- Opowiadanie: Abbadon - Diabły Mówią Dobranoc

Diabły Mówią Dobranoc

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy V, zygfryd89, Finkla

Oceny

Diabły Mówią Dobranoc

Pierw­sze płat­ki śnie­gu spa­da­ły z nieba, by roz­pu­ścić się na ziemi, drze­wach i strze­chach cha­tek. Więk­szość miesz­kań­ców sta­ra­ła się ich nie za­uwa­żać, sku­pio­na na przy­go­to­wa­niach do bli­skiej już zimy. Męż­czyź­ni li­czy­li za­pa­sy, ko­bie­ty szyły ubra­nia, dzie­ci błą­dzi­ły po wio­sce, usi­łu­jąc zejść z oczu zde­ner­wo­wa­nym do­ro­słym.

Pe­wien męż­czy­zna cho­dził wście­kły po cha­cie, klnąc i od­gra­ża­jąc się prze­ra­żo­nej żonie. Jej winą była zguba po­je­dyn­cze­go worka mąki.

 Inna ro­dzi­na ner­wo­wo prze­li­cza­ła żyw­ność, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc po­dzie­lić marne za­pa­sy po­mię­dzy piąt­kę dzie­ci, pię­cioro do­ro­słych i dwóch dziad­ków. Ci ostat­ni sie­dzie­li na pry­czach, w mil­cze­niu dłu­biąc w drew­nie wy­słu­żo­ny­mi ko­zi­ka­mi. Nikt nie wie­dział jesz­cze, że obaj pod­ję­li już de­cy­zję. Gdy tylko zie­mię po­kry­je do­sta­tecz­nie gruba war­stwa śnie­gu, wy­bio­rą się na po­lo­wa­nie. Tylko tak mogli za­pew­nić ro­dzi­nie szan­sę prze­ży­cia.

Ktoś inny ści­skał swoją żonę i je­dy­ne dziec­ko, pre­zen­tu­jąc im zdo­by­ty dziś worek mąki. Mały, ale bez­cen­ny do­da­tek do za­pa­sów, da­ją­cy im na­dzie­ję na prze­trwa­nie do wio­sny.

Wszy­scy przy­go­to­wy­wa­li się do nad­cho­dzą­cej zimy. Wielu za­sta­na­wia­ło się, czy uda im się prze­żyć.

Tylko dwie osoby nie mu­sia­ły za­da­wać sobie tego py­ta­nia.

Bar­mir i Da­le­bo­ra, dwój­ka dzie­ci miesz­ka­ją­cych na samym skra­ju wsi, do­brze wie­dzia­ły, że dla nich to ko­niec. Ich ro­dzi­ce ode­szli z tego świa­ta ostat­niej zimy, zo­sta­wia­jąc im je­dy­nie na­rzę­dzia my­śliw­skie ojca i ma­leń­ką chat­kę, w któ­rej dotąd wszy­scy miesz­ka­li.

Tak długo jak trwa­ło lato, dzie­ci da­wa­ły sobie radę. Bar­mir, prze­żyw­szy już czter­na­ście wio­sen, pra­co­wał na polu, za­trud­niał się w go­spo­dar­stwach, cza­sem nawet cho­dził po­lo­wać, wy­ko­rzy­stu­jąc wszyst­ko, czego na­uczył go oj­ciec. Młod­sza od niego Da­le­bra zbie­ra­ła grzy­by i ja­go­dy, po­ma­ga­ła wie­śnia­kom przy zwie­rzę­tach, cza­sem nawet że­bra­ła, gdy przy­cho­dzi­ła taka po­trze­ba.

W ten spo­sób, choć przy­mie­ra­jąc gło­dem, dzie­ci prze­ży­ły jakoś ostat­ni rok. Gdy jed­nak na­de­szła zima, nikt nie po­trze­bo­wał już do­dat­ko­wych rąk do pracy. Nikt nie chciał też wziąć ich w opie­kę. Dzie­ci wie­dzia­ły, że śmierć wkrót­ce wy­cią­gnie po nie swe ko­ści­ste dło­nie. Pierw­szą chwy­ci­ła Da­le­bo­rę.

Nie na­de­szła jesz­cze zima, gdy dziew­czy­na za­czę­ła go­rącz­ko­wać. Brat po­da­wał jej wszyst­kie znane mu zioła i robił kom­pre­sy, lecz nic to nie po­ma­ga­ło.

Tam­tej nocy klę­czał przy jej łóżku, cier­pli­wie kar­miąc sio­strę go­to­wa­ną kaszą ze szcza­wiem. Da­le­bo­ra chci­wie chwy­ta­ła ko­lej­ne por­cje, z gry­ma­sem bólu na bla­dych war­gach. Mroź­ny wiatr wpa­dał przez dziu­rę w dachu, któ­rej żadne z nich nie po­tra­fi­ło za­ła­tać.

– Nie śpij, sio­strzycz­ko – po­wta­rzał co chwi­lę Bar­mir, po­cie­ra­jąc jej roz­pa­lo­ne czoło, jakby mógł je w ten spo­sób schło­dzić. – Pro­szę. Jedz i nie za­sy­piaj.

