- Opowiadanie: Helmut - Astrostrada A4

Astrostrada A4

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Astrostrada A4

– Znowu objazd. I za co ja płacę? – irytował się pilot, rzucając przekleństwami w pustą przestrzeń kabiny gwiazdolotu. – W każdej normalnej galaktyce meteory się zawczasu wysadza w cholerę, tylko u nas wolą zamknąć trasę i poczekać aż same przelecą. Tego się w ogóle nie powinno nazywać astrostradą!

Pociągnął nerwowo łyk syntetycznej kawy z kubka termicznego, przy czym napój okazał się być tak gorący, że wnet znalazł się na spodniach mężczyzny. Plując wietrzył oparzony język, a w myślach mieszał z błotem wynalazcę działającego aż nazbyt dobrze termosu.

W tym samym czasie komputer pokładowy zmniejszał prędkość statku, przygotowując się do manewru omijania nieczynnego fragmentu drogi hiperprzestrzennej. Wokół zaczęło robić się gęsto od podobnie zwalniających pojazdów, które dopiero teraz stawały się zauważalne. Każda z maszyn musiała połączyć się z nadajnikiem systemu nawigującego i nanieść poprawki na mapę, przez co powstał niemały zator, przyprawiający co bardziej niecierpliwych i nerwowych pilotów o palpitację serca bądź analogicznych organów.

Mężczyzną pilotującym niewielki, prywatny gwiazdolot był niejaki Rudolf Zbych z planety S0-SN0-W13-C. Leciał z wizytą do mieszkającej w odległym zakątku Drogi Mlecznej ciotki, a jak powszechnie wiadomo, odwiedziny u dowolnej ciotki powodują głęboki dyskomfort psychiczny zarówno przed, po, jak i w trakcie. Nie można się więc nadmiernie dziwić wzburzeniu Rudolfa, szczególnie że do przebycia miał pół galaktyki.

Jakby tego wszystkiego było mało, właśnie w tym momencie rozległ się ostrzegający gwizd, a na desce rozdzielczej zapłonęła kontrolka niskiego poziomu paliwa w reaktorze napędowym. Nie mając już nawet siły na wybuch złości, Rudolf jedynie westchnął i zmienił kurs na najbliższy punkt obsługi.

– Witamy na stacji SOLAREN – po udanym dokowaniu oznajmił kobiecym głosem uprzejmy android wzorowany na jednej z gwiazd ludzkiej telewizji – czym możemy służyć?

– Chciałbym zatankować.

– Rozpoznano reaktor uranowy klasy D. Z odpowiadających paliw posiadamy Uranium Super Premium Plus oraz Uranium Extra Premium Plus, które zatankować?

– Extra… Nie, zaraz, które jest tańsze?

– Paliwo Uranium Super Premium Plus charakteryzuje się niższą ceną, natomiast stacja SOLAREN przypomina, lepsze paliwo to dłuższe życie dla twojego…

– Cicho! Ładujcie tańsze. Nie, nie potrzebuję wymiany chłodziwa. Ani filtrów. Zapach do kabiny gratis? No dobra, byle szybko.

Podczas gdy automaty wymieniały zużyte paliwo i dokonywały wszystkich czynności, na jakie udało się naciągnąć pilota, on zagłębił się w labirynt korytarzy stacji, rozprostowując zmitrężone kosmicznymi przeciążeniami kości. Mijał szeregi pomieszczeń oferujących wszelkie usługi, o jakich mógł zamarzyć humanoid, a także takie, do skorzystania z których brakowało mu odnóży, receptorów lub zdolności do fotosyntezy.

Ostatecznie skierował się jednak ku kantynie, gdzie po ostatnich dniach spędzonych na koncentratach i liofilizatach liczył na posiłek ze świeżego mięsa i jarzyn. Na samą myśl o befsztyku z tłuczonymi kartoflami i modrą kapustką gruczoły ślinowe odkładały zaległe urlopy i zostawały w pracy po godzinach. Gdyby jeszcze do tego był kompot z owocami, powiedzmy wiśniami, które można wyjadać łyżeczką, jego brodawki językowe umarłyby chyba w wyniku eksplozji smaków. I trzeba przyznać, że byłaby to piękna śmierć. 

