- Opowiadanie: Realuc - Glisty ludzkie

Glisty ludzkie

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Glisty ludzkie

Gaszę peta w szkla­nej po­piel­nicz­ce.

A ra­czej ugnia­tam go tak za­wzię­cie, jak­bym chciał uka­rać obrzy­dli­we­go ro­ba­la, któ­re­go zna­la­złem pod po­ście­lą. Obrzy­dli­wiec jest już po­gię­ty do gra­nic moż­li­wo­ści. Mimo to przy­du­szam zyg­za­ko­wa­te pa­skudz­two kciu­kiem. Długo. Mocno. Aby mieć pew­ność, że nie zio­nie. A może zwy­czaj­nie prze­rzu­cam złość na ni­cze­mu win­ne­go tru­ci­cie­la?

– Harry, chodź do łóżka.

Uwiel­biam tę białą, ko­ron­ko­wą ko­szu­lę nocną. Wy­glą­da w niej jak bo­gi­ni. Zer­kam na zegar. Druga w nocy. Znowu na żonę. Stoi u progu sa­lo­nu i pa­trzy na mnie w po­ło­wie za­spa­nym, w po­ło­wie po­żą­dli­wym wzro­kiem.

– Nie mam dziś weny.

– Ro­zu­miem…

– Wła­śnie nie ro­zu­miesz! – wy­krzy­ku­ję, strą­ca­jąc na po­sadz­kę po­piel­nicz­kę pełną zmal­tre­to­wa­nych petów. Po­piół roz­sy­pu­je się po po­pie­la­tych pa­ne­lach.

– Tylko nie w ten spo­sób! Nie w ten spo­sób! – Mia rów­nież za­czy­na krzy­czeć, co nie zda­rza się jej czę­sto. – Wiem, jak trud­ną masz pracę. Ale nie mo­żesz prze­no­sić tego wszyst­kie­go do domu. Do na­sze­go życia. Tak się nie da.

Ma rację.

– Wczo­raj­szy trup miał gałki oczne we­tknię­te w usta, palec wska­zu­ją­cy w odbyt i… na tym le­piej za­koń­czę. Na­praw­dę my­ślisz, że mogę wró­cić do domu jakby nigdy nic i po­wie­dzieć: Dzień dobry, ko­cha­nie! Jak ci minął dzień? U mnie wszyst­ko świet­nie, wy­ją­łem dziś palec z dupy nie­bosz­czy­ka.

– Nikt nie trzy­ma cię tam siłą, Harry. Nikt.

Mia pod­cho­dzi, siada obok. Kła­dzie dłoń na mojej spo­co­nej szyi. La­wen­do­wy za­pach kru­czych, krę­co­nych wło­sów oraz orze­cho­wy aro­mat na­oli­wio­ne­go ciała spra­wia­ją, że na krót­ką chwi­lę za­po­mi­nam, dla­cze­go spa­lam w sa­mot­no­ści drugą pacz­kę o dru­giej w nocy.

– Duma. Trzy­ma mnie tam cho­ler­na duma. Dą­ży­łem do tego pięt­na­ście lat. Kry­mi­nal­ni, to jest coś! A trze­ba było w spo­ko­ju wy­pi­sy­wać man­da­ty. Rze­czy­wi­stość oka­za­ła się bru­tal­niej­sza niż na fil­mach. Bru­tal­niej­sza od wszyst­kie­go, co można sobie wy­obra­zić.

– Chcesz po­zwo­lić, aby duma roz­pie­przy­ła nasz zwią­zek?

Pa­trzę na utkwio­ny w ozdob­nej ramce złoty napis: David. Owoc na­szej mi­ło­ści, który spadł z drze­wa, nim zdą­żył się na nim po­ja­wić.

– Ogar­nę się, Mia. Przy­się­gam, że się ogar­nę. A teraz za­pa­lę ostat­nie­go i zaraz do cie­bie przyj­dę.

– Nie. Pój­dziesz ze mną teraz – chwy­ta mnie za dłoń i cią­gnie za sobą. Nie pro­te­stu­ję.

– Ko­cham cię, Harry. Prze­szli­śmy już tak wiele, że nie mo­żesz tego teraz spie­przyć.

Kła­dzie­my się. Czuję jej bose stopy na łyd­kach, dło­nie na pier­si, od­dech na po­licz­ku.

– Bę­dzie do­brze. Do­rwie­my psy­cho­la, wezmę parę dni wol­ne­go, wy­je­dzie­my gdzieś. Bę­dzie do­brze.

Mia za­snę­ła. Kłę­bią mi się przed ocza­mi roz­gnie­cio­ne pa­pie­ro­sy. Peł­za­ją ni­czym ob­śli­zgłe ro­ba­le. Sta­ram się je za­mie­nić na pu­szy­ste ba­ran­ki, ale chuj z tego.

Ta noc rów­nież bę­dzie na­le­żeć do tych nie­prze­spa­nych.

 

 

*

 

Bri­xham ata­ku­ją deszcz i sztorm.

Wiatr wali o mury ko­lo­ro­wych domów, które pię­trzą się na wzgó­rzu. Zsze­dłem już na szczę­ście do portu, choć tutaj nie jest wcale le­piej. Spie­nio­ne fale ło­mo­czą o burty ma­łych łodzi, dro­gich jach­tów, pi­rac­kich wy­ciecz­kow­ców i w końcu o re­pli­kę stat­ku Fran­ci­sa Drake’a. Jest go­dzi­na dzie­więt­na­sta, a mia­stecz­ko wy­glą­da na wy­mar­łe. Tu­tej­si sie­dzą na za­dach w swo­ich czte­rech ścia­nach, ry­ba­cy dawno ucie­kli przed za­po­wia­da­ną od rana burzą, a tu­ry­ści za­szy­li się za­pew­ne w ba­rach i za­le­wa­ją się w trupa.

Jest i on. W czar­nym płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym, z wy­so­ki­mi gu­mo­fil­ca­mi na no­gach i z żół­ty­mi rę­ka­wi­ca­mi na rę­kach wy­glą­da jak ra­so­wy wiel­bi­ciel morza. A do­brze wiem, że Simon nie znosi wody. Chyba że jako po­pit­kę do moc­ne­go bur­bo­na.

– Je­steś wresz­cie. Czło­wiek czeka pięt­na­ście minut i mok­nie, a ty idziesz, jak­byś się na spa­cer wy­brał. – Krza­cza­ste wą­si­sko pod­ska­ku­je po każ­dym wy­po­wie­dzia­nym przez niego sło­wie.

– Nikt ci nie kazał ster­czeć pod la­tar­nią jak jakaś la­dacz­ni­ca. Trze­ba było wejść do Szyb­kie­go Śle­dzia prze­krzy­ku­ję deszcz, wiatr i sza­le­ją­ce morze.

– Jak bym tam wszedł, to już bym nie wy­szedł, do­brze wiesz.

– No niby tak…

Idę za od­wiecz­nym kom­pa­nem tej nie­wdzięcz­nej pracy. Razem do­sta­li­śmy awans i razem tkwi­my w tym samym gów­nie. Tyle że Simon topi smut­ki w al­ko­ho­lu i udaje, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Ma pięk­ną willę po zmar­łej żonie i dużo kasy, którą otrzymał w spad­ku, a i tak tak, jak ja, nie może wy­leźć z tego szam­ba.

– To rów­nież jego spraw­ka? – pytam przy­ja­cie­la.

– Zaraz się prze­ko­na­my.

Wcho­dzi­my do opusz­czo­ne­go por­to­we­go ma­ga­zy­nu. Simon wy­cią­ga spod płasz­cza la­tar­kę i roz­świe­tla mrok. W ką­tach wa­la­ją się stare skrzy­nie i becz­ki, wyczuwam nie­mi­ło­sier­ny smród. Od­cho­dzę na bok, wy­tę­ża­jąc wzrok. Za­ha­czam o coś głową. Macam. Chyba sieć ry­bac­ka.

– Po­świeć no tu.

No i mamy ko­lej­ne­go trupa, kar­wasz twarz. Zaraz, zaraz, to…

– Simon, po­dejdź! Czy ty to wi­dzisz? – Wska­zu­ję na spuch­nię­tą, szarą gębę.

– Jest nie­by­wa­le po­dob­ny do pro­fi­lu mor­der­cy, któ­re­go szu­ka­my od ty­go­dni…

– Simon, kurwa! Toż to on! Zo­bacz, co zro­bił z tej sieci. Za­ciu­kał się sam. Mamy go­ścia z głowy, ro­zu­miesz?

– Nie wy­cią­gaj­my po­chop­ny…

– Nie ma się nad czym roz­wo­dzić. Wzy­waj ekipę. Po­wiedz, że zna­leź­li­śmy po­szu­ki­wa­ne­go. Oni zro­bią sek­cję i do­peł­nią resz­tę for­mal­no­ści, a my wra­ca­my do domu i cze­ka­my na pre­mię. Muszę w końcu wy­mie­nić sa­mo­chód. A tak w ogóle, skąd do­sta­łeś in­for­ma­cje o tru­pie w ma­ga­zy­nie?

