- Opowiadanie: Łosiot - Czwórka

Czwórka

Cześć. 
Z twórczością HPL miałem do czynienia eony temu. W pamięci została atmosfera, bo nie pamiętam ani jednej konkretnej historii (pojedyncze sceny, owszem, no i ogólnie tzw. mitologia Cthulhu).
Zapraszam do lektury “Czwórki” i będę bardzo wdzięczny za Wasze komentarze. Wydawało mi się, że 40k znaków to dużo. Okazało się, że wcale nie :)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Czwórka

 

Chmura pyłu nad miastem nigdy nie opada. W ciągu dnia jest brudem na wyblakłym niebie, pod wieczór kradnie ostatnie promienie zachodzącego słońca, a w nocy jest łuną unoszącą w ciemność mętny blask miejskich świateł.

Pył lepi się do krwi, a ta gęstnieje z każdą sekundą. Kropla z trudem odrywa się od zakrzywionego ostrza, by pomknąć w dół. Nikt nie zauważy, jak spadnie na zakurzony chodnik, wyląduje na ciężkim płaszczu któregoś z nielicznych przechodniów, albo z cichym stuknięciem uderzy w szybę przejeżdżającego akurat auta. 

Teraz mknie wzdłuż tafli zakurzonego szkła – pionowego zbocza jednego z największych miejskich wieżowców.

 

* * *

 

Zaciskając mocno usta, Sonia powstrzymała cofkę i połknęła wszystko z powrotem.

Nie porzygała się. 

Łapiąc oddech i uciskając dyskretnie punkt akupresyjny na przedramieniu, stała plecami do pozostałych i walczyła z torsjami. 

Na miejscu zbrodni uwijali się już technicy i policjanci. Skryci za wysokimi kołnierzami i kapturami osłaniającymi przed wszędobylskim pyłem, wymienili tylko zawiedzione spojrzenia – liczyli na to, że młoda nie wytrzyma i zapaskudzi swój nowiutki, policyjny płaszcz.

Nie porzygała się. Za mało, żeby komukolwiek zaimponować, wystarczająco jednak, żeby być potraktowaną choć trochę poważniej, niż totalny żółtodziób. Jeden z gliniarzy podszedł do Sonii i wyciągnął w jej stronę dłoń.

– Masz, przejdzie ci ochota na pawia.

Sonia stłumiła kolejny odruch wymiotny. Przekrwionymi oczyma spojrzała spod kaptura płaszcza.

– To miętówka, bierz, pomaga – zachęcał kolega po fachu. – Albo se rzygnij i miej to z głowy, obojętne. Tylko się weź do roboty, czekamy. 

Cukierek miał smak tak ostry, że aż obrzydliwy, ale pomógł.

 

Nieruchomi w rdzawym pyle, zbici w grupkę policjanci wyglądali jak stojące we mgle posągi. 

– No dobra, panowie, przepraszam was, musiałam zebrać myśli – rzuciła Sonia podchodząc. – To jeszcze raz, co my tu mamy, hę? – dodała, starając się, aby w jej głosie zabrzmiał entuzjazm.

 

Gdy wokół błyskał flesz aparatu dokumentującego scenę zbrodni, Sonia porównywała sobie czarne plamy krwi do pejzażu jezior rozlanych na szarej równinie. Gorzej z gładkimi krawędziami cięcia i odsłoniętymi kolejnymi warstwami tkanek – tu zabrakło jej wyobraźni i nie potrafiła porównać ich do niczego innego, szybko więc przeniosła spojrzenie wyżej, na przykrytą już warstewką kurzu, wyglądającą przez to jak odlana w gipsie, twarz ofiary.

Wzrok wracał jednak ciągle do linii cięcia równego, jakby ktoś kroił papier, nie ludzkie ciało. Czując nadchodzące mdłości, Sonia opuściła wzrok z powrotem ku rozlanym na betonowej posadzce czarnych kałużom. Zobaczyła równo obcięte palce. Leżały niczyje, trochę z boku, miały poobgryzane paznokcie.

Sonia puściła pawia. 

Zebrani na dachu wieżowca koledzy po fachu wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

 

***

 

Na biurku Sonii leżała niewielka skrzyneczka. Policjantka patrzyła z niechęcią na ciemną obudowę i wylewające się spod niej jak cienkie macki kabelki łączy komunikacyjnych. Wzięła przedmiot do ręki, zostawiając na blacie wolny od kurzu prostokąt. Nawet tu, w pomieszczeniach komisariatu, nie można się było ukryć przed pyłem. Dostawał się do środka we włosach i na ubraniach, a jego najmniejszych drobin nie były w stanie powstrzymać tutejsze filtry.

Sonia westchnęła z rezygnacją i podłączyła pudełko do stacji roboczej. Jakby zaskoczony, monitor zamrugał, a po chwili z czerni ekranu wyłoniły się rzędy liter.

Tu elektroasystent numer 4

Autoryzuj dostęp

Sonia posłusznie przyłożyła palec do czytnika z boku pudełka. 

Młodszy detektyw Sonia Adams, numer służbowy 20678

Przypisana do: sprawa numer 104 112 108: podejrzenie zabójstwa na dachu biurowca Eon Industries.

Ofiara: David Mayers, Dyrektor ds. Bezpieczeństwa, Eon Industries. 

– Bla, bla, bla. – Dziewczyna przewróciła oczami. 

Migający prostokąt pędził przez ekran, zostawiając za sobą kolejne wiersze tekstu. 

Wymagany tryb pracy w podległości służbowej wobec elektroasystenta numer 4. 

– Stop! – warknęła Sonia, niezbyt głośno, żeby nie zwrócić na siebie uwagi mundurowych, którzy spierali się o to, gdzie pójdą się napić po pracy. 

– Stop! – powtórzyła. – Kto tak zdecydował? 

Decyzja podjęta przez: komendant okręgu miejskiego policji. Przestrzeganie ram proceduralnych jest obowiązkiem wynikającym z: ustawy o policji miejskiej i inne przepisy. 

Czy chcesz poznać podstawy prawne?

– Nie – odparła dziewczyna.

Nieprzestrzeganie ram proceduralnych powoduje automatyczne nałożenie: Kar regulaminowych. Czy chcesz poznać wykaz kar?

– Nie. – Sonia schowała twarz w dłoniach. Spodziewała się, że pierwszej sprawy nie poprowadzi sama, ale to, że przydzielili jej elektroasystenta w roli szefa, było upokarzające.

– Dlaczego?

Wysoki priorytet sprawy.

Biały prostokącik stanął w miejscu i mrugnął złośliwie.

 

– Młoda, idziesz? – rzucił jeden z policjantów. – Na jedno, może pięć?

Ktoś parsknął wymuszonym śmiechem. 

– Posiedzę jeszcze, innym razem.

– Młoda na sprawie, zarobiona, co? – wciął się inny z mężczyzn.

– No co, ktoś musi się tym zająć, żeby inni mogli żłopać piwo – odparła, patrząc mu w oczy.

– E tam, się przejmujesz, dostałaś elektroasystenta, poprowadzi cię za rąsię. To mądre… ustrojstwa, śledztwo poprowadzi się samo, order czeka.

Gliniarze ryknęli śmiechem i wyszli z sali. 

 

W pustej sali komisariatu Sonia nie mogła się skupić. Przeszkadzał jej szum wentylatorów, brzęczenie jarzeniówek, szmer elektroniki, trzaskanie starych mebli. Dziewczyna zebrała z biurka swoje rzeczy i elektroasystenta, po czym wrzuciła wszystko do plecaka.

Gdy wychodziła, poczuła przemożną chęć obejrzenia się za siebie. A jeśli ktoś stoi na środku ciemnej sali i na nią patrzy? Karcąc się w duchu za wybujałą wyobraźnię, nie oglądając się wyszła, zamykając za sobą ciężkie drzwi. 

 

Okutana szczelnie w płaszcz, szła pustym chodnikiem, pojawiając się w kręgach światła latarni i znikając w ciemności między nimi. 

Ulice miasta są zawsze prawie puste, zarówno w dzień, jak i w nocy. Zawsze przykrywa je warstwa kurzu. Nieliczni przechodnie mijają się w zupełnej ciszy – wpatrzone w ziemię cienie nie zwracające na siebie uwagi.

Czasem, wciąż pokasłując, z sobie tylko znanych jam na powierzchnię miasta wyłażą ludzkie roztocza. Nędzarze i wyrzutki nie mają żadnej osłony przed pyłem, ich półnagie ciała bieleją w ciemności zaułków, gdy grzebią w śmietnikach. W mieście ignoruje się je, tak jak nie zauważa się miejskich kotów.

Idąc, Sonia starała się nie myśleć o tym, co widziała rano na szczycie jednego z pochylających się nad nią ze wszystkich stron betonowych gigantów. Chcąc zaprzątnąć uwagę czym innym, liczyła własne kroki, latarnie, znaki drogowe, szukała wciąż czegoś, czym zajmą się jej myśli. Krwawe obrazy robiły jednak wszystko, by znów wedrzeć się w jej umysł. 

Mały, nocny sklepik tuż przy jej apartamentowcu był otwarty, zakurzone witryny rzucały na chodnik ciepłe światło, zapraszając do środka. Nie zamieniając ani słowa ze sprzedawcą, dziewczyna kupiła butelkę ginu.

 

Spróbowała jeszcze popracować. Podłączyła elektroasystenta do domowego komputera, ułożyła z nim wstępny harmonogram śledztwa i zaplanowała następny dzień. 

Wypiła już sporo, ale noc jakoś nie chciała się zacząć. Z ekranu patrzał na nią Eon Ambergris, prezes Eon Industries i Sonia zastanawiała się, jakiego koloru są jego oczy. W sieci jego zdjęć było niewiele – kilka sprzed lat, z początków wielkiej kariery i to, oficjalne, ze strony internetowej firmy, starannie wyretuszowane tak, że nie sposób było określić jego wieku.

Twarz Ambergrisa wyglądała bardzo przeciętnie i przez to trudno wręcz było uwierzyć, że jej właściciel był geniuszem. Że to dzięki jego technologii immersyjnej i wyobraźni, ludzie mogą choć na trochę uciec z zakurzonego świata i zatracić się w powstających w Eon Industries elektronicznych krainach.

A oczy Eon Ambergris miał, po prostu, niebieskie.

Noc w końcu przyszła. Sonii śnił się biały prostokąt w obłąkańczym tempie mknący przez czerń monitora. Kursor rysował linie, rozwidlające się i łączące w skomplikowany wzór przypominający pismo, ciągnący się niczym niekończące się słowo.

Obudziła się przy biurku, z bólem głowy.

 

***

 

Rano miasto przygniata mgła. Nadchodzi jeszcze w nocy, gdy nie ma wiatru, miesza się z pyłem, zalewa ciężkim jak nieświeży oddech oparem, przez który o świcie przebijają się tylko najwyższe wieżowce.

Jazda dłużyła się w nieskończoność. Sonia oparła głowę o grubą szybę policyjnego wozu i wlepiła nieruchome spojrzenie w szary poranek. Za oknem pojawiały się, by natychmiast zniknąć we mgle, pojedyncze fragmenty miejskiej układanki: zaparkowane na ulicach jak martwe żuki auta, czarne szkielety drzew, przemykający jak zlęknione zwierzęta przechodnie, konstelacje zamglonych świateł otwartych sklepów. 

 

Leżąca u podnóża wyspy drapaczy chmur dzielnica skąpana była w ich cieniu i zalana mgłą. W mlecznoburej zawiesinie duży dom Mayerów, wyglądał, jakby stał tu sam, choć tak naprawdę był jednym z ustawionych tu w szeregu identycznych, luksusowych pudeł.

Żwir na ścieżce zachrzęścił pod butami Sonii. Dziewczyna nacisnęła przycisk przy drzwiach i pokazała się do kamery. 

Kobieta przedstawiła się jako Barbara, jednak przez różnicę wieku Soni zręczniej było się do niej zwracać „pani Mayers”. Siedziały w ogromnej, marmurowo-szklano-stalowej kuchni z blatami jak tafle lodu. W domu nie było pyłu, nawet tego najdrobniejszego. Śluzy wejściowe i wysokiej klasy filtry robiły swoje.

– Pani Mayers, detektyw Sonia Adams, bardzo mi przykro w związku z… tym, co się stało – zaczęła rozmowę Sonia. – To numer do biura, a ten odbieram w domu. Proszę dzwonić o każdej porze, jakby co – mówiąc to, Sonia przesunęła w kierunku starszej kobiety biały kartonik.

Mayers skinęła głową, nie podnosząc wzroku znad filiżanki z herbatą. Sonia zwróciła uwagę na jej włosy – siwe, niefarbowane, ale gęste i piękne.

– Prowadzę śledztwo w tej sprawie, muszę zadać parę pytań. Czy jest pani gotowa na taką rozmowę?

Kobieta milczała, jednak spojrzała w końcu na Sonię i skinęła głową. W sterylnej kuchni Sonia czuła się brudna i zakurzona. Sięgnęła do plecaka i wydobyła stamtąd notes i elektroasystenta, którego delikatnie położyła na blacie z grubego szkła. W domu było tak cicho, że stuknięcie metalowej obudowy o blat nieprzyjemnie zakłuło w uszy. Pani Mayers spojrzała z powątpiewaniem na czarną kostkę.

– Możemy? – spytała niewinnie Sonia, wskazując wzrokiem na notatnik, jakby to on był tu najważniejszy.

– Jest pani taka młoda, naprawdę prowadzi pani to śledztwo? Ile ma pani lat? – odrzekła pani Mayers.

– Jestem po rządowej szkole i kursach Szukania w Eon Industries. – Sonia zrobiła pauzę, czekając na jakąś reakcję, ale na twarzy Barbary Mayers nie drgnął nawet mięsień. – Poza tym, nie prowadzę sprawy sama, są zespoły śledcze, mam wsparcie – dodała.

– Widzę właśnie – wtrąciła starsza kobieta, zerkając na leżące na stole pudełko. 

– Wie pani, co to jest? – Sonii nie udało się ukryć zaskoczenia.

– Soniu, malutka, jesteś słodka i być może kiedyś będziesz dobrą policjantką, ale żeby tak było, musisz już teraz zacząć myśleć, to powinien być twój nawyk. – Teraz to pani Mayers przyglądała się Sonii, wyraźnie zainteresowana, jak ta zareaguje.

– Postaram się, Barbaro – odparła Sonia lodowato, a dolną część jej twarzy rozpromienił gładki uśmiech. – Ale będę ci wdzięczna za pomoc na tym etapie.

Barbara Mayers odwzajemniła uśmiech.

– Zastanówmy się więc razem. Któż mógłby wymyślić coś takiego? Kto na tyle genialny i szalony zarazem wpakowałby do pudełka sztuczny umysł? I to jeszcze umysł policjanta? I kto miałby taką technologię?

Sonia wzięła w rękę eletroasystenta i obejrzała go ze wszystkich stron.

– Eon Industries? – rzekła niepewnie. 

– Tak! No widzisz!

– Nie wiedziałam. Pani wie od męża, tak? Rozmawialiście o pracy?

Barbara rozłożyła ręce.

– Miałaś prawo nie wiedzieć. Zresztą, jakie to ma znaczenie? – Barbara bezradnie rozłożyła ręce. – No dobrze, miejmy to za sobą. Co chcecie wiedzieć?

– Właśnie. Barbaro, bardzo mi przykro z powodu tego, co się stało. Czy potrzebujesz czegoś? To świeża sprawa i trudne przeżycie, policja może zapewnić psychologa.

– Po prostu znajdźcie tego mordercę, to teraz najważniejsze.

– Tak, możesz być pewna, że zrobimy, co w naszej mocy. – Sonia natychmiast pożałowała wypowiedzianych słów. Rozmowa szła teraz jak odczytywana z jakiegoś skryptu, sztucznego i pełnego banalnych stwierdzeń i Sonia miała wrażenie, że Barbarze Mayers bardzo to pasowało. 

 

***

 

– I co, jak wam się pracuje razem? – Dowódca komisariatu stał tuż przy biurku Sonii, ale pytanie zadał tak głośno, że usłyszeli je wszyscy na sali. Nie zwracając uwagi na odwracające się w ich stronę głowy, dziewczyna podniosła się z krzesła i przybrała niezręczną pozę.

– Spocznij, pani detektyw, nie trzeba, naprawdę, już pani nie jest w szkole – powiedział komendant, przysiadając połową ogromnego tyłka na brzegu biurka; mebel stęknął, monitor zakołysał się niebezpiecznie. Szef otarł brudną chusteczką pot z czoła i spojrzał na leżącego na biurku elektroasystenta.

– Nie daje się za bardzo we znaki? Różnie nam to działa. – Mówiąc to, przyjrzał się uważnie dziewczynie. Teraz, gdy siedział na biurku, a ona stała, byli sobie równi.

– Dajemy radę komendancie, składamy teraz pierwsze dane, czekamy na raporty z laboratorium, na jutro mamy zarezerwowane Jezioro…

Komendant skupił się na obudowie elektroasystenta.

– To czwórka, tak? Daliśmy pani czwórkę? – Odwrócił urządzenie i przyjrzał się przyklejonej od spodu tabliczce. – Czwórka.

Sonia uśmiechnęła się, nie bardzo wiedząc jak odpowiedzieć.

– A, właśnie, Jezioro, zapisała się pani na jutro. Ale Szukanie ma pani dziś. 

– Szefie, ale ja nie umawiałam na dziś, bo nie mamy jeszcze wyników z labu.

– Wyniki będą, pani detektyw. Proszę się nie martwić. Elektroasystent ustawił na dziś, lab pracuje. – Puknął paznokciem w obudowę Czwórki. – My tu działamy szybko i sprawnie, jak jest taka konieczność. Szef ochrony w Eon, tak?

– Tak, dyrektor do spraw bezpieczeństwa – poprawiła go Sonia. – Ale czy to morderstwo, to jeszcze nie wiemy na pewno – dodała.

– Mówię przecież, że szef ochrony – komendant podniósł głos. – To morderstwo, proszę wierzyć staremu glinie. – Świńskie oczka świdrowały teraz Sonię zza mętnych okularów. Policjantka spuściła wzrok, czując, że podpadła, choć nie do końca zdając sobie sprawę, czym.

– To co, dziś kąpiel w Jeziorze? Pokaże nam pani, co potrafi. – Mówiąc, dowódca mierzył Sonię wzrokiem. 

– Tak, oczywiście – skinęła głową. – A dziś rano byłam u wdowy, rozmawiałyśmy, znalazłam ślady krwi – powiedziała nagle, próbując zmienić temat.

– Świetnie, chwali się. Co za krew?

– W kopterze Mayersa. Z zeznań żony wynika, że facet został wezwany do firmy, a pojazd wrócił w nocy sam. Stwierdziłam, że należy sprawdzić ten kopter. A w środku była krew. Puściłam do labu, czekamy na wyniki. 

– Bardzo dobrze, pani detektyw. Tak trzymać, tak trzymać.

Biurko skrzypnęło ostrzegawczo. Komendant wstał energicznie. Na odchodnym klepnął Sonię przyjaźnie po plecach, trochę zbyt długo pozostawiając na nich ciepłą dłoń. 

 

***

 

Solanka była chłodna, ale Sonia wiedziała, że to tylko chwilowe wrażenie. Z początku przeszkadzał jej też skórzasty, szczelnie przylegający do twarzy kaptur, jednak jego zimny, mokry nacisk zaraz zupełnie zelżał.

Nic nie ważąc w unoszącym ją roztworze, dziewczyna zawisła bez ruchu w absolutnej ciszy i ciemności, nie czując własnego ciała. Wszechogarniająca czerń Jeziora była najpierw jednolita i gęsta jak ściana nieprzeniknionego dymu. Sonia zadrżała lekko, gdy zobaczyła pierwsze, niewyraźne kształty. Najpierw, jak czarne powidoki, znikały od razu gdy tylko próbowała się na nich skupić.

Czekała cierpliwie.

Powoli z mroku wyłoniły się cienie, kontury złożonych brył, a w ich wnętrzu kolejne. Płynęła między nimi – punkt bez masy i wymiarów w czarnej toni, wśród megalitycznych form.

Sonia zmieniła perspektywę i rozdzielczość, tracąc z widoku przepastne silosy danych. Teraz penetrowała je od środka nurkując w oceanie czarnych ziaren.

Informacji o samym Mayersie znalazła niewiele: spec od bezpieczeństwa informatycznego, w Eon Industries od czasów, gdy firma była startupem. Przejrzała kilka zdjęć sprzed lat, zrobionych podczas prezentacji przed inwestorami: Mayers, Ambergris i paru chłopaków pokazujący pierwsze, siermiężne zastosowania technologii pozwalających na podróżowanie umysłu w głąb świata maszyn. Zaczynali w powyciąganych koszulkach i dżinsach, uśmiechnięci. Na dużo późniejszych, oficjalnych portretach członków zarządu Eon Industries wszyscy są w garniturach. I nikt już się nie uśmiecha.

Sonia wyodrębniła z obłoków ziarenek raporty z oględzin miejsca zbrodni i wyniki sekcji zwłok Mayersa: przyczyna i czas zgonu, charakter obrażeń, głębokość cięcia, siła uderzenia, szacowane parametry fizyczne narzędzia zbrodni. Zebrała dane i mimo, że nie było ich dużo, spróbowała poskładać z nich kształty. Symulacja nie mogła być dokładna, ale czarny dym zgęstniał i ułożył się w drapieżną krzywiznę, tworząc sugestię długiego, cienkiego jak szpon ostrza. Zapisała model i odłożyła na bok.

Walcząc z powracającymi wspomnieniami z dachu wieżowca Eon, Sonia zaangażowała system do zbudowania kolejnej symulacji w oparciu o ułożenie ciała ofiary, wyniki analizy śladów krwawych i wstępny model narzędzia zbrodni. Wykorzystała nawet nagrania z kamer monitoringu, choć przez zapylenie obiektywów były prawie zupełnie nieczytelne. Na dachu nie było więcej śladów – albo przysypał je kurz. Z tego samego powodu na miejscu nie znaleziono też żadnych odcisków palców.

Palce. Sonia poczuła napór myśli, wspomnień krwawych obrazów. Otaczający ją czarny świat zafalował nagle jak muślin na wietrze, ale Sonia zdołała utrzymać koncentrację i łączność. 

Smugi posłusznej czerni ułożyły się w uśrednioną z wielu wariantów animację, na której Meyers przechodzi kilka kroków, a potem odwraca się nagle, unosi ręce. Wtedy otrzymuje cios. Cięcie nadchodzi z góry, po skosie, pozbawia go palców i wchodzi w ciało na wysokości obojczyka. W jednym z wariantów symulacji – tym uwzględniającym niewyraźne wideo z umieszczonych na dachu kamer – jest coś jeszcze. Tuż przed śmiercią David Mayers wykonał szybki ruch ręką, jakby rzucał czymś z kierunku pobliskiej krawędzi dachu. 

 

Zapisując symulację do pliku, dziewczyna odebrała delikatne wibracje; przez czarny dym przeszła maleńka fala. Jej źródło było bardzo blisko; Sonia nie była w Jeziorze sama.

Ktoś szperał w czarnym piasku, przekopywał się przez czarny dym, tak jak ona szukał czegoś w bazie danych. A przecież Sonia korzystała właśnie z jedynej dostępnej komory deprywacyjnej, nikogo nie powinno tu być! Czy to pierwsze omamy? Zbyt długi pobyt w komorze kończył się tym dziwnym stanem zawieszenia między snem, a jawą. Halucynacje fazy Theta? Tak szybko? 

Poczuła dotknięcie. Obok jej samotnych, myszkujących w czarnym świecie myśli pojawiły się nowe. 

– To ja, Czwórka.

Unoszące się w solance ciało Sonii szarpnęło się konwulsyjnie. Ocean czerni znów zafalował, połączenie z Jeziorem zaczęło słabnąć.

– Spokojnie, dziewczyno, poczekaj chwilę, masz robotę, pamiętasz? 

Czwórka? Jak to w ogóle możliwe? Podłączył się razem z nią? Jak? Sonia była pewna, że pudełko zostało na biurku. Poza tym, w Jeziorze zawsze pracował jeden tylko człowiek.

No właśnie. Człowiek. 

Sonia ustabilizowała połączenie.

– Przestraszyłeś mnie – rzuciła.

– Zrobiłaś symulacje. Ale potrzebujemy jeszcze czegoś. Mam tylko uprawnienia do przeglądu danych, nie mogę ich kopiować.

Sonia stłumiła chęć skinienia głową. Czwórka trącił jej myśli, wskazując obszar danych znajdujący się głęboko pod ubitymi warstwami czarnych ziaren. Duże pliki starych symulacji zakrył już ciemny szlam, jednak udało jej się uzyskać dostęp. Ponaglana przez elektroasystenta szybko zrobiła kopię znaleziska.

Z daleka odezwało się ciało Sonii, któremu nagle zrobiło się zimno. Wraz z chłodem tam, w wypełnionej roztworem komorze, tu, u Sonii, pojawiło się uczucie wyobcowania. Dziewczyna poczuła się jak nocny intruz w starym domu obserwowany z ukrycia przez jego mieszkańców.

