- Opowiadanie: Zuzajs14 - Biały Jeleń

Biały Jeleń

Kłaniam się nisko, bo wreszcie wychodzę do ludzi. Rzucam wam mój tekst na pożarcie i przyznam, że wcześniej jeszcze niczego pod komentarz nie wystawiałam. Niemniej będę wdzięczna za czepialstwo i wytykanie błędów, bo jakże inaczej iść do przodu, jeśli nie poprawiając własne błędy? Tylko błagam o jedno dobre słowo przy każdej liście usterek! Ego chowam do kieszeni, ale ta iskierka nadziei zawsze bardzo pomaga. 
 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Biały Jeleń

Ciemne oczy wilka świdrowały przysypaną białym puchem przestrzeń. Zwierz leżał i nasłuchiwał. Szara sierść zlewała się z brudnym śniegiem i ogołoconymi gałęziami krzewu. Wystarczyło czekać. Cierpliwie, oddychając powoli, przetrzymać chłód przedzierający się przez sierść, powstrzymać dziką chęć wycia do księżyca. Wytrwać, gdy zawodził wiatr, kiedy z nieba posypały się lodowate drobinki.

Było blisko północy, a świat spowijał zimny blask. Światło gwiazd odbijało się od warstwy świeżo spadłego śniegu, który pokrył również futro wilka. Nie było szans, by jeźdźcy przedzierający się przez głuszę lasu dowiedzieli się o obecności drapieżnika. Za bardzo hałasowali tym szczękiem metalu, swoimi ciężkimi oddechami, za bardzo hałasowały zmęczone rumaki. Do tego byli już zupełnie wycieńczeni po całodziennym polowaniu. Obława na białego jelenia trwała od świtu. Lecz łowcy nie zamierzali się jeszcze poddać.

Drużyna myśliwych zatrzymała się w pobliżu niepozornego krzewu o gołych gałęziach. Konie głośno parskały, nerwowo kręcąc się w miejscu. Jeden z jeźdźców ześlizgnął się z siodła. Gdy nogi człowieka dotknęły ziemi, wilka naszła wielka chęć ataku. Zapragnął poczuć na podniebieniu ciepłą krew. Jednak był na to za mądry. Zagłuszył swoją żądzę i trwał w miejscu. Atak w tamtym momencie równałby się ze śmiercią. Cierpliwe oczekiwanie mogło przynieść większy pożytek. Toteż ograniczył się do patrzenia. Miał bystre oczy i wiele wiedział.

Jeździec, który właśnie zeskoczył z konia, okazał się kobietą. Potężne ramiona, silne nogi… nie przypominała słodkich dziewic, które czasami wybierały się na spacer do lasu z nadzieją znalezienia płochliwego jednorożca. Miała w sobie niewytłumaczalną dzikość, która odróżniała ją od tamtych smacznych kąsków. W dłoniach okrytych rękawiczkami trzymała lśniący miecz, a na jej plecach spoczywał łuk i kołczan pełen strzał. Wydawała się też bardziej zdeterminowana niż większość towarzyszących jej mężczyzn, którzy nawet nie raczyli zsiąść z siodeł.

– Jesteśmy blisko – wyszeptała ludzka samica, a spod kaptura wyłonił się ciemny warkocz, gdy schyliła się ku ziemi.

Wilkowi skojarzył się on z ogonem i sprawił, że zwierz zapałał do kobiety niezrozumiałym uczuciem – mieszanką miłości i nienawiści. Łowczyni była jak uwięziona w ludzkiej skórze wilczyca, nawet zapach miała podobny. Niczym zbłąkana samica, która przypadkiem oddaliła się od watahy.

Ruszyła przed siebie i wilk stracił ją z oczu, ale woń pozostała. Zwierz zamknął ślepia i poruszył mokrym nosem. Przecież człowiek nie mógł tak bardzo pachnieć wilkiem.

I wtedy zrozumiał. Przepełniła go nienawiść tak silna, że nierozważnie wyskoczył spod krzaka i rzucił się ludzkiej samicy do gardła. Udało mu się zaskoczyć łowczynię i jej towarzyszy, którzy nie zdążyli nawet sięgnąć do broni. To była walka między kobietą, a dzikim zwierzem. Wiekopomny pojedynek, o którym niejedna wataha jeszcze zawyje w noc pełni. Tego właśnie był pewien, gdy ciepła krew rozlała się na jego podniebieniu. Jeszcze szczeniaki będą go wychwalać. Wilka, który ubił Łowczynię. Tego, co zasiadł na ludzkim trupie i wył do pana Księżyca, gdy kolejne strzały wbijały mu się w grzbiet. Odważnie przyjął śmierć, wiedząc, że i tak nie ucieknie. W końcu walczył z równą sobie. Przeciwniczka jednym, ostatnim pchnięciem uniemożliwiła mu ucieczkę. Drapieżnik musiał paść wraz ze swoją ofiarą.

Tak też to się skończyło. Kobieta ubrana w wilcze futro leżała na śniegu, który barwiła na czerwono krew wypływająca z rozdartego gardła. Jej niewidzące oczy wpatrywały się ze strachem w niebo rozjaśnione zimnym blaskiem gwiazd. Na niej leżało szare truchło najeżone strzałami. Dzielna bestia z mieczem wbitym w trzewia. Potworne dzieło losu. Od tej nocy więcej wilków i więcej ludzkich szczeniąt będzie spać spokojnie.

Tymczasem do drużyny łowczych dołączyła grupka innych jeźdźców, którzy od razu zeskoczyli z siodeł. Razem z nimi przybył mały królewicz, którego ojciec zabrał ze sobą na polowanie, by chłopiec poznał trochę las i jego prawa. To właśnie on, odziany w błyszczący strój ze srebrną koroną osadzoną na brązowych, przyprószonych śniegiem włosach, jako pierwszy dobiegł na miejsce tragedii. Wielkimi oczyma wpatrywał się w dwa trupy i powoli zaczynał rozumieć. Las, dzikość, zwierzęta i ludzie. Tak wiele praw, które tylko jedna strona ustawicznie łamała.

– Oboje na to zasłużyli – zadecydował dziecięcym głosikiem, a wszyscy obejrzeli się na jego małą osobę i patrzyli, nie rozumiejąc.

 

~* ~

 

Wiele lat później książę został królem.

W zamku panowało nietypowe poruszenie. Wszyscy krzątali się w pośpiechu, brodząc w śniegu między dziedzińcem, a stajniami. Psy łowcze ujadały niespokojnie, gdy ich opiekun próbował skłonić je do wykonania komend. W powietrzu wyczuwało się nadchodzące polowanie. Kucharze już radowali się na wielką ucztę, która miała miejsce zwykle jeszcze tego samego wieczoru, a mężczyźni po raz setny polerowali myśliwskie noże.

Henry siedział na parapecie i wpatrywał się w widok za oknem. Dzwoneczki jego czapki wydawały wesołe dźwięki, gdy tylko ruszał głową. Z radością stwierdził, że znowu pada śnieg. Myśliwi byli zapewne bardziej krytycznie nastawieni do pogody, ale Henry lubił przyglądać się różnorodnym, zimnym drobinkom, które topiły się w zetknięciu ze skórą. Zresztą jego zadaniem było cieszenie się bez względu na sytuację. Zawsze i wszędzie, byle król miał podporę w jego szerokim uśmiechu. Dlatego zabierano go nawet na polowania, na co zwykle nie pozwalano błaznom.

– Henry!

To jedna z młodych dwórek wspinała się po schodach. Była prześliczna. Długie, kasztanowe włosy opadały kaskadami na przykryte pięknym futrem ramiona. Ubrana była w suknię z drogiego, grubego materiału, a delikatne dłonie schowała w rękawiczkach z króliczej skóry. Mimo że wszystkie dwórki miały dostęp do strojów lepszych, niż pozwalało na to ich urodzenie, Regina wyglądała wśród nich najpiękniej i to ona zwalała młodych mężczyzn z nóg. Była ulubienicą króla. Tak samo jak Henry.

– Witaj, Regino.

– Zaraz wyruszamy.

– Widzę. – Uśmiechnął się i przy wtórze dzwoneczków skinął ku oknu.

– Może widzisz, ale nic z tym nie robisz. Chodź. – Wyciągnęła dłoń w rękawiczce, a on ujął ją delikatnie.

Dziewczyna pociągnęła go za sobą w dół po schodach i wprowadziła do ciepłej kuchni. Tam na ogniu stały już wielkie garnki, w których wciąż grzało się jeszcze śniadanie dla reszty zamku. Król już się posilił, teraz była pora na wszystkich pozostałych. Henry nie narzekał, lubił przebywać wśród gotujących się potraw, z których unosiły się najróżniejsze zapachy. Tym razem też wziął głęboki wdech i łapczywie oblizał wargi. Regina nie dała mu się tym nacieszyć i już po chwili stali w przeraźliwie chłodnym pokoju, w którym czekał na Henry’ego strój. Miał zamienić kolorowe, pstrokate wdzianko błazna na szarobury płaszcz wykończony futrem. Perspektywa porzucenia czapki z dzwoneczkami go przygnębiała.

– Wiem, że tego nie lubisz – odezwała się Regina, jakby czytając mu w myślach. – Ale w tych kolorach spłoszyłbyś całą zwierzynę. Chyba chcesz jechać – dodała z buńczucznym uśmiechem.

Kwadrans później oboje stali już na zamkowym dziedzińcu, a śnieg skrzypiał pod nogami. Nieskazitelna biel odbijała promienie słońca i raziła w oczy. Jednak błazen i dwórka zdawali się tym nie przejmować, bo całkowicie pochłonęła ich bitwa na śnieżki, której z uśmiechem przyglądało się kilku mężczyzn na koniach. Byli to królewscy łowcy. Najlepsi z najlepszych, którzy nieraz ubili mityczne stworzenia z głębin lasu. Zabierano ich na każde poważniejsze polowanie, co zwiastowało rychły sukces lub wiekopomną klęskę.

Wreszcie ze stajni na potężnym gniadoszu wyjechał sam król. Zabawy ustały, śmiechy umilkły, a kolana wszystkich zgięły się w pokłonie. Sędziwy władca poklepał wierzchowca po szyi i podjechał ku pochylonym łowcom. Ubrany był w wiele warstw grubych szat. Po jego stroju znać było królewski majestat. Starannie wyszywane ornamenty, przepiękne pasy i lśniące wręcz buty mówiły same za siebie.

– Pora ruszać – stwierdził cicho władca, a z jego ust wydobył się obłok pary.