– Ano­ni­mo­wy list. I wiesz co? – Simon pa­trzy na nagą klat­kę pier­sio­wą trupa, na któ­rej wid­nie­je wy­ry­ty w skó­rze tekst. – To jest ten sam pod­pis. Sam dał nam znać, kiedy i gdzie się za­bi­je.

 Czy­tam na głos:

 

Je­ste­śmy jak te gli­sty, co ludz­kie ciała zże­ra­ją. Że­ru­ją­cy za życia, że­ru­ją­cy po śmier­ci. Kie­ro­wa­ni je­dy­nie za­pa­chem krwi, idzie­my do­ni­kąd. Ale wkrót­ce się to zmie­ni. Wkrót­ce po­ja­wi się ten, któ­re­go jesz­cze nigdy nie było, a który bę­dzie na za­wsze. Ten, który po­zbę­dzie się wszyst­kich ludzi, dep­cząc ich ni­czym te plu­ga­we ro­ba­ki. Od­daj­cie cześć Po­wiecz­ne­mu, a może za­miast roz­gnieść was, uczy­ni swymi słu­ga­mi.

Q

 

Mil­czy­my przez chwi­lę, w końcu od­zy­wa się Simon:

– Go­ściu miał nie­źle na­mie­sza­ne w bani, co nie? Dzwo­nię, gdzie trze­ba i spa­da­my stąd.

– To co, szyb­ka ko­lej­ka w Śle­dziu? – za­ga­du­ję, gdy już wy­cho­dzi­my na ze­wnątrz.

– Py­tasz, a wiesz.

Ulewa nie usta­ła ani tro­chę. Szyb­kim kro­kiem zmie­rza­my w stro­nę ulu­bio­ne­go baru, kiedy nagle mój but wpada w ja­kieś śli­skie gówno, a ja wy­wi­jam orła na środ­ku ulicy.

– Kurw… – Zbie­ram się i dźwi­gam jak stary dziad.

Pa­trzę na bru­ko­wą kost­kę. Frag­men­ty ludz­kich or­ga­nów, bez dwóch zdań. Roz­szar­pa­na wą­tro­ba i cią­gną­ce się po ulicy ni­czym wy­chu­dzo­ne, po­marsz­czo­ne boa, je­li­ta. Świe­ża krew, któ­rej nie zdą­żył jesz­cze spłu­kać le­ją­cy się z nieba deszcz.

A resz­ta tego wie­czo­ru miała na­le­żeć do tych przy­jem­nych.

– Ży­jesz? – pyta Simon bez­na­mięt­nie, jak­bym po­śli­zgnął się na skór­ce od ba­na­na.

– To dom tych po­pa­prań­ców, Wat­so­nów. Tych, co się nad zwie­rzę­ta­mi znę­ca­ją.

Or­ga­ny cią­gną się pod stare, tur­ku­so­we drzwi ze srebr­ną klam­ką w kształ­cie lwiej głowy,

– No, ta. I co z tego?

Wiem, że ta praca po­zba­wia czło­wie­ka wraż­li­wo­ści, ale nie są­dzi­łem, że mój wspól­nik jest już aż tak z niej wy­pru­ty. Nie tracę już czasu na gadkę. Kładę dłoń na mo­krym gloc­ku, idę w stro­nę domu.

– Co ty ro­bisz? – smęci zza ple­ców Simon.

– Alo­ho­mo­ra – cedzę przez zęby i czę­stu­ję drzwi kop­nia­kiem.

Zamek wy­ła­mu­je się z trza­skiem. Były za­mknię­te. Cie­ka­we. Wcho­dzę do ciem­ne­go przed­po­ko­ju. Splu­wa jest już w peł­nym po­go­to­wiu. Sły­szę ty­ka­nie sta­re­go ze­ga­ra z wa­ha­dłem, nad­zwy­czaj­nie gło­śno pra­cu­ją­cą lo­dów­kę, ude­rza­ją­ce o pa­ra­pet kro­ple. Czuję smród. Zgni­li­zna. Za­pa­chu roz­kła­da­ją­ce­go się ciała nie da się po­my­lić z żad­nym innym. Kie­ro­wa­ny nim wsu­wam się do ja­kie­goś więk­sze­go po­ko­ju ni­czym cień. Macam ścia­nę. Na­po­ty­kam włącz­nik, za­pa­lam świa­tło. Na po­sadz­ce Wat­so­no­wie, a ra­czej to, co z nich zo­sta­ło. Ich tłu­ste nie­gdyś ciała po­że­ra chma­ra pa­skud­nych, par­cha­tych ro­ba­li. Wy­cho­dzą z oczo­do­łów, z noz­drzy, że­ru­ją w roz­dzia­wio­nych be­be­chach.

Sły­szę cięż­kie kroki.

Ob­ra­cam się, ce­lu­jąc w stro­nę ko­ry­ta­rza. Do po­ko­ju wpa­da­ją Wat­so­no­wie. Cali i żywi jak sto pięć­dzie­siąt. Ona się drze jak strzy­ga z nad­wa­gą, on łapie za sto­ją­cy na po­bli­skiej ko­mo­dzie świecz­nik, ale chwi­lę póź­niej mnie roz­po­zna­je.

– Pan Cla­vis. Co pan robi w na­szym domu w środ­ku nocy, na boga. Przy­się­gam, że ni­cze­go złego żeśmy nie zro­bi­li. Psy Ge­rar­da to nie nasza spra…

Ob­ra­cam się. W miej­scu, w któ­rym chwi­lę wcze­śniej le­ża­ły zma­sa­kro­wa­ne zwło­ki, jest teraz tylko wło­cha­ty, czer­wo­ny dy­wa­nik. Wy­bie­gam z domu Wat­so­nów. Nie li­cząc śmie­ci i pu­stej bu­tel­ki po piwie, nic nie wala się po bruku. Simon, opar­ty o ba­rier­kę, za­krę­ca na palca wą­si­sko.

– Idź się le­piej po­rząd­nie wy­śpij, chło­pie – mówi, kle­pie mnie po ra­mie­niu, po czym znika w desz­czu wzy­wa­ny gwa­rem do­bie­ga­ją­cym z Szyb­kie­go Śle­dzia.

 

 

*

 

 

Sie­dzę na ka­na­pie, pa­trzę pusto w ekran te­le­wi­zo­ra. Li­ver­po­ol w fi­na­le, niby faj­nie, a jakoś spły­wa to po mnie, jak­bym wcale nie był za­go­rza­łym ki­bi­cem tej dru­ży­ny.

Mia leży i prze­glą­da cza­so­pi­smo. Jej bose stopy opie­ra­ją się o moje uda. Pa­trzę na po­ma­lo­wa­ne na czar­no pa­znok­cie. Lubię ten kolor. Kto nie lubi?

– Wiesz, tak sobie ostat­nio uzmy­sło­wi­łem, że w tym mia­stecz­ku to same łajzy miesz­ka­ją.

– Yhm – mru­czy po­chło­nię­ta lek­tu­rą żona.

– Edwin, wła­ści­ciel Śle­dzia cho­ciaż­by. Do­ro­bił się na nie­złych prze­krę­tach. Każdy to wie, każdy u niego chle­je. A La­ren­so­wie? Ci to kasy jak lodu mają, a co z nich za lu­dzie? Wła­snych ro­dzi­ców do wa­riat­ko­wa wy­rzu­cić, byle pro­ble­mu się po­zbyć. A ta cała, jak jej tam, Na­ha­ra, Na­he­ra? Ta hin­du­ska. Ta to do­pie­ro…

– Rzę­po­lisz jak stara baba na targu – Mia wy­ła­nia twarz zza pi­sem­ka.

– Praw­dę mówię. Lu­dzie niby coraz to bar­dziej roz­wi­nię­ci, a rów­no­cze­śnie coraz pod­lej­si.

– Każdy ma coś na su­mie­niu – kwi­tu­je Mia dziw­nie spo­koj­nie.

Przez dłuż­szą chwi­lę oboje w ciszy pa­trzy­my na mecz. Osiem­dzie­sią­ta mi­nu­ta. Wy­gry­wa­ją. Hi­sto­rycz­ny mo­ment bli­sko, a ja nie od­czu­wam żad­ne­go pod­nie­ce­nia.

– Cią­gle je­steś spię­ty. – Wsuwa stopę pod moją ko­szul­kę, mi­zia­jąc mnie po brzu­chu. – Prze­cież mó­wi­łeś, że w pracy chwi­lo­wy spo­kój. Dla­cze­go nie mo­żesz zła­pać od­de­chu?

Wła­śnie, dobre py­ta­nie.

– W ostat­nim cza­sie mie­wam wizje. Są nie­zwy­kle re­al­ne i obrzy­dli­we. Może to już jakiś etap cho­ro­by za­wo­do­wej, nie wiem, ale strasz­nie to mę­czą­ce. Mo­men­ta­mi czuję, że wa­riu­ję, Mia. Chciał­bym w tym mo­men­cie my­śleć tylko o fi­na­le Ligi Mi­strzów i twoim pach­ną­cym ciele, ale nie mogę się cie­szyć ani z jed­ne­go, ani z dru­gie­go.