Ziarna zawirowały, a wraz z nimi pasma czarnego dymu. Pliki były gotowe.

– Ruchy! Przejrzymy to później! Zapisuj to, mała i wychodzimy! – Dziwnie rozdygotane myśli Czwórki uderzyły ją gwałtownie.

„Ruchy”? „Mała”? Kto to jest? Elektroasystent zwracający się do niej jak człowiek, którego w ogóle nie powinno tu być? Może to bredzenie mózgu, majaczącego od zbyt długiej deprywacji?

Sonia zapisała wszystkie pliki do późniejszej analizy. Czwórka wysłał kolejny niespokojny impuls, gwałtowne szturchnięcie.

– Kończ.

Zrobiło się bardzo zimno. I nagle dla Sonii stało się ważne to, że jest przecież zupełnie naga, bo w Jeziorze ktoś się w nią wpatruje, właśnie wyłowił ją z ciemności spojrzeniem jak snop światła. W tym samym czasie na swoim ciele poczuła palący dotyk i pulsujące wstydem ślady.

Zauważyła coś na skraju pola widzenia. Nieokreślone kształty, cienie niczym atramentowe szczyty gór w nocy, cielska znacznie większe, niż megastruktury Jeziora. Szum wiatru, jak echo ich oddechu, zaczął układać się w słowo: stare jak ocean, wypowiadane od zawsze, ale wciąż niedokończone. Słowo brzmiące jak groźba. Przekleństwo.

 

Lewitujące w roztworze siarczanu magnezu ciało szarpnęło się i skuliło. Unoszący się w czarnym oceanie punkt bez masy i wymiarów zniknął.

W pokoju techników rozkrzyczały się nagle wszystkie możliwe alarmy i systemy ostrzegania, mężczyźni w kitlach natychmiast zerwali się z foteli i unieśli ciężkie wieko komory deprywacyjnej.

Wyciągnęli Sonię posiniałą, skuloną i drżącą.

 

***

 

– Z nieznanych mi przyczyn, spadła pani trochę temperatura ciała. Daliśmy tlen i kroplóweczkę, wszystko wróciło do normy. Ale zdarzyć się to nie powinno. – Pogryzając końcówkę długopisu, doktor Philips wpatrywał się w Sonię wyblakłymi ze starości oczyma – No, ale że się pani nie wszystko zgadza po wizycie w Jeziorze, to w ogóle nie dziwi. Deprywacja to nie żart, włazicie tam i się wam miesza w głowach.

Starzec pochylił się nad siedzącą na plastikowym krześle Sonią i zaświecił jej w oczy. Widziała swoje odbicie w okrągłym lusterku i jego oko spoglądające na nią przez okrągłą dziurę. Powierzchnię zwierciadła pokrywały drobiny kurzu.

– Wszystko z panią w porządku – wraz z jego słowami, do Sonii dotarł zapach zepsutych zębów, dziewczyna skrzywiła się mimowolnie. – Znaczy się, wszystko w porządku neurologicznie, ale coś pani powiem.

Lekarz usiadł naprzeciwko dziewczyny, znów wlepiając w nią zamglone źrenice.

– Pomyśli pani, że ze mnie stary pierdziel i gadam bzdury. – Pochylił się w przód, oparł łokcie na kolanach, wciąż patrząc Sonii w oczy. – Niech pani nie ufa tak łatwo tej technologii. 

– Panie doktorze, jeśli nic mi nie jest, to…

– Słuchaj, nasze mózgi nie powinny być poddawane czemuś takiemu. To biologia, a to, tam, to nie świat dla nas! – Doktor mówił coraz głośniej i szybciej, wyraźnie pobudzony. – Ten cały Eon, co wam mówią? Że dzięki niemu będziecie lepszymi glinami? I co? Za parę lat bez tych jego urządzeń sami nie będziecie w stanie dojść, kto nie spuścił wody w kiblu, ot, co! Wspomnisz moje słowa!

– Lepszymi glinami? O czym pan mówi? To tylko wsparcie, świat to dane, ludzie to dane. Mamy z tego nie korzystać? Wie pan co? Pójdę już, ja panu nie mówię, jak leczyć ludzi. – W Sonii wzbierał gniew i nie miała zamiaru go powstrzymywać. Wciąż jeszcze czuła zimno w kościach. Gniew rozgrzewał od środka.

– Wszędzie Eon, nie widzisz tego? Kto wymyślił te wasze Jeziora? Kto cię wyszkolił? A ci wasi elektroasystenci? To też ich projekt, wiedziałaś o tym?

– Oczywiście, że tak – odparła, krzyżując ręce na piersiach.

– A wiesz, co jest w tych pudełkach? – dopytywał Philips z chytrą miną.

Sonia uniosła brwi.

– Ha! – huknął tryumfalnie lekarz. – Nic nie wiesz! No więc, moja droga, to sztuczne umysły. Nie powinny istnieć, tak nie można. Przez nie przestaniecie sami myśleć.

– Co pan… – Sonia zapragnęła natychmiast zakończyć tę dziwną rozmowę.

– Kieruje tobą sztuczny mózg, a ty bezkrytycznie spełniasz jego polecenia. – Doktor spoważniał. – Lepiej zasłaniaj mu kamery, jak się rozbierasz, może tam w Eon ktoś nim kieruje i lubi popatrzeć.

Sonia wstała gwałtownie.

– Nie życzę sobie! – wycedziła przez zęby.

Doktor Philips nawet nie mrugnął, gdy trzasnęła za sobą drzwiami.

 

***

 

Monitor zaczął się nagrzewać, wypełniając mieszkanko Sonii ledwie słyszalnym piskiem. 

Pierwszy odezwał się Czwórka. Migający prostokąt ruszył nieśmiało, znacząc drogę szlakiem z liter.

W jakim jesteś stanie?

Palce Sonii wykonały ruch, jakby chciały coś napisać, jednak zawahały się i zastygły bez ruchu.

– Dobrym – odrzekła.

Kursor zatrzymał się, a po chwili ruszył jeszcze o jeden mały krok.

:)

– Co robiłeś w Jeziorze?

Udzielam ci wsparcia. Prowadzę nadzór nad dostępami. Obserwuję i kieruję pracą analityka. Jestem asystentem.

Tu kursor stanął na moment, jakby skończyły mu się litery. 

– Czy weszłam w stan Theta?

Tak. Głęboki stan Theta.

Sonia parsknęła pogardliwie.

– Niemożliwe. Byłam tam ledwie pół godziny! Potrafię wytrzymać znacznie dłużej, dopiero się rozkręcałam.

Twój rekord to 68 minut. A teraz byłaś tam 39 minut. Rekomendowany czas jednej sesji w komorze to 30 minut. Przekroczyłaś go.

– Sam mi kazałeś szukać tych starych plików! W ogóle, to po co mnie wysłałeś do jeziora, skoro sam możesz tam wejść?

Jeziora są dla ludzi. Dane, ich struktura, dostępy, wszystko – to dla ludzi. Młodych i dobrze wyszkolonych analityków. Jako asystent mogę zaglądać, ale nie mogę nic tam zrobić. 

– Co tam było? – zapytała w końcu wiedząc, że odwlekanie tego nie ma sensu.

A co widziałaś?

Wróciło wspomnienie spojrzeń jak dotyk suchych dłoni starca. Dziewczynę przeszedł dreszcz.

– Czułam… Tam coś było, bardzo chciało się dostać do Jeziora.

Co to było? Widziałaś ich? Słyszałaś?

– Niewyraźni, jakby ogromne cienie za zamarzniętą szybą. Powolni, ale w ciągłym ruchu. Starzy. To było takie prawdziwe…

Słyszałaś coś?

– Tak. Mówili coś, ale za głośno i za wolno, żebym zrozumiała.

Moim zdaniem to symptomy potwierdzające głęboki stan Theta.

Oczy Sonii zwęziły się w złości.

– To ty masz własne zdanie, Czwórko?

Kursor zaczął się błyskawicznie cofać, połykając litery, które przed chwilą jeszcze układał wiersz za wierszem. Na ekranie został tylko pulsujący nerwowo biały prostokąt.

Sprawdź co złowiłaś w Jeziorze i zobaczmy dokąd nas to zaprowadzi.

Sonia przyglądała się przez chwilę kursorowi z zagadkowym wyrazem twarzy.

– Coś mi się wydaje, że już wiesz – wyszeptała i otworzyła pliki pobrane z ostatniego szukania. 

 

***

 

Było ich dwudziestu sześciu. Stali na dnie ciemnej doliny wśród betonowych korzeni miasta uzbrojeni w pałki, łańcuchy, prowizoryczne noże, kilku trzymało kurczowo coś na kształt włóczni. Typowe roztocza: wynędzniali, brudni i powykręcani jak stare, porzucone manekiny. Próbowali nieporadnie ustawić się w coś na przypominającego szyk bojowy. 

Tuż po starcie starej, znalezionej w Jeziorze symulacji, przed pierwszym szeregiem roztoczy pojawił się kolejny model. Był półprzezroczysty – ludzki kształt bez cech, trzymający oburącz cienki, drapieżny szpon bardzo podobny do tego, którym rozpłatano Mayersa.

Żadnej finezji. Żadnych niepotrzebnych ruchów. Cięcie z prawej do lewej przechodzi przez modele roztoczy, kaleczy, pozbawia kończyn. Kolejne ciosy powalają na ziemię kolejne ciała, a te zastygają w pozycjach, w jakich je później znaleziono i sfotografowano. Z poziomu symulacji Sonia może dowiedzieć się o zadanych obrażeniach, sprawdza dane: siłę cięcia, parametry ostrza. Według wyliczeń, broń ważyła blisko dwa kilogramy, a jej zakrzywiona głownia miała prawie metr długości. Morderca musiał ją trzymać oburącz.

W grupie roztoczy zapanowało zamieszanie. Kilka ucieka, ale reszta próbuje się przegrupować i wykorzystać moment, w którym napastnik cofa się o krok, jakby chciał im dać trochę czasu. Roztocza ruszają do rozpaczliwego ataku, próbują otoczyć przeciwnika, ale ten ma na to odpowiedź w postaci kolejnych, potężnych cięć mieczem. Sonia zwraca uwagę na płynne ruchy i obroty zabójcy – wszystko podporządkowane utrzymaniu w ciągłym ruchu długiego ostrza i rozpędzaniu go do kolejnych ciosów.

Ostatni z roztoczy pada na kolana, a potem kuli się, zasłaniając głowę rękoma. Cios przychodzi z góry. 

Koniec symulacji.

Dwadzieścia sześć roztoczy w 123 sekundy, nieźle, co? 

– Dwadzieścia sześć osób! Osób! – Głos Sonii drżał z przejęcia.

Zabijał już wcześniej. Pojedynczo. Tu trafił na całą grupę, jakby się przeciw niemu zorganizowali. 

Na ekranie monitora rozpakował się podsunięty przez Czwórkę plik raportów z innych, starszych śledztw.

– Jezu, to jakiś seryjny – rzekła Sonia przeglądając zdjęcia. – Choć, w sumie, niekoniecznie, bo teoretycznie to mogą być różni zabójcy z takim samym narzędziem. Masz coś na to?

Wszystkie zbrodnie wykonane takim samym ostrzem, z podobną siłą. Ale są różnice, zobacz.

Czwórka podsunął Sonii analizę porównawczą ran zadanych w serii trzydziestu dziewięciu zabójstw.

– Rany są bardzo zróżnicowane.

Tak. Na początku nie zawsze trafiał, brakowało mu precyzji. Musiał poprawiać i dobijać. Ale zobacz – im później, tym sprawniej mu idzie.

– Uczył się? Zabijał, żeby się nauczyć? Na ludziach?

Trenował. Na roztoczach. 

– To pojebane! Co oni ci tam nakładli do… Ludziach, nie roztoczach! Co ty wygadujesz?

Zaczynał bez doświadczenia i umiejętności. Rozwinął się. Co ci to przypomina?

– Grę?

 

***

 

Słowo sączy się powoli.

Niezauważone, ciche jeszcze jak szept, unosi się nad miastem wibrując w złocistym pyle. Dociera tam, gdzie znajduje ciemność. Dopada jej chciwie, łączy się z nią i sprawia, że czerń staje się coraz głębsza, jak otchłań, z której przybywa.

Sonia czuje na ciele dłonie, suche jak skóra węża, chłodne. Słyszy Słowo, które krąży, leniwie węszy i szuka, aż w końcu znajduje czarne pudełko z numerem cztery. Przystaje na chwilę, ale nagle rzuca się jak drapieżna ryba, która właśnie poczuła w wodzie krew. Słowo zmienia się w krzyk, oscyluje na granicy bólu dzwoniąc w uszach, staje się pełnym nienawiści wrzaskiem.

Wyrwana ze snu, dziewczyna złapała słuchawkę telefonu. Bezlitosny, metaliczny dzwonek zamilkł.

– Halo?

– Nie zadałaś mi ważnego pytania. – Głos w słuchawce brzmiał znajomo. 

– Słucham? Kto tam? – wymamrotała Sonia.

– Robisz co w twojej mocy, tak? Macie już zabójcę mojego męża?

– Pani Mayers? Co się stało?

– Przepraszam, że o tej porze. Tak, to ja.

– Czy coś się stało? Potrzebuje pani pomocy?

– Nie, chyba nie.

Po drugiej stronie zaległa cisza. Sonia spojrzała na zegarek, była druga w nocy. Sięgnęła po notes i długopis.

– Chce mi pani coś powiedzieć?

– Jedno ważne pytanie. Nie zadałaś go, a powinnaś.

– Pani Barbaro, przed chwilą się obudziłam i takie zgadywanki…

– Kopter wrócił w nocy, bez mojego męża.

– Tak, mówiła pani.

– Powinnaś była mnie zapytać, dlaczego nie zadzwoniłam na policję.

– A chciałaś zadzwonić? Miałaś powód?

– Kopter bez pasażera ci nie wystarczy?

– Dobrze: dlaczego nie wezwałaś policji?

– Widziałem w kopterze krew – ciągnęła. – To krew Davida, prawda?

– Tak. Sprawdziliśmy. Dlaczego nie zadzwoniła pani na policję?

– Bałam się.

Sonia włączyła ekspres do kawy.

– Kogo się boisz, Barbaro? – powiedziała ostrożnie do słuchawki.

– Eon to szaleniec. Tak twierdził Dave.

– Byli skonfliktowani? – spytała Sonia starając się ukryć ekscytację.

– Tam się dzieją dziwne rzeczy, Soniu.

Sonia przetarła palcem wnętrze kubka i nalała sobie mocnej kawy. Pijąc pierwszy łyk, przymknęła na chwilę oczy.

– Powiesz mi o tym? Może mam przyjechać?

– Ambergris już dawno nie kieruje firmą. Ma jakiś swój projekt, poświćca mu wszystko. 

Słuchawka zamilkła na długie sekundy.

– David mówił, że Eon to morderca – wyrzuciła z siebie Mayers. – Że zabija, jakby to była jakaś zabawa. Chwalił się Dave’owi. 

– Chwalił się morderstwami?

– To wariat, Soniu! Mówił Davidowi, że ma kontakt z bogami, którzy chcą się tu dostać, że mówią do niego, bo go wybrali. Masa takich bzdur, odbiło mu od tych gier, od tych wszystkich popieprzonych światów, które zbudował.

– Dlaczego mi o tym mówisz?

– Bo myślę, że to Eon zabił Davida.

– Dlaczego?

– Wezwał go do siebie wieczorem, Dave już nie wrócił. Proste.

 

Była trzecia, Sonia próbowała więc jeszcze zasnąć, ale kawa i rozmowa z Barbarą zbyt ją pobudziły. Przenikający kości chłód poranka przywitał ją, gdy przeglądała zrobioną na szybko kompilację gier autorstwa Ambergrisa: przygód wielkich wojowników, bitew, krwawych walk i pojedynków. 

 

***

 

Mamy spotkanie z Eonem Ambergrisem. Polecisz kopterem. 

– Wszystkie drogi prowadzą do niego, co? 

Tak. 

– O co go zapytać? Przecież nie mogę tak wprost…

Zastanów się, masz czas. Za godzinę start. Maszyna czeka otwarta na platformie. Zawiezie cię autopilot. 

 

***

 

Lot przez rozświetloną słońcem chmurę pyłu ciągnął się w nieskończoność. Policyjny kopter wznosił się ociężale przez obłoki pyłu jak czarny, opancerzony chrabąszcz. 

Na dachu biurowca Eon Industries, przy masywnych drzwiach czekał ochroniarz. Mężczyzna skinął Sonii głową, sięgnął do kieszeni po nieduży przedmiot i przyłożył go do płytki w ścianie. Zamek szczęknął metalicznie, a drzwi powoli się otworzyły. Weszli do niewielkiego holu.

– Proszę zawiesić płaszcz, przez śluzę, a potem w dół i prosto korytarzem, dalej już pani sama znajdzie – zakomenderował strażnik.

– Tak, jasne, dziękuję – odparła Sonia.

Wchodząc do środka, policjantka zawahała się.

– Czy te drzwi można otworzyć inaczej niż elektrokluczem?

– O ile wiem, to nie, proszę pani. – Strażnik zrobił minę, jakby pytanie było nie na miejscu, jednak Sonia postanowiła zadać mu jeszcze jedno.

– Czyli bez tego nikt tędy nie przejdzie?

– No, chyba, że ktoś wpuści, jak ja panią. – Mina strażnika nie zachęcała do dalszej rozmowy.

Dziewczyna rozejrzała się jeszcze, zatrzymując spojrzenie na pobliskiej osłonie krawędzi dachu. Od ażurowej konstrukcji dzieliło ją na oko trzy metry. Sonii przypomniał się fragment zamazanego filmu z zakurzonych kamer monitoringu, gry plam i cieni, w której Mayers wykonuje gwałtowny ruch ręką. Jeśli chciał wyrzucić klucz, z tej odległości zrobiłby to bez problemu. Czy właśnie tak Mayers udaremnił mordercy wejście do budynku? 

– Proszę przejść, bo pyłu naniesie – warknął strażnik. 

 

Powietrze było tu chłodne i czyste. Sonia szła długim, przestronnym korytarzem, a echo jej kroków przywodziło na myśl stąpanie po kamiennej posadzce starego kościoła. Zbliżając się do lśniącej tafli szklanych drzwi, czuła na sobie puste spojrzenia ustawionych wzdłuż ścian replik bohaterów znanych z gier Mayersa: rycerzy, wojowników, zabójców, żołnierzy i innych postaci w pancerzach i zbrojach, zawsze z jakąś potężną bronią u boku. 

Za szklanymi drzwiami znajdowało się niewielkie pomieszczenie, pełniące rolę przedsionka do kolejnego, znacznie większego. Tu powitała Sonię replika samuraja w imponującej zbroi. Maska na twarzy japońskiego wojownika szczerzyła się groźnie, ale ułożone nienaturalnie ręce sprawiały, że całość wyglądała trochę zabawnie. Dopiero po chwili dziewczyna zdała sobie sprawę, że wojownik nie ma miecza. 

Obejrzała się za siebie. Wyobraźnia podpowiedziała jej że gdzieś z tyłu, na końcu ciemnego korytarza poruszyła się ciemność. Wzdrygając się, weszła do kolejnego pomieszczenia.

 

Przepastna sala była pusta, za wyjątkiem zwisającej z sufitu ciężkiej kiści kabli u dołu łączących się w jednym punkcie – szczycie dzwonowatego, wypełnionego płynem szklanego zbiornika, w którym unosiło się ludzkie ciało.

– Dzień dobry, Soniu – rozległ się trzeszczący jak nadawana z daleka transmisja radiowa głos. Dobiegał ze środka sali, detektywka podeszła więc do znajdującego się tam zbiornika. W mętnym roztworze unosiło się pomarszczone ciało starca. 

– To komora immersyjna? Jest pan w środku?

– Tak, to ja. Zaskoczona? – Głos Ambergrisa był nieludzko sztuczny i bezbarwny, dobiegał z głośnika umieszczonego gdzieś u góry, w okablowaniu komory.

– Co pan tam robi?

– To samo, co każdy. Szukam.

– Czego? – odparła dziewczyna.

– Końca tej gry, mała. 

– Mała… – Na twarzy Sonii pojawił się wyraz zrozumienia. – To ty! To ty jesteś Czwórką! 

– Musiałem cię tu jakoś ściągnąć. I siebie. 

Sonia poczuła chłód na karku.

– Siebie?

– Przyleciałem tu z tobą, mała. Kopterem. Tak jak wcześniej przyleciałem tu z Mayersem, tylko ten stary dureń mnie nie wpuścił. 

– Co się tu dzieje, panie Ambergris? – zapytała, zupełnie zdezorientowana.

– Soniu, to gra, którą wymyśliłem. Jest wspaniała, ale muszę ją skończyć. Tak chce Słowo. Tak chcą oni.

Sonią znów zawładnęło to znienawidzone uczucie; przemożna chęć spojrzenia za siebie. 

– Co to za gra? – Zadając pytanie, wyciągnęła z torby swój notatnik. 

– Mogę być każdym, Soniu, i być wszędzie i robić co chcę! Wystarczy drugie ciało, zwykły klon, tylko pusty, jak naczynie do wypełnienia sobą! To moje największe dzieło! Zmieni wszystko!

Ambergris, a raczej używany przez niego syntezator mowy, był coraz głośniejszy. Wciąż płaski, bez intonacji, jego głos sprawiał wrażenie coraz bardziej podekscytowanego. 

– Czy wie pan, kto zabił Davida Mayersa? I kto zabijał te… Tych wszystkich ludzi?

– Mayersa? Roztocza? Ja, Soniu. Ale to tylko gra, pamiętaj, to tylko gra. Pomóż mi ją zakończyć. Podejmij decyzję. Ja nie potrafię. 

– Aresztujemy pana, jeśli to prawda – rzekła policjantka.

– Spokojnie, mała. Już tu jestem.

 

Chęć obejrzenia się za siebie zwyciężyła. Sonia odwróciła się, a z jej ust wydobył się krótki, urwany krzyk. Kilka kroków za nią stał człowiek z twarzą zasłoniętą maską przeciwpyłową. Był niezwykle wysoki i szczupły, całe jego ciało pokryte było osypującą się płatami skorupą pyłu. W rękach trzymał ogromny, lekko zakrzywiony miecz o wąskim ostrzu.

– Patrz, mała! Czy to nie wspaniałe? – powiedział martwym głosem Ambergris. 

Drżącymi rękami policjantka sięgnęła po pistolet i wycelowała w mordercę. 

– Policja Miejska, jesteś aresztowany! – krzyknęła ze ściśniętym gardłem. 

– Przyszedłem do siebie, bo muszę zginąć. Bo tak chce Słowo. Tak chcą oni. 

– Jacy “oni”? Eon, co się tu dzieje? 

– Wiesz dobrze Soniu, widziałaś ich. A oni widzieli ciebie. Spotkaliście się w Jeziorze. Są tuż obok, mała. A teraz zrobimy im miejsce. Damy puste naczynie. Przyjdą tu. 

– To czyste szaleństwo! Byłam w Thecie, bredzisz!

– Wybieraj! Kto zrobi miejsce? Ja, czy ja?

– Stój, bo strzelam – wrzasnęła jeszcze Sonia. 

Za późno. 

Człowiek z mieczem przeszedł obok niej, wziął potężny zamach i uderzył w grube szkło komory immersyjnej Ambergrisa. Strumień solanki zwalił dziewczynę z nóg.

Gdy się pozbierała, człowiek z mieczem klęczał nad rachitycznym ciałem Eona, trzymając przy jego gardle kikut złamanego miecza. 

 

– Wybieraj! – Głos Ambergrisa słabł, brzmiał teraz jak zza zasłony szumiącego deszczu, który przybierał wciąż na sile. – Wybieraj, oni czekają, muszę zginąć, by mogli tu przyjść! Dam im naczynie!

Brudna dłoń dzierżąca złamany miecz drgnęła. 

Sonia oddała strzał. A potem kolejne, aż do wyczerpania nabojów w magazynku. Miecz upadł na posadzkę z metalicznym szczękiem. 

Szum deszczu staje się coraz głośniejszy. Podchodząc do mlecznobiałego, drżącego ciała Ambergrisa, Sonia trąca nogą zwłoki człowieka z mieczem.

Długotrwałe przebywanie w solance pozbawiło ciało Eona mięśni, wygląda jak obciągnięty białą gumą szkielet z ogromną głową. Detektywka klęka i schyla się nad Ambergrisem. 

– Eon? Eon! – krzyczy.

Odpowiada jej szum deszczu przeradzający się w ryk wichru, a potem w echo oddechu, a potem w Słowo. 

Przez ciało Ambergrisa przechodzi fala konwulsji. Na oczach Sonii rachityczne kończyny tężeją, sflaczała skóra unosi się nieco, jakby wstąpiła weń nowa siła. 

Jedna ręka Eona wystrzeliwuje nagle w górę i chwyta Sonię za gardło. Po chwili dołącza do niej druga, łapiąc ją za włosy i przyciąga do siebie.

Przerażona Sonia szarpie się i krzyczy. 

Sonia krzyczy zbyt cicho, bo z ust należących jeszcze przed chwilą do Eona Ambergrisa wydobywa się, jak huragan, Słowo, którego już nic nie zatrzyma. 

Umysł Sonii gaśnie jak zdmuchnięty płomyk świecy.

 

Słowo nie jest już szeptem, teraz jest jak pełen nienawiści krzyk, zew, który wdarł się tu jak wiatr przez otwarte nagle okno i przenika wszystko. W chmurze pyłu nad miastem widać kolosalne cienie. Zbliżają się, są większe, niż najwyższe budynki, większe niż góry. Krzyczą.

Są tutaj. 

 

Koniec

Komentarze

Cześć, Łosiocie! Bardzo klimatyczny tekst. Chociaż nawiązania są delikatne i wynikają raczej ze sposobu budowania akcji i opisów kupuję je kompletnie. Na pochwałę zasługuje też niezwykła plastyczność języka, która mocno podziałała mi na wyobraźnię. Zakończenie też niezmiernie satysfakcjonujące, bo pozostawia coś niedopowiedzianego i niepokojącego, o czym łatwo się nie zapomina. Klik oczywiśćie zasłużony. Rzuć tylko okiem na interpunkcję, bo miejscami czegoś brakuje.

Pozdrawiam.

O rany, jak miło, że zajrzałaś oidrin! Popaczę dziś na interpunkcję, tekst trochę poleżał, może coś wyłapię. Dziękuję za klika, ja po publikacji tekstu jestem zawsze przekonany, że jest do bani i nikomu się nie spodoba, więc milusio.

 

pozdrowaski :)

 

Idę męczyć przecinki.

Haha, to mamy podobnie. Chociaż cicho tam, bo ja lubię zgrywać cwaniaka.wink Głowa do góry! Myślę, że ludziom się spodoba, ale jak będą mieli chwilę odsapnąć po spacerowaniu. pzdr

Łosiocie, interesujące opko, klimatem kojarzy mi się z cyberpunkiem. Nietuzinkowe połączenie lovecrafta z technologią. Dziw bierze, że tak tutaj cicho, ale zapewne, jak zauważyła oidrin, spacery robią swoje ;).

Przez większość czasu trzymasz w napięciu, pozwalasz polubić główną bohaterkę. W oko mi wpadły dobrze zbudowane postacie drugoplanowe – Barbara Mayers, doktor i gruby komendant.

Momentami nie łapałam, co się dzieje, zrozumienie specyfiki działania Jeziora zajęło mi chwilę ;). Niemniej jednak bardzo ciekawy koncept i z biegiem wydarzeń, znacznie jaśniejszy.

 Idę poskarżyć do biblio :).

 

Poniżej kilka drobnych uwag do rozważenia:

– Soniu, malutka, jesteś słodka i być może kiedyś będziesz dobrą policjantką…

Hmm, malutka, słodka? Jakoś brzmi to nienaturalnie w ustach przesłuchiwanej.

– W kopterze Mayersa.

Brakuje mi wprowadzenia, cóż to za urządzenie :).

 

Zaczynali w powyciąganych koszulkach i dżinsach, uśmiechnięci. Na dużo późniejszych, oficjalnych portretach członków zarządu Eon Industries wszyscy są w garniturach. I nikt już się nie uśmiecha.

Ale to jest dobry opis!

 

Obok jej samotnych, myszkujących w czarnym świecie danych myśli pojawiły się nowe.

Proponuję zmienić szyk zdania: Obok jej samotnych, myszkujących myśli w czarnym świecie danych pojawiły się nowe (treści?).

 

…cienie niczym atramentowe szczyty starych gór w nocy…

Przepiękna metafora. Usunęłabym tylko “starych”.

 

– Pomyśli pani, że ze mnie stary pierdziel i gadam bzdury. – Stary pochylił się w przód…

Powtórzenie słowa “stary”.

 

Jeziora są dla ludzi. Dane, ich struktura, dostępy, wszystko – to dla ludzi. Młodych i dobrze wyszkolonych analityków. Jako asystent mogę zaglądać, ale nie mogę nic tam zrobić.

Brakuje kursywy w wypowiedzi asystenta.

 

detektywka

Niezmiernie cieszy <3

 

– To komora imersyjna?

Chyba immersyjna?

 

Młoda detektywka klęka i schyla się nad Ambergrisem. 

Nagle wkracza czas teraźniejszy. Rozumiem, że to zabieg literacki, ale wolałabym jednolitą narrację :).

 

Pozdrowienia!

 

 

Łosiocie, z niemałą ciekawością śledziłam poczynania policjantki, bo zagadka kryminalna okazała się interesująca i niecierpliwie czekałam jej rozwiązania, jednakowoż kiedy pojawiło się Jeziorko, a rzecz zaczęła zbaczać ku grze, rozumiałam coraz mniej i finał przyjęłam z lekkim rozczarowaniem.

Mimo wszystko czytało się nieźle i przypuszczam, że czytelnicy bardziej obyci z opisanymi sprawami, będą usatysfakcjonowani lekturą.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Kro­pla z tru­dem od­ry­wa się od za­krzy­wio­ne­go ostrza, by runąć w dół. ―> Masło maślane – czy coś może runąć w górę?

 

i za­pa­sku­dzi sobie swój no­wiut­ki, po­li­cyj­ny płaszcz. ―> Wystarczy: …i za­pa­sku­dzi sobie no­wiut­ki, po­li­cyj­ny płaszcz.

 

Sonia opu­ści­ła wzrok z po­wro­tem roz­la­nych na be­to­no­wej po­sadz­ce czar­nych kałuż. ―> Nie rozumiem tego zdania.

A może miało być: …Sonia z po­wro­tem opuściła wzrok ku czarnym kałużom, roz­la­nym na be­to­no­wej po­sadz­ce.

 

Nawet tu, na ko­mi­sa­ria­cie… ―> Nawet tu, w ko­mi­sa­ria­cie

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/do-komisariatu-na-tych-dziewiec-dni;16360.html

 

Sonia po­słusz­nie przy­ło­ży­ła opu­szek palca do czyt­ni­ka… ―> Opuszki są rodzaju żeńskiego, więc: Sonia po­słusz­nie przy­ło­ży­ła opu­szkę palca do czyt­ni­ka

 

– Bla, bla, bla – Dziew­czy­na prze­wró­ci­ła ocza­mi. ―> Brak kropki po wypowiedzi.

 

– Nie – Sonia scho­wa­ła twarz w dło­niach. ―> Jak wyżej.

 

Oku­ta­na szczel­nie w płaszcz… ―> Oku­ta­na szczel­nie płaszczem

 

Buty Sonii za­chrzę­ści­ły na wy­sy­pa­nej żwi­rem ścież­ce. ―> Zachrzęściły buty, czy poruszony nimi żwir?

 

Pro­szę dzwo­nić o każ­dej porze, jakby co.Mó­wiąc to, Sonia prze­su­nę­ła… ―> Pro­szę dzwo­nić o każ­dej porze, jakby co  – mó­wiąc to, Sonia prze­su­nę­ła

 

– Tak, dy­rek­tor do spraw bez­pie­czeń­stwa.Po­pra­wi­ła go Sonia. ―> – Tak, dy­rek­tor do spraw bez­pie­czeń­stwa – po­pra­wi­ła go Sonia.

Łosiocie, nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi – przypatrz się im uważnie.

https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

– A dziś rano byłam u wdowy, roz­ma­wia­li­śmy… ―> Rozmowę prowadziły dwie panie, więc: – A dziś rano byłam u wdowy, roz­ma­wia­łyśmy

 

pu­deł­ko zo­sta­ło na biur­ku, na ko­mi­sa­ria­cie. ―> …pu­deł­ko zo­sta­ło na biur­ku, w ko­mi­sa­ria­cie.

 

po­ja­wi­ło się po­czu­cie wy­ob­co­wa­nia. Dziew­czy­na po­czu­ła się… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Kończ ―> Brakuje jakiegoś znaku interpunkcyjnego.

 

– Lep­szy­mi gli­na­mi? O czym pan mówi? To tylko wspar­cie, świat to dane, lu­dzie – to też dane. ―> Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach, bo sprawiają, że zapis staje się mniej czytelny.

 

Sonia przy­glą­da­ła się przez chwi­lę kur­so­ro­wi z za­gad­ko­wym spoj­rze­niem. ―> Przyglądając się czemuś, patrzymy na to/ spoglądamy. Nie wydaje mi się, aby można czemuś przyglądać się ze spojrzeniem.

Proponuję: Sonia przy­glą­da­ła się przez chwi­lę kur­so­ro­wi z za­gad­ko­wym uśmiechem.

 

Pró­bo­wa­li nie­po­rad­nie usta­wić się w coś na kształt szyku bo­jo­we­go. ―> Dwa zdania wcześniej masz: …kilku trzy­ma­ło kur­czo­wo coś na kształt włócz­ni. – co nie brzmi najlepiej.

Proponuję: Pró­bo­wa­li nie­po­rad­nie usta­wić się w coś przypominającego szyk bojowy.

 

zła­pa­ła za słu­chaw­kę te­le­fo­nu. ―> …zła­pa­ła słu­chaw­kę te­le­fo­nu.

 

– Po­win­naś był mnie za­py­tać… ―> Literówka.

 

Bio­rąc pierw­szy łyk, przy­mknę­ła na chwi­lę oczy. ―> Pijąc pierw­szy łyk, przy­mknę­ła na chwi­lę oczy.

Łyków nie bierze się.

 

Ma jakiś swój pro­jekt, po­świe­ca mu wszyst­ko. ―> Literówka.

 

Słu­chaw­ka za­mil­kła na dłu­gie se­kun­dy. ―> Zamilkła słuchawka, czy głos w niej?

 

Mówił Da­vi­do­wi, że ma kon­takt bo­ga­mi… ―> Chyba miało być: Mówił Da­vi­do­wi, że ma kon­takt z bo­ga­mi

 

Do ażu­ro­wej kon­struk­cji dzie­li­ło ją na oko trzy metry. ―> Coś dzieli nas od czegoś, więc: Od ażu­ro­wej kon­struk­cji dzie­li­ły ją na oko trzy metry.

 

Drżą­cy­mi rę­ka­mi Młoda po­li­cjant­ka się­gnę­ła do torby po pi­sto­let i wy­ce­lo­wa­ła nim w mor­der­cę. ―> Dlaczego wielka litera? Dopowiedzenie jest zbędne – wszak wiemy, że policjantka jest młoda.

Proponuję: Drżą­cy­mi rę­ka­mi po­li­cjant­ka się­gnę­ła do torby po pi­sto­let i wy­ce­lo­wa­ła go w mor­der­cę.

 

Młoda de­tek­tyw­ka klęka i schy­la się nad Am­ber­gri­sem. ―> Tu też zrezygnowałabym z informacji o młodości Soni.

 

wy­do­by­wa się, jak hu­ra­gan, Słowo, któ­re­ już nic nie za­trzy­ma. ―> …wy­do­by­wa się, jak hu­ra­gan, Słowo, któ­rego­ już nic nie za­trzy­ma

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cytryno, bardzo miło, że wpadłaś :) Jeśli jest tak, że pod opowiadaniami jest cisza, bo ludzie cisną na spacery – to bardzo dobrze! Dzięki za uwagi “poprawkowe”.

 

reg, dziękuję za ten komentarz, biore sie do roboty. Starałem się wykonać jak najlepiej, wyszło jak zwykle. Naprawdę powinienem się zacząć prosić o betowanie, tylko, kurczę, jakoś mnie skręca na samą myśl, zafiksowałem się na samodzielnej pracy. 

Znosi mnie w te obszary technologiczne w pisaniu, bo mnie po prostu inspirują, albowiem technologia to Zuuooo :)

I bardzo mi miło, że tak dzielnie to znosisz :P

 

Dziękuję Wam bardzo i pozdrawiam jeszcze bardziej.

 

Łosiocie, skoro, jak twierdzisz, jesteś zafiksowany na samodzielnej pracy, to może nie miej do siebie pretensji – przecież nie od dziś wiadomo, że najtrudniej dostrzec usterki we własnym tekście.

A choć Czwórkę przeczytałam bez entuzjazmu i choć nie wszystko o czym napisałeś do mnie trafiło, to wcale nie znaczy, że nie doceniam pomysłu na to opowiadanie. Owszem, doceniam i kiedy dokonasz poprawek, mam zamiar zgłosić tekst do Biblioteki. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cytryno, reg, większość Waszych uwag uwzględniłem. Zostawiłem parę rzeczy, typu "na komisariacie" (tylko w wypowiedzi, jako język mówiony). Nie wiem, co z tym runięciem w dół, chyba zostanie. I zostaną przejścia na czas teraźniejszy, choć rozumiem kwaśną minę Cytryny :P Dziękuję Wam bardzo.