Lecz kiedy podszedł do pleksiglasowego szynkwasu, dostrzegł opiekające się kusząco na grillu kiełbaski i będąc człowiekiem słabej woli, zamówił wielkiego hot-doga, z dwoma sosami i wszystkimi możliwymi dodatkami. Rzecz jasna prędko pożałował tej decyzji, gdyż stacyjne hot-dogi słynne są z tego, że najlepiej smakują w wyobraźni.

Kończył właśnie pochłaniać posiłek, (dochodził do tego krytycznego momentu, gdy kończy się parówka i zostaje piętka obrzydliwej bułki z najbardziej podłą musztardą jaką zna kosmos), kiedy zaczepił go człowiek, młody chłopak w podróżnym stroju:

– Przepraszam pana najmocniej, czy leci pan może w kierunku Układu Słonecznego? – zapytał nieśmiało.

– Lecę na Alfa Centauri, ale stamtąd to już rzut beretem na Słońce. A co?

– A bo wie pan, skończyłem szkołę i chciałem w końcu zobaczyć kolebkę ludzkości, takie wakacje… Może mógłby mnie pan podrzucić ten kawałek? – zapytał chłopak.

Rudolf chwilę się zastanowił, w końcu rzadko trafiają się tacy przypadkowi pasażerowie, ale młodziak nie wyglądał na groźnego, wręcz przeciwnie, sprawiał wrażenie jakby pierwszy raz wyszedł ze swojej strefy komfortu i teraz zaczynał tego żałować. W sumie to zawsze raźniej, samemu to nawet nie ma z kim ponarzekać na stan dróg, a do Alfa Centauri jeszcze ładny kawałek.

– No dobra młody, masz dzisiaj szczęście. – odpowiedział robiąc minę dobrego wujka. – Ładuj się na statek, te parszywe droidy już chyba zrobiły co trzeba. Tak w ogóle to Rudolf jestem.

– Leszek – przedstawił się autostopowicz.

Z trudem wziął na ramię wielki, turystyczny plecak, który jakkolwiek nie był nadmiernie wypchany, ważył bodaj ze trzydzieści kilo albo i więcej. Uginając się pod jego ciężarem, powlókł się za Rudolfem w kierunku śluzy statku, by umościć się na fotelu pasażera. W tym czasie pilot zainicjował procedurę startu i wyznaczył kurs na Alfa Centauri. Obły kadłub miękko odbił się od doku i popychany mocą silników manewrowych, skierował się z powrotem ku lśniącej delikatnie błękitnym blaskiem nitce astrostrady.

– No, uważaj, teraz trochę przyciśnie – ostrzegł Rudolf, kiedy zaczęli nabierać prędkości na pasie rozbiegowym.

Po osiągnięciu nadświetlnej, obaj odprężyli się nieco i zaczęli swobodniej rozmawiać.

– Mówiłeś, że skąd jesteś? – zagaił Rudolf.

– Z Zewnętrznych Rubieży. Mały układ w sektorze szesnastym.

– Aha – skwitował pilot. Już on znał tych z Zewnętrznych Rubieży. Chamy i prostaki, co do jednego. – O, patrz jak ten za mną grzeje. Zaraz nam się wrypie w rufę.

Wskazał na wyświetlacz radaru. Od tyłu szybko zbliżała się czerwona kropka.

– Ciekawe co to za jeden. – Przycisnął znak na ekranie, na którym pojawiły się szczegóły identyfikacyjne nadawane przez nadlatujący statek. – Idę o zakład, że to któryś z modeli Bolidu Międzygwiezdnych Wojażerów… No pewnie, jeszcze dwudziestoletni, cud, że to w ogóle lata!

Czerwona kropka wyprzedziła ich śmigając bokiem, a pasażerowie nie mogli dostrzec, że był to wehikuł tak naprawdę czterdziestoletni, w dodatku połatany w tylu miejscach, że przypominał raczej patchworkowy wytwór domorosłego MacGyvera niż nowoczesny pojazd do podróży kosmicznych. W dodatku pokrywała go brudnoczerwona farba, a na burcie ktoś wymalował wielki, biały napis „Postrach Róbieży”. Za sterami siedział rozwalony na krześle wyrostek, który prawdopodobnie należał do rasy ludzkiej. Tę hipotezę zdawał się potwierdzać przeglądany właśnie przez niego katalog „Sztuczne samice gatunku ludzkiego – tysiąc wersji do tańca i do różańca”. Od czasu do czasu podnosił znad niego głowę tylko po to, żeby zobaczyć na radarze jak wyprzedza kolejne statki i z satysfakcją zachichotać.

– Jak tak można w ogóle? Przecież to skrajnie nieodpowiedzialne! – zapieklił się Rudolf, czerwieniejąc na twarzy. – Na bank ma nielegalnie podkręcony reaktor, w końcu się zepsuje i będzie katastrofa. Siebie zabije, to żadna strata, ale co jak wpadnie w czyjś tor lotu?

Leszek taktownie przytakiwał, a nawet dogadywał w podobnym tonie:

– Takich to się powinno od razu łapać i zabierać uprawnienia. Co tam, ja bym im przysolił zakaz opuszczania rodzimej planety, jak ktoś się nie umie zachować w kosmosie to niech się tam nie pcha, ot co.

– Czekaj, ja mu zaraz pokażę, daleko nie uciekł. Niech zobaczy kto tu rządzi, frajer jeden zbałwaniony – zaperzył się Rudolf.

Przesunął do oporu dźwignię prędkości i dopuszczalnego przeciążenia. Otoczone kosmiczną próżnią, silniki bezgłośnie zawyły zdwajając wysiłki, a chłodziwo w rurach popłynęło wartkim strumieniem, bulgocząc złowrogo. Statek pognał do przodu, wgniatając obydwu pasażerów w amortyzujące fotele, aż pozielenieli. Nie minęło wiele czasu, nim wyprzedzili znacznie starszy pojazd, a Rudolf wyszczerzył się z mściwą satysfakcją. Uśmiech spełzł mu jednak natychmiast z twarzy, gdy na z głośników rozległ się odczytany mechanicznym głosem syntezatora komunikat:

– Uwaga! Przekroczyłeś dopuszczalną prędkość na tym odcinku. Zostanie naliczona kara w wysokości dwustu szesnastu kredytów.

Komputer pokładowy automatycznie zaczął zwalniać, a twarz Rudolfa przybrała barwę dojrzałej śliwki węgierki.

– …! – wygulgotał rozsierdzony.

– To ja może pójdę się oporządzić. – Leszek ostrożnie i z trudem wstał z fotela. – Gdzie jest łazienka?

– Pierwsze drzwi po lewej – odwarknął Rudolf.

Autostopowicz opuścił kabinę ciągnąc za sobą plecak. Kiedy wyszedł, pilot otworzył drzwiczki chłodzonego barku i wyciągnął butelkę napoju znanego w całym zamieszkałym przez ludzi (i nie tylko) Wszechświecie. Tak, jeżeli chodzi o środki uspakajające, Rudolf był zdecydowanym tradycjonalistą. Sącząc chłodne piwo, obejrzał parę epizodów ulubionego serialu detektywistycznego, którego akcja z odcinku na odcinek zagęszczała się tak bardzo, że powinna w końcu implodować w czarną dziurę kryminału.

Ani się obejrzał, gdy zaczęli zbliżać się do stacji orbitalnej układu Alfa Centauri. Leszek skończył właśnie ablucję i wrócił do kabiny.

– W samą porę, zaraz dokujemy – rzekł Rudolf, rozważając w myślach czy tak długa kąpiel pasażera nie zużyła aby zanadto filtrów. – Stąd na pewno złapiesz jakąś marszrutkę na Słońce.

– Dzięki wielkie. Naprawdę miło było pana poznać.

– Nie ma sprawy, trzymaj się.

Chłopak podniósł plecak, który wydawał się nawet cięższy niż przedtem i zniknął zaraz w trzewiach stacji. Rudolf wstał, przeciągnął się, również skierował ku śluzie, ale ostatecznie zrezygnował w pół ruchu. W końcu za kilkanaście minut będzie u celu, szkoda czasu na odpoczynek. Poza tym mógłby spotkać znowu tego młodego i byłoby jakoś niezręcznie, skoro już się pożegnali.

Rzeczywiście, w parę chwil później przecinał sztuczną atmosferę planety, na której mieszkała jego ciotka, urzędniczka w kolonii górniczej. Chwytne łapy podwozia osiadły miękko na lądowisku, a rozgrzany pancerz ze spiekanych węglików syczał stygnąc w strumieniu chłodzącego powietrza. Trap opuścił się na płytę kosmodromu, a Rudolf już sposobił się do wyjścia, kiedy do wnętrza kabiny wparowała cała hałastra funkcjonariuszy z obsługi, ubranych w skafandry przeciwradiacyjne.

– Zaraz, co jest?! – zawołał zdziwiony.

– Co jest? To ja się pytam co jest! – odpowiedział hardo sierżant z ochrony. – Co pan sobie myśli? Że to tylko kilka rentgenów, że my nie zauważymy? Może u was na rubieżach to normalne, ale u nas wszystko ma być jak w dowodzie rejestracyjnym. Chłopaki, zabezpieczyć mi tu teren, a tego ptaszka zaprowadźcie do aresztu!

– Ale za co? – Rudolf dalej nie rozumiał.

– A za nielegalne modyfikacje. Ładnie to tak wycinać katalizator z własnej rakiety?

– Co…ale…jak…– zapowietrzył się pilot. W końcu go olśniło. – Leszek ty gnido!

Ale Leszek był już daleko, daleko, na kosmicznym skupie złomu, w bardzo odległym układzie.

Koniec

Komentarze

Cześć.

 

Ciekawa otoczka, ładnie nawet napisana historia, brakuje mi tylko ciekawej fabuły. Trochę mi to wygląda na zwyczajne życie przebrane w szaty science fiction, brzytwa Lema nie zostawiłaby tutaj niczego fantastycznego.

Polecam Ci opowiadanie Seenera i zwrócenie uwagi w jaki sposób on przedstawił zwykłe życie w opakowaniu fantastycznym ;)

 

Kilka jeszcze uwag:

 

palpitacje serca bądź analogicznych organów.

“Palpitację”.

 

– No, uważaj, teraz trochę przyciśnie. – ostrzegł Rudolf, kiedy zaczęli nabierać prędkości na pasie rozbiegowym.

Bez kropki po przyciśnie. Przy odgłosach paszczowych nie dajemy kropki, przy niepaszczowych dajemy ;) Poradnik zapisu dialogów.

 

Ale Leszek był już w daleko, daleko

Chyba “w” się tu zaplątało.

Che mi sento di morir

Dziękuje za wskazówki BasementKey, na pewno o tym pomyślę. Co do palpitacji zawsze myślałem, że jest to pluralia tantum (palpitacje), ale sjp rzeczywiście pokazuje mianownik palpitacja.

A widzisz, ja miałem zaś podobne przeświadczenie związane ze słowem “ablucja”, które także pojawia się w Twoim tekście, ale SJP PWN mnie naprostował ;)

Che mi sento di morir

Mało odkrywcza i przewidywalna humoreska w starym, fanzinowym stylu. Za to sprawnie napisana, do tego ze sporą znajomością retrofantastycznych elementów świata przedstawionego, gadżetów i chwytów itp.

I w sumie żal, że cała ta dosyć bogata fantastyczna otoczka służy jedynie humorystycznemu wytransferowaniu polskich (a także znanych z polskich dróg) przywar w kosmos. Oraz zaprezentowaniu tak prostej fabuły.

Co można jeszcze pochwalić? Kilka nie najgorszych (ale raczej letnich żartów), parę dobrych spostrzeżeń i celnie sformułowanych myśli. Całość niby ma być zabawna, a jest bardzo taka sobie (zaznaczam – bardzo trudno mnie rozśmieszyć, a Twoje żarty najwyższej jakości i oryginalności nie są). Coś jak kabaret z porannej ramówki Polsat 2. Do tego jeszcze puenta bardzo słaba. Do poprawki: przecinki, zapis dialogów.

 

 

– A bo wie pan, skończyłem szkołę i chciałem w końcu zobaczyć kolebkę ludzkości, takie wakacje… Może mógłby mnie pan podrzucić ten kawałek? – zwrócił się z prośbą.

Rudolf chwilę się zastanowił, w końcu rzadko trafiają się […]

– To „zwrócił się z prośbą” zamieniłbym na „poprosił Leszek/autostopowicz/gość” lub coś w tym stylu. Po pierwsze czytelnik może się zawiesić, bo jakby brakuje podmiotu przy taki sformułowaniu. Po drugie mamy tutaj spore nagromadzenie „się”, którego można łatwo uniknąć.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki mr.maras za recenzję. Co prawda porownanie polsatowskiego kabaretu trochę mnie ubodło (nie wiem czy można upaść niżej niż polsatowski kabaret, ale przynajmniej nie użyłemżartu o chłopie przebranym za babę), ale jakoś to przeboleję. To moje pierwsze opowiadanie tutaj i chciałem zacząć od czegos lekkiego, ale przyznam że akcja leży. Następnym razem postaram się bardziej ;))

No wiesz, w sumie Twój żart sprowadza się do przeniesienia w realia fantastyczne (bardzo stereotypowe) Polaka-kierowcy, ktorego inny Polak-cwaniak kręci, kradnąc cześci na złom. Nie jest to szczyt wyrafinowania i humoru. Ale napisane sprawnie i ze znajomością owych stereotypów (dotyczących realiów fantastycznych, nie Polaków, bo Polaków przedstawiasz hiperstereotypowo po najmniejszej linii oporu), więc szkoda, że cała para poszła w gwizdek.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hej, Helmut!

Fajne to twoje opko, lekkie (choć może niekoniecznie dla kogoś niezbyt siedzącego w sf, czyt. dla mnie), zabawne, z “jajem”. Lubię takie :) Zabrakło mi tu tylko, jak zostało wspomniane, fabuły. Ponieważ jednak tekst jest krótki, można traktować go jako wprawkę, więc nie skreślam go. Szczególnie, że napisane jest całkiem umiejętnie. Czytało się z przyjemnością (choć za dużo dla mnie tych technikaliów).

 

 

(…) gruczoły ślinowe odkładały zaległe urlopy i zostawały w pracy po godzinach. 

 

 

:)

 

 

Powodzenia w dalszym pisaniu! Czekam na kolejne teksty (szczególnie fantasy i z pogranicza)! 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Dzięki LanaVallen, już myślę co tam następnego nabazgrać :))

Sprawnie napisane, miejscami zabawne, ale trochę mało odkrywcze.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

No cóż, zmieniają się czasy i sposoby podróżowania, ale zachowanie podróżnych pozostaje bez zmian. Chyba miało być zabawnie, ale, jak na mój gust, wyszło raczej tak sobie.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

przy­pra­wia­ją­cy co bar­dziej nie­cier­pli­wych i ner­wo­wych pi­lo­tów o pal­pi­ta­cję serca bądź ana­lo­gicz­nych or­ga­nów. ―> O ile mi wiadomo, palpitacji może ulec tylko serce. A któreż to organy miałeś na myśli, utożsamiając je z sercem?

 

Z od­po­wia­da­ją­cych paliw po­sia­da­my Ura­nium Super Pre­mium Plus oraz Ura­nium Extra Pre­mium Plus, które za­tan­ko­wać? ―> Dlaczego wielkie litery?

 

za­mó­wił wiel­kie­go hot-do­ga… ―> …za­mó­wił wiel­kie­go hot do­ga

 

Koń­czył wła­śnie po­chła­niać po­si­łek, (do­cho­dził… ―> Przed nawiasem nie stawia się przecinka.

 

Nie mi­nę­ło wiele czasu, nim wy­prze­dzi­li znacz­nie star­szy po­jazd… ―> Nie mi­nę­ło wiele czasu, gdy wy­prze­dzi­li znacz­nie star­szy po­jazd

 

gdy na z gło­śni­ków roz­legł się… ―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

któ­re­go akcja z od­cin­ku na od­ci­nek… ―> …któ­re­go akcja z od­cin­ka na od­ci­nek

 

– Co…ale…jak…– za­po­wie­trzył się pilot. ―> Brak spacji po wielokropkach.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Widzę, że na autostradzie bez zmian :). Niezły tekst, przede wszystkim gładko napisany i szybko się go czyta.

Natomiast jak wspominali wcześniejsi komentatorzy brakuje fabuły jako takiej. Opowiadanie wygląda raczej na wstęp niż na zamkniętą całość. Wydaje mi się też że może za bardzo skupiasz się aby przepisać dzisiejsze realia jazdy samochodem na SF i przedstawić je przez ich pryzmat niż na historii, którą chcesz przekazać.

Jeszcze przypomniało mi się, że jest tu taki poradnik który może uznasz za przydatny :)

Powodzenia w dalszym pisaniu :)

 

Regulatorzy, dzięki za przeczytanie, to taka wprawka na początek i mam nadzieję, że następnym razem wyjdzie lepiej :)

 

Co do uwag, to po kolei:

 

Analogiczne organy – chodzi o organy analogiczne do serca, występujące u innych “kosmicznych” ras. Zapewne mogą być one na tyle różne, że z anatomicznego punktu widzenia sercami nie będą, a mimo to będzie w nich zachodziło podobne zjawisko jako reakcja na zdenerwowanie. 

 

Paliwa – napisałem je dużą literą, kierując się po prostu doświadczeniem ze stacji benzynowych. Sprawdziłem teraz np. na stronie Orlen i swoje paliwa zapisują właśnie w ten sposób (Verva Diesel, Eurosuper 95). 

 

Pozostałe uwagi jak najbardziej biorę sobie do serca i zapamiętuję.

 

Edward Pitowski, dzięki, że tu zajrzałeś, obiecuję, że w następnym opowiadaniu będzie już rozbudowana fabuła. Co do poradnika, już wcześniej się z nim zapoznałem, teraz pora wprowadzić go w życie ;)

 

…cho­dzi o or­ga­ny ana­lo­gicz­ne do serca, wy­stę­pu­ją­ce u in­nych “ko­smicz­nych” ras.

OK, rozumiem. Choć myślałam, że piszesz o ludziach, nie o innych rasach kosmicznych, no ale może coś umknęło mojej uwadze.

 

Pa­li­wa – na­pi­sa­łem je dużą li­te­rą, kie­ru­jąc się po pro­stu do­świad­cze­niem ze sta­cji ben­zy­no­wych.

Nie wydaje mi się, aby na stacjach benzynowych można zdobyć wiedzę z zakresu poprawnego pisania, zwłaszcza że nazwy produktów przemysłowych piszemy małymi literami.

http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

Helmucie, skoro, jak sam twierdzisz, to tylko wprawka, pozostaje mi mieć nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą o wiele ciekawsze i znacznie lepiej napisane.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mam trochę mieszane uczucia względem tekstu.

Z jednej strony jest lekki i przyjemny – to jest na plus. Jednak im dalej się czyta, tym mniej jest zaskakująco – jak to zauważono wcześniej, motywy z polskich dróg przełożyłeś na warunki kosmiczne. Czegoś, czego mi tu zabrakło to adaptacja na prawdziwe kosmiczne warunki – kwestia kosmicznego zatoru wydaje się dziwna, kiedy nie ma za bardzo zobrazowane, ile pojazdów kosmicznych on dotyczył. Kolejna sprawa, to kwestia ciężkiego plecaka, który ważył ze trzydzieści kilo. Ok, ale pamiętajmy, że akcja dzieje się w kosmosie gdzie ten plecak powinien ważyć dokładne nic. Takie elementy sprawiają, że brakuje mi, jakkolwiek, realizmu. Rozumiem kwestie sci-fi, że przez gatunek można tłumaczyć wiele obejść względem fizyki ale nie zaliczałbym do tego podstawowej grawitacji. 

Cześć Sagitt, Dzięki za odwiedziny :) Oczywiście zakładam istnienie sztucznej grawitacji

Nowa Fantastyka