– O ja­kich wi­zjach mó­wisz?

– Nie chcę teraz o tym gadać. Zaraz bę­dzie ostat­ni gwiz­dek.

Roz­brzmie­wa w dzie­więć­dzie­sią­tej czwar­tej mi­nu­cie. Wy­gra­li. Za­miast ska­kać z ra­do­ści, pytam:

– My­ślisz, że jeśli David byłby tu teraz z nami, nasze życie by­ło­by lep­sze?

Mia pa­trzy w sufit i od­po­wia­da nie­mal szep­tem:

– Myślę, że tak.

Ko­men­ta­to­rzy nie zdo­ła­li ukryć stron­ni­czo­ści i po­pła­ka­li się nie­mal ze szczę­ścia.

 

 

*

 

 

Mia wy­je­cha­ła na week­end do ro­dzi­ców. Stwier­dzi­ła, że do­brze nam to zrobi. Nie zo­sta­ło mi więc nic in­ne­go, jak napić się z je­dy­nym kamratem w tej dziurze.

Idę ulicz­ka­mi Bri­xham i czuję, jak­bym zna­lazł się nagle w innym miej­scu. Do­brze mi znane domy i za­uł­ki wy­da­ją się ja­kieś obce. Mi­ja­ne setki razy ka­wia­ren­ki i skle­py, zu­peł­nie nie­zna­jo­me. A prze­cież szyl­dy wiszą te same i te same gęby wy­zie­ra­ją zza lad. Wspi­nam się. Sta­ram się igno­ro­wać smród roz­kła­da­ją­ce­go ciała, który ude­rza mnie z mi­ja­ne­go, otwar­te­go okna sa­lo­nu fry­zjer­skie­go Sza­lo­ne­go Toma. Na­stęp­nie mijam flaki na skrzy­żo­wa­niu, jakby były tylko zwy­kły­mi, wa­la­ją­cy­mi się po be­to­nie je­sien­ny­mi li­ść­mi.

Tego wszyst­kie­go prze­cież nie ma. Tego nie ma…

Prze­klę­ta willa Si­mo­na znaj­du­je się na samym szczy­cie wznie­sie­nia, które gó­ru­je nad za­to­ką. Sapię już z lekka, kon­dy­cja już dawno nie ta. Znowu ja­kieś ciało pełne ro­ba­li. Smród.

Głosy.

Te sły­szę po raz pierw­szy. Wdzie­ra­ją się do głowy, nie­wy­raź­ne, od­le­gle. Wzbie­ra­ją na sile. Choć słowa zdają się być w zu­peł­nie obcym dla mnie ję­zy­ku, z ja­kie­goś po­wo­du je ro­zu­miem.

Ludz­kość upad­nie. Osta­ną się tylko że­ru­ją­ce na tru­chłach gli­sty. Zo­stań sługą Pana No­we­go Po­rząd­ku. Po­cho­waj się żyw­cem o pół­no­cy ostat­nie­go dnia mie­sią­ca, a prze­bu­dzisz się w nowym, lep­szym świe­cie.

Od­bi­ja mi. Kurwa, od­bi­ja mi i to nie­źle. Na szczę­ście do­cie­ram do po­sia­dło­ści Si­mo­na. Szyb­ko otwie­ra drzwi, wi­ta­jąc mnie w zie­lo­nym szla­fro­ku i pu­cha­tych kap­ciach. 

– Wy­glą­dasz, jak nie po­wiem kto. Tylko ten wąs ci teraz nie pa­su­je, Fap­cio – mówię na przy­wi­ta­nie.

– Mia­łeś tak do mnie nie mówić! Ty za to wy­glą­dasz jak zom­bie. I to takie, które trzy­krot­nie prze­orał pług – ri­po­stu­je kum­pel i szcze­rze mó­wiąc, nie­wie­le mija się z praw­dą. Prze­cho­dzi­my przez wiel­ki hol i za­trzy­mu­ję na mo­ment wzrok na wła­snym od­bi­ciu w ja­jo­wa­tym lu­strze o srebr­nej ramie. Czar­ne, tłu­ste włosy lepią się do czoła. Po­licz­ki za­pad­nię­te. Oczy pod­krą­żo­ne jak­bym nie spał od ty­go­dnia. Ko­szu­la wy­mię­ta. Płaszcz brud­ny, wisi na mnie tak jak nigdy. Zgu­bi­łem wiele ki­lo­gra­mów.

– Czy­sta z lodem, ma się ro­zu­mieć? – pyta Simon, gdy tylko wy­kła­dam się na skó­rza­nej ka­na­pie.

– Ta. Pa­mię­tasz te moje wizje?

– A ty znowu o tym? My­śla­łem, że przy­sze­dłeś się zre­se­to­wać.

– Wi­dzia­łem w nich ostat­nio cie­bie. I moją żonę. Nie był to przy­jem­ny widok.

Simon macha ręką i od­cho­dzi chi­cho­cząc. Roz­glą­dam się. Ży­ran­dol robi wra­że­nie. Meble robią wra­że­nie. Cała chata robi wra­że­nie. Szczę­ściarz.

Ludz­kość upa…

Po­trzą­sam głową. Chcę się tylko napić i prze­stać sły­szeć te głu­po­ty. Od­pa­lam fajkę. Rzu­cam, choć opor­nie to idzie. Za­cią­gam się mocno, wy­pusz­czam dym ze świ­stem. Na szkla­nym stole, tuż obok mnie, stoi włą­czo­ny lap­top. Na ekra­nie wid­nie­je jakiś ak­tyw­ny chat. Mi­ga­ją ser­dusz­ka. Simon krzą­ta się w od­le­głej od sa­lo­nu kuch­ni, toteż z nudów i kum­pel­skiej wścib­sko­ści przy­su­wam się do sprzę­tu. Do­brze by mu zro­bi­ło, jakby po­znał w końcu jakąś ko­bit­kę. Czy­tam tek­sty za­war­te w nie­bie­skich chmur­kach:

 

Vera:

Tak, wpro­wa­dzę się do cie­bie od przy­szłe­go mie­sią­ca. Uwiel­biam twoją chatę! Nie­źle to ro­ze­gra­łeś z żonką. Za­ła­twić nie­zbęd­ne for­mal­no­ści, wy­ko­rzy­stać fach do per­fek­cyj­ne­go upo­zo­ro­wa­nia sa­mo­bój­stwa i zgarnąć majątek. Czap­ki z głów, ko­cha­ny. Od za­wsze wie­dzia­łam, że tra­fi­łam, na kogo trze­ba. Razem zwo­ju­je­my świat.

 

Ja:

Nie ina­czej.

 

Vera:

Od po­cząt­ku to pla­no­wa­łeś? W sen­sie, odkąd się do­wie­dzia­łeś o jej ma­jąt­ku?

 

Ja:

Nie. Na po­cząt­ku głu­pio my­śla­łem, że ist­nie­je coś ta­kie­go, jak mi­łość.

 

Vera:

Też kie­dyś tak my­śla­łam. Cie­szę się, że się po­zna­li­śmy.

 

Ja:

Przy­szedł Harry, ode­zwę się póź­niej.

 

 

Simon wcho­dzi do sa­lo­nu. Trzy­ma w dło­niach dwie, wy­peł­nio­ne po brze­gi, szklan­ki z whi­sky. Wsta­ję. Gdy wrę­cza mi tru­nek, mówię po­zba­wio­nym uczuć gło­sem:

– Ric­tu­sem­pra.

Pięść za­głę­bia się w ukry­ty za szla­fro­kiem brzuch. Szklan­ki roz­trza­sku­ją się z ło­sko­tem o płyt­ki, kost­ki lodu wy­peł­nia­ją wszyst­kie czte­ry kąty po­miesz­cze­nia. Go­spo­darz leży, kuląc się i kwi­ląc.

– Co ty, do chuja…

– Gli­sta ludz­ka – mówię bez na­my­słu, splu­wam na daw­ne­go przy­ja­cie­la i po­spiesz­nie opusz­czam jego willę.

W dro­dze do domu to­wa­rzy­szą mi trupy.

Krew.

Smród.

Ro­ba­ki.

Prze­sta­ję wal­czyć.

Nie od­rzu­cam ob­ce­go głosu w gło­wie.

…w nowym, lep­szym świe­cie.

 

 

*

 

 

Trzy­dzie­sty pierw­szy dzień paź­dzier­ni­ka.

Stoję przy oknie, palę. Księ­życ oświe­tla przy­stań jak nigdy. Nie po­zna­ję w szy­bie wła­sne­go od­bi­cia. Dzwo­ni te­le­fon. Chcę od­rzu­cić po­łą­cze­nie, przez przy­pa­dek jed­nak od­bie­ram na gło­śnym.

– Cla­vis! Co ty, kurwa, wy­pra­wiasz!? Od ty­go­dnia pró­bu­je­my się z tobą skon­tak­to­wać. Lu­dzie po­wa­rio­wa­li. Mamy za­bój­stwo za za­bój­stwem, za­grze­ba­ne żyw­cem zwło­ki, i to nie jedne, mamy jakiś pie­przo­ny ar­ma­ge­don, a ty masz to wszyst­ko w dupie!

Prze­ry­wam po­łą­cze­nie z sze­fem. Wy­łą­czam te­le­fon. Sły­szę krzy­ki do­bie­ga­ją­ce z cia­snych ulic Bri­xham. Czuję smród. Widzę oświe­tlo­ne księ­ży­co­wym bla­skiem, peł­za­ją­ce po ścia­nach bu­dyn­ków ro­ba­ki. Przy­wy­kłem do tego wszyst­kie­go. Długo my­śla­łem, że mi od­bi­ja. Że jako je­dy­ny widzę coś, czego nie ma. W końcu zro­zu­mia­łem, że widzę to, co ma być. 

Na­le­ży się tym wszyst­kim skur­wy­sy­nom.

Po raz dzie­sią­ty pa­trzę na kartę wy­pi­su z pry­wat­nej kli­ni­ki w Szwe­cji. Przy­pad­kiem na­tkną­łem się na nią szu­ka­jąc splu­wy. Po­twier­dze­nie wy­ko­na­nia abor­cji na ży­cze­nie.

Klucz prze­krę­ca się w zamku. Otwie­ra­ją się drzwi. Ob­ra­cam się. Mia cała się trzę­sie. Jej ma­ki­jaż roz­ma­zał się pod wpły­wem łez. Tusz, czar­nym szlacz­kiem, spły­wa aż do szyi.

– Na­pa­dli mnie na środ­ku ulicy. Ledwo…

– Mó­wi­łaś, że po­ro­ni­łaś.

Pa­trzy na mnie smut­ny­mi jak nigdy, nie­bie­ski­mi ocza­mi, a ja widzę w nich już tylko ni­cość.

– Co…

– Mó­wi­łaś, że po­ro­ni­łaś – po­wta­rzam.

Świ­stek pa­pie­ru lą­du­je na pod­ło­dze. Wy­cią­gam gloc­ka. Ce­lu­ję w stro­nę żony. Nie czuję żad­nych emo­cji. Ręka nie drży, palec spo­koj­nie leży na spu­ście.

– Harry, co ty wy­pra­wiasz…

Strzał zrywa prze­sia­du­ją­ce na pa­ra­pe­cie mewy, które ze skrze­kiem ucie­ka­ją w stro­nę morza.

 

 

*

 

 

Z klifu ry­bac­kie mia­stecz­ko Bri­xham wy­glą­da cał­kiem ład­nie. Ko­lo­ro­we domki po­ra­sta­ją­ce wzgó­rze ni­czym drze­wa. Za­to­ka pełna jach­tów i stat­ków. Ma­low­ni­czy bez­kres morza. Choć naj­pięk­niej­sze w tym wszyst­kim są krew pły­ną­ca po uli­cach i sko­wyt ko­na­ją­cych ludzi.

Na­le­ża­ło im się. Wszyst­kim.

Pa­trzę na ze­ga­rek. Do­cho­dzi pół­noc. Za­rzu­cam szpa­del na ramię i idę w stro­nę lasu. Mrok po­kry­wa mnie bez najmniejszego zawahania. Nie oświe­tlę drogi te­le­fo­nem. Zo­stał w miesz­ka­niu. Kro­czę, nie­mal po omac­ku, wśród ły­sych drzew. Nie wy­da­ją żad­nych od­gło­sów. Ani naj­mniej­sze­go skrzyp­nię­cia. Mil­czą, wsłu­chu­jąc się w krzy­ki. Ależ okrop­nie ciem­no. Prze­cież księ­życ tak jasno świe­cił. Pa­trzę do góry, ale nie widzę go. Za­ple­cio­ne w sie­bie, po­wy­krę­ca­ne ga­łę­zie za­sła­nia­ją niebo.

Staję i wy­ko­nu­ję pierw­szą próbę. Zo­sta­ło mało czasu. Szpa­del wbija się w zie­mię z tru­dem. Idę dalej. W głębi lasu musi być lep­sze miej­sce. Ni­cze­go nie widzę, ni­cze­go nie czuję, ni­cze­go nie sły­szę. Czy kie­dy­kol­wiek tutaj byłem? Nic nie pa­mię­tam. Wczo­raj nie ma zna­cze­nia. Liczy się tylko to, co ma na­stą­pić. Je­stem już tego pe­wien.

Druga próba. Le­piej. Za­bie­ram się do ro­bo­ty. Dło­nie pieką od kur­czo­wo ści­ska­ne­go szpa­dla, pot leje się po ple­cach. Wbi­jam, dźwi­gam, od­rzu­cam. Dół się po­głę­bia, kupa ziemi obok ro­śnie. Dłuż­sza wska­zów­ka nie­bez­piecz­nie zbli­ża się do dwu­nast­ki. Ale zdążę. Chyba zdążę…

Tak. Wy­star­czy. Tylko jak sku­tecz­nie za­ko­pać sa­me­go sie­bie?

Świa­tło księ­ży­ca prze­bi­ło się nagle przez drzew­ny sufit. A może to ga­łę­zie się roz­stą­pi­ły, aby je wpu­ścić? Co za róż­ni­ca. Wi­sie­lec. Na po­bli­skim drze­wie. Wy­glą­da jak… Simon. Tak, To on. Wszę­dzie roz­po­znał­bym to wą­si­sko. Na sinej szyi wid­nie­je pętla z ludz­kie­go je­li­ta. Ciel­sko daw­ne­go przy­ja­cie­la zże­ra­ją ro­ba­le. Obok wisi Edwin. Nagi, tłu­sty, mar­twy. Z otwar­te­go brzu­szy­ska wy­ła­żą setki glist. Ten to mu­siał skry­wać jesz­cze nie jedno skur­wy­syń­stwo. Zaraz za nim do­strze­gam Na­ha­rę, czy tam Na­he­rę. Ro­bac­two, które ją po­że­ra, jest wy­jąt­ko­wo duże. Wy­glą­da, jakby było zmu­to­wa­ne. To pew­nie przez te jej prak­ty­ki z czar­ną magią.

Wśród wi­siel­cze­go tłumu znaj­du­ję w końcu Mię. Z dziu­ry po po­ci­sku wy­ła­zi mała, nie­śmia­ła gli­sta. Przez krót­ką chwi­lę czuję la­wen­do­wy za­pach kru­czych, krę­co­nych wło­sów, choć całe są lep­kie od fe­ka­liów. Czuję rów­nież orze­cho­wy aro­mat ulu­bio­ne­go olej­ku żony, choć je­dy­ne, czym jest teraz na­sma­ro­wa­na, to krew i śluz.

Co oni wszy­scy tutaj robią? Nie­waż­ne. Zu­peł­nie nie­waż­ne. Wcho­dzę do dołu, kucam, za­czy­nam zgar­niać zie­mię. Pęka jedno z jelit. Po nim na­stęp­ne. Tru­chła Wat­so­nów peł­zną w moją stro­nę ni­czym ob­śli­zgłe ro­ba­le. To samo ciel­ska La­ren­sów, Bec­ków i Bjorn­so­nów. Zaraz do­łą­cza­ją do nich ciała Si­mo­na i Mii. Ludz­kie gli­sty oka­la­ją mój grób. Za­czy­na­ją wić się w taki spo­sób, aby zgar­niać roz­ko­pa­ną zie­mię do dołu. Po­ma­ga­ją mi. Całe szczę­ście. Do pół­no­cy zo­sta­ło pięć minut. Kładę się, kur­cząc nogi. Jest tro­chę cia­sno, ale to nic. Czuję za­pach ziemi. Jej cię­żar, który coraz moc­niej przy­gnia­ta moje ciało. W końcu gli­sty za­sy­pu­ją twarz. Po­wo­li tracę od­dech. Mi­mo­wol­nie wpa­dam w pa­ni­kę, choć ni­cze­go to nie zmie­nia. I tak nie mogę się już po­ru­szyć. Cię­żar. Bra­ku­je po­wie­trza. Cię­żar. Bra­ku­je po­wie­trza. Cięż…

W za­ka­mar­kach reszt­ki świa­do­mo­ści po­ja­wia się obraz ogrom­ne­go, człe­ko­kształt­ne­go ro­ba­la. Wy­glą­da tak obco, a jed­nak tak zna­jo­mo. Jakby w tej par­cha­tej twa­rzy było coś z każ­de­go zna­ne­go i nie­zna­ne­go mi czło­wie­ka. Kro­czy dum­nie, a tuż za nim peł­zną po­słusz­nie ty­sią­ce ludz­kich glist. Na­stał czas no­we­go jutra. Na­stał czas no­we­go świa­ta. Na­stał kres ludz­kiej znie­czu­li­cy.

Chwa­ła Po­wiecz­ne­mu.

 

Koniec

Komentarze

Zamierzam przeczytać, więc zostawiam sobie śledzia. 

Ja tylko rzuciłem okiem i chyba jest dobrze więc na pewno wrócę.

 

Edit. Przeczytane, kliknięte, skomentowane też będzie w chwili spokoju.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Cześć

Krótko mówiąc: dla mnie super. Klimat jest gęsty i mroczny, przypomina dobre thrillery. Najbardziej przypadł mi do gustu twist z synkiem, niby mały, ale nie spodziewałem się. Narastające szaleństwo bohatera oddałeś bardzo dobrze, jednocześnie motywacja jego działań ma pełne uzasadnienie w tekście.

Chyba już mogę, więc klikam do Biblio.

spadł z drzewa nim zdążył się na nim pojawić.

Brak przecinka przed “nim”

 

Jest godzina dziewiętnasta a miasteczko wygląda na wymarłe.

Tu też przed “a”

Chyba, że jako popitka do mocnego burbona.

A tu z kolei zbędny przecinek.

 

Człowiek czeka piętnaście minut i moknie a ty idziesz,

Przecinek przed “a ty”

 

ripostuje kumpel i szczerze mówiąc, nie wiele mija się z prawdą

tu chyba “niewiele” ?

 

Tyle, że Simon topi

Zbędny przecinek

i dużo kasy po spadku a i tak, tak jak ja, nie może

Tu wydaje mi się, że przecinek przed “a i tak” i, chyba, przed “jak ja”

Dzwonię gdzie trzeba i spadamy stąd.

Przecinek przed gdzie

 

wpada w jakieś śliskie gówno a ja wywijam orła na środku ulicy.

Przecinek przed “a”

Pochowaj się żywcem o północy ostatniego dnia miesiąca a przebudzisz się w nowym,

Przecinek przed “a”

natknąłem się na nią szukając spluwy.

Przecinek przed “szukając”

Łukaszu, mr.marasie, czekam z niecierpliwością na Wasze komentarze a już teraz bardzo mi miło z klika :)

Zanais, cieszę się, że się spodobało. Dzięki, że poświęciłeś czas na te nieszczęsne przecinki – to moja słaba strona. Choć przez Ciebie zburzyłem ładną, równą liczbę znaków jaką miał ten tekst :P

Pozdrawiam!

Dobry tekst. Stylistycznie to jakby przeciwieństwo stylu Lovecrafta, ale ilość nawiązań i inspiracji zapewne zadowoli jury konkursu.

W przeciweństwie do narracji typowych dla samotnika z Providence, tutaj mamy narrację szarpaną, rzekłbym pospieszną, do tego pełną potocznych wyrażeń i wulgaryzmów (zady, gęby, chuj z tego itd.), przy tym pozbawioną typowych dla P.H.L. długich opisów, brak typowego dla niego klimatycznego i stopniowego wprowadzenia grozy i niesamowitości w codzienne życie małego miasteczka. U Ciebie wszystko odbywa się dosyć gwałtownie i po krótkim rozbiegu w pierwszym akapicie fabuła wręcz gna do przodu. Zaryzykuję stwierdzenie, że wydarzenia dzieją się nawet nieco za szybko. Z jednej strony można to tempo i szaleństwo tłumaczyć gwałtownie narastającym Złem, które od pewnego momentu dosyć szybko opanowuje miasteczko, ale w tekście jego wpływ wyraźnie przyspiesza i rzeczy dzieją się nagle i bez zapowiedzi. Nagle pojawiają się głosy, nagle pojawiają się obrazy/wizje umarłych, nagle okazuje się, że najbliższy przyjaciel to morderca, a żona to oszustka, która usunęła dziecko bohatera. Tzn. akurat te rzeczy nie wydarzają się nagle, ale nagle w jakiejś kumulacji bohater poznaje prawdę na ich temat. Dodam w tym miejscu, że brakuje trochę mi nieco większej liczby akcentów nawiązujących do owego Powiecznego i wpływu robala na miasto oraz jego mieszkańców. Kilka wizji, kilka głosów, jakiś napis na klacie trupa to jakby troszkę mało. Chciałoby sie jeszcze mocniej poczuć ten klimat i wariactwo nadchodzącego końca/początku rodem z horroru.

W sumie zastanawia mnie również to, że w tej historii koszmarny robal jawi się nam jako sędzia i kat społeczności/ludzkości, który karze przesiąkniętych złem ludzi oraz kładzie kres ich znieczulicy i ludzkiej potworności. A przecież sam jest Złem. Mam tu jakiś mały dysonans.

Podoba mi się za to pomysłowość Autora. Powieczny jako nawiązanie do Przedwiecznych, pochowanie samego siebie w grobie itd. Także to, że przekornie wybrałeś na miejsce akcji jedno z najurokliwszych miasteczek w Anglii, robiąc z niego koszmar na miarę Dunwich czy Arkham z lovecraftowskiej Nowej Anglii.

Nie podobała mi się natomiast bardzo infodumpowa gadka na czacie, którą podejrzał bohater. I jeszcze jedna sprawa – jak powiedziałem wcześniej, cała akcja gna do przodu i tempo wydarzeń jest dosyć równomierne, ale akurat zabicie żony za aborcje przychodzi Harry’emu jakoś za szybko i zbyt łatwo. Niby rozumiem, że szaleństwo, zło, atak koszmarnych wizji itd. Ale jednak…

Czyta się gładko, kompozycja udana, warsztatowo fajnie, do tego wrzuciłeś kilka naprawdę udanych zwrotów, sformułowań, scen czy myśli. Ogólne wrażenie naprawdę pozytywne.

Zakończenie z gatunku miękkich, bez mocnego walnięcia, ale otwarte, zapowiadające nadchodzący koszmar, który możemy sobie wyobrazić.

Kilka przykładowych, małych zgrzytów, na jakie natrafiłem podczas lektury:

 

W kątach walają się stare skrzynie i beczki, coś niemiłosiernie śmierdzi. Odchodzę na bok, wytężając wzrok. Zahaczam o coś głową.

– coś i coś. Unikałbym.

 

Nie zostało mi więc nic innego, jak napić się z jedynym w tej dziurze kamratem.

– szyk. Z jedynym kamratem w tej dziurze?

 

Mrok pokrywa mnie coraz bardziej zawzięcie.

– mrok pokrywa zawzięcie… Średnio to udane.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Niezłe. Ujął mnie mroczny klimat, zwroty zaskoczyły. Sporo się tu zdarzyło jak na 20 tys. znaków, ale to wg mnie akurat na plus. Obrazowo przedstawiasz obrzydlistwa.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Mnie także się podobało, choć domyśliłam się po pierwszym akapicie, że nasz bohater będzie tym złym, a w sumie raczej obłąkanym, podejmującym decyzje na podstawie różnych przykrych zdarzeń i szaleństwa, które go ogarnęło.

Ilość robali do przełknięcia i ciekawie się czytało. :)

 

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Wartka akcja, jeśli mogę tak powiedzieć o palcach w odbycie i gaszaniu peta. Opisujesz rzeczy ohydne w sposób nonszalancki i porywający. 

Od momentu zabicia żony jest już aż zbyt szybkie tempo. Emocjonalnie nie nadążam i utrudnia to poczucie klimatu. Od tego momentu tekst czytałam bardziej jak dobrą opowieść sensacyjną niż horror. Chociaż ilość robali i flaków gatunkowo wskazywała na to drugie.

Brakuje mi jakiegoś łagodniejszego przejścia między bohaterem, który widzi i słyszy makabryczne rzeczy, a bohaterem, który przechodzi do czynów.

Ogółem, świetny styl, interesujący pomysł, wezwanie robala ładnie nawiązuje do bóstw Lovecrafta. Doceniam, jak oddziaływujesz na zmysły czytelnika. Klikam do biblio!

 

Drobne uwagi:

A może zwyczajnie przerzucam złość na niczemu winnego truciciela?

Hmm, czy truciciel może być niewinny? 

 

A dobrze wiem, że Simon nie znosi wody. Chyba że jako popitka do mocnego burbona.

→ Chyba że jako popitkę do mocnego burbona. 

 

Tych, co się na zwierzętach znęcają.

→ Powinno być: znęcają “nad” zwierzętami.

Przeczytałem i muszę powiedzieć, że bardzo mi się podobało! Jest to pierwszy lovecraftowski tekst w lovecraftowskim konkursie. Umiesz w te klimaty i fajnie Ci wyszły, mimo że umieściłeś akcję we współczesnych czasach. 

Wspaniały kimacik noir, ten detektyw taki zmęczony, cyniczny, wszystko wokół brudne, syfiaste. Ach, perełka, bardzo dobrze się czytało. 

A tym mnie kupiłeś:

 

– Alohomora – cedzę przez zęby i częstuję drzwi kopniakiem.

Można jeszcze kliknąć? Jeśli można, to klikam i to z przyjemnością.

Hej kamraci! Czas na odpowiedzi:

 

mr.maras

Na wstępie prosto z serducha powiem Ci, że dawno nie czytałem tak przemyślanego, dobrze skonstruowanego i konstruktywnego komentarza jak Twój. Wdzięczny Ci jestem za poświęcony czas, gdyż na parę istotnych kwestii rzuciłeś mi nieco inne światło. A teraz kilka konkretów.

Stylistycznie to jakby przeciwieństwo stylu Lovecrafta…

Dokładnie tak. Ostatnie, co chciałbym zrobić, to próbować kogoś naśladować. Stylowo zostałem więc sobą. A ja jestem zwolennikiem dynamizmu, obrazowych lecz krótkich opisów itd. 

Dodam w tym miejscu, że brakuje trochę mi nieco większej liczby akcentów nawiązujących do owego Powiecznego i wpływu robala na miasto oraz jego mieszkańców.

Przyznam, że w pierwotnej wersji postać ta i cała otoczka z nią związana miała być bardziej rozwinięta. Postawiłem jednak na tajemnicę. Na szczątkowe wzmianki, które dostatecznie nakreślą istotę sprawy, a jednocześnie nie odkryją za wiele, nie wyłożą kawy na ławę. A postać owa została w zasadzie do ostatniego zdania taką niewiadomą, którą interpretować można na wiele sposobów.

W sumie zastanawia mnie również to, że w tej historii koszmarny robal jawi się nam jako sędzia i kat społeczności/ludzkości…

Umyślnie zastosowałem postać koszmarnego robala miast tęczowego jednorożca, który ma zbawić ludzkość. Dlaczego? Dlatego że chciałem zestawić obrzydlistwa owych wizji i samych robali z czynami ludzi. Z tym że te drugie ustawić wyżej. 

ale akurat zabicie żony za aborcje przychodzi Harry’emu jakoś za szybko i zbyt łatwo. Niby rozumiem, że szaleństwo, zło, atak koszmarnych wizji itd. Ale jednak…

Przychodzi łatwo, jednak w tym momencie Harry jest już w pełni opętany, że tak to określę. Wcześniejsza scena kończy się informacją, że przestaje walczyć i ulega głosom. Jest też mowa o tym, że zatracił ludzkie odczucia, chociażby celowanie w żonę bez zadrgania ręki.

Raz jeszcze, marasie, dziękuję Ci za ten komentarz! :)

 

fleurdelacour, Morgiana89

Cieszę się, że się Wam podobało, drogie Panie :)

 

Cytryno,

Masz rację, tempo jest szybkie, szaleństwo postępuje również szybko. Taki był jednak mój zamysł. Na gwałtowny rozwój zdarzeń. Dzięki za uwagi i polecajkę! ;)

 

Łukasz Kuliński,

Osobiście styl Lovecrafta nie należy do moich ulubionych, ale twórczość znam. Pomieszałem więc to i owo, inspirując się tym i tamtym, zostając przy własnym stylu. I cieszę się, że Ci się taki mix spodobał ;)

 

Pozdrawiam wszystkich! 

 

 

Uuuuch! Mocne. Ale ten koszmar ma sens narracyjny. Dobrze skomponowane. Nieźle napisane (nawet lepiej niż nieźle). W sumie podobało się – wchodzi się w horror stopniowo, ale nieprzerwanie.

Zasłuzona biblioteka.

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka. 3. Piórko dla "Sów i Skowronków z Keplera"!

Witaj rrybaku,

Wielce mnie cieszą Twe słowa i klik do bib za sprawą Twego palca :D

Wkrótce zawitam do Twojego pechowego smoka, gdyż po pierwsze wchodzi w mój dyżur, po drugie już dawno miałem zaznajomić się z Twoją twórczością więc czas to nadrobić ;)

Pozdrawiam

Aj, aj, aj te Lovecrafty! Jakie to wszystko obślizgłe, koszmarne i złe!

Ale nie tekst. Tekst jest dobry, naprawdę straszny i momentami obleśny, ale w taki sposób akurat, odpowiednio balansujesz na granicy, tak że nie krzywię się czytając, a trafnie budujesz opisami odpowiednią (paskudną) atmosferę. Czuć to zło i degenerację. 

Fakt, że nie znam twórczości Lovecrafta, spowodował, że nie miałam żadnych punktów odniesienia, haczyków i długo zastanawiałam się czy to po prostu czysty obłęd bohatera, czy opętanie przez potwory – co w gruncie rzeczy jest ciekawą obserwacją, bo jako czytelnik nie sugeruję się oryginałem.

Na początku podejrzewałam, że może brudy Simona, żony i innych były wymysłami obłędu bohatera, ale jak zaczęła się ogólnomiejska masakra, to jednak doszłam do wniosku, że te nie wariactwo i robale serio robią apokaliptyczną rozpierduchę ;) Zgaduję, że u Lovecrafta przedwieczni w ten (lub zbliżony) sposób “przejmują” ludzi, tak? W sumie pocieszająca wizja – że zło jednak przyszło z zewnątrz, a nie z wnętrza człowieka. Chociaż jeśli mamy mordercę i oszustkę, to w ich przypadku przyszło też z wnętrza… Czyli tak, i tak. No, ciekawa refleksja. 

Jedyne co mnie trochę dziabnęło niewiarygodnością – ten czat. Simon akurat rozmawiał o tym z Verą? Akurat zostawił otwarty komputer na akurat takim fragmencie rozmowy? Trochę to takie było nienaturalne, wydaje mi się, że morderca by się coś lepiej ukrywał. Ale to jest lekkie czepialstwo, serio.

Fapcio. Fapcio :D Tak, był to miły akcent dzięki któremu mogłam głupkowato śmiechnąć w tej całej paskudnej historii ;) 

A, no i styl – mnie się bardzo podoba. Lubię taki dynamizm, wprawdzie ja generalnie jestem z tych, co ceni momenty oddechu na opisy (nawet przydługie), ale wszystko musi służyć opowiadanej historii. Tutaj wg mnie tempo jest ważne i szkoda byłoby je zatracić. Sądzę też, że dłuższy opis flaków, trupów etc. mógłby też być zbyt mocny, a tak jest w sam raz – działa na wyobraźnie, a nie wywołuje cofki obiadu :D 

 

Klików już nie potrzebujesz, należą się :) 

 

Powodzenia w konkursie! 

Koi, dzień dobry!

Ależ obszerny komentarz machnęłaś :o 

Wiesz, ja też nie jestem jakoś blisko z twórczością Lovecrafta. Ot, coś tam kiedyś przeczytałem raz czy dwa, raz czy dwa zagrałem w sesję rpg opartą na tym świecie i tyle. Ogólnie więc inspiracje były raczej luźne lub opierające się na główniejszych motywach.

Zło w tym tekście jest dość otwartą sprawą. Starałem się zaznaczyć, że nie ma jednoznacznego zła. Czy stwór o podobiźnie robala jest gorszy od pięknej kobiety zabijającej własne dziecko? Co jest gorszym złem? Może w ogóle nie ma dobra, a jedynie jedno zło zastępuje inne? Stwór, którego nigdy nie było, narodził się dopiero wtedy, kiedy ludzkość przelała czarę okrucieństw, których się dopuściła. Jest więc z jednej strony stworzycielem nowego ładu, ale z drugiej strony jaki ten ład będzie, jeśli sam jego Pan nie wygląda na miłosiernego. Generalnie, chciałem nie powiedzieć za wiele. Zostawić trochę pola na własne interpretacje. 

Co do czatu, wiem, że to niby tak trochę z czapy. Ale z drugiej strony kończy się słowami: Muszę kończyć, Harry przyszedł. To oznacza, że mu przerwał czatowanie, a więc Simon poleciał otworzyć drzwi machinalnie zostawiając lapka włączonego. 

No i na koniec cieszę się, że cofki obiadu nie miałaś, a co za tym idzie lekturę uważasz za udaną :D

 

Dziękuję, Pozdrówka!

 

Zdawało mi się, że czat był po prostu urojeniem protagonisty? Częścią galopującego jak koń szaleństwa. Tego czatu wcale naprawdę nie było, albo był, ale Simon zwyczajnie flirtował sobie z dupeczkami i nie pisał niczego o żonie. To Powieczny wywołał u niego takie wizje. 

Ha, Łukaszu, miał podobne rozkminy :D ale później jednak stwierdziłam, że te rzeczy się serio dzieją, a nie są tylko jego omamami. 

Realuc – no, właśnie o tym mówiłam, otwarte tematy, kilka moralnych dylematów do własnych rozważań, bez podawania jednoznacznych odpowiedzi. Do pomyślenia. Aczkolwiek ładu pod panowaniem takiego pana to ja nie widzę :P

Łukaszu, Koi, początkowo wszystko to tylko wizje, jednak z czasem rzeczy dzieją się naprawdę, co tylko przyspiesza szaleństwo bohatera i jego postrzeganie ludzi – czyli sprawia równocześnie, że łatwo oddaje się w ręce Powiecznego ;) 

Cześć ;)

 

Początek mnie porwał. Scena z papierosem jest naprawdę świetna, i ta piękna pachnąca żona o kruczych włosach, prawie jak Yennefer.