Interesujące jest samo połączenie Lovecrafta z SF i cyberpunkiem. Oryginalne w tym konkursie.

Śledztwo mniej mi przypadło do gustu – za bardzo wszystko idzie zgodnie z planem, jak po sznurku. To sprawia wrażenie, że wcale nie było trudno wykryć mordercę. Ot, rutynowe zadanie w robocie. Robisz jedno, drugie, trzecie, raport końcowy wysyłasz do szefa…

A tymczasem to musiało być dla zainteresowanych ogromne zaskoczenie.

Ale rozumiem, że limit cisnął.

Babska logika rządzi!

Nie wiem, co z tym runięciem w dół, chyba zostanie.

Łosiocie, proponuję:

Kropla z trudem odrywa się od zakrzywionego ostrza i spada. Nikt nie zauważy, gdy dotknie zakurzonego chodnika…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finklo :)

Fajnie, że przeczytałaś. Jeśli chodzi o śledztwo, to jak najbardziej masz rację. To jest pseudokryminał :)

Po pierwsze, nie dałbym chyba rady napisać prawdziwego kryminału. Raz, że to musi być bardzo trudne na poziomie zadbania o detale i logikę. Z pewnością nie dałbym rady napisać kryminału, który sprostałby wymaganiom inteligentnych i wnikliwych czytelników. 

Dwa – nie przepadam za tym gatunkiem. 

 

Ale: to pseudokryminał nie dlatego, że mi się nie chciało/nie umiem. Bohaterka jest prowadzona za raczkę, pchana w kierunku finału przez Czwórkę, śledztwo robi się samo, bo ktoś tego bardzo chce i wywiera na bohaterkę wpływ, manipuluje. Taki tu był mroczny zamysł ;)

Dziękuję bardzo za klik. 

 

reg – dzięki. Zaspałem wczoraj, popatrze sobie jeszcze na to zdanie. Faktycznie, Kaczmarski nie śpiewał, że mury runą w dół :P

Bardzo celny wniosek wyciągnąłeś z Murów, Łosiocie. Życzę Ci owocnego popatrzenia na zdanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

reg, zrobiłem tak: 

Kropla z trudem odrywa się od zakrzywionego ostrza, by pomknąć w dół.

Zrobiłeś naprawdę nieźle, Łosiocie!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie było, że runą w dół. Ale że pogrzebią – już tak. ;-)

Babska logika rządzi!

"Zaczynali w powyciąganych koszulkach i dżinsach, uśmiechnięci. Na dużo późniejszych, oficjalnych portretach członków zarządu Eon Industries wszyscy są w garniturach. I nikt już się nie uśmiecha."

Dobre. bo w sumie to nawet tacy ludzie później się uśmiechają. Ale jakoś tak inaczej, z czego innego i w innym świecie.

 

Podobało się. Klimat jest, o dziwo bardziej jak w serialu kryminalnym (klimat, bo dosłowny kryminał to nie jest, ale w niczym to nie przeszkadza), niż jak w cyberpunku. O dziwo zaskakująco spokojny, a jednak naturalny. Są elementy tła, które sprawiają, że świat żyje (np. marudzenie lekarza).

 

Ciekawe jest to, że w pewnym momencie narracja sugeruje (choć nie stwierdza), ze Sonia może postrzegać niektórych ludzi jako “roztocza”, później już ostro  na tę nazwę reaguje. Odruchy kontra przekonania? Wpływ pierwszego kontaktu z istotami, które wyczuła w komorze?

Właśnie, roztocza. Ustawia się dwudziestu sześciu. Gonie dwudziestu trzech.

Wracając do komory, skoro o niej wspomniałem… Mam mocne skojarzenie z filmem “Odmienne stany świadomości”. Ale to tak na boku, w ramach luźnego skojarzenia.

Dobre!

 

" – Pomyśli pani, że ze mnie stary pierdziel"

" – Co pan… – Sonia zapragnęła natychmiast"

Nadmiarowe spacje na początku akapitu.

 

"Drżącymi rękami policjantka sięgnęła do torby po pistolet"

Do torby? Ona była na służbie bez kabury?

 

"Kolejne ciosy powalają na ziemię kolejne ciała"

Trudno mi określić czy powtórzenie jest tu celowe. Nie przeszkadza mi to w czytaniu, ale na wszelki wypadek daję znać.

 

"Według wyliczeń, broń ważyła blisko dwa kilogramy"

Lekka.

 

Hej Wilku, dzięki, że znalazłeś czas na lekturę :)

 

Sonia i roztocza – tłumaczyłbym tę dziwną relację tym, że po prostu stosunek do nich ludzie mają ogólnie ambiwalentny. Ignorują ich i się nimi brzydzą, jednak trochę pamiętają, że mają do czynienia z ludźmi. Sonię jednak trochę razi nieludzkie podejście Czwórki do tych biedaków, szczególnie w momencie, gdy widzi, że stały się ofiarą rzezi. Zdała sobie sprawę, że przecież umarli ludzie. 

 

Z liczbą 23 vs 26 – faktycznie. Ciąłem do limitu i wypadła scenka, w której kilku uciekło (i miało to później swoje konsekwencje). Dzięki, poprawie. 

 

Masz rację z pistoletem w torebce, straszna bzdura, poprawię. 

 

Powtórzenie z “kolejne” – tu akurat celowe. Pamiętam, że się nad tym zastanawiałem i tak poszło. Nie umiem uzasadnić, po prostu mi brzmi :)

 

Jeśli chodzi o miecz – to tutaj jestem po riserczu, plus z czasów młodości został mi lekki fiś w tych tematach. Nie pokazuję tego wprost, ale ta zabawka, to japoński no dachi, czyli taka dwuręczna katana. 

Kawał miecza, jednak wagowo– zaskakująco lekki, to fakt. Trudne do wykucia, długie, cienkie ostrze, ogólnie dość rzadko spotykany, bo fechtunek tym był strasznie trudny. Cięższe niż 2 kg też się znajdą (szczególnie wśród tych wersji ceremonialnych).

 

tyle, bo w pośpiechu, zakładam kierat i do roboty.

Miłego dnia i dzięki bardzo za klika.

 

Z tym pomieszaniem odczuć społecznych to nie był zarzut – co innego, ze “nie podoba się”, a co innego myślenie o ludziach jako ludziach. Jak najbardziej normalne i częste – właśnie dlatego zwróciłem uwagę na ten fragment.

Co do broni – czyli błędnie poszedłem myślami w stronę “growych” broni w stylu Final Fantasy ;) a to właśnie coś w rodzaju katan!  W takim razie wszystko się zgadza :-)

 

Już jestem :)

 

Bardzo podobało mi się Twoje opowiadanie, choć sprawa kryminalna, jak wspomniała Finkla, bardzo linearna, ale to nie ona stanowi o sile tego tekstu. Podoba mi się ta niespieszna narracja, która świetnie pasuje do plastycznych opisów, choć podczas czytania rzuciło mi się w oczy że często używasz przymiotnika “czarny” w odniesieniu do wielu rzeczy. Klimat jest bardziej noir na początku, niż cyberpunkowy, ale potem to się zmienia. Zarysowany świat, zapylony, brudny i obskurny, przypominał mi miejscami “Blade Runnera”, momentami “Split Second”, w niektórych fragmentach chandlerowskie kryminały. Pewnie wiele osób tak ma, że sobie wizualizuje to co czyta, a u mnie podczas lektury mózg bezustannie szuka analogii do tego co już kiedyś widziałem/czytałem i wplata sceny/postacie/wydarzenia w tła już kiedyś zarejestrowane. Stąd te skojarzenia filmowe. Jezioro przypomniało mi “Minority Report”, opis doświadczeń Soni w fazie Theta “Stacje przypływu” Michaela Swanwicka, siepacz z mieczem pewną postać z dukajowej “Córki łupieżcy”, zaś roztocza i pewne elementy tła odnosiłem do powieści Gibsona. Twoje opowiadanie to dla mnie sugestywny kolaż wchłoniętego przeze mnie morza popkultury. Świetna robota. Szkoda tylko, że końcówka przyśpiesza, ale wiem, limit.

Tutaj odniosę się do założeń konkursu, na który napisałeś to opowiadanie. W mojej skromnej, subiektywne opinii Lovecrafta tam nie ma. A przynajmniej ja go nie znalazłem, zarówno w płaszczyźnie atmosfery jaka towarzyszy mi podczas czytania HPLa, jak i elementów charakterystycznych. Więc mogłoby to być jakimś zarzutem, ale nie bój nic, bo dla mnie nie jest. W ogóle te postacie, które przychodzą to mi się bardziej kojarzą (edit: kurde, nawet nie kojarzą, to one jak w pysk strzelił) z ukochanym “Hyperionem” Simmonsa, z tajemniczymi “Lwami, Tygrysami, Niedźwiedziami” zamieszkującymi Metasferę. I to jest dla mnie najbardziej “Wow!” z całego tekstu – dałeś radę przedstawić coś niepokojącego w zdawkowy sposób, który nie wymaga rozwinięcia i gra czystą melodię na moim upodobaniu do metafizycznych niedopowiedzeń. Clap, clap, clap! Bravo!

Używasz języka w sposób w jaki ja chciałbym móc umieć i do czego dążę, ucząc się pisać. Jeszcze jestem za cienki, ale mam nadzieję, że dotrę na ten level i dam radę pójść nawet dalej ;) Opowiadanie wciągnęło i te 40k to rzeczywiście niewiele, bo ani przez moment nie poczułem się znudzony, czekając na ostatni akapit. Prawdę powiedziawszy, nieco się rozczarowałem, kiedy scrollując i czytając opowiadanie, na dole ekranu zamajaczył mi napis “Koniec” – pomyślałem wówczas: Już!? Jak on chce zamknąć tę fabułę tak szybko, bez szkody dla klimatu? Ale zamknąłeś, w fajny sposób i dlatego piszę ten komentarz ;)

Na koniec: musisz mi wybaczyć, ale specyfika tego forum wgryzła się tak głęboko w mój mózg, że nie potrafię już czytać tutejszych tekstów, bez wyłapywania błędów, nawet jeśli błędami nie są, a jedynie subiektywnymi zgrzytami. Poniżej ich garść:

 

 

Teraz leci wzdłuż tafli zakurzonego szkła

Spada?

 

Sonia porównywała sobie czarne plamy krwi do pejzażu jezior rozlanych na szarej równinie.

Usunąłbym to słowo.

 

Wzrok wracał wciąż jednak do linii cięcia równego,

Ja nie uważam osobiście aliteracji za rażące błędy, jeśli nie przeszkadzają w czytaniu. Ale tak wiele osób zwraca na nie uwagę, że też zacząłem. Mnie nie przeszkodziły, tylko wskazuję miejsca ewentualnego narzekania innych :)

 

Sonia westchnęła z rezygnacją i połączyła pudełko do stacji roboczej.

Tutaj miało chyba być “podłączyła”.

 

Przestrzeganie ram proceduralnych jest obowiązkiem wynikającym z: ustawy o policji miejskiej i inne przepisy. 

To mówi maszyna, która wiadomo, no, potem się okazuje, że nie do końca. Ale po dwukropku bardziej pasowałoby mi podkreślone w Mianowniku.

 

W mieście ignoruje się je, tak jak nie zauważa się miejskich kotów.

Ja wiem, że to się odnosi do “roztoczy”, ale wcześniej masz:

Nędzarze i wyrzutki nie mają żadnej osłony przed pyłem, ich półnagie ciała bieleją w ciemności zaułków, gdy grzebią w śmietnikach.

Skoro nędzarze i wyrzutki, to “ich” a nie “je”. Mogę się mylić, ale przyjrzyj się temu fragmentowi.

 

Obudziła się przy biurku z bólem głowy.

To jakoś dziwnie mi brzmi. Tak jakby biurko miało ból głowy.

 

W mlecznoburej zawiesinie duży dom Mayerów, wyglądał, jakby stał tu sam, choć tak naprawdę był jednym z ustawionych tu w szeregu identycznych, luksusowych pudeł.

Drugie powtórzenie usunąłbym.

 

Dziewczyna nacisnęła przycisk przy drzwiach i pokazała się do kamery. 

Kobieta przedstawiła się jako Barbara, jednak przez różnicę wieku Soni zręczniej było się do niej zwracać „pani Mayers”

Tutaj IMHO za szybki przeskok od dziewczyny do kobiety. A gdyby tak: Kobieta która otwarła drzwi przedstawiła się jako Barbara…

 

mokry nacisk zaraz zupełnie zelżał.

zrobionych podczas prezentacji przed inwestorami:

Znów te aliteracje.

 

wyniki analizy śladów krwawych i wstępny model narzędzia zbrodni

Krwi? Zmiana szyku: krwawych śladów?

 

Próbowali nieporadnie ustawić się w coś na przypominającego szyk bojowy. 

Do usunięcia przekreślone.

 

Kolejne ciosy powalają na ziemię kolejne ciała, a te zastygają w pozycjach, w jakich je później znaleziono i sfotografowano.

Powtórzenie.

 

Sonia zwraca uwagę na kroki, ruchy i obroty zabójcy – wszystko podporządkowane utrzymaniu w ciągłym ruchu długiego ostrza i rozpędzaniu go do kolejnych ciosów.

Powtórzenie.

 

Dwadzieścia sześć roztoczy w 123 sekundy, nieźle, co? 

– Dwadzieścia trzy osoby! Osoby! – Głos Sonii drżał z przejęcia.

To 26 czy 23? Bo nie wiem.

 

Ma jakiś swój projekt, poświeca mu wszystko. 

Literówka.

 

Proszę powiesić płaszcz, przez śluzę, a potem w dół i prosto korytarzem, potem już pani sama znajdzie

I na samiuteńki koniec aliteracja.

 

Dzięki za fajną lekturę na noc :)

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

czytelnik!!!!!!

 

 

hej, bardzo sie cieszę, że wpadłeś, Outta Sewer. Na pewno się przyjrzę propozycjom poprawek, dzięki bardzo, doceniam i zawsze proszę o więcej. 

 

Bardzo mi się podobają Twoje skojarzenia z filmami. Nie wszystkie kojarzę, ale ponieważ myślę kadrami i scenami i próbuję je przekładać je na pisanie, to jeśli odbierasz to opowiadanie tak trochę filmowo, to się cieszę bardzo. 

No, z Blade Runnerem trafiłeś bezbłędnie, tam są takie zażółcone, pustynno-industrialne kadry… 

Kurczę, bardzo, bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się spodobało i dziękuję, że poświęciłeś swój czas na lekturę i rozbudowany komentarz. 

pozdrowionka

I ja cieszę się, że Ty się cieszysz ;)

 

A “Split second”, jesli go nie kojarzysz, polecam. Tam zamiast pyłu i zółci, jest czerń i wszystko ocieka wilgocią, podtopione, mokre, spływające strugami deszczu. I jest Rutger Hauer. Cały film przypomina krajobrazowo ostatnie sceny w deszczu z pierwszego filmu Blade Runner. Jednak nie chodzi mi o to, że gdzies widziałem w Twoim opowiadaniu jakąś splitsecondową wilgoć, bardziej szło o nieporządek, pewien rodzaj nieładu jakie są obecne w tym filmie a także w Blade Runnerze. Taka estetyka szczególnie zapada mi w pamięć, bo sam jestem osobą dosyć pedantyczną i widząc takie obrazy, aż mnie skręca na samą myśl, że miałbym w tym niepoukładanym świecie mieszkać :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

Split second! Z takim potforem, który wyrywa serca? 

Pamiętam jednak, oglądałem :)

Czy ja usłyszałem “Split second!”? Zajefajny film! Co prawda gdy go sobie odświeżałem rok temu, to już wrażenia słabsze, ale nadal wysoko!

Tak, dokładnie ten. Widziałem go daaawno temu, kiedy miałem może z dwanaście lat. A miesiąc temu trafiłem na ten film na którymś z kanałów cyfrowego polsatu i sobie przypomniałem tego klasyka :)

Known some call is air am

Choć powiem szczerze, że Split Second to mi się kojarzy z gwałtownymi, szybkimi akcjami (z poprawką na to, że to była szybkość w czasie, gdy film był kręcony), czymś zbyt szybkim do zauważenia (tłumaczenie tytułu było bardzo trafne – W mgnieniu oka). Tu jednak jest inne tempo?

Nie chodzi mi o tempo, bo tutaj rzeczywiście jest wolne, chodzi mi o wspomniany syf, nieład, jaki jest w tym filmie i jaki kojarzy mi się zarówno z cyberpunkiem, jak i opisami świata w opowiadaniu Łosiota – takie fragmenty jak ten:

 

Na biurku Sonii leżała niewielka skrzyneczka. Policjantka patrzyła z niechęcią na ciemną obudowę i wylewające się spod niej jak cienkie macki kabelki łączy komunikacyjnych. Wzięła przedmiot do ręki, zostawiając na blacie wolny od kurzu prostokąt. Nawet tu, w pomieszczeniach komisariatu, nie można się było ukryć przed pyłem.

Pamiętasz, wilku, te sceny na komisariacie? W miejscu, gdzie powinien panować przynajmniej względny porządek? Ale nie było go tam. Za to były obskurne pomieszczenia, wilgotne, mokre, ze szczurami biegającymi po blatach w posterunkowej kuchni. Stąd skojarzenie.

Known some call is air am

No, w Split Second to niemal kanały momentami.

Dzień dobry!

 

Świetna historia, kryminał połączony z wizją ciemnej przyszłości rodem z “Blade runnera”, okraszony lemowymi wstawkami oraz zanurzony w Lovecrafcie jak ciało w komorze deprywacyjnej.

Język plastyczny i atrakcyjny, historia ciekawa, twist na końcu, czego chcieć więcej? Jestem usatysfakcjonowany z lektury.

 

Jeszcze kilka uwag na koniec:

Chmura pyłu nad miastem nigdy nie opada. W ciągu dnia jest brudem na wyblakłym niebie, pod wieczór kradnie ostatnie promienie zachodzącego słońca, a w nocy jest łuną unoszącą w ciemność mętny blask miejskich świateł.

Pył lepi się do krwi, a ta gęstnieje z każdą sekundą. Kropla z trudem odrywa się od zakrzywionego ostrza, by pomknąć w dół. Nikt nie zauważy, jak spadnie na zakurzony chodnik, wyląduje na ciężkim płaszczu któregoś z nielicznych przechodniów, albo z cichym stuknięciem uderzy w szybę przejeżdżającego akurat auta. 

Teraz mknie wzdłuż tafli zakurzonego szkła – pionowego zbocza jednego z największych miejskich wieżowców.

Lubię te Twoje opisy, to taka stop-klatka, szczegół, który rośnie w oczach, obudowywany metaforami i porównaniami. Naprawdę ładnie, me gusta heart

 

Tu elektroasystent numer 4

Autoryzuj dostęp

[…]

Młodszy detektyw Sonia Adams, numer służbowy 20678

Dałbym tutaj interpunkcję na koniec zdań, bo niby dlaczego nie? Dalej już masz z interpunkcją.

 

– Dlaczego?

Wysoki priorytet sprawy.

Czy wysoki priorytet nie powinien sprawić, że śledztwo dostałby bardziej doświczony policjant? A nie nadzorowany przez AI żółtodziób?

 

Solanka była chłodna, ale Sonia wiedziała, że to tylko chwilowe wrażenie. Z początku przeszkadzał jej też skórzasty, szczelnie przylegający do twarzy kaptur, jednak jego zimny, mokry nacisk zaraz zupełnie zelżał.

Jak u Lema, komora deprywacyjna pojawiła się w “Odruchu warunkowym”. Inspirowałeś się Lemem, czy inne są źródła Twojej inspiracji?

 

Zaczynali w powyciąganych koszulkach i dżinsach, uśmiechnięci. Na dużo późniejszych, oficjalnych portretach członków zarządu Eon Industries wszyscy są w garniturach. I nikt już się nie uśmiecha.

laugh

 

– Z nieznanych mi przyczyn, spadła pani trochę temperatura ciała. Daliśmy tlen i kroplóweczkę, wszystko wróciło do normy. Ale zdarzyć się to nie powinno.

 

 

– Ten cały Eon, co wam mówią? Że dzięki niemu będziecie lepszymi glinami?

Niezgodność liczby, “mówi”, albo “nim”.

 

Ma jakiś swój projekt, poświćca mu wszystko. 

;)

 

Mamy spotkanie z Eonem Ambergrisem. Polecisz kopterem. 

Tak jak David, poleci kopterem i może nie wrócić.

 

 

Lot przez rozświetloną słońcem chmurę pyłu ciągnął się w nieskończoność. Policyjny kopter wznosił się ociężale przez obłoki pyłu jak czarny, opancerzony chrabąszcz. 

Na dachu biurowca Eon Industries, przy masywnych drzwiach czekał ochroniarz. Mężczyzna skinął Sonii głową, sięgnął do kieszeni po nieduży przedmiot i przyłożył go do płytki w ścianie. Zamek szczęknął metalicznie, a drzwi powoli się otworzyły. Weszli do niewielkiego holu.

Bardzo mi to pachnie Dickiem i jego “Androidami, śniącymi o elektrycznych owcach”, tudzież “Balde runnerem”. Nic w tym złego, fajne nawiązanie, IMO.

 

Detektywka klęka i schyla się nad Ambergrisem. 

Co na to Rada Języka Polskiego? Mnie to razi.

Exit light

hej BasementKey, zacznę od podziękowań za Yodę, trafiony-zatopiony :)

 

Odniosę się chaotycznie i i wybiórczo, bo jestem w pędzie. 

 

Te wstawki, stopklatki – fajnie, że Ci się podobają, bo ja nie byłem do końca przekonany, czy to nie jest jakieś ślizganie się na granicy kiczu/grafomanii. Tzn nie uważam, żeby tak było, ale miałem takie wątpliwości. 

 

Literówki i braki interpunkcyjne – mogę tylko po raz kolejny zrobić facepalma, no tyle mogę. 

 

Odnośnie lotu kopterem – Sonia nie wyczuła zagrożenia, założyła, że morderca uciekł z miejsca zbrodni kopterem (stąd krew Mayersa w jego kopterze). 

Ona jest mocno manipulowana, może stąd lekki nieogar sytuacji. 

 

Priorytet śledztwa – masz rację. Bo to jest podejrzane i grubymi nićmi szyte. Ktoś, kto pociąga za sznurki, spowodował, że do sprawy przypisano Sonię. Liczył na to, że młodą niedoświadczoną policjantką będzie łatwiej pokierować. 

 

Detektyw/ka : jeden rabin powie “tak”, drugi rabin powie ”nie”. 

To chyba jest zgodne z wytycznymi RJP, choć rozumiem, że mogą krwawić oczy. 

 

Dobra, najfajniejsze – czyli inspiracje.

Kurczę, nie znam tego tekstu Lema, po prostu ostatnio czytałem jakiś artykuł popularnonaukowy na ten temat (bardziej w kontekście terapeutycznym) i mi się pięknie złożyło z konceptem Stworów Czekających Między Światami, które mogłyby chcieć tędy wleźć do “naszego” uniwersum. 

 

No, ale kojarzenie scenografii z Blade Runnerem – jak najbardziej na miejscu. Nie zrobiłem tego na zasadzie “będzie jak w filmie/książce (choć światy tam są dość różne)”, natomiast w trakcie okazało się, że mnie niesie w tę stronę. Jestem wzrokowcem, kiedyś zajmowałem się zawodowo fotografią (zostało mi jako coś, co nadal bardzo lubię), a kadry z BL mi mocno “weszły” bo są świetne (zostawmy ocenę filmu, szczególnie drugiej części).

Bardzo dziękuję za odwiedziny i ciekawy komentarz, bardzo się cieszę, że opowiadanie CI się spodobało.

serdeczności. 

Najmocniejszym punktem tekstu był dla mnie klimat i poszczególne opisy, które go budowały, w tym fajne detale, jak miętówka, albo gruby tyłek policjanta (nigdy nie przypuszczałem, że któryś mi się spodoba).

Nie mogę za to z czystym sumieniem powiedzieć, że zrozumiałem wszystkie elementy wyjaśnienia zagadki, którą zgłębiała Sonia.

Komora deprywacyjna chyba na długo już będzie mi się kojarzyć z serialem Stranger Things, ale zaadaptowanie tego pomysłu jako narzędzia pracy policjantów, to niezły pomysł : )

 

Opowiadanie skłoniło mnie to wyguglowania prawidłowej odmiany imienia głównej bohaterki (jak ktoś jest ciekawy, niech też sobie guglnie :P ).

 

poświćca – wicca się zakradła, więc to jednak wiedźmy winne.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Hej Nevazie :)

Dziękuję za zainteresowanie tym tekstem.

Jest tak, że łatwiej jest zrobić ładny opis niż dobrze opowiedzieć historię :) Tutaj chyba mocno sobie i czytelnikom utrudniłem, bo pokazuję historyjkę Sonii (weźmy, że jest Niemką ;)), a tak naprawdę ważniejsza jest historia Eona Ambergrisa, która jest mniej wyeksponowana. 

Błędów już nie poprawię, bo chyba nie można, więc niech zostanie ta wicca. Dobrze, że nie wixa :P

Dziękuję bardzo za lekturę i komentarz. 

 

A regulamin nie mówi, że drobiazgi można poprawiać przez dwa tygodnie po publikacji?

Babska logika rządzi!

Boję się regulaminów, więc ich nie czytam :P

Klimacik budujesz jak zwykle perfekcyjnie ;) Zdołowałeś mnie tą cyberpunkową wizją z morderstwem i potworem w tle. Połączenie tych elementów sprawiło, że opko wyróżnia się w konkursie. Wątek kryminalno-śledczy wydaje mi się trochę pretekstowy. Z jednej strony rozumiem, że nie o śledztwo chodziło, ale z drugiej postać Sonii trochę na tym traci, policjantka wydaje się nie tylko zielona, ale też strasznie naiwna. I traci też Eon Ambergris, bo jego historię poznajemy pośpiesznie w końcówce.

Podobały mi się roztocza. Kiedy porównuje się ludzi do szczurów albo karaluchów, to przynajmniej wzbudza to jakieś emocje, są widoczni, może znienawidzeni, ale są. Roztoczy nawet nie widać, są niczym. Fajnie to wymyśliłeś.

Zakończenie też dobre – cienie, nie wiadomo co, Słowo, które mówi, że Eon musi zbinąć. Mam wrażenie, że straszysz samym strachem. A to niełatwe.

 

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

 

Hej Irko, ale miło, że przeczytałaś! 

I mnie trochę żal historii Ambergrisa, mam niedosyt w kwestii tego, jak ją pokazałem. 

Śledztwo owszem, trudno nazwać śledztwem w sytuacji, w której prowadząca sama jest tak wodzona za nos.

Ale co, no jeśli dobrze Ci się czytało i podobały Ci się roztocza (jarałem się po cichu tym pomysłem roztoczy w kurzu, więc bardzo miło, że to wyciągnęłaś), to ja jestem zadowolony.

 

dziękuję :)

Ciekawy świat stworzyłeś :) Pełen pyłu i w pewien sposób spotęgowany w jednym wymiarze wizualnym. Ktoś tu wspomniał o Blade Runner i właśnie o coś takiego mi chodzi. Od strony wizualnej tu wszystko jest takie wyraziste (mimo pyłu) jak w Blade Runner 2049. Opisy są wyraziste, pył jest wyraźny, technologia jest ostra na krawędziach.

Co prawda historia wydała mi się trochę prosta, ale może to być moja wina. Bo gdy zaczęłam czytać, miałam wrażenie, że dostanę cyberpunkowy kryminał z wieloma zagadkami. A dostałam coś podobnego, ale jednak nie to, co sobie uroiłam, że dostanę ;)

Co ja widzę? Blade Runner 2049, ktoś mówi? To będę musiał zajrzeć. Oby nie było jak z tym piórkowym, przez które nie przebrnąłem.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Oj, ale ja nie chcę być odpowiedzialna gdyby się nie spodobało… Po prostu ten tekst (wizualnie) budzi te same nuty co film ;)

Zachowawcza Kasjo nie chce być odpowiedzialna sama ;) :P To mogę być współodpowiedzialny, bo też sceneria momentami przywodziła mi na myśl BR2049 :)

Known some call is air am

Więcej Blade Runnerów? Uuu, to poprzeczka jeszcze podskoczyła. Naprawdę trzeba będzie szybko przeczytać.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Właśnie, a propos Blade Runnera 2049, pamiętam, ze był jakiś mało popularny serial inspirowany Blade Runnerem, ale za diabły nie potrafię sobie przypomnieć tytułu. Ktoś kojarzy?

Kasjopejatales, dzięki za odwiedziny i komentarz. Wzbiera we mnie ambicja, żeby jednak napisać jakiś kryminał.. Nie, jednak nie. Darconie, to Ty tu zaglądasz jeszcze? Ale fajnie! No, ale mogłeś skrobnąć parę słów o moim ostatnim opowiadaniu, nawet na priv, wiesz jak cenię Twoje recenzje, szczególnie, jak Ci tekst nie wszedł :) Odnośnie skojarzeń z BR, to proszę, nie spodziewaj się zbyt wiele (managing expectanions protocole enabled). Sorry, że krótko i węzłowato, ale z telefonu pisze.

Zaglądam, zaglądam. I wiesz, że chyba przeczytam najpierw tamto? Podchodziłem dwa razy i byłem na nie, dlatego odpuściłem czytanie i komentarz. Miałeś pozytywny feedback, nominację, a w końcu piórko, więc to była właściwa decyzja. Brużdżenie w tamtym czasie mogło być mylnie odebrane. Teraz, gdy już jesteś z nim mniej związany, a jednocześnie jeszcze pamiętasz :), może kilka słów komentarza na coś Ci się przyda.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Przeczytane, komentarz później.

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Bardzo solidny tekst, z którym mam taki problem, że najtrafniej moje odczucia z lektury oddaje zdanie: nie mam… zdania. ;-)

Na pewno warto docenić pomysł na interpretację weirdu, który u Ciebie przybiera formę pożenienia kryminału z cyberpunkiem (albo jakimś jego krewnym ;-)). Na pewno warto też dodać, że CM ma problemy z odnajdowaniem się w cyberpunku (który czytelniczo mi nie leży – przy czym “nie leży” nie jest synonimem “nie lubię”, ale właśnie “nie odnajduję się”), co tłumaczy moje zdanie o… braku zdania. ;)

Plusem tekstu jest to, że oparty na pewnej zagadce kryminalnej trzyma odpowiednie tempo, więc i przyjemniej się czyta, zwłaszcza przy takiej długości. Minusem jest to, że ta zagadka to sobie maszeruje równym tempem od punktu A do punktu B, bez żadnych zakrętów czy potknięć. Lubię, jak jest prosto, ale do pewnych granic. ;)

Pochwalić na pewno można też to, że tak cały pomysł, jak i dobór poszczególnych elementów masz przemyślany. Ten koncept, zwłaszcza jak na nawiązanie do weirdu, wydaje się dość bogaty. I dokładnie wiesz, co chcesz napisać.

Wydaje mi się jednak, że to bogactwo mogło Ci być trochę kulą u nogi (a może zwyczajnie brakło znaków – nie pamiętam, jaki był limit), stąd wątek kryminalny maszeruje w linii prostej, a zakończenie wydaje się ciut pospieszne.

Słowem, moje “nie mam zdania” wynika głównie z tego, że z jednej strony pomysł na tekst i interpretację weirdu jest na tyle ciekawy, by chcieć poświęcić czas na lekturę tego tekstu, z drugiej niektóre elementy są zwyczajnie nie dla mnie i choćbym walczył i szarpał, nie będę do końca w stanie się w nie wciągnąć. Nie Twoja wina. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Hej, Naz :)

CM

Było takie pytanie ankietowe:

 

Czy masz własne zdanie?

a) Tak

b) Nie

c) Nie mam zdania

 

Cała ta historyjka/zagadka idzie prostą ścieżką, bo prowadzi ją tak naprawdę Eon. Właśnie ta liniowość i samorozwiązywalność zagadki miała być sama w sobie podejrzana. 

Być może zawinąłem się w tym koncepcie.

Wydaje mi się, że trochę źle tu dobrałem proporcje. Zakopałem ciekawszą historię pod liniową sprawą śledztwa, licząc na to, że czytelnik sam sobie wyciągnie, co trzeba.

Chyba nie wyszło, zakiwałem się? Być może faktycznie nie poradziłem sobie w tym limicie znaków ze strukturą tej historii?

A limit wykorzystałem do cna prawie (39998/40000). 

Bardzo Ci dziękuję za odwiedziny i dający do myślenia (jak zwykle), choć wyjątkowo krótki, komentarz. 

Chyba nie wyszło, zakiwałem się? Być może faktycznie nie poradziłem sobie w tym limicie znaków ze strukturą tej historii?

Wiesz co, z mojej perspektywy to wyglądało tak, że ta część, jak to nazwałem, “kryminałowa” trochę bledła w towarzystwie tej cyberpunkowej. To znaczy: z jednej strony ta cyberpunkowość robi wrażenie, bo widać, że masz tu konkretny, nawet dość szeroki objętościowo pomysł (nie jakiś jeden element, ale cały, nazwijmy to, wycinek świata), z drugiej ta prostota drugiej części sprawia, że ona wygląda na stworzoną tak trochę po macoszemu. Albo napisaną po najmniejszej linii oporu. Pojawia się tu jakby pewien bardzo zauważalny kontrast.

Generalnie ta prostota ścieżki, jak sam wskazujesz, daje się uzasadnić. I ja to uzasadnienie przyjmuję. Ale…

Z opowiadaniami to jest trochę tak, że można je w dużym uproszczeniu podzielić na dwa elementy: historia i świat stworzony. Światotwórstwo jest od tego, żeby robić wrażenie, ale choćbyś stworzył wybitny świat, czytelnik zawsze podąża za historią. To ona ciągnie go wraz z opowiadaniem i niejako dzięki niej można wyeksponować świat.

I trochę tak było, przynajmniej u mnie, w przypadku tego tekstu. Świat/otoczenie/realia robią pewne wrażenie, ale jednak podążam za historią. A historia jest prosta. I choćby było to uzasadnione, to w tym przypadku jednak budzi pewien dysonans, bo masz poczucie, że jeden element nie trzyma poziomu drugiego. To nie jest czysty kryminał, żeby oczekiwać złożonej sprawy. Ale jednak tą bazową motywacją do podróży przez tekst jest właśnie rozwój sprawy. I wydaje mi się, że czytelnik musi mieć tu swoje oczekiwania, nawet jeśli tym istotniejszym elementem ma być to, co wokół. Bo jednak zawsze najpierw patrzymy na to, co przed nami. Dopiero później interesuje nas to, co wokół nas.

Dobra, słaba ta metafora, ale trudno. Jeśli nie wyraziłem się jasno, najwyżej będę dopowiadał dopowiedzenie.

Czy więc się zakiwałeś? No w sumie nie, bo Twoje argumenty są racjonalne. Tylko że chyba zawsze na pierwszy plan będzie się wysuwała historia i to na niej najmocniej koncentruje się uwaga czytelnika. A tutaj ta historia (i zainteresowanie) budowana jest wokół wątku morderstwa, który idzie w linii prostej. A czytelnik idzie w ślad za nim. I trochę mu to przeszkadza… Dobra… bo zaraz ja się zakiwam w tej odpowiedzi. ;-)

wyjątkowo krótki, komentarz

Ej, 1600 znaków! To wcale nie tak mało. ;-)

Poza tym u mnie to już chyba będzie teraz standardowa długość, bo nie jestem w stanie klepać dalej takich elaboratów. Musiałbym się ograniczać do dwóch, może trzech komentarzy miesięcznie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Łosiocie, gratuluję wygranej w konkursie. Moim ulubionym pisarzem w życiu jest Philip K. Dick. Z drugiej strony – nigdy nie zapomnę czytania Reanimatora i Przypadku Charlesa Dextera Warda, gdy miałem jakieś dwanaście lat (były one wtedy w internecie w bardzo słabych tłumaczeniach). Biorąc pod uwagę te okoliczności, nie mogłem dać Twojemu opowiadaniu innej noty niż najwyższa, szczególnie że jest napisane bardzo mądrze, szybko i bez zbędnego wiadomo czego. Sam wielokrotnie próbowałem naśladować styl lub setting lub oba naraz PKD, jednak zawsze jakoś mi one umykały. Dzięki Twojemu opowiadaniu przypomniały mi się czasy, gdy pierwszy raz sięgnąłem po taką klasyczną pozycję jak “Czy Androidy…”. Jednocześnie założenia programowe naszego konkursu zostały spełnione z wielką mocą i sam Lovecraft, znając późniejszą XX wieczną naukę i fantastykę naukową, pisałby może w podobnym tonie. Nie ma bowiem potrzeby sięgać do mitologicznych rekwizytów czy pompatycznego stylu, jeśli możliwa rzeczywistość materialna dostarcza różnych podejrzanych obiektów.

Swoją drogą, z kilku opowiadań kryminalnych czy pseudo-kryminalnych, które pojawiły się w konkursie, również i w porównaniu z nimi ten tekst jest najlepszy. Konkurs obfitował w słabe początki, przewidywalne zakończenia, oczywiste nawiązania. Tutaj takich rzeczy nie ma. Bardzo mi się podobało!!!

lk, bardzo dziękuję! To niezmiernie miłe słowa uznania. Bardzo fajnie, że tak odebrałeś ten tekst. Obawiałem się trochę, że Lovecraft jest tu schowany zbyt głęboko, że nawiązania są zbyt odległe, bo to bardziej echa pewnego klimatu, niż konkretne skojarzenia, a tu taka miła niespodzianka :)

Dziękuję za organizację konkursu, lekturę mojego opowiadania i tę recenzję.

Nowa Fantastyka