- Opowiadanie: CM - Las Mberata

Las Mberata

Podziękował MaSkrolowi za wysłanie mnie na wojnę z własnym tekstem. Zemszczę się przy najbliższej okazji. ;-)

A pisząc już poważniej: kłaniam się nisko za poświęcony czas i nieocenioną pomoc.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Las Mberata

I

 

– Szaman! Szaman nie żyje!

Ochrypły, obłąkańczy głos wdarł się do wnętrza chaty. Assa wybiegł na zewnątrz, widząc, jak pogrążony w chaosie tłum zmierza w kierunku lasu. Spomiędzy ludzi wypadł Colonga. Zdyszany, gapił się na Assę szeroko otwartymi oczami, tak pełnymi obłędu, jakby wyrwał się właśnie z samych otchłani piekieł.

– Co się stało?! – krzyknął Assa, potrząsając ramionami tamtego.

– Szaman nie żyje!… Wisi! Mówią… Mówią, że zabił go jeden z uleczonych. Co teraz będzie?!

– Spokojnie…! – zaczął Assa, lecz Colonga zerwał się do biegu i ruszył w głąb wioski, powtarzając wieść o śmierci Mberata.

Assa wmieszał się w marsz. Szli w panicznym kondukcie, słuchając najczarniejszych wieszczeń, aż wreszcie dołączyli do stojącej przed lasem zbieraniny. Cuchnęło w niej potem. Ludzie gapili się na trupa, mamrocząc ochronne zaklęcia. Mimo wczesnej pory żar lał się z nieba, jak gdyby zapowiadał nadejście złych duchów.

Assa przeciskał się do przodu. W końcu był już na tyle blisko, by dostrzec wiszące nieruchomo ciało starego upiora. Zmarszczki na jego gębie krzyżowały się z bliznami, usta zastygły w grymasie cierpienia. Więc naprawdę zginął…

Ludzie nazywali go szamanem, choć w rzeczywistości był raczej połączeniem czarownika, kapłana i lekarza. W wiosce opiekował się duszami, co dawało mu cichą władzę nad miejscową ludnością. Mberat ostatniego szaleńca potrafił przywołać do porządku. Zresztą, i „normalnych” zmieniał nieraz w szaleńców, jeśli mu czymś szczególnie podpadli. Assa pamiętał te porażające sceny, gdy ludzie o chorych duszach, niczym w transie, zmierzali za szamanem do lasu, by tam poddać się jego czarom. Jeden diabeł wie, co Mberat mógł z nimi wyczyniać. Leczeni, z wizyty w lesie, nie pamiętali nic.

Ktoś zemdlał. Inni zerwali się, by mu pomóc. Assa zrobił krok do przodu, otarł czoło i odwrócił się w stronę zebranych, przemykając wzrokiem po ich twarzach. Trzeba go pochować – zamierzał powiedzieć, lecz słowa uwięzły mu w gardle. Gapił się więc tylko na pobladłe oblicza, największy strach dostrzegając u „uleczonych”: wdów, które szaman pozbawił smutku, pieniaczy karnie leczonych z agresji. Pochować Mberata znaczyło dla nich tyle, co pogrzebać w ziemi samego diabła. Odważyli się dopiero, gdy ciało zaczęło gnić.

 

II

 

Coś wypchnęło go ze snu. Assa otworzył oczy i, gapiąc się w mrok, usiłował złapać w pamięci resztki uciekającego snu. Mnóstwo drzew. Ich korony, ogarnięte dziwaczną furią, miotają gałęziami na wszystkie strony. Coś jeszcze? Niewyraźna postać, błądząca od drzewa do drzewa, jakby nasłuchiwała źródła czyjegoś głosu.

Kofi!

Assa zerwał się na nogi. Mberat zginął przed rokiem i od tej pory ludzie zaczęli znikać. Las wzywał i nie wypuszczał – nie było od tej reguły żadnych wyjątków. Kofi wyszedł zeszłego poranka. Assa nieraz zarzekał się, że jego noga nigdy nie postanie w przeklętym lesie. Teraz jednak było już niemal pewne, że właśnie tam powinien szukać syna. Nie wierzył snom. Wierzył Mberatowi. Stary diabeł wyraźnie wzywał i Assa nie zamierzał mu się sprzeciwiać. Zresztą, podobnie musieli myśleć i inni. Ludzie bali się szamana i jego śmierć niczego w tej kwestii nie zmieniła. O świcie Assa był gotowy do drogi.

 

III

 

Nieopodal lasu stała samotna chałupa. Spomiędzy bali wyzierały głębokie szczeliny, dach jakby tylko czekał, by rozpaść się od pierwszej lepszej wichury. Assa spróbował podejść bliżej, lecz zawrócił zaraz, odrzucony odorem zgnilizny. Ciekawe, że do tej pory nikt nie odważył się tknąć chaty starego diabła.

Zostawiwszy chałupę za sobą, Assa wszedł między drzewa, omijając z daleka niewielki kopiec kamieni – miejsce pochówku Mberata.

– Nie ma odwrotu – szepnął do siebie, czując, jak ciarki przechodzą mu po plecach.

Szło się paskudnie. Stopy zatapiały się w grząskiej nawierzchni, gałęzie raz po raz wyskakiwały przed twarzą. Paproci po pas, pajęczyn cała mnogość. Assa drobił kroki w za dużych kaloszach, torując sobie drogę starą maczetą. W końcu, natrafiwszy na przewalony konar, przystanął na moment, by zaczerpnąć tchu. Panował teraz taki spokój, że doskonale słyszał każdy swój oddech.

– Jak na cmentarzu – mruknął, byle tylko przełamać ciszę i aż go od tej myśli zmroziło.

Mberat nie czekał na śmierć. Kiedy uznał, że ktoś jest gotowy do drogi, zabierał nieszczęśnika do lasu, by tam przeprowadzić jego duszę na drugą stronę. Assa pomyślał, że to samo mogło spotkać zaginionych. Szaman wzywał, żeby zabrać ich dusze… Gdzie? Wiedział jedynie stary diabeł.

Assa pokręcił głową, jakby chciał skarcić niesforne myśli i, przelazłszy przez konar, ruszył w dalszą drogę. Niektóre drzewa w tym miejscu wyglądały na dziwnie łyse. Ich gałęzie, nienaturalnie giętkie, były niemal pozbawione liści, których sterty walały się na ziemi, jakby za wszelką cenę próbowały coś zakryć. Assa obejrzał się za siebie. Wioski z tego miejsca prawie nie było już widać. Zaklął pod nosem, mając nadzieję, że znajdzie drogę powrotną.

Usiłował myśleć o Kofim. O wszystkich, którzy przepadli w parszywym lesie. Wiedział, że nic więcej nie ustali, lecz mimo woli – trochę dla zajęcia głowy – szukał coraz bardziej szalonych teorii.

Kofi…

Ledwo słyszalny głos wyrwał go z rozważań. Głos? W rzeczywistości brzmiało to raczej jak podmuch wiatru wymieszany z dalekim echem. A może tylko mu się zdawało? Przystanął, rozglądając się na wszystkie strony. E, nic.

Zza pleców dobiegł go delikatny szmer. Owady? Po chwili łyse drzewa – wyłącznie łyse – zaczęły intensywnie miotać gałęziami. Wyglądało to zupełnie tak, jakby jakaś niewidzialna siła potrząsała ich koronami, usiłując intonować muzykę. Assa patrzył na te ruchy i z każdą chwilą dziwił się coraz bardziej. Grające, roztańczone drzewa.

Naraz znikł gdzieś cały strach, muzyka drzew zaczynała nawet go bawić. Zwolniwszy kroku, obserwował szeleszczące korony, których miarowe podrygi przywodziły na myśl grę na marakasach. Do koncertu przyłączały się kolejne drzewa. Jednym tylko miejscami brakowało liści, inne targały nagimi gałęziami. Ich gra wydawała się być nierówna, jakby każde miało własny rytm i melodię. Assa, nie spuszczając z nich wzroku, uśmiechał się coraz szerzej.

W pewnym momencie zahaczył o coś i wyłożył się jak długi, ale nawet to nie zdołało zepsuć mu humoru. Przyklęknął, wyszukał dłonią przyczynę upadku – gruby korzeń – i utkwił spojrzenie w najbliższym drzewie. Trzęsło się wyraźnie, niczym rozbawione do rozpuku.

Assa wziął głęboki wdech, próbując doprowadzić się do porządku. Nie potrafił. Mimowolnie tupał nogą w rytm nadawany przez najbliższe drzewo. Słuchał szelestu koron, czując, jak z każdą sekundą jego ciało staje się coraz luźniejsze. W tej grze kryło się coś dziwnego, jakaś nieuchwytna dla oka frywolność. Assa pragnął jej doświadczać. Chciał tańczyć.

Kofi…

Rozległo się znajome wołanie. Assa nie był już teraz pewien, czy to poszept w jego głowie, czy może jednak powiew wiatru. Rozejrzał się jeszcze raz. Nic.

– Hahahahaha…

Zza pleców dobiegł go donośny śmiech. Assa obrócił się, wrzasnął i odskoczył jak poparzony. Ledwie kilka kroków od niego, na jednym z drzew…

Zobaczył siebie!

Nie był to trup ani duch. Jego klon dyndał na gałęzi, żywy, z pętlą ciasno zaciśniętą wokół szyi, zanosząc się paskudnym rechotem. Assa rzucił się do ucieczki. W las. Biegł na złamanie karku, teraz już na dobre ogarnięty strachem. Potykał się, dyszał. Obijał o drzewa, z najwyższym trudem utrzymując równowagę. Kalosze ciążyły mu teraz bardziej niż kiedykolwiek. Rechot gnał go coraz dalej i dalej. W końcu ucichł.

Assa biegł jeszcze jakiś czas, aż w końcu przystanął, rozglądając się na wszystkie strony. Za nim. Przed nim. Wszędzie spodziewał się… No właśnie. Czego? Furii drzew? Kolejnego wisielca?

Przykucnął. Rzędy drzew zlewały się w jedność, widziane zza lekkiej mgły. Krople potu zlewały mu twarz. Assa rozdziawił usta, łapiąc zachłannie głębokie hausty powietrza. Za nim!

Poderwał się, pewien, że coś próbuje go atakować. Wokół dostrzegł jednak jedynie gąszcz drzew, tak milczących i biernych, jakby dawały mu do zrozumienia, że jest zdany wyłącznie na siebie.

Oparł dłonie na kolanach, próbując wyrównać oddech. Czym jest wisielec? – pytał siebie w myślach. Przywidzeniem. Wyłącznie przywidzeniem. Powtórzył to kilkukrotnie, ale nie uspokoił się nawet na moment. Drętwiały mu ręce, szumiało w uszach. Niemal słyszał dudnienie serca.

Zaczął zawracać. Szedł szybkim krokiem, taranując krzaki i paprocie, byle tylko wyrwać się z parszywego lasu. Wcześniej sądził, że Mberat zabierze jego duszę do syna. Teraz nie pojmował już nic. Jak rozumieć żywego wisielca? Co oznaczały grające drzewa? Czy innych również nawiedzały te wizje? Należało przypuszczać, że tak. Zobaczyli coś, zaczęli uciekać, ale nikt nie zdołał opuścić lasu.

Myślał tak, przedzierając się przez zarośla, aż przyszedł kolejny cios. Dotarło do niego, że się zgubił.

Assa przetarł dłonią spoconą twarz, z najwyższym trudem powstrzymując łzy.

Kofi…

Senny głos wyrwał go z odrętwienia. Przyszedł w takim momencie, że trudno było ocenić, czy to sygnał z zewnątrz, czy może tylko złudzenie. Assa ruszył za wezwaniem, powtarzając znaną sekwencję ruchów. Za nim. Przed nim. Rozglądał się jak paranoik, z każdej strony oczekując zagrożenia. Próbował się uspokoić. Nie potrafił. Ściskał rękojeść maczety, jego oddech był płytki. Z oddali wyłaniały się już kolejne drzewa o nagich gałęziach.

Gdy mijał pierwsze z nich, usłyszał delikatny szum. Assa zbliżył się na miękkich nogach i, wysunąwszy drżącą dłoń, przyłożył ją do kory. Drzewo szarpnęło gałęziami jak wściekłe. Jak na znak, zbudziły się i inne, miotając koronami to w prawo, to w lewo, jak gdyby targała nimi potężna wichura. Ich ruchy wyglądały inaczej. Wyzierała z nich panika, zamęt.

Boją się – myślał Assa, walcząc przy tym ze strachem, który niczym zgęstniała, wrząca kipiel rozlewał się po ciele, pchając je do ucieczki. Wszystkie się boją. Zupełnie, jakby współodczuwały jego emocje. Wcześniej było przecież podobnie. Uśmiechał się, czując pogodne usposobienie drzew. Dlaczego?

Niewiele myśląc, doskoczył do jednego z nich i wtulił się w konar, licząc, że w ten sposób zdoła je uspokoić. Wewnątrz wyczuł nieznaczne drgania. Drzewo odpowiedziało atakiem furii, jak gdyby ciało Assy paliło żywym ogniem.

Nie wytrzymał. Pchany już nie strachem, lecz przerażeniem, ponownie rzucił się do ucieczki. Biegł bez wyraźnego kierunku, widząc, jak ostatnie liście zrywają się z rozszalałych koron. Brakowało mu tchu. Nogi zaczynały się plątać. Upadł.

Gdy próbował się podnieść, jego dłoń przemknęła po czymś gładkim. Czaszka. Drzewa nie ustawały w chaotycznych szarpnięciach, co przypominało nieudolną próbę obrony. Przed czym? Assa myślał najintensywniej jak potrafił. Drzewa czuły. Czuły i okazywały emocje. Być może na tym właśnie polegał rytuał przejścia. Ludzie egzystowali pod postacią drzew?

Nie. Na pewno nie. Żaden człowiek nie zachowuje się w ten sposób. Było w postawie drzew coś porażającego, jakby zostały opętane przez złe duchy.

Kofi…

Assa poderwał się i w jednym momencie spojrzał za siebie. Drugi wisielec.

Kolejny klon dyndał na drzewie, miotając się w ciężkim przestrachu. Assa czuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Nie mógł się ruszyć. Nie potrafił złapać oddechu. Przed oczami migotały mu czarne plamki, na moment zrobiło się zupełnie ciemno. Zaciskając pięść, odsuwał się po omacku, wciąż nasłuchując, czy wisielec nie rusza w jego kierunku.

Kofi?…

Kofi, Kofi…

Dość!

Potworny, furiacki wrzask eksplodował w jego wnętrzu. Z każdym oddechem coraz mocniej przepełniał go gniew, jak gdyby przekroczył gdzieś tę magiczną granicę strachu, za którą czuło się już jedynie frustrację. Wrócił wzrok. Na razie mętny. Assa podniósł się, przeszedł kilka kroków i obejrzał za siebie. Wisielec zniknął.

– Nigdy go nie było! – krzyczał Assa. – Pieprzone złudzenie!

Chwycił mocniej maczetę i, dając upust wściekłości, zaczął wycinać wszystko, co spotkał na swojej drodze. Niszczył paprocie i krzewy, „mordował” drzewa, wbijając ostrze tak, by sok, niczym strumień krwi, spływał powoli po konarze.

Kofi?…

Kofi, Kofi…

Hahahahaha…

Assa obejrzał się przez ramię. Nikogo. Oczywiście, że nikogo.

– Mberat, stary kretynie, pokaż się! Wyłaź!

Nikt nie odpowiadał. Assa ruszył przed siebie, trochę na wyczucie ustalając źródło głosu. Na moment zapomniał o zmęczeniu. Szedł zdecydowanym krokiem, w jednej chwili z ofiary zmieniając się w łowcę. Drzewa znów były spokojne. Assa próbował pojąć ich tajemnicę, lecz wszelkie wnioski rozbijały się w zderzeniu z ogarniającą go frustracją.

Kofi, Kofi…

– Mberat, Mberat! – wołał. – Idę po ciebie!

Krzyki te nie miały najmniejszego sensu, ale Assa ani myślał się tym przejmować.

Maszerując tak, zdał sobie sprawę, że zupełnie przestał szukać Kofiego. Czy w ogóle myślał jeszcze o tym, żeby go odnaleźć? Assa wbił wzrok z ziemię, przeczesując każdy cal grząskiego terenu. Między liśćmi i paprociami coraz częściej odnajdował ludzkie szkielety.

Uporawszy się ze stromym wzniesieniem, wpadł w kolejną grupę osobliwych drzew. Obok tradycyjnie nagich koron, u wielu z nich dostrzegł ułamane gałęzie. Assa miał to za zapowiedź kolejnej próby straszenia. Uśmiechnął się. Pragnął furii drzew, głosu, następnego wisielca. Jakby chciał sobie powiedzieć: jestem gotowy. Szedł, myśląc o szamanie, i wypełniał się wściekłością, która była mu teraz największą bronią.

Assa, Assa…

Gdzie Kofi?…

– Pokaż się, szczurze! Wyjdź!

Dobiegł go szelest liści. Gdzieś z oddali pobrzmiewał znajomy szmer. Nareszcie. Assa obrócił się, widząc, jak dwa miotające gałęziami drzewa usiłują okładać trzecie, które rosło między nimi.

– Bydlaki!

Ścisnął rękojeść maczety, podbiegł do jednego z drzew i odrąbał kawałek kory. Później ponowił atak, wbijając ostrze bezpośrednio w konar. Drzewo targnęło gałęziami, budząc do życia kolejne. Co dziwne, wszędzie odbywało się to w ten sam sposób. Dwa rozszalałe drzewa próbowały okładać trzecie.

Assa, Assa…

– Mberat, Mberat! – wołał Assa, zanosząc się wariackim śmiechem. – No chodź! Chodź!

Assa, Assa…

Buu!…

Hahahahaha…

Poczuł, jak coś muska go po karku. Odskoczył. Odwróciwszy się, ujrzał trzeciego wisielca. Był tuż przed nim.

Assa zrobił kilka kroków w tył i zatrzymał się nagle, zawstydzony swoim odwrotem. Teraz się z nim rozprawię – myślał, pobudzając się do działania.

Tamten wymachiwał rękami, jakby chciał się zerwać i ruszyć na Assę. Zaciskał pięści, wierzgał. Jego napiętą twarz przepełniała żądza mordu, wzrok zdawał się ciosać iskry. Assa z trudem wytrzymywał to spojrzenie. Powtarzał sobie, że już, zaraz, ruszy w kierunku upiora i udowodni, że to tylko złudzenie.

Myślał tak, ale nie zrobił nic. Cofnął się nawet, gdy wściekły wisielec zaczął wierzgać mocniej. Dotarło wtedy do Assy, że klon odtwarza jego reakcje. Zaraz też przypomniał sobie, że podobnie było z poprzednimi. Uśmiech, strach, złość – wszystko się zgadzało. Więc one też… Ale po co?

Po prostu idź i sprawdź! – wrzasnęło coś w nim. Urżnij mu ten parszywy łeb!

Assa ścisnął rękojeść maczety, wbił w tamtego piekielne spojrzenie, ale nie ruszył się nawet na krok. Nie miał odwagi.

W jednej chwili jakby wszystko w nim pękło. Uleciała gdzieś cała złość, zostawiając go sam na sam z wisielcem, słabego i bezradnego. Assa był już właściwie pewien, że wszystko zostało ułożone z góry. Że to szaman wzbudzał w nim określone emocje i gasił, wraz z pojawieniem wisielca.

On żyje…

Głos był jak zbawienie, do czego Assa przyznał się przed sobą ze wstydem. Można było podkulić ogon i uciec.

Ruszył za wezwaniem, raz po raz spoglądając za siebie. Ilekroć odwracał głowę, serce biło mu jak szalone. Gdyby wisielec się zerwał. Gdyby ruszył za nim…

Assa zatrząsł się na tę myśl. Spróbował przyspieszyć, lecz po kilku chwilach znów powłóczył nogami, które z każdym krokiem stawały się coraz cięższe. Spojrzał na drzewa. Ich liście byłe suche i pomarszczone, kora odchodziła całymi płatami. Gałęzie, dziwnie uwiędłe, zdawały się uginać pod niewidocznym ciężarem, zupełnie jak Assa, który człapał bezmyślnie przed siebie, ani wiedząc już, dokąd i po co.

On żyje…

Ty też będziesz…

Wisielec zdawał się dziwnie niewyraźny. Gdy Assa obejrzał się po raz kolejny, po klonie nie było już śladu. Po co to wszystko? – pytał Assa w myślach, licząc w jakiejś dziecięcej naiwności, że szaman podsunie mu odpowiedź. Szkieletów było coraz więcej. Nieopodal jednego z nich Assa wypatrzył znajomy nóż. Kofi…

Padł na kolana. Gdy jego uszu doszedł dobrze znany szelest, odwrócił się bez najmniejszej obawy. Czwarty wisielec. Assa nie potrafił się go przestraszyć. Nie miał już sił.

Klon był obrazem bezradności. Błędne spojrzenie, twarz pełna rozpaczy. Ciało, choć żywe, dyndało bezwiednie, odarte ze wszelkiej energii.

W pewnym momencie wisielec zaczął się zmieniać. Blakł. Tracił kontury, powoli rozpływając się w gęstą mgiełkę, by wreszcie wsiąknąć zupełnie w korę.

Assa gapił się na to misterium i nagle jakby mu się oczy otwarły. Ci wisielcy… Mberat kreował dusze drzew. To była ta druga strona. Na tym polegała tajemnica uleczonych. Szaman prowokował wybrane emocje i wycinał, fragment po fragmencie, kolejne cząstki psychiki, tworząc… No właśnie? Co? Żywy las? Nie. Las szaleńców. Grupy drzew-wariatów o ułomnych charakterach, wypełnione jakąś namiastką osobowości. Gromady jednowymiarowych odmieńców – śmieszków, tchórzy, frustratów – zmuszonych, by przeżywać wciąż jedno i to samo. I tak aż po dzień, gdy mistrz Mberat, niczym wiecznie nienasycony artysta, ściągnie w końcu tyle ofiar, by nadać drzewom pełne charaktery.

Kora zaczęła pękać. Liście marszczyły się. Gałęzie, coraz bardziej wyschnięte, w ospałych ruchach ciągnęły ku ziemi. I oto narodził się kolejny egzystencjalny kaleka, pogrążony w nieustającej depresji. Assa gapił się na to wszystko pewien właściwie, że postawy szamana nigdy nie zdoła zrozumieć. Że las wariatów pozostanie tajemnicą taką samą, jaką jest stary diabeł.

Ty też będziesz…

Pora umierać – uznał Assa. Myśl ta nie wzbudziła w nim żadnych emocji. Wewnątrz czuł się zupełnie pusty. Gdzieś tam jeszcze szukał w sobie ostatniego krzyku rozpaczy, który zmusiłby go do ucieczki. Nie znalazł nic.

Z oddali dobiegł go znajomy szmer. Assa, dziwnie otępiały, słyszał go jak przez ścianę. Po chwili spomiędzy paproci wychynęły setki czarnych jak noc, ogromnych owadów, które, utworzywszy coś na kształt chmury, zawisły nieruchomo nad głową Assy. Trzeba uciekać – powtarzał w myślach, próbując pobudzić się do strachu, lecz wszystko to zdało się na nic.

Jeden z owadów przemknął mu koło szyi i wgryzł się w bark, z którego natychmiast pociekły krople krwi. Po nim ruszyły kolejne. I następne. Czarna chmura oblegała odrętwiałe ciało, kąsając tors, język, powieki, Assa zaś, ogarnięty dziwnym stuporem, raz po raz wzywał się do ucieczki głuchym, wewnętrznym krzykiem. Nie mógł się ruszyć. Dziesiątki potwornych zębisk szarpały skórę, mięśnie, żyły. W końcu Assa runął w paprocie, wijąc się w męczarniach tak potwornych, jakie może czuć jedynie człowiek pożerany żywcem.