Potem trochę się rozczarowałem. Zgadzam się z Marasem, że akcja pędzi. Przydałoby się z 10k znaków, żeby to wszystko ładnie rozbudować. Trup się ściele gęsto, urojenia postępują, a rewelacje jedna za drugą przygniatają Twojego bohatera i przy okazji czytelnika jak, nie przymierzając, glistę. Skąd te wizje, dlaczego bohater im się poddał i co tam się odprawiło na końcu? ;) Być może to po prostu za trudne dla mnie, chyba wolę proste historie.

Czepiałbym się też słówek – Powieczny, prawie jak Powietrzny, gdzieś tam pojawia się krocze (niżej troszkę się naśmiewam), a w innymi miejscu opisy, czy budowa zdań nie zachwyciły mnie. Perełki w postaci “Alohomory”, “Szybkiego śledzia” czy imienia głównego bohatera nie nadrobiły tego dla mnie. Tak, easter egg dla Koi, też nie załatwia sprawy, choć również go doceniam :P

 

Kilka luźnych uwag jeszcze:

Owoc naszej miłości, który spadł z drzewa, nim zdążył się na nim pojawić.

To był na tym drzewie czy nie? Co tu się od…?

 

 dużo kasy po spadku

“Którą otrzymał w spadku”.

 

No i mamy kolejnego trupa, karwasz twarz.

Co?

 

Na posadzce Watsonowie

Sherlockowie ich zatłukli?

 

Komentatorzy nie zdołali ukryć stronniczości i popłakali się niemal ze szczęścia.

Ty wiesz, że przez chwilę myślałem, że masz na myśli komentarze pod Twoim tekstem. Musiałem zatrzymać się i zastanowić ;)

 

Płaszcz brudny, wisi na mnie tak jak nigdy. Zgubiłem wiele kilogramów.

Panie, wincy, chcę wincy opisów, porównań, metafor ;)

 

Kroczę, niemal po omacku, wśród łysych drzew.

A cóż to za erotyk? Słowo “kroczę”, sam rozumiesz.

 

 

Nie wydają żadnych odgłosów. Ani najmniejszego skrzypnięcia. Milczą, wsłuchując się w krzyki. Ależ okropnie ciemno. Przecież księżyc tak jasno świecił. Patrzę do góry, ale nie widzę go. Zaplecione w siebie, powykręcane gałęzie zasłaniają niebo.

Ten rytm krótkich zdań mi nie brzmi, może tak ma być… Dalej masz podobnie, mi to bardzo zgrzyta.

 

Przez krótką chwilę czuję lawendowy zapach kruczych, kręconych włosów, choć całe są lepkie od fekaliów.

Ehm, dlaczego tak? Narobiła sobie na włosy?

 

Exit light

Przeczytałem szybko. Fajne. Nie podszedł pierwszy fragment i wpis kochanki na chacie internetowym (oba mocno infodumpowe). No i nie orientuję się jaki odsetek śledczych jest zagorzałymi fanami Harrego Pottera, ale trochę te rictus sempry i avada kedavry wybijały z klimatu (przynajmniej mnie). Zastanawiam się, czy żółte rękawice to nawiązanie do jakiejś gry wideo? Bibliotekowałbym. 

Cześć, Realucu! Hm, tekst napakowany akcją i pełen nawiązań do tematu konkursowego. Momentami tekst mógłby być trochę mniej gęsty z korzyścią dla budowania klimatu, ale w ogólnym rozrachunku właściwie jestem na tak. Nie mam czasu mocno się rozpisać, więc powiem, że poprowadzenie motywu szaleństwa głównego bohatera było tym, co najbardziej przypadło mi do gustu. Dam polecjakę, bo nie wiem, czy masz już komplet.

Pozdrawiam!

 

No i nie orientuję się jaki odsetek śledczych jest zagorzałymi fanami Harrego Pottera

Tylko protagonista używał potterowego slangu.

No tak. I dla mnie to o jednego bohatera zbyt wielu.

Bas,

Aleś czepliwy, chłopie. Ale przyłbicę opuszczam i dzielnie w szranki staję.

 

Skąd te wizje, dlaczego bohater im się poddał i co tam się odprawiło na końcu? ;) Być może to po prostu za trudne dla mnie, chyba wolę proste historie.

Jak już pisałem wyżej, chciałem, aby tekst nie dawał prostych i jednoznacznych odpowiedzi. Wszystko powstaje na tajemnicy, i w pewnym stopniu na tajemnicy ma się kończyć. Nie jest więc to zero jedynkowa opowieść ;)

Czepiałbym się też słówek – Powieczny, prawie jak Powietrzny, gdzieś tam pojawia się krocze…

Ja tam bym się nie czepiał. Powieczny jest wiadomym nawiązaniem do Przedwiecznego. I uzasadnionym w dodatku w tekście. Przedwieczy – starożytne, uśpione zło. Powieczny – zło, którego nigdy jeszcze nie było, a ma przyjść i zostać na wieki. Natomiast słowo kroczę jest naturalną odmianą od kroczyć. Nie jest tak?

To był na tym drzewie czy nie? Co tu się od…?

To takie metaforyczne, filozoficzne i głębokie przemyślenia. Nie czepiaj się pan :P

No i mamy kolejnego trupa, karwasz twarz.

Co?

Ano to co słychać. Nie znasz Pan sławetnego slangu Mariana aka Paździocha?

 

Sherlockowie ich zatłukli?

:D

 

Ten rytm krótkich zdań mi nie brzmi, może tak ma być… Dalej masz podobnie, mi to bardzo zgrzyta.

Tak ma być. Przynajmniej tak uważa autor, co nie oznacza, że każdemu musi pasować, więc rozumiem.

 

Ehm, dlaczego tak? Narobiła sobie na włosy?

Któż wie, co te robale wstrętne z nią wcześniej robiły… :(

 

Kopia skruszona, przyłbica podniesiona. Pozdrówka!

 

Leniwy2,

Dzięki za komentarz. Nie wiem dlaczego dwa słowa na taki tekst aż tak Ci przeszkadzają. Miały nieść za sobą walory humorystyczne. Bohater pochodzi z Wielkiej Brytanii, nazywa się Harry, i takiż sobie słów użył – powtórzę, dwa ray. Nie sypie nimi na prawo i lewo. To tak jakby akcja działa się w Polsce i gość o imieniu Geralt rzucił dwa razy jakimś tekstem z wiedźmina. Dla mnie takie nawiązania to raczej fajny dodatek, ale rozumiem, że gusta są różne.

Co do żółtych rękawic, tak, grałem kiedyś w jakąś grę (nie pamiętam nawet tytułu) w której był podobny obrazek do tego, w jakim opisuje czekającego w deszczu Simona. Choć nie była to jedyna inspiracja.

 

oidrin,

No hej! Cieszę się, że zajrzałaś i spodobało Ci to i owo ;) Dzięki za polecajkę i również pozdrawiam!

 

 

 

 

Kopia skruszona, przyłbica podniesiona. Pozdrówka!

Faktycznie jakoś się tak czepiałem bardzo, ale już niedługo mój tekst konkursowy również pojawi się na portalu, więc zapraszam do czepialstwa zwrotnego. Myślę, że będziesz miał sporo szans do wysadzenia mnie z siodła ;)

Pozdrawiam!

Exit light

Och, już ostrzę oręż i szykuję wierzchowca! (śmieje się szaleńczo)

;)

A mnie nikt nie pyta, więc się wtrącę: 

Jak dla mnie te wszystkie wstawki językowe (alohomora!) są super, to urealnia język bohatera. Karwasz twarz brzmi świetnie, myślałam, że sam to wymyśliłeś ;) (nie, nie znam slangu Paździocha). Bohaterowie mogą mieć swoje powiedzonka, nawet nie do końca jasne, ale takie wyrażające ich emocje w danej chwili. Takie insze przekleństwo nie bije w tekście po oczach jak zbyt pospolita (jakkolwiek smakowita) kur*a albo inne znane wulgaryzmy, które przez ich popularność straciły na mocy. W ogóle karwasz twarz, jak to czytam na głos, to mi tak ładnie krrwwwksszz w uszach i dzięki temu dobrze wkurz wyraża :D

Bohater pochodzi z Wielkiej Brytanii, nazywa się Harry, i takiż sobie słów użył – powtórzę, dwa razy.

Nie musisz powtarzać – to że dla Ciebie “takie nawiązania to raczej fajny dodatek”, wynika z treści opowiadania, inaczej byś ich przecież nie użył :) Czy aż tak mi przeszkadzają, nie wiem, na pewno przeszkadzają na tyle, by wymienić je w krótkim komentarzu podsumowującym moją opinię o tekście.

Leniwy, każdy postrzega pewne kwestie inaczej więc rozumiem, że na Ciebie taki zabieg może nie działać tak jak autor sobie zaplanował :) KOI, cieszę się za to, że Tobie takie zwroty się podobają. Myślę, że im więcej takich niestandardowych/indywidualnych słówek w ustach bohaterów tym lepiej – oczywiście z zachowaniem złotego środka, wyczucia, kiedy pasuje takie użyć i umiaru :)

Koi, smakowita kura? To Ty jesz mięso?

 

Exit light

BK, jakieś trzydzieści sekund temu obiecałam sobie ograniczyć offtopy, proszę, pomóż mi w tym wytrwać choć chwilę :D 

 

KOI, cieszę się za to, że Tobie takie zwroty się podobają. Myślę, że im więcej takich niestandardowych/indywidualnych słówek w ustach bohaterów tym lepiej – oczywiście z zachowaniem złotego środka, wyczucia, kiedy pasuje takie użyć i umiaru :)

→ bardzo się zgadzam! :) 

Koi, ja Ci nie pomogę, Ty i Finkla jesteście moimi komentarzowymi wenami ;)

Exit light

Z góry przepraszam, jeżeli będę powtarzał po innych, ale nie czytałem wcześniejszych komentarzy.

 

Przyjemny tekst, jeżeli można to tak ująć biorąc pod uwagę tematykę.

 

Inspiracja Lovecraftem widoczna w sposób oczywisty.

 

Fabuła przyzwoita, choć opowiedziana nieco zbyt pośpiesznie. Mamy tu sporo wątków, przez co w zasadzie wszystkie opowiedziane są pokrótce, bardzo oszczędnie, na czym cierpi struktura – pojawia się informacja o morderstwach (nota bene ten palec w tyłku jest tak przesadnie groteskowy, że z początku podejrzewałem, że będę czytał pastisz), scenę później morderca nie żyje. Wprowadzasz na scenę przyjaciela, moment później okazuje się mordercą (a dialog na czacie, który nam to mówi, jest wyjątkowo drewniany). Nie dajesz czytelnikowi czasu, by zżył się z postaciami, by przejął się wydarzeniami, bo jest po wszystkim, zanim zdąży się zorientować. Choć więc sporo się dzieje, to emocjonalnie tekst jest nieco nijaki.

Z drugiej strony mamy do czynienia z fabułą bardzo dynamiczną, można wręcz rzec – kompaktową. Narzucasz szybkie tempo, więc te 20k znaków czyta się na jednym oddechu. Widać tu wielką techniczną sprawność w tworzeniu narracji.

 

Kreacja bohaterów cierpi na skutek wspomnianej już pośpieszności. Postacie drugoplanowe to w zasadzie sylwetki z dykty, co więcej powycinane na jedno kopyto. Główny bohater wypada niewiele lepiej – po lekturze nie potrafię wiele o nim powiedzieć, poza tym, że jest gliną w amerykańskim stylu i lubi pić. W opowiadaniu tego typu nie jest to wielka wada, ale odnoszę wrażenie, że nie do końca tak miało być – to całe zło byłoby o wiele bardziej przekonujące, gdyby i postacie były wiarygodne.

 

Trochę zgrzytała mi koncepcja Powiecznego. Odwrócenie ról względem klasycznego Lovecrafta – pradawny byt, który nie tylko jest świadom istnienia ludzkości, ale jeszcze przybywa, by ukarać ją za grzechy zupełnie nie pasuje do obcości, której się spodziewam od potworów w tym konkursie. Ale są i plusy. Ujęły mnie bogate, plastyczne opisy. Kiczowate to wszystko (te wszystkie sznury z jelit, głosy brzmiące jak ogłoszenia radiowe, wszędobylskie robactwo, list wyryty na klacie [i to rozpoznawalnym charakterem pisma!], ten pamiętny palec w tyłku), ale odnoszę wrażenie, że było to zamierzone, a ja mam pewną słabość do kiczu, jeżeli autor wie, co robi.

 

Podsumowując – przyjemne czytadełko. Pod wieloma względami płaskie, ale dynamicznie poprowadzone i lekkie w lekturze, mimo morza krwi i flaków w opisach. Coś jak horrorek klasy C z lat 80, straszny w swojej śmieszności i na odwrót. Zapomnę go pewnie do piątku, ale dzisiaj bawiłem się całkiem nieźle.

None, na wstępie dzięki za poświęcony czas i obszerny komentarz!

Rozumiem Twoje uwagi i w zasadzie mogę powiedzieć tyle: wszystko było zamierzone. Tempo, wspomniana kiczowatość, odwrócenie ról. Wiem, że czasami pewne aspekty, które w naszych głowach są dobre, dla innych wcale takie nie będą. Jestem zwolennikiem dynamizmu wszelakiego. Takie teksty czytam, tak też piszę. Nie znoszę ciągnących się scen i długich opisów. Fakt, czasami są i one potrzebne. Tutaj może rzeczywiście odrobinę za bardzo popędziłem. Nie dałem czasu na oddech, choć taki w sumie był zamysł. Aby zło, szaleństwo i wszystko co się dzieje było nagłe. Żeby informacje o najbliższych zwaliły z nóg bohatera niespodziewanie, a nie żeby prowadził w tych sprawach śledztwo przez cztery strony. Jednak fakt jest taki, ze niemal każdy komentujący zaznaczył aspekt pospieszności. Jedni uznali to za plus, inni za minus, a jeszcze inni stanęli gdzieś pośrodku. Następnym razem muszę chyba jednak trochę nacisnąć hamulec momentami…

Cieszę się, że choć tekst nie zostanie Ci dłużej w pamięci, to chociaż zdołał umilić Ci jeden dzień :) I raz jeszcze dziękuję za komentarz. Takie jak Twój czy Marasa wiele dają. W zasadzie każdy wiele daje :)

Pozdrawiam!

 

Rozumiem Twoje uwagi i w zasadzie mogę powiedzieć tyle: wszystko było zamierzone.

Skoro tak, to efekt osiągnąłeś. ;)

 

Tak po prawdzie to ten pośpiech nie przeszkadzałby tak bardzo, gdybyś skręcił nieco bardziej w stronę sensacji. Ale i tak jak na razie jeden z przyjemniejszych tekstów.

;)

Fajne pomieszanie omanów i rzeczywistości. Powieczny też mi się spodobał – miłe nawiązanie, nieprzygniatające tekstu.

Co tu właściwie robią zaklęcia z Pottera? Nowa fantastyka walczy z klasyką? ;-)

Ta hinduska.

Czemu małą literą?

Babska logika rządzi!

Finklo, no hej! Zaklęcia nic nie robią, gdyż ich nie ma. Są jedynie słowa – widocznie bohater był za młodu fanem Pottera :) A z Hinduską – tak wyszło. Nikogo nie umniejszam, niecny przypadek, jutro poprawię. No i ogólnie fajnie, iż spod Twych Finklowych palców wypłynęły słowa takie jak: fajne, spodobał czy miłe. Pozdrówka!

Zaklęcia nic nie robią

Jak to, nic nie robią? Alohomora otworzyła drzwi. Kozackie zaklęcie ;)

:P

Jak to, nic nie robią? Alohomora otworzyła drzwi. Kozackie zaklęcie ;)

Exit light

Przyjemna lektura, czytałem w napięciu i z zainteresowaniem. Spodobała mi się postać głównego bohatera, fajnie ukazałeś proces stopniowego osuwania się w szaleństwo. Klimat zbudowany umiejętnie – jest mrocznie, deszczowo, depresyjnie. 

Pozdrawiam!

Jejciu, ale pędzisz ;)

Mroczne to, ciężkie, depresyjne jak cholera, z atmosferą absolutnej beznadziejności. Zło, które karze złych, a tych dobrych ściąga na złą drogę, robi z nich swoich niewolników. Jest szukanie sprawiedliwych w świecie grzechu, ale nie po to, aby ocalić Sodomę, a jedynie, aby przeciągnąć ich na swoją stronę. Czy nikt nie jest w stanie oprzeć się Powiecznemu? Mam wrażenie, że odpowiadasz: nie. I to mnie trochę przeraża. Aż tak okropnej wizji świata nie mam.

Napisane brawurowo, ale myślę, że panujesz nad fabułą mimo tego pędu na złamanie karku. Okropieństwa, choć z deczka kiczowate, jakoś tu pasują i nawet nie miałam wrażenie, że puszczasz do czytelnika oko, że to nie na serio. Wpisują się w ten świat.

Dobre opko, choć nie mogę powiedzieć, że chciałabym czytać więcej takich ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Bardzo mi się podobało! Stworzyłeś niesamowity klimat i wciągającą (choć prostą) historię. Twoje opisy malowały obrazy przed moimi oczami i ani razu nie chciałam odwrócić wzroku – nie wiem, czy to więcej mówi o mnie, czy o twoich umiejętnościach :) Atmosfera gęstniała z każdym kolejnym akapitem. Dodatkowo spodobało mi się, że, to co najpierw wydaje się chorobą umysłu (konsekwencją ciężkiej pracy), staje się faktem.

adamie, dzięki za komentarz, cieszę się, że lektura okazała się przyjemna :)

Irka, kasjopeja, Wam też dziewczyny dziękuję! Bardzo jestem rad, że tyle elementów się spodobało :)

Aż tak okropnej wizji świata nie mam.

Oj, ja czasami miewam gorsze. Na szczęście: czasami :P

Nowa Fantastyka