Dala nic nie od­po­wie­dzia­ła. Od wielu dni wła­ści­wie nie mó­wi­ła. Bar­mir był pe­wien, że wciąż go ro­zu­mie, ale nie miała już sił, by się ode­zwać.

– To tyle – po­wie­dział, gdy jego sio­stra skoń­czy­ła po­si­łek. – Na dzi­siaj musi ci to wy­star­czyć.

Da­le­bo­ra wy­cią­gnę­ła drżą­cą rękę i ści­snę­ła słabo dłoń brata. Uśmie­cha­ła się, ale w jej roz­pa­lo­nych oczach czaił się strach.

– Dzię­ku­ję – wy­szep­ta­ła drżą­cy­mi war­ga­mi.

– W po­rząd­ku. Wkrót­ce wy­zdro­wie­jesz, zo­ba­czysz.

Da­le­bo­ra nic nie od­po­wie­dzia­ła. Po­ło­ży­ła się z po­wro­tem w łóżku, nie­ru­cho­ma ni­czym kłoda. Bar­mir po­cze­kał kilka chwil, aż upew­nił się, że za­snę­ła, po czym wy­szedł z iz­deb­ki, wciąż ści­ska­jąc miskę w dłoni. Po­czuł chłod­ne, je­sien­ne po­wie­trze, po­zwo­lił, by pierw­sze tego roku płat­ki śnie­gu wy­lą­do­wa­ły mu na twa­rzy, zaraz roz­ta­pia­jąc się na skó­rze. Na­stęp­nie wziął głę­bo­ki wdech i rzu­cił o zie­mię ich ostat­nią reszt­ką je­dze­nia. Miska ude­rzy­ła o ka­mień, pę­ka­jąc na dwoje.

Bar­mir krzy­czał. Szty­le­ty chło­du roz­dzie­ra­ły mu gar­dło, ale to było dla niego bez zna­cze­nia. I tak miał nie­dłu­go umrzeć. Brakowało mu je­dze­nia, nikt nie chciał mu pomóc, jego dom był ru­de­rą. Ani on, ani Da­le­bo­ra nie mogli tego prze­żyć.

Usiadł na progu, ze łzami w oczach my­śląc o swo­jej sy­tu­acji. Robił to już wiele razy i wnio­sek za­wsze po­zo­sta­wał taki sam. Jego sio­stra nie mogła wy­zdro­wieć, żyjąc w gło­dzie i zim­nie. By jej pomóc, po­trze­bo­wał pie­nię­dzy i je­dze­nia, ale nie miał ani jed­ne­go, ani dru­gie­go. Nawet w środ­ku lata oboje żyli z dnia na dzień, a co do­pie­ro teraz, gdy zbli­ża­ła się zima. Lasy były opu­sto­sza­łe, a kraść nie było od kogo.

W tej sy­tu­acji, po­zo­sta­wa­ło mu tylko jedno.

Wes­tchnął cięż­ko i wró­cił do domu. Nie bu­dząc sio­stry, wy­cią­gnął z do­mo­wej skrzy­ni łuk, wiąz­kę strzał, długi nóż i lekki skó­rza­ny pan­cerz. Wszyst­ko, co zo­sta­ło mu po ojcu.

Był synem my­śli­we­go. Wie­dział, jak się tym po­słu­żyć.

Ubrał się, wziął broń i ru­szył w stro­nę lasu. Ale nie tam, gdzie uda­wał się za­zwy­czaj. Nie do ma­łe­go, bez­pań­skie­go za­gaj­ni­ka, w któ­rym od dwóch ty­go­dni nie zła­pał nic, nawet tropu naj­mniej­sze­go za­ją­ca. Nie mógł już dłu­żej po­zwo­lić sobie na pół­środ­ki. Mu­siał iść dalej.

Po kilku chwi­lach mar­szu sta­nął na samym skra­ju znacz­nie więk­szej, ciem­niej­szej pusz­czy, pa­trząc na roz­po­ście­ra­ją­cą się przed nim gę­stwi­nę. Wi­dział nie­chęt­ne spoj­rze­nia żu­brów, wro­gie ły­pa­nie wilka, sły­szał zło­wróżb­ne śpie­wy naj­róż­niej­szych pta­ków. Miał wra­że­nie, że nawet drze­wa pa­trzą na niego nie­na­wist­nie.

Czar­ny Las. Je­dy­ne miej­sce, gdzie mimo zbli­ża­ją­cej się zimy, zwie­rzy­ny wciąż było pod do­stat­kiem.

Mimo na­dej­ścia czło­wie­ka, żadne zwie­rzę nie ucie­kło. Po­zo­sta­ły na swo­ich miej­scach, pra­wie nie zwra­ca­jąc na niego uwagi. Nie oba­wia­ły się Bar­mi­ra, bo w tym lesie nikt nie po­lo­wał. Choć­by cała wieś miała umrzeć z głodu.

Bar­mir wziął głę­bo­ki wdech i po­pra­wił za­wie­szo­ny na ple­cach łuk. Mógł­by teraz na­ło­żyć strza­łę, na­cią­gnąć cię­ci­wę i strze­lić do któ­re­goś ze zwie­rząt. Ale nim jego ofia­ra pa­dła­by na zie­mię, on już że­gnał­by się z ży­ciem, a zaraz po nim za­pew­ne i cała jego wio­ska.

