego klika.

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Dzięki, Lano. Cieszę się, że przykułam Twoją uwagę na dłużej.

I nie wiem, jak patrzyłaś, ale mam tylko trzy biblioteczne kilki wink

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Teraz tak, ale w nominacjach już komplet :) 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Ciekawe opowiadanie, trzyma w napięciu i wciąga. Mam jednak wrażenie, że pierwsza część opowiadania jest znacznie słabsza od drugiej – 

Córka dręczona przez ojca, matka zmarła przy porodzie – to trochę banał, że się przyczepię na początek.

Właśnie!

Ale pomysł z dyniami i tym, co wyewoluowało w środku jednej z nich – ciekawy. Poza tym tekst jest bardzo klimatyczny i czuć w nim atmosferę grozy, zamknięcia i samotności. Cała rzeczywistość zamyka się w tym jednym domu i ogrodzie oraz polu, a realny świat jest gdzieś daleko, nieosiągalny. Ładnie to wyszło. Styl też niczego sobie. Wnioskuję o klika!

Bardzo dziękuję. 

Żeby mogła zaistnieć ta ciekawsza część druga, musiała się najpierw pojawić część pierwsza wink

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Mroczne, z narastającym napięciem. Może nie jestem najwłaściwszą osobą do oceniania, bo nie przepadam za horrorami i z reguły ich nie czytam, ale mnie się podobało :) Fajnie wykorzystałaś dynie :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dzięki, Irko. Ja też nie przepadam za horrorami, dlatego staram się je oswoić ;-) 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Opowiadanie, które nie przestawało mnie zaskakiwać :P

Piszesz naprawdę fajnie, podziwiam Twój warsztat, zdania płyną swobodnie, jest obrazowo, a jednocześnie w ogólnie nie odczułem dłużyzn.

Tematyka mocna i niektóre sceny naprawdę “brudne”. Co do biegu wydarzeń to rosnącego “czegoś” w dyni się nie spodziewałem, walki na końcu również nie, a szczęśliwego zakończenia to już w ogóle. Przypominało mi na koniec klimat “Haloween” Burtona – niby straszne, a jednak czuć satysfakcję, że oprawcy zostali ukarani i jest nadzieja.

Bardzo Ci dziękuję, Zanais za te miłe słowa. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Czytało się przyjemnie, nigdzie się nie potykałam. Ciężki temat opisany w nie tak znowu ciężki sposób. Wielkie plusy za dynie, bo opisałaś to tak, że niemal czytam jakbym pomiędzy nimi stała. Końcówka jest według mnie ok, choć chyba sama lubię bardziej agresywne rozwiązania. Nie, żeby twoje takie nie było, w końcu wszyscy tam giną, ale jakoś tak myślałam o wielkim potworze na wzór głównego bohatera "The Nightmare Before Christmas", który potem idzie w świat wraz z mamusią ;)

Dzięki, ja chyba lubię happy endy, nawet jeśli są trochę przewrotne. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nowa Fantastyka