Nikt nie śmiał kwestionować rozkazu i w parę chwil potem wszyscy uczestnicy wyprawy siedzieli już w siodłach i poprawiali strzemiona. Wyglądali razem jak dziwaczna armia upiorów, co to kryją swe twarze pod kapturami, a ich zamienione w białe dymki oddechy tylko dodawały im tajemniczości. Zwłaszcza, gdy już całą kolumną jeźdźcy znaleźli się w lesie.

Wysokie, bezpieczne mury zamku zostały w tyle, tak jak ciepło posiłku i ognia w kominku. Henry i Regina z rozmarzeniem wspominali kuchnię pełną zapachów, której wytworów mieli zasmakować dopiero na wieczór. Nie było w tym jednak smutku, a pogodna tęsknota i nadzieja na przepyszną kolację.

Jazda przez las wszystkim sprawiła wiele przyjemności, pomimo przeszywającego chłodu, na który nie było rady. Nic nie pomagały wełniane skarpety i dwie pary bielizny założone jedna na drugą. Zima była nieubłaganą w rządach władczynią. Jednak jeźdźcy zachowali na twarzach szerokie uśmiechy i bacznie wypatrywali zwierzyny. O tej porze roku było to niezwykle trudne, gdyż bystre zwierzęta pozmieniały kolorowe futerka na śnieżną biel, która kryła je w zimowym krajobrazie. Na szczęście w polowaniu brali udział doświadczeni łowcy. Naprężono cięciwy, wypuszczono strzały. Wkrótce przez końskie grzbiety przerzucono pierwsze zdobycze.

Jednak najciekawszy zwierz ukazał im się dopiero około południa. W promieniach słońca, przez gołe, szare gałęzie, błazen dostrzegł jelenia. Stał dumny i wyciągał zgrabną szyję ku światłu, pozwalając, by ślizgało się z gracją po jego porożu. Przy tym wszystkim leniwie poruszał nogą, przekopując warstwy śniegu i próbując się dostać do ostatnich źdźbeł trawy. Zadumał się nad swym pięknem i otaczającą go naturą na tyle, że nie dostrzegł, nie posłyszał zbliżających się ludzi. Miał być ich pięknym trofeum, znakiem potwierdzającym boską mądrość króla, który przywiódł ich do tego cudownego zwierza. Zaszli go od zawietrznej. Wstrzymali oddechy. Wypuścili strzały. Lecz jeleń okazał się równie mądry i nie dał się tak łatwo zabić. Wraz z pierwszym wystrzałem uskoczył w bok i majestatycznie pomknął między drzewa. Rozpoczęła się obława.

– Czas moi panowie, by dowieść swej wartości! – zakrzyknął władca i spiął rumaka do biegu, a w ślad za nim skoczył błazen i towarzysząca mu dama.

Oboje śmiali się radośnie, goniąc wytrwale za królem i śledząc białego jelenia. Bialutkiego jak śnieg, jak włosy królowej matki, która zmarła tak niedawno. Jak całun, którym ją okryto w grobie. Białego, bialusieńkiego. Najpiękniejszego.

 

~*~

 

Król ściągnął wodze, choć zwierz był już na wyciągnięcie ręki. Jego koń parsknął nerwowo i zatańczył na śniegu. Z nozdrzy buchała mu para. Po bokach spływał pot. Zwierzakowi nie podobał się przymusowy postój. Chciał biec, ścigać się z wiatrem, gonić przeciwnika i wreszcie go wyprzedzić. Król dobrze o tym wiedział, a mimo to wstrzymał rumaka, a także pędzących w ślad za nim ludzi. Pierwsi dojechali do króla błazen i dama dworu.

– Panie? – odezwał się nieśmiało Henry. – Czemu stoisz, panie?

– To nic, mój drogi. Tylko duchy przeszłości – zapewnił władca i wbił zamglone spojrzenie w pewien bezlistny krzak. – Nie wiedziałem, że zapędziliśmy się tak daleko.

Z oddali dobiegły stojącą w miejscu trójkę odgłosy gonitwy. Żaden z łowców nie dopędził ich do tej pory, żaden z rumaków nie mógł się równać z rączymi końmi tej trójki. Zyskali chwilę w samotności, nim dopadnie ich cała gromada myśliwych, psów i innych uczestników polowania.

– Bardzo pobladłeś, królu – odezwała się Regina, podprowadzając konia przed pysk królewskiego wierzchowca. – Wyglądasz, jakbyś miał zemdleć.

– Spokojnie, moja droga. Dalej nie pojedziemy. Dotarliśmy do kresu ludzkiego królestwa, dalej władają niepojęte dla nas siły.

Obława wyłoniła się już spomiędzy drzew, a mądry władca wyjechał jej na spotkanie. Zawrócił rozpędzoną kolumnę i wraz z resztą ruszył w inną stronę, w pogoń za nową zwierzyną. Zdawał się nie pamiętać o pięknym, białym jeleniu, który promieniał wręcz boską mocą. Jego upolowanie miało wszak potwierdzić boską mądrość króla, jednak władca odpuścił go na samym już końcu.

– Czy on zwariował? – wyszeptał Henry, wciąż wstrzymując konia w miejscu.

– Jest mądrzejszy, niż my. – Jednak w głosie Reginy zabrakło pewności.

Henry spojrzał jej głęboko w oczy, lecz dziewczyna odwróciła wzrok i stępem ruszyła za kolumną łowców. Błazen wahał się jeszcze chwilę, spojrzał pomiędzy gałęziami, tam, gdzie wedle króla zaczynała się kraina niepojętych mocy i ujrzał białego jelenia. Zwierz stał w cieniu, tylko głowę z pięknym porożem wystawiając na zimne światło i patrzył prosto na chłopaka. Siłowali się tak chwilę, a potem obaj ruszyli w różne strony. Każdy do swojego świata.

 

~*~

 

Na kolację podano świeżo upolowaną zwierzynę i mnogość innych, wykwintnych potraw. W sali jadalnej, gdzie do stołu zasiadł tak król, jak i poddani, roznosiły się te same zapachy, które rano wypełniały kuchnię. Regina bez trudu to wyczuła i z chęcią oddała się czarowi chwili, ale jej przyjaciel nie potrafił podzielić tej radości. Siedział pogrążony w ponurych myślach i nawet błazeńska czapka z dzwoneczkami nie potrafiła dodać radości jego postaci. Nie w głowie były młodzieńcowi żarty i psikusy, którymi winien zabawiać gości, bo w myślach wciąż widział białą sierść pięknego zwierza.

Zauważył to również król, który też tego wieczoru miał w sobie pewną melancholię. Uczepiła się ona monarchy przy tamtym krzaku w lesie, gdzie graniczyły ze sobą dwa potężne królestwa i nie puszczała ani trochę. Przed oczyma król wciąż widział krew, księżyc i wilczą skórę. Wspominał też swoją piękną królową matkę, która czuła niewytłumaczalną więź z lasem i całe dnie potrafiła spędzić w okienku wykuszowym, wpatrując się w czubki drzew i śledząc lot orłów.

– Widzę, że cię coś trapi, chłopcze – zwrócił się do Henry’ego, kładąc błaznowi wielką dłoń na ramieniu.

– Chodzi o tego jelenia – przyznał chłopak. – Król puścił go wolno, choć wystarczyło pogonić go jeszcze chwilkę i smakowalibyśmy teraz jego mięsa.

– Rozum kazał mi się zatrzymać.

Błazen zmarszczył młode czoło i zachmurzył się jeszcze bardziej.

– Czy znasz, Henry, opowieści o mojej matce? – spytał z powagą król. – Te mówiące o jej pochodzeniu? Wszystko zaczęło się od polowania – zaczął monarcha, widząc jak błazen kręci głową. – Mój ojciec wybrał się na nie samotnie, był młody i nie grzeszył rozsądkiem. Pragnął ująć jednorożca, choć nie był piękną dziewicą. Niemniej udało mu się wytropić to wyjątkowe zwierzę i gonił za nim cały dzień. Sposobem tym dotarł między drzewa o pniach grubych jak wiejskie domy, a gałęziach niczym zamkowe kolumny. W powietrzu gęstym od magii pachniało żywicą. To nie powstrzymało mego ojca. Dalej śledził jednorożca, lecz w pewnej chwili… Stracił zwierzę z oczu. To była ledwie sekunda, a jednorożec rozmył się w powietrzu. Parę kroków dalej, na błękitnej trawie leżała przepiękna, naga kobieta o mlecznobiałej skórze. Drżała z zimna i strachu, a na jej czole widniało bladoczerwone znamię na kształt gwiazdy. Ojciec stracił dla niej głowę, zakochał się bez przytomności i porwawszy kobietę w ramiona, zaniósł do zamku. Traktował ją dobrze, był łagodny i kochający, a mimo to ona wciąż się go bała. Była cicha i blada. Tak o niej mówiono. Tylko do mnie mówiła więcej niż do reszty, tylko w obecności błaznów potrafiła się uśmiechnąć. Biała Matka. Biała jak cudne zwierzęta z puszczy, biała jak jednorożec… i ta plama na czole. Tam w lesie istnieje inne królestwo, którego nie wolno lekceważyć. Wiesz chyba, jak skończył mój ojciec wkrótce potem, gdy nieopatrznym słowem zranił moją matkę?

– Zmarł na polowaniu, panie. – Błazen spuścił wzrok.

Król nie wypowiedział ani słowa więcej, tylko odprawił Henry’ego, by rozważył sens tej historii w zaciszu swych komnat. W ślad za chłopakiem posłał Reginę, która najbardziej przejęła się zniknięciem błazna. Mądry król wiedział dlaczego, choć Henry nie potrafił tego dostrzec. Nie widział uśmiechu, rumieńców, nie słyszał słów, nie czuł żaru serca. Dlatego Regina wciąż i wciąż biegała za nim na drobnych nóżkach, łapiąc delikatnymi dłońmi jego ramiona przy każdej okazji.

– Pilnuj go – polecił król, a ona chętnie pobiegła wypełnić jego wolę.

Złapała swojego błazna na korytarzu przed komnatą, która do niego należała. Przebrany był w jednolicie czarny strój z kapturem i futra, a przez plecy przewiesił łuk. U jego boku wisiał długi, srebrny miecz, który Henry dostał w prezencie urodzinowym od króla. Zwykle chłopak nawet nie dotykał tej broni, spoglądając ku niej z lękiem i miłością. Była dlań najcenniejszą rzeczą w życiu. Regina dobrze o tym wiedziała, tym bardziej przeraził ją zimny błysk stali.

– Ostatnio widzę tylko chłód. W słońcu, twoich oczach, a teraz jeszcze ta stal. Gdzie się wybierasz, Henry?

Chłopak zmierzył ją krótkim spojrzeniem, a potem pośpieszył przez korytarze do drzwi, które wychodziły w stronę wielkiego lasu. Dwórka nie ustępowała mu kroku, bojąc się, że straci go z oczu i jak legendarny król ojciec stracił swego jednorożca, tak ona nigdy więcej nie zobaczy ukochanego.