Mar­twi nie po­trze­bu­ją je­dze­nia. Mar­twi ni­ko­mu go też nie za­nio­są. Jeśli miał pomóc Da­le­bo­rze, po­trze­bo­wał cze­goś lep­sze­go.

Prze­kro­czył gra­ni­cę lasu i ru­szył przed sie­bie. Czuł nie­na­wiść, ema­nu­ją­cą z kory drzew i ciał zwie­rząt. Miał wra­że­nie, że nawet trawa pod sto­pa­mi za­wią­zu­je mu się wokół butów, by po­wstrzy­mać go od mar­szu.

Nie za­trzy­my­wał się jed­nak. Nie prze­sta­wał iść, do­pó­ki nie usły­szał głosu swo­jej matki gdzieś za ple­ca­mi.

Od dziec­ka słu­chał opo­wie­ści o Noc­nych Dzie­ciach, stwo­rze­niach za­miesz­ku­ją­cych Czar­ny Las. Wie­dział, że ich przyj­ście po­prze­dza­ją ilu­zje, dziw­ne od­gło­sy, śmie­chy. Nie wolno mu było po­zwo­lić, by te sztucz­ki go zwio­dły. One chcia­ły, by choć na chwi­lę się roz­pro­szył.

Dla­te­go gdy usły­szał głos swo­jej matki, nie od­wró­cił się i nie słu­chał słów zjawy. Stał spo­koj­nie, sku­pia­jąc wzrok na gę­stwi­nie przed nim, igno­ru­jąc wszel­kie dźwię­ki i wi­dzia­ne kątem oka ob­ra­zy.

Po pew­nym cza­sie, w mroku przed sobą zo­ba­czył parę po­ły­sku­ją­cych, ja­sno­żół­tych oczu. Zaraz za nimi po­ja­wi­ła się ko­lej­na, a na­stęp­nie jesz­cze jedna. Wkrót­ce potem dziw­ne od­gło­sy usta­ły, a wśród głu­szy roz­brzmiał mro­żą­cy krew w ży­łach chi­chot. Ciem­ne fi­gu­ry za­czę­ły się do niego zbli­żać.

Bar­mir po­wo­li się­gnął do kie­sze­ni i wyjął z niej mały, okrą­gły amu­let, który wiele lat temu kupił na od­pu­ście. Uniósł go na wy­so­kość oczu i trwał bez ruchu. Miał wiel­ką ocho­tę się­gnąć po łuk, ale wie­dział, że to by­ła­by czy­sta głu­po­ta.

Ciem­ne stwo­ry krą­ży­ły do­oko­ła niego, tań­cząc i pod­śpie­wu­jąc. Przy­po­mi­na­ły tro­chę ludzi, po­mi­mo czar­nej jak wę­giel skóry, wiel­kich żół­tych oczu i bia­łych, nie­mal­że świe­cą­cych zębów.

– Co tutaj ro­bisz, czło­wie­ku? – Bar­mir usły­szał wy­so­ki, szy­der­czy głos jed­nej z istot. – Czyż­byś zgu­bił się w lesie, z łu­kiem za­wie­szo­nym na ple­cach?

– A może chcia­łeś na­zbie­rać ziół? – za­py­tał ko­lej­ny, jesz­cze wyż­szy głos. – I za­bra­łeś kilka strzał, by mieć czym je od­ci­nać?

– Chcę ubić in­te­res – od­po­wie­dział naj­spo­koj­niej jak umiał. Isto­ty pa­trzy­ły na niego przez mo­ment, po czym wy­bu­chnęły śmie­chem.

– A co ty, sa­mot­ny czło­wie­czek, mo­żesz nam niby dać? – za­py­ta­ła jedna z nich, pod­pły­wa­jąc do niego ni­czym mgła. – Już za sam fakt, że wsze­dłeś do na­sze­go lasu i wy­stra­szy­łeś nasze zwie­rzę­ta, po­win­ni­śmy spra­wić, że nigdy wię­cej nie uj­rzysz bla­sku słoń­ca.

– Nie mo­że­cie mnie do­tknąć, gdy trzy­mam amu­let – od­parł Bar­mir. Mimo stra­chu zmu­sił się, by pa­trzeć po­two­ro­wi w oczy. – Wiem o tym.

– I my­ślisz, że to nas po­wstrzy­ma? – Ciem­no­wło­sa dziew­czy­na-po­twór ro­ze­śmia­ła się gło­śno. – Przez dzie­się­cio­le­cia, całe świę­te armie pró­bo­wa­ły we­drzeć się do tego lasu. Przy­no­si­li sym­bo­le, pan­ce­rze, uświę­co­ne po­tra­wy, cza­sem nawet sa­mych ka­pła­nów pod nasze gra­ni­ce. Żaden z nich nie wró­cił. A ty my­ślisz, że po­wstrzy­ma nas twój wi­sio­rek?

– On nie ma was po­wstrzy­mać. Ma was je­dy­nie spo­wol­nić. Do czasu, aż przed­sta­wię wam swoją ofer­tę.

– A jakaż to niby ofer­ta?