Koniec

Komentarze

Przyzwoite opowiadanie, choć nie zaszkodziłyby mu małe cięcia.

Miałem trochę wątpliwości co do tematyki konkursowej. Na pierwszy rzut oka brak tu typowo lovecraftowskich motywów. Jednak gdy przyjrzeć się bliżej, okazuje się, że umiejętnie przekułeś niektóre z klasycznych elementów w coś nieco innego. Zawód poczułem jedynie w końcówce – motywy szamana są tam wykładane zbyt łopatologicznie, zbyt wprost na mój gust. W wierdzie, szczególnie w wierdzie tego typu, wolałbym widzieć więcej niedomówień, więcej pola do interpretacji dla czytelnika. 

Pod względem fabularnym nie jest źle, choć trochę mi się to opko ciągnęło. Sama jego formuła zakłada pewną powtarzalność, która męczy tak bohatera, jak czytelnika. Nie zaszkodziłoby trochę skoncentrować ten tekst – scena z napadem śmiechu była naprawdę dobra, odpowiednio niepokojąca w odbiorze, kolejne wydawały mi się odtwórcze. Elementy grozy, niesamowitości obecne, choć czasami nieco nachalne. Rozczarowało mnie zakończenie – owady pojawiają się w zasadzie znikąd. Od początku wiadomo było, że bohater będzie musiał marnie skończyć, ale takie rozwiązanie nie przypadło mi do gustu, wolałbym coś utrzymanego w tonacji “rozbioru psychologicznego”.

Bohater mnie nie wzruszył, nie do końca udało ci się również wzbudzić w mnie empatię wobec jego ciężkiej sytuacji – ale jak się niedawno dowiedziałem, możliwe, że nie jestem zdolny do jej odczuwania. :P Niemniej wydaje się płaski. Poszukiwanie syna wybrane jako motywacja do zapuszczenia się w las jest zrozumiałe, ale to ewidentnie proteza, niemal nie odgrywa roli w tekście.

Językowo bez fajerwerków, przemknęło się też sporo baboli.

 

Ogólnie to nienajgorszy tekst, jednak biorąc pod uwagę powtarzalną fabułę, naprawdę nie zaszkodziła by mu bardziej wyrazisty bohater, który pociągnął by historię do przodu – albo poważne cięcia. Przeczytałem bez przykrości, pokiwałem raz czy drugi z uznaniem głową, widząc sprytne wykorzystanie klasycznych motywów, ale też nic mnie nie zachwyciło.

Interesujący pomysł na las. Nie wiem, czy to Twój, czy Lovecrafta.

Mnie tam wyjaśnienia w końcówce się podobały. Sama bym nie wpadła, co właściwie robił szaman. Ale ciekawą metodę zastosował.

Babska logika rządzi!

Kolejkuję Cię, CMie. Spodziewaj się ponownej wizyty i dziwnego komentarza. Bardzo dziwnego!

Exit light

None, cześć!

Podziękował za odwiedziny i komentarz.

Przyzwoite opowiadanie, choć nie zaszkodziłyby mu małe cięcia.

Jak to u mnie. ;-)

Miałem trochę wątpliwości co do tematyki konkursowej. Na pierwszy rzut oka brak tu typowo lovecraftowskich motywów. Jednak gdy przyjrzeć się bliżej, okazuje się, że umiejętnie przekułeś niektóre z klasycznych elementów w coś nieco innego.

Faktycznie tych motywów bezpośrednio nie ma. Jest raczej pewna wariacja. Widziałem wzmiankę, bodajże Naz, że tekst ma być inspirowany Lovecraftem, a że “interpretacja” daje dużą dowolność, to sobie z tego skorzystałem. ;)

Zwłaszcza, że parę miesięcy temu był tu już konkurs na weirdowe teksty, tam tych nawiązań było bardzo dużo, więc i miałem poczucie, że trzeba poszukać czegoś innego.

Zawód poczułem jedynie w końcówce – motywy szamana są tam wykładane zbyt łopatologicznie, zbyt wprost na mój gust. W wierdzie, szczególnie w wierdzie tego typu, wolałbym widzieć więcej niedomówień, więcej pola do interpretacji dla czytelnika. 

Wiem, łopatologia. Ale ja już się parę razy wyłożyłem na niedomówieniach, więc teraz trzymam się zasady, że wolę wyłożyć wszystko i dostać za to po głowię, niż zostawiać czytelnika z wątpliwościami.

Pod względem fabularnym nie jest źle, choć trochę mi się to opko ciągnęło. Sama jego formuła zakłada pewną powtarzalność, która męczy tak bohatera, jak czytelnika. Nie zaszkodziłoby trochę skoncentrować ten tekst – scena z napadem śmiechu była naprawdę dobra, odpowiednio niepokojąca w odbiorze, kolejne wydawały mi się odtwórcze.

A tutaj od początku czułem, że z tą powtarzalnością może być pewien problem. I jak widać przeczucia się potwierdziły. ;-)

Rozczarowało mnie zakończenie – owady pojawiają się w zasadzie znikąd. Od początku wiadomo było, że bohater będzie musiał marnie skończyć, ale takie rozwiązanie nie przypadło mi do gustu, wolałbym coś utrzymanego w tonacji “rozbioru psychologicznego”.

Słabo te owady zaakcentowałem w tekście, nie ma co ukrywać. One mi o tyle pasowały na końcu, że to ciało, pozbawione już niejako duszy, miało mieć z perspektywy szamana wartość nie większą niż śmieć, więc one były w tym lesie wyłącznie do sprzątania. ;-)

Ale w pełni rozumiem, że wolałbyś coś innego.

Bohater mnie nie wzruszył, nie do końca udało ci się również wzbudzić w mnie empatię wobec jego ciężkiej sytuacji – ale jak się niedawno dowiedziałem, możliwe, że nie jestem zdolny do jej odczuwania. :P Niemniej wydaje się płaski.

Jest płaski, nie ma co ukrywać. Wymyśliłem sobie społeczność mocną uległą wobec Mberata, więc jakoś nie pasował mi do niego silniejszy charakter. Albo może lepiej napisać: skupiłem się na wyłożeniu koncepcji lasu, a bohatera potraktowałem tylko jako pewne narzędzie. ;)

Dziękować za poświęcony czas.

 

Powitał i Finklów!

Dziękować za komentarz i klika.

Interesujący pomysł na las. Nie wiem, czy to Twój, czy Lovecrafta.

Mój i tylko mój. ;-)

Lovecrafta znam dość pobieżnie, nie wiem, czy występuje jakaś zbieżność z którymś z jego pomysłów, ale jeśli tak, to wyłącznie przez przypadek.

Mnie tam wyjaśnienia w końcówce się podobały.

I takich ludzi mi trzeba! :D

Sama bym nie wpadła, co właściwie robił szaman.

Jej, w końcu mi się udało coś ukryć przed Finklami! ;-)

Rozpiera mnie duma! :)

Ale ciekawą metodę zastosował.

Bo to wariat był. XD

Swoją drogą, muszę Ci powiedzieć, że syndrom Finklów ma się bardzo dobrze. Humor mi się pchał do tego tekstu drzwiami i oknami. ;-)

Podziękował jeszcze raz za poświęcony czas!

 

B-key, no to życzę kreatywności. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Ja Lovecrafta znam jeszcze pobieżniej, a co gorsza – nie przepadam za nim. Ciężko będzie…

Ukrywanie przed Finklami – bo to o emocjach było, wzrok się sam prześlizgnął. ;-)

Syndrom Finklów to Ci się pewnie jeszcze w pełni nie rozwinął. U mnie humor nie pcha się drzwiami, tylko po prostu jest wszędzie. Otwierasz lodówkę, a tam dowcip o Stirlitzu. Albo o policjancie. ;-)

Babska logika rządzi!

Zacznę może od mojego ulubionego ;)

 

– Co się stało?! – krzyknął Assa, potrząsając ramionami tamtego. 

Nie mogłam się powstrzymać przed skomentowaniem xD

 

W kilku miejscach coś mi zgrzytnęło, ale z tym może wrócę później, bo teraz nie mam spokoju. 

CM-ie, bardzo podobał mi się ten las. To nie to, że lubię takie straszne lasy, ale sposób, w jaki przedstawiłeś ten leśny światek, uważam, że jest zacny. (Może jeszcze raz napiszę las xD ) Klimat to chyba najmocniejsza strona tego opowiadania. :)

Fabularnie ok, chociaż mnie też nieco zaskoczyły te robale. Również wdzięwcznam za wyjaśnienie, co robił szaman, bo nie wiem, czy bym się domysliła bardziej skupiona na klimacie niż na tajemnicy Mberata.

Ja tu widzę, że zrobiłeś z lasu w pewnym sensie bohatera i dlatego wybaczam, że Assa wyszedł tak a nie inaczej. 

Resztę później. ;)

 

EDIT: Małe sugestie:

W wiosce opiekował się duszami, co dawało mu cichą władzę na miejscową ludnością. → nie nad?

 

Coś wypchnęło go ze snu. → hmm…

 

Coś wypchnęło go ze snu. Assa otworzył oczy i, gapiąc się w mrok, usiłował złapać w pamięci resztki uciekającego snu.

 

Coś jeszcze? Niewyraźna postać, błądząca od drzewa do drzewa, jakby nasłuchiwała źródła czyjegoś głosu. → to może moje zwyczajne czepialstwo, ale te wszystkie znaki zapytania mnie trochę wybijały z rytmu i z klimatu. 

 

Panował teraz taki spokój, że doskonale słyszał każdy swój oddech. → każdy wdech lub wydech ok, ale oddech to chyba wystarczy bez “każdy”. 

 

Assa spróbował podejść bliżej, lecz zawrócił zaraz, odrzucony odorem zgnilizny. Ciekawe, że do tej pory nikt nie odważył się tknąć chaty starego diabła. → Hmm… z pierwszego zdania wynika, dlaczego nikt się nie odważył. Ale to też możesz uznać za czepialstwo 

 

Szaman wzywał, żeby zabrać ich dusze… Gdzie? Wiedział jedynie stary diabeł. → ja bym zapytała “dokąd?” 

 

Rechot gnał go coraz dalej i dalej. W końcu ucichł. → Hmm… 

 

Witaj CMie!

Interesująca lektura za mną! 

Podoba mi się początek i zarysowanie postaci Mberata, kiedy to wzbudza taki strach, że ludzie boją się go pogrzebać. Tworzy to mroczny klimat i zaciekawia do dalszej lektury. Sama koncepcja lasu szleńców, tajemniczego i niebezpiecznego miejsca, przypadła mi do gustu. Umiejętnie opisałeś wędrówkę Assy, jego lęki, przywidzenia. Fajny pomysł z wisielcami, naśladującymi bohatera oraz scena, w której zaczyna rechotać i tańczyć– naprawdę tworzą klimat. 

Rozumiem, że Assa poszukiwał syna, wielokrotnie powtarza jego imię, aż w końcu zapomina, że to właśnie po niego wyruszył. Trochę czuję niedosyt, liczyłam, że ten syn jednak się pojawi w mocnej scenie:-)

Motyw pożerania żywcem akurat mnie się bardzo podoba. Las sprawiał, że Assa powoli tracił wolę walki, jego determinacja słabła. Końcowa scena świetnie to podkreśla. Chociaż rzeczywiście owady pojawiają się jakby znikąd. Dobrze by było wpleść je gdzieś podczas wędrówki Assy.

Niemniej jestem zadowolona z lektry, CMie, więc polecam do biblioteki i pozdrawiam

 

Nie podobało mi się. 

Konstrukcyjnie syn był dla głównego bohatera motywatorem do podjęcia podróży w las, co jest zupełnie w porządku, ale w moim odczuciu nie udało Ci się oddać tej motywacji na poziomie emocjonalnym tekstu. 

Konstrukcyjnie szaman był kluczem do tajemnicy lasu, a las główną tajemnicą, która miała wprowadzić weird/grozę do tekstu, ale ponownie, uważam, że nie udało Ci się tej grozy oddać w warstwie emocjonalnej. 

Uważam, że język nie odmalowywał natury horroru, który chciałeś przedstawić. Przeszkadzały mi tego typu opisy:

Gdy Assa obejrzał się po raz kolejny, po klonie nie było nawet pół śladu.

Jak wygląda pół śladu po klonie? 

 

I ostatnia, chyba najważniejsza rzecz, jakim opowiadaniem się inspirowałeś? Bo nie widzę tu Lovecrafta. 

Gdyby komuś nie chciało się czytać, tych niemal 20k znaków, oto streszczenie tekstu CM’a:

 

M-Beret (nazywany tak, gdyż nosił fryzurę z przedziałkiem, co nadawało jego włosom kształt litery M, a dodatkowo przykrywał głowę beretem) umarł z przejedzenia. Po prostu za dużo szamał! A dodatkowo miał dwóch kolegów, którzy mogli bezpośrednio wpłynąć na niewłaściwe trawienie naszego zmarłego: Asap (ciągle pośpieszał M-Bereta w jedzeniu) i Golonka (zmuszał go do pochłaniania niewiarygodnych wprost ilości tłuszczu). Więc, jak się rzekło, M-Beret umarł. Jego martwe ciało poleżało chwilę w chacie, w której cuchnęło potem, jak i przedtem, a następnie złożono go do ziemi.

Po śmierci M-Bereta, Asap nie miał już kogo popędzać z jedzeniem, zaczął za to, z powodu tej niepowetowanej straty, pić niewiarygodne ilości kawy. Aż mu się w główce poprzewracało i wyobraził sobie, że jego ukochana kawa uciekła do lasu. Tego już było za wiele. Asap pobiegł w knieję, a tam było już tylko coraz więcej drzew. Okazało się, że akurat w tym czasie odbywał się w lesie konkurs “Tańca z drzewami”, a może było to program “Twój konar brzmi znajomo”? Asap tańczył i śpiewał oszołomiony tak, że zupełnie zapomniał o swojej ukochanej kawie.

Asap chyba również wisiał drzewom z lasu pieniądze, bo w pewnym momencie złapały go i zaczęły marać kasę. Ostatecznie musiał wyłożyć za długi cały posiadany przy sobie hajs i jeszcze zegarek. Niestety to okazało się za mało; drzewa sprzedały zadłużenie Asapa do Kruka i nasz bohater był ścigany przez najbardziej nieustępliwego windykatora wśród drzew – zaczął podążać za nim straszny klon. Nie udało się bohaterowi uwolnić od klona przez całą opowieść. Aż do smutnego końca.

Na koniec Asap umiera, dręczony przez liczne wady, jęcząc potępięńczo: “O, wady! O, wady! O, wady!”. Chyba go zjadły wyrzuty sumienia albo po prostu: brak mienia. Szkoda, bo z pewnych źródeł wiem, że jego kolega z wioski chciał poćwiczyć na nim robienie colongoskopii…

 

Podoba mi się ten muzyczno-medyczno-gastronomiczny miszmasz, polecam do biblio!

 

Exit light

No popatrz, CM! Tu był humor, tylko się zamaskował, cwany skurkobaniec. ;-)

Babska logika rządzi!

Witam nowych czytelników:

 

Saro, cześć!

Nie mogłam się powstrzymać przed skomentowaniem xD

Ale przynajmniej nogi go nie niosły, a nawet nie wiesz, jak mi to tutaj pasowało. XD

CM-ie, bardzo podobał mi się ten las. To nie to, że lubię takie straszne lasy, ale sposób, w jaki przedstawiłeś ten leśny światek, uważam, że jest zacny. (Może jeszcze raz napiszę las xD ) Klimat to chyba najmocniejsza strona tego opowiadania. :)

Bardzo się cieszę. Powiem Ci, że mnie generalnie też jakoś szczególnie nie jarają takie straszne lasy. Zabrałem się za ten pomysł właściwie tylko dlatego, że podobała mi się sama koncepcja “rozkawałkowywania” ludzkiej psychiki.

I może jeszcze dlatego, że nigdy nie pisałem horroru (i już nigdy więcej nie napiszę XD).

Fabularnie ok, chociaż mnie też nieco zaskoczyły te robale.

Bo na tym końcu, jak pisał None, lepiej by jednak pasował jakiś mocny motyw psychologiczny. Ja go tu już nie chciałem, bo się bałem przesytu, ale o tych robalach faktycznie było w tekście mało, więc mogły zaskoczyć. 

Również wdzięwcznam za wyjaśnienie, co robił szaman, bo nie wiem, czy bym się domysliła bardziej skupiona na klimacie niż na tajemnicy Mberata.

Nie ma sprawy. Plan był taki, że nikt miał się nie domyślić, więc to wyjaśnienie musiało się pojawić. ;)

Ja tu widzę, że zrobiłeś z lasu w pewnym sensie bohatera i dlatego wybaczam, że Assa wyszedł tak a nie inaczej. 

I chwała Ci za to!

 

Olciatko, witaj!

Interesująca lektura za mną! 

Bardzo mi miło. :)

Podoba mi się początek i zarysowanie postaci Mberata, kiedy to wzbudza taki strach, że ludzie boją się go pogrzebać. Tworzy to mroczny klimat i zaciekawia do dalszej lektury.

Bardzo się cieszę, bo trochę musiałem z tym początkiem powalczyć. Fajnie, że się broni. ;)

Sama koncepcja lasu szleńców, tajemniczego i niebezpiecznego miejsca, przypadła mi do gustu. Umiejętnie opisałeś wędrówkę Assy, jego lęki, przywidzenia. Fajny pomysł z wisielcami, naśladującymi bohatera oraz scena, w której zaczyna rechotać i tańczyć– naprawdę tworzą klimat. 

Fajnie. :-)

Przyznam Ci, że strasznie długo kombinowałem, jak sklecić ten las szaleńców, bo koncepcji było od cholery. A fakt, że horrory, delikatnie rzecz ujmując, są dalekie od mojego podstawowego stylu pisania, jakoś szczególnie mi tu nie pomagał. ;-)

Rozumiem, że Assa poszukiwał syna, wielokrotnie powtarza jego imię, aż w końcu zapomina, że to właśnie po niego wyruszył. Trochę czuję niedosyt, liczyłam, że ten syn jednak się pojawi w mocnej scenie:-)

W zasadzie to się pojawił… tylko jako szkielet. :D

Motyw pożerania żywcem akurat mnie się bardzo podoba. Las sprawiał, że Assa powoli tracił wolę walki, jego determinacja słabła. Końcowa scena świetnie to podkreśla. Chociaż rzeczywiście owady pojawiają się jakby znikąd. Dobrze by było wpleść je gdzieś podczas wędrówki Assy.

One były…

Tak trochę…

Tylko słabo widoczne. ;-)

Zza pleców dobiegł go delikatny szmer. Owady?

Gdzieś z oddali pobrzmiewał znajomy szmer.

Z oddali dobiegł go znajomy szmer.

I tak, zdaję sobie sprawę, że właśnie głupio się wystawiam na zarzut: czegoś to zaakcentował tak słabo. ;-)

Chyba za bardzo skupiałem się na samym motywie działania lasu, a te elementy poboczne trochę pokpiłem.

Niemniej jestem zadowolona z lektry, CMie, więc polecam do biblioteki i pozdrawiam

Dziękować za odwiedziny i poświęcony czas. :)

 

Łukaszu, powitał!

Nie podobało mi się. 

Co zrobić. Tak już jest, że jednym tekst podejdzie bardziej, innym mniej, a jeszcze innym wcale. Oczywiście są takie, które (dzięki odpowiedniej jakości) podejdą prawie wszystkim, ale pisanie takich tekstów chyba przerasta moje możliwości. ;-)

W każdym razie na pewno w tym gatunku. ;-)

Tym bardziej dziękuję, że chciało Ci się dotrwać do końca i podzielić opinią.

Konstrukcyjnie syn był dla głównego bohatera motywatorem do podjęcia podróży w las, co jest zupełnie w porządku, ale w moim odczuciu nie udało Ci się oddać tej motywacji na poziomie emocjonalnym tekstu. 

Nom. Emocje to nie jest moja najmocniejsza strona, bardziej liczyłem, że może tekst wybroni się tajemnicą. ;-)

Jak widać nie wyszło. ;)

Konstrukcyjnie szaman był kluczem do tajemnicy lasu, a las główną tajemnicą, która miała wprowadzić weird/grozę do tekstu, ale ponownie, uważam, że nie udało Ci się tej grozy oddać w warstwie emocjonalnej. 

Jak wyżej, CM walczył dzielnie, ale gatunek go przerósł. ;-)

I ostatnia, chyba najważniejsza rzecz, jakim opowiadaniem się inspirowałeś? Bo nie widzę tu Lovecrafta. 

Nie inspirowałem się konkretnym opowiadaniem. Teksty miały być inspirowane twórczością Lovecrafta, co daje dość szeroką możliwość interpretacji. Na bazie pewnych elementów dla niego charakterystycznych ja potworzyłem swoje, dość odmienne, przyznaję, ale parę miesięcy temu mieliśmy konkurs na weird, niektórzy próbowali się mocno tego weirdu trzymać, okazało się, że nie było to wybitnie konieczne, więc tutaj mam własną wariację na temat pewnych elementów charakterystycznych dla Lovecrafta. A niechby nawet się okazało, że to nie wystarczy, albo nie będzie widoczne, to wiele do stracenia nie mam. ;-)

 

B-key, pozwolisz, dobry człowieku, że odpowiem Ci jutro, bo trochę goni mnie czas.

 

Finklo:

Ja Lovecrafta znam jeszcze pobieżniej, a co gorsza – nie przepadam za nim. Ciężko będzie…

To może to wykorzystaj i zbuduj na tym humor? ;-)

W każdym razie, czego byś nie zrobiła, życzę powodzenia i wpadnę skomentować efekty. ;-)

Ukrywanie przed Finklami – bo to o emocjach było, wzrok się sam prześlizgnął. ;-)

Chętnie bym zatriumfował, że znalazłem sposób na Finklów, ale w emocje to ja nie umiem, więc raczej będzie to jednorazowy sukces. :-)

Syndrom Finklów to Ci się pewnie jeszcze w pełni nie rozwinął. U mnie humor nie pcha się drzwiami, tylko po prostu jest wszędzie. Otwierasz lodówkę, a tam dowcip o Stirlitzu. Albo o policjancie. ;-)

A teraz drugi cytat:

No popatrz, CM! Tu był humor, tylko się zamaskował, cwany skurkobaniec. ;-)

Nadal sądzisz, że się jeszcze w pełni nie rozwinął? :D

Przy pierwszej wersji tekstu (pisanej bardziej po CM-owemu) dostałem od MaSkrola komentarz zwrotny, że pisząc w taki sposób to mogę stworzyć najwyżej “Straszny film”. ;-)

Więc choroba ewidentnie ma się dobrze. Inna rzecz, że plan mam teraz taki, że zamiast walczyć z nią, będę walczył nią. I zobaczymy, co z tego wyjdzie. ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Syndrom i humor są, ale jeszcze nie wykazujesz wszystkich objawów. ;-)

A co jest “Straszny film”?

Inna rzecz, że plan mam teraz taki, że zamiast walczyć z nią, będę walczył nią. I zobaczymy, co z tego wyjdzie. ;)

Finklowa masakra piłą humorystyczną.

Chętnie wpadnę się rozerwać. ;-)

Babska logika rządzi!

A co jest “Straszny film”?

A co jest Finkla? :D

 

Exit light

One były…

Tak trochę…

Tylko słabo widoczne. ;-)

Zza pleców dobiegł go delikatny szmer. Owady?

Gdzieś z oddali pobrzmiewał znajomy szmer.

Z oddali dobiegł go znajomy szmer.

I tak, zdaję sobie sprawę, że właśnie głupio się wystawiam na zarzut: czegoś to zaakcentował tak słabo. ;-)

 

CMie, racja, nie wyłapałam tego:-)

pozdrawiam

Ciekawie eksplorujesz rejony nietypowej fantasy baśni-nie baśni, mitu-niemitu, łącząc je ze współczesnością, próbując przemycić ją pomiędzy wierszami.

Humoru tu nie zauważyłam. ;-) Skutecznie go wyeliminowałeś, ale dobrze, doceniam.

Pomysł jest przedni, ale wydaje mi się, że poleciałeś po powierzchni, nie budując grozy np. przez pokazanie innych historii, zaginięć i powrotów. Zdaje mi się, że chyba tego oczekiwałabym jako czytelnik. Mocna pierwsza scena, a potem odpominki uleczonych, naprawionych, z których szaleństwa Mberat kreował dusze drzew. Przydałaby się też scena z Kofim i interakcja Mberata z Assem. W każdym razie coś jeszcze prócz wędrówki w lesie.

Chyba, żeby skupić się na samym lesie i jego interakcji z Mberatem, a Assa i Kofi byliby drugim wątkiem.

W każdym razie, mnie zaskoczyłeś i żałowałam że postawiłeś kropkę. Literacko dobre. 

Odczucie niektórych czytelników – takiego jakby przewleczenia może brać się z tego, że nie ma wyraźnego antagonisty.

I ja skarżę. :-)

 

PS. Czemu takie krótkie? Przyganiał kociołek garnkowi. :-)

Ps2. Super, że nie “poleciałeś” w typowego Lovecrafta. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

CMie, racja, nie wyłapałam tego:-)

pozdrawiam

Olciatko, moja wina. ;)

Napisałem to tak, że sam ledwo te wstawki pamiętam. ;-)

 

Syndrom i humor są, ale jeszcze nie wykazujesz wszystkich objawów. ;-)

Finklo, jeżeli to nie są wszystkie objawy, to ja nawet nie chcę myśleć, co jest dalej. XD

A co jest “Straszny film”?

Taka filmowa parodia horrorów. Z dawnych czasów kiedy CM-owi zdarzało się jeszcze czasem oglądać filmy. ;-)

Finklowa masakra piłą humorystyczną.

Z uśmiechem na ustach i bez brania jeńców. :D

 

Asylum, hej!

Trochę mam tu rozpiernicz, jeśli chodzi o kolejność odpowiedzi, ale przyjmijmy, że to twórczy nieład. :D

Podziękował za przybycie, opinię i wniosek o klika.

Ciekawie eksplorujesz rejony nietypowej fantasy baśni-nie baśni, mitu-niemitu, łącząc je ze współczesnością, próbując przemycić ją pomiędzy wierszami.

Czyli o tym, do czego zdolny jest autor, żeby uniknąć researchu. ;-)

A pisząc poważniej: dziękować.

Humoru tu nie zauważyłam. ;-) Skutecznie go wyeliminowałeś, ale dobrze, doceniam.

Walka była ostra. Żebyś Ty wiedziała, ile ja razy na becie dostałem po łapach za ten humor. :D

Pomysł jest przedni, ale wydaje mi się, że poleciałeś po powierzchni, nie budując grozy np. przez pokazanie innych historii, zaginięć i powrotów. Zdaje mi się, że chyba tego oczekiwałabym jako czytelnik. Mocna pierwsza scena, a potem odpominki uleczonych, naprawionych, z których szaleństwa Mberat kreował dusze drzew. Przydałaby się też scena z Kofim i interakcja Mberata z Assem. W każdym razie coś jeszcze prócz wędrówki w lesie.

Chyba, żeby skupić się na samym lesie i jego interakcji z Mberatem, a Assa i Kofi byliby drugim wątkiem.

Nom, to prawda. Trochę poleciałem po powierzchni. Ale to nie jest moja wina. Bo widzisz, ja to sobie chciałem napisać prosty, krótki horror. Z drugiej strony szacunek do czytelnika podpowiadał, że wypada jednak wymyślić jakiś w miarę kreatywny pomysł na tekst. No i jak już wymyśliłem to się okazało, że ten pomysł to raczej wymaga pełniejszej historii, a ja, w poważnej konwencji, do niczego dłuższego niż 20 000 znaków to się nie zbiorę. Więc kombinowałem, że może tekst wybroni się pomysłem.

Grozy CM nie zbudował, bo nie potrafi. ;-)

W każdym razie, mnie zaskoczyłeś i żałowałam że postawiłeś kropkę.

Za to ja byłem bardzo szczęśliwy, kiedy wreszcie postawiłem tę kropkę. :D

PS. Czemu takie krótkie? Przyganiał kociołek garnkowi. :-)

Ej, prawie dwadzieścia tysięcy znaków. Nie takie krótkie. :D

Przyczynę poniekąd podałem wyżej: jeżeli wiesz, że pchasz się w nie swoją konwencję, to dla dobra swojego i czytelnika lepiej nie szarżować z długością. ;-)

Ps2. Super, że nie “poleciałeś” w typowego Lovecrafta. :-)

To było pierwsze moje postanowienie, kiedy pojawiła się wzmianka o tym konkursie: pisz po swojemu.

Swoją drogą, ten Lovecraft to jest jakiś fenomen. Z jednej strony symbol pewnego gatunku, a z drugiej jeszcze nie spotkałem się z zachwytami nad jego stylem pisania – czytaj: dłuuuuuuuuuuuggggggiiiiiimmmmmmiiiiii zdaaaaaaaannnnniiiiiiaaaaaami. :D

Jeszcze raz dziękować za poświęcony czas.

 

No i B-Key.

Podziękował za kreatywny komentarz. Również za cierpliwość.

I przystępuję do odpowiedzi. Jestem pewien, że życzysz sobie czegoś kreatywnego. ;)

M-Beret (nazywany tak, gdyż nosił fryzurę z przedziałkiem, co nadawało jego włosom kształt litery M, a dodatkowo przykrywał głowę beretem) umarł z przejedzenia. Po prostu za dużo szamał!

Dobre wprowadzenie do streszczenia, ale zdanie: po prostu za dużo szamał! zbyt bezpośrednie i przez to literacko nieładne.

0,5pkt.

A dodatkowo miał dwóch kolegów, którzy mogli bezpośrednio wpłynąć na niewłaściwe trawienie naszego zmarłego: Asap (ciągle pośpieszał M-Bereta w jedzeniu) i Golonka (zmuszał go do pochłaniania niewiarygodnych wprost ilości tłuszczu).

Prawidłowe rozwinięcie streszczenia wybitnego dzieła CM-a z jednym, bardzo poważnym błędem.

którzy mogli bezpośrednio wpłynąć na niewłaściwe trawienie naszego zmarłego:

Dwóch kolegów wpływało na niewłaściwe trawienie żywego, który dopiero w wyniku tego wpływu mógł umrzeć.

0,75pkt.

Więc, jak się rzekło, M-Beret umarł. Jego martwe ciało poleżało chwilę w chacie, w której cuchnęło potem, jak i przedtem, a następnie złożono go do ziemi.

Słowo “umarł” nie podkreśla dramatu zmarłego. Cały dramat w opowiadaniu CM-a opiera się przecież na konaniu z przeżarcia, dlatego właściwe w takim miejscu jest słowo “skonał” bądź “zginął”.

0,75pkt.

Po śmierci M-Bereta, Asap nie miał już kogo popędzać z jedzeniem, zaczął za to, z powodu tej niepowetowanej straty, pić niewiarygodne ilości kawy.

Brakuje informacji, że była to kawa polecana przez najlepszych baristów, co całkowicie wypacza sens zdania.

0pkt.

Aż mu się w główce poprzewracało i wyobraził sobie, że jego ukochana kawa uciekła do lasu. Tego już było za wiele.

Główkę ma szpilka, Asap miał łeb.

0,5pkt.

Asap pobiegł w knieję, a tam było już tylko coraz więcej drzew. Okazało się, że akurat w tym czasie odbywał się w lesie konkurs “Tańca z drzewami”, a może było to program “Twój konar brzmi znajomo”? Asap tańczył i śpiewał oszołomiony tak, że zupełnie zapomniał o swojej ukochanej kawie.

Niekompletny fragment streszczenia. Brakuje informacji o prowadzących powyższe programy oraz jakie noty dostał Asap za swój śpiew i taniec. Ponadto w takich przypadkach konieczne jest podanie w streszczeniu, pod jaki numer czytelnicy mogą wysyłać sms-y na Asapa.

0,25pkt.

Asap chyba również wisiał drzewom z lasu pieniądze, bo w pewnym momencie złapały go i zaczęły marać kasę.

Błąd w streszczeniu. W takich wypadkach nie można stosować synonimów. Asap wisiał drzewow siano i kapustę. Słowo pieniądz wypacza metaforyczny wydźwięk tekstu, obniżając jego wartość.

Poza tym bez uwag.

0,75pkt.

Ostatecznie musiał wyłożyć za długi cały posiadany przy sobie hajs i jeszcze zegarek.

Podobny błąd z synonimami.

0,75pkt.

Niestety to okazało się za mało; drzewa sprzedały zadłużenie Asapa do Kruka i nasz bohater był ścigany przez najbardziej nieustępliwego windykatora wśród drzew – zaczął podążać za nim straszny klon. Nie udało się bohaterowi uwolnić od klona przez całą opowieść. Aż do smutnego końca.

Prawidłowe streszczenie fragmentu.

1pkt.

Na koniec Asap umiera, dręczony przez liczne wady, jęcząc potępięńczo: “O, wady! O, wady! O, wady!”.

Brak kluczowej wzmianki, że dręczyły Asapa wady konstrukcyjne komody z Fabryki Mebli Szaman i Wspólnicy.

0pkt.

Chyba go zjadły wyrzuty sumienia albo po prostu: brak mienia.

Brak ważnej wzmianki o udziale korników zamieszkałych w komodzie.

0,5pkt.

Szkoda, bo z pewnych źródeł wiem, że jego kolega z wioski chciał poćwiczyć na nim robienie colongoskopii…

Można było dodać, że były to źródła Orinoko. Poza tym bez uwag.

0,75pkt.

 

6,5/12: dostateczny plus*.

 

*Za błędy w liczeniu nie odpowiadam i nie przyjmuję reklamacji. ;-)

 

A już bez żartów: dziękuję jeszcze raz za kreatywną opinię. Musiałeś się napracować. ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Nie ma to jak kreatywna opinia do kreatywnej opinii ;)

Trzy z plusem? No nic, następnym razem się bardziej postaram :P

 

A już bez żartów: dziękuję jeszcze raz za kreatywną opinię. Musiałeś się napracować. ;)

Oprócz pracy, była to przede wszystkim dobra zabawa :)

 

Pozdro!

Exit light

Oprócz pracy, była to przede wszystkim dobra zabawa :)

I o to chodzi! Do zobaczenia pod Twoim tekstem konkursowym. ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

I o to chodzi! Do zobaczenia pod Twoim tekstem konkursowym. ;)

 

Hmmmm…. ;)

Exit light

tekst wybroni się pomysłem.

To się udało!

Grozy CM nie zbudował, bo nie potrafi. ;-)

E, tam. ;-) A co z Q, na poprzedni weird. :-)

 

Za to ja byłem bardzo szczęśliwy, kiedy wreszcie postawiłem tę kropkę. :D

Jak przedziwnie rozmijają się odczucia czytelnika i Autora. :D Sama najchętniej stawiałabym szybko kropki. ;-)

jeżeli wiesz, że pchasz się w nie swoją konwencję, to dla dobra swojego i czytelnika lepiej nie szarżować z długością. ;-)

Pewnie racja, nie myślałam o tym w ten sposób. ;-)

 

Tia, z Lovecraftem to też dla mnie fenomen. Jest w niej coś innego. Tajemnica? Ponoć opka jego uczniów czy współpracowników, kiedy je poprawiał były, stylowo dużo lepsze. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hmmmm…. ;)

Nie wypada nie odpowiedzieć, prawda? ;)

 

To się udało!

Mam nadzieję, że i na innych zadziała. ;)

E, tam. ;-) A co z Q, na poprzedni weird. :-)

Tam to się jeszcze wstrzeliłem w taki pomysł, który mogłem pisać po swojemu. Tutaj wymyśliłem, że będę sobie eksplorował nieznane literackie grunty i… szybko się okazało, że to nie był szczególnie fortunny pomysł. ;-)

Jak przedziwnie rozmijają się odczucia czytelnika i Autora. :D Sama najchętniej stawiałabym szybko kropki. ;-)

Nom. To prawda. :D

Pewnie racja, nie myślałam o tym w ten sposób. ;-)

Ja od “Cmentarza” myślę przy każdym tekście. XD

Tia, z Lovecraftem to też dla mnie fenomen. Jest w niej coś innego. Tajemnica? Ponoć opka jego uczniów czy współpracowników, kiedy je poprawiał były, stylowo dużo lepsze. 

Tajemnice XX wieku: na czym polegał sekret Lovecrafta? ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Ludzie nazywali go szamanem, choć w rzeczywistości był raczej połączeniem czarownika, kapłana i lekarza.

A czy to nie jest właśnie definicja szamana?

 

Dołączam do grona czytelników nieukontentowanych ;)

Wydaje mi się, że opowiadanie jest przegadane, ale powodem tego nie jest moim zdaniem zbytnie rozbudowanie opisów, tylko, że tak napiszę, złe ich ukierunkowanie. Na przykład pojawienie się pierwszego wisielca:

Zobaczył siebie!

Nie był to trup ani duch. Jego klon dyndał na gałęzi, żywy, z pętlą ciasno zaciśniętą wokół szyi, zanosząc się paskudnym rechotem.

Mamy tu zawrotnie długi opis złożony z trzech zdań. A aż prosi się o dłuższy, sugestywny obraz zsiniałego trupa, z wywalonym językiem, zniekształconą twarzą i absurdalnym uśmiechem, w którym Assa dopiero po chwili z przerażeniem rozpoznaje samego siebie.

W tym samym fragmencie dotykamy kolejnego problemu. Słowo “klon” kompletnie nie pasuje tu do konwencji. I jest to niestety tylko przykład szerszej kwestii, mianowicie mam wrażenie, że ani język narracji, ani sposób myślenia Assy nie przystaje do członka społeczeństwa, w którym działają szamani (czyli będącego pewnie na dość pierwotnym etapie rozwoju). Tym bardziej szkoda, że, jak zauważono wyżej, Assa jest w obecnej formie dość papierowy, więc przekonująca kreacja przerażonego nieznanym dzikusa mogłaby mu z pewnością dodać kolorytu.

Wyjaśnienie na koniec dość deusexmachinowe, bo skoro większość czytelników nie domyśliła się z dotychczasowych informacji natury lasu, to na jakiej podstawie odgadł ją Assa (szczególnie w tym stanie psychicznym)?

Z mniejszych kwestii: nie rozumiem dlaczego ludzie zaczęli masowo znikać w lesie po śmierci szamana. Że Assa poszedł za Kofim to logiczne, ale po co tam poszedł Kofi, po co szli inni, skoro tak się bali szamana?

Ogólnie opowiadanie jest napisane bardzo sprawnie, ale właśnie dlatego oczekiwałbym więcej :) Mam nadzieję, że moje uwagi będą pomocne, przepraszam, jeśli wpadałem trochę w ton krytyki “ex cathedra”.

CMie :-)

– Wypada, wypada. xd

 

Moim zdaniem się udało i działa, a ja marudzę, a tamten pomysł był fortunny IMHO. ;-)

“Cmentarz” czytałam, zrobił wrażenie. Dzisiaj od bladego świtu jestem pod wrażeniem esejów Flannery O’Connor. Zredagowane tak, że czuję jej obecność, siedząc w trzecim rzędzie. Fajnie, że ingerencja była mała. Muszę przeczytać jej opowiadania. 

Myślę sobie z LVC, że symboliczny, eksplorował lęki i strachy. ;-)

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ludzie nazywali go szamanem, choć w rzeczywistości był raczej połączeniem czarownika, kapłana i lekarza.

Podbijam za Światowiderem, ale poza tym od razu spodobał mi się ten motyw. Niby lovecraftowski, ale pokazany od drugiej strony, bo punktem wyjścia nie są doniesienia o szalonych kultystach tylko dziwne zdarzenie w ich wspólnocie.

 

Co do grozy, to budujesz atmosferę niepokoju dzięki zrobieniu z lasu pełnoprawnego bohatera tekstu. Znacznie ważniejszego od tych ludzkich, którzy właściwie są tu bardziej tłem dla tej niezrozumiałej i nieprzeniknionej siły. Symboliczna siła przyciągania tego liściastego monstrum, gdzie grasują żarłoczne robaki działa na mieszkańców wioski jak magnes. Nie eksplorujesz tego, ale taki obrót spraw broni się w tej konwencji. Na koniec czytelnik zostaje z lekkim niepokojem i odpowiednią ilością wątpliwości co do zdarzeń i doświadczeń głównego bohatera.

Podsumowując, podobało mi się, co podkreślę tutaj, bo nie wiem, czy to jednoznacznie wynika z komentarza powyżej. XD Na dodatkowy plus to, że tekst czyta się bardzo płynnie, a mimo to mroczny klimat wybrzmiewa – to trudna sztuka połączyć te dwie rzeczy. To tyle zatem, pozdrawiam!smiley

Światowid(e)rze, cześć!

A czy to nie jest właśnie definicja szamana?

No niby jest, ale… taka jakaś niepełna. ;)

Generalnie miałem poczucie, że to jest definicja półszamana, szamana niepełnego, albo szamana-oszusta. ;)

Dołączam do grona czytelników nieukontentowanych ;)

Zobacz, mógł być taki fajny początek komentarza, gdyby wywalić to “nie”. :D

Ale poważnie. Przede wszystkim podziękował za poświęcony czas. Szkoda, że nie porwało, ale rozumiem, że miało swoje argumenty… żeby rozczarować. ;-)

Nie będę tekstu szczególnie bronił, bo ja generalnie nie jestem zwolennikiem bronienia tekstu. Skoro zawiódł, to trzeba poszukać w komentarzach przyczyn i popracować nad wnioskami.

Widzisz, prawda o tym tekście (jak i w sumie o całym pisaniu) jest stosunkowo prosta: niezależnie od tego, co sobie poukładasz i powymyślasz w głowie, na końcu i tak piszesz to, co jesteś w stanie.

To jest poniekąd odpowiedź: dlaczego taki kierunek, a nie inny. I pewnie też, dlaczego tekst wypada tak, a nie inaczej.

Ja z góry wiedziałem, że stworzenie obrazów typowego szamana, plemienia, pewnej dzikości i pierwotności to nie jest coś, co potrafiłbym zrobić. Ponieważ jednak podobał mi się pomysł, szukałem możliwości, żeby go zrealizować na miarę swoich możliwości. ;)

Stąd ten pomysł na szamana, który nie jest klasycznym szamanem, ale jakąś jego wariacją. Stąd brak plemion i typowo dzikiej społeczności razem z jej charakterystycznym klimatem. Jak pisałem gdzieś wyżej, jedyne czym byłem w stanie “walczyć” przy tym tekście, to zobrazowanie pewnych mechanizmów lasu i próba złapania czytelnika na tajemnicę.

Wyjaśnienie na koniec dość deusexmachinowe, bo skoro większość czytelników nie domyśliła się z dotychczasowych informacji natury lasu, to na jakiej podstawie odgadł ją Assa (szczególnie w tym stanie psychicznym)?

Biorąc pod uwagę, że szaman miał możliwość motania mu w głowie, to mógł mu tę tajemnicę na końcu zdradzić, wpływając na jego wnioski/myśli. Ja to nawet miałem to w tekście wytłumaczone, ale akurat przy tym fragmencie doszedłem do wniosku, że… może tekstowi przydałyby się małe cięcia. ;)

Z mniejszych kwestii: nie rozumiem dlaczego ludzie zaczęli masowo znikać w lesie po śmierci szamana. Że Assa poszedł za Kofim to logiczne, ale po co tam poszedł Kofi, po co szli inni, skoro tak się bali szamana?

Szaman mógł im podrzucać takie sny, które logicznie uzasadniały pójście do lasu. Taki był pomysł. I tak, to powinno znaleźć się w tekście, nie w odpowiedzi na komentarz. ;)

Ogólnie opowiadanie jest napisane bardzo sprawnie, ale właśnie dlatego oczekiwałbym więcej :) Mam nadzieję, że moje uwagi będą pomocne, przepraszam, jeśli wpadałem trochę w ton krytyki “ex cathedra”.

Będą, będą. Między innymi po to powstał ten tekst, żeby mi dostarczyć paru takich informacji.

Podziękował jeszcze raz za wizytę i komentarz.

 

– Wypada, wypada. xd

Asylum, tak właśnie myślałem. ;)

Moim zdaniem się udało i działa, a ja marudzę, a tamten pomysł był fortunny IMHO. ;-)

Ale to jest jednak taki tekst, przy którym autor próbuje oszukać swój warsztat. ;-)

Niektórzy tak mieli przy Funtastyce, ja tak miałem tutaj. ;-)

“Cmentarz” czytałam, zrobił wrażenie.

I przysłużył się do powstania diety gilotynowej do cięcia negatywnych komentarzy. XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Oidrin, hej!

Na razie tylko podziękuję za komentarz. Szerzej odpowiem jutro. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Biorąc pod uwagę, że szaman miał możliwość motania mu w głowie, to mógł mu tę tajemnicę na końcu zdradzić, wpływając na jego wnioski/myśli.

Szaman mógł im podrzucać takie sny, które logicznie uzasadniały pójście do lasu. Taki był pomysł.

Być może coś przeoczyłem, ale w mojej głowie zrodziła się interpretacja, że szaman już nie żyje, ale pozostawił po sobie całą maszynerię “włączoną”, więc las nadal robi to co robi. W takim wypadku szaman nie mógłby jednak już motać innym w głowach czy snach, stąd nie wziąłem tych możliwości pod uwagę.

Oidrin, cześć!

Jakże ja Ci jestem wdzięczny za ten pozytywny komentarz! :D

Taka butla z tlenem przed kolejną potencjalną ofensywą nieszczególnie zadowolonych z lektury czytelników. ;-)

Podbijam za Światowiderem, ale poza tym od razu spodobał mi się ten motyw.

Ten opis szamana był pierwotnie nieco szerszy, ja go tam jeszcze porównywałem do wariata. Może w takiej formie wybrzmiałby to lepiej – w sensie, że takie zdanie podkreślałoby, że Mberat nie był końca takim normalnym szamanem.

Co do grozy, to budujesz atmosferę niepokoju dzięki zrobieniu z lasu pełnoprawnego bohatera tekstu. Znacznie ważniejszego od tych ludzkich, którzy właściwie są tu bardziej tłem dla tej niezrozumiałej i nieprzeniknionej siły.

Nom, las jest tu zdecydowanie na pierwszym miejscu. Pewnie też i przez to, że próbowałem trochę pchnąć czytelnika bardziej w stronę szukania odpowiedzi, jak działa las, mniej w stronę straszenia, co wychodzi mi gorzej.

Symboliczna siła przyciągania tego liściastego monstrum, gdzie grasują żarłoczne robaki działa na mieszkańców wioski jak magnes. Nie eksplorujesz tego, ale taki obrót spraw broni się w tej konwencji.

I tym się w przyszłości będę bronił. XD

Na dodatkowy plus to, że tekst czyta się bardzo płynnie, a mimo to mroczny klimat wybrzmiewa – to trudna sztuka połączyć te dwie rzeczy.

Chciałem, żeby było ciut szybciej niż u Lovecrafta. :D

Dziękować za odwiedziny i butlę z tlenem. ;)

A jak tam “Wielka przygoda…”? Na jakim etapie są prace?

 

Światowid(e)rze:

Być może coś przeoczyłem, ale w mojej głowie zrodziła się interpretacja, że szaman już nie żyje, ale pozostawił po sobie całą maszynerię “włączoną”, więc las nadal robi to co robi. W takim wypadku szaman nie mógłby jednak już motać innym w głowach czy snach, stąd nie wziąłem tych możliwości pod uwagę.

Bo ta śmierć miała być w domyśle taka mocno, nazwijmy to, weirdowa. To znaczy: generalnie szlag go trafił, ale do końca nie wiadomo, czy na pewno wszystko diabli wzięli, czy może jakaś tam jego cząstka została i trzęsie tym lasem.

Inna rzecz, że też trudno oczekiwać od czytelnika, żeby wszedł do głowy autora i zgadywał, co to on sobie wymyślił. Mogłem to zaakcentować jakoś w tekście.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Może w takiej formie wybrzmiałby to lepiej – w sensie, że takie zdanie podkreślałoby, że Mberat nie był końca takim normalnym szamanem.

Haha, szaman i normalność w pojęciu naszej kultury zawsze się wyklucza, więc łyknęłabym to chyba bardziej niż obecny opis. Ale rozumiem teraz bardziej, co miałeś na myśli.

 

I tym się w przyszłości będę bronił. XD

Miło zawsze podrzucić szablę z trabanta. Oby tylko wystarczająco ostra była.

 

Chciałem, żeby było ciut szybciej niż u Lovecrafta. :D

Myślę, że nawet najwierniejsi fani czasem by tego chcieli. XD

 

Dzię­ko­wać za od­wie­dzi­ny i butlę z tle­nem. ;)

A jak tam “Wiel­ka przy­go­da…”? Na jakim eta­pie są prace?

Służę, tlen zawsze w cenie. A prace są chwilowo zawieszone, żeby nabrać dystansu. I skończyć milion rozgrzebanych rzeczy na tapecie.

 

 

Miło zawsze podrzucić szablę z trabanta. Oby tylko wystarczająco ostra była.

W odwodzie mam jeszcze gilotynę do cięcia komentarzy. Bardzo skuteczna w poszukiwaniu właściwego sensu opinii. :D

Myślę, że nawet najwierniejsi fani czasem by tego chcieli. XD

Żeby tylko czasem. XD

Służę, tlen zawsze w cenie. A prace są chwilowo zawieszone, żeby nabrać dystansu. I skończyć milion rozgrzebanych rzeczy na tapecie.

Oj, tak, bardzo w cenie.

A z tym zawieszeniem prac w sumie dobry pomysł, pewnie uda się złapać świeże spojrzenie, a i po takiej przerwie łatwiej pracuje się nad opowiadaniem.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Na początku muszę przyznać, że nie czytałam wcześniej Lovekrafta. Zabrałam się za niego w związku z konkursem i męczę zbiorek jego opowiadań już od jakiegoś czasu. Twoje opko podobało mi się zdecydowanie bardziej niż opka Lovekrafta :)

To nie znaczy jednak, że podobało mi się bardzo. Miałeś już lepsze opka. Trochę mi tu historii brakuje. Gość lata po lesie, co rusz widzi siebie wiszącego na drzewie, a w końcu zjadają go robaki. Co właściwie oznaczają wisielce, Assa orientuje się dopiero w ostatnim momencie, wcześniej nie czuł, że traci po kolei jakieś części siebie.

Rola tytułowego szamana jest tu dyskusyjna. To Assa tłumaczy sobie zabójczość lasu, pośmiertnymi działaniami Mberata, ale w tekście nie ma nic, co by to potwierdzało. W ogóle, IMO, trochę skąpisz informacji o szamanie. Był tym złym, w końcu pomagał ludziom. Wzbudzając w mieszkańcach strach mógł po prostu ułatwiać sobie robotę. Wiadomo, jak się boją, to będą słuchać. Co się stało, że po śmierci nagle zaczął tak podle sąsiadów traktować?

Niby wszystkie te niedopowiedzenia mieszczą się w gatunku, ale mnie tu trochę brakuje mięska.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Rasowy horror. Podobała mi się kreacja lasu, połączenie wątków fantastycznych ze strachem wynikających z paranoi. Sam pomysł na dusze drzew też ciekawy. Zakończenie ciężkie, ale pasujące do reszty. Jak zwykle u Ciebie, całość bardzo sprawnie napisana, niezwykle plastycznym językiem. Dotyczy to zwłaszcza sceny odnalezienia ciała szamana, ale też lasu. Podobały mi się powtórzenia w myślach Assy: Kofi i teksty niby pochodzące od szamana. To pokazuje stres narastający w bohaterze. Dobrze, że opowiadanie trafiło do biblioteki.

Zauważyłam jedną literówkę:

W wiosce opiekował się duszami, co dawało mu cichą władzę na miejscową ludnością. -->nad miejscową ludnością.

Irko, hej!

Twoje opko podobało mi się zdecydowanie bardziej niż opka Lovekrafta :)

Zobacz, tak ładnie zaczynał się ten komentarz. Warto było potem psuć tak dobre wrażenie? XD

To nie znaczy jednak, że podobało mi się bardzo. Miałeś już lepsze opka.

Bo widzisz, teraz to ja już odcinam kupony. :D

Trochę mi tu historii brakuje.

Bo to miał być w założeniu tekst oparty na ekspozycji pewnego pomysłu. Że kierunek był zły, to już wiemy. ;-)

Rola tytułowego szamana jest tu dyskusyjna. To Assa tłumaczy sobie zabójczość lasu, pośmiertnymi działaniami Mberata, ale w tekście nie ma nic, co by to potwierdzało. W ogóle, IMO, trochę skąpisz informacji o szamanie.

Coś tak czułem, że ta butla tlenu od Oidrin się przyda. :D

Widzisz, żeby dobrze pokazać szamana, musiałbym budować już taką naprawdę pełną historię, pokazać kawałek (i to pewnie spory) historii z czasu, kiedy jeszcze żył. Inaczej się nie dało. Próbowałem wyraźniej tłumaczyć motywy szamana w pierwszej wersji tekstu, ale przy tej długości to trochę wyglądało jak sterta informacji wycięta z wikipedii, więc trochę to przemodelowałem, a w konsekwencji ten szaman stał się mocno niedopowiedziany.

Inna rzecz, że (jak pisałem) zakładałem, że czytelnicy będą się skupiać na innych elementach, więc i formowałem tekst pod to, czego się spodziewałem.

Ja widać, przestrzeliłem z wróżbami. ^^

Co się stało, że po śmierci nagle zaczął tak podle sąsiadów traktować?

On na dobrą sprawę mógł ich i przed swoją śmiercią traktować podobnie. To on wyznaczał przecież moment śmierci danej osoby, on nieraz “karnie” leczył, co daje spore pole do “nadużyć”. Po śmierci mógł się w zasadzie tylko bardziej rozkręcić. ;-)

Dziękować za odwiedziny, poświęcony czas i komentarz. :-)

 

ANDO, hej!

Dziękuję za podrzucenie kolejnej butli z tlenem. Jak widać, przydaje się. ;-)

Fajnie, że udało Ci się znaleźć pozytywy w tym tekście. Jeszcze fajniej, że nie muszę się bronić przed zarzutami. ^^

Zakończenie faktycznie ciężkawe, ale tutaj w ogóle musiałem walczyć, żeby tekst nie był zbyt lekki.

I żeby nie był śmieszny. ;-)

Jak zwykle u Ciebie, całość bardzo sprawnie napisana, niezwykle plastycznym językiem.

W pierwszej wersji ten język był jeszcze w dodatku mocno gawędziarski, ale dostałem ochrzan, że w horrorze się tak nie robi. :D

Podobały mi się powtórzenia w myślach Assy: Kofi i teksty niby pochodzące od szamana.

Lovecraft miał często u siebie wstawki w dziwacznych językach, więc ja pomyślałem, że na bazie tego stworzę coś takiego.

Dobrze, że opowiadanie trafiło do biblioteki.

Też się cieszę. ;-)

Przy okazji: dziękuję Finklom, bo zdaje się, że wszystkie kliki w (różnej formie) dostałem właśnie od nich. Chyba pierwszy raz ktoś mi jednoosobowo tekst do biblioteki wprowadził.

Dziękuję za poświęcony czas, komentarz i jeszcze raz za butlę z tlenem. To nie będzie dla mnie łatwy konkurs, jeśli chodzi o odpowiadanie na opinie, więc każde dobre słowo na wagę złota. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Przy okazji: dziękuję Finklom, bo zdaje się, że wszystkie kliki w (różnej formie) dostałem właśnie od nich.

Nie pamiętam, ale nie wydaje mi się. W tym tygodniu ani razu nie wróciłam do domu przed 18, to i potem było krucho z czasem albo przysypiałam nad kompem.

Babska logika rządzi!

No to współczuję tygodnia i winszuję dożycia weekendu. ;-)

Dobra, mam jeszcze jedno podejrzenie, kto mi te kliki przyznał, ale już lepiej nie będę strzelał. W każdym razie dziękuję za poświęcenie, bo trzeba było klikać czterema Użytkownikami, a domyślam się jaka to “frajda” przelogowywać się kilkukrotnie.

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Że kierunek był zły, to już wiemy. ;-)

Nie twierdzę, że zły, ale osobiście zdecydowanie wolę historie :)

 

Inna rzecz, że (jak pisałem) zakładałem, że czytelnicy będą się skupiać na innych elementach, więc i formowałem tekst pod to, czego się spodziewałem.

Jak mają się nie skupiać na szamanie, skoro jest w tytule? ;)

 

W każdym razie dziękuję za poświęcenie, bo trzeba było klikać czterema Użytkownikami, a domyślam się jaka to “frajda” przelogowywać się kilkukrotnie.

Ależ proszę bardzo :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Jak mają się nie skupiać na szamanie, skoro jest w tytule? ;)

W tytule jest las szamana. To nie to samo. XD

Ależ proszę bardzo :)

Dziękować, dziękować. Tak właśnie o Tobie pomyślałem, jak mi Finklowie odpadli z grona podejrzanych. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Hej CM-ie! Bardzo dobry tekst. Atmosfera niepewności, poszukiwanie chłopca, a może też próba odkrycia tajemnicy szamana. Sprawnie opisałeś nawet dziwne zdarzenia, dzięki czemu łatwiej wczułam się w fabułę. 

Faktycznie był moment, kiedy historia mnie nieco nużyła. Pewnie dlatego, że spodziewałam się kolejnej emocji, wisielca oraz drzewa. Urok i zarazem przekleństwo powtarzalnych motywów.

Finisz nie pozostawił wątpliwości, że z lasu się nie wraca. I fajnie.

Cytryno, cześć!

Podziękował za poświęcony czas i komentarz.

A przede wszystkim za kolejną “butlę z tlenem”, bo każde dobre słowo przy tym tekście jest dla mnie na wagę złota. ;-)

Faktycznie był moment, kiedy historia mnie nieco nużyła. Pewnie dlatego, że spodziewałam się kolejnej emocji, wisielca oraz drzewa. Urok i zarazem przekleństwo powtarzalnych motywów.

To był chyba największy minus tego pomysłu, że motywy muszą się powtarzać. Generalnie wiedziałem, że o zaskoczenie będzie ciężko, a że wymyśliłem sobie poważny tekst, to nawet humorem nie mogłem się w nim podratować. ;-)

Finisz nie pozostawił wątpliwości, że z lasu się nie wraca. I fajnie.

Podejrzewam, że Assa mógłby mieć inne zdanie na ten temat. XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cześć. Pomysł świetny i dobrze wykonany. Według mnie nikłe informacje na temat szamana bardziej służą, niż szkodzą – nie wszystko przecież musi być wyjaśnione, a nawet nie powinno.

Las wpasowuje się w duszny klimat, przypominał mi las samobójców w Japonii.

Z kolei postać protagonisty dość nieciekawa, bardziej jest, żeby być. No i te nieszczęsne robaki na końcu – dołączam do osób, które nie wiedziały skąd, jak i po co ;)

Ogólnie mi się podobało, ale bardziej z powodu lasu i jego tajemnicy niż bohatera :)

Cześć!

Boże, są pozytywy! Jak to człowiekowi niewiele do szczęścia potrzeba! :D

Fajnie, że pomysł podszedł. Z tym szamanem to jest tak, że mogłem albo bardzo dokładnie go przedstawiać (czytaj: walnąć pełną historię na ponad 30 000 znaków), albo się nad Wami zlitować i budować tego bohatera na niedopowiedzeniach. Postawiłem na litość. ;)

Z kolei postać protagonisty dość nieciekawa, bardziej jest, żeby być.

To prawda. Assa jest strasznie bezbarwny. Jakoś tak sobie założyłem, że bohaterem będzie las, a Assa ma mi się nie wpieprzać na pierwszy plan, tylko “sprzedać” koncept lasu. ;-)

W sumie wyszło jak chciałem…

Tyle że ze szkodą dla czytelnika.

Za robale się kajam. Ja czułem przy nich, że z tą oszczędnością w wyjaśnienia przeginam. Nie wiem, czego ich mocniej nie podkreśliłem. Pomysły były.

Dziękować za poświęcony czas i komentarz. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Bardzo wymowne przedstawienie lasu i drzewa, które wysysają poszczególne emocje z człowieka, pozostawiając go pustym… oczywiście, jeżeli wszystko dobrze zrozumiałam ;) Czytało się gładko, choć muszę przyznać, że pewien rodzaj pętli (powtarzalności pojawiającego się wisielca i tego, co za tym idzie), trochę przytłaczał i przeszkadzał.

Kasjopeja, hej!

Daruj skracanie nicku, ale ostatnio na podobny zabieg pozwoliła mi Koi, więc sprawdzam wyrozumiałość innych w tym względzie. ;-)

Podziękował za odwiedziny i komentarz.

Jak najbardziej dobrze zrozumiałaś. ;)

Z kolei tym motywem pętli ewidentnie sobie nie pomogłem i zdaję sobie już teraz sprawę, że atrakcyjności to tekstowi nie dodaje. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Można skracać, przekręcać. I tak sama sobie zafundowałam błąd przy zakładaniu konta, bo zeżarłam kropkę, więc skracanie mnie nie boli ;)

Fajnie. To następnym razem skrócę do Kasjo. A dalej będziemy kombinować. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Może być, choć jak tak dalej pójdzie, to wyjdzie K ;)

Pewnie się okaże, że K jest zajęte. :D

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Na pewno Q jest, ale o K nie słyszałam.

Jak potniemy Ci nick, to się dowiemy. ;-)

Ale mi się paskudnie zrymowało.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

wdów, których szaman pozbawił smutku, pieniaczy karnie leczonych z agresji.

wdów, które*

 

Pochować Mberata znaczyło dla nich tyle, co pogrzebać w ziemi samego diabła. Odważyli się dopiero, gdy ciało zaczęło gnić.

Dobre!

 

Czym jest wisielec? – pytał siebie w myślach. Halucynacją. Wyłącznie halucynacją

Marą, przywidzeniem… halucynacja to dość wyszukane słowo jak na mieszkańca wioski.

 

– Mberat, stary kretynie, pokaż się! Wyłaź!

Pobawiłbym się trochę w stylizację mowy. Ty diable, ty demonie…

 

Assa gapił się na to misterium i nagle jakby mu się oczy otwarły. Ci wisielcy… Mberat kreował dusze drzew. To była ta druga strona. Na tym polegała tajemnica uleczonych. Szaman prowokował wybrane emocje i wycinał, fragment po fragmencie, kolejne cząstki psychiki, tworząc… No właśnie? Co? Żywy las? Nie. Las szaleńców. Grupy drzew-wariatów o ułomnych charakterach, wypełnione jakąś namiastką osobowości. Gromady jednowymiarowych odmieńców – śmieszków, tchórzy, frustratów – zmuszonych, by przeżywać wciąż jedno i to samo. I tak aż po dzień, gdy mistrz Mberat, niczym wiecznie nienasycony artysta, ściągnie w końcu tyle ofiar, by nadać drzewom pełne charaktery.

Pięknie napisane, acz bardzo rozbudowane wyjaśnienie. Czy umierający prosty mieszkaniec szamańskiej wioski by tak myślał?

 

Ciekawy pomysł. Zainteresowałeś mnie od samego początku, ciekaw byłem, jak ta historia się potoczy. Pięknie odmalowałeś nawiedzony las, aż poczułem tę atmosferę grozy. Ogólnie tekst jest napisany umiejętnie, świetnie się to czyta.

Jedyny zarzut, jaki mam, to – choć lubię proste fabuły – to zawartość fabuły w pomyśle. Sądzę, że kilka tysięcy znaków mniej dobrze by zrobiło temu opowiadaniu, bo to (wg mnie) pomysł raczej na szorta.

Podobało mi się jednak jak prowadziłeś czytelnika dalej w las, dawałeś wskazówki, pokazywałeś coraz więcej szkieletów i można było się domyślić, że bohater wcale nie ucieka, tylko wchodzi coraz głębiej w pułapkę. To mi się podobało.

 

Powitał Gekiego. Jak już skracam nicki, to będę konsekwentny. ;-)

Marą, przywidzeniem… halucynacja to dość wyszukane słowo jak na mieszkańca wioski.

Zmienię to zaraz. Nie wiem, o czym ja tu myślałem. ;)

Pobawiłbym się trochę w stylizację mowy. Ty diable, ty demonie…

Normalnie pewnie bym się pobawił, bo to faktycznie fajna okazja, ale jak znam życie, to pewnie zaraz zacząłby mi się tu humor wciskać, więc odpuściłem. ;-)

Pięknie napisane, acz bardzo rozbudowane wyjaśnienie. Czy umierający prosty mieszkaniec szamańskiej wioski by tak myślał?

Ciąłem nie tam, gdzie trzeba. ;-)

Generalnie te myśli miały już nie do końca należeć do Assy. Gdzieś to nagłe olśnienie miało sugerować, że być może to szaman podrzuca mu wyjaśnienie. Miałem o tym ze dwa zdania w tekście, ale ostatecznie uznałem, że zostawię w domyśle. Teraz już wiem, że to średnio fortunna decyzja. ;)

 

Podziękował za wizytę i obszerny komentarz. Fajnie, że pomysł potrafił zaciekawić. Nad lasem pracowałem pod czujnym okiem obersturmbetaczytacza Maskrola.

Fabuła… Fabuła to generalnie nie jest moja najmocniejsza strona. ;) Jakoś zawsze mi to kuleje. Chyba za mocno się skupiam na samej prezentacji pomysłu, a jak przychodzi do zbudowania na tym historii, to już mi się koncepcja kończy.

I fakt, tekst mógł być krótszy. Brakło mi trochę świeższego spojrzenia na to opowiadanie. Generalnie u innych jakoś zwykle łatwo mi się rzuca w oczy to, co zbędne. U siebie jakoś na to ślepnę. :D

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Fabuła… Fabuła to generalnie nie jest moja najmocniejsza strona. ;) Jakoś zawsze mi to kuleje. Chyba za mocno się skupiam na samej prezentacji pomysłu, a jak przychodzi do zbudowania na tym historii, to już mi się koncepcja kończy.

Żeby nie było, prostota fabuły to cos, co bym krytykował jako ostatni. Po prostu bym jeszcze zrobił małe cięcie. :)

 

Generalnie u innych jakoś zwykle łatwo mi się rzuca w oczy to, co zbędne. U siebie jakoś na to ślepnę. :D

Nie ty jeden, nie ty jeden…

Napisane ładnie, czytało się naprawdę nieźle. Nie jestem fanem grozy, weirdu, Lovecrafta itp. i szczerze mówiąc nic merytorycznego nie przychodzi mi do głowy. A więc napiszę tylko: raczej nie zapamiętam tekstu na dłużej, ale atmosferę niepokoju / klimat czuć od początku do końca, a sama lektura była przyjemna ;)

Po prostu bym jeszcze zrobił małe cięcie. :)

Jak spojrzę na ten tekst za jakiś czas, to zapewne będę miał ochotę wpaść z gilotyną. ;-)

Nie ty jeden, nie ty jeden…

Chociaż tyle dobrze, że nie jestem sam.

 

Powitał Perruxa.

Podziękował za wizytę i komentarz.

Nie jestem fanem grozy, weirdu, Lovecrafta itp.

No to jest nas dwóch. ;-)

W ogóle żałuję, że nie poszedłem w jakąś lekką parodię Lovecrafta. Akurat w jego przypadku potencjał do tego typu konwencji jest. :)

 szczerze mówiąc nic merytorycznego nie przychodzi mi do głowy.

I to chyba najlepsze podsumowanie tego tekstu. XD

W każdym razie on wielu aspektach mógł być bardziej interesujący…

gdybym lepiej umiał pisać. ^^

A więc napiszę tylko: raczej nie zapamiętam tekstu na dłużej, ale atmosferę niepokoju / klimat czuć od początku do końca, a sama lektura była przyjemna ;)

Tyle chociaż dobrze, żeś się nie umęczył. ;-)

Dziękuję jeszcze raz za poświęcony czas.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Nie jestem fanem grozy, weirdu, Lovecrafta itp.

No to jest nas dwóch. ;-)

Wchodzę w to! ;-)

Babska logika rządzi!

Ja myślę, że gdyby zrobić jakąś sondę, to zebrałoby się całkiem sporą grupę. ;-)

Swoją drogą, nie ma to jak brać udział w konkursie upamiętniającym w jakiś sposób Lovecrafta i… na niego nadawać. XD

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Konkurs jest konkurs… W poprzednim poświęconym Lovecraftowi nawet coś wygrałam. Teraz mam gdzie szukać inspiracji. ;-)

A rapu też nie lubię, ale co z tego? :-)

Babska logika rządzi!

A właśnie, bo miałem pytać: na ten rap coś napiszesz, nie? Zdaje się, że tylko Ty i ANDO jeszcze się trzymacie, jeśli chodzi o passę startów w tegorocznych konkursach i szkoda by się było wysypać niemal na ostatniej prostej. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

W ogóle żałuję, że nie poszedłem w jakąś lekką parodię Lovecrafta. Akurat w jego przypadku potencjał do tego typu konwencji jest. :)

Gdyby tylko zwycięstwo zależało od czytelników, z ostatnich komentarzy wynika, że miałbyś wtedy spore szanse :P

Gdyby tylko zwycięstwo zależało od czytelników, z ostatnich komentarzy wynika, że miałbyś wtedy spore szanse :P

No właśnie napisać parodię Lovecrafta jest całkiem łatwo, bo jego pomysły ocierają się o groteskę, więc sądzę, że tekst taki, jak ten, który nawiązuje do niego przez budowanie klimatu, był trudniejszy do napisania i co za tym idzie – bardziej wart uznania. :)

A właśnie, bo miałem pytać: na ten rap coś napiszesz, nie?

Odmawiam odpowiedzi wprost. Czy mój poprzedni komentarz coś Ci sugeruje?

Babska logika rządzi!

Gekikara, oczywiście się zgadzam – naśladowanie lovecraftowskiej atmosfery nie jest wcale proste. Bardziej chodziło mi o fakt, że wypowiedziało się właśnie kilka osób, które nie lubią tego typu klimatu, dlatego parodia mogłaby paradoksalnie bardziej przypość im do gustu. Ale rzecz jasna wiem, że nie na tym polega konkurs ;)

No właśnie napisać parodię Lovecrafta jest całkiem łatwo, bo jego pomysły ocierają się o groteskę, więc sądzę, że tekst taki, jak ten, który nawiązuje do niego przez budowanie klimatu, był trudniejszy do napisania i co za tym idzie – bardziej wart uznania. :)

Napisać łatwo, ale wyłożyć się na tym jeszcze łatwiej. ;-)

Przy parodiowaniu czegoś, co samo w sobie stanowi pewną namiastkę parodii, bardzo łatwo przestrzelić. :-)

 

Odmawiam odpowiedzi wprost. Czy mój poprzedni komentarz coś Ci sugeruje?

Sugeruje, ale wolałem się upewnić. ;-)

 

Ale rzecz jasna wiem, że nie na tym polega konkurs ;)

Ze mną to od pewnego czasu jest tak, że jak jakiś pomysł przypadnie mi do gustu, to najmniej przejmuję się tym, na czym polega konkurs. :D

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Nowa Fantastyka