– Henry! – krzyknęła za nim, gdy wyszedł w ciemność i śnieg, a potem pobiegła po jego śladach, nie przejmując się brakiem ciepłego odzienia.

Ubrana ledwie w zwiewne szaty, które ciągnęły się w ślad za nią na wietrze, jak nimfa brodziła w śniegu, bo tak nakazywało jej serce. Choć marzła, choć chłód sprawiał jej ból, nie zamierzała opuścić Henry’ego. Z miłości i wierności rozkazom króla.

– Zawróć, Regino – poprosił błazen doszedłszy do stajni. – Zamarzniesz.

– Jeśli ty wrócisz ze mną – obiecała sinymi ustami. – Jeśli nie, dosiądę konia i ruszę za tobą.

Chłopak spuścił pokornie głowę i milczał przez dłuższą chwilę.

– Włóż na siebie choć coś z tego, co trzymają tu stajenni – rzekł.

– Tylko jeśli zaczekasz.

Chwilę później oboje przedzierali się przez las przy blasku księżyca, który odbijał się w śniegu. Regina okryła się szczelniej ciepłym futrem. Szarym, z głową wilka w miejsce kaptura i niedopraną plamą krwi na plecach. Jednak w tamtej chwili to nie miało znaczenia. Liczyło się tylko ciepło, które dawało drżącej dziewczynie.

– Dokąd zmierzamy? – spytała szeptem.

– Do tego królestwa, którego tak lęka się nasz mądry król.

 

~*~

 

Po lesie niosły się rozpaczliwe wołania wilków, a dwójka młodych ludzi jechała konno w milczeniu. Dookoła nich królowała biel. Była na niebie, ziemi, a także w ich oddechach. Cudem w tym wszystkim ujrzeli białą łanię. Najdelikatniejsze stworzenie, jakie kiedykolwiek widzieli. Wydawała się krucha i pełna uroku, lecz los nie okazał jej miłosierdzia.

Henry ściągnął z pleców łuk i naciągnął cięciwę, ale łania usłyszała najwyraźniej pędzącą strzałę i w ostatniej sekundzie rzuciła się do biegu, który miał ocalić jej życie. W jej ucieczce nie widać było strachu, ni paniki. Czuła się pewniej niż młody łowca i jego towarzyszka, bo ona bliżej była domu niż ci ludzie. To oni byli tu gośćmi, choć nie rozumieli, co to znaczy.

– Henry! – krzyknęła nagle dwórka i ściągnęła końskie wodze, gdy rozpoznała miejsce, w którym się znaleźli.

To właśnie tam, gdzie stanęła, król zawrócił ich tego popołudnia. Była pewna, że błazen też to wie, a mimo to pędził dalej i nie zamierzał się zatrzymać. Niechętnie ruszyła za nim.

– Obiecałam go pilnować – zapewniła samą siebie.

Była jednak coraz mniej pewna tego usprawiedliwienia, gdy znalazła się między drzewami o pniach grubych jak wiejskie domy. Ich gałęzie dorównywały wielkością zamkowym kolumnom, a w powietrzu unosił się zapach żywicy i magii. Śnieg ustąpił błękitnej trawie. Miejsce jak z baśni, którą opowiadała babka. Z opowieści o Białej Królowej Matce.

– Henry! – krzyknęła, gdyż ukochany zniknął jej z oczu.

Wtedy koń odmówił posłuszeństwa i Regina musiała zeskoczyć na ziemię. Ledwie stopy dotknęły trawy, rumak wyrwał się i w ciszy ruszył w drogę powrotną. To krótkie zdarzenie napełniło serce dziewczyny ogromnym strachem. Mimo to podreptała do przodu, szczelniej opatulając się wilczym futrem. Dziewczęce serce waliło jak oszalałe, ale przecież robiła to dla Henry’ego.

Ostrożnie stawiała każdy krok, uważnie rozglądając się na boki. Nie mogła przegapić ukochanego. Zewsząd obserwowały ją żółte, świecące oczy, po błaźnie nie było nawet śladu. Do czasu, gdy oczom Reginy ukazała się piękna polana upstrzona białymi kwiatami. Unosiło się nad nią tysiąc złotych motyli, które po uważniejszych oględzinach okazały się małymi nimfami o złotych skrzydłach. Jednak najdziwniejsze było to, co działo się na środku polany. Stał tam Henry, który z łuku celował do białego jelenia i skrytej za nim łani. Chłopakowi nie dane było wypuścić strzały, bo nagle jeleń pokrył się białymi łuskami, z grzbietu wyrosły mu ogromne, półprzejrzyste skrzydła, a kopyta zamieniły się w potężne łapy. Piękne, ciemne oczy urosły do ogromnych rozmiarów, pojaśniały. Przecięła je ciemna źrenica. Tak oto w miejscu jelenia stanął smok. Po łani także nie było śladu, zamiast niej w potężnych skrzydłach gada, który zionął ogniem w niebo, kryła się zlękniona niewiasta. Trwało to ledwie ułamek sekundy, pół uderzenia serca, a wielka, smocza paszcza zamknęła się nad Henrym i błazen na zawsze zniknął za białymi zębami, które splamiła jego ciepła krew. Krew, która trysnęła na wszystkie strony, która opryskała twarz pogrążonej w szoku Reginy.

Smok miał ruszyć także na nią, lecz wtem coś zmusiło go do zatrzymania, z gardła dobiegł głośny charkot, a potem skowyt. Nie było już ognia tylko plucie krwią. Potężny zwierz miotał się na wszystkie strony, aż z jego szyi wyłonił się błyszczący zimno miecz. Teraz również smocza krew opryskała strwożoną dwórkę.

Dwóch ich było. Chłopak i jeleń. I tak obaj polegli. Oczom dziewczyny ukazały się ich zwykłe sylwetki zbroczone czerwoną mazią. Jej martwy ukochany i biały zwierz z mieczem w szyi. Światło księżyca błądziło po porożu.

Była jeszcze naga kobieta o białej skórze, która powoli podeszła do Reginy. Dłonią pogładziła wilcze futro i zanuciła piosenkę starą jak świat. Piosenkę, która idealnie współgrała ze łzami dziewczyny. Regina padła na kolana i łkała, a całe zwierzęce królestwo razem z nią.

– Nasza Wilcza Królowa – zaintonowała łania w ludzkiej postaci i wtedy Regina poczuła, jak wilcza skóra stapia się z jej własną.

Załkała raz jeszcze, unosząc twarz ku bladej, bezlitosnej tarczy księżyca, ale z jej gardła dobył się skowyt.

 

~*~

 

W królewskim pałacu skończyła się wielka uczta. Mądry monarcha siedział nad starą księgą, wertując strony i upajając się jej zapachem. W pewnej chwili serce mu zadrżało, więc przerwał i spojrzał w okno, w którym zwykła siadać jego matka. Podniósł się ciężko ze swego miejsca i podszedł do niego, by wbić spojrzenie w ciemność. Mimo mroku oraz grubych murów widział wierzchołki drzew i słyszał wycie.

Wielką dłonią przetarł zmęczone oczy i westchnął ciężko, bo lubił swojego błazna i dwórkę. Kochał ich jak potomstwo, którego nie miał. Zapewnił im wszelkie wygody, zapewnił wykształcenie. Zachowywał się jak ojciec, radził i przestrzegał. Ale dzieci nie słuchają, gdy opowiada się bajki z morałem. Nie słuchają, gdy każe się siedzieć w komnatach. Myślą, że wiedzą lepiej i zawsze chcą tego dowieść.

– On był najeźdźcą, bezwstydnym mordercą. Chciał zabić jelenia dla chwały – wyszeptał król – Ale i jeleń nie był bez winy. Sprowokował dzieciaka, a potem pogwałcił święte prawa gościny, choć powinien ich dochować, nawet gdy chłopak wdarł się siłą do jego domu. Złamać strzałę, tak. Zabić, nie. Oboje na to zasłużyli. Tylko nie ona… Nic złego nie zrobiła, jedynie kochała i teraz kochać będzie po wieki. Po wieki wyć będzie do księżyca z rozpaczą, a ja ze smutkiem będę jej słuchał. To przykry obowiązek ojca – słuchać płaczu swoich dzieci.

Koniec

Komentarze

W mroczne i niebezpieczne miejsce posłałaś jelenia. Moją opinię znasz z bety. Daję Ci nominację do biblioteki za specyficzny, baśniowy klimat, którym przesyciłaś tekst.

Niech będzie mroczne i niebezpieczne. Tego mu trzeba, by się zahartować. Z tym jeleniem jednak najpewniej się czuję, więc to jego na front bojowy śle. Twoją opinię znam i jestem za nią bardzo wdzięczna. Już dzisiaj jestem w stanie dostrzec błędy, które poczyniłam w jeleniu i w innych tekstach. 

Podoba mi się, że nie skupiłaś się na Henrym i Reginie, a zamiast tego niejako oddałaś opowiadanie w dłonie mądrego króla. Inni zdecydowaliby się skończyć historię wraz z momentem, gdy dziewczyna została przemieniona w wilka – ty natomiast wyraźnie oświadczyłaś, że to król stoi w centrum opowieści, co uważam za bardzo dobre zagranie. „To przykry obowiązek ojca – słuchać płaczu swoich dzieci” – bardzo ładne zdanie, wiele mówiące o jego smutnym, lecz pogodzonym z losem nastroju. To dzięki temu opowiadanie nie ma nalepki „dwójki młodych ludzi, których brak rozsądku doprowadził do śmierci”, tylko „Mądry król i jego nierozsądne dzieci”, co jest dla mnie wielkim plusem.

 

Udało ci się również całkiem dobrze wykreować baśniowy klimat w tekście. Widać, że przywiązujesz uwagę do szczegółów otoczenia: „Cierpliwie, oddychając powoli, przetrzymać chłód przedzierający się przez sierść, powstrzymać dziką chęć wycia do księżyca, który świecił jasno na niebie. Wytrwać gdy wył wiatr, kiedy z nieba posypały się lodowate drobinki.” 

To właśnie tego typu barwne opisy nadają życia opowiadaniu i zachęcam cię, żebyś korzystała z nich jak najczęściej w swoich tekstach.

 

Największa zaletą jest jednak z pewnością oryginalność opowiadania – nie bazuje na żadnym stereotypie, wydarzeniu czy czymkolwiek innym, co jest zadziwiająco rzadką zaletą – sam przeglądając publikowane na portalu opowiadania zazwyczaj całkiem szybko domyślam się dalszego ciągu historii, nie mówiąc już o banalnych zakończeniach. Myślę, że masz całkiem spory potencjał, jeśli chodzi o pisarstwo. Nie każdy jest w stanie wymyślać tak oryginalne historie.

 

Niestety, czeka cię jeszcze długa droga do autorskiej chwały, bo jeśli chodzi o sam styl pisania, to jest raczej słaby – wiele niewygodnych do czytania zdań, niektóre dziwnie połączone, inne zwyczajnie niezręczne. Żeby nie być gołosłownym, poniżej szczegóły:

 

„Karawana zatrzymała się w pobliżu niepozornego krzewu o gołych gałęziach. Konie głośno parskały, a jeden z jeźdźców ześlizgnął się z siodła.”

=> Mieszanie „opisu karawany” z jednorazową akcją jeźdźca.

 

Zajęta przez niego pozycja pod krzewem, który już dawno stracił liście, wbrew pozorom, była znakomita. Szara sierść zlewała się z brudnym śniegiem i ogołoconymi gałęziami.”

=> Przekombinowane. Wystarczyłoby „Ukrył się pod bezlistnym krzewem, pozwalając szarej sierści zlać się z brudnym śniegiem i ogołoconymi gałęziami rośliny”.

 

Odwrócił twarz w kierunku, z którego dobiegł krzyk. To jedna z […]”

=> Niepotrzebne. Wystarczyłoby zacząć od samego „To jedna z […]” – czytelnik i tak by założył, że odwrócił głowę w jej stronę, zwłaszcza że to niego wołała.

 

„Była prześliczna. Jej długie, kasztanowe włosy opadały kaskadami na ramiona, przykryte pięknym futrem w szarym kolorze. Dziewczyna odziana była w grubą suknię, a dłonie schowała w rękawiczkach z króliczej skóry. Mogła to wszystko nosić dzięki hojności króla, była ulubienicą. Tak samo jak Henry. Król upodobał sobie ich dwójkę i traktował jak własne dzieci. Mimo to inne dwórki nie były zazdrosne, bo wszystkie miały dostęp do strojów lepszych, niż pozwalało na to ich urodzenie. Nie mniej jednak to Regina wyglądała najpiękniej w tych sukniach i to ona zwalała młodych mężczyzn z nóg.”

=> Trochę poprzeplatane: najpierw opis piękności Reginy, potem że inne dwórki są też ładne, a potem, że mimo wszystko to Regina była najładniejsza. Dłuższy tekst, więc dla przykładu wkleję moją sugestię poprawy:

„Była prześliczna – jej długie, kasztanowy włosy opadały kaskadami na przykryte pięknym futrem ramiona i muskały drogi materiał sukni. Delikatne dłonie ogrzewały rękawiczki z króliczej skóry. Mimo że wszystkie dwórki miały dostęp do strojów lepszych niż pozwalało na to ich urodzenie, ona wyróżniała się nawet wśród nich. Była w końcu ulubienicą króla, podobnie jak Henry. Jej uroda niejednego już mężczyznę zwaliła z nóg.”

 

„– Widzę. – Przy wtórze dzwoneczków i z uśmiechem skinął głową na okno.”

=> Dzwoneczki i skinięcie głową są ze sobą ściśle połączone – opisy powinny być jak najbliżej siebie, najlepiej ze skinięciem na początku, bo w końcu to one wprawiło dzwoneczki w ruch (czyt. przeszkadza opis uśmiechu). W przeciwnym razie czytelnik może nie zrozumieć połączenia. Wystarczyłoby dać go na początku, np. „Uśmiechnął się i skinął głową ku oknie przy wtórze dzwoneczków”

 

„[…] gdyż bystre zwierzęta pozmieniały kolorowe futerka na śnieżną biel, która kryła jej w zimowym krajobrazie. Na szczęście w polowaniu brali udział doświadczeni łowcy, więc nie wszystkie stwory zdołały ukryć się dostatecznie dobrze i teraz leżały bez życia przerzucone przez końskie grzbiety.

=> Tu odniosłem wrażenie, że coś mnie ominęło – polowanie dopiero co się zaczęło, a potem nagle już skończyło. Przydałoby się zrezygnować z tego opisu na rzecz akcji. Coś w stylu: „Łowcy byli jednak doświadczeni, a ich dłonie – pewne. Zabrzęczały cięciwy. Wkrótce przerzucono przez końskie grzbiety pierwsze zdobycze.”

 

„Kobieta ta była dobrze zbudowana, miała potężne ramiona i silne nogi. Nie przypominała słodkich dziewic, które czasami wybierały się na spacer do lasu z nadzieją znalezienia płochliwego jednorożca.”

=> Kolejny trochę zbyt sztywny fragment. Sugestia: „Umięśnione ramiona, zwinne, silne nogi… nie przypominała jednej z tych słodkich dziewic, które wybierały się do lasu z nadzieją na znalezienie płochliwego jednorożca”

 

„Zadumał się nad swym pięknem i otaczającą go naturą na tyle, że nie dostrzegł, nie posłyszał zbliżających się ludzi. Zaszli go od zawietrznej i wystrzelili. Miał być ich pięknym trofeum, znakiem potwierdzającym boską mądrość króla, który przywiódł ich do tego cudownego zwierza, ale jeleń był równie mądry i nie dał się tak łatwo zabić. Wraz z pierwszym wystrzałem uskoczył w bok i w majestatycznym biegu umknął między drzewa.”

=> Strasznie pomieszanie: Opis – akcja – opis – akcja. Wystarczyłoby przenieść ten opis o trofeum na sam początek, zanim jeszcze spróbowali go zastrzelić – wyjaśniłoby to ich motywy: Jeleń nie zwraca uwagi na otoczenie –> Łowcy rozwodzą się, jakże piękne byłoby z niego trofeum –> Strzelają –> Jeleń okazuje się całkiem sprytny i ucieka.

 

Jeszcze pewnie bym znalazł kilka takich fragmentów w opowiadaniu, ale myślę, że tyle ci wystarczy, by wyciągnąć nieco wniosków. Jest oczywiście też parę literówek i opuszczonych przecinków, ale to akurat nic strasznego, łatwo poprawić.

 

Podsumowując:

Pomysł jest bardzo dobry, wykonanie już nie. Na szczęście o wiele łatwiej jest poprawić swój styl pisania, niż „nauczyć się” wymyślania dobrych opowiadań. W fabule zauważyłem jedynie parę błędów, poza tym wszystko jest w porządku – jedyny twój problem jest taki, że masz kłopoty z dokładnym odwzorowaniem wymyślonego przez ciebie świata w pisanym słowie.

Jeśli czujesz się trochę zagubiona, to może ten przykład pomoże:

„Gdy nogi człowieka dotknęły ziemi, wilka naszła nagła chęć ataku. Przez chwilę pragnął rzucić się gwałtownym susem do ludzkiego szczenięcia, odbić potężnymi łapami od sprószonej śniegiem ziemi, zacisnąć twarde szczęki na bezbronnym gardle, a potem gryźć i szarpać, wyrwać w mgnieniu oka płat słodkiego mięsa z szyi człowieka, aż wreszcie ciepła posoka rozgrzałaby jego pysk, podarowując mu chociaż odrobinę przyjemności w tę ciemną, mroźną noc…

Zagłuszył swą żądzę. To jeszcze nie czas.

Wiedział, że cierpliwość nagrodzi go w jego łowach. Ograniczył się zatem do patrzenia.”

Tak wygląda mój styl pisania – lubię bawić się dynamiką swojego tekstu, tworzyć zdania, które sprawiają wrażenie jakby były napisane „na jednym oddechu”. W tym przypadku ma to przedstawiać bardzo szybką myśl wilka – silny, aczkolwiek krótki przebłysk żądzy, zaledwie jedna myśl, jedna chwila, szybko przerwana przez wrodzoną racjonalność mądrego wilka: „Zagłuszył swą żądzę. To jeszcze nie czas.” – W tym momencie tekst staje się niemalże lakoniczny, nieśpieszny, bo również i wilk się uspokoił, czeka spokojnie w swojej kryjówce, cichy i cierpliwy.

Czy sugeruję, że powinnaś pisać w podobny sposób? W żadnym wypadku – nie bez powodu na samym początku podkreśliłem, że to mój styl pisania – jestem pewien, że wielu innych napisałoby to lepiej ode mnie, w końcu nie jestem żadnym znanym pisarzem, ale dla mnie nie ma to teraz znaczenia – zwyczajnie podobają mi się tego rodzaju zdania i często ich używam w swoich tekstach. Chciałem ci jedynie pokazać na własnym przykładzie, na jak wiele sposobów autor może podchodzić do stylistyki swoich zdań – nie bój się eksperymentować, wypróbować kilka możliwości, sformułować kilka interesujących zdań i zastanowić się, jak odebrałby je czytelnik, aż wreszcie prędzej czy później ty także znajdziesz sobie parę ulubionych zwyczajów i wyrobisz sobie swój własny styl.

 

Cóż, to by było chyba na tyle. Nie zwykłem komentować opowiadań, czy raczej w ogóle cokolwiek komentować, ale ten motyw wilka, błazna i mądrego króla przypomniał mi trochę o książkach Robin Hobb, więc zrobiłem się nieco sentymentalny.

Grzegorz Nowakowski, dziękuje bardzo za ten komentarz. Jestem świadoma tego, że mój warsztat i styl potrzebują dużego nakładu pracy. To jeden z powodów, które nakłoniły mnie do publikacji tutaj. Sama nie jestem w stanie dostrzec tych wszystkich błędów, bo jeszcze nie mam tego wypracowanego. Cieszy mnie bardzo, że ktoś jest gotów zwrócić mi na nie uwagę, bo to umożliwia mi podjęcie ciężkiej pracy nad poprawą jakości mojej pisaniny. 

Wszystkie uwagi są dla mnie bardzo cenne. Przytulam je mocno do serca. Zaraz siadam myśleć i poprawiać. Pewnie nie raz jeszcze do nich wrócę, próbując sama siebie pilnować przy pracy nad innymi tekstami. Dlatego raz jeszcze wielkie dzięki. 

 

Zakasuje rękawy i biorę się do pracy!

No cześć Zuzajs14

 

Na początek: gratuluję pierwszego opublikowanego tekstu, wiem, że to stres jest i emocje wielkie :) 

 

Jakbym chciała mówić mało, to bym tylko napisała, że moja opinia w dużej mierze pokrywa się z tym, co pisał Grzegorz Nowakowski. Bardzo ładnie Ci skomentował i wypunktował wszystkie mocne i słabe strony tekstu. Serio, good job Grzegorzu :) 

 

Ale ja lubię dużo mówić.

Także to dopiero początek. Gotowa? To jedziemy! Nie? Trudno :D

 

 

 

Wywieszam mój ulubiony gobelin ze Stirling, minstrele zaczynają nucić, wybacz, że mięsiwa na stół nie podam, bo ja z tych, co czcząc ducha lasu spożywania ciał boskich zwierząt odmawiam. Proszę, to trójniak, ciepły i korzenny , abyś się w zimową noc rozgrzała i moich słów posłuchała.

 

 

Baśniowość

Kupiłaś mnie tym. Wszystkie elementy klasycznej, angielskiej legendy wyrysowałaś pięknie, naprawdę Ci to wyszło. Umiesz wymalować słowami obrazy. Widzę ten las :) Naprawdę czuć chłód i śnieg, widać parę z ust, czuć zapach kuchni w zamku, klimat polowania, rycerzy i koni, później tajemniczą aurę magicznych stworzeń i zagubionych wobec potęgi sił nadprzyrodzonych ludzi. Tym bardziej chwalę, bo takie elementy jak “błyszczące miecze” czy “słodkie dziewice” są już tak oklepane, że łatwo jest popaść w banał. A u Ciebie tego nie ma, jest baśń, a nie bylejakość jadąca na kliszach.

Klimat to dla mnie najsilniejszy element tekstu. Dzięki temu naprawdę się miło czyta, chociaż – uwaga, przełknij miód bo idzie łyżka dziegciu…

 

Język

… jest dużo potknięć językowych. Błędów typu stricte wyłapałam kilka (np. uparcie używasz spójnika “niemniej” rozdzielnie, a to jest pisane łącznie). Popraw to sobie, bo widać, że go lubisz – nawet w przedmowie masz :D To ładne słowo jest. Tylko jedno, a nie dwa. Osobno możesz pisać np. “przybyło nie mniej niż dwadzieścia koni”, nie jako “niemniej jednak”. 

 

Dużo zaimków “tym, tam, tego” powoduje, że się człowiek czytając zacina. To nie są błędy, ale zdania robią się toporne i trochę szkolne. Nie martw się – każdy choruje lub chorował kiedyś na zaimkozę. Jak siebie czytam i widzę czasem te wszystkie “tym tego srego i owego”, to się za swój kędzierzawy łeb łapię. I poprawiam. Po to Ci to mówię – popraw, a będzie przyjemniej :)

 

Jest trochę powtórzeń – łatwo wymienisz je na inne zdania. Polecam czytać tekst na głos, wtedy to od razu wyłapiesz. Patrz:

 

Za bardzo hałasowali tym szczękiem metalu, tymi swoimi ciężkimi oddechami, za bardzo hałasowały ich zmęczone rumaki, którym pot zamarzał na bokach.

→ sama czasami stosuję celowe powtórzenia, aby podkreślić coś, ale nie jestem pewna czy tutaj taki był zamysł. Popatrz czy nie dałoby się tego jakoś uzgrabnić. 

 

Z oddali dobiegły stojącą w miejscu trójkę odgłosy gonitwy. Żaden z łowców nie dopędził ich do tej pory, żaden z rumaków nie mógł się równać z rączymi końmi tej trójki

→ znowu powtórzenie. 

 

Nie jestem pewna czy słowo Karawana pasuje mi do klimatu północnych królestw – karawanę bardziej widzę na pustynnych terenach. Wikipedia mówi, że karawana to z perskiego kärwän – grupa podróżnych więc teoretycznie może tak być :) Po prostu mi nie pobrzmiewa z klimatem. 

 

 

Fabuła

W sumie prosta dość, bo jest król, błazen i dwórka oraz magiczne postacie z lasu ale… pasuje. Do takiej historii, trochę bajki z morałem, tacy aktorzy mi pasują. 

Historia czasami się dłuży, ale to chyba wina języka, bo klimat bajki mnie trzyma i nie nuży, wydaje mi się, że wpadasz czasem w styl kronikarski (czyli typu: “zrobili to. i zrobili to. po czym to. i to”) co – znowu – nie musi być błędem, ale trochę spowalnia i burzy mi rytm tekstu. 

Rozumiem, że początek z wilkiem i łowczynią (ładnie opisana scena tak w ogóle), nie ma związku z dalszymi bohaterami, poza tym, że młody król zrozumiał wtedy, żeby nie pchać się w głąb lasu? Czy ta łowczyni też była wilczycą, jak Regina później? Czy to jest ta sama skóra, co ją Regina na końcu ubiera? 

 

Tak wiele praw, które tylko jedna strona ustawicznie łamała.

– Oboje na to zasłużyli – zadecydował dziecięcym głosikiem, a wszyscy obejrzeli się na jego małą osobę i patrzyli, nie rozumiejąc.

→ zastanawiam się czy ja nie taki sam tuman, co rycerze księcia i czy na pewno go rozumiem. Jeśli oboje na to zasłużyli, to czemu wcześniej mamy informację, że jedna strona (zgaduję, że chodzi o ludzką?) je łamie? Jak dla mnie to tutaj bardziej winni są ludzie, pchając się nieproszeni do świata zwierząt. Ale mogę być stronnicza ;)

 

Średnio podoba mi się wątek, że stary król siłą wziął za żonę jednorożca :P Taka jakaś biedna ta żona, smutna całe dnie w oknie siedzi i bała się go. Ale ok, spotkała go kara za pogwałcenie praw lasu, więc jest fair. 

 

– Pora ruszać – stwierdził cicho władca, a z jego ust wydobył się nikły obłoczek pary.

Nikt nie śmiał kwestionować rozkazu i w parę chwil potem wszyscy uczestniczy wyprawy siedzieli już w siodłach i poprawiali strzemiona.

→ a czemuż mieliby kwestionować? :D Przecież przebierają nóżkami na myśl, żeby jechać na polowanie! ;) 

 

No i… dlaczego Henry taki – notabene! – pajac jest i się uparł, żeby jelenia łowić? Brakuje mi jakiegoś zdania, dwóch, żeby pokazać jego motywację. Słono zapłacił za trochę niejasny dla mnie upór. Bo chciał się wykazać? Udowodnić sobie i innym, że legendy nie są prawdziwe, że lasu nie ma się co bać? 

 

Scena ze smokiem i zakończenie – dobre! Podobnie jak morał. 

 

– Nasza Wilcza Królowa – zaintonowała łania w ludzkiej postaci i wtedy właśnie Regina poczuła, jak wilcza skóra stapia się z jej własną.

Załkała raz jeszcze, unosząc twarz ku bladej, bezlitosnej tarczy księżyca, ale z jej gardła dobył się skowyt.

→ fajnie opisane!

 

Tylko nie ona… Nic złego nie zrobiła, jedynie kochała i teraz kochać będzie po wieki. Po wieki wyć będzie do księżyca z rozpaczą, a ja ze smutkiem będę jej słuchał. To przykry obowiązek ojca – słuchać płaczu swoich dzieci.

→ ja bym się tam na miejscu króla trochę czuła winna :P Bo on Regine wysłał za Henrym. Owszem, pewnie i tak by polazła, ale… Tak czy siak, to ostatnie zdanie bardzo ładne. 

 

Stał dumny i wyciągał swoją zgrabną szyję ku światłu, pozwalając by ślizgało się z gracją po jego rogach.

→ o, i to też ładne zdanie!

 

 

Wzór Twojego gobelinu ma potencjał, a barwy nici, którymi go pleciesz są naprawdę ładne. Popracuj nad sposobem trzymania igły i wzmocnij splot, a na tapesterię będzie się jeszcze przyjemniej patrzeć. 

 

Kończę, za posłuch dziekuję :)

 

Pozdrawiam Cię serdecznie!

 

 

 

I wiesz co? Za ten klimat kliknę do biblio :) Bo liczę, że te niemnieje poprawisz, jak i błędy wyłuskane przez Grzegorza. 

Hej, Koimeoda. Bardzo się cieszę, że jesteś gadułą, bo z Twojego komentarza wyniosłam nowe wnioski :D Dlatego serdeczne za niego dzięki. Niemnieje już poprawione! Rzeczywiście je lubię i na upartego rozdzielam. 

Fabularne uwagi już sobie notuje i będę nad nimi myśleć!

Tak, to ta sama wilcza skóra, którą Regina ubiera na końcu. I tak, pierwsza scena jest tylko i wyłącznie lekcją dla młodego króla. 

Odniosę się jeszcze tylko do pierwszego wypunktowanego elementu przy komentarzu do fabuły. 

Tak wiele praw, które tylko jedna strona ustawicznie łamała.

– Oboje na to zasłużyli – zadecydował dziecięcym głosikiem, a wszyscy obejrzeli się na jego małą osobę i patrzyli, nie rozumiejąc.

Chodziło o to, że jedna ze stron (owszem chodzi o ludzi) ciągle i ciągle powtarza te same błędy łamiąc wspomniane prawa. Jednak w tym konkretnym wypadku, który królewicz podsumowuje, obie strony są winne. Choć może rzeczywiście jest to przekombinowane. Może powinnam się pozbyć wstawki z winą jednej ze stron.

To też jeszcze przemyślę!

 

Raz jeszcze wielkie dzięki! Czuję się bogatsza o Twoje uwagi ;) Będę pracować nad sposobem trzymania nici i wzmocnieniem splotu!

Piąteczka! :)))

 

W sali jadalnej, gdzie do stołu zasiadł tak król, jak i poddani, roznosiły się te same zapachy, które rano wypełniały kuchnię.

No raczej nie, bo przecież mięsiwo pojawiło się w kuchni dopiero po polowaniu ;)

 

Ubrany był w wiele grubych warstwy. Po jego stroju znać było królewski majestat. Starannie wyszywane ornamenty, przepiękne pasy i lśniące wręcz buty mówiły same za siebie.

Hmm, pomijając już, że skoro wiele, to warstw, możesz wyjaśnić jakim rodzajem ubioru są te warstwy? Czy to płaszcz jaki? ;) Mam wrażenie, że chodziło Ci o to, że choć władca założył wiele warstw ciepłej odzieży, jego strój znamionował królewski majestat.

I ile pasów nosił król? I dlaczego nie wystarczył mu jeden? ;)

 

Jak się ma to:

Po lesie niosły się rozpaczliwe wołania wilków, a dwójka młodych ludzi jechała konno w milczeniu. Dookoła nich królowała biel.

do tego:

Wtedy koń odmówił posłuszeństwa i Regina musiała zeskoczyć na ziemię. Ledwie stopy dotknęły trawy,

To rzeczy, które rzuciły mi się w oczy podczas czytania.

I żeby nie było, że tylko marudzę, Twoje opko bardzo mi się spodobało. Udało Ci się stworzyć piękny baśniowy klimat, miałaś do opowiedzenia ciekawą historię. Styl trzeba trochę doszlifować, ale generalnie pisać potrafisz :)

Kliczek ode mnie :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dzięki, Irka_Luz :D 

Masz całkowitą rację przy pierwszym i drugim punkcie. Z opisem wyglądu i stroju króla zdecydowanie sobie nie poradziłam. I dobrze wyczułaś, co próbowałam powiedzieć. Choć tyyyyle ma na sobie, to nie wygląda jak opatulona, przemarznięta buła, a jednak wciąż jak król. Tylko ktoś mi wytknął, że wiele warstw wcale się nie kłóci z majestatem, no i po usunięciu opozycji między tymi dwoma elementami zostało mi… Cóż. To, co zostało. I trochę zgrzyta. Spróbuję coś na to poradzić. 

Za to z trzecią uwagą się akurat nie zgodzę. I już tłumaczę dlaczego ;) 

Po lesie niosły się rozpaczliwe wołania wilków, a dwójka młodych ludzi jechała konno w milczeniu. Dookoła nich królowała biel.

Była jednak coraz mniej pewna tego usprawiedliwienia, gdy znalazła się między drzewami o pniach grubych jak wiejskie domy. Ich gałęzie dorównywały wielkością zamkowym kolumnom, a w powietrzu unosił się zapach żywicy i magii. Śnieg ustąpił błękitnej trawie.

I dopiero po tym fragmencie pojawia się:

Wtedy koń odmówił posłuszeństwa i Regina musiała zeskoczyć na ziemię. Ledwie stopy dotknęły trawy,

Tak, królowała wokół nich biel. Lecz gdy przekroczyli magiczna granicę w środku puszczy, śnieg ustąpił trawie. To tam koń uciekł Reginie, więc zostawił ją wśród niebieskich traw, a nie śniegu :D

 

Raz jeszcze wielkie dzięki! Doceniam, że skomentowałaś i dziękuję za kliczek :)

Za to z trzecią uwagą się akurat nie zgodzę. I już tłumaczę dlaczego ;)

Fakt, przepraszam, na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że Twoje opko czytałam na tolino, a poprawek szukałam już później na kompie i jakoś mi się to nadprogramowo rzuciło w oczy ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Nic nie szkodzi :) 

Z technikaliów:

"Chłopakowi nie dane było wypuścić strzały, bo nagle jeleń obrósł w białe łuski, z grzbietu wyrosły mu potężne, półprzejrzyste skrzydła, a kopyta zamieniły się w potężne łapy"

– powtórzenie "potężne"

 

Parę razy zapodziały się podwójne spacje.

Niektóre akapity można by podzielić na krótsze.

 

Baśń, która z mogłaby wiele zyskać,gdyby nieco ją skondensować. W aktualnej formie lekko się dłuży, ale nie z powodu treści, a ze względu na nieco zbyt długie opisy. Nie chodzi mi tu jednak o zubożenie treści, zwyczajnie tyle samo przekazu można w umieścić w nieco bardziej zwartej formie.

Co się udało… Niejednoznaczność tej historii. I nawet niejednoznaczność postaci, bo i rozmyślania króla pod koniec pokazują, ze próbując być neutralnym i tak odruchowo usprawiedliwia się swoich.

osobną sprawa jest to, jaki miałaś cel w pisaniu tej baśni. Jest tu ziarno mroku, ale bardzo lekkie. Trochę jak w uwspółcześnionych wersjach baśni Andersena lub braci Grimm. Co jest dobre. Ale dobre mogłoby też być zrobienie z tego czegoś o mroczności porównywalnej z pierwotnymi wersjami wspomnianych baśni. Kwestia celu, jaki sobie przy tym stawiasz.

 

wilku-zimowy! Serdecznie dziękuję za tych parę słów. Już lecę poprawiać niedopatrzenie z powtórzeniem i szukać tych zapodzianych podwójnych spacji. 

Obiecuję też popracować nad zawieraniem tej samej treści w bardziej zwięzłej formie. Nie ukrywam, że to moja odwieczna bolączka. Będę więc dzielnie walczyć, z nadzieją na poprawę! Tyle mogę obiecać.

Cieszy mnie bardzo, że niejednoznaczność historii jest według ciebie zaletą tego opowiadania. Po cichu liczyłam na taki efekt.

Co do klimatu, to w tym wypadku ilość mroku jest zamierzona. Celowałam raczej w te uwspółcześnione wersje baśni. Nie ze strachu przed większą ilością mroczności, co to, to nie. Zamierzam jeszcze kiedyś zmierzyć się z historią bardziej na miarę oryginalnych opowieści Andersena i braci Grimm. To jednak przy okazji jakiegoś innego tekstu. Jeleń miał być dokładnie taki. To moja próba zmierzenia się z baśniowością (dochodzę do konkluzji, że nawet w miarę udana, skoro to mój warsztat pozostawia wiele do życzenia, a nie historia sama w sobie). 

Mrok lubię, do mroku wrócę. Ale wszystko w swoim czasie :D 

Bardzo ładny baśniowy klimat. Przeczytałem z przyjemnością, tym bardziej, że rzadko widuję teraz takie opowiadania. Mnie błędy, o których ktoś wyżej wspominał, nie przeszkadzały. W zasadzie nie zauważyłem ich. To pewnie zasługa ciekawej opowieści, jednak ta ciekawość zamyka się w sferze klimatu. Fabularnie już tak mi się nie podobało. Pewnie dlatego, że większość baśni ma jasny wątek przyczynowo skutkowy. Najczęściej jest on prosty, zawarty w obszarze blisko powiązanych ze sobą osób, czy to rodzinnie, czy emocjonalnie. U Ciebie nie widzę logicznego powiązania bohaterów. Na początku pojawia się wilk i łowczyni, którzy wyglądają na głównych bohaterów, a których po chwili uśmiercasz. Zaś słowa małego księcia:

– Oboje na to zasłużyli

Nie mają w zasadzie żadnego uzasadnienia. Nie wiadomo dlaczego jest taki mądry i spostrzegawczy, jak na swój wiek. Skąd w nim taka rezolutność, większa niż u dorosłych.

Późniejsze pojawienie się Henry’ego i Reginy jest jak przysłowiowe wyciągnięcie królika ( w tym przypadku dwóch) z kapelusza. Bo dlaczego oni, a nie ktoś inny? Kolejny brak powiązania ich z osobą króla.

Baśń powinna być jak sznurek indiańskich koralików, albo katolicki różaniec. Wszystko składa się po kolei, koralik po koraliku, w pełną, powiązaną na każdym kolejnym kroku – opowieść. Tego mi tutaj zabrakło. Niewątpliwe jednak masz rękę do snucia opowieści, więc optymistycznie patrzę w przyszłość jeśli chodzi o Twoje pisanie. :)

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki za komentarz, Darcon! Jeśli pozwolisz, chciałabym tutaj trochę się obronić (a przynajmniej spróbować) i ewentualnie wejść w małą dyskusję. Zwłaszcza, że jako pierwsza osoba zwracasz mi uwagę na kwestię braku powiązania między koralikami. Jestem ciekawa tej kwestii. Nie zamierzam się kłócić, bo dostrzegam, co mi pokazujesz. Chciałam jednak dopytać, czy elementy, które według mnie się łączyły, nie są dostatecznie widoczne? A może po prostu nie do końca o takie powiązania chodzi w Twoim komentarzu. Dlatego parę słów ode mnie :)

Tak, na początku pojawiają się wilk i łowczyni, których uśmiercam. Byli mi potrzebni do wprowadzenia granicy między królestwami, a także do zobrazowania wrogości na linii ludzie-mieszkańcy lasu. Oraz do przedstawienia głównego bohatera, który skleja mi opowieść w całość – króla. Myślałam też, prawdopodobnie niesłusznie, że późniejsza opowieść o matce króla, nieco usprawiedliwia jego lotność w pojmowaniu zaistniałej sytuacji. Chyba, że chodzi o samą przewinę obu stron? Czyżby to ona była niejasna?

Okej. Regina i Henry są wprowadzeni znienacka. Tu zupełnie się zgodzę. Jednak trochę się teraz uprę, że jednak z królem mają powiązania i to konkretne. Bezdzietny władca niejako ich zaadoptował, więc to ta dwójka staje się tutaj moją baśniową rodziną. Ich wybranie jest uzasadnione jedynie emocjami, to fakt. Ale czy nie tak działają ludzie podczas oceniania innych i tworzenia swojego najbliższego środowiska?

Poza tym pod koniec opowieści powracam do wątku wilka i łowczyni. Zamykam koło, zarzucam Reginie ciężar historii na barki pod postacią ciepłego okrycia, które kiedyś żyło. Bo to na tym kole i zwróceniu uwagi na pewną powtarzalność też mi zależało. Dodam przy okazji, że baśniowy klimat był tym, w co mierzyłam. Jednak formą i samym snuciem tej baśni chciałam się trochę pobawić. Rozumiem, że Tobie brakowało konkretniejszego i ciaśniej powiązanego ciągu przyczynowo-skutkowego. Notuję to sobie na boku i przy kolejnym mierzeniu się z baśniami (i nie tylko), na pewno zwrócę na ten element większą uwagę. 

Tak, na początku pojawiają się wilk i łowczyni, których uśmiercam. Byli mi potrzebni do wprowadzenia granicy między królestwami, a także do zobrazowania wrogości na linii ludzie-mieszkańcy lasu.

Ok, ale na ogół spotykam się z rozwiązaniami w postaci narracji, a nie wprowadzania tak charakterystycznych bohaterów.

późniejsza opowieść o matce króla

Ta informacja pojawia się praktycznie na samym końcu, więc przyjmuję ją tylko do wiadomości, nie dałaś mi szansy na zastanawianie się nad powiązaniami, gdyby pojawiła się wcześniej, snucia domysłów itd.

Bezdzietny władca niejako ich zaadoptował

Właśnie, niejako. I to pojawia się w dalszej części tekstu, ale też bez większych konkretów, bo nie wyjaśniasz, dlaczego oni, a nie ktoś inny. A mało to sierot na świecie? Dlaczego akurat te dwie? Piszesz o emocjach, ale najpierw w jakiś sposób musieli pojawić się bohaterowie, żeby te emocje powstały. Na teraz, mam tylko Twoje słowa, że z jakiś powodów były emocje, a chciałbym się o tym przekonać sam.

Więc paciorki nadal mi się nie układają, ale to nie jest aż tak istotne.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Okej, rozumiem o co chodzi :) I nie zaprzeczam, bo wcale nie starałam się tych paciorków układać na modłę prawdziwych baśni. Na pewno zostanie mi to w głowie i jeszcze kiedyś zmierzę się z tematem paciorkowatości szytej na miarę tego rodzaju tekstów. 

 

Także pozdrawiam i wielkie dzięki za ciekawe spostrzeżenie. 

Cześć Zuzajs14!

Przeczytałem twoją baśń i całkiem mi się spodobała. Fabuła prosta, łatwa w odbiorze a jednocześnie ciekawa i zwieńczona sensownym morałem. Bardzo wyraziste, choć również dosyć jednowątkowe postacie (bardzo mądry król, który nie przekracza granic i szanuje innych, śmiały błazen, zakochana dwórka). Ale dzięki temu tekst trafia do szerszego grona czytelników (dzieciom tez można to przeczytać czy opowiedzieć i mogą coś z tego wynieść). Jest momentami trochę strasznie i okrutnie, ale jest to w granicach baśniowego klimatu. Nie ma niepotrzebnych przekleństw i kwiecistych opisów rozerwanej okrężnicy itp.

Jeżeli do czegoś miałbym się przyczepić to do postaci kobiecej. Ta dwórka jest jakaś taka paprotkowata trochę jak dla mnie. Strasznie romantyczna z niej postać. Z jednej strony piękna, wykształcona, bystra. A z drugiej bezkrytycznie podąża za ukochanym (który chyba nie wie, że jest ukochanym, bo nikt mu tego nie powiedział), nie próbując nawet odwieźć go od powziętego zamiaru. Chce jedynie iść z nim, zostawiając mu jednocześnie pełna swobodę wyboru co do tego, gdzie i po co pójdą. Jak dla mnie ta jej postawa bardzo kontrastuje z reszta tej postaci. Ale może po prostu za stary jestem ;-)

PS Wg mnie dzieci jednak słuchają morałów i nauk, tylko trzeb im je sensownie przekazać. Na tym generalnie polega mądrość: wiedzieć, które błędy warto popełnić samemu, a których lepiej nie popełniać. Pokazujesz to w zachowaniu króla, który (wychodzi na to) będąc dzieckiem jednak słuchał morałów.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Nie będę poprawiał stylu, nie znam się na tym. Aż kusi pojechać troche Fraudem, ale on nie był zbyt przenikliwy. Zaproponuje troche więcej mroku w interpretacji, oby nie za dużo.

Henryk to archetyp fauna, błazna, dzikiego człowieka z lasu, Silvanusa, Pana, Dionizosa, trickstera i diabła. To on wabi Regine (imię pochodzi o królewny) do lasu swoja poezja, śpiewem natury, piękna gra na flecie. Gdy ona oddaje mu swoja miłość, Henryk przemienia się w smoka – w swoje negatywne alter ego. Mityczny smok to nic innego niż skrzydlaty wilk. Gwałci Regine (krew, krew) a z tego związku rodzi się biała Pani może … królowa śniegu. Tragiczny opis ścieżki przemiany młodej kobiety.

Doskonałym archetypem Henryka jest oczywiście Henryk VIII, sławny rudzielec, który zgładził niemal wszystkie swoje żony, a taki był wrażliwy i pięknoduch.  

Ciekawa historia, a jak wiadomo, gdy wymyślamy fantastykę, to opisujemy co “piszczy” w nas samych.

Hej krar85!

Dziękuję za wszystkie miłe słowa, wiele dla mnie znaczą. Zaś co się tyczy dwórki, to taki był zamiar, by wypadła nader romantycznie. Takiej jej potrzebowałam. Lubuję się w wyrazistszych kobiecych postaciach, z raczej większą dozą charakteru, ale to przy okazji innych historii. W tejże baśni chciałam dziewczęcia, co to jest wierne i czułe. Lecz przy okazji też zbyt nieśmiałe by swoje uczucia wyrazić wprost lub by odwieść ukochanego od jego zamiarów. Dlatego wcale nie zaprzeczam, nie kłócę się z jak najbardziej trafnym spostrzeżeniem. Stwierdzam jedynie, że akurat po to sięgnęłam. 

Wszystko się zgadza. Dzieci potrafią słuchać morałów, ale potrafią się też buntować przeciw nim. To dosadne stwierdzenie na koniec zgodne jest jednak z rozumowaniem mojego drogiego króla, któremu nie udało się w efektywny sposób podzielić mądrością ze swoimi dziećmi ;)

Bardzo mnie też zaintrygowałeś stwierdzeniem, że moją baśń można by i dzieciom czytać! I jest to nie lada komplement, bo byłam przekonana, że moja pisanina nijak się dla dzieci nie nadaje. Nie ze względu na mrok, czy same historie (choć niektóre z nich zdecydowanie się dla milusińskich nie nadają), ale przez mój sposób snucia opowieści… Nawet nie do końca umiem wyjaśnić czemu. W każdym razie miłą niespodzianką jest opinia, jakoby jednak coś spod mojego pióra można było i dzieciakom przeczytać :D 

 

I hej też Tobie, aker! 

Aż ciężko mi konkretnie odnieść się do komentarza, który wszak sprawił mi nie lada przyjemność! Dzięki wielkie za tych parę słów. Buźka nadal mi się cieszy. Co się zaś tyczy imienia Regina, to ba, że królewnowate! Nawet była taka śliczna i potężna Zła Królowa tym imieniem ;) 

I zapewne elementy wyciągnięte z otchłani własnej duszy gdzieś tam w mojej baśni upchnęłam. Jednak tak głęboko, że aż sama nie jestem pewna, w których miejscach… To ci zagwozdka na wieczór. 

 

Raz jeszcze dzięki i pozdrawiam cieplutko wszystkich komentujących.

No cóż, przeczytałam bez przykrości, ale nie mogę, niestety, dołączyć do czytelników usatysfakcjonowanych lekturą. Mnie opowiadanie wydało się trochę przydługie i nieco przegadane, przez co niektóre opisy zdały się mało zajmujące. A obok tego mamy wątki niejako niedokończone, jakby brakło pomysłu, co z nimi zrobić, choć, moim zdaniem, kontynuowanie ich mogłoby być ciekawe – mam tu na myśli pierwszą scenę opowiadania. Ciekawi mnie też, w jaki sposób Regina i Henry trafili pod opiekę króla.

Czy Regina na pewno była damą dworu? Z tego co wiem, damy dworu/ dwórki były towarzystwem żony/ córki władcy i należały do świty królowej/ królewny. A przecież Twój król nie był żonaty i nie miał dzieci.

Miłość Reginy do Henry’ego też wydaje mi się szalenie niedojrzała, wręcz infantylna, ale może w dawnych czasach tak to wyglądało.

Zastanawiam się też, czy młodziutki Henry sprawdzał się jako błazen – wszak by bezkarnie dworować sobie z króla i otoczenia, trzeba nie lada umiejętności i doświadczenia, a tego młodzieńcowi brakuje. Czy nie lepiej, gdyby Henry był nadwornym bardem, a nie trefnisiem?

W dodatku zupełnie nie rozumem, co skłoniło Henry’ego do wyruszenia na nocne łowy.

Wykonanie, co stwierdzam z ogromną przykrością, pozostawia wiele do życzenia.  

 

Za bar­dzo ha­ła­so­wa­li tym szczę­kiem me­ta­lu, tymi swo­imi cięż­ki­mi od­de­cha­mi, za bar­dzo ha­ła­so­wa­ły ich zmę­czo­ne ru­ma­ki. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Tym­cza­sem do dru­ży­ny łow­czych do­je­cha­ła grup­ka in­nych jeźdź­ców… –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Tym­cza­sem do dru­ży­ny łow­czych dołączyła grup­ka in­nych jeźdź­ców

 

Ubra­na była suk­nię z dro­gie­go… –> Chyba miało być: Ubra­na była w suk­nię z dro­gie­go

 

Uśmiech­nął się i ski­nął głową na okno przy wtó­rze dzwo­necz­ków. –> Można skinąć na kogoś, ale chyba nie na okno.

Proponuję: Uśmiech­nął się i przy wtórze dzwoneczków ski­nął głową ku oknu.

 

– Może wi­dzisz, ale nic z tym nie ro­bisz. Chodź – wy­cią­gnę­ła rącz­kę w rę­ka­wicz­ce, a on ujął ją de­li­kat­nie. –> Nie brzmi to najlepiej.

– Może wi­dzisz, ale nic z tym nie ro­bisz. Chodź.Wy­cią­gnę­ła dłoń w rę­ka­wicz­ce, a on ujął ją de­li­kat­nie.

Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

Dziew­czy­na po­pro­wa­dzi­ła go za sobą w dół po scho­dach i wpro­wa­dzi­ła do cie­płej kuch­ni. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Dziew­czy­na pociągnęła go za sobą w dół po scho­dach i wpro­wa­dzi­ła do cie­płej kuch­ni.

 

na sza­ro-bu­ry płaszcz wy­koń­czo­ny fu­trem. –> …na sza­robu­ry płaszcz wy­koń­czo­ny fu­trem.

 

któ­rzy nie raz ubili mi­tycz­ne stwo­rze­nia… –> …któ­rzy nieraz ubili mi­tycz­ne stwo­rze­nia

 

Wszyst­kie za­ba­wy i śmie­chy na­tych­miast umil­kły, a wszyst­kie ko­la­na… –> Czy dobrze rozumiem, że zabawy też umilkły? Powtórzenie.

Proponuję: Zabawy ustały, śmiechy umilkły, a kolana wszystkich

 

Ubra­ny był w wiele gru­bych warstw. –> Rozumiem, co chciałaś powiedzieć, ale nie wydaje mi się, aby można ubrać się w warstwy.

Proponuję: Ubra­ny był w wiele warstw grubej odzieży/ grubych szat.

 

Po jego stro­ju znać było kró­lew­ski ma­je­stat. Sta­ran­nie wy­szy­wa­ne or­na­men­ty, prze­pięk­ne pasy… –> Czy dobrze rozumiem, że królewski strój wyszywany w ornamenty i pasy stanowił o majestacie władcy?

 

W pro­mie­niach słoń­ca, zza go­łych, sza­rych ga­łę­zi… –> Raczej: W pro­mie­niach słoń­ca, przez gołe, szare gałęzie

 

Stał dumny i wy­cią­gał swoją zgrab­ną szyję… –> Zbędny zaimek – czy wyciągałby cudza szyję?

 

by śli­zga­ło się z gra­cją po jego ro­gach. –> …by śli­zga­ło się z gra­cją po jego porożu.

 

Za­du­mał się nad swym pięk­nem i ota­cza­ją­cą go na­tu­rą… –> Czy jeleń na pewno kontemplował własną urodę i otaczający go las?

 

usko­czył w bok i w ma­je­sta­tycz­nym biegu umknął mię­dzy drze­wa. –> Biecmknąć to synonimy.

Proponuję: …usko­czył w bok i w ma­je­sta­tycz­nie pomknął mię­dzy drze­wa.

 

pro­mie­niał wręcz boską mocą. Jego upo­lo­wa­nie miało wszak po­twier­dzić boską mą­drość króla… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

a potem oboje ru­szy­li w różne stro­ny. –> Piszesz o mężczyźnie i jeleniu, więc: …a potem obaj ru­szy­li w różne stro­ny.

Oboje, gdybyś pisała o mężczyźnie i łani.

 

Na ko­la­cję po­da­no świe­żo upo­lo­wa­ną zwie­rzy­nę… –> Czy aby na pewno? O ile mi wiadomo, dziczyzna, nim zostanie upieczona czy ugotowana, powinna zostać poddana dość długiemu procesowi dojrzewania, aby należycie skruszała. Nie praktykuje się podawania dopiero co upolowanej dziczyzny.

 

i nawet bła­zeń­ska czap­ka z dzwo­necz­ka­mi nie po­tra­fi­ła dodać mu ra­do­snej po­włocz­ki. –> Powłoczka/ poszewka to powleczenie poduszki.

Proponuję: …nie po­tra­fi­ła dodać ra­do­ści jego postaci.

 

na jej czole wid­nia­ło blado czer­wo­ne zna­mię… –> …na jej czole wid­nia­ło bladoczer­wo­ne zna­mię

 

Ubierz na sie­bie choć coś z tego, co trzy­ma­ją tu sta­jen­ni… –> Włóż na sie­bie choć coś z tego, co trzy­ma­ją tu sta­jen­ni… Lub: Ubierz się choć w coś z tego, co trzy­ma­ją tu sta­jen­ni

 

Gdzie zmie­rza­my? – spy­ta­ła szep­tem. –> Raczej: Dokąd zmie­rza­my? – spy­ta­ła szep­tem.

 

krzyk­nę­ła nagle dwór­ka i ścią­gnę­ła koń­skie wodze… –> Zbędne dopowiedzenie – czy mogła ściągnąć inne wodze?

 

jak z opo­wie­ści, którą opo­wia­da­ła babka. Z opo­wie­ści o Bia­łej Kró­lo­wej Matce. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

bo nagle jeleń ob­rósł białe łuski… –> …bo nagle jeleń pokrył się białymi łuskami

 

Tak o to w miej­scu je­le­nia sta­nął smok. –> Tak oto w miej­scu je­le­nia sta­nął smok.

 

coś zmu­si­ło go do za­trzy­ma­nia, z jego gar­dła do­biegł… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Dwóch ich było. Chło­pak i jeleń. I tak dwoje po­le­gli. –> I tak obaj po­le­gli.

 

współ­gra­ła ze sło­ny­mi łzami dziew­czyn. –> Zbędne dopowiedzenie – wszyscy znają smak łez. Tam jest jedna dziewczyna.

Proponuję: …współ­gra­ła ze łzami dziew­czyny.

 

Mądry mo­nar­cha sie­dział nad starą księ­gą, wer­tu­jąc stro­ny i upi­ja­jąc się jej za­pa­chem. –> Czy tu aby nie miało być: …upaja­jąc się jej za­pa­chem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za komentarz, regulatorzy. Zaraz też biorę się za poprawę wszystkich wytkniętych błędów. 

Przykro mi, że opowiadanie do Ciebie nie trafiło, ale rozumiem. Jestem świadoma, że może się trochę dłużyć i wstawiając je na forum, tego najbardziej się obawiałam. Widzę też, że niejasno przedstawiłam motywację Henrego, czy pozycje/rolę jego i Reginy na dworze. A może nie tyle niejasno, co nieodpowiednio. Na pewno nad tymi zagadnieniami przysiądę.

W każdym razie biorę sobie do serca wszystkie rady i spostrzeżenia. Mogę mieć tylko nadzieję, że następnym razem spiszę się lepiej. 

Bardzo proszę, Zuzajs, i miło mi, że uznałaś uwagi za przydatne.

Jestem przekonana, że nadzieja Cię nie zawiedzie i będziesz pisać coraz lepsze opowiadania. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć!

Zbierałem się do przeczytania tego opka, zbierałem… no i w końcu się zebrałem :)

 

To była walka między kobietą, a dzikim zwierzem.

oraz

Wszyscy krzątali się w pośpiechu, brodząc w śniegu między dziedzińcem, a stajniami.

 

Przecinek przed „a” jest w tych przypadkach zbędny. Pomyśl o frazie „między młotem a kowadłem”, czy postawiłabyś tam przecinek?

 

Dlatego zabierano go nawet na polowania, na co zwykle nie pozwalano błaznom. – można by to jakoś przerobić, żeby uniknąć dwukrotnego „na”, np.

Dlatego zabierano go nawet na polowania, do których zwykle nie dopuszczano błaznów.

 

Była ulubienicą króla. Tak samo jak Henry. – nie wiem, czy to aby na pewno błąd… ale wychodzi na to, że Henry był ulubienicą króla XD

 

którzy nieraz ubili mityczne stworzenia ­– coś nie bardzo. Jeśli nieraz, to ubijali. Jeśli ubili, to niejedno mityczne stworzenie.

 

zamiast niej w potężnych skrzydłach gada, który zionął ogniem w niebo, kryła się zlękniona niewiasta. – w jaki sposób można „kryć się w skrzydłach”? Pod skrzydłami, to bym rozumiał.

 

Teraz coś o całości.

Opowiadanie jest napisane generalnie poprawnie, ale niewiele ponadto. Zaciekawiłaś mnie wstępem, ale potem historia bardzo się dłuży, i jedynym godnym uwagi fragmentem jest akcja na polanie. Tekst jest też śmiertelnie poważny, a ja takich nie lubię… chociaż to oczywiście kwestia gustu.

 

Zgłosiłbym do biblio, gdyby już w niej nie było, i jeśli to twój pierwszy tekst, to uważam, że jest nieźle. Ale na przyszłość liczę na coś ciekawszego :)

 

Pozdrawiam!

Precz z sygnaturkami.

Cześć, Niebieski_kosmito!

Cieszę się bardzo, że zebrałeś się do przeczytania mojego tekstu :D I że zostawiłeś komentarz. Błędy jak najbardziej poprawię, a za ich wytknięcie serdecznie dziękuję. 

 

Przyznam szczerze, że tego się obawiałam. Przydługości i przynudności. Byłam świadoma zagrożenia, wstawiając tutaj tekst. Jak widać słusznie. Następnym razem zamiast ryzykować, wysłucham swojego przeczucia. 

Co się zaś tyczy poważnego tonu, to akurat taki lubię. Wydaje mi się, że nie jestem zbyt zabawna, a udawanie w tekście mogłoby wyjść tylko na gorsze. Choć może kiedyś spróbuję się zmierzyć z lżejszą formą. Nawet jeśli tylko z ciekawości :) 

 

Raz jeszcze dziękuje za miłe słowa i mam nadzieję, że kolejne moje teksty będą lepsze. 

 

Pozdrawiam!

Przyjemny tekst. Podobał mi się baśniowy klimat, dużą robotę robiły tu niezłe opisy. Sama historia również ciekawa.

Bardzo miło mi to słyszeć, zygfryd89! Ogromne dzięki za podnoszące na duchu słowa. 

Całkiem niezły tekst. Taki fajny fundament do tego, żeby w przyszłości tworzyć opowiadania dobre. Jak na pierwsze publikowane opowiadanie naprawdę można być zadowolonym.

Na pewno mocną stroną jej baśniowy klimat tekstu. On w pewien sposób trzyma czytelnika przy lekturze. Podobnie jak pewna tajemnica lasu. Ta tajemnica jest niestety słabo wyeksponowana. Większość opowiadania dzieje się jednak poza lasem, a szkoda, bo to jeden z najbardziej interesujących elementów historii. To nawet nie czep, raczej pewien materiał poglądowy pod kątem przyszłych tekstów. Sugestia, co może być interesujące dla czytelnika, czym najłatwiej go przy tekście utrzymać i czemu poświęcać więcej miejsca.

Opisy całkiem ładne, jak pisałem, budują pewien klimat, choć ciut ich za dużo. Są pewne zdania, które spokojnie można zostawić w domyśle, co pozytywnie wpłynie na tempo historii.

Jednak był na to za mądry. Zagłuszył swoją żądzę i trwał w miejscu. Atak w tamtym momencie równałby się ze śmiercią. Cierpliwe oczekiwanie mogło przynieść większy pożytek. Toteż ograniczył się do patrzenia. Miał bystre oczy i wiele wiedział.

Na przykład tutaj. Pogrubionego zdania można się spokojnie domyślić w oparciu o poprzednie.

Bialutkiego jak śnieg, jak włosy królowej matki, która zmarła tak niedawno. Jak całun, którym ją okryto w grobie. Białego, bialusieńkiego. Najpiękniejszego.

Tutaj też spokojnie można było ciut uciąć. Rozumiem zamysł takiego zapisu, ale bez choćby jednego z tych zdań wydźwięk całości byłby bardzo podobny.

Generalnie, jak pisałem, tekst pokazuje, że są fundamenty, na których można w przyszłości tworzyć coraz lepsze teksty. Styl z czasem się wyrobi (jest trochę niezręczności w budowie niektórych zdań, dość dużo rzeczy próbujesz dokładnie dopowiadać oraz obszernie opisywać, a czasem i mocno podkreślać – jak ten drugi przytoczony przeze mnie fragment), jak na ten moment nie jest źle.

Jak widzisz, trochę marudzę, ale to nie dlatego, żeby się poznęcać. Zwyczajnie chodzi o to, by pokazać Ci niejako dalszą drogę, bo skoro jest ten wspomniany fundament (albo lepiej napisać: pewien potencjał), to dlaczego nie? Poza tym, po to tu niejako jesteśmy.

Słowem, całkiem przyjemny tekst. Powodzenia w dalszej pracy. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzięki, CM! Nie marudzisz wcale tak bardzo. Doceniam wskazanie lepszych i gorszych stron tekstu. Po to go wstawiłam, by dzięki szczerej opinii odbiorców móc w przyszłości pisać lepiej. Wydaje mi się, że już dużo wyniosłam z udzielonych mi rad i mogę mieć tylko nadzieję, że z każdym kolejnym tekstem będzie ciekawiej i zręczniej.

Sama doskonale wiem, że z opisami jeszcze sobie nie radzę. Odkąd pamiętam upominano mnie, że za mało pokazuje, że musze więcej opisywać. Widać z jednej skrajności przeskoczyłam w drugą. Może dzięki temu z czasem uda mi się wyczuwać jaka jest odpowiednia dawka ;) 

Raz jeszcze dzięki za dobre słowo i przydatną radę. Czuję się podbudowana i gotowa do dalszej pracy :D 

Nowa Fantastyka