– Po­zwól­cie mi upo­lo­wać z wa­sze­go lasu jedno, duże zwie­rzę.

Ko­lej­na salwa śmie­chu prze­to­czy­ła się po­śród stwo­rów.

– Czło­wie­ku, masz po­ję­cie co czeka tych, któ­rzy choć­by po­my­ślą o za­bra­niu stąd zwie­rzę­cia?

– Wiem. I to wła­śnie wam ofe­ru­ję. W za­mian za zwie­rzy­nę, zo­sta­nę tu z wami. Na za­wsze. Obie­cu­ję, że nie będę ucie­kał, wzy­wał po­mo­cy ani pró­bo­wał ja­kich­kol­wiek sztu­czek. A poza tym zro­bię wszyst­ko, co tylko ze­chce­cie.

Śmie­chy nagle usta­ły. Stwo­ry po­pa­trzy­ły na niego ze zdzi­wie­niem. Chyba nawet im taka ofer­ta wy­da­wa­ła się sza­lo­na.

– Wiem, że tacy jak wy po­ry­wa­ją cza­sem ludzi i prze­trzy­mu­ją ich jako zwie­rząt­ka – kon­ty­nu­ował Bar­mir. – Zo­sta­nę jed­nym z nich, jeśli chce­cie. Jeśli wo­li­cie, będę wam słu­żył. Nie będę ucie­kał, ani ni­cze­go pla­no­wał. Zo­sta­nę z wami z wła­snej, nie­przy­mu­szo­nej woli.

Dzie­ci, wy­raź­nie zszo­ko­wa­ne, po­pa­trzy­ły naj­pierw na sie­bie na­wza­jem, a na­stęp­nie z po­wro­tem na Bar­mi­ra.

– Dla­cze­go chcesz się tak po­świę­cić dla jed­ne­go zwie­rzę­cia, któ­re­go nawet nie zjesz?

Chło­pak wska­zał dło­nią w kie­run­ku, z któ­re­go nad­szedł.

– Tam, w nie­da­le­kiej wio­sce, leży moja sio­stra. Jest chora i jeśli nie dam jej nic do je­dze­nia, umrze.

Bar­mir pa­trzył na Dzie­ci, sta­ra­jąc się za­cho­wać ab­so­lut­ny spo­kój. Jego serce biło jak sza­lo­ne, ale twarz wy­ra­ża­ła spo­kój. Nie mógł po­zwo­lić sobie na oka­za­nie sła­bo­ści.

Elfy po­pa­trzy­ły po sobie raz jesz­cze, po czym bez słowa wzbi­ły się do lotu. Bar­mir le­d­wie mógł je zo­ba­czyć, gdy uno­si­ły się na tle noc­ne­go nieba. Sły­szał je­dy­nie ich chi­chot i szum oko­licz­nych drzew.

Ode­tchnął w duchu. Po­wta­rzał sobie, że wcale nic nie traci na tym ukła­dzie. Gdyby tu nie przy­szedł, i tak bym umarł, a wcze­śniej pa­trzył jak od­cho­dzi jego sio­stra. W ten spo­sób mógł oca­lić cho­ciaż ją. Może nawet po­zwo­lą mu żyć, choć za­pew­ne mar­nie.

W końcu, po nie­skoń­cze­nie dłu­gim cza­sie, stwo­rze­nia wró­ci­ły na zie­mię, chi­cho­cząc i pa­trząc na niego z mści­wą sa­tys­fak­cją. Nie wie­dział, co zde­cy­do­wa­ły, ale był pe­wien, że mu się to nie spodo­ba.

Naj­więk­szy spo­śród nich wy­szedł na­przód, roz­cią­ga­jąc wargi w sa­dy­stycz­nym uśmie­chu.

– Oto za­sa­dy: po pierw­sze, wy­ru­szysz do walki nagi, uzbro­jo­ny wy­łącz­nie w daną ci przez nas włócz­nię. Po dru­gie, sami wy­bie­rze­my zwie­rzę, z któ­rym się zmie­rzysz, a ty nie masz prawa zabić żad­ne­go in­ne­go stwo­rze­nia w tym lesie. Po trze­cie, mu­sisz skoń­czyć, nim na­sta­nie ranek. Swoją za­pła­tę od­bie­rze­my zaraz po tym, jak spo­tkasz się z sio­strą.

Bar­mir prze­my­ślał do­kład­nie po­sta­wio­ne mu wa­run­ki. Były su­ro­we, ale nie na tyle, by nie miał szans na zwy­cię­stwo. Zda­wał sobie spra­wę, że kryje się w tym jakiś pod­stęp, ale nie po­tra­fił go do­strzec. Po dłu­gim za­sta­no­wie­niu, ski­nął nie­chęt­nie głową, mogąc je­dy­nie zga­dy­wać, na co tak na­praw­dę się zgo­dził.

Roz­ma­wia­ją­cy z nim po­twór wy­szcze­rzył swoje nie­na­tu­ral­nie białe zęby.

– Świet­nie. W takim razie…

Stwór mach­nął ręką i nagle Bar­mir po­czuł serię ma­lut­kich, bo­le­snych ukłuć na swoim ra­mie­niu. Spoj­rzał na rękę, na któ­rej nagle za­czę­ły wy­ra­stać małe, czar­ne piór­ka, ro­sną­ce z każ­dym mo­men­tem. Prze­ra­żo­ny pró­bo­wał krzy­czeć, ale z jego gar­dła wy­do­by­ło się je­dy­nie znie­kształ­co­ne kra­ka­nie. Nagle zdał sobie spra­wę, że jego wargi za­stę­pu­je teraz mały, czar­ny dziób.

To wszyst­ko trwa­ło za­le­d­wie mo­ment. Zaraz potem jedno z Dzie­ci, teraz wy­glą­da­ją­cych dla niego ni­czym ol­brzym, chwy­ci­ło go de­li­kat­nie w dło­nie. Stał się tak mały, że mie­ścił się w jej rę­kach.

– Nie martw się, to tylko na chwi­lę. Nie chce­my, byś szpe­rał w na­szym lesie, gdy przy­go­to­wu­je­my twoją za­ba­wę.

Bar­mir zro­zu­miał ją, ale jakby po­ło­wicz­nie. Wraz z me­ta­mor­fo­zą ciała, zmie­niał się także jego umysł. Wkrót­ce cała jego ludz­ka jaźń roz­pły­nę­ła się, ustę­pu­jąc miej­sca jego no­we­mu, pta­sie­mu ro­zu­mo­wi.

Obu­dził się jakiś czas póź­niej, z za­że­no­wa­niem uświa­da­mia­jąc sobie, że jest nagi. Tuż obok le­ża­ła pro­sta włócz­nia – krót­ki kij z ostrym krze­mie­niem na końcu. Obej­rzał do­kład­nie broń i uśmiech­nął się lekko. Nocne Dzie­ci mogły być nie­obli­czal­ne, ale po­stą­pi­ły na swój spo­sób spra­wie­dli­wie, dając mu praw­dzi­we, mocne drew­no i ostry grot. Gdyby tra­fił w oczy, naj­czul­szy punkt u więk­szo­ści zwie­rząt, na­praw­dę mógł­by wy­rzą­dzić tym krzyw­dę.

Wstał, ści­ska­jąc pry­mi­tyw­ną broń i ro­zej­rzał się do­oko­ła. Był na ma­lut­kiej po­lan­ce, oto­czo­nej ze wszyst­kich stron gę­stwi­ną. Nie­opo­dal zo­ba­czył małą, szkla­ną klep­sy­drę, ma­ją­cą za­pew­ne od­mie­rzać mu czas. Ona też wy­da­wa­ła się uczci­wa. Nie miała w sobie wiele pia­sku, ale my­śliw­skie do­świad­cze­nie mó­wi­ło mu, że może zdą­żyć, jeśli tylko bę­dzie dzia­łał szyb­ko.

Nagle do jego uszu do­biegł trzask ła­ma­nych ga­łę­zi, jakby ja­kieś zwie­rzę prze­dzie­ra­ło się wła­śnie przez krza­ki. Na­tych­miast przy­jął je­dy­ną znaną mu po­zy­cję do walki włócz­nią – stopy sze­ro­ko roz­sta­wio­ne, obie dło­nie na drzew­cu. Nie do końca pa­so­wa­ło to do jego krót­kiej dzidy, ale nie miał in­nych po­my­słów. Wy­ce­lo­wał grot w kie­run­ku, z któ­re­go do­cho­dzi­ły od­gło­sy.

Co do niego przyj­dzie? Szyb­ki, nie­uchwyt­ny lis? Wiel­ki, dra­pież­ny wilk? Po­tęż­ny, szar­żu­ją­cy jeleń? A może kom­plet­nie nie­na­tu­ral­ny po­twór, ja­kie­go jesz­cze w życiu nie wi­dział? Wziął głę­bo­ki wdech i cze­kał w na­pię­ciu, aż jego cel wy­ło­ni się z krza­ków.

W końcu nad­szedł. Ale Dzie­ci, wbrew jego na­dzie­jom, wcale nie miały za­mia­ru się nad nim li­to­wać. Przez krza­ki przedarł się nie lis, nie wilk, nawet nie wiel­ki, wy­trzy­ma­ły jeleń.

Ru­szył na niego niedź­wiedź.

Bar­mir od­sko­czył w prze­ra­że­niu, upa­da­jąc na trawę. Roz­pę­dzo­ne zwie­rzę mi­nę­ło go o nie­ca­ły krok. Na­tych­miast wstał, wie­dząc, jak szyb­ko po­tra­fi za­wró­cić niedź­wiedź.

I fak­tycz­nie, zwierz zaraz za­wró­cił, po raz drugi rzu­ca­jąc się na Bar­mi­ra. Tym razem pró­bo­wał po­chwy­cić go, sta­jąc na dwóch ła­pach. My­śli­wy cofał się co sił w no­gach, bał się jed­nak od­wró­cić, by nie stra­cić stwo­rze­nia z oczu.

Ostry ból prze­szył jego plecy, gdy ude­rzył o drzewo; nie miał jed­nak czasu, by o tym roz­my­ślać. Od­sko­czył, a mon­strum wbiło pa­zu­ry w znajdujący się za nim pień. Bar­mir za­ata­ko­wał dzidą, pró­bu­jąc tra­fić je w oczy.

Zwie­rzę od­sko­czy­ło, a Bar­mir za­mach­nął się po­now­nie, zmu­sza­jąc niedź­wie­dzia do wy­co­fa­nia się o kilka kro­ków. Wy­ko­rzy­stał ten mo­ment, by po­biec jak naj­da­lej w las, z dala od otwar­tej prze­strze­ni, na któ­rej nie miał żad­nej osło­ny.

I tutaj jed­nak nie był bez­piecz­ny. Wy­so­kie krze­wy spo­wal­nia­ły wpraw­dzie niedź­wie­dzia, ale tak samo dzia­ła­ły na Bar­mi­ra. Na szczę­ście drze­wa da­wa­ły mu też pewną prze­wa­gę. Two­rzy­ły mię­dzy sobą wą­skie prze­smy­ki, przez które be­stia nie mogła się prze­do­stać, jeśli usta­wił tam swoją włócz­nię. Dzię­ki temu, gdy niedź­wiedź przy­pu­ścił ko­lej­ną szar­żę, ostry krze­mień zmu­sił go, by się wy­co­fał. To samo stało się z na­stęp­nym i ko­lej­nym ata­kiem.

W końcu, nie mogąc się prze­drzeć, stwo­rze­nie za­trzy­ma­ło się w pew­nej od­le­gło­ści i krą­ży­ło mię­dzy drze­wa­mi, uważ­nie go ob­ser­wu­jąc. W pew­nej chwi­li otar­ło się gwał­tow­nie o jedno z drzew, jakby chcia­ło spraw­dzić nerwy swo­jej ofia­ry. Bar­mir ani drgnął. Nie po­zwa­lał, by ogar­nę­ła go pa­ni­ka.

Niedź­wiedź ob­ser­wo­wał go przez jakiś czas, jak gdyby ob­my­śla­jąc plan. Potem ze­rwał się z miej­sca, bie­gnąc tuż poza za­się­giem włócz­ni. Mi­nę­ła chwi­la, nim Bar­mir zro­zu­miał, co się dzie­je.

Niedź­wiedź pę­dził do sze­ro­kie­go przej­ścia, które ro­ślin­ność two­rzy­ła ka­wa­łek dalej. Tam gęste drze­wa nie mogły go za­trzy­mać.

Chło­pak pa­trzył na to z prze­ra­że­niem, lecz nie pró­bo­wał po­wstrzy­mać zwie­rzę­cia. Nie mógł wiecz­nie ucie­kać – klep­sy­dra po­zo­sta­wio­na mu przez Nocne Dzie­ci mu­sia­ła już się niemal przesypać. Przy­brał po­zy­cję i cze­kał na atak.

Be­stia mi­nę­ła ostat­nie drze­wo, jak osza­la­ła szar­żu­jąc w kie­run­ku Bar­mi­ra. On także ru­szył, w biegu po­chy­la­jąc włócz­nię i krzy­cząc ze wszyst­kich sił. Ce­lo­wał w pysk zwie­rzę­cia.

Broń prze­bi­ła jedno z oczu, ła­miąc się z trza­skiem. Roz­legł się ryk bólu, gdy krew i ka­wał­ki mię­śni po­le­cia­ły na trawę, bar­wiąc ją głę­bo­kim szkar­ła­tem. Bar­mir stra­cił rów­no­wa­gę i upadł na zie­mię.

Na­tych­miast pod­niósł się i zo­ba­czył, jak niedź­wiedź po raz ostat­ni od­wra­ca się w jego stro­nę. Frag­ment włócz­ni wciąż tkwił w jego oku, ocie­ka­jąc cie­płą, lepką krwią.

Stał tak jesz­cze przez chwi­lę, ki­wa­jąc się z boku na bok, na prze­mian otwie­ra­jąc i za­my­ka­jąc swoją wiel­ką, roz­trza­ska­ną pasz­czę, jak gdyby pró­bo­wał coś po­wie­dzieć. W końcu upadł cięż­ko na trawę.

Bar­mir sta­nął nad zwie­rzę­ciem, dy­sząc. Zro­bił to. Na­praw­dę tego do­ko­nał. Za­czął się prze­raź­li­wie, opę­tań­czo śmiać. Na­praw­dę go zabił!

Spoj­rzał raz jesz­cze na zdo­bycz, czu­jąc prze­peł­nia­ją­cą go dumę, lecz wtedy ciało zwie­rzę­cia nagle za­czę­ło się kur­czyć. Gęste futro nagle za­czę­ło za­ni­kać, a kły i pa­zu­ry za­stę­po­wa­ły ich ludz­kie od­po­wied­ni­ki.

Bar­mir pa­trzył na to z prze­ra­że­niem. Na po­cząt­ku nic nie ro­zu­miał, potem jed­nak po­wo­li za­czął zda­wać sobie spra­wę z okrut­nej praw­dy.

To nie był niedź­wiedź. Jego ofia­rą był czło­wiek, za­mie­nio­ny w zwie­rzę przez Nocne Dzie­ci. I to nie przy­pad­ko­wy czło­wiek.

To była jego sio­stra.

Bar­mir padł na ko­la­na, do­ty­ka­jąc drżą­cą dło­nią zma­sa­kro­wa­nej twa­rzy Da­le­bo­ry. Dziew­czy­na otwo­rzy­ła oko i za­mglo­nym wzro­kiem spoj­rza­ła na brata.

– Bar­mir… – ode­zwa­ła się sła­bym gło­sem. – Ty…

– Tak sio­strzycz­ko. To ja. – Po­chy­lił się i objął jej słabe ciało. Cie­pła krew za­pla­mi­ła mu po­licz­ki, mie­sza­jąc się z jego go­rą­cy­mi łzami. Czuł, jak ucho­dzi z niej życie.

– Przy­szły do mnie Nocne Dzie­ci… Za­pro­po­no­wa­ły…

– Wiem. Wiem co.

– Zgo­dzi­łam się, bo chcia­łam cię ra­to­wać…

– Wiem, sio­strzycz­ko. Wszyst­ko ro­zu­miem – wy­szep­tał. Chciał po­wie­dzieć coś wię­cej, lecz głos za­ła­mał mu się i za­czął przeraźliwie szlo­chać.

Wciąż jesz­cze sie­dział tam, ści­ska­jąc mar­twe ciało swo­jej sio­stry, gdy czar­ne syl­wet­ki na po­wrót wy­ło­ni­ły się z gę­stwi­ny. Sły­szał ich śmie­chy. Cy­nicz­ne, pełne nie­na­wi­ści śmie­chy istot, które nigdy nie miały za­mia­ru po­zwo­lić, by ja­ki­kol­wiek czło­wiek wy­szedł żywy z ich lasu.

Koniec

Komentarze

Okej. Dzięki wielkie za wszystkie komentarze i dobre rady. Wybetowałem co umiałem, więc teraz czas na publikację. Życzcie szczęścia :D

Świetne opowiadanie, Abbadon. Naprawdę mi się podobało. Jest mrocznie, smutno, klimatycznie. Choć niestety jest pewna dysproporcja, bo początek nudzi. Nie dlatego, że nic się nie dzieje, po prostu nie ma w nim kompletnie nic ciekawego/odkrywczego. No ale od momentu powzięcia planu przez chłopca ((cały czas mój umysł czytał jego imię jako Boromir – nie potrafiłam się zmusić, aby czytać je Barmir :P (nawet teraz czytając to zdanie)) i w szczególności wejścia do lasu spodobało mi się.

Chociaż gdyby nie zakończenie zapewne moja ocena nie byłaby tak wysoka. Było dokładnie takie, jakie oczekiwałam (co nie znaczy, że mnie nie zaskoczyłeś). Gdy pojawił się niedźwiedź pomyślałam: meh. Cieszę się, że później stało się to, co się stało, bo sama o tym z początku pomyślałam. Moje wyobrażenie mówiło jednak raczej, że już na początku pojawi się człowiek i chłopiec będzie musiał zabić niewinnego, aby uratować siostrę. Cieszę się jednak z twojego pomysłu ;)

Styl również całkiem całkiem, choć pewnie mogłoby być bardziej płynnie. To jednak jest do wyćwiczenia :)

 

Teraz co mi zgrzytało.

Rozumiem, czemu Barmir to zrobił i to szanuje, ale co właściwie jego umierająca siostra bez sił miałaby zrobić z takim np. jeleniem? Jest kupa roboty i wysiłku, aby go oporządzić. 

 

oraz

 

Co do niego przyjdzie? Szybki, nieuchwytny lis? Wielki, drapieżny wilk? Potężny, szarżujący jeleń? A może kompletnie nienaturalny potwór, jakiego jeszcze w życiu nie widział? Wziął głęboki wdech i czekał w napięciu, aż jego cel wyłoni się z krzaków.

W końcu nadszedł. Ale Dzieci, wbrew jego nadziejom, wcale nie miały zamiaru się nad nim litować. Przez krzaki przedarł się nie lis, nie wilk, nawet nie wielki, wytrzymały jeleń.

Ruszył na niego niedźwiedź.

Najpierw, jak widzisz, bohater ma obawę, że będzie to “nienaturalny potwór, jakie jeszcze w życiu nie widział”, a później, widząc niedźwiedzia, stwierdza, że “Dzieci wbrew jego nadziejom nie miały zamiaru się litować”. Niedźwiedzie są straszne, to fakt, ale czy nie gorszy byłby jednak ten potwór?

Dzieci się nie ulitowały, ale wcześniejsze jego przypuszczenie było straszniejsze. Więc może lepiej byłoby: “W końcu nadszedł. I tak jak się obawiał, Dzieci nie miały zamiaru się nad nim litować. Ruszył na niego niedźwiedź”.

 

 

Powodzenia w dalszym pisaniu! A ja polecam do biblioteki :)

 

 

Ps. Polecam następnym razem usunąć opowiadanie po skończonej becie, a później wstawić je raz jeszcze. Nie będziesz miał ładnie zaznaczonego, kto betował, ale zawsze możesz sam to napisać w przedmowie, a przynajmniej nie będzie tych nabitych pustych komentarzy. Ale to twoja preferencja :) (można jeszcze poprosić wszystkich o usunięcie swoich komentarzy)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Nie nadeszła jeszcze zima, nim dziewczyna zaczęła gorączkować.

Nie nadeszła jeszcze zima, gdy…

 

Początek wydawał mi się trochę z innej bajki, jakoś mi tak nie pasował do reszty. Może gdybyś zaczął od chłopca i wszystkie te przygotowania do zimy opisał jako jego obserwacje byłoby to bardziej spójne.

Generalnie jednak podobało mi się. Zastanawiałam się, jak też elfy oszukają chłopaka, bo że tak się stanie nie miałam wątpliwości. Jednak to, co wymyśliłeś do głowy mi nie przyszło. Zakończenie zaskoczyło, a o to między innymi chodzi :)

Tylko tytułu nijak nie rozumiem.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzięki wielkie za oceny i dobre rady, które na pewno zapamiętam. Cały czas zastanawiam się tylko, jak mógłbym zmienić początek. Chciałem pokazać, jak to w wiosce nie powodzi się najlepiej. Nie jestem pewien, co wymaga tu zmiany

Osobiście zaczęłabym od dzieciaków, a to, co dzieje się w wiosce przedstawiła obserwacje Barmira. Przechodzi przez wioskę, może liczy na to, że uzyska pomoc, widzi jednak, że nie ma szans, bo i innym jest ciężko. Ale to tylko mój punkt widzenia, poczekaj jeszcze, co powiedzą inni.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Początek opowiadający o nie najlepszej sytuacji wioski przed zbliżającą się zimą nieco nuży, ale kiedy Boromir wyrusza na łowy i trafia do Czarnego Lasu, robi się ciekawiej. Podstęp Nocnych Dzieci zasmucił.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

po­dzie­lić marne za­pa­sy po­mię­dzy piąt­kę dzie­ci, pię­ciu do­ro­słych i dwoje dziad­ków. ―> Można mówić o pięciu dorosłych, gdyby to byli sami mężczyźni, a podejrzewam, że wśród dorosłych była też choćby jedna kobieta. Dziadkowie natomiast, to mężczyźni, więc: …po­dzie­lić marne za­pa­sy po­mię­dzy piąt­kę dzie­ci, pięcioro do­ro­słych i dwóch dziad­ków.

 

Tylko tak mogli za­pew­nić ich ro­dzi­nie szan­sę prze­ży­cia. ―> Tylko tak mogli za­pew­nić swojej ro­dzi­nie szan­sę prze­ży­cia.

 

Nie na­de­szła jesz­cze zima, nim dziew­czy­na za­czę­ła go­rącz­ko­wać. ―> Nie na­de­szła jesz­cze zima, gdy dziew­czy­na za­czę­ła go­rącz­ko­wać.

 

ale nie miało to dla niego zna­cze­nia. I tak miał nie­dłu­go umrzeć. Nie miał je­dze­nia… ―> Lekka miałoza.

 

a kraść nie było od kogo. ―> …a kraść nie było komu.

Kraść można coś komuś, nie od kogoś.

 

Ubrał się, za­brał broń i ru­szył w stro­nę lasu. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Ubrał się, wziął broń i ru­szył w stro­nę lasu.

 

po czym wy­bu­chły śmie­chem. ―> …po czym wy­bu­chnęły śmie­chem.

 

a mon­strum wbiło pa­zu­ry w znaj­du­ją­ce się za nim drew­no. ―> …a mon­strum wbiło pa­zu­ry w znaj­du­ją­ce się za nim drzewo.

Drzewo staje się drewnem dopiero po ścięciu.

 

klep­sy­dra po­zo­sta­wio­na mu przez Nocne Dzie­ci mu­sia­ła już się wy­czer­py­wać. ―> Klepsydra to nie bateria, nie wyczerpuje się.

Proponuję: …piasek w klep­sy­drze po­zo­sta­wio­nej przez Nocne Dzie­ci, mu­sia­ł już się przesypywać.

 

i za­czął open­tań­czo szlo­chać. ―> …i za­czął opętań­czo/ przeraźliwie szlo­chać.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobry tekst. Udało Ci się umieścić w nim sporo emocji, zwłaszcza w zakończeniu. Spodziewałem się, że mieszkańcy lasu coś wywiną i w scenie czekania na przeciwnika podejrzewałem, że bohater ujrzy siostrę, ale jak pojawił się niedźwiedź, udało Ci się mnie zmylić. Opowiadanie na pewno zasługuje na bibliotekę.

Finisz robi to opowiadanie. Wcześniej jest ckliwość, granie na uczuciach, biedne dzieci… Końcówka mocna i zaskakująca.

Babska logika rządzi!

Dziękuję wszystkim za komentarze i wskazówki, które chętnie wykorzystam. Cieszę się, że opowiadanie ma pozytywny odbiór

Finklo, ale nie do końca rozumiem, co masz na myśli. Uważasz, że ckliwość jest tu wymuszona/niepotrzebna? W mojej opinii bez grania na uczuciach finał nie były taki depresyjny (a jak najbardziej miał taki być).

Mam na myśli, że przez większość tekstu mi się słabo podobało, dopiero końcówka to odmieniła